5.12.14

 

Jarosław Kaczyński tańczy i śpiewa w Toruniu. Golcowie też by chcieli, ale mainstream ich nie puszcza

Michał Wilgocki, 05.12.2014
 POCHWALONY, czyli przegląd mediów katolicko-narodowych

POCHWALONY, czyli przegląd mediów katolicko-narodowych

POCHWALONY!, czyli przegląd mediów katolicko-narodowych. Dziś dużo o muzyce – a głównie o tym, co patriota śpiewa, czego słucha i jakiej muzyki nie usłyszy w radiu. A także o tym, czy ojca Rydzyka można całować w ręce.
Na 23. urodzinach Radia Maryja kamery Telewizji Trwam uchwyciły taką oto ciekawą scenę. Ofiarodawcy stacji w pewnym momencie uroczystości ustawiali się w kolejkę do ojca dyrektora, który rozdawał im pamiątkowe albumy o Janie Pawle II – zapewne w podzięce za to, że wspierają jego radio (czy raczej – na co zwrócił uwagę redemptorysta – radio Matki Bożej, bo to przecież „Radio Maryja” a nie „Radio Tadeusz”.

Ojciec Tadeusz pokazał przy okazji, że ma niesamowity refleks. Musiał się bronić przed wiernymi, którzy bardzo chcieli pocałować go w rękę. Na krótkim filmiku, który robi furorę w sieci, widać jednak, że mimo usilnych starań ojca Rydzyka jednemu z mężczyzn się udało.

Przy tej okazji postanowiłem zajrzeć do wywiadu sprzed kilku lat, którego „Wyborczej” udzielił rzecznik krakowskiej kurii ks. Robert Nęcek. Opowiadał wtedy o kościelnym savoir-vivrze i przy okazji rozwiał jeden z mitów.

– Biskupa całuje się nie w rękę, ale w pierścień – tłumaczył wówczas ksiądz Nęcek. Zapewniał przy tym, że biskupi starają się odchodzić od tego zwyczaju i tak podają wiernym rękę, żeby nie mieli okazji ich pocałować. Na przykład biskup Józef Zawitkowski (z Łowicza, ten, który kazania mówi białym wierszem) wiernych, którzy przed nim klękają, łapie za ramiona i po bratersku bierze w objęcia.

Weźmy przykład, chociażby pstrąg

Te same urodziny przyniosły jeszcze jeden hit. Nagranie przedstawia polityków PiS, którzy rytmicznie klaszczą i trzymają się za ręce podczas koncertu zespołu Victoria. Taka zabawa to tradycja spotkań Rodziny Radia Maryja.

„Wspólnotogennych” (to określenie jednego z redemptorystów) pieśni jest wiele, ale kilka ma szczególną wagą. Pierwsza to „Abyśmy byli jedno” – w czasie zwrotki się klaszcze, a w czasie refrenu łapie się sąsiada za rękę. „Abyśmy byli jedno, podajmy sobie ręce, abyśmy byli razem i jedno mieli serce”. Właśnie w rytm tej piosenki pląsają posłowie PiS na czele z Jarosławem Kaczyńskim (choć ten, na pierwszy rzut oka, ma trochę problem z utrzymaniem rytmu).

Na nagraniu jest też „Abba, Ojcze”, hymn Światowych Dni Młodzieży z 1991 roku. Ale ważniejszym utworem, który na spotkaniach intonują redemptoryści, jest „Po całej ziemi brzmi Ave Maryja”. To jednak trudna piosenka, dlatego wierni śpiewają tylko jej refren. Podobnie jak w popularnym hicie sprzed kilku lat, kiedy kościoły pełne słuchaczy trzęsły się w posadach od chóralnego śpiewu „A żywa ryba płynie pod prąd/ żywa ryba walczy z progami/ weźmy przykład, chociażby pstrąg/ tylko martwa płynie z prądami”.

Bojkot za patriotyzm

Teraz o czymś, czego w radiu raczej nie usłyszycie. Czyli o nowych bohaterach mediów katolickich i narodowych, którzy są brutalnie dyskryminowani przez mainstream. Za co? Za patriotyzm, oczywiście.

Łukasz Golec ogłosił, że piosenki „Młody maj” nie zagrają najważniejsze stacje radiowe.

– Powiedziano nam, że się nie mieści w konwencji… Faktycznie, to niepopularne: „Kocham ten kraj, wierzę w ten kraj” – skarżył się artysta na łamach różnych prawicowych portali.

Tym samym Golcowie dołączają do grupy „artystów zakazanych” w mediach „mętnego nurtu”. Tę chlubną listę otwiera zaś Paweł Kukiz, od niedawna radny, który od kilku lat jest obrażony na mainstream, że nie chce grać jego piosenek z płyty „Siła i honor”. Jako wielki fan wczesnej twórczości zarówno Kukiza, jak i Golców postanowiłem dać im szansę. Im i naszym czytelnikom – żeby ocenili, czy stacje radiowe nie chcą grać tych piosenek z powodu patriotycznych treści czy jest to kwestia czegoś innego (na przykład estetyki).

Zobacz także

wyborcza.pl

McCain o Orbanie: Neofaszystowski dyktator. Premier Węgier: To atak na niepodległość kraju

karslo, PAP, 05.12.2014
Wiktor Orban, premier Węgier

Wiktor Orban, premier Węgier (Fot. Bela Szandelszky AP)

– Atakowana jest niepodległość Węgier – ocenił dziś premier tego kraju Viktor Orban, nawiązując do wypowiedzi republikańskiego senatora Johna McCaina. Przed kilkoma dniami Amerykanin nazwał Orbana „neofaszystowskim dyktatorem”.
„Atakowana jest niepodległość Węgier” – ocenił szef węgierskiego rządu w wywiadzie dla Radia Kossuth. Dodał, że obecnie priorytetem jest jej zachowanie. Orban uznał słowa McCaina za ekstremistyczne i stwierdził, że „świadczą one o osobie, która je wypowiedziała”. Premier zapewnił, że nie będzie „wicekrólem Węgier na zlecenie jakiegoś obcego państwa”.Szef rządu w Budapeszcie bronił swych działań na rzecz „niezależności energetycznej, finansowej i handlowej” swego kraju. Jego zdaniem ta niezależność „nie jest atrakcyjna dla beneficjentów czasów sprzed 2010 roku, gdy Węgry nie były niezależne i gdy mogli oni czerpać nadmierne korzyści” z tego kraju.

McCain: Neofaszystowski dyktator idzie do łóżka z Putinem

Senator McCain krytykował we wtorek plany wysłania producentki oper mydlanych Colleen Bell na placówkę w Budapeszcie, gdyż jego zdaniem nie ma ona kompetencji, by pełnić funkcję ambasadora na Węgrzech. „Tu chodzi o naród, który jest na skraju zrzeczenia się suwerenności na rzecz neofaszystowskiego dyktatora, który idzie do łóżka z Władimirem Putinem, a my wyślemy mu jako panią ambasador producentkę „Mody na sukces” – powiedział McCain.

Stosunki między Waszyngtonem a Budapesztem w ostatnich miesiącach się pogorszyły. USA, tak jak część społeczności międzynarodowej, krytykują centralizację władzy, podporządkowywanie sobie systemu sprawiedliwości, mediów i społeczeństwa obywatelskiego od dojścia Orbana do władzy w 2010 r.

Orban nawiązał też w wywiadzie do wprowadzonego przez USA zakazu wjazdu do kraju wobec sześciu węgierskich urzędników. Jedną z tych osób jest szefowa Narodowego Urzędu Podatków i Ceł (NAV) Ildiko Vida. Według Orbana „sprawa jest coraz jaśniejsza”, gdyż „Amerykanie wyjaśnili, że popełniła ona przestępstwo korupcyjne”. Premier uważa, że Vida powinna jak najszybciej złożyć pozew o zniesławienie. Zapewnił, że jeśli szefowej urzędu udowodniona zostanie korupcja, „trafi ona za kratki”.

„W interesie Węgier gazociąg, który pomija Ukrainę”

Węgierski premier w wywiadzie poruszył również kwestię gazociągu South Stream, o rezygnacji z którego poinformował w poniedziałek prezydent Rosji Władimir Putin. „Kwestia South Streamu jest już zamknięta”, ale w interesie Węgier nadal jest, by powstał „gazociąg, który dociera do Węgier z pominięciem Ukrainy” – uznał Orban. Podkreślił, że po fiasku projektu Nabucco i rezygnacji z South Streamu konieczne jest przygotowanie trzeciej opcji. Powiedział, że te przygotowania już trwają, i dodał, że Węgry muszą skorzystać z możliwości wynikających z niedawnego porozumienia z Azerbejdżanem.

W poniedziałek w trakcie wizyty w Ankarze Putin powiedział, że w obecnych warunkach Rosja nie może realizować projektu South Stream, m.in. dlatego, że dotychczas nie uzyskała zezwolenia od Bułgarii na wejście z budową do strefy ekonomicznej tego kraju. Prezydent Rosji zapowiedział przekierowanie rosyjskich źródeł energii w inne regiony świata i możliwe przyspieszenie realizacji projektów dotyczących gazu skroplonego.

Gazociąg przez Morze Czarne w stronę Turcji

Mający liczyć 3600 km South Stream miał zapewnić dostawy gazu z Rosji do Europy Środkowej i Południowej. Rura miała prowadzić z południa Rosji przez Morze Czarne do Bułgarii, a następnie do Serbii, na Węgry, do Austrii i Słowenii. Jedna z odnóg miała dostarczać surowiec do Grecji i na południe Włoch. South Stream miał być drugą – po Gazociągu Północnym (Nord Stream) – magistralą gazową z Rosji omijającą Ukrainę. Komisja Europejska zgłaszała poważne zastrzeżenia do projektu, gdyż w jej ocenie porozumienia międzyrządowe Bułgarii, Węgier, Grecji, Słowenii, Chorwacji i Austrii z Rosją są sprzeczne z tzw. trzecim pakietem energetycznym UE.

Prezes rosyjskiego Gazpromu Aleksiej Miller poinformował w poniedziałek, że zamiast gazociągu South Stream zostanie ułożona do Turcji, a następnie do granicy z Grecją, magistrala o takiej samej mocy przesyłowej, tj. 63 mld metrów sześciennych rocznie. Miller poinformował, że jego koncern podpisał z tureckim Botas list intencyjny w sprawie budowy nowego gazociągu przez Morze Czarne w stronę Turcji.

TOK FM

Kaczyński zapowiada ustawę o ochronie kobiet: Będzie taka, że mróz będzie w oczy szczypał

osi, 05.12.2014
Jarosław Kaczyński

Jarosław Kaczyński (Fot. AG)

– Jestem zdecydowanie przeciwko przemocy wobec kobiet. Jeśli dojdziemy do władzy, będzie ustawa o ochronie kobiet przed przemocą. I to taka, że będzie mróz w oczy szczypał. Czyli bardzo, bardzo twarda – zapowiedział prezes PiS Jarosław Kaczyński podczas konferencji prasowej w Sejmie.
Kaczyński pojawił się na konferencji z białą wstążeczką wpiętą w klapę garnituru. Jest to symbol największej na świecie kampanii – skierowanej do mężczyzn – mającej na celu walkę z przemocą wobec kobiet. Każdy mężczyzna, który zdecyduje się wpiąć w ubranie białą wstążkę, deklaruje, że nigdy nie będzie sprawcą przemocy oraz będzie reagował, kiedy dostrzeże, że komuś dzieje się krzywda.„Za bardzo się nie próbuję zdobić”Jedna z dziennikarek zapytała prezesa PiS, czy chodzi z wpiętą wstążką dla ozdoby, czy ten gest rzeczywiście coś dla niego znaczy. – Ja się tak bardzo nie próbuję zdobić – odparł Kaczyński. – Pani marszałek Radziszewska (b. pełnomocnik rządu ds. równego traktowania – red.), wręczając mi to, powiedziała, że to jest przeciwko przemocy wobec kobiet – wyjaśnił.

– Ja jestem zdecydowanie przeciwko przemocy wobec kobiet, ale to nie ma nic wspólnego z konwencją. Ja jestem zdecydowanie przeciwko konwencji. Ale jeśli dojdziemy do władzy, to będzie ustawa o ochronie kobiet przed przemocą i to taka, że będzie mróz w oczy szczypał. Czyli bardzo, bardzo twarda, ale niemająca nic wspólnego z twierdzeniem, że mężczyzna czy kobieta to twór kulturowy, a nie coś, co daje natura – zapowiedział prezes PiS.

Kontrowersyjna konwencja

O jakiej konwencji mówił? Chodzi o dokument dot. zwalczania przemocy wobec kobiet, który wśród polskich polityków z prawej strony sceny politycznej budzi duże kontrowersje. Przeciwko niemu opowiedział się także Episkopat. „Konwencja zbudowana jest na ideologicznych i niezgodnych z prawdą założeniach, których w żaden sposób nie można zaakceptować” – napisali biskupi. Kościołowi i prawicy nie podoba się m.in. zastosowana w konwencji definicja płci kulturowej gender. Więcej >>>

Zobacz także

TOK FM

Jan Radomski: Taniec prawicy z absurdem

05.12.2014

Zarzut o sfałszowanie wyborów nie jest interesujący ze względu na oczywisty brak elegancji – taki wniosek byłby banalny. Jest interesujący, ponieważ potwierdza przerażającą hipotezę: ponad trzydzieści procent Polaków jest reprezentowanych przez formację, która całkowicie oderwała się od zdrowego rozsądku. Prawo i Sprawiedliwość dryfuje w oparach niewiedzy pomieszanej z absurdem.

 

Ten tekst należałoby zacząć od wyrazów oburzenia. Nie stała się przecież rzecz codzienna: lider opozycji – z sejmowej mównicy! – zarzucił rządowi, że wybory zostały sfałszowane. To wydarzenie bez precedensu w państwie, które należy do Unii Europejskiej oraz spełnia, przynajmniej na pierwszy rzut oka, wszystkie demokratyczne kryteria.

Przynajmniej przez kilka akapitów powinniśmy ponarzekać na to, jaki wstyd przynoszą nam politycy. Z zazdrością moglibyśmy spojrzeć na północ i zachód, rozmarzając się nad klasą polityczną kilku europejskich krajów. Ale po co? Nie oszukujmy samych siebie, wszyscy do tego przywykliśmy. Oskarżenie o sfałszowanie wyborów nas nie szokuje. Nasłuchaliśmy się insynuacji znacznie poważniejszych, wystarczy przypomnieć, że przez ostatnie lata opozycja obarczała byłego premiera odpowiedzialnością za śmierć byłego prezydenta.

Niesprawiedliwe byłoby, gdybyśmy o przynoszenie nam wstydu oskarżali tylko prawicę. Były premier (zresztą ten sam, który zamordować miał swojego politycznego przeciwnika) kilka lat temu na konferencji prasowej skomentował dekolt zadającej mu pytanie dziennikarki. A jeden z jego – lewicowych! – poprzedników znany jest z tego, że niemal każdą swoją publiczną wypowiedź przyozdabia szowinistycznymi powiedzeniami i metaforami. Z tym, że Polska nie jest Szwecją (Danią/Belgią/Niemcami), zdążyliśmy się pogodzić. To co na boiskach ekstraklasy kończy się czerwoną kartką, zazwyczaj w trzeciej lidze uchodzi płazem.

Za efektowną tezą o sfałszowanych wyborach stoi wyłącznie zbiór nonsensów. Do ich obalenia nie potrzeba nic poza zwykłą logiką. Po pierwsze – nieopisanym kuriozum jest już to, że zarzut o sfałszowanie wyborów stawia ich matematyczny zwycięzca, najprawdopodobniej to pierwszy taki przypadek w historii światowej polityki; po drugie – jaki sens miałoby fałszowanie akurat najmniej istotnych wyborów?; po trzecie – dlaczego ci, którzy wpłynęli na końcowe wyniki, mieliby ściągać na siebie podejrzenia poprzez ogromne zamieszanie wokół systemu liczenia głosów, etc. Takie pytania można byłoby mnożyć w nieskończoność, gdyby nie to, że wchodzenie w polemikę na tym poziomie jest po prostu obraźliwe.

Powinniśmy wzruszyć ramionami i machnąć na to ręką, gdyby nie fakt, że to zjawisko nie ogranicza się wyłącznie do kilku głośnych, publicystycznych zabaw. Absurdem pisany jest cały manifest polskiej prawicy – począwszy od utopijnej wizji gospodarczej, przez żenujące debaty światopoglądowe, skończywszy na sprawach elementarnych, takich jak stosunek do własnego państwa. Mniej więcej jedna trzecia Polaków reprezentowana jest przez polityków, którzy infantylne emocje przedkładają nad rozum.

Trudno powiedzieć czy są takimi cynikami, czy ignorantami, ale taki sposób prowadzenia debaty niszczy naszą politykę. Gdy teza staje się ważniejsza od argumentów, politycy zaczynają ścigać się w wymyślaniu płytkich i chwytliwych haseł. I bardzo szybko przekraczają granicę przyzwoitości. Skutki tego widzieliśmy w ubiegłym tygodniu, gdy Leszek Miller chwycił za łopatę i – ramię w ramię z Jarosławem Kaczyńskim – zaczął podkopywać demokratyczne fundamenty państwa.

Sfałszowane wybory to nic nowego. Wręcz przeciwnie, to najbardziej tradycyjna twarz polskiej prawicy. Widzieliśmy ją wielokrotnie, chociażby wtedy, gdy Antoni Macierewicz wygłaszał swoje niestworzone teorie na temat katastrofy smoleńskiej, a Zbigniew Ziobro zapewniał, że dwutlenek węgla jest nieszkodliwy, ponieważ wszyscy pijemy go w gazowanych napojach. Jeśli kogoś dziwi, że teraz przyszła pora na kuriozalną opowieść o sfałszowanych wyborach, to oznacza, że jest kiepskim obserwatorem polityki.

Twitter: @jwmrad

Blog: radomski.liberte.pl

TOK FM

Biskupi w komitecie honorowym marszu 13 grudnia. Gdy PiS sięgnie po autorytarne metody, Kościół będzie mu kibicować?

Dominika Wielowieyska, 05.12.2014
Zeszłoroczny marsz w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego

Zeszłoroczny marsz w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Dziennikarze i hierarchowie kościelni zaangażowali się w organizację partyjnej imprezy PiS. To błąd i złamanie zasady, że i duchowni i ludzie mediów powinni zachować dystans wobec partii politycznych.
Jarosław Kaczyński zapowiada na 13 grudnia „Marsz w Obronie Demokracji i Wolności Mediów”.Ma to być protest przeciwko rzekomemu fałszowaniu wyborów samorządowych. W Komitecie Honorowym marszu są m.in.: abp Wacław Depo oraz biskupi: Wiesław Mering, Ignacy Dec, Antoni Dydycz, Edward Frankowski. W skład komitetu weszli: redaktor naczelny tygodnika „DoRzeczy” Paweł Lisicki, redaktor naczelny Telewizji Republika Tomasz Terlikowski, redaktor naczelny tygodnika „wSieci” Jacek Karnowski i jego publicysta Michał Karnowski. W chwili obejmowania swojej funkcji przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki deklarował, że biskupi nie powinni angażować się w popieranie jakiejkolwiek partii. Udział tylu hierarchów w organizacji marszu jest oczywistym złamaniem tej reguły.Marsz PiS 13 grudnia jest imprezą stricte partyjną. Nie dotyczy ustawy antyaborcyjnej ani in vitro. Dotyczy tylko i wyłącznie walki politycznej i jest próbą usprawiedliwienia słabego – wedle prezesa Kaczyńskiego – wyniku PiS w wyborach samorządowych. Jest też elementem strategii, która zakłada, że w ten oto sposób można pozyskać głosy najbardziej sfrustrowanych Polaków.Działacze PiS mają jak najbardziej prawo demonstrować swoje poglądy, ale ten marsz jest wyjątkowo szkodliwy, bo jest atakiem nie tyle na koalicję rządzącą (tę należy jak najbardziej krytykować za nieudolność w rozmaitych sprawach), ile atakiem na państwo. Jeśli PiS-owi uda się wmówić Polakom, że wybory demokratyczne nic nie znaczą, że ich wynik jest oszukańczy, to jest to prosta droga do autorytaryzmu. Bo skoro państwo nie działa, to chyba musi przyjść jakiś dyktator i wziąć całe towarzystwo za twarz.PiS głosi tezę o sfałszowaniu wyborów, nie podając nawet cienia dowodu, że rzeczywiście taki proceder miał miejsce. Bo to, że w niektórym okręgach np. naruszono procedury, żadnym dowodem nie jest. I w każdym takim przypadku sąd może zdecydować o powtórzeniu wyborów w określonym mieście czy gminie. Jeśli przedstawiciele Kościoła angażują się w tę akcję tak otwarcie, to może to być niebezpieczny prognostyk tego, co będzie się działo w przyszłości. Gdy PiS będzie chciał sięgnąć po autorytarne metody rządzenia, polski Kościół być może będzie mu kibicować. Dziś bardzo ważne jest, by ci hierarchowie, którzy w partyjnych imprezach nie chcą brać udziału, w tym przypadku głośno zaprotestowali. Wcześniej zawsze wybierali milczenie i bierność. Teraz będzie to niewybaczalnym błędem.Równie niewybaczalnym błędem jest udział w marszu dziennikarzy i redaktorów naczelnych niektórych mediów. Jako dziennikarze mamy swoje poglądy i swoje spojrzenie na to, co dla Polski jest dobre. Popieramy konkretne projekty, które uważamy za słuszne. Sympatie polityczne są w wielu przypadkach bardzo widoczne po obu stronach barykady. Ale mamy wolny rynek mediów i wolność słowa: najważniejsze jest nieskrępowane starcie różnych racji. Jest jednak pewna nieprzekraczalna granica: nie wolno angażować się w partyjne przedsięwzięcia. Oni tę granicę przekroczyli.

Można – jak Tomasz Lis w TOK FM – twierdzić, że ci dziennikarze stanęli ramię w ramię z Jarosławem Kaczyńskim, bo liczą na konkretne apanaże i frukty w razie gdyby PiS przejął władzę. Ja raczej sądzę, że oni zgadzają się z PiS w wielu diagnozach i chcą to zademonstrować. Wielu z nich zatraciło dystans, bo uwierzyli w swoją nadprzyrodzoną misję, która rzekomo jest ważniejsza od klasycznej roli, jaką media odgrywają w demokracji.

Są też pewnie inne powody uczestnictwa w marszu: walka o przetrwanie na rynku. Dziś media, by funkcjonować, tworzą wokół siebie swego rodzaju obóz wiernych ideowo czytelników. Paweł Lisicki, wiedząc, że bracia Karnowscy zaangażują się w marsz bez żadnych skrupułów, uznał zapewne, że nie ma wyjścia. Oba tygodniki toczą wojnę na śmierć i życie o PiS-owskich czytelników.

Jakiekolwiek byłyby intencje dziennikarzy, ich decyzja jest katastrofalna w skutkach. Media zamiast relacjonować i komentować politykę z pozycji niezależnych, stają się partyjnymi graczami.

Zobacz także

wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s