10.12.14 (2)

 

Poseł nie może jechać hulajnogą, dyliżansem, rakietą. Ma jechać własnym autem! [6 RZECZY, KTÓRE PRZEMILCZAŁ HOFMAN]

Paweł Kośmiński, 10.12.2014
Adam Rogacki, Adam Hofman i Mariusz Antoni Kamiński podczas konferencji ws.

Adam Rogacki, Adam Hofman i Mariusz Antoni Kamiński podczas konferencji ws. „afery madryckiej” (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Adam Hofman i dwaj inni bohaterzy „afery madryckiej” przekonywali dziś, że działali zgodnie z prawem. Że dostają pieniądze na podróż i muszą tylko „skutecznie dotrzeć na miejsce”. Na pewno? – Poseł ma skutecznie dotrzeć na miejsce, ale samochodem stanowiącym jego własność. Tak zadeklarowali posłowie i na to dostali pieniądze – tłumaczy „Wyborczej” wiceszef Kancelarii Sejmu Jan Węgrzyn.
Adam Hofman, Mariusz Antoni Kamiński i Adam Rogacki, czyli bohaterowie afery samolotowej, pod koniec października udali się do Madrytu na posiedzenie komisji zagadnień prawnych i praw człowieka Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy. Polecieli samolotem tanich linii lotniczych, ale z Kancelarii Sejmu pobrali kilkanaście tysięcy złotych zaliczki na podróż samochodem. Do Madrytu zabrali żony i bawili się tam szampańsko, co nagrał, a film umieścił w internecie jeden z polskich turystów. Co więcej, na posiedzeniach Rady Europy nie byli częstymi gośćmi. Rozpętała się awantura. Madryckie trio – Hofman, Kamiński i Rogacki – zostali za to usunięci z PiS, a warszawska prokuratura wszczęła już śledztwo w ich sprawie .- Wrobiono nas, będziemy walczyć – zapowiedział Adam Hofman na łamach ostatniego wydania tygodnika „wSieci”. Podczas dzisiejszej konferencji prasowej w Sejmie wszyscy trzej przedstawiali argumenty mające świadczyć o tym, że działali zgodnie z prawem.Sprawdziliśmy, jak ich tłumaczenia mają się do przepisów obowiązujących parlamentarzystów. Na argumenty posłów specjalnie dla „Wyborczej” odpowiada wiceszef Kancelarii Sejmu Jan Węgrzyn.

1. Madryckie trio: „W przypadku wyjazdów zagranicznych posłów nie obowiązuje tzw. kilometrówka”.

Jan Węgrzyn: – To nieprawda, że posłów nie obowiązuje „kilometrówka”. Poseł w trojaki sposób może wyjechać za granicę. Pierwszy, najprostszy – samolotem. Przychodzi wówczas do Kancelarii ze zgodą marszałka na podróż służbową. Wtedy Kancelaria kupuje mu bilet lotniczy, a jeśli poseł chce – rezerwuje również hotel, i wypłaca diety.

Drugi sposób to klasyczna „kilometrówka”. Poseł chce jechać np. do Lwowa. Wtedy liczy się odległość od granicy do Lwowa razy stawka za jeden kilometr plus 50 proc. minus podatek.

Trzeci sposób – uchwalony przez Prezydium Sejmu w 2009 r. – kiedy poseł przychodzi i mówi, że chce jechać np. do Strasburga. Urzędnik pyta: „Panie pośle, dzisiaj bilet na za dwa tygodnie kosztuje 2 tys. zł. Chce go pan?”. Jeżeli nie, to dostaje pieniądze – 2 tys. zł, bo tyle kosztuje bilet – i ma jechać własnym samochodem. Uchwała mówi „o podróży służbowej za granicę odbywanej samochodem stanowiącym własność posła”. Koniec, kropka. Poseł nie może jechać hulajnogą, motocyklem, dyliżansem, rakietą. Powinien jechać – jak mówi uchwała – samochodem stanowiącym własność posła.

2. Madryckie trio: „Jest prosty wybór. Poseł dostaje albo bilet lotniczy, albo jego równowartość i ma skutecznie dotrzeć na miejsce”.

Jan Węgrzyn: Owszem, ma skutecznie dotrzeć na miejsce – samochodem stanowiącym własność posła. Tak mówi uchwała. To deklarują posłowie i na to dostają pieniądze.

3. Madryckie trio: „Ekwiwalentu się nie rozlicza”.

Jan Węgrzyn: To prawda, nie trzeba go rozliczać. Niezależnie od tego, czy posłowi wychodzi to taniej czy drożej. Ale podkreślam: poseł musi jechać samochodem.

4. Madryckie trio: „Kancelaria Sejmu nie straciła na naszych wyjazdach ani złotówki”, bo „obowiązuje tzw. zasada najniższego ekwiwalentu”. „To urzędnicy Kancelarii decydują, jaka na dany dzień jest cena biletu lotniczego i wypłacają ekwiwalent”.

Jan Węgrzyn: O cenie biletu decydują nie urzędnicy, tylko przewoźnik.

5. Politycy wypełnili druk na podróż samochodem, a polecieli samolotem. Teraz się tłumaczą, że po prostu Kancelaria Sejmu nie dysponuje innymi drukami.

Jan Węgrzyn: Ich wyjazd odbył się na podstawie uchwały Prezydium Sejmu z 2009 r., która mówi: „w przypadku podróży służbowej za granicę odbywanej samochodem stanowiącym własność posła”. To jasny przepis, nie wymaga interpretacji.

6. Madryckie trio: „Druk, który wypełniliśmy, nie ma charakteru formalnego”.

Jan Węgrzyn: Jak może nie mieć charakteru formalnego, skoro na podstawie tego druku otrzymują pieniądze. Druk nazywa się „Karta podróży samochodem prywatnym”. Zawiera imię i nazwisko posła, miasto docelowe, cel wyjazdu, datę i miejsce wyjazdu, datę i godzinę przekroczenia granicy, datę i miejsce powrotu, datę i godzinę przekroczenia granicy, podpis posła i datę.

I na podstawie danych, które podają posłowie, są im naliczane np. diety, które należą się im z chwilą przekroczenia granicy.

Zobacz także

wyborcza.pl

Urodziny na koszt resortu? MON zaprzecza i wysyła fakturę. Sikorski: „Będzie pozew. Dość oszczerstw”

karslo, PAP, 10.12.2014
Radosław Sikorski

Radosław Sikorski (KACPER PEMPEL/REUTERS)

Prokuratura zbada, czy Radosław Sikorski wyprawił urodziny za 200 tys. zł, które pochodziły z budżetu Ministerstwa Obrony Narodowej. „Przelew na konto ministerstwa był z prywatnego konta” – mówi rzecznik MON „Rzeczpospolitej”. Radosław Sikorski zapowiedział złożenie pozwu ws. tych doniesień. MON na dowód wysyła fakturę.
Resort zaprzeczył, by poniósł koszty imprezy i poinformował, że to Sikorski, jako osoba prywatna zapłacił za nią. MON wysłał portalowi Gazeta.pl fakturę, która dowodzi, że Sikorski wpłacił na konto resortu 13 tys. 952 zł 91 groszy.„Dość oszczerstw. Będzie pozew ws. insynuacji, jakoby MON płacił za moją imprezę urodzinową. Dziś pokażę dowód zapłaty” – napisał Sikorski na Twitterze.Dyrektor Gabinetu Marszałka Sejmu opublikował też na Twitterze potwierdzenie przelewu, który za wynajem ośrodka wykonał Sikorski.Uroczystość miała się odbyć w zeszłym roku w pałacyku MON w Helenowie. Koszt imprezy w całości miał pokryć resort obrony – podaje Radio Zet. Pozostałe dwa zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa przez Radosława Sikorskiego dotyczą wykorzystania samochodu prywatnego ministra i pobieranie za to tzw. kilometrówki niezgodnie z rzeczywistymi przejazdami.

MON: Sikorski wpłacił 13 tys. 952 zł 91 groszy

MON zaprzecza jednak tym oskarżeniom. Rzecznik prasowy MON Jacek Sońta podkreślił, że koszty imprezy w Helenowie – 14 tys. zł – poniósł Sikorski jako osoba prywatna, a nie resort obrony. Jak poinformował na Twitterze, impreza odbyła się 23 lutego zeszłego roku, fakturę wystawiono 28 lutego, a przelew został dokonany 7 marca.

W wydanym nieco później oświadczeniu Sońta podkreślił, że informacja o rzekomym poniesieniu przez MON kosztów prywatnej imprezy jest nieprawdziwa. – Nie jest prawdą, że resort obrony narodowej poniósł z tego tytułu jakiekolwiek koszty – napisał rzecznik MON.

„Pan marszałek Sejmu Radosław Sikorski, ówczesny minister spraw zagranicznych, zorganizował w 2013 r. imprezę okolicznościową na terenie Ośrodka Reprezentacyjnego MON w podwarszawskim Helenowie. Uczynił to jako osoba prywatna, zgodnie z obowiązującym wówczas statutem Ośrodka. Zgodnie z wymogiem wystąpił o stosowną zgodę, a po otrzymaniu rachunku uregulował należność związaną z wykorzystaniem Ośrodka” – oświadczył Sońta.

Prokuratura okręgowa bada zgłoszenia

Prokurator Katarzyna Calów-Jaszewska z Prokuratury Okręgowej w Warszawie poinformowała, że zawiadomienia ws. Sikorskiego wpłynęły we wtorek drogą elektroniczną. – Złożyła je ta sama osoba fizyczna. Dwa z nich dotyczą przekroczenia uprawnień przez ministra Radosława Sikorskiego w związku z rozliczaniem ryczałtów za przejazdy samochodem prywatnym, a trzecie dotyczy zorganizowania przez ministra urodzin w pałacyku MON w Helenowie – poinformowała.

Jak dodała, prokuratura wdrożyła we wszystkich tych sprawach jedno postępowanie sprawdzające. – Zawiadomienia wpłynęły od tej samej osoby, dotyczą tej samej osoby, więc postępowanie jest jedno – powiedziała prokurator.

Prokuratura Generalna bada zawiadomienia

Zawiadomienia o nadużyciach związanych z nieprawidłowościami w rozliczaniu delegacji badała początkowo Prokuratur Rejonowa Warszawa-Śródmieście, która odmówiła wszczęcia śledztwa, uznając, że nie było przestępstwa, bo potwierdzono, iż w tym czasie Sikorski w celu wykonywania obowiązków poselskich korzystał z prywatnego, a nie służbowego samochodu. Prokuratura okręgowa uznała tę decyzję za słuszną. Swoją decyzję, wraz z analizą przekazała Prokuraturze Generalnej. – Na tej podstawie Andrzej Seremet do końca tygodnia wyda swoja opinię w tej sprawie – powiedział w rozmowie z portalem Gazeta.pl rzecznik Mateusz Martyniuk.

Wydatki na podróże prywatnym autem

Sprawa rozliczeń korzystania przez posłów z prywatnych samochodów powróciła po poniedziałkowej publikacji tygodnika „Wprost”, który napisał, że Sikorski, jeszcze jako minister spraw zagranicznych, a także minister zdrowia Bartosz Arłukowicz i wiceminister zdrowia Sławomir Neumann pobierali z kancelarii Sejmu duże kwoty jako zwrot kosztów za używanie prywatnych aut do poselskich wyjazdów. W przypadku Sikorskiego – zaznacza tygodnik – działo się tak, choć jako szef MSZ miał do dyspozycji samochód służbowy i ochronę BOR.

Sikorski: „Nie ma w tym nic nagannego”

Sikorski w reakcji na publikację powiedział, że wykorzystywał jedną trzecią limitu kilometrowego przeznaczonego na podróże krajowe posła. Poinformował, że Prezydium Sejmu zajmuje się kwestią systemu dot. rozliczeń wyjazdów parlamentarzystów i ministrów. – Jak państwo posłowie pewnie zaświadczą – limit kilometrowy na podróże krajowe w Sejmie jest niewysoki, łatwo go przekroczyć – mówił dziennikarzom marszałek. Dla porównania powołał się na rozliczenia wicemarszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego (PiS), który według niego w dwa lata tej kadencji rozliczył tyle, co on w siedem lat. – W czym nie ma nic nagannego, bo jego okręg wyborczy jest jeszcze dalej od mojego. Po prostu, tak jak ja, czasami pewnie jeździł samochodem służbowym, a czasami prywatnym – mówił Sikorski.

Sikorski zapewnił też, że posłowie pełniący jednocześnie funkcje ministrów starają się zawsze rozdzielać te obowiązki. – Gdybyśmy tego nie robili, to można by nam postawić odwrotne zarzuty – że korzystamy z transportu ministerialnego do politycznych czy poselskich zadań – zauważył.

Gazeta.pl

Ujawniono raport o stosowaniu tortur przez CIA. Metody były brutalne i nie przyniosły żadnych efektów

MT, PAP, 09.12.2014
Siedziba CIA

Siedziba CIA (LARRY DOWNING/REUTERS)

Tortury stosowane przez CIA były metodami wykraczającymi poza prawo i były dużo bardziej brutalne, niż sądzono. Agencja okłamywała prezydenta, a jej drastyczne działania nie przyniosły efektów – wynika z miażdżącego dla CIA raportu amerykańskiego Senatu.
Amerykańska Centralna Agencja Wywiadowcza (CIA) stosowała wobec przesłuchiwanych więźniów drastyczne tortury, w dużo większym stopniu niż dotychczas ujawniano – wynika z raportu opublikowanego przez Senat USA. Dowiadujemy się z niego, jakie brutalne metody zdobywania informacji były stosowane przez agencję.Z raportu wynika też, że CIA okłamywała prezydenta USA w kwestii zakresu stosowanych metod, a także ich skuteczności. Okazuje się, że stosowanie tortur nie pozwoliło agencji na uzyskanie ani jednej kluczowej informacji – pisze serwis Daily Beast.W liczącym 525 stron raporcie podsumowującym badania Senatu nie padają nazwy państw, które współpracowały z USA i zgodziły się mieć na swym terytorium tajne ośrodki CIA. Nazwy miejsc, w których przetrzymywani byli więźniowie, zakodowano kolorami – „zielone”, „niebieskie” czy „czarne” miejsce zatrzymań. Utajnione pozostały też nazwiska agentów, którzy przeprowadzali brutalne przesłuchania.Cały dokument ma ponad 6,7 tys. stron i dotyczy programu tzw. wzmocnionych technik przesłuchań, który CIA prowadziła w tajnych ośrodkach za granicą, utworzonych w ramach walki z terroryzmem po zamachach z 11 września 2001 r., za prezydentury George’a W. Busha.Waterboarding i ośrodek bez nadzoru

Wśród metod stosowanych przez CIA był między innymi warterboarding. Wcześniej agencja twierdziła, że tę zakazaną przez prawo międzynarodowe torturę, polegającą na wywołaniu wrażenia topienia się, zastosowała tylko wobec trzech więźniów. Z dowodów opisanych w raporcie wynika, że przypadków tych mogło być znacznie więcej, a na skutek jej stosowania jeden z więźniów wielokrotnie był bliski faktycznego utopienia się.

Jak pisze Daily Beast, który zapoznał się z raportem wcześniej, CIA we wrześniu 2002 roku otworzyła więzienie, prawdopodobnie w Afganistanie, w którym niewykwalifikowani pracownicy przeprowadzani nieautoryzowane przesłuchania bez nadzoru. Ośrodek ten miał być prowadzony przez oficera CIA mającego pewne problemy, które powinny były zdyskwalifikować go z pracy dla agencji.

„Ciemne Więzienie”

W listopadzie 2002 roku, pisze Daily Beast, jeden z przetrzymywanych przez CIA więźniów zmarł najprawdopodobniej z wyziębienia po tym, jak był trzymany w celi półnago, przykuty łańcuchem do podłogi. Przypomina to znany przypadek właśnie z więzienia w Afganistanie, które przez przetrzymywanych tam nazywane było „Ciemnym Więzieniem”. Pracownik Senatu, który pod warunkiem zachowania anonimowości przedstawił dziennikarzom dodatkowe szczegóły z raportu, stwierdził, że w placówce tej było ciemno i przypominała ona lochy. Eksperci, którzy ją odwiedzali, stwierdzali, że nigdy wcześniej nie widzieli amerykańskiego więzienia, w którym ludzie przetrzymywani byliby w tak złych warunkach. CIA miało do tego zmuszać tam więźniów ze złamaniami nóg do stania w pozycjach sprawiających im szczególny ból, mimo że wcześniej agencja obiecywała, że nie będzie poddawać rannych więźniów praktykom, które pogarszałyby ich stan.

180 godzin bez snu

Komisja ds. Wywiadu Senatu, która sporządziła raport, odkryła również, że w pewnym momencie CIA zaczęła stosować wobec więźniów swoje najbardziej brutalne techniki od samego początku procesu przesłuchiwania, nie stosując najpierw metod łagodnych. Jak pisze Daily Beast, w wielu przypadkach tortury trwały bez przerwy przez wiele dni lub tygodni. Więźniowie byli też traktowani w sposób zaprzeczający temu, co deklarowano Departamentowi Sprawiedliwości.

W raporcie ustalono też, że co najmniej pięć przetrzymywanych osób poddawano karmieniu i nawadnianiu przez odbyt bez udokumentowanych wskazań medycznych do takiego działania. Innych pozbawiano możliwości snu, nawet na 180 godzin. W jednej z placówek więźniów przetrzymywano w ciemnych pomieszczeniach z głośną muzyką lub hałasem, gdzie do dyspozycji mieli tylko wiadro na odchody.

Dwóch psychologów zarobiło 80 mln dolarów

Z raportu Senatu dowiadujemy się też, że CIA przy prowadzeniu programu przesłuchań polegało w bardzo dużej mierze na dwóch psychologach, którzy nie mieli żadnego doświadczenia ani wiedzy w kwestiach przesłuchiwania, Al-Kaidy, przeciwdziałania terroryzmowi czy chociażby odpowiednich języków. W 2005 roku założyli oni firmę, której CIA zlecała pracę nad 80 proc. procesu przesłuchiwania więźniów. Firma otrzymała od CIA ponad 80 mln dolarów.

Brutalność nie była skuteczna

Według raportu stosowanie tortur przez CIA nie przyniosło jednak pożądanych efektów. Nie uzyskano w ten sposób informacji na temat grożących Stanom Zjednoczonym ataków terrorystycznych. Nie stwierdzono wprawdzie, że brutalne przesłuchania nie przyniosły żadnych efektów, ale odrzucono zapewnienie ze strony CIA, że informacji zdobytych w ten sposób nie udałoby się uzyskać w inny sposób. Komisja uznała wręcz, że powszechnie potępiane techniki CIA przypominają te stosowane przez reżimy w czasie zimnej wojny w celu uzyskiwania fałszywych zeznań.

CIA przyznało, że nigdy nie skontrolowało w wystarczający sposób efektywności stosowania wobec więźniów brutalnych metod.

O historii CIA i tajnych operacjach służb specjalnych przeczytaj w książkach >>

Umowa z Polską?Mimo że raport nie podaje nazw państw, z którymi współpracowała CIA, w raporcie pojawia się między innymi ośrodek nazwany Detention Site Blue. – Doszliśmy do wniosku, na podstawie wcześniej dostępnych informacji, że Polska została oznaczona jako ‚miejsce niebieskie’ (DETENTION SITE BLUE) – powiedział prawnik John Sifton z organizacji Human Rights Watch, która jako pierwsza pisała już w 2005 roku, że tajne więzienia CIA znajdowały się w Polsce i Rumunii.Również według prezesa Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka Adama Bodnara ośrodek „niebieski” znajdował się w Polsce. Bodnar zwraca uwagę na stronę 74. raportu senackiej komisji ds. wywiadu, gdzie jest podrozdział pt. „Napięcia z państwem (…) odnoszące się do punktu zatrzymań CIA i przyjmowania nowych zatrzymanych”.Mowa tam o tym, że państwo to – które zgodnie z raportem w grudniu 2002 r. przyjęło dwóch więźniów: Abu Zubajdę i al-Nashiriego – zaproponowało CIA zawarcie pisemnego porozumienia co do roli i odpowiedzialności CIA, którego zawarcia Agencja ta ostatecznie odmówiła.Miliony dolarów za większą elastyczność?

Według raportu cztery miesiące po tym, jak punkt zatrzymań w tym państwie zaczął przyjmować więźniów CIA, państwo to odmówiło przyjęcia Khalida Shaykha Muhammada. Decyzja ta została cofnięta po tym, jak ambasador USA interweniował w imieniu CIA u „politycznego kierownictwa” tego państwa – dodał raport. „W następnym miesiącu CIA dostarczyła (…) milionów dolarów temu państwu” – napisano w raporcie. Według niego po tym fakcie państwo to stało się bardziej elastyczne, jeśli chodzi o przyjmowanie więźniów.

Raport podał też, że potem oficjele tego państwa wyrazili swe „głębokie ubolewanie”, że CIA nie umiała dochować tajemnicy w całej sprawie, i że państwo to nie zostało uprzedzone, gdy w 2006 r. prezydent George Bush przyznał, że był taki program CIA. Według raportu CIA uznała to za „poważny cios” dla relacji USA z tym państwem.

– Jestem tym zszokowany; za pieniądze złamaliśmy konstytucję – powiedział Bodnar. Wiąże on te fakty z ujawnieniem w styczniu br. przez amerykańską prasę, że Polska miała dostać od USA 15 mln dolarów w zamian za tajne więzienie CIA na swym terytorium. Czytaj więcej na ten temat >>>

Okłamywanie prezydenta

Wewnętrzny raport CIA wykazał też, że agencja wprost okłamywała Biały Dom. Nieścisłości pojawiały się w sposobie przedstawiania skuteczności działań agencji i wprowadzało w błąd prezydenta – pisze Daily Beast. Senat wykazał też, że na pytania ze strony Białego Domu odpowiadano niezgodnie z prawdą lub w sposób niekompletny. Według senatorów, te metody wykraczały daleko poza granice prawa, a CIA nie uzyskała zgody prawników administracji republikańskiego prezydenta George’a W. Busha na ich stosowanie.

Dokument stwierdza też, że spośród 119 więźniów przetrzymywanych przez CIA w tajnych ośrodkach, przynajmniej 26 było zatrzymanych w wyniku pomylenia ich tożsamości lub błędów wywiadu.

W raporcie jest też mowa o zastosowaniu groźby przemocy seksualnej z użyciem miotły wobec jednego z przesłuchiwanych, a nawet groźby egzekucji.

Przed publikacją raportu siły USA na świecie zostały postawione w stan podwyższonej gotowości – informował w Bagdadzie ustępujący szef Pentagonu Chuck Hagel. – Poleciłem wysokim dowódcom wojskowym postawić w stan podwyższonej gotowości” siły USA na całym świecie – mówił amerykański minister obrony, zastrzegając, że na razie nie stwierdzono żadnego zagrożenia.

Poniżej raport Senatu w języku angielskim:

Committee Study of the Central Intelligence Agmcy’s Detention and Interrogation Program

https://www.scribd.com/embeds/249651662/content?start_page=1&view_mode=scroll&show_recommendations=true

10 tys. Niemców przeciw „islamizacji Zachodu”: „Niech wracają do siebie”>>

TOK FM

Wybory polityczne młodych pokazują, że to nie z nimi jest coś nie tak, tylko z polityką

10.12.2014

CC BY 3.0

 

Stanisław Skarżyński alarmuje, że z młodymi coś jest nie tak, bo nieobywatelscy, nierozsądni, destrukcyjni. Ale wybory polityczne młodych pokazują, że to nie z nimi jest coś nie tak, tylko z polityką, która się nimi nie interesuje.

Młodzi są zmienni i jest to podstawowa prawda o ich wyborach politycznych. Wynieśli Palikota, zamienili go na Korwin-Mikkego, by chwilę później obdarzyć swoimi głosami Prawo i Sprawiedliwość. Bo to właśnie PiS okazał się najskuteczniejszy w walce o głosy młodych. Kwestią dyskusyjną jest, czy był to wynik świadomej strategii komunikowania się z młodymi, czy też po prostu w tych wyborach padło na tę partię.

Osobną kwestią jest jednak fakt, że nurt konserwatywny wśród młodych jest od dawna widoczny i zaczyna przeistaczać się w wartościowy kapitał polityczny. Nie zyskują na tym póki co skrajne ruchy prawicowe, ale dla Prawa i Sprawiedliwości to okazja do zagospodarowania tej grupy. Okazja do tej pory raczej nie wykorzystywana.

Dynamika wyborcza pokazuje dwie prawidłowości: młodzi wyborcy nie są zdecydowani, wyglądają bardziej na zagubionych i poszukujących, ale w tym poszukiwaniu szerokim łukiem omijają rządzącą Platformę Obywatelską. Nie stanowią więc antyobywatelskiego, konstestującego ruchu, bo nie stanowią żadnego ruchu.

Wybierają spośród dostępnych opozycyjnych ofert, ale wyraźnie żadna im do końca nie odpowiada. I jest to całkiem adekwatne zachowanie, jeśli weźmie się pod uwagę, że politycy przestali z młodymi rozmawiać. Poza incydentalnymi przypadkami, jak Palikota w początkach jego Ruchu, żadne komunikaty nie są kierowane do młodych.

W tej diagnozie zgoda ze Stanisławem Skarżyńskim: młodzi są zaniedbani. Jest to w jakiś sposób też specyfika polskiej polityki – jeśli popatrzeć choćby na konto na Twitterze Davida Camerona to spotkania z młodymi są ważną częścią jego codziennej pracy. Ale już na przykład SLD od młodych woli elektorat wspominający z nostalgią Edwarda Gierka. To trochę zadziwiające jak na lewicę.

Głosują więc młodzi z poczuciem bezradności, wykluczenia, łatwo w tym odrzuceniu podążając za ruchami skrajnymi, politycznym efekciarstwem, dając się uwodzić sztukmistrzom z Lublina czy ekscentrycznym brydżystom. Jest to więc wyraz bardziej rozpaczy niż buntu. Z pewnością zaś ustawianie młodych w opozycji jest nieuprawnione. Prędzej są w jakiejś poczekalni. Wyczekują aż ich problemy znajdą w końcu miejsce w publicznej debacie.

A kwestii ważnych jest cała lista. Rynek pracy to nie tylko sprawa młodych bezrobotnych, ale też możliwości rozwoju tych, którym udało się już na niego wejść. W tle tych zjawisk jest oczywiście emigracja, temat starannie unikany przez polityków.

Obok rynku pracy jest też problem edukacji, szczególnie wyższej, poważnie oskarżanej, także przez pracodawców, że nie daje ważnych kompetencji, uczy w przestarzały sposób. A wśród owych ważnych kompetencji jest umiejętność pracy w grupie, tutaj kłania się edukacja pozaformalna i rola organizacji pozarządowych (organizacji, które w ostatnim czasie stały się dla młodych atrakcyjną alternatywą wobec kariery korporacyjnej). Bardzo symboliczne jest, że Polska to bodaj ostatni kraj Unii Europejskiej, który nie posiada polityki młodzieżowej.

Ten trójkąt: rynek pracy – edukacja – aktywność społeczna jest kluczowy dla zbudowania całościowej oferty dla młodych. Póki co wspólny mianownik dla wszystkich wymienionych spraw to frustracja. A sfrustrowani młodzi miotają się w politycznej przestrzeni, incydentalnie przypominając o sobie w czasie wyborów lub protestując, gdy władza naprawdę nadepnie na ich najbardziej newralgiczne miejsce, jak to było przy sprawie ACTA. Trudno jednak przewidywać, by w Polsce miała się odbyć jakaś wiosna młodych na wzór krajów południa lub Hongkongu.

Czas więc najwyższy, by ktoś poważnie poświęcił uwagę młodym. Szczególnie, że powtarzający się remis w starciu PO – PiS rozstrzygnąć może w 2015 roku właśnie ta grupa wyborców. Rozstrzygnąć na rzecz tej partii i tego lidera, którzy pierwszy znajdzie kontakt z młodymi.

*Paweł Dębek – szef Instytutu Edukacji Społecznej, think-tanku skoncentrowanego na programach rozwojowych młodych ludzi. Przewodniczy Dolnośląskiej Radzie ds. Młodzieży, jest członkiem Rady Działalności Pożytku Publicznego Ministra Pracy i Polityki Społecznej.

 

Instytut Obywatelski

Zaczął rządzić miastem i obniżył sobie pensję

greg, 10.12.2014
Poprzedni burmistrz Lidzbarka Warmińskiego Artur Wajs zarabiał miesięcznie ponad 11,3 tys. zł

Poprzedni burmistrz Lidzbarka Warmińskiego Artur Wajs zarabiał miesięcznie ponad 11,3 tys. zł (Fot. Przemysław Skrzydło / Agencja Gazeta)

Nowy burmistrz Lidzbarka Warmińskiego Jacek Wiśniowski będzie zarabiał o ponad 2,6 tys. zł mniej niż jego poprzednik.
Przez ostatnie cztery lata Lidzbarkiem Warmińskim, skąd pochodził obecny jeszcze marszałek Jacek Protas, rządził Artur Wajs. Obaj są z Platformy Obywatelskiej. W tegorocznych wyborach samorządowych w tym mieście doszło do II tury. W niej, kontrkandydatem Wajsa był Jacek Wiśniowski. Ten ostatni startował z własnego Komitetu Pięciu Gmin. I to na niego postawili mieszkańcy Lidzbarka Warmińskiego. Wiśniowski wygrał różnicą niespełna 180 głosów.Jedną z pierwszych decyzji nowego burmistrza była propozycja obniżenia swojego wynagrodzenia. Wajs pobierał co miesiąc 11,340 tys. zł. Uchwałę w tej sprawie podjęli lidzbarscy radni. Ustalili, że nowa stawka pensji zasadniczej zmaleje z 6 tys. zł do 5 tys. zł. Obniżony został również dodatek funkcyjny o 400 zł i dodatek specjalny o ponad 1,2 tys. zł.- Zgodnie z przyjętą uchwałą radnych moje wynagrodzenie będzie wynosiło teraz 8,7 tys. zł, co oznacza, że zostało obniżone o ponad 2,6 tys. zł – mówi burmistrz Wiśniowski.Skąd pomysł z obcięciem pensji?- Uznałem, że dotychczasowe zarobki były niewspółmierne z pensjami mieszkańców miasta – tłumaczy nowy burmistrz. – Zaoszczędzone w ten sposób pieniądze na pewno zagospodarujemy we właściwy sposób.

Zobacz także

olsztyn.gazeta.pl

Pistolet Kopacz

Renata Grochal, Jolanta Kowalewska, 09.12.2014
Sławomir Nitras

Sławomir Nitras (Fot. Cezary Aszkiełowicz / AG)

To może być wielki powrót. Po kilku latach na marginesie Sławomir Nitras, niegdyś jeden z najzdolniejszych polityków PO, został właśnie doradcą w gabinecie premier Ewy Kopacz
Decyzja Kopacz zaskoczyła polityków PO. Nitras – za przyzwoleniem Donalda Tuska – od czterech lat był marginalizowany w zachodniopomorskiej Platformie. W PO uważają, że Ewa Kopacz sięgnęła po niego, bo przygotowuje się do walki o przywództwo w partii po wyborach parlamentarnych w 2015 r.- Kopacz szuka zwolenników w regionach, których nie jest pewna. Szef zachodniopomorskiej PO Stanisław Gawłowski był kiedyś kojarzony ze Schetyną, a odgrzanie rywalizacji z Nitrasem go osłabi – mówi ważny przedstawiciel Platformy. Inny dodaje, że Kopacz nie chce dać się zdominować tzw. spółdzielni Cezarego Grabarczyka. Dlatego buduje w kancelarii własne zaplecze i wyciągnęła Nitrasa z politycznego niebytu.Znają się z Sejmu. Kopacz jako lekarka pomagała Nitrasowi leczyć sportowe kontuzje. Podszepnął jej go Sławomir Nowak. Premier pytała o zdanie także wiceministra spraw zagranicznych Rafała Trzaskowskiego, który zna Nitrasa z europarlamentu. Ten wystawił mu pozytywną opinię. – PO przed wyborami parlamentarnymi będzie potrzebowała nowych twarzy. Sławek jest pracowity, błyskotliwy, dobrze wypada w mediach i zna się na partyjnej robocie. Szkoda byłoby zmarnować taki potencjał – mówi bliski współpracownik Kopacz.Nitras ma być łącznikiem z partią. Ale na razie dostał od pani premier dyspozycje, żeby trzymał się w cieniu, nie brylował w mediach, by nie drażnić partyjnych działaczy, którzy widzą w nim konkurenta do ucha liderki.Zakochany w Rokicie

Nitras ma zaledwie 41 lat, ale był już w trzech partiach, szefował gabinetowi wojewody koszalińskiego, ministra rolnictwa, był posłem i europosłem.

Urodził się w Połczynie-Zdroju w Zachodniopomorskiem. Jego ojciec był dyrektorem oddziału Funduszu Wczasów Pracowniczych, w 1981 r. został zwolniony z pracy, bo wystąpił w obronie zatrzymanego przez milicję proboszcza. Mama była pielęgniarką. W domu była niechęć do komuny, chociaż rodzice nie działali w opozycji. Gdy miał 21 lat, stracił matkę.

Ukończył technikum samochodowe, później politologię na Uniwersytecie Szczecińskim. Jako 17-latek zapisał się do Unii Polityki Realnej, w której zabawił cztery lata. Mówi, że miał konserwatywno-liberalne poglądy, był wielkim zwolennikiem wolnego rynku. – Byłem bardzo młody, szukałem prostych recept. W szkole albo się było anarchistą, albo UPR-owcem. Innych opcji nie było – mówi Nitras.

W 1997 r. zapisał się do powstającego Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego (SKL). Pamięta zjazd SKL w Szczecinie, na którym przemawiał jeden z liderów Aleksander Hall. Wcześniej zaczytywał się w jego publicystyce. Na sali było 600 osób. No i do SKL wstąpił Jan Rokita, którym Nitras był zafascynowany, odkąd skończył 16 lat. Po raz pierwszy zobaczył go w telewizji, gdy w czarnym golfie przemawiał w Sejmie w imieniu Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego (OKP).

– Zakochałem się w Rokicie z tą jego elokwencją – przyznaje Nitras. – Nigdy nie pociągała mnie narodowa prawica spod znaku ROP Jana Olszewskiego, raczej konserwatywny liberalizm, a ludzie o takich poglądach lądowali wtedy w SKL – tłumaczy zmianę partii.

Gdy Jacek Janiszewski, szczeciński działacz SKL, został ministrem rolnictwa w rządzie Jerzego Buzka, wziął Nitrasa do gabinetu politycznego.

W Warszawie Nitras poznaje Rokitę, który staje się jego politycznym mistrzem. Imponowało mu, że Rokita jest intelektualistą. Potrafił przez trzy dni nie wychodzić z domu, bo czytał ciekawą książkę. Podsuwał mu pozycje o polityce, filozofii, rozmawiali o Platonie, Arystotelesie. Zaprzyjaźnili się. To od Nitrasa Rokita dowiedział się w 2007 r., że jego żona Nelly przyjęła propozycję współpracy od prezydenta Lecha Kaczyńskiego, co stało się powodem odejścia Rokity z polityki. Nitras wraz z Bartłomiejem Sienkiewiczem, późniejszym ministrem Tuska, i Łukaszem Pawłowskim towarzyszyli Rokicie w podejmowaniu tej decyzji. Proponowali, by Rokita startował do Senatu. Ale on miał poczucie, że tą sytuacją został ośmieszony i musi się wycofać z życia publicznego.

Nitras był w SKL do 2001 r. Później wraz z Rokitą i Bronisławem Komorowskim przystąpili do tworzącej się PO. W Platformie był zaliczany do frakcji konserwatywnej, ale popiera in vitro, a nawet związki partnerskie, których partia od siedmiu lat nie może uchwalić.

Nadzieja PO rozpycha się w spółkach

Wielu rozmówców uważa, że ma dwie twarze. Europoseł PiS Tadeusz Cymański, który był z Nitrasem w SKL, mówi, że to „zdolniacha i uroczy człowiek, bardzo przywiązany do rodziny”. Nitras ma żonę Irminę i dwie córki: 12-letnią Natalię i 9-letnią Kornelię.

W PO wielu ma go za raptusa, nastawionego na ciągłą rywalizację; fightera, który nigdy nie odpuszcza.

Dobra passa Nitrasa zaczyna się w 2005 r. – wchodzi do Sejmu, szefuje szczecińskiej PO. Rok później wymyślony przez niego kandydat na prezydenta Szczecina Piotr Krzystek wygrywa wybory z byłym SLD-owskim ministrem gospodarki Jackiem Piechotą. Marszałkiem województwa zachodniopomorskiego również zostaje osoba wskazana przez Nitrasa – Norbert Obrycki, dziś senator PO. Posady w spółkach skarbu państwa i jednostkach samorządowych zajmują partyjni współpracownicy Nitrasa. Jego ludzie lądują w zarządach Zakładów Chemicznych „Police” i Morskich Portów Szczecin – Świnoujście, szefują zależnej od urzędu marszałkowskiego Przychodni Portowej.

Do 2010 r. Nitras jest w zarządzie krajowym PO. Donald Tusk mówi o nim nawet, że „jest największą nadzieją Platformy”. Często jest zapraszany do mediów. Nie bawi się w dyplomację, wali prosto z mostu. Gdy PO przymierza się do ograniczenia praw związkowców, Nitras mówi, że należy ograniczyć prawa „rozwydrzonych związkowców wypasionych na państwowych pieniądzach”.

W 2010 r., gdy w prezydenckich prawyborach partyjny aparat popiera Bronisława Komorowskiego, on stawia na Radosława Sikorskiego. Otwarcie mówi, że prezydentura Komorowskiego będzie zachowawcza, a Sikorskiego – dynamiczna.

„Ty tchórzu, to ja was stworzyłem” W kraju Nitras bryluje, lecz w Szczecinie kłóci się ze swoimi. Szybko wchodzi w konflikt z prezydentem Krzystkiem, bo – jak mówią jego przeciwnicy – ten nie chciał się zgodzić, by sterował nim z tylnego siedzenia. Wielu rozmówców zarzuca mu arogancję. Dwóm posłom PO o 2.30 w nocy wysyła SMS-a: „Ty tchórzu. To ja was stworzyłem. Ze mną nie wygracie”. Posła Krzysztofa Zarembę (dziś w PiS) na partyjnym zebraniu nazywa „debilem”. To była reakcja na zarzut, że to Nitras ponosi polityczną odpowiedzialność za narkotykową wpadkę dwóch działaczy PO zatrzymanych w listopadzie 2008 r. przez policję na paleniu marihuany (w aucie były też śladowe ilości amfetaminy), bo ich wypromował. Miesiąc wcześniej „Rzeczpospolita” kreśli portret Nitrasa jako rzutkiego, dynamicznego polityka, a ten przy okazji wyznaje, że w 2006 r. podczas samorządowej kampanii prezydenckiej świadomie pomówił kandydatkę PiS Teresę Lubińską, by zmniejszyć jej szansę na wygraną. Zarzucił jej, że jako minister finansów w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza darowała dług działaczowi Samoobrony.”Gdy oskarżyłem Lubińską, wiedziałem, że to nie ona podejmowała decyzję i że potem pewnie będę musiał przepraszać. Ale efekt został osiągnięty” – wyznał w październiku 2008 r. w „Rzeczpospolitej”.Później tłumaczył, że nawet jeśli dług umorzył wiceminister, to Lubińska jako minister finansów ponosi za to polityczną odpowiedzialność. Tylko że gdy zapadła decyzja o umorzeniu, Lubińska nie była już w rządzie.Konflikt Nitrasa z szefem zachodniopomorskiej PO Stanisławem Gawłowskim zaostrza się po katastrofie smoleńskiej w 2010 roku. Wcześniej ich relacje były dobre, Nitras nazywa je nawet przyjaźnią. Wraz z posłem Sebastianem Karpiniukiem, który zginął w Smoleńsku, we trzech zgodnie dzielili się władzą w terenie. Nitras decydował o części szczecińskiej województwa, a Gawłowski – o koszalińskiej. Nie wchodzili sobie w drogę. Szefem partii w regionie był Karpiniuk.

Po śmierci Karpiniuka trzeba było wybrać nowego szefa. Nitras i Gawłowski zaczęli walczyć o sukcesję.

Gawłowski długo przygotowywał się do tej rozgrywki. Już w 2009 r. zaproponował Nitrasowi start do Parlamentu Europejskiego, dając do zrozumienia, że miejsca na liście do Sejmu rok później nie dostanie.

Dla Nitrasa to była zsyłka. W PE zasiadał w komisji gospodarczej i monetarnej. Przez pierwsze dwa lata nie był aktywnym europosłem, ale później wciągnął się w prace nad regulacjami dotyczącymi tzw. sześciopaku, który miał zmobilizować unijne państwa do przestrzegania dyscypliny finansowej.

Gdy Nitras jest w Brukseli, Gawłowski zaczyna spychać go na boczny tor. W maju 2010 r. Nitras przegrywa wybory na szefa zachodniopomorskiej PO. Żeby pozbawić go stanowiska szefa Platformy w Szczecinie, ludzie Gawłowskiego zakładają nowe koła. Kolejne koła to nowi delegaci na zjazd, którzy wybierają szefa partii. Nitras oprotestowuje ich rejestrację, ale zarząd partii z Donaldem Tuskiem bierze stronę Gawłowskiego. W 2013 r., po dziesięciu latach szefowania szczecińskiej Platformie, Nitras wycofuje się z walki o ponowne przywództwo. Oskarża Gawłowskiego o pompowanie kół i zapisywanie do partii martwych dusz. Pisze w tej sprawie list do Tuska. Ale premier publicznie nazywa ten gest „demonstracją rozżalenia”. Za karę Nitras nie dostaje miejsca na liście do europarlamentu w 2014 r.

– Szef partii nie może generować konfliktów, powinien jednoczyć – tłumaczy Gawłowski.

Nitras uważa, że został przez Gawłowskiego zdradzony. Dostrzega w tym intrygę partyjnej centrali i Tuska, którzy postawili na Gawłowskiego.

Jazda na wstecznym „na siku”

Część rozmówców uważa, że tylko czekać, aż Nitras wywinie jakiś numer. Kilka osób przypomina, jak w sierpniu 2009 r. nowo wybrany europarlamentarzysta postawił na nogi niemiecką policję, jadąc bawarską autostradą pasem awaryjnym na wstecznym biegu. Podczas interwencji policji wyciągnął paszport dyplomatyczny, ale zapewnia, że nie po to, by uniknąć mandatu. Jednak ukarany nie został.

Tłumaczył, że wracał z rodziną – żoną oraz małymi wówczas córkami – z wakacji w Chorwacji i jedna z córek musiała natychmiast iść do toalety. Na autostradzie był korek, więc cofnął samochód o 15 metrów. Od razu po zdarzeniu publicznie przepraszał.

– Teraz Sławek nie pracuje już na swoje konto, ale na konto Ewy Kopacz. Jego błąd może ją sporo kosztować – mówi polityk z władz PO.

Ale są i tacy, którzy uważają, że Nitras dojrzał, a kilka lat politycznego czyśćca sprawiło, że spokorniał i wyciągnął nauczkę z wcześniejszych błędów. Już w najbliższych miesiącach okaże się, kto ma rację.

Wyborcza.pl

Pan Marcin wysłał list, że występuje z Kościoła. Ale proboszcz pisma nie uznaje

Dorota Karaś, 10.12.2014
Parafia pw. św. Wojciecha w Starogardzie Gdańskim

Parafia pw. św. Wojciecha w Starogardzie Gdańskim (Fot. Google Street View)

Czy pismo wysłane do proboszcza wystarczy, żeby wystąpić z Kościoła katolickiego? Tej drogi próbował Marcin Wichert ze Starogardu Gdańskiego. Mimo że decyzję w tej sprawie wydał główny inspektor danych osobowych, proboszcz odmawia wpisania do kościelnych ksiąg adnotacji o apostazji.
„Dnia 16.10.2013 formalnym aktem wystąpił z Kościoła katolickiego” – umieszczenia takiej informacji w kościelnej księdze chrztów domaga się Marcin Wichert. W ubiegłym roku wysłał do proboszcza parafii św. Wojciecha w Starogardzie Gdańskim oświadczenie woli, w którym zawiadamia o apostazji. Choć od roku pisma w tej sprawie wymieniają między sobą parafia i generalny inspektor danych osobowych, proboszcz ani razu nie skontaktował się z byłym parafianinem.Nie chcę tłumaczyć się ze swojej decyzji– Nikt nie pytał mnie, czy chcę przystąpić do Kościoła katolickiego, decyzję podjęli rodzice – tłumaczy Maciej Wichert. – Postanowiłem wystąpić z Kościoła, bo nie identyfikuję się z tą instytucją. Moim zdaniem skompromitowała się, ciąży na niej zbyt wiele zarzutów i afer. Nie chcę figurować w kościelnych statystykach. Proboszcz nie odpowiedział na moje oświadczenie woli o wystąpieniu z Kościoła. Dlatego zdecydowałem się zawiadomić o sprawie generalnego inspektora ochrony danych osobowych.Urząd najpierw zwrócił się do proboszcza o złożenie pisemnych wyjaśnień. Ksiądz tłumaczył, że odmówił wpisania adnotacji o wystąpieniu z Kościoła, bo odbyło się ono niezgodnie z instrukcjami Episkopatu Polski. Zgodnie z tymi wytycznymi osoba, która chce dokonać apostazji, musi to zrobić w obecności proboszcza i dwóch pełnoletnich świadków. Oświadczenie wysłane listownie lub mailem nie liczy się z punktu widzenia prawa kanonicznego.- Nie widzę powodu, dla którego musiałbym rozmawiać z proboszczem w obecności świadków i tłumaczyć się z mojej decyzji – mówi Marcin Wichert. – Moim zdaniem to nie wewnętrzna instrukcja powinna decydować o wystąpieniu z Kościoła. Ustawa o ochronie danych osobowych daje każdemu prawo do sprostowania nieaktualnych danych, czyli np. informacji o przynależności do Kościoła. Właśnie tego domagam się od proboszcza.

– To, w jakiej formie ten pan próbuje załatwić sprawę, jest działaniem nieprawnym – skomentował ks. Janusz Lipski, proboszcz parafii św. Wojciecha w Pruszczu Gdańskim. – Tylko tyle mam do powiedzenia.

Generalny inspektor ochrony danych osobowych nakazał proboszczowi ze Starogardu Gdańskiego wpisanie adnotacji do księgi parafialnej w czerwcu tego roku. Marcin Wichert nie otrzymał jednak do tej pory potwierdzenia, że dane zostały zmienione.

Rozumiem, kiedy proboszcz nie odpuszcza

Podobny spór toczy około stu osób w Polsce. Przed 2013 r. generalny inspektor ochrony danych osobowych umarzał większość wniosków od apostatów, którzy domagali się od proboszczów dopisania w księgach parafialnych informacji, że wystąpili z Kościoła. Wychodził bowiem z założenia, że nie ma uprawnień do wydawania decyzji administracyjnych w tych sprawach i że nie może ingerować w kościelne przepisy.

– Wszystko zmieniło się po serii wyroków Naczelnego Sądu Administracyjnego wydanych w 2013 r. – informuje Małgorzata Kałużyńska-Jasak, dyrektor zespołu rzecznika prasowego w Biurze Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych. – NSA nakazał zmianę praktyki ze strony GIODO, uznając, że w sytuacjach, w których osoba nie należy do Kościoła lub związku wyznaniowego, Generalny Inspektor ma prawo wydawać decyzje, a nawet przeprowadzać inspekcje w sytuacji, jeśli jej dane znajdują się w zbiorach prowadzonych przez Kościół lub związek wyznaniowy.

Inspektor zaczął więc nakazywać proboszczom, by odnotowywali w księgach parafialnych, że osoba wystąpiła z Kościoła, nawet jeżeli nie dopełniła procedur kanonicznych. Episkopat zachęcał wówczas proboszczów, by zaskarżali takie decyzje do wojewódzkich sądów administracyjnych. Sądy rozpatrują teraz takie skargi. W niektórych sprawach zapadły już wyroki, w których sąd przyznał rację proboszczom, w jednej GIODO złożył kasację do Naczelnego Sądu Administracyjnego.

– Istotne jest bowiem to, by sądy ustanowiły linię orzecznictwa w tym zakresie – wyjaśnia Małgorzata Kałużyńska-Jasak.

Czy sądowo-administracyjna walka o parafian ma sens?

– Kościół jest miejscem wolności, nie ma sensu nikogo w nim na siłę zatrzymywać – komentuje nieoficjalnie jeden z gdańskich księży. – Rozumiem jednak proboszczów, którzy walczą o swoich parafian, nie odpuszczają tak łatwo. To wynika z troski. Decyzję o odejściu z Kościoła człowiek podejmuje czasem pod wpływem emocji, kryzysu wiary. Mądry ksiądz ma tego świadomość, chce dać czas, by sprawdzić, czym ta decyzja jest podyktowana. Trzeba jednak uszanować wolną wolę człowieka.

Zobacz także

trojmiasto.gazeta.pl

Krucha prawda

Magdalena Środa, filozof, etyk, 10.12.2014
Jarosław Kaczyński

Jarosław Kaczyński (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

W PRL-u była cenzura. Miała ona charakter doraźny, prewencyjny, występowała również w postaci „auto”. Szukanie prawdy w mediach było więc zajęciem trudnym, wymagającym doświadczenia i odporności na manipulację. Zwłaszcza że prawda często kryła się w tym, o czym prasa nie chciała pisać, a telewizja mówić. W milczeniu.
W stanie wojennym cenzura nie miała czego cenzurować – wiele pism zamknięto, a w prasie były wojskowe i rządowe komunikaty, a nie teksty. Słuchało się więc Wolnej Europy, czytali pisma podziemne, gdzie (ilościowo) prawd było mało, bo słaby był dostęp do informacji. I tych prawd władza się bała, choć informacją dysponowała.Pamiętam, jak w jednym z pierwszych procesów stanu wojennego skazano mojego kolegę z Instytutu Filozofii, bo miał przy sobie ulotki rozpowszechniające – jak twierdził prokurator wojskowy – kłamstwa. Największe z nich to: „ » Solidarność «zwycięży!”. Prokurator domagał się siedmiu lat więzienia, skończyło się na dwóch. Za prawdę. Piszę o tym nie gwoli wspominania, ale porównania, jak cenna była prawda kiedyś, jak marna jest dziś. Jak jawna, choć nieskuteczna, była manipulacja kiedyś, jak skuteczna, choć niejawna, jest dziś.Dziś nie ma cenzury. Są za to kalkulacje zysków i strat. Dawniej wszystkie media chodziły na pasku władzy, która nie lubiła prawdy; dziś większość z nich musi chodzić na pasku sensacji, która zastąpiła prawdę.I nie wiem, co jest gorsze dla samej prawdy. Dziś nie trzeba kłamać ani ukrywać prawd. Wystarczy nimi manipulować lub je podrasować. Podrasowana prawda staje się wielką prawdą, wokół której krążą wszelkie inne. Politycy wiedzą o tym równie dobrze jak bohaterowie Pudelka i innych tabloidów. Tylko jedni potrafią z tej wiedzy korzystać, inni nie.Mistrzem jest Jarosław Kaczyński i dlatego, choć zawsze przegrywa wybory, władza należy do niego. Gdy wymyślił „zamach smoleński”, media tak długo powtarzały jego sensacyjne słowa, aż ludzie uwierzyli lub zaczęli myśleć, że „coś jest na rzeczy”.Gdy Kaczyński wymówił słowa o „fałszerstwie wyborów”, media zrobiły wszystko, by ludzie to „coś” również dostrzegli. Czy dlatego, że poznali fakty? Nie. Jak mówił mistrz propagandy: kłamstwo powtórzone sto razy staje się prawdą. Kłamstwo powtórzone dwieście razy staje się faktem. Nie jest to zasługą polityka, ale mediów. I to nie tylko prawicowych.

Kilka dni temu pewien chuligan, znany z „afery madryckiej” (to również media z wybryków chuligańskich w samolocie zrobiły „aferę”), powiedział, że „go wrobiono” i jest niewinny. Niby nic, ale jego „sensacyjną wypowiedź” powtórzono w mediach telewizyjnych już tyle razy, by ludzie zaczęli myśleć, że „coś jest na rzeczy”.

To mediom Hofman będzie zawdzięczał triumfalny powrót do polityki, tak jak mediom zawdzięcza swoją karierę Korwin-Mikke. To media kreują miernoty na wielkich polityków, a różne sensacje na prawdę. Bo nie prawda się liczy, tylko oglądalność.

Przy okazji rocznicy stanu wojennego warto więc przypomnieć, jak kruchą rzeczą jest prawda i jak łatwo nią manipulować przywołując same fakty.

Zobacz także

wyborcza.pl

Ojciec Rydzyk zbiera 1 proc. podatku na „pielęgnowanie polskości”

Michał Wilgocki, 10.12.2014
O. Tadeusz Rydzyk

O. Tadeusz Rydzyk (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Ojciec Tadeusz Rydzyk znalazł nowy sposób pozyskiwania pieniędzy na swoje projekty. Fundacja Nasza Przyszłość, która zajmuje się działalnością wydawniczą, dostała status organizacji pożytku publicznego.
Od początku grudnia redemptoryści zaczęli intensywną kampanię, która ma przekonać słuchaczy, by przekazywali 1 proc. swojego podatku na Naszą Przyszłość. To wydawnictwo, które działa w Szczecinku. Wydawało do 2009 roku miesięcznik „Rodzina Radia Maryja”, a obecnie gazetę „W Naszej Rodzinie”. Prowadzi też księgarnie. Niedawno fundacja dostała status organizacji pożytku publicznego. Ten status nadają sądy.Radio Maryja emituje specjalne komunikaty, w parze ze zwiastunami o numerach kont bankowych.- Na pewno każdemu z nas zależy na dobrym uformowaniu dzieci i młodzieży, by byli szlachetnymi ludźmi, Polakami, katolikami – mówi w nim o. Rydzyk. I przekonuje, że przekazane przez słuchaczy pieniądze pójdą na „naukę, szkolnictwo wyższe, oświatę, edukację i wychowanie, oraz na upowszechnianie tradycji narodowej, pielęgnowanie polskości i rozwój świadomości narodowej, obywatelskiej i kulturowej dzieci i młodzieży”. Czyli na Wyższą Szkołę Kultury Społecznej i Medialnej, uczelnię działającą przy Radiu Maryja i Telewizji Trwam, która kształci m.in. dziennikarzy, politologów i informatyków.Przekazywaniu podatków został poświęcony specjalny odcinek „Rozmów niedokończonych”, najważniejszego publicystycznego programu w Radiu Maryja. Jego gośćmi byli, oprócz o. Rydzyka także Lidia Kochanowicz-Mańk, dyrektor finansowa innej fundacji, Lux Veritatis, która jest właścicielem TV Trwam, a także poseł Andrzej Romanek z Solidarnej Polski.Dość precyzyjnie starali się wytłumaczyć słuchaczom, jak przekazuje się jeden procent i że warto to robić.- Emeryci i renciści często tego jednak nie robią, bo pozwalają, żeby robił to za nich ZUS – żalił się o. Rydzyk. A to, jego zdaniem, bardzo niedobre rozwiązanie. – Bo później te pieniądze bierze rząd, i to on może decydować, jakim organizacjom pożytku publicznego je da. Da takim, jakim uzna za stosowne. Mogą te pieniądze iść na złe rzeczy. Budżet wspiera różne cele, nie zawsze zgodne z sumieniem i naszą wiarą.- Właśnie dlatego musimy to robić sami – wtórował mu Andrzej Romanek, który przypominał, żeby czytać statuty organizacji, na które daje się pieniądze, i sprawdzać, czy działają zgodnie z katolickim światopoglądem.

Z kolei Kochanowicz-Mańk dość obrazowo tłumaczyła, na jakie pieniądze liczy fundacja.

– Z tysiąca złotych emerytury 1 procent to 21,60 zł. Gdyby te pieniądze przekazało 10 tys. osób, mielibyśmy 216 tys. zł. Gdyby 100 tys. – aż dwa miliony. A przecież Rodzina Radia Maryja liczy więcej niż 100 tys. osób – mówiła dyrektor finansowa fundacji.

– Jeszcze jedno, żebyście państwo jeden do drugiego poszli i mówili. Sąsiadce, komuś drugiemu. A później pomóc to wypełnić – apelował o. Rydzyk. Pomóc mają terenowe biura Radia Maryja, a także biura poselskie, o czym przekonywał Romanek.

Redemptorysta zapewnia, że sam też rozliczy podatek, bo dostaje wynagrodzenie jako wykładowca WSKSiM.

– W uczelni nie można uczyć bez zapłacenia. Oczywiście ja tych pieniędzy nie widzę, bo mówię, żeby zaraz je przekazać z powrotem na uczelnię. Ale podatek wpiszę. I niech każdy tak zrobi – to może być i ksiądz, i siostra zakonna. Nam zależy na dzieciach i młodzieży. Upowszechnianie tradycji narodowej i polskiej kultury. A jakby zrobić jakieś piękne konkursy dla dzieci, gdybyśmy mieli pieniądze – zastanawiał się o. Rydzyk. Prowadzący audycję inny z redemptorystów puścił w przerwie między rozmowami piosenkę braci Golców „Gdzie się podziały nasze podatki?”. „Co boskie – Bogu, a co cesarskie – to cesarzowi. Ale po kasę walą cesarze coraz to nowi” – śpiewa jeden z braci.

Po przerwie do audycji zadzwoniła słuchaczka, która pytała, jak pogodzić przekazywanie podatku na uczelnię z przekazywaniem podatku na Kościół. Andrzej Romanek wyjaśnił, że sposób finansowania Kościoła mimo planów się nie zmienił. W przyszłym roku nie będzie można jeszcze przekazać 0,5 proc. podatków na Kościoły i związki wyznaniowe. Dostaną one pieniądze z budżetu.

Pierwsza reporterska biografia ojca Tadeusza Rydzyka. Sprawdź >>

Zobacz także

wyborcza.pl

Tym o marszu PiS: Pójdą śmiało, prosto w lufy zomowskich karabinów

Krzysztof Lepczyński, 10.12.2014
Stanisław Tym jest satyrykiem i publicystą

Stanisław Tym jest satyrykiem i publicystą (Fot. Michał Mutor / Agencja Gazeta)

Prosto w lufy zomowskich karabinów, za demokrację, przeciwko totalitarnej władzy – opisuje motywacje uczestników sobotniego marszu PiS Stanisław Tym w „Polityce”. Jednak by pochód skończył się sukcesem, musiałby co najmniej zostać rozebrany Belweder. Do fundamentów – zauważa felietonista.
– Z tak totalitarną władzą nie sposób żyć – powiedział kilka dni temu w Polskim Radiu Joachim Brudziński z PiS. Stanisław Tym zauważa w felietonie w „Polityce”, że podobnie myślą partyjni koledzy Brudzińskiego, biskupi, dziennikarze i artyści, którzy 13 grudnia ruszą w „Marszu w obronie demokracji i wolności mediów”.Padną na bruk„Pójdą śmiało, patrząc prosto w lufy zomowskich karabinów” – opisuje Tym. „Pójdą, by w walce z totalitaryzmem paść na bruk za demokrację przepędzoną z Polski przez Tuska, Kopacz i innych sprzedawczyków” – dodaje.

Felietonista podkreśla jednak, że nie jest istotne, jak marsz się rozpocznie. Nieważne też, jak będzie przebiegał. Ważne, czym się skończy. „Największym zwycięstwem demonstrantów byłoby pokojowe rozebranie Belwederu do fundamentów” – ocenia Tym. „Ale trudno na to liczyć” – przyznaje trzeźwo.

Cały felieton w najnowszej „Polityce”.

Zobacz także

TOK FM

Reklamy
Komentarze

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s