Kibole

 

Girzyński też miał jechać do Madrytu? Z sejmowego audytu podróży wynika, że więcej posłów może mieć problemy

mf, PAP, 03.12.2014
Od lewej: Adam Hofman, Jarosław Kaczyński i Mariusz Kamiński

Od lewej: Adam Hofman, Jarosław Kaczyński i Mariusz Kamiński (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Radosław Sikorski przedstawiając wyniki audytu podróży posłów nie chciał mówić o konkretnych nazwiskach. Dziennikarzom udało się jednak ustalić, o kogo może chodzić. Wśród osób, które muszą złożyć wyjaśnienia, mają być m.in. Zbigniew Girzyński i Łukasz Zbonikowski z PiS oraz Paweł Suski i Jan Kaźmierczak z PO.
– Trzech posłów musi złożyć wyjaśnienia dotyczące rozliczeń ich wyjazdów, mają na to tydzień – poinformował marszałek Sejmu Radosław Sikorski, przedstawiając wnioski z audytu podróży służbowych parlamentarzystów.

Polityce” udało się dotrzeć do wyników audytu. Z dokumentu wynika, że spore problemy może mieć Zbigniew Girzyński z PiS, który „oprócz wyprawy madryckiej, jeździł w tych samych dniach i do tych samych miejsc co” niesławni „posłowie-podróżnicy”, czyli Hofman, Kamiński i Rogacki.

– Chodzą słuchy, że miał też jechać z nimi do Madrytu, ale kilka tygodni wcześniej miał wypadek samochodowy i był w okresie rekonwalescencji, co najprawdopodobniej uratowało go przed udziałem w aferze madryckiej – mówił o Girzyńskim tygodnikowi anonimowy poseł PiS.

Rzut oka na opublikowany przez Sejm wykaz samochodowych podróży posłów potwierdza informacje „Polityki” – Girzyński rzeczywiście często podróżował razem z Hofmanem, Kamińskim i Rogackim. Na swoje przejazdy do Strasburga pobrał ok. 24 tys. zł zaliczki.

Nie tylko Girzyński…

Jednak „Polityka” informuje, że wyniki audytu to także złe wiadomości dla co najmniej pięciu kolejnych posłów: Łukasza Zbonikowskiego z PiS, Pawła Suskiego i Jana Kaźmierczaka z PO oraz byłego posła TR Wojciecha Penkalskiego, a także Arkadiusza Mularczyka (na samochodowe przejazdy pobrał on z sejmowej kasy niemal tyle, co Girzyński – ok 20 tys. zł).

– W sześciu przypadkach miały miejsce błahe nawet nie naruszenia, tylko sprawy do wyjaśnienia, w przypadkach trzech osób są to sprawy trochę poważniejsze – mówił z kolei na konferencji Sikorski. Można spekulować, że do drugiej grupy należą właśnie Mularczyk i Girzyński. Ale czy na pewno?

„Rz”: Penkalski, Mularczyk i Suski – zarzuty „mniejszej wagi”

Wiktor Ferfecki z „Rzeczpospolitej” twierdzi, że „największe nieprawidłowości sejmowi kontrolerzy stwierdzili” w przypadku Girzyńskiego, Zbonikowskiego i Kaźmierczaka.

Wedle dziennika Penkalski, Mularczyk i Suski muszą tłumaczyć się z „zarzutów mniejszej wagi”. „Przykładowo Suski zadeklarował przekroczenie granicy o kilka godzin przed faktycznych czasem, co spowodowało pobranie części nienależnej dniówki” – czytamy w „Rzeczpospolitej”.

Sikorski powiedział, że wnioski z audytu będą już wkrótce przedstawione prezydium Sejmu. – Mamy już projekty uchwał prezydium zmieniające zasady podróży zagranicznych posłów – poinformował. Podkreślił jednocześnie, że z audytu wynika, iż „prawie wszyscy posłowie dobrze reprezentują Polskę za granicą i uczciwie, zgodnie z zasadami rozliczają się z delegacji”.

Kaczyński: „ręka mi nie zadrży”

Szef PiS Jarosław Kaczyński pytany o informację, że wśród posłów, którzy muszą się wytłumaczyć znaleźli się członkowie jego partii odpowiedział: „powiedziałem jasno, że mi ręka nie zadrży, jeżeli ktoś dopuścił się jakiś nadużyć, to zostanie usunięty”.

Jak powiedział, nie obawia się takich informacji „w najmniejszym stopniu”. – Wręcz przeciwnie jestem zadowolony, że w końcu został jakiś uruchomiony mechanizm, który czyści partie. Chociaż nie mam pewności, czy inne partie pójdą tą samą drogą – dodał.

Szef PiS zaznaczył, że nie rozmawiał z „ewentualnymi nowymi oskarżonymi”. – Posłowie się na razie nie tłumaczyli, bo ja nie mogę działać na podstawie tego, co pisze prasa, tylko jak dostaniemy dokumenty od marszałka, to wtedy będziemy działać (…) Jeżeli tylko dokumenty będą przekonujące, to reakcja będzie jednoznaczna – dodał.

Jarosław Kaczyński ocenił także, że nie powinno się mówić o „aferze madryckiej”. – Afera to była Amber Gold, afera hazardowa, gigantyczną aferą był Smoleńsk – powiedział. Natomiast – dodał – to jest „przykre wydarzenie, które powinno być surowo ukarane”.

Gazeta.pl

Więzienie poprosiło o relikwię po JPII. I dostało. „Dziwisz ma monopol na ich rozdawanie”

Magdalena Gębicka, 03.12.2014
Kard. Stanisław Dziwisz

Kard. Stanisław Dziwisz (fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta)

Kard. Dziwisz przekazał relikwie Jana Pawła II do Zakładu Karnego w Rzeszowie. Chodzi o materiał zamoczony w krwi papieża. – Dziwisz rozdaje je według własnego uznania. Ma na to monopol – mówi w rozmowie z TOKFM.pl prof. Arkadiusz Stempin.
Kierownictwo i kapelan więzienia w Rzeszowie rozpoczęli starania o przekazanie relikwii 1 września. Trzy miesiące po tym krew Jana Pawła II trafiła do placówki. – Odbyło się to na prośbę skazanych, ale również i pracowników więzienia – mówi w rozmowie z TOKFM.pl mjr Norbert Gaweł, rzecznik Zakładu Karnego w Rzeszowie-Załężu.Uroczyste przekazanie relikwii

Relikwie zostały umieszczone w więziennej kaplicy, gdzie na cotygodniowej mszy i na nabożeństwach okolicznościowych spotykają się zarówno osadzeni, jak i pracownicy placówki penitencjarnej.

Więźniowie i pracownicy zakładu nie kryli wzruszenia i radości z przyjęcia relikwii. – Postać Jana Pawła II i jego nauczanie jest powszechnie znane. Za murami zakładu karnego nabiera ono wyjątkowego znaczenia. Dlatego zależało nam, by Jan Paweł II był jeszcze bliżej tych, którzy potrzebują wsparcia i otuchy – wyjaśnił Katolickiej Agencji Informacyjnej ks. Piotr Jakobik, tamtejszy kapelan. – Dziś cieszymy się, że możemy swoje modlitwy powierzać Bogu w obecności św. Jana Pawła II – dodał.

Decyduje Dziwisz

– Nasze więzienie jest pierwsze na Podkarpaciu, w którym zostały złożone relikwia Jana Pawła II. Z tego, co wiem, jeszcze dwie inne placówki mają relikwie papieża – mówi w rozmowie z TOKFM.pl rzecznik Zakładu Karnego w Rzeszowie-Załężu.

Kto decyduje o tym, do kogo i kiedy trafiają pozostałości po świętych? – Nie ma prawnej regulacji odnośnie do tego, kto powinien decydować o losach relikwii. Przyjęło się, że opiekę nad nimi sprawuje diecezja, która opłaciła proces kanonizacyjny – wyjaśnia prof. Arkadiusz Stempin. – Dziwisz jest samozwańczym dyspozytorem dziedzictwa po Janie Pawle II. Ma monopol. Kieruje się zasadą powiększania dziedzictwa wojtyłowego. Nikt mu tego nie może zabronić – dodaje.

Relikwie owiane tajemnicą

Zdaniem naszego rozmówcy problem tkwi w tym, że nie ma dokładnej informacji, ile i jakie relikwie zostały po Janie Pawle II. – Nie ma przecieków, które sygnalizowałyby, że to coś więcej niż kosmyki włosów czy krew – tłumaczy.

Jak wyjaśnia profesor, kardynał otrzymuje w tej kwestii prośby zarówno od osób prywatnych, jak i różnych instytucji. – Rozdaje je według własnego uznania – dodaje Stempin.

TOK FM

W węgierskim MSZ oburzenie po wypowiedzi McCaina pod adresem Orbana. „Żądamy wyjaśnień”

osi, PAP, 03.12.2014
John MCain

John MCain (AGATA GRZYBOWSKA / AG)

„Neofaszystowskim dyktatorem” nazwał amerykański senator John McCain premiera Węgier Viktora Orbana. Teraz węgierskie MSZ wezwało amerykańskiego szefa misji dyplomatycznej na Węgrzech Andre Goodfrienda, by złożył wyjaśnienia w związku z wypowiedzią McCaina.
Republikanin McCain krytykował plany wysłania producentki oper mydlanych Colleen Bell na placówkę w Budapeszcie. Jego zdaniem Amerykanka nie ma kompetencji, by pełnić funkcję ambasadora na Węgrzech. Stanowisko to jest nieobsadzone od lipca 2013 r.- Nie jestem przeciwko politycznym nominacjom. Rozumiem, jak się gra w tę grę, ale tu chodzi o naród, który jest na skraju zrzeczenia się suwerenności na rzecz neofaszystowskiego dyktatora, który idzie do łóżka z Władimirem Putinem, a my wyślemy mu jako panią ambasador producentkę „Mody na sukces'” – powiedział McCain.

W ministerstwie oburzenie

Senator wymienił następnie główne zarzuty stawiane Orbanowi przez część społeczności międzynarodowej, takie jak centralizacja władzy, podporządkowywanie sobie systemu sprawiedliwości i ataki na organizacje pozarządowe finansowane z zagranicy.

Węgierskie ministerstwo spraw zagranicznych zaprzeczyło tym zarzutom, twierdząc, że są one bezpodstawne. Wypowiedź McCaina resort dyplomacji uznał za niedopuszczalną. „Rząd węgierski uznaje to za niedopuszczalne i stanowczo odrzuca komentarze senatora Johna McCaina dotyczące węgierskiego premiera i stosunków między Węgrami a Rosją” – oświadczył w komunikacie sekretarz stanu Levente Magyar.

Stosunki USA i Węgier się pogorszyły

Szef węgierskiej dyplomacji Peter Szijjarto podkreślił, że węgierscy wyborcy trzykrotnie pokazali podczas tegorocznych wyborów, w których zwyciężyła partia Fidesz Orbana, „jak wyobrażają sobie przyszłość kraju”.

Ostatecznie podczas głosowania Senat USA dał zielone światło nominacji Bell. „Za” było 52 senatorów, a 42 przeciw. Stosunki między Stanami Zjednoczonymi a Węgrami w ostatnich miesiącach się pogorszyły. Amerykańska dyplomacja ubolewała z powodu „negatywnych zmian” na Węgrzech. Waszyngton zabronił też szóstce węgierskich urzędników wjazdu do USA, zarzucając im korupcję. Jedną z tych osób jest szefowa Narodowego Urzędu Podatków i Ceł.

Zobacz także

 

TOK FM

Gdzie Tusk będzie haratał w gałę? Blaski i cienie życia europrezydenta [CYKL „WYBORCZEJ” – CZ. 3]

Tomasz Bielecki (Bruksela), 03.12.2014
Donalda Tuska wozić będzie dwóch kierowców (Van Rompuy miał ich czterech)

Donalda Tuska wozić będzie dwóch kierowców (Van Rompuy miał ich czterech) (Fot. Sławomir Kamiński)

CYKL REPORTERSKI „TUSK WYJECHAŁ DO BRUKSELI”. Donald Tusk będzie zarabiał ponad 20 tys. euro miesięcznie na rękę. Nie powinien mieć więc problemów np. z opłacaniem boiska do piłki nożnej – bo unijne instytucje nie mają obiektów sportowych. Do pracy będzie jeździł pół godziny mercedesem. A w podróże służbowe wybierze się raczej bez żony
Kto jest najważniejszy w unijnej Brukseli? Przewodniczący Rady Europejskiej, czyli Donald Tusk? Czy może szef Komisji Europejskiej, czyli Jean-Claude Juncker z Luksemburga? Odpowiedzi próżno szukać na liście płac, bo Juncker i Tusk zarobią po tyle samo.Równe zarobki to nie przypadek, lecz wynik kompromisu, który osiągnięto już w 2009 r., czyli na użytek ówczesnego szefa Komisji Europejskiej José Manuela Barrosa (poprzednika Junckera) i Hermana Van Rompuya (poprzednika Tuska).W honorowej hierarchii dyplomatycznej, obmyślonej na użytek unijnych uroczystości, zaś numerem jeden jest… przewodniczący Parlamentu Europejskiego, czyli niemiecki socjaldemokrata Martin Schulz, Tusk będzie drugi, a Juncker za nim. Protokół dyplomatyczny jednak niewiele tu tłumaczy. Gdyby ustrój UE porównać do zwykłego państwa, Junckera można by od biedy nazwać „premierem”, a Tuska – „prezydentem”. Ale który z nich jest ważniejszy? Zwolennicy federalizowania Europy wolą brukselskiego „premiera”, a obrońcy suwerenności rządów krajowych – „prezydenta” kursującego między 28 stolicami. A prawda leży gdzieś pośrodku.Więcej niż Merkel i Obama

Nie ma natomiast wątpliwości, że Unia dla swoich obu najwyższych rangą reprezentantów przewidziała zarobki wyśmienite, bo większe od pensji Angeli Merkel, Davida Camerona, a nawet Baracka Obamy. Otóż Tusk będzie dostawać co miesiąc około 25 350 euro pensji podstawowej, 3800 euro nieopodatkowanego dodatku mieszkaniowego (należy się w całości bez rozliczania rachunków za wynajem), ponad 1400 euro ryczałtu na koszty reprezentacyjne (także bez rozliczania rachunków) i około 680 euro „dodatku na gospodarstwo domowe”. To łącznie daje około 31 250 euro miesięcznie przed opodatkowaniem, czyli ponad 20 tys. euro miesięcznie na rękę. A koszty reprezentacyjne, takie jak podejmowanie oficjalnych gości na kolacji, będą pokrywane z budżetu gabinetu Tuska, a nie z wypłacanego mu ryczałtu reprezentacyjnego.

Pracownicy euroinstytucji, w tym Tusk, płacą podatki w skali od 8 do 45 proc. oraz „składkę solidarnościową”, czyli dodatkowy podatek wprowadzony „tymczasowo” w latach 70. (na fali kryzysu naftowego), który ostał się do dziś. Składkę (obecnie 6-7 proc.) oblicza się od pensji po odjęciu od niej głównego podatku. Podatki eurokratów trafiają do budżetu UE. Od pensji podstawowej odejmuje się jeszcze składkę na ubezpieczenie chorobowe (1,7 proc. pensji podstawowej, czyli w tym przypadku około 430 euro).

Wśród unijnych notabli – zarabiających wielokrotnie więcej niż obywatele ich krajów – nie ma mody na stały odpis części zarobków na cele dobroczynne (a przynajmniej nikt tego nie ogłasza publicznie). Nie słychać też, by planował to Tusk.

Przeprowadzkę do Brukseli ma Tuskowi ułatwić jednorazowa wypłata dodatkowych dwóch pensji podstawowych, czyli 50 700 euro brutto. Po zakończeniu kadencji miękkie lądowanie poza Radą Europejską umożliwi Tuskowi jedna pensja ekstra. A jeśli potem nie znajdzie sobie równie sowicie opłacanej pracy – wypłacana przez trzy lata „pensja przejściowa” w wysokości do 60 proc. zarobków szefa Rady Europejskiej.

Każdy rok pracy w Brukseli będzie się przekładać na dodatek do emerytury w wysokości 4,2 proc. pensji. Jeśli Tusk obejmie urząd na dwie dozwolone kadencje, czyli na pięć lat, po ukończeniu 65. roku życia będzie dostawał od UE emeryturę w wysokości 21 proc. zarobków urzędującego „prezydenta” Unii, czyli na dziś 4500 euro na rękę. Wewnątrzunijne przepisy gwarantują rzetelną indeksację wypłat i emerytur, by zawsze zachowywały swoją pierwotną siłę nabywczą, nawet w warunkach wysokiej inflacji.

Ekspresem do Paryża

Zanim wybrano Hermana Van Rompuya na pierwszego przewodniczącego Rady Europejskiej w 2009 r., zastanawiano się w Brukseli nad kupnem unijnego odrzutowca dla „premiera” i „prezydenta”, a także oficjalnej rezydencji dla tego drugiego, by mógł w niej przyjmować oficjalnych gości. Ale te pomysły szybko upadły. I poszło nie tyle o brak pieniędzy, ile o niechęć wielu krajów UE (np. Wielkiej Brytanii i Francji) do nadawania Unii oznak „państwowości” czy też wywoływania złudnego poczucia, że ma prezydenta z prawdziwego zdarzenia. Van Rompuy jeździł zatem np. do Paryża pociągiem pasażerskim (na trasie Bruksela – Paryż kursują szybkie bezprzedziałowe ekspresy, do których czasem wsiada także prezydent François Hollande), a do innych stolic latał samolotem wynajmowanym od belgijskiej armii. A w dalsze trasy – np. na szczyt G20 w Australii – kupował bilet na samolot pasażerski.

Van Rompuy podczas oficjalnych wizyt podróżował w gronie co najmniej kilku doradców i ochrony, więc nawet w pociągach i samolotach – choć nie rezerwowano dla niego całych wagonów czy przedziałów biznes – siedział nie obok zwykłych pasażerów, lecz w otoczeniu współpracowników. Czas pokaże, czy Tusk zmieni coś w tym systemie, ale pieniędzy na zakup samolotu raczej nie dostanie.

Żona bez zadań i dodatków

Skutkiem decyzji o niepowoływaniu „prawdziwej prezydentury” w Brukseli jest też brak oficjalnych zadań dla żony Tuska. Będzie mieć status prywatnej osoby, a unijny protokół dyplomatyczny nie przewiduje, by występowała u boku szefa Rady Europejskiej. Nie ma dla niej również żadnych dodatków reprezentacyjnych. Van Rompuy, podobnie jak Barroso, także w podróże zagraniczne udawał się sam. Małgorzata Tusk zna angielski i uczyła się hiszpańskiego, ale będzie w Brukseli zupełnie nowa. Tymczasem unijni notable, urzędnicy i dyplomaci po pracy wolą utrzymywać kontakty towarzyskie poza eurokratycznym „brukselskim bąblem”. – Żona Tuska chyba nie od razu znajdzie przewodniczki gotowe wprowadzać ją w międzynarodowe kręgi towarzyskie – mówi unijny dyplomata.

Unijni urzędnicy pomagali Małgorzacie Tusk tylko w szukaniu lokum do wynajęcia w Brukseli. Tuskowie zastanawiali się nad domem z ogrodem, ale ostatecznie w połowie listopada wybrali apartament w południowej części Brukseli, prawdopodobnie w dzielnicy Auderghem. Cena raczej nie przekracza wysokości ryczałtu mieszkaniowego Tuska (3800 euro). To malownicza część stolicy ze względu na piękne parki i wielkie lasy na jej peryferiach. Tuskowie na własny koszt mogą zatrudnić np. gosposię.

Pół godziny mercedesem

Tuska będzie stamtąd wozić do pracy jeden z dwóch kierowców (Van Rompuy miał ich czterech), będą korzystać nie z jednego samochodu, lecz wybierać z całej floty unijnych mercedesów. Droga z domu do siedziby Rady Europejskiej zajmie nie więcej niż pół godziny. Kiedy Tuska wybrano na szefa Rady Europejskiej, w Polsce słychać było wieści, że będzie miał trzech „kamerdynerów”. Chodziło w rzeczywistości o woźnych czy też portierów (po angielsku „ushers”), czyli pracowników gabinetu szefa Rady Europejskiej odpowiedzialnych m.in. za techniczną organizację spotkań swojego szefa.

I gdzie tu haratać w gałę?

Unijne instytucje nie mają w własnych obiektów sportowych, więc jeśli Tusk będzie chciał grać w piłkę, musi wynająć boisko na mieście. Pracownicy euroinstytucji i NATO mają wiele amatorskich, nieformalnych drużyn piłki nożnej, koszykówki czy siatkówki. Drużyna Tuska jeszcze się nie zawiązała i nie zapadła decyzja, gdzie będzie grać. Ale kilkanaście klubów sportowych w stolicy Belgii chętnie wynajmuje swe boiska. Dwie godziny na tydzień na oświetlonym boisku przez cały rok to koszt około 2 tysięcy euro.

Do restauracji na piechotęBrak unijnych służb bezpieczeństwa sprawia, że najwyżsi urzędnicy UE w kwestiach bezpieczeństwa muszą się zwracać do służb poszczególnych krajów Unii. Gdy Van Rompuy dostał na szczycie G20 w Petersburgu elektroniczne gadżety, w które – jak podejrzewał – mogły być wmontowane urządzenia podsłuchowe, przekazał je do rozpracowania niemieckim agentom (wyników ich śledztwa nie ogłoszono publicznie).”Prezydentowi” przysługuje osobista ochrona, za Van Rompuya odpowiadali za nią belgijscy ochroniarze rządowi, za których pracę Unia płaciła władzom Belgii. Dodajmy, że choć w czasie szczytów UE na budynkach dzielnicy europejskiej w Brukseli pojawiają się policyjni snajperzy, to na co dzień jest tam mniej groźnie. Van Rompuya można było czasem spotkać samego na ulicy w okolicy ronda Schumana, gdy szedł ze swojej siedziby w stronę budynku Komisji Europejskiej albo którejś z pobliskich restauracji.Na lotnisko z obstawą

Unijne mercedesy i ochrona były przyczyną bodaj jedynego – i, jak się potem okazało, nieco dętego – skandalu związanego z Van Rompuyem. Otóż szef Rady Europejskiej i dziewięcioro członków jego rodziny (żona, dzieci i wnuki) zostali zawiezieni służbowymi samochodami na lotnisko w Paryżu, skąd Van Rompuyowie odlatywali zwykłym rejsowym samolotem na wakacje. Kierowcy odebrali ich z Paryża także po powrocie z urlopu. To około 300 km w jedną stronę. Gdy media zaczęły huczeć, że Van Rompuy nie zadbał o transport na lotnisko na własny koszt, jego personel tłumaczył, że transport służbowymi samochodami i tak był najtańszą formą zapewnienia ochrony jego rodzinie.

Rada Europejska ze względów bezpieczeństwa nie udziela informacji o ochronie szefa Rady Europejskiej, ale wiadomo, że w czasie urlopu był dyskretnie chroniony. Co najmniej podczas niektórych wakacji była to ochrona przydzielona przez miejscowy rząd, a nie przywieziona z Belgii.

Ciasno i w sowieckim stylu

Szef Rady Europejskiej wraz z całym gabinetem urzęduje na piątym poziomie gmachu Justus Lipsius (powyżej), który swoją nazwę wziął od flamandzkiego filozofa, filologa i historyka z przełomu XVI i XVI w. – Jako regularny gość w gmachach rządowych w krajach Unii nie mogę nie zauważyć, że większość z nich wprawdzie nie jest pełna zbytku czy luksusu, ale na pewno jest ładniejsza od biur w sowieckim stylu, które mamy w Brukseli – żartobliwie użalał się Van Rompuy podczas niedawnej wizyty w Rzymie.

Justus Lipsius istotnie nie grzeszy pięknem, a ponadto jest w nim zbyt ciasno od czasów rozszerzenia Unii w 2004 r. Oprócz biur szefa Rady Europejskiej mieszczą się w nim bowiem także m.in. biura delegacji 28 krajów UE oraz pracują urzędnicy Sekretariatu Generalnego Rady UE.

Polskiej prasy nikt nie kupował

W podziemiach Justus Lipsius mieści się stołówka pracownicza, ale Van Rompuy jadał obiady (przygotowywane przez stołówkę) z gośćmi lub współpracownikami na swoim piątym piętrze, w jednej z niedalekich restauracji albo – najczęściej – przy okazji oficjalnych spotkań poza swą siedzibą.

W gmachu nie ma fryzjerów, szewców czy krawców – w tych sprawach unijni urzędnicy muszą korzystać z usług na mieście. W Justus Lipsius jest za to kiosk z prasą i książkami, ale – choć sprzedaje on prasę z wszystkich większych krajów Unii – nie ma tam polskich gazet. Kioskarze z budynków UE przed kilku laty sprowadzali gazety z Polski, ale okazało się to nieopłacalne – polscy eurokraci ich nie kupowali.

Tuż obok Justus Lipsius od kilku lat wznoszony jest nowy gmach Europa (powyżej), dokąd mają być przeniesione m.in. biura Tuska oraz pracowników jego gabinetu. Europa, której budowa będzie kosztować co najmniej 330 mln euro, ma być wykończona w przyszłym roku. Budynek bywa nazywany „wazonem”, „gruszką” lub złośliwiej – „euromacicą” albo „jajkiem Van Rompuya”. Składa się bowiem z wewnętrznej konstrukcji o obłych kształtach wbudowanej w sześcian, którego przeszklone elewacje są zbudowane z odrestaurowanych ram okiennych z różnych krajów Europy. Oświetlone wazon/gruszkę/jajko widać z zewnątrz najlepiej w nocy, kiedy obły kształt prześwieca przez zewnętrzne ściany.

Na miejscu żeńskiego klasztoru

Naprzeciw Justus Lipsius, po drugiej stronie ulicy Arts-Loi, stoi Berlaymont (powyżej), czyli główny gmach Komisji Europejskiej dowodzonej przez Jeana-Claude’a Junckera (zbudowany w 1963 r. na miejscu liczących 300 lat zabudowań klasztoru żeńskiego i szkoły dla dziewcząt). Jeśli Tusk podtrzyma tradycję zapoczątkowaną przez Van Rompuya i Barrosa, to będzie średnio raz na tydzień jeść roboczy obiad z Junckerem.

Przewodniczący Komisji Europejskiej reprezentuje ogromną instytucję, która zatrudnia blisko 24 tys. ludzi, pisze i oficjalnie przedkłada projekty unijnych ustaw, a w śledztwach antymonopolowych ściga takie kolosy jak Google czy Microsoft. Szef Komisji w ostatnich latach ogłaszał doroczne i iście „prezydenckie” orędzie o stanie Unii w Parlamencie Europejskim (jego siedziba poniżej).

Przypomnijmy, że przewodniczący Rady Europejskiej zatrudnia… 33 osoby. Ale jego autorytet opiera się na roli negocjatora między premierami i prezydentami krajów Unii, z którego pośrednictwa korzystają nawet najpotężniejsi unijni gracze, czyli Berlin i Paryż.

TO OSTATNI ODCINEK CYKLU REPORTERSKIEGO „TUSK WYJECHAŁ DO BRUKSELI”. PRZECZYTAJ POPRZEDNIE:

ODCINEK 1.: Donald Tusk zaczyna pracę w Brukseli. Co właściwie będzie robił?
ODCINEK 2.: Nowa ekipa Donalda Tuska. Kim są jego najbliżsi współpracownicy?


„Polish Your English. Angielski z premierem”

Zobacz także

wyborcza.pl

Piasecki: To Duda może zmusić prezydenta do wysiłku i pełnokrwistej kampanii

Magdalena Gębicka, 03.12.2014
Prezydent Bronisław Komorowski podczas głosowania w II turze wyborów samorządowych

Prezydent Bronisław Komorowski podczas głosowania w II turze wyborów samorządowych (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Bronisław Komorowski może być pewny reelekcji? Niekoniecznie. Zdaniem Konrada Piaseckiego kampania może nie być dla niego „spacerkiem”. W „Rzeczpospolitej” dziennikarz zauważa, że młody kandydat – a takim jest Andrzej Duda z PiS – może zmusić prezydenta do zaciętej walki.
Komorowski stanął po jednej ze stron barykady – zauważa Konrad Piasecki z RMF FM na łamach „Rzeczpospolitej”. Publicysta twierdzi, że „w powyborczy krajobraz prezydent wkroczył z rzadko spotykaną u niego mocą i ostrością”.Ostre słowa prezydentaPrezydent po kłopotach PKW z podsumowaniem wyborów uznał, że lansowanie tezy o konieczności powtórzenia głosowania to odmęty szaleństwa. Szaleństwem, w ocenie Komorowskiego, była też „próba odwołania PKW w trakcie trwania wyborów”, w oczekiwaniu na drugą turę.

Według Piaseckiego te słowa zabrzmiały – w porównaniu z codzienna retoryką Komorowskiego – „wyjątkowo zdecydowanie”. Jego zdaniem „ulokowały prezydenta, na co dzień unikającego stawania po jednej ze stron barykady, na czele obozu polityków broniących tezy o tym, że wybory, choć być może niedoskonale przeprowadzone, były jednak uczciwe”.

Komorowski kontra Duda

Publicysta zastanawia się, jak wydarzenia z wyborów samorządowych wpłyną na przyszłe wybory prezydenckie. „Bronisław Komorowski mimo sprzyjających mu sondaży nie za bardzo wierzy – jak mówią jego współpracownicy – w to, że kampania wyborcza będzie dlań spacerkiem, który szybko i łatwo doprowadzi go do ponownego objęcia funkcji” – pisze Piasecki.

Przyczynkiem do tego ma być, zdaniem dziennikarza, „stosunkowo młody i mający niewiele do stracenia kontrkandydat” – Andrzej Duda. Według Piaseckiego to on może zmusić prezydenta do wysiłku i „pełnokrwistej kampanii”.

Piasecki wychodzi z tezą, że „prezydent niedługo zapewne zacznie cieplej mówić o ruchu ludowym i uśmiechać się do wyborców lewicowych, bo ich wsparcie (zwłaszcza gdyby PSL nie wystawił swojego kandydata) może (…) dać mu wygraną już w pierwszej turze”.

TOK FM

 

„Kiedyś pojedynki rozstrzygały takie sprawy”. PO pozwie Waszczykowskiego i Gowina. Za „fałszowanie wyborów”

mf, PAP, 03.12.2014
Politycy PO zapowiedzieli pozwy przeciwko Witoldowi Waszczykowskiemu z PiS oraz szefowi Polski Razem Jarosławowi Gowinowi za słowa o tym, że Platforma sfałszowała wybory samorządowe. Ich zdaniem oskarżenie o fałszerstwo wyborcze to jedno z najcięższych w demokracji.
Stefan Niesiołowski zaznaczył na konferencji prasowej, że Platforma „niechętnie chodzi do sądów”, zostawia to „innym specjalistom od pozwów sądowych”. – Kodeks Boziewicza nie obowiązuje, kiedyś pojedynki rozstrzygały takie sprawy, byłby może ciekawy pojedynek z panem Kaczyńskim, no ale już zostawmy to raczej satyrykom, ale w tej sytuacji nie ma innej drogi, musimy (pozwać) Gowina (…) i Waszczykowskiego, tego sympatycznego starszego pana, uroczego, który również te kłamstwa Kaczyńskiego powtórzył – powiedział Niesiołowski.Dodał, że „fałszowanie wyborów to najcięższe przestępstwo w demokracji”. – Z tego powodu, nie mając innego wyjścia, pozywamy tych panów, czyli właściwie w sposób symboliczny pozywamy PiS za kłamstwa o sfałszowaniu wyborów – powiedział Niesiołowski. Według niego, do tej pory „panowie z PiS nie przedstawili cienia dowodów w tej sprawie”.

„Nie chodzi o rewanżyzm”

Wcześniej klub PO skierował do sejmowej komisji etyki wniosek o ukaranie szefa PiS Jarosława Kaczyńskiego za słowa o sfałszowaniu wyborów, które padły z trybuny sejmowej na poprzednim posiedzeniu Sejmu. – Z przykrością stwierdzamy, że nie jest łatwo pociągnąć do odpowiedzialności, prócz oczywiście komisji etyki Jarosława Kaczyńskiego, ponieważ mównica sejmowa jest silną ochroną dla parlamentarzysty, w tym przypadku dla Jarosława Kaczyńskiego, zgodnie z orzeczeniami Sądu Najwyższego – stwierdził na środowej konferencji poseł PO Mariusz Witczak.

Dodał, że politykom PO, „nie chodzi o jakiś rewanżyzm polityczny”. – Tu nie idzie o to, żebyśmy uprawiali politykę za pomocą sądów. Dalecy jesteśmy, jako PO, o takiego uprawiania polityki, ale w tym szczególnym wypadku (…) te kroki prawne podejmujemy – powiedział Witczak.

Według polityków PO słowa Gowina o sfałszowaniu wyborów padły ostatnio w radiu Zet, a Waszczykowskiego w programie „Forum” w TVP Info.

Pozwy mają trafić do sądu jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia. Platforma nie podjęła jeszcze decyzji czy będą miały formę cywilną czy karną.

„Standardy białoruskie”

Waszczykowski ocenił, że zapowiedź pozwu przeciwko niemu to „standardy białoruskie”. – Nie potrafią wyjaśnić, dlaczego doszło do tak wielu naruszeń procesu wyborczego, także wielu innych kwestii, które podnosimy. Dziś media donoszą, że już ponad 1,5 tysiąca protestów napłynęło do różnych sądów i PKW. Jeśli nie można uciszyć tych protestów, to – tak jak na Białorusi – będzie się wzywać ludzi do sądów, a może i skazywać na więzienie – powiedział Waszczykowski.

Jego zdaniem, to PO powinna przeprosić i wyjaśnić dlaczego doszło do takiego „bałaganu” podczas wyborów. – Czy ten bałagan był świadomy, zamierzony, aby doprowadzić do sfałszowania wyborów, czy to było przypadkowe, ze względu na niechlujstwo, czy zaniechanie – powiedział Waszczykowski.

„Nie przypominam sobie, żebym…”

Gowin z kolei zaprzeczył, jakoby to Platformie zarzucał fałszowanie wyborów. – Nigdzie nie mówiłem, że to Platforma sfałszowała wybory, ja tylko mówiłem, że są racjonalne przesłanki do tego, żeby mówić, że doszło do wypaczenia wyników wyborów przez książeczkę i ich sfałszowania. Nikt nie dostarczył do tej pory racjonalnego wyjaśnienia, jak to było możliwe, że exit polls bardzo precyzyjnie przewidziało wynik SLD i PO, a radykalnie pomyliło się na korzyść PSL i na niekorzyść PiS – powiedział Gowin.

Jak dodał, stawianie go przed sądem „to próba zastraszenia opozycji i złamania podstawowej wartości w demokracji, czyli wolności słowa”.

– Nie przypominam sobie, żebym powiedział, że to Platforma sfałszowała wybory, bo wcale tak nie myślę. Platforma nie była beneficjentem tego dziwnego wyniku wyborczego. Żeby formułować zarzuty pod konkretnym adresem, trzeba mieć konkretne dowody – podkreślił Gowin.

Z kolei szef klubu PiS Mariusz Błaszczak, odnosząc się do zapowiedzi polityków PO, stwierdził, że „widać, że na złodzieju czapka gore, a najlepszą obroną jest atak”. – Wymiar sprawiedliwości III RP, jaki jest każdy widzi, my się domagamy, żeby wybory były wolne, chcemy żyć w wolnym kraju, a nie w takim, w którym jest głosowanie, a wynik wyborów i tak jest wcześniej znany – Błaszczak.

TOK FM

Jak walczyć z mową nienawiści? „Sąd to ostateczność, „hejterzy” marzą o aureoli męczeństwa”

Anna Siek, 03.12.2014
Prof. Wojciech Sadurski

Prof. Wojciech Sadurski (Fot. AG)

– Wyobraźmy sobie, że chcemy postawić przed sądem kiboli, którzy podczas meczu rozwinęli rasistowskie transparenty. A wielu „hejterów” do tego dąży, bo dodaje to aureoli męczeństwa. Karanie powinno być zawsze metodą ostateczną – argumentował w TOK FM prof. Wojciech Sadurski.
Według prawnika prokuratorskie ściganie i sądowe karanie za mowę nienawiści powinno być „metodą ostateczną, po którą sięgamy w momencie, kiedy czujemy się zupełnie zdesperowani” – I kiedy uważamy, że mowa nienawiści nie może być regulowana w inny sposób. Abstrahując od argumentów pryncypialnych, o wolności słowa, postępowanie sądowe jest czymś, do czego rozmaici „hejterzy” dążą. Bo dodaje aureoli męczeństwa – mówił prof. Wojciech Sadurski w TOK FM.Jak mówił gość magazynu „OFF Czarek”, dobrym przykładem jest karanie kibiców za rasistowskie czy antysemickie wypowiedzi. – Wyobraźmy sobie, że wszystkich kiboli będziemy ciągnąć do sądu. A wielu z nich właśnie o tym marzy. Są inne środki. Zrobiła to np. UEFA, w odpowiedzi na ekscesy kibiców Legii.

Przypomnijmy, warszawski klub za rasistowskie ekscesy i akty wandalizmu podczas meczu Ligi Europejskiej, z belgijskim Lokeren, będzie musiał zapłacić 105 tys. euro grzywny. Dwa mecze Legii rozgrywane w Warszawie odbędą się bez udziału publiczności.

Dużo zależy od nas

Prof. Sadurski uważa, że przypadki mowy nienawiści powinny być przede wszystkim „regulowane” przez „konwencje obyczajowe, nasze zachowania”. – Jeśli więc nasi znajomi, w zakładzie pracy, opowiadają rasistowskie, antysemickie, homofobiczne dowcipy – nie śmiejmy się. Powiedzmy, co o tym myślimy. Jeśli ktoś na wykładach podważa Holocaust, mamy rozmaite metody, by z kimś takim się uporać środkami dyscyplinarnymi. Karanie, udział prokuratury i sądu są ostatecznością. I to ostatecznością, która jest zawsze złem.

Jednak prawnik pracujący na uniwersytecie w Sydney dopuszcza wyjątki od zasady unikania angażowania organów wymiaru sprawiedliwości w walkę z mową nienawiści. – Amerykanie nie muszą tego robić, bo wiedzą, że publiczne raniące wypowiedzi rasistowskie czy antysemickie nie będą społecznie tolerowane. W związku z tym mogą zachować pełną wolność słowa. W naszym społeczeństwie, i innych społeczeństwach europejskich, takie remedium nie zawsze działa – powiedział prof. Wojciech Sadurski w TOK FM.

Homofobiczny komentarz Cejrowskiego „Najbliżsi Obcy”. Jest reakcja: To mowa nienawiści>>>

Zobacz także

TOK FM

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s