Biskupi (22.01.15)

 

Żakowski nie nawróci mnie na łże-liberalizm

Wojciech Maziarski, 22.01.2015
Jacek Żakowski

Jacek Żakowski (KUBA ATYS)

W poniedziałkowym felietonie Jacek Żakowski usiłował mnie namówić, bym się nawrócił na coś, co on nazywa „liberalizmem” („Wyborcza”, 19 stycznia). Istotą Jackowej ideologii jest zróżnicowane traktowanie ludzi reprezentujących różne grupy społeczne czy zawodowe (w tym konkretnym przypadku chodziło o górników).
Każdemu według potrzeb. Z prawdziwym żalem – bo Jacka lubię i cenię – muszę odmówić. Nie dam się nawrócić z dwóch powodów.

Po pierwsze, zróżnicowane traktowanie ludzi kłóci się z moim poczuciem sprawiedliwości i estetyki. A po drugie – wbrew temu, co Żakowski twierdzi – to nie jest liberalizm. Jak pisze węgierski filozof János Kis (który zdaniem Żakowskiego głosi coś innego), najgłębszym jądrem idei liberalnej jest przekonanie, że ludzie są równi. A skoro są równi, to nie można ich w sposób uznaniowy traktować różnie.

Owszem, czasem potrzebne są preferencje, by wyrównać szanse grup lub osób najsłabszych i wykluczonych oraz wesprzeć je, ale akurat tutaj nie mamy do czynienia z tym przypadkiem. Górnicy z pewnością nie są grupą ani najsłabszą, ani wykluczoną. Wprost przeciwnie, to elita zarobkowa dysponująca potężnymi wpływami i środkami nacisku na rząd.

Natomiast w pełni przyznaję Żakowskiemu rację, że nie tylko oni mają w Polsce przywileje branżowe. Mają je także inne liczne grupy zawodowe i społeczne. Np. rolnicy, którzy nie tylko nie płacą podatków na takiej samej zasadzie jak reszta społeczeństwa, ale nawet nie wypełniają PIT-ów. Mają je twórcy, w tym dziennikarze, którzy nie muszą opodatkowywać części dochodów. I tak dalej.

Zupełnie jednak nie pojmuję, dlaczego Żakowski zaliczył mnie do obrońców tych wszystkich nierówności, a w szczególności – dlaczego uznał, że akceptuję preferencje podatkowe dziennikarzy i ich bronię. Gdyby mój miły i wnikliwy polemista zechciał się posłużyć tak wyszukanym narzędziem jak Google, z pewnością natrafiłby na teksty, w których apelowałem do kolegów, by nie bronili branżowych konfitur.

Na przykład jesienią 2011 r., gdy Donald Tusk zapowiedział, że skasuje przywileje emerytalne mundurówki i sprawi, że przynajmniej zamożniejsi rolnicy wreszcie zaczną być traktowani jak normalni obywatele RP i będą składać zeznania podatkowe, w artykule wstępnym „Newsweeka” pisałem:

„Premiera czeka ciężka przeprawa z zainteresowanymi grupami, które będą bronić swego stanu posiadania i przywilejów. Przedsmak już mamy: na Facebooku zaczęły się organizować grupy głoszące hasło: » „Nie” dla likwidacji 50 proc. kosztów uzyskania dla twórców! «. Dwa tygodnie temu obiecałem, że jeśli rząd weźmie się do takich reform, jakie w piątek premier zapowiedział, ja zaapeluję do kolegów dziennikarzy, by nie bronili branżowych przywilejów podatkowych. Słowo się rzekło, kobyłka u płotu: kochani, nie wygłupiajcie się. Jak wszyscy, to wszyscy, twórcy też”.

Trochę tylko męczy mnie świadomość, że wyszedłem na kompletnego frajera. Od tamtej pory minęły ponad trzy lata. Przywileje dla twórców znacząco okrojono, a rolnicy, jak nie wypełniali PIT-ów, tak ich nie wypełniają.

Zanim biskupi wezmą się do naprawy prawa państwowego, powinni się trochę dokształcić w swoim własnym

Michał Wilgocki, 21.01.2015
Ksiądz Wojciech Lemański

Ksiądz Wojciech Lemański (Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

Sprawa księdza Lemańskiego nie jest już sporem o to, czy Kościół ma być „otwarty” czy „zamknięty”. Były proboszcz z Jasienicy odważnie sprawdza, czy Kościół jest instytucją przestrzegającą prawa kanonicznego, czy też wspólnotą podległą kaprysom tego czy tamtego hierarchy.
Ksiądz Lemański przegrywa w Watykanie wszystkie swoje sprawy. Zakaz występowania w mediach i odprawiania mszy w Jasienicy są już prawomocne. Dwie kolejne sprawy: odwołanie z urzędu proboszcza w Jasienicy i najważniejsza – kara suspensy – są ciągle w toku. Lemański dostał wczoraj odpowiedź w tej ostatniej sprawie. Watykańska kongregacja ds. duchowieństwa podtrzymała decyzję abp. Hosera i stwierdziła, że słusznie zawiesił niepokornego proboszcza. Posłuchajmy triumfalnych komentarzy.

„Mam nadzieję, że ks. Lemański weźmie pod uwagę autorytet papieża” (rzecznik arcybiskupa), „Roma locuta, causa finita” (szef KAI). I szereg przypomnień, że ksiądz Lemański nie może od teraz nosić stroju duchownego ani odprawiać mszy. To, po pierwsze, nieprawda, po drugie zaś, próba wywarcia presji.

Lemański ma jeszcze 60 dni na napisanie odwołania do Trybunału Sygnatury Apostolskiej. A gdyby ta też odrzuciła jego rekurs, może jeszcze się odwołać do Kongresu Sygnatury, jeśli uzbiera pieniądze. Oznacza to, że wyrok w jego sprawie jest nieprawomocny. Że ma jeszcze możliwości prawne. Póki się odwołuje, może chodzić w sutannie i odprawiać mszę.

Tymczasem arcybiskup ustami swojego rzecznika przekonuje ks. Lemańskiego, żeby już się nie wygłupiał i nie korzystał z prawa, które mu przysługuje. Że skoro arcybiskup go zawiesił, to z pewnością miał rację i żaden Watykan Lemańskiemu nie pomoże.

Polski Kościół hierarchiczny panicznie boi się księdza Lemańskiego, który pokazuje, że księża i biskupi nie są świętymi krowami i też podlegają prawu – kanonicznemu. To zaś prawo ma swoje mechanizmy i instytucje kontrolne, z których można i trzeba korzystać. To prawda niewygodna, bo przez wiele lat w polskim Kościele przestrzeganie prawa kanonicznego odbywało się właśnie na zasadzie widzimisię tego czy tamtego proboszcza i biskupa.

Przykład pierwszy z brzegu – czy proboszcz ma prawo ustanowić cennik za sakramenty? Nie ma. Nie może powiedzieć, że za pogrzeb to 2 tys. zł, a za ślub – 2,5 tys. Nie może odmówić udzielenia sakramentu, jeżeli ktoś nie zgadza się na taką opłatę. Wreszcie – jeżeli ktoś zapłaci mniej, to ma zostać obsłużony w taki sam sposób. Tyle prawo. A praktyka? Ksiądz mówi: „2 tys. albo będzie bez organisty”, a wierny spuszcza głowę i płaci.

Ksiądz Lemański pokazuje, że można inaczej. Że na księdza, który ignoruje prawo kanoniczne i odmawia chrztu z wydumanej przez siebie przyczyny, który bezczelnie agituje z ambony, można donieść do biskupa. A jeżeli biskup sprawę zignoruje – do Watykanu. Że w Kościele obowiązuje prawo kanoniczne, a nie czyjeś widzimisię.

Właśnie tego, nie żadnej wizji Kościoła „otwartego” czy „zamkniętego”, dotyczy w tej chwili ten spór. Spór, który ks. Lemański niestety przegra i będzie musiał odejść w cień. Ale odejdzie z poczuciem spełnionej misji i przetarcia szlaków. Mam nadzieję, że przyjdą kolejni, którzy przypomną biskupom, że zanim wezmą się do naprawy prawa państwowego, powinni się trochę dokształcić w swoim własnym.

Zobacz także

wyborcza.pl

Polska idzie na silne zwarcie z Brukselą?

Rafał Zasuń, WysokieNapiecie.pl, 21.01.2015
Kopalnia węgla Brzeszcze kolo Oświęcimia , protest pracowników i mieszkańców Brzeszcz

Kopalnia węgla Brzeszcze kolo Oświęcimia , protest pracowników i mieszkańców Brzeszcz (Lukasz Krajewski / Agencja Gazeta)

Źródła w Komisji Europejskiej twierdzą, że kopalnie, które dostały pomoc publiczną, muszą zostać zamknięte, a Polska może przeznaczyć na wsparcie dla nich najwyżej 400 mln zł rocznie – donosi portal WysokieNapiecie.pl
Oficjalnie Komisja Europejska nie zabiera głosu, bo sprawa jest zbyt drażliwa. Ale Bruksela pilnie śledzi to, co dzieje się w Polsce z górnictwem. Według naszych informacji Komisja nieoficjalnie rozmawia z polskim rządem.

Co zadecydował rząd?

Przypomnijmy – pod naciskiem związków zawodowych rząd zrezygnował z bezwarunkowego zamykania nierentownych kopalń.

Część z nich trafi wprawdzie do Spółki Restrukturyzacji Kopalń. SRK dostanie na to z budżetu co najmniej 2,3 mld zł, ale nie po to, by zostać wygaszona. Kopalnie mają być zrestrukturyzowane, a później sprzedane ewentualnym inwestorom.

Los kopalni Brzeszcze zapisano nawet konkretnie: jeśli nikt jej nie kupi (Tauron zgłosił wstępne zainteresowanie), to kopalnia trafi z powrotem do Nowej Kompanii Węglowej, czyli spółki córki Węglokoksu.

W porozumieniu związków i rządu zapisano, że wszystko odbędzie się w zgodzie z decyzją Rady UE 787. Mówi ona, że pomoc państwa dla kopalń może być przyznawana wyłącznie na ich zamykanie. I tylko do końca 2018 r.

Rząd nie widzi problemu

Rząd uważa, że problemu nie ma, bo gdy SRK będzie sprzedawać kopalnie, to po prostu zwróci się o pomoc – będzie to wliczone w cenę kopalń. Rząd wierzy, że kosztem 2,3 mld zł przynajmniej zyskano rok lub dwa lata spokoju, do czasu znalezienia inwestora.

A co na to Komisja?

Rząd może się jednak przeliczyć. Komisja Europejska interpretuje decyzję 787 zupełnie inaczej niż polski rząd.

– Jednym z kluczowych warunków przyznania pomocy publicznej dla górnictwa jest nieodwołalne zamknięcie kopalń – twierdzi nasze źródło zbliżone do Komisji Europejskiej. – Komisja więc nie może dać zgody na pomoc publiczną, której celem nie jest ułatwienie zamknięcia kopalń. Inwestycje i restrukturyzacja w takich kopalniach nie są dozwolone.

Wedle interpretacji Komisji straty operacyjne w kopalniach mogą być pokrywane w kopalniach „nieodwołalnie przeznaczonych do zamknięcia do końca 2018 r.”.

Jedynie koszty nadzwyczajne powstałe już po zamknięciu (np. odpompowanie wody) mogą być pokrywane dłużej – do 2027 r.

W dodatku wedle naszych źródeł w Komisji Polska, notyfikując Brukseli plan pomocy dla kopalń, musi równocześnie przedstawić plan ich zamknięcia.

Bruksela stawia ograniczenia

To nie koniec złych wiadomości dla polskiego rządu. Decyzja 787 mówi także, ile pieniędzy państwo może przeznaczyć na zamykanie kopalń.

Art. 3 punkt g mówi, że rocznie nie może to być więcej niż pomoc dla górnictwa przyznana w danym państwie w 2010 r.

I tu zaczynają się rozbieżności w interpretacjach. Nasze źródła w Brukseli twierdzą, że kwota nie może przekroczyć 400 mln zł rocznie. Tymczasem rząd już w tym roku zamierza przeznaczyć na pomoc dla kopalń 1 mld zł, a w przyszłym 900 mln.

Dlaczego Komisja może stwierdzić przekroczenie limitu pomocy? W 2010 r. roku Polska po raz pierwszy i ostatni udzieliła kopalniom wsparcia na inwestycje, o którym mówiły ówczesne unijne przepisy.

Z budżetu poszło na to właśnie 400 mln zł, z czego 125 mln zgarnęła Kompania Węglowa.

UOKiK odbija piłeczkę

Polski Urząd Konkurencji i Konsumentów w przekazanym nam stanowisku uważa jednak, że przepisy dotyczące owych 400 mln zł nie mają w tym przypadku zastosowania.

Co na to strona polska? – Będziemy negocjować z Komisją – powiedział nam jeden z urzędników odpowiedzialnych za program. Sęk w tym, że pole do negocjacji jest niewielkie, bo przepisy decyzji 787 są dość jasne. Czy nie skończy się tak jak w przypadku stoczni, gdzie Bruksela wytknęła Polsce wielokrotne złamanie reguł pomocy publicznej? – Teraz Polska ma inną pozycję w UE – odpowiada krótko urzędnik.

Ale rząd nigdy nie przekazał opinii publicznej żadnej dogłębnej analizy kwestii pomocy publicznej, choć np. Kompania takową zamówiła w renomowanej kancelarii Dentons.

Jest wprawdzie opinia MSZ (ale nie ma jej na stronach Sejmu). To raczej formalność – MSZ mówi, że pomoc wymaga notyfikowania Komisji Europejskiej. Poza tym powstała, gdy rząd chciał zamykać kopalnie. Teraz już nie chce.

Wciąż czekamy na opinię głównego organu odpowiedzialnego za pomoc publiczną – Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Ustawa o programie wsparcia dla górnictwa ma być ostatecznie uchwalona już w czwartek 22 stycznia. UOKiK może jednak nie zdążyć z jej sporządzeniem, bo wniosek marszałek Sejmu przysłał 15 stycznia. UOKiK na opinię ma 14 dni.

Według naszych informacji szef Urzędu Adam Jasser zapewnia jednak odpowiedzialnego za restrukturyzację górnictwa wiceministra gospodarki Wojciecha Kowalczyka, że sprawy z Brukselą da się załatwić. Wydaje się, że prezes Jasser, który do UOKiK trafił z kancelarii premiera i nigdy wcześniej nie miał do czynienia z kwestiami pomocy publicznej, jest nadmiernym optymistą. Pozostaje bowiem do rozstrzygnięcia jeszcze jeden fundamentalny problem – Polska wciąż nie notyfikowała żadnej pomocy dla kopalń. UOKiK odpisał nam, że trwają wciąż prace nad notyfikacją programu pomocy dla kopalni Kazimierz-Juliusz, mimo że ponad 200 mln zł z budżetu przekazano jej miesiąc temu. Zgodnie z art. 108 traktatu o funkcjonowaniu UE, dopóki Komisja nie zatwierdzi planu pomocy publicznej, państwo nie może jej przekazać. To oznacza, że teoretycznie rząd nie ma prawa wypłacić SRK na przekazane jej kopalnie ani złotówki. Oczekiwanie na zgodę Brukseli zaś oznaczałoby, że górnicy z Brzeszcz, Bobrka-Centrum czy Piekar nie dostaną przez ten czas pensji, bo SRK przecież nie ma tych pieniędzy.

Chyba, że przekazane SRK kopalnie przestaną sprzedawać węgiel. Wydaje się, choć to tylko nasza supozycja, że SRK nie będzie wówczas traktowana jak podmiot komercyjny i reguły pomocy publicznej nie będą jej dotyczyć. Oczywiście na taką interpretację trzeba by uzyskać zgodę Brukseli.

Sprzedaż węgla z tych kopalń można by wznowić po zatwierdzeniu planu przez Komisję, oczywiście tylko do końca 2018 r.

Wstrzymanie wydobycia w tych kopalniach pomogłoby też ustabilizować rynek – węgla jest wciąż za dużo.

Górnicy powinni być zadowoleni – dostaną pensje, a w pracy będą musieli zajmować się tylko konserwacją chodników i maszyn. Oczywiście na taką interpretację trzeba by uzyskać

zgodę Brukseli.

Inna opcja – praktycznie bez szans

Jest jeszcze jeden radykalny wariant. Próba uzyskania zgody wszystkich państw UE na przyznanie pomocy ze względu na „szczególne okoliczności”. Zważywszy, że sprawa dotyczy węgla, szanse na to są niewielkie. No i jest jeszcze kwestia, co nasz rząd musiałby za to obiecać Niemcom czy Duńczykom…

Czy rząd gra na czas?

Być może polski rząd ma nadzieję, że cała sprawa z Komisją potrwa przynajmniej dwa lata, a do wyborów „będziemy negocjować”.

Ale zgodnie z prawem Komisja może wydać Polsce nakaz zawieszenia pomocy publicznej. Może również, choć tylko w najpilniejszych przypadkach, nakazać tymczasową windykację już wypłaconej pomocy.

Bruksela może jednym ruchem przewrócić stolik, nad którym tak długo negocjował rząd i górnicze związki .I, paradoksalnie, dla rządu nie jest to najgorsze rozwiązanie. Trudne decyzje, których boi się premier Ewę Kopacz, podejmą za nią „bezosobowi biurokraci” w Brukseli…

Artykuł pochodzi z portalu WysokieNapiecie.pl

Zobacz także

wyborcza.biz

Tajemnice antycznych zwojów

Wojciech Moskal, 22.01.2015
Naukowcom z Włoch udało się odczytać fragmenty zwojów zwęglonych podczas wybuchu Wezuwiusza w 79 r. n.e.
Sukces włoskich badaczy jest tym większy, że zbiór papirusowych zwojów i budynek, w którym je znaleziono, uważany jest za jedyną zachowaną do naszych czasów (choć pod warstwą wulkanicznego pyłu) bibliotekę.

Szczegóły prac prowadzonych przez zespół dr. Vita Mocelli opisuje najnowsze wydanie „Nature Communications”.

Biblioteka teścia Cezara

Herkulanum (zwane też Herkulaneum) swego czasu nazywano drugimi Pompejami. Podobnie jak one położone nad Zatoką Neapolitańską, było miejscowością wypoczynkową elit starożytnego Rzymu. Niestety, 24 sierpnia 79 roku naszej ery podzieliło los Pompejów. Gazy o temperaturze dochodzącej do ponad 300 stopni Celsjusza uwolnione podczas erupcji Wezuwiusza pogrzebały piękne miasto pod warstwą wulkanicznego pyłu.

Dzięki temu tragicznemu epizodowi możemy dziś podziwiać wygląd starożytnego rzymskiego miasta. Ruiny Herkulanum stały się mekką archeologów zajmujących się historią Rzymu. Jedno z najważniejszych odkryć, których dokonano na ich terenie, miało miejsce w XVIII wieku. Odkopano bowiem Willę Papirusów – wspomnianą wcześniej jedyną zachowaną bibliotekę antyku. Należała ona zapewne do Lucjusza Kalpurniusza Pizona Caesoninusa – teścia Juliusza Cezara.

Archeolodzy znaleźli w bibliotece setki zwęglonych zwojów. Niektóre z nich zostały uznane przez osiemnastowiecznych badaczy za kawałki węgla i wyrzucone do śmieci. Później zaniechano takich praktyk i papirusy przekazano Muzeum Narodowemu w Neapolu.

Uczeni chcieli się wiedzieć, co jest zapisane na antycznym pergaminie.

Badania kontynuowane w XX wieku zaczęły przynosić rezultaty. Na ich podstawie założono, że zwoje zawierają teksty łacińskie, ale przede wszystkim zapisane greką teksty epikurejczyków (epikureizm to kierunek filozoficzny zapoczątkowany przez Epikura ok. 306 r. p.n.e.). Był to sukces nauki, choć drogo okupiony. By odczytać teksty, naukowcy starali się rozwijać zwoje. Ale choćby nie wiem jak ostrożnie to robili, rozpadały się w pył. Zrezygnowano z tych prób, dochodząc do wniosku, że ich cena – wiele bezpowrotnie zniszczonych zwojów za jeden czy kilka odczytanych wyrazów – jest zbyt wysoka.

W ostatnich latach skupiono się na szukaniu alternatywnej metody badań – niewymagającej rozwijania zwojów (stosowano m.in. kamery na podczerwień). Nową technikę zaproponował teraz dr Vito Mocella z Instytutu Mikroelektroniki i Mikrosystemów w Neapolu.

Pismo jak płaskorzeźba

Mocella nie jest historykiem ani archeologiem, lecz specjalistą od fotoniki. Świetnie jednak znał problem zwojów z Herkulanum. Na pomysł, jak ponownie się do nich dobrać, tym razem skutecznie, wpadł podczas wizyty w Europejskim Ośrodku Synchrotronu Atomowego w Grenoble.

– Oprowadzający mnie eksperci zaczęli w pewnym momencie opowiadać mi, jak wykorzystują tzw. obrazowanie z efektem kontrastu fazowego w badaniach paleontologicznych. Od razu pomyślałem, że może udałoby się w podobny sposób odczytać zwoje z Herkulanum – bez ich rozwijania – wyjaśnia w rozmowie z BBC dr Mocelli.

Konwencjonalny rentgen mierzy, jak wiele promieni X przechodzi przez różne tkanki ludzkiego ciała. Nowoczesne metody, np. tomograf wykorzystujący efekt kontrastu fazowego, pozwala na zarejestrowanie każdego, minimalnego nawet zakłócenia czy zwolnienia, które ma miejsce podczas przechodzenia promieni X przez obiekt (technikę tę stosuje się dziś m.in. do bardzo precyzyjnego diagnozowania raka piersi). – Mierząc te zakłócenia – w tym przypadku grudki atramentu, którym zapisano kiedyś zwoje – będziemy w stanie odtworzyć ich trójwymiarowy, rzeczywisty obraz układający się w poszczególne słowa – tłumaczy Mocella.

Uczony już przystąpił do badań. Jako pierwsze pod tomografem znalazły się dwa zwoje podarowane Napoleonowi Bonaparte i przechowywane przez Akademię Francuską.

– Kluczowe dla całego przedsięwzięcia było to, że drobiny atramentu nie wniknęły do wnętrza włókien papirusu, ale osiadły na powierzchni. Nawet po zwęgleniu ślady tej „płaskorzeźby” zachowały się, dzięki czemu mogliśmy zacząć je odczytywać – wyjaśnia Mocella.

Nie jest to proste. Odczytywanie zniekształconych, zmiażdżonych i zwęglonych zwojów idzie bardzo ciężko i w dużej mierze polega na zgadywaniu. Włochom na razie udało się odczytać pojedyncze wyrazy czy sformułowania oznaczające np.: „powiedziałby”, „upadłby”, „dla”, „zaprzeczać”. Celem pierwszego etapu prac było jednak dowiedzenie, że odczytanie zwojów z Herkulanum bez ich rozwijania jest możliwe. Ale udało się nie tylko to.

Porównując próbki ręcznego pisma z fragmentem dokumentu odczytanego wcześniej, naukowcy doszli do wniosku, że ich autorem był najprawdopodobniej Filodemos z Gadary – grecki poeta i jeden z najbardziej znanych filozofów szkoły epikurejskiej w I wieku p.n.e. Być może się okaże, że właśnie mamy w ręku największy nieznany wcześniej zbiór jego dzieł.

wyborcza.pl

Neonaziści ciągną do Polski. Koncert w marcu w zachodniej Polsce

Jacek Harłukowicz, 22.01.2015
W marcu na Dolny Śląsk zjedzie czołówka europejskiej sceny neonazistowskiej. Zagrają wielbiciele Hitlera z Polski, Estonii, Węgier i Niemiec.

W marcu na Dolny Śląsk zjedzie czołówka europejskiej sceny neonazistowskiej. Zagrają wielbiciele Hitlera z Polski, Estonii, Węgier i Niemiec.

W marcu na Dolny Śląsk zjedzie czołówka europejskiej sceny neonazistowskiej. Zagrają wielbiciele Hitlera z Polski, Estonii, Węgier i Niemiec.
Koncert ma się odbyć 7 marca 2015 r. Gdzie? Organizatorzy – obawiając się inflitracji środowiska przez służby specjalne – nie zdradzają miejsca. W specjalnych zaproszeniach, które ma „Wyborcza”, informują jedynie o dacie oraz że impreza odbędzie się „w zachodniej Polsce”.

– Zapewne jak zwykle w jakimś niepozornym motelu, gdzieś w małej, zabitej dechami wiosce pod Wrocławiem – twierdzi nasz informator.

Wszystkie występujące na imprezie zespoły związane są z faszystowską międzynarodówką Blood & Honour: wrocławskie Obłęd i LTW grywały na tego typu imprezach wielokrotnie, ostatnio w 2014 r. podczas obchodzonego dnia pamięci założyciela B&H Iana Stuarta Donaldsona, który 22 lata temu zginął w wypadku samochodowym.

Wrocławscy neonaziści zacieśnili ostatnio kontakty ze skrajną prawicą z Węgier. Stąd na koncercie obecność zespołu Indulat, którego członkowie lubią występować na scenie pod flagami innej skrajnej organizacji Combat 18 (cyfry to w istocie zamaskowane inicjały Adolfa Hitlera), posuwającej się w przeszłości również do aktów terroru wobec imigrantów i osób czarnoskórych. Bliskie stosunki wiążą od pewnego czasu również kiboli wrocławskiego Śląska i budapesztańskiego Ferencvárosu – fani tych klubów wzajemnie wspierają się na meczach.

Gwiazdą festiwalu ma być zespół Preserve White Aryans (z ang. Ochronić Białych Aryjczyków) z Estonii. To zespół, którego okładki płyt zdobią m.in. podobizny Rudolfa Hessa, a utwory sławią białą rasę. W kawałku „World Full of Scum” wokalista wykrzykuje m.in.: „Za aryjską siłę, za aryjską dumę będziemy walczyć aż do śmierci”.

I jeszcze dwóch reprezentantów sceny niemieckiej: Brainstorm i Strafmass – kapele znane z promowania neonazistowskiej partii NPD. Brainstorm grywał na organizowanych przez NPD festiwalach Fest der Völker i Rock für Deutschland oraz wspierał akcję „Projekt Schulhof-CD”. To akcja wciągania niemieckiej młodzieży w działalność skrajnej prawicy poprzez bezpłatną dystrybucję nazirocka w tamtejszych szkołach.

Członkowie Strafmass, w tekstach oficjalnie przyznający się do działalności w B&H i Combat 18, są zaś przez niemieckich antyfaszystów wiązani z serią napadów na mieszkania imigrantów i centrum przeciwko uprzedzeniom i ksenofobii w Bremie.

Przygotowania do ich występów w Polsce niepokoją polityków. Tydzień temu z oficjalnym zapytaniem o koncerty na terenie Polski do rządu federalnego wystąpiła deputowana Azize Tank, rzeczniczka lewicowego klubu Die Linke ds. społecznych praw człowieka w Bundestagu.

– Nie możemy dopuścić do gloryfikacji nazizmu. Musimy wspólnie walczyć z odradzającymi się w Europie ruchami neonazistowskimi – mówi „Wyborczej” Tank. – Nie wolno dopuścić, by po którejkolwiek stronie Odry stworzono przestrzeń dla głoszenia antysemickich i rasistowskich haseł. Jesteśmy to winni pomordowanym ofiarom obozów koncentracyjnych, ocalałym z Holocaustu i wszystkim osobom prześladowanym przez zbrodniczy reżim niemieckiego faszyzmu.

Paweł Petrykowski z Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu i Bartosz Orłowski z wrocławskiej delegatury ABW zapewniają, że służby wiedzą o przygotowaniach do imprezy, jednak nie chcą rozmawiać o szczegółach.

Od kilku lat Polska znów staje się miejscem, do którego ciągną neonaziści z całej Europy. A imprezy z kapelami spod znaku Blood & Honour odbywają się u nas coraz częściej – w 2014 r. było ich dziesięć. Najgłośniejsze to festiwale Orle Gniazdo i Jedność to Siła, na których bez przeszkód grały Obłęd, Preserve White Aryans, francuska grupa Lemovice, białoruski Molot oraz czeskie Randall Gruppe.

W lutym 2014 r. w klubie w samym centrum Wrocławia na imprezie ku czci „żołnierzy wyklętych” grały neonazistowskie zespoły Nordica i MAT Project. Jednak choć policja wiedziała o imprezie, to wszczęte później śledztwo, czy publicznie doszło do głoszenia treści faszystowskich, było umorzone. Z braku dowodów.

Zobacz także

wyborcza.pl

Kto się boi Piotra Dudy? Czy „Solidarność” wystawi własne listy w wyborach parlamentarnych?

Renata Grochal, Agata Kondzińska, 22.01.2015
Piotr Duda

Piotr Duda (&Fot. Tomasz Szambelan / Agencja Gazeta)

W PiS krążą plotki, że „Solidarność” chce wystawić własne listy do Sejmu i dlatego lider związku Piotr Duda tak się ostatnio uaktywnił.
W roku podwójnych wyborów – prezydenckich i parlamentarnych – związkowcy wciąż naciskają na rząd. Po zakończeniu protestów górniczych liderzy „S”, OPZZ i Forum Związków Zawodowych ogłosili, że domagają się spotkania z premier Ewą Kopacz. Chcą rozmawiać m.in. o obniżeniu wieku emerytalnego, emeryturach pomostowych i tzw. umowach śmieciowych.

Rzecznik rządu Iwona Sulik mówi, że premier nie spotka się ze związkowcami. – Nie ma powodu, bo miejscem do rozmów rządu ze związkami jest Komisja Trójstronna – mówi „Wyborczej” Sulik. I dodaje, że w poniedziałek ze związkami spotka się minister pracy Władysław Kosiniak-Kamysz, który ma rozmawiać na temat nowej ustawy o dialogu społecznym.

– Prace nad ustawą trwają od roku i jeszcze nie ma wspólnego stanowiska związków i pracodawców. Rząd chce się w to włączyć, by przyspieszyć kompromis. Jestem gotowy z dnia na dzień zorganizować spotkanie – deklaruje min. Kosiniak-Kamysz. Związkowcy wystąpili z Komisji Trójstronnej w 2013 r., gdy rząd wprowadził elastyczny czas pracy. Na razie nie zamierzają do niej wrócić. W rozesłanym wczoraj oświadczeniu grożą, że jeśli premier się z nimi nie spotka, to „przyjdzie nam rozmawiać w obliczu protestów i strajków”.

We wtorek szef „S” Piotr Duda podkreślał, że nadal obowiązuje ogólnopolskie pogotowie strajkowe. – Wśród kolejarzy trwają referenda strajkowe. Przyłączyli się pocztowcy i energetycy. Jeśli któraś z tych grup podejmie decyzję o strajku, na pewno ją wesprzemy – mówi rzecznik „S” Marek Lewandowski.

W kancelarii premiera uważają, że Duda próbuje zaostrzyć społeczne protesty, bo ma ambicje być liderem opozycji.

– Duda liczy, że jeśli Jarosław Kaczyński przegra kolejne wybory, to PiS może zacząć szukać nowego lidera. Wtedy on będzie gotów stanąć na czele partii – kreśli scenariusz bliski współpracownik Ewy Kopacz. Dodaje, że atakowanie rządu w roku wyborczym sprzyja opozycji, a Kaczyński wprost mówi, że marzy o przejęciu władzy w kraju. W kancelarii premiera boją się zaostrzenia związkowych protestów, bo strajk generalny sparaliżowałby kraj. Krąży także scenariusz, że Duda chce osłabić rząd, by wytargować od PiS więcej miejsc dla swoich działaczy na listach wyborczych do Sejmu w jesiennych wyborach parlamentarnych.

Ale Dudy boją się także w PiS. Ważny polityk z władz PiS mówi, że słyszał pogłoski, że „Solidarność” może wystawić własne listy do Sejmu. To osłabiłoby PiS, który walczy o socjalny elektorat. Chociaż rzecznik „S” zaprzecza, że związek ma takie plany, PiS to nie uspokaja. – Być może w ten sposób chcą wymusić lepsze miejsca na naszych listach – mówi polityk partii. Działacze „S” od lat startują z list PiS. Rzadko dostają pierwsze miejsca, bo Kaczyński nie chce dopuścić do tego, by w klubie powstała silna frakcja związkowa. W ostatnich wyborach samorządowych wiceszef świętokrzyskiej „S” Mieczysław Gójski publicznie się żalił, że liczył na lepsze miejsca na listach PiS do sejmiku województwa.

Inny polityk PiS zdradza nam, że część środowisk prawicowych i działaczy „S” namawiała Piotra Dudę do startu w majowych wyborach prezydenckich. Koncepcja padła, gdy PiS nieoczekiwanie 11 listopada ogłosił, że kandydatem partii na prezydenta będzie inny Duda – europoseł Andrzej z Krakowa. – Wtedy narodził się pomysł, żeby wystawić swoją reprezentację do Senatu, bo tam szyld partyjny nie ma znaczenia i w ten sposób unikniemy posądzeń o upolitycznienie. Ale i z tego się wycofano, bo ktoś stwierdził, że jeśli związkowcy nie wezmą mandatów, obnaży to słabość „S” – opowiada nam polityk partii Kaczyńskiego.

Marek Lewandowski zapewnia, że Piotr Duda nie ma planów politycznych i nie będzie startował do Sejmu. Inni dodają, że Duda nie startuje, bo nie chce skończyć jak były szef związku Janusz Śniadek, który dziś jest jednym z 460 posłów. Duda na czele związku ma znacznie większe możliwości nacisku na rząd i rozliczania polityków. Zamierza z nich skorzystać w kampanii parlamentarnej w akcji „Sprawdzam polityka”, którą po raz pierwszy „S” zrobiła w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego, przypominając, jak posłowie głosowali w istotnych sprawach społecznych. – To był sparing, teraz będzie kampania na wielką skalę – obiecuje rzecznik „S”.

Zobacz także

wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s