6.12.14 (3)

 

Adam Hofman o aferze madryckiej: wrobiono nas

06.12.2014

W po­nie­dział­ko­wym „wSie­ci” ukaże się długo wy­cze­ki­wa­ny wy­wiad z Ada­mem Hof­ma­nem, jed­nym z bo­ha­te­rów tzw. afery ma­dryc­kiej. Frag­men­ty roz­mo­wy pu­bli­ku­je por­tal „wPo­li­ty­ce”. – Wro­bio­no nas, bę­dzie­my wal­czyć! – mówi Hof­man, który nie­daw­no zo­stał wy­rzu­co­ny z Prawa i Spra­wie­dli­wo­ści.

Adam Hofman

Foto: Mieczysław Michalak / Agencja GazetaAdam Hofman

Tzw. afera ma­dryc­ka wy­bu­chła mie­siąc temu. Ujaw­nio­no wów­czas, że Ma­riusz A. Ka­miń­ski, Adam Hof­man i Adam Ro­gac­ki wzię­li kil­ka­na­ście ty­się­cy zło­tych za­licz­ki na służ­bo­wą po­dróż do Ma­dry­tu. Po­sło­wie PiS mieli zgło­sić wy­jazd do Ma­dry­tu sa­mo­cho­dem, ale w rze­czy­wi­sto­ści po­le­cie­li ta­ni­mi li­nia­mi lot­ni­czy­mi. Po tej spra­wie, jesz­cze przed wy­bo­ra­mi sa­mo­rzą­do­wy­mi, zo­sta­li na­tych­miast usu­nię­ci z Prawa i Spra­wie­dli­wo­ści.

Przez czte­ry ty­go­dnie cała trój­ka pu­blicz­nie nie od­no­si­ła się do afery. Po­li­ty­cy opu­bli­ko­wa­li je­dy­nie ofi­cjal­ne oświad­cze­nie. Teraz mil­cze­nie prze­rwał Adam Hof­man.

Fragment rozmowy z Adamem Hofmanem - portal wpolityce.pl

Foto: http://wpolityce.pl/Fragment rozmowy z Adamem Hofmanem – portal wpolityce.pl

– Temat nie jest za­mknię­ty. Wręcz od­wrot­nie: zro­bi­my wszyst­ko, by przed­sta­wić opi­nii pu­blicz­nej praw­dzi­wy stan rze­czy, zu­peł­nie inny, niż przed­sta­wia to część me­diów. Mówię: my, bo pod­da­ni lin­czo­wi wraz ze mną ko­le­dzy są w ta­kiej samej sy­tu­acji – mówi w roz­mo­wie z „wSie­ci” Hof­man.

Post z twittera Tomasza Skorego

W roz­mo­wie z ty­go­dni­kiem, Adam Hof­man opo­wia­da o ku­li­sach swo­je­go wy­jaz­du do Ma­dry­tu. – Nigdy nie bra­łem żad­nej „ki­lo­me­trów­ki”, zresz­tą nikt jej w Sej­mie nie bie­rze, nie wy­pła­ca i nie roz­li­cza. To fakt me­dial­ny, czy­sty wy­mysł, bez związ­ku z rze­czy­wi­sto­ścią. W każ­dym z tych 19 opi­sa­nych przy­pad­ków je­dy­ny­mi pie­niędz­mi, jakie wpły­wa­ły na nasze konto, były kwoty sta­no­wią­ce rów­no­war­tość ceny naj­tań­sze­go bi­le­tu wedle staw­ki usta­lo­nej przez Kan­ce­la­rię Sejmu – tłu­ma­czy Hof­man.

Jego zda­niem, wraz z Ada­mem Ro­gac­kim i Ma­riu­szem A. Ka­miń­skim cały czas po­stę­po­wa­li „uczci­wie i pra­wi­dło­wo”. – Ku­pi­li­śmy bi­le­ty lot­ni­cze, a na­stęp­nie zło­ży­li­śmy stan­dar­do­wy wnio­sek, który się skła­da za po­dróż innym środ­kiem, niż kiedy bilet za­ku­pio­ny jest przez Kan­ce­la­rię Sejmu. Przy czym w przy­pad­ku po­dró­ży do Ma­dry­tu de facto de­cy­zja o sko­rzy­sta­niu z sa­mo­lo­tu za­pa­dła w ostat­niej chwi­li. Nadto w obec­nych re­aliach, które obo­wią­zu­ją w Kan­ce­la­rii Sejmu, taki sys­tem rów­nież po­zwa­la na ela­stycz­ne de­cy­do­wa­nie o ter­mi­nie po­dró­ży – opo­wia­da Hof­man.

Wy­ja­śnia także, dla­cze­go przez długi czas mil­czał. – Przy­czy­ny były dwie. Pierw­sza po­li­tycz­na – finał kam­pa­nii wy­bor­czej. W imię in­te­re­su całej for­ma­cji uzna­li­śmy, że mu­si­my za­ci­snąć zęby i nie do­pu­ścić, by po­mię­dzy pierw­szą a drugą turą uwaga me­diów znów sku­pi­ła się na nas, a nie na wy­bo­rach i pro­po­zy­cjach opo­zy­cji. Druga przy­czy­na była chyba zro­zu­mia­ła dla każ­de­go – tro­ska o nasze ro­dzi­ny. One bar­dzo to prze­ży­wa­ły i po­trze­bo­wa­ły chwi­li wy­tchnie­nia po tym, jak spa­dła na nie ta la­wi­na – czy­ta­my na por­ta­lu wpolityce.​pl słowa by­łe­go posła PiS.

Frag­men­ty wy­wia­du są już sze­ro­ko ko­men­to­wa­ne na Twit­te­rze. Część ob­ser­wa­to­rów mocno kry­ty­ku­je tłu­ma­cze­nia by­łe­go posła PiS. Po­li­to­log z Uni­wer­sy­te­tu War­szaw­skie­go Bła­żej Po­bo­ży pisze: „Z lek­tu­ry frag­men­tu wy­wia­du z Ada­mem Hof­ma­nem do­wia­du­ję się, że naj­tań­szy bilet lot­ni­czy wg Sejmu to klasa biz­nes. Co to za wy­wiad?”.

Skutki „afery madryckiej” – posłowie usunięci z PiS

Adam Hof­man, Ma­riusz An­to­ni Ka­miń­ski i Adam Ro­gac­ki zo­sta­li po kilku dniach po wy­bu­chu afery usu­nię­ci z PiS. De­cy­zję o wy­klu­cze­niu po­słów jed­no­gło­śnie pod­jął Ko­mi­tet Po­li­tycz­ny PiS. Wcze­śniej Hof­man, Ka­miń­ski i Ro­gac­ki zo­sta­li za­wie­sze­ni w pra­wach człon­ków par­tii i klubu PiS.

Usu­nię­cie z PiS było kon­se­kwen­cją spra­wy służ­bo­we­go wy­jaz­du po­słów na po­sie­dze­nie Ko­mi­sji Za­gad­nień Praw­nych i Praw Czło­wie­ka Zgro­ma­dze­nia Par­la­men­tar­ne­go Rady Eu­ro­py – roz­po­czę­te­go 30 paź­dzier­ni­ka. Po­sło­wie ci po­bra­li z sej­mo­wej kasy pie­nią­dze (tzw. ki­lo­me­trów­kę) na po­dróż sa­mo­cho­da­mi, ale do sto­li­cy Hisz­pa­nii osta­tecz­nie udali się ta­ni­mi li­nia­mi lot­ni­czy­mi. Media do­no­si­ły też, że w wy­jeź­dzie po­słom to­wa­rzy­szy­ły żony i że z ich udzia­łem do­szło do in­cy­den­tu na po­kła­dzie sa­mo­lo­tu, któ­rym po­sło­wie wra­ca­li z Hisz­pa­nii.

Afera madrycka: czy wyrzuceni posłowie mają szansę na powrót?

3:02 min
Afera madrycka: czy wyrzuceni posłowie mają szansę na powrót?„O ile molestowanie seksualne ostatecznie by przeszło, o tyle złodziejstwo w Polsce nie przechodzi”. To szokująca, ale chyba jednak prawdziwa diagnoza medioznawcy prof. Macieja Mrozowskiego na temat tego co dyskredytuje, a co nie w polskiej polityce.Onet.

Onet.pl

Kaczyński: Urząd prezydenta wbrew pozorom jest istotny. Andrzej Duda oficjalnie kandydatem PiS

jagor, PAP, wideo: TVN24/x-news, 06.12.2014
– Kandydat PiS na prezydenta Andrzej Duda jest uosobieniem nadziei na zmiany – powiedział szef partii Jarosław Kaczyński po tym, gdy Rada Polityczna PiS zatwierdziła kandydaturę Dudy.
– Zmiany będą głównym motywem kampanii – zapowiedział szef PiS po posiedzeniu Rady Politycznej. Podkreślił, że Duda nie jest kandydatem, który ma uzyskać dobry wynik, tylko kandydatem, który ma wygrać wybory i rozpocząć proces zmian w Polsce.- Polska potrzebuje zmian – mówił Kaczyński. – Zrobimy wszystko, by zostało dostrzeżone to, że pan Andrzej Duda jest uosobieniem nadziei na zmiany – dodał prezes PiS.

Według niego zmiany będą głównym motywem kampanii PiS – motywem „w tym wypadku nie wymyślonym, nie wynikającym z przedsięwzięć o charakterze propagandowym, a z bardzo istotnej potrzeby Polaków, która została bardzo wyraźnie pokazana w trakcie wyborów samorządowych”.

– Jesteśmy głęboko przekonani, że ta kampania jest szczególnie istotna, nie dlatego tylko, że urząd prezydenta w Polsce jest urzędem istotnym, wbrew temu, co twierdzą ci, którzy mówią o (…) pilnowaniu żyrandola, ale także dlatego, że to wszystko, co będzie związane z kampanią, jest w pewnym kontekście, który został stworzony przez wybory samorządowe – powiedział prezes PiS.

„Polska potrzebuje prezydentury nowej jakości”

Kandydat PiS na prezydenta Andrzej Duda powiedział, że wierzy, iż uda mu się przekonać Polaków, że Polska potrzebuje właśnie takiej zmiany, jaką jest „prezydentura nowej jakości”.

Po posiedzeniu Rady Politycznej PiS Duda podziękował za nominację Jarosławowi Kaczyńskiemu i całemu kierownictwu partii.

– Obiecuję ciężką pracę. Wierzę w to, że w trakcie tej kampanii uda mi się przekonać Polaków, że Polska potrzebuje właśnie takiej zmiany, którą jest nowa prezydentura. Prezydentura nowej jakości, korzystająca z konstytucyjnych uprawnień, prerogatyw. Prezydentura w granicach konstytucji, a więc także z właściwym rozumieniem współdziałania, współpracy z rządem – powiedział.

Zapewnił, że jego prezydentura będzie aktywna w sprawach zarówno międzynarodowych, jak i krajowych. Ocenił, że Polsce potrzebny jest prezydent, który rozumie, że został wybrany przez naród. – W związku z tym chronienie najsłabszych, dbanie o interesy obywateli jest jego podstawowym obowiązkiem bez jakiegokolwiek wykluczania, pomijania jakichkolwiek grup społecznych – powiedział Duda.

– Czeka nas ciężka praca. Wierzę, że to będzie wielkie święto polskiej demokracji. Wierzę również głęboko w to, że przy pomocy życzliwych ludzi zwyciężę w tych nadchodzących wyborach prezydenckich – powiedział Duda.

Zobacz także

TOK FM

Biedroń przychodzi do ratusza, urzędniczki płaczą ze wzruszenia

Maciej Sandecki, 06.12.2014
Robert Biedroń na ulicach Słupska

Robert Biedroń na ulicach Słupska (Fot. Igor Nizio)

Gdy Robert Biedroń 1 grudnia pojawił się w słupskim ratuszu, urzędniczki przywitały go ze łzami wzruszenia w oczach. Dla nich nowy prezydent oznacza największą jakościową zmianę. Czy uda mu się zmienić Słupsk w najbardziej tolerancyjne i zielone miasto w Polsce?
1 grudnia informacją dnia w Polsce było zwycięstwo Roberta Biedronia w wyborach prezydenta Słupska. Pierwszy w polskim Sejmie zdeklarowany gej został wybrany na prezydenta 100-tysięcznego miasta, i to wbrew wszelkim przewidywaniom i sondażom. Ta sensacyjna informacja zelektryzowała cały kraj. Środowiska liberalno-lewicowe wpadły w euforię radości, z kolei prawicowe wręcz przeciwnie – ogłosiły upadek kultury chrześcijańskiej w Polsce, a przynajmniej w Słupsku.Jednym i drugim chodziło o to samo – o to, że homoseksualista, i to na dodatek niezwiązany ze Słupskiem, wygrał tam wybory w brawurowy sposób. Nikt nie mówił o programie Biedronia, o jego spojrzeniu na miasto, pracy, jaką wykonał. Na pierwszy plan wysunięto jego orientację seksualną.Sensacją było już to, że dostał się do drugiej tury wyborów. Już wtedy zaczęły do Słupska zjeżdżać zagraniczne media, aby zrobić materiały o pierwszym w historii Polski prezydencie miasta, który otwarcie mówi o swoim homoseksualizmie. Przed drugą turą sondaże i politolodzy nie dawali mu jednak szans.- Polska nie jest jeszcze przygotowana na prezydenta geja – głosił w mediach politolog Jarosław Och.

W poniedziałek, gdy wiadomo było, że Biedroń wygrał z kandydatem PO Zbigniewem Konwińskim, i to ze znaczną przewagą (57,08 proc. dla Biedronia, 42,92 proc. dla Konwińskiego), pod słupskim ratuszem stanęły wozy transmisyjne najważniejszych polskich stacji telewizyjnych. Biedroń zjawił się w ratuszu w południe, przyszedł na pierwszą sesję nowej rady miasta. Dziennikarze i fotoreporterzy nie odstępowali go na krok. Zasypywany był gradem pytań: „czy będzie ściągał krzyże w urzędzie”, „czy zdejmie portret papieża w swoim gabinecie”, „czy postawi w Słupsku tęczę”? Biedroń był wyraźnie zirytowany tymi pytaniami.

– O co wy mnie pytacie? Pytajcie mnie o sprawy Słupska – odpowiadał zdenerwowany.

Był wyraźnie zmęczony, w nocy z niedzieli na poniedziałek w ogóle nie spał. Od kilku dni nie odbierał telefonu, skrzynka zapchała się od SMS-ów z gratulacjami, podobnie jego Facebook.

W poniedziałek w ratuszu pierwszy przywitał go odchodzący prezydent Maciej Kobyliński. Zaprosił go do swojego gabinetu, w którym rzeczywiście na ścianie wisi portret papieża Jana Pawła II. Panowie odbyli krótką, kurtuazyjną rozmowę i wymienili się wizytówkami. Później Biedronia przywitały urzędniczki – z kwiatami i ze łzami wzruszenia w oczach. Bo to prawdopodobnie dla nich prezydent Robert Biedroń oznaczać będzie największą jakościową zmianę w życiu.

Dwóch różnych prezydentów

Odchodzący z urzędu Maciej Kobyliński skończył w tym roku 70 lat. Prezydentem Słupska był przez ostatnie dwanaście, ale również wcześniej – był ostatnim PRL-owskim prezydentem miasta w latach 1986-90. Jego rządy w Słupsku to nieustające pasmo konfliktów, których źródłem w dużej mierze był… on sam. Kobyliński słynie z ciętego, a czasami wręcz bezczelnego i aroganckiego języka. Można by napisać książkę na temat jego potyczek słownych z najróżniejszymi słupskimi politykami. Wiele z nich opisywanych było w prasie. Kilka lat temu podczas sesji rady miasta Kobyliński nazwał radnego Mirosława Pająka „złodziejem i chamem”. W trakcie kampanii wyborczej o fotel prezydenta Słupska w 2002 roku Kobyliński ostro rywalizował z Robertem Strąkiem z LPR. Nazwał go wtedy „małym faszystą”. Kobyliński obrażał też ludzi z własnego obozu politycznego. Słupskiego radnego SLD Krzysztofa Kido nazwał „gówniarzem i gnojem” i zagroził, że go „strzeli w głupi ryj”. Dzisiaj Kido jest radnym z ramienia komitetu Roberta Biedronia.

– Jedną z pań radnych Kobyliński nazwał świnią”, inny radny musiał uciekać przed rozwścieczonym Kobylińskim, bojąc się, że zostanie pobity – opowiadał nam przed laty Robert Strąk. – A przecież prezydent to kawał chłopa, metr dziewięćdziesiąt wzrostu, sto kilo wagi.

W 2005 roku po śmierci papieża Jana Pawła II prezydent Kobyliński oficjalnie oświadczył, że nie będzie już nikogo obrażał. Na niewiele się to jednak zdało. W następnych latach nie brakowało słownych awantur na sesjach Rady Miasta Słupska.

Napięta sytuacja w Słupsku wynikła nie tylko z charakteru prezydenta, ale również z tego, że przez blisko dwie kadencje nie posiadał większości w radzie miasta. Opozycja z PiS i PO kilkakrotnie składała wnioski o jego odwołanie, nie udzielała Kobylińskiemu absolutorium, nie dopuszczała do uchwalenia ważnych dla niego uchwał.

Polityczne konflikty z rady miasta przekładały się na atmosferę w całym mieście oraz w urzędzie.

Od Kobylińskiego Biedronia odróżnia niemal wszystko. Apodyktyczny, blisko dwumetrowy Kobyliński w wielu osobach budził grozę. A chłopięcy, wiecznie uśmiechnięty Biedroń sprawia u wszystkich sympatyczne wrażenie.

W odróżnieniu od Kobylińskiego Biedroń nie idzie na konflikt, ale bez przerwy mówi o współpracy, dialogu i tolerancji dla odmiennych poglądów. Taką jego postawę dostrzegli sejmowi dziennikarze, którzy w tym roku przyznali mu tytuł najlepszego posła w rankingu „Polityki”. Wyróżnili go za pracę, ale także „wielką kulturę osobistą i życzliwy stosunek do ludzi”.

„Wybieraliśmy człowieka na prezydenta, a nie do łóżka”

Osobisty urok Biedronia to na pewno cecha, która pomogła mu wygrać wybory w Słupsku. Wykonał przy tym jednak ogromną pracę. Przez dwa miesiące kampanii od rana do wieczora codziennie stał na ulicy i rozmawiał z mieszkańcami miasta. W centrum Słupska stał jego namiot, rozdawał tam ulotki i gorącą herbatę.

– Wydaje mi się, że najważniejsze to rozmawiać z ludźmi, a ja to uwielbiam – mówi nam Robert Biedroń. – Ja jestem szczerym człowiekiem, jestem sobą, nie udaję kogoś, kim nie jestem. Za przyznanie się do homoseksualizmu zapłaciłem w życiu ogromną cenę i wiem, że jako gej muszę pracować dużo więcej niż inni, aby przekonać do siebie ludzi. Z drugiej strony widzę jednak również, że wyborcy nagradzają tę moją szczerość. Co ciekawe, kiedy przez te kilka tygodni stałem na ulicy i rozmawiałem z ludźmi, nikt nie chciał ze mną rozmawiać o tym, że jestem gejem. Ludzie pytali mnie o chodniki, drogę do Specjalnej Strefy Ekonomicznej, co dalej z aquaparkiem, jak zamierzam ściągać inwestorów, co z oddziałem położniczym, czy będę prywatyzował szkoły. Ludzie nie chcieli ze mną rozmawiać o gejach i tęczy. Tylko dziennikarze mnie o to pytają. To wy chcecie o tym pisać, ale ja nie wiem, czy ludzie chcą o tym czytać. Chyba nie. Zapewniam więc po raz kolejny, że nie będę stawiał w Słupsku tęczy, bo nie podrabia się oryginału. Wiele osób chciałoby, żebym postawił tęczę, bo liczą, że Biedroń zrobi skandal. Ludzie myślą schematami, stereotypowo, to bez sensu. Słupsk potrzebuje innych rzeczy niż tęcza, a ja z pewnością będę prezydentem otwartym i tolerancyjnym.

Konkurenci Biedronia w trakcie kampanii wyborczej wykpiwali jego kandydaturę. Przedstawiali go jako „spadchroniarza”, „celebrytę z warszawki”, człowieka który nie zna Słupska i jego problemów. Główny rywal Zbigniew Konwiński z PO w trakcie medialnych debat odpytywał Biedronia z topografii Słupska. Przed drugą turą w mieście pojawiły się plakaty apelujące, aby „głosować na rodowitego słupszczanina”. Były też materiały karykaturalne o tym, że gej Biedroń „urządza w mieście cyrk”, a jego kandydowanie to tylko „polityczny happening”.

Na trzy dni przed drugą turą Konwiński razem z dwoma innymi kandydatami z pierwszej tury – Robertem Kujawskim z PiS i Andrzejem Twardowskim ze Słupskiego Porozumienia Samorządowego – zawiązali porozumienie o współpracy w radzie miasta.Z jednej strony więc zjednoczony front sił politycznych w mieście przeciwko Biedroniowi i negatywna kampania, a z drugiej niebywałe zainteresowanie zagranicznych mediów Słupskiem z powodu prezydenta geja. Te dwa czynniki mogły sprawić, że duża część mieszkańców poczuła sympatię do Biedronia, upatrując w nim nadziei na zmianę partyjnego układu w mieście.”Nadzieja” to zresztą słowo-klucz kampanii Biedronia, w trakcie tych kilku tygodni powtarzał je setki razy. Zadziałało. Słupszczanie, których pytaliśmy o wybory, również wymienili to słowo.- Nie pochodzi z układu, który rządził tym miastem, jest młody i sympatyczny, głosowałam na niego, bo daje nadzieję na zmiany w Słupsku – mówi ok. 50-letnia kobieta.

Nie brakowało jednak ocen przeciwnych.

– Jest za młody, nie zna Słupska, denerwują mnie jego maniery, wolałabym, żeby rządził Konwiński, przynajmniej jest stąd – dodaje kobieta około sześćdziesiątki.

Zdarzają się też homofobiczne wypowiedzi.

– Panie, co oni zrobili! Geja wybrali, pederastę! Koniec świata! Wolałem jak rządził Kobyliński (poprzedni prezydent z SLD – red.), on coś zrobił dla tego miasta. A ten co zrobi? – pyta mężczyzna ok. siedemdziesiątki.

Z kolei kobieta około sześćdziesiątki wygłasza „oczywistą oczywistość”. – Przecież wybieraliśmy człowieka na prezydenta, a nie do łóżka.

„Zielona energia, która może góry przenosić”

Część konkurentów zarzuca też Biedroniowi, że wygrał wybory prostymi, populistycznymi hasłami, że rozbudził nadzieje, których nie będzie mógł spełnić.

– Szkoda, że nikt do tej pory nie dawał mieszkańcom tej nadziei, bo politycy byli bardziej zainteresowani grami partyjnymi niż mieszkańcami – odpowiada Biedroń. – Ta nadzieja to jest kapitał, na którym można zbudować coś fajnego. Mi w tych wyborach nie dawano żadnych szans, gdybym ja nie rozbudził w sobie tej nadziei, tobym tu dziś z panem nie rozmawiał.

Kolejne zarzuty konkurentów dotyczyły jego programu, a raczej jego braku. Zarzucono mu nawet, że „ukradł program” Joannie Erbel, kandydatce Partii Zieloni na prezydenta Warszawy.

– To absurd, bo ja pomagałem Joasi w tworzeniu tego programu, więc jest on jak najbardziej mój – stwierdza Biedroń.

Program Biedronia dla Słupska to w dużej mierze program Partii Zieloni i ruchów miejskich. Stawia na transport zbiorowy i rowerowy, rozwój terenów zielonych, rewitalizację zaniedbanych, historycznych obiektów, chce znacząco powiększyć budżet obywatelski w Słupsku, powołać radę seniorów oraz radę prezydencką, złożoną z miejskich aktywistów i liderów, otworzyć oddział położniczo-ginekologiczny, którego w mieście bardzo brakuje.

– Przeprowadzę się teraz do centrum, bo chcę do urzędu przyjeżdżać na rowerze albo na piechotę – mówi prezydent Biedroń. – Chcę dać dobry przykład, pokazać, że rower jest bardziej ekonomiczny i ekologiczny. Dzisiaj przed ratuszem mamy wielki parking samochodowy, marzę o tym, aby tę przestrzeń oddać mieszkańcom. Marzę o tym, żeby zrewitalizować niektóre ulice i zmienić je w miejsca otwarte dla mieszkańców, na przykład ulice Wojska Polskiego i Nowobramską

Biedroń ma też pomysł, aby uczynić ze Słupska „dolinę krzemową energii odnawialnej”. Chce otworzyć w mieście Instytut Zielonej Energii.

– Wysłałem już w tej sprawie interpelację do ministra środowiska i jest on bardzo pozytywnie nastawiony do tego pomysłu – mówi Biedroń. – Słupsk ma do tego idealne warunki, aby tu właśnie powstał taki Instytut koordynujący na szczeblu krajowym sprawy dotyczące energii odnawialnej. Mamy tu morze, wiatr, słońce, Wyższą Szkołę Hanzeatcyką, która prowadzi kierunke studiów o odnawialnych źródłach energii, są firmy w Specjalnej Strefie Ekonomicznej, które zajmują się zieloną energią. Mam nadzieję, że dzięki temu powstaną nowe miejsca pracy, a do Słupska przyjedzie więcej studentów.

Biedroń nie ma zaplecza w radzie miasta. Mandaty zdobyło jedynie dwóch radnych z jego komitetu. Jednego radnego ma SLD, a 19 mandatów należy do PiS, PO i Słupskiego Porozumienia Samorządowego Andrzejem Twardowskiego (prezesa klubu koszykówki Energa Czarni Słupsk – przed. red.), które zawarły nieformalną koalicję. Już podczas pierwszej sesji okazało się, że ta koalicja nie będzie iść na rękę nowemu prezydentowi. Do składu prezydium rady nie dopuściła kandydata komitetu Biedronia. Ten jednak tym się nie przejmuje.

– Ten kto będzie chciał popsuć tę dobrą atmosferę wokół Słupska, będzie działał przeciwko miastu i jego mieszkańcom, będę przekonywał radnych, że to się nie opłaca – stwierdza. – Boję się tego, że interesy partyjne wezmą górę nad interesami mieszkańców Słupska. To jedyna moja obawa. Myślę jednak, że przy takiej energii, otwartości, którą mamy teraz w Słupsku, można góry przenosić. Zrobię wszystko, aby ludzi przekonać do współpracy i dialogu.

Zobacz także

trojmiasto.gazeta.pl

Miller: „Zaproponowałem Kalisza jako kandydata na prezydenta”. Rada krajowa Sojuszu: „Są jeszcze inne nazwiska”

mil, PAP, 06.12.2014
Ryszard Kalisz

Ryszard Kalisz (Fot. Agencja Gazeta)

– Na posiedzeniu rady krajowej Sojuszu zaproponowałem Ryszarda Kalisza na kandydata w wyborach prezydenckich – powiedział szef SLD Leszek Miller. Kalisz nie uzyskał jednak akceptacji większości. Rada postanowiła zastanowić się także nad innymi nazwiskami. – SLD chce kandydata, który będzie reprezentantem całej polskiej lewicy – dodał Miller.
Miller potwierdził też wcześniejsze informacje, że na posiedzeniu rady krajowej zaproponował kandydaturę b. polityka SLD Ryszarda Kalisza. – Zgłosiłem kandydaturę Ryszarda Kalisza, ale moje koleżanki i koledzy zauważyli, że są jeszcze inne nazwiska i że trzeba te konsultacje dalej prowadzić, żeby dzisiaj nic ostatecznie nie rozstrzygać – podkreślił lider Sojuszu po zakończeniu posiedzenia rady krajowej. Jak dodał, chodziło o nazwiska osób „z kręgu SLD”.Miller powiedział, że rada przyjęła uchwałę, w której opowiada się za wskazaniem kandydata na prezydenta RP, „który byłby przedstawicielem całej polskiej lewicy i centrolewicy”. – SLD potwierdza, że jest gotów do konsultacji w tej sprawie – dodał Miller. Jak zaznaczył ostateczna decyzja dotycząca kandydata w przyszłorocznych wyborach prezydenckich ma zapaść na konwencji krajowej SLD na przełomie stycznia i lutego przyszłego roku. Konwencja ma przyjąć także „nową formułę programową” i zmiany organizacyjne, które – zapowiedział Miller – mają „z SLD czynić w większym zakresie partię wyborczą, to znaczy partię, która jest tak skonstruowana i tak pracuje, aby być w ciągłym wyborczym trendzie”.

Zasadnicza zmiana w Sojuszu

Podczas rady krajowej były rozpatrywane dwa warianty, jeśli chodzi o wybór kandydata na prezydenta: „węższy”, gdzie kandydat reprezentowałby tylko SLD, oraz „szerszy”, czyli z poparciem innych formacji lewicowych – podał Miller. – Zdecydowana większość koleżanek i kolegów opowiedziała się właśnie za tym, żeby SLD spróbował poszukać takiej kandydatki czy takiego kandydata, który byłby reprezentantem nie tylko SLD, ale i możliwie szerokich kręgów lewicy i centrolewicy – dodał. Jak mówił, to zasadnicza zmiana, bo do tej pory Sojusz raczej „starał się poruszać we własnym gronie”.

Pytany, co zarzucali Kaliszowi członkowie rady, że nie uzyskał akceptacji większości, szef SLD odparł, że pojawiały się głosy, iż Kalisz „nie wyczerpuje katalogu kandydatów, którzy mogą być w grze, że trzeba po prostu poświęcić jeszcze trochę czasu, by szukać także innych”.

Miller mówił, że zgłosił Kalisza, bo uważa, że ma cechy, dzięki którym mogłoby wokół niego powstać środowisko centrolewicy. – Między mną i Ryszardem Kaliszem są i były różne relacje, ale dla mnie nie tyle jest ważny kontekst osobisty, tylko interes formacji, i dlatego też wymieniłem nazwisko Ryszarda Kalisza – tłumaczył.

„Rozmawiajmy ze sobą poważnie. Bez złośliwości”

Sam Kalisz napisał na Twitterze, że tylko jeśli na lewicy będzie jeden kandydat, mógłby podjąć decyzję o starcie. „To wymaga wielu spotkań z innymi partiami i organizacjami. Mam do ludzi Lewicy jedną prośbę. Sytuacja jest naprawdę istotna. Rozmawiajmy ze sobą poważnie. Bez złośliwości. Te nikomu z nas nie służą” – apelował.

Miller podczas dzisiejszej konferencji prasowej podkreślał, że kandydat Sojuszu na prezydenta musi być osobą „do przyjęcia przez różne siły polityczne, które uważają się za lewicowe czy centrolewicowe”. – Będziemy szukać takiej osoby, która te kryteria spełnia – zadeklarował.

Jeszcze kilka dni temu politycy SLD w kontekście kandydata na prezydenta wymieniali głównie Wojciecha Olejniczaka. Miller powiedział, że Olejniczak wahał się, ale ostatecznie podjął decyzję, że nie zamierza brać udziału w tej kampanii wyborczej.

Modernizacja, innowacja, nowoczesność w SLD

– Czy to prawda, że podczas posiedzenia rady krajowej polityk SLD, prezydent Częstochowy Krzysztof Matyjaszczyk, sugerował, iż Miller nie powinien łączyć funkcji przewodniczącego partii i szefa klubu parlamentarnego? – pytano także na konferencji Millera. Szef Sojuszu potwierdził te informacje. Według niego Matyjaszczyk zauważył, że należy zwiększyć liczbę liderów SLD, i zaproponował, by rozłączyć stanowiska szefa klubu od szefa partii, „ale ta propozycja spotkała się z protestem kolejnych mówców, także posłów SLD, którzy uznali ten krok za nieracjonalny”. Miller zastrzegł, że sam nie zabierał w tej sprawie głosu.

Miller wyjaśnił, że dzisiejsza dyskusja rady dotyczyła także m.in. „korekty programu”. – Zwycięża pogląd, że SLD powinien z większym naciskiem niż do tej pory akcentować wszystkie kwestie modernizacji, innowacji, nowoczesności i w tym się specjalizować, bo to jest też sposób zainteresowania partią przez ludzi młodych – powiedział lider Sojuszu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s