Lis

 

Reformy papieża „przynoszą” zyski. Przypadkiem odkryli setki milionów euro w kościelnej kasie

Papież Franciszek nie ma powodu do zmartwień. Finanse Watykanu nie przedstawiają się tak źle, jak sądzono.
Papież Franciszek nie ma powodu do zmartwień. Finanse Watykanu nie przedstawiają się tak źle, jak sądzono. Fot. Giulio Napolitano / shutterstock.com

Setki milionów euro zasilą kasę Watykanu dzięki najnowszemu odkryciu kardynałów, przeglądających finanse Stolicy Apostolskiej. Jak podał prefekt Sekretariatu ds. Ekonomii kardynał George Pell, odnalezione fundusze nie figurowały dotąd w budżetach papiestwa, bo były odłożone na osobnych rachunkach.

O odkryciu napisano na łamach pisma „Catholic Herald Magazine”. Jak tłumaczył, na nieznane wcześniej kolosalne sumy pieniędzy natrafiono w czasie porządkowania rejestrów finansowych Watykanu. Szczegółowej kontroli poddano wówczas m.in. kongregacje, rady i inne watykańskie instytucje.

Działania te stanowią część gruntownej reformy, której istotą jest centralizacja całej polityki finansowej Watykanu oraz usprawnienie zarządzania budżetem.

– Poszczególne urzędy dysponowały do czasu wprowadzanej obecnie reformy papieża Franciszka dużą autonomią finansową i właśnie temu wyzwaniu trzeba było stawić czoła, porządkując system nadzoru nad nimi – tłumaczył australijski kardynał nadzorujący watykańskie finanse.

Jak podkreślił, nawet przed odkryciem setek milionów euro Watykan nie był bankrutem. – Odkryliśmy, że sytuacja jest znacznie lepsza, niż się wydawała – zaznaczył Pell.

Źródło: tokfm.pl

naTemat.pl

Prześwietlamy finanse Watykanu. Jak to możliwe, że przypadkiem odkryli na kontach kilkaset milionów euro?

Przez ostatnie dziesięciolecia Watykan miał spore problemy finansowe. Teraz powoli wychodzi z dołka.
Przez ostatnie dziesięciolecia Watykan miał spore problemy finansowe. Teraz powoli wychodzi z dołka. Fot. Shutterstock

Watykańscy duchowni właśnie przypadkiem odkryli na swoich kontach setki milionów euro. To idealna okazja, by przyjrzeć się kościelnym finansom. Zarówno tym obecnym, jak i historycznym.

Miliardy euro w kasie Banku Watykańskiego, wpływy z diecezji, wpłat od wiernych, a także zyski ze sprzedaży pamiątek i biletów do Muzeum Watykańskiego – to wszystko stanowi dziś o majątku papiestwa. Papiestwa, którym w ostatnich dziesięcioleciach targały afery i problemy finansowe. A skąd wieki temu pochodziły pieniądze, które zasilały Stolicę Apostolską?

Kościół istnieje od prawie dwóch tysięcy lat i aby zapewnić sobie źródło utrzymania musiał „korzystać” z pomocy innych. Jednym z jego dobroczyńców był cesarz rzymski Konstantyn, który pod wpływem wizji miał nawrócić się na chrześcijaństwo i uznać je za główną religię w Rzymie.

Od Donacji Konstantyna pod Denary św. Piotra
To właśnie od imienia imperatora wzięła się nazwa sfałszowanego dokumentu pochodzącego z VIII lub IX stulecia, na mocy którego Kościół „prawnie” odziedziczył po cesarzu przywileje i dobra ziemskie. Mowa o tzw. donacji Konstantyna, która uchodzi za jedno z największych fałszerstw w dziejach.

Rzekoma darowizna na rzecz Kościoła zapewniła mu bogactwo. Ten stan rzeczy utrwalił się w średniowieczu, kiedy na rzecz papiestwa państwa chrześcijańskie uiszczały daninę nazywaną Denarem św. Piotra. W Polsce opłata ta brzmiała bardziej swojsko – świętopietrze – a zobowiązał się ją płacić już Mieszko I oddając pod opiekę biskupowi Rzymu państwo Polan. Reformacja położyła kres tej formie daniny; w XVI wieku majątek Kościoła wyraźnie się uszczuplił.

Tradycję finansowego wspierania Stolicy Apostolskiej „formalnie” utrwalił dla potomnych w 1871 roku papież Pius XI. Wpłaty z tytułu świętopietrza mają obecnie charakter datków i są wykorzystywane na cele dobroczynne. W ostatnich latach ich sumy sukcesywnie spadały – podczas gdy w 2006 roku wyniosły ok. 102 miliony dolarów, cztery lata później – „zaledwie” ok. 68 milionów dolarów.

Kiedy papież wydawał akt o wznowieniu świętopietrza, nie był już władcą Państwa Kościelnego, które upadło rok wcześniej. Jego władza została ograniczona tylko do Watykanu i ten stan rzeczy trwa do dziś.

„Święty” biznes
A dziś Watykan czerpie wpływy nie tylko z dobrowolnych wpłat, ale także z tego, co sam wyprodukuje. A trochę tego jest. Watykan bije własne monety, emituje znaczki pocztowe, ma gazetę i radio. Gros dochodów stanowią wpływy z pielgrzymek i wizyt w muzeach – rocznie odwiedza je kilka milionów turystów. Każdy chce przecież przywieźć z wycieczki do Rzymu pamiątkę z podobizną papieża lub świętych, a to tylko nakręca „święty” biznes.

Tylko w roku 2011 wpływy za wejście do Muzeum Watykańskiego oraz z tytułu wpłat od wiernych wyniosły ok. 160 mln euro. To jednak dochody „pozabudżetowe” – po drugiej stronie znajdują się wpływy z diecezji oraz funduszów, którymi rozporządza Bank Watykański. A wiadomo, że w 2013 roku dysponował aktywami o wartości 6 miliardów euro.

Bank zamiast więzienia
Bank Watykański to potoczna nazwa Instytutu Dzieł Religijnych, którego siedziba znajduje się w kamiennej wieży, pochodzącej z XV stulecia. Geneza instytucji jest jednak dużo młodsza – początek historii banku datuje się na rok 1887, kiedy powstała Komisja do Spraw Pobożnych. W końcu XIX wieku w miejsce komisji powołano Administrację Dzieł Religijnych, ta natomiast – w 1942 roku – została przekształcona w Instytut Dzieł Religijnych. Bankiem kieruje pięcioosobowa komisja kardynalska, mianowana przez papieża na okres pięciu lat.

Bank watykański obraca ogromnymi kwotami, dlatego wielokrotnie budził podejrzenia o pranie brudnych pieniędzy. Dziś nie jest już tajemnicą że ta watykańska instytucja dokonywała nieczystych transakcji utrzymując związek z mafią. Świadczą o tym także skandale z udziałem banku, które wybuchły w latach 70. i 80. XX wieku.

„Bankier Boga”
Najgłośniejszy był związany ze śmiercią Roberto Calviego, nazywanego „bankierem Boga”. Ten włoski bankier, prezes katolickiego Banco Amrosiano prowadzącego szemrane interesy z Bankiem Watykańskim, zginął w niejasnych okolicznościach w 1982 roku w Londynie.

Jeżeli coś mi się stanie, papież będzie musiał abdykować – miał powiedzieć bankier, posądzany o pranie brudnych pieniędzy oraz kontakty z mafią i wolnomularstwem.

Kilka lat przed śmiercią Calviego spekulowano, że sprawę przekrętów w Banku Watykańskim chciał wyjaśnić papież Jan Paweł I, który zmarł w 1978 roku, po 33 dniach urzędowania. Wraz z jego nagłym zgonem zrodziły się podejrzenia, że padł ofiarą spisku. Na jego śmierci mogło zależeć m.in. uwikłanemu w korupcję ówczesnemu szefowi Banku Watykańskiego abp. Paulowi Marcinkusowi,, który zasłynął ze słów: „Kościołem nie zarządza się za pomocą zdrowasiek”.

Tak było przed 30 laty. Ale także dziś Kościół miewa finansowe problemy, bo w nie najlepszej kondycji zostawił go Benedykt XVI.

Finansowe porządki papieża-reformatora
Zarządzanie finansami nie jest najwidoczniej najmocniejszą stroną Watykanu – w ostatnim roku zanotował deficyt na poziomie 15 mln euro. Na taką sumę złożyły się głównie koszty utrzymania personelu (ponad 800 rezydentów), zatrudnienie ponad 3 tys. pracowników spoza Watykanu i komunikacji oraz kryzys na rynkach finansowych. Bilans za rok 2011/2012 był ujemny, przyniósł 15 mln euro strat.

W Kościele rządzonym przez papieża-reformatora widać pozytywne zmiany, a Franciszek nie unika trudnych tematów oraz bacznie obserwuje działalność watykańskiego banku. Choć ostatecznie zrezygnował z zamknięcia instytucji, poddał ją ścisłej kontroli i ograniczył jej kompetencji. W 2014 roku nowym szefem banku został francuski finansista Jean-Baptiste de Franssu; w tym samym roku funkcję banku centralnego przejęła Administracja Dóbr Stolicy Apostolskiej. Utworzono także 15-osobową Radę ds. Ekonomicznych. To ma być szansa na poprawienie błędów z przeszłości.

Wszystko jest możliwe – tym bardziej, że ostatnio doszło do ważnego odkrycia. Dziś pisaliśmy o kardynałach, którzy przeglądając finanse Stolicy Apostolskiej przy okazji reform zarządzonych przez Franciszka, przypadkiem natrafili na setki milionów euro. Pieniądze nie figurowały dotąd w budżetach papiestwa, bo były odłożone na osobnych rachunkach. Okazuje się, że z kasą Watykanu wcale nie jest tak źle.

 

naTemat.pl

Już dwa razy więcej szkół z etyką. „Fajne lekcje. Ostatnio rozmawialiśmy o wyborach”

Anna Gmiterek-Zabłocka, TOK FM, 05.12.2014
Etyka w szkole w Zielonej Górze

Etyka w szkole w Zielonej Górze (Fot. Agnieszka Wocal / Agencja Gazeta)

Podwoiła się liczba szkół, w których prowadzone są lekcje etyki. To efekt zmiany rozporządzenia ministra edukacji, zgodnie z którym lekcje etyki można zorganizować nawet dla jednego zainteresowanego tym ucznia. W niektórych województwach wzrost jest jeszcze bardziej widoczny. – To cieszy – mówi Tomasz Kalbarczyk z portalu etykawszkole.pl. Choć przyznaje, że to wciąż mało.
Ministerstwo Edukacji Narodowej przekazało nam informację, że ze wstępnych danych Systemu Informacji Oświatowej wynika, że liczba szkół, w których w tym roku realizowane są zajęcia z etyki, wzrosła o 117 proc. w stosunku do poprzedniego roku szkolnego. W podziale na poszczególne regiony kraju ten wzrost widać jeszcze wyraźniej.

Dla przykładu: na Dolnym Śląsku w ubiegłym roku szkolnym etyka była w 20 podstawówkach, teraz jest w prawie 120, czyli jest ich sześć razy więcej. W Małopolsce przed wakacjami lekcje etyki odbywały się tylko w pięciu szkołach podstawowych, teraz w prawie 60, czyli jest ich ponad 10 razy więcej.

Najwięcej szkół z etyką jest na Mazowszu, choć tu akurat procentowy wzrost nie jest tak duży. W poprzednim roku szkolnym na etykę chodzili uczniowie 128 podstawówek, 109 gimnazjów i 84 liceów. Od września te liczby są następujące: 283 szkoły podstawowe, 212 gimnazjów i 119 liceów.

Etyka w małych grupach

Dr Tomasz Kalbarczyk z portalu etykawszkole.pl docenia wzrost liczby szkół z etyką, choć czeka na więcej. – Problem polega w dużej mierze na braku informacji, rodzice wciąż często nie wiedzą o swoich prawach, część dyrektorów szkół blokuje dostęp do tych informacji – mówi Kalbarczyk. – Ale jak dowiedzą się jedni, drudzy, trzeci rodzice, to ta świadomość się upowszechnia. Liczymy na efekt śnieżnej kuli. Mamy nadzieję, że od przyszłego roku będzie naprawdę duży wzrost – dodaje.

W MEN zapytaliśmy również o liczbę dzieci, które na te lekcje uczęszczają. „Ustawa o Systemie Informacji Oświatowej nie przewiduje gromadzenia danych statystycznych dotyczących liczby uczniów uczestniczących w lekcjach etyki i religii w szkołach” – informuje Justyna Sadlak z MEN. „Treść oświadczeń składanych przez rodziców ucznia lub ucznia pełnoletniego wyrażających życzenie uczestniczenia w nauce religii lub etyki ma charakter danych wrażliwych” – czytamy w mailu.

Poprosiliśmy o komentarz do danych dotyczących etyki również minister edukacji Joannę Kluzik-Rostkowską. Czekamy na odpowiedź.

Dwóch uczniów na lekcji? To nie problem

Gimnazjum nr 18 w Lublinie jest jedną z wielu szkół w Polsce, w których etyki nigdy wcześniej nie było, a teraz jest. – Po raz pierwszy mamy takie zajęcia. W latach poprzednich ograniczało nas rozporządzenie, zgodnie z którym trzeba było zebrać w szkole siedmiu uczniów, by móc takie lekcje zorganizować. Miasto jako organ prowadzący proponowało lekcje w oddziałach międzyszkolnych, ale uczniowie z tego nie korzystali – mówi Marek Krukowski, dyrektor gimnazjum.

W tym roku udało się zorganizować zajęcia z etyki – dla dwóch uczniów. Chodzą na nie Maciek i Kamil. – Lekcje są fajne, nie nosimy żadnych zeszytów czy podręczników, tylko rozmawiamy przez całą lekcję o ważnych tematach, np. co to jest moralność człowieka. A ostatnio dyskutowaliśmy o wyborach – mówi Maciek.

Kamil przyznaje, że byłoby ciekawiej, gdyby w dyskusji mogła wziąć udział większa liczba uczniów, ale dobrze jest również tak jak teraz. – Jak mamy odmienne zdania, wyrażamy oczywiście swoje poglądy, dyskutujemy – mówi Kamil. Obaj przyznają, że zdarzają się pytania od kolegów, dlaczego nie chodzą na religię albo czy na etyce jest fajnie. – Niektórzy koledzy myślą o tym, by wybrać etykę, ale wiem, że mają nacisk ze strony rodziców, że muszą chodzić na religię – przyznaje Maciek.

Nie zapisali się na etykę, ale przychodzą

W Gimnazjum nr 16 w Lublinie etyki też nigdy wcześniej nie było. Teraz jest – na poziomie klas pierwszych powstały dwie 10-osobowe grupy. – Już na pierwszych lekcjach zauważyłam, że dzieci są bardzo chętne, by dzielić się swoim spojrzeniem na życie. Gdy podawałam im tematy, którymi będziemy się zajmować, to zaraz zaczęły się pytania: czy będziemy mówić też o tym i o tym, czy możemy się podzielić swoimi spostrzeżeniami – mówi ucząca etyki Jolanta Gandecka.

Jej zdaniem wzrost liczby szkół z lekcjami etyki to nie tylko kwestia zmiany ministerialnego rozporządzenia. – Wydaje mi się, że istnieje też pewna zmiana w myśleniu rodziców. Usłyszałam od nich m.in., że to dobrze, by dzieci kształtowały tutaj swoje postawy, dyskutowały o różnych zachowaniach – mówi nauczycielka.

Ma na lekcjach dzieci, które chodzą tylko na etykę, ale również takie, które zgodnie z prawem uczęszczają i na religię, i na etykę. Co więcej, zdarza się również, że na lekcje przychodzi do niej młodzież niezapisana na etykę, ale taka, która chce porozmawiać o problemach. – Przychodzą po rozmowach z koleżankami, kolegami z klasy. Biorą udział w lekcji i włączają się w dyskusję – dodaje Gandecka. – Widać, że jest im to potrzebne.

Zobacz także

TOK FM

 

Biedroń w Słupsku się klonuje, cichy Chińczyk podsłuchuje, ręki nie podają – hultaje

Tomasz Piątek, 05.12.2014
TYDZIEŃ KOŃCZY PIĄTEK. Bohaterem tygodnia jest dla mnie Jan Jarmołkiewicz, skarbnik lubelskiej PO, który ogłosił, że nie podaje rąk osobom leczonym. Bardzo dobrze. Każdy z nas kiedyś z czegoś się leczył, więc nie podawajmy mu ręki.
Pan skarbnik poza tym, że jest skarbnikiem, jest też topornikiem: na dzierżawionej przez siebie ziemi każe nielegalnie rąbać dęby. Kiedy pewna ekolożka ujawniła jego działalność, zaczął robić z niej wariatkę. Powiedział, że nie poda jej ręki, bo leczonym nie podaje. Ona to nagrała i Jarmołkiewicz teraz plącze się w zeznaniach. Mówi, że nie podał jej ręki, bo jej się ręce trzęsą (nie dziwiłbym się: mnie też się jakoś zatrzęsły, gdy o tym przeczytałem). I mimo nagrania twierdzi, że nie powiedział jej tego, co powiedział. Mówi, że powiedział: „moje ręce leczą”.

Myślę, że Jarmołkiewicz powinien się leczyć. I to nie własną ręką. Zresztą, nie może jej sobie podawać, skoro jest leczony.

Proszę Państwa, zacząłem od polityki lokalnej, bo wciąż o niej głośno za sprawą wyborów samorządowych. Debata trwa już trzeci tydzień po zakończeniu kampanii wyborczej, zupełnie jak nie w demokracji (za Jaruzelskiego wszyscy ciągle debatowali, choć kampanie partii obowiązkowo rządzącej były jakby niezauważalne). Niektórzy nie mogą dojść do siebie w kwestii Biedronia. Mnożą się interpretacje. Biedroń jest dowodem na to, że sfałszowano wybory w Słupsku. Albo na to, że sfałszowano Słupsk. Słupsk to ZOMO-miasto. Słupsk to gumo-miasto, dmuchana instalacja plażowa. Słupszczanie wybrali Biedronia, bo myśleli, że to pan z Biedronki: tani i wysokiej jakości. Przeczuwam, że Biedronie z Biedronki obrodzą w następnych wyborach. Kandydaci będą deklarować, że są gejami, ale bardzo kochają Kościół katolicki, a na pewno Franciszka. Albo że nie są gejami, ale mają kolorowy szalik. Najlepiej w barwach lokalnego klubu.

A co do Franciszka, to odnotował kolejny sukces. Zarządził w Watykanie kontrolę, która wykryła setki milionów euro niewiadomego pochodzenia, poutykane w różnych dziwnych miejscach. W relikwiarzach, brewiarzach i atłasowych kapciach z wyszywanym krzyżem? Dziennikarze cieszą się, że teraz poprawi się stan finansów Stolicy Apostolskiej. Ja jednak zastanawiam się, czy jakikolwiek Kościół powinien korzystać z pieniędzy niewiadomego pochodzenia. Nie mówiąc już o tym, że tajemniczy pan Vittorio z Sycylii zawsze może zażądać zwrotu. Albo przesłać tradycyjny chrześcijański znak pokoju: zdechłą rybę. A wtedy trzeba oddać nawet to, czego się nie ukradło.

Z drugiej strony to jednak dobrze, że papież ma tyle europejskiej waluty. Może teraz wreszcie będzie wystarczająco europejski. Bo w ostatnim numerze „Do Rzeczy” Terlikowski martwi się, że Franciszek wystarczająco europejski nie jest. Chociaż tydzień temu redakcja martwiła się raczej, że papież nie jest dość prawosławny. Czego oni w końcu chcą? Rozwiązanie zagadki mamy kilka stron dalej. Tam, gdzie mowa o książce Piotra Zychowicza, słynnego historyka alternatywnego (takiego od niestworzonych historii). Książka nazywa się „Opcja niemiecka”. Zychowicz pisze w niej z uznaniem o polskich okupacyjnych kolaborantach, a recenzent zarzuca mu tylko, że jest zbyt brutalny dla hitlerowców. Do artykułu dołączona jest ilustracja-inspiracja: nazistowski plakat z czasów okupacji. Plakat głosi, że żołnierz hitlerowski jest wybawcą Europy (naprawdę to zamieścili, dopisek redakcji tłumaczy, że chodzi o „podważanie obiegowych prawd”). Pamiętaj, Franciszku, takim masz być Europejczykiem.

Tak, Europa niejedno ma oblicze. I niejedną tajemnicę: okazało się, że pod Paryżem jest nie tylko Eurodisneyland. Także Euro-Zakazane Miasto. Bardzo zakazane: tajna baza, w której do niedawna siedzieli Chińczycy i podsłuchiwali rozmowy telefoniczne Europejczyków. To mogło być trudne, bo Europejczyków jest pół miliarda. Ale z drugiej strony Chińczyków jest miliard. I podobno tylko co drugi zna porządnie ten ich dziwny alfabet, więc wszystko się zgadza: każdy z nas ma jednego Chińczyka, który podsłuchuje, i drugiego, który notuje.

A skoro mowa o telefonii, to w czeskiej reklamie T-Mobile występuje Polak przebrany za choinkę, który sprzedaje Czechom lewe aparaty. Polska ambasada oficjalnie protestuje. Słusznie. Lewe aparaty jeszcze bym wybaczył, ale w czeskim filmiku Polak sprzedaje też kotki machające łapką. A to potwarz. Kotki machające łapką, plastikowe sarenki, a nawet porcelanowe Maryliny Mansony to specjalność rumuńska. Kto był w Transylwanii, ten wie: już od lat nie Drakula tam straszy. Zresztą niech Czesi przyjrzą się swojemu Jablonexowi. Ceramiczny leżący gajowy karmiony krwistymi jagodami przez tłustą nagą rusałkę to coś, co się nawet Rumcajsowi nie przyśniło.

Wizje i inne stany wpływają też na politykę, nawet geopolitykę: Putin ogłosił, że Krym ma dla Rosjan znaczenie mistyczne i sakralne. A Donieck zapewne duchowe, Abchazja religijne, Naddniestrze filozoficzne, a Kuryle poetyczne.

Jak to dobrze, że nasza Polska taka przyziemna. Choć może tylko do czasu.

wyborcza.pl

Sejm odrzucił projekt PiS o zmianach w Kodeksie wyborczym. Kaczyński: Nie chcą uczciwych wyborów

karslo, PAP, 05.12.2014
Jarosław Kaczyński

Jarosław Kaczyński (SŁAWOMIR KAMIŃSKI)

Sejm, głosami koalicji PO i PSL, odrzucił dziś projekt PiS dotyczący zmian w Kodeksie wyborczym, zakładający m.in. zmianę sposobu wyłaniania PKW. Posłowie, którzy zagłosowali za odrzuceniem, „najwyraźniej nie chcą uczciwych wyborów” – uważa szef PiS Jarosław Kaczyński.
– Dziś już jest jasne, kto chce uczciwych wyborów, a kto nie chce. Ci, którzy głosowali za odrzuceniem naszego projektu ustawy, najwyraźniej uczciwych wyborów nie chcą – powiedział dziennikarzom szef PiS Jarosław Kaczyński po głosowaniu. O odrzucenie projektu wnioskował klub PO. Za odrzuceniem opowiedziało się 232 posłów, przeciw było 184, od głosu wstrzymało się 3. Dalszych prac nad projektem PiS chciały SLD, TR i KPSP. Obok posłów PO i PSL za odrzuceniem projektu głosowało także koło Bezpieczeństwo i Gospodarka.Największą kontrowersję wzbudziła propozycja PiS, by zmienić sposób wyłaniania Państwowej Komisji Wyborczej, tak by część jej członków wskazywały kluby parlamentarne. Ponadto PiS zaproponował też m.in. zainstalowanie kamer w lokalach wyborczych oraz stosowanie przezroczystych urn wyborczych. Projekt przewidywał też umożliwienie przedstawicielom partii politycznych, reprezentowanych w parlamencie, zasiadanie w komisjach wyborczych niższego szczebla.

„Argumenty za odrzuceniem kłamliwe albo absurdalne”

Według Kaczyńskiego argumenty osób, które opowiedziały się za odrzuceniem propozycji PiS, są „albo kłamliwe, albo absurdalne”. Odnosząc się do zarzutów, że wskazywanie części składu PKW przez Sejm mogłoby upolitycznić Komisję, Kaczyński wskazał, że ciałem powoływanym przez Sejm jest np. Trybunał Konstytucyjny.

– Jeżeli tak, jak my proponujemy, powołana Państwowa Komisja Wyborcza byłaby ciałem politycznym, to jakim ciałem jest Trybunał Konstytucyjny – przecież jest powoływany przez Sejm. My nie proponujemy tam polityków, tylko prawników – mówił Kaczyński. – W tym amoku walki z nami i walki o to, by zapewnić sobie tu władzę na stałe, niezależnie od wszystkiego, zapominają o najbardziej podstawowych regułach logicznego myślenia – stwierdził też lider PiS.

Potrzebna zmiana, która radykalnie ograniczyłaby możliwość fałszerstw

Kaczyński przekonywał, że potrzebna jest taka zmiana prawa wyborczego, która będzie „radykalnie ograniczała możliwość fałszerstw”. Zdaniem szefa PiS obecna ordynacja wyborcza „nie spełnia większości wymogów, które są stawiane w organizacjach europejskich ordynacjom wyborczym”. Dodał, że „nie ma żadnych merytorycznych powodów, dla których nie można nawet przed wyborami prezydenckimi dokonać zmian, które by przynajmniej od strony technicznej utrudniały fałszowanie wyborów”. Dodał, że PiS mówi o tym „od dobrych kilku lat”.

Szef PiS mówił w tym kontekście o sytuacjach, do których dochodzi na prowincji. – Praktycznie nie ma tajności głosowania, są kabiny bez zasłon, jakieś pudła służą jako urny wyborcze i bywa, że to jest nawet bardzo blisko Warszawy. Krótko mówiąc, mamy do czynienia z czymś, co w ogóle nie przypomina demokratycznych wyborów – stwierdził.

Według Kaczyńskiego z czasem w Polsce można by wprowadzić takie rozwiązania jak we Francji. – We Francji urna to jest urządzenie, które jest zamknięte, otwiera je członek komisji wyborczej, kiedy ktoś zgłasza się do głosowania, jest od razu automatycznie notowany numer głosowania. Krótko mówiąc, wszystko jest wiadome, niczego tu nie da się sfałszować – powiedział.

„Doszło do niebywałego nacisku na sądy”

Pytany, czy jeśli sądy okręgowe odrzucą protesty wyborcze, uzna wybory samorządowe, Kaczyński odparł: „Jeżeli spotyka się prezydent Rzeczypospolitej z prezesami sądów, w tym Sądu Najwyższego – on tu jest decydujący, i nie mając w istocie żadnej wiedzy na ten temat, jak przebiegało liczenie, jak przebiegły same wybory – bo był to taki właśnie moment – z góry stwierdzają, że wszystko musi być w porządku, to co to jest, jak nie nacisk na sądy”. Na uwagę, że sam zakłada z góry, że wyniki wybory były nieprawdziwe, zaprzeczył. „Nie, ja tylko stwierdzam, że doszło do niebywałego nacisku na sądy i że to jest w gruncie rzeczy delikt konstytucyjny, jeżeli chodzi o prezydenta”.

Miller: Szkoda, że został odrzucony

Do odrzucenia przez Sejm propozycji PiS odniósł się szef SLD Leszek Miller. „Uważam, że nad takimi dokumentami lepiej pracować w komisjach sejmowych i szkoda, że został odrzucony” – powiedział. Miller przypomniał, że Sojusz złożył w Sejmie swój projekt nowelizacji Kodeksu wyborczego. Jak dodał, martwi się, że projekt SLD spotka to samo co projekt PiS, bo „większość sejmowa PSL i PO jest tak przeświadczona o swojej mądrości i wyjątkowości, że nic, co nie wychodzi z tych dwóch klubów, nie ma tu szans na przejście”. Projekt SLD przewiduje m.in. standaryzację kart do głosowania, przezroczyste urny wyborcze i obowiązek podawania przyczyny nieważności głosów.

Prezydent Bronisław Komorowski powiedział wczoraj, że w jego kancelarii trwają prace nad nowelizacją Kodeksu wyborczego. Jedną z propozycji – jak mówił Komorowski – będzie kadencyjność PKW.

Miller, pytany o powstający w prezydenckiej kancelarii projekt i na uwagę, że być może ta propozycja będzie miała szansę na uchwalenie przez Sejm, odparł: „Może, ale myślę, że w projekcie prezydenckim będzie bardzo wiele elementów, które są także w naszym projekcie, bo – jak przypominam sobie spotkanie moje z panem prezydentem Komorowskim – to mówiliśmy o bardzo podobnych propozycjach”. Pod koniec listopada prezydent Bronisław Komorowski spotkał się z Millerem, a później także z szefem TR Januszem Palikotem; tematem były zmiany w Kodeksie wyborczym.

Niedoszły premier rządu technicznego, satyryk i ksiądz-egzorcysta na ratunek prezesowi PiS

Paweł Kośmiński, 05.12.2014
Prezentacja Komitetu Honorowego

Prezentacja Komitetu Honorowego „Marszu w Obronie Demokracji i Wolności Mediów 13 grudnia 2014” w warszawskiej siedzibie PiS (SŁAWOMIR KAMIŃSKI)

Prof. Piotr Gliński, satyryk Jan Pietrzak czy ks. Stanisław Małkowski to tylko niektóre ze znanych osób, które postanowiły wesprzeć organizowany przez PiS Marsz w Obronie Demokracji i Wolności Mediów. W Komitecie Honorowym zasiedli aktorzy, sportowcy i działacze Solidarności. Start marszu – 13 grudnia o godz. 13
W momencie, gdy publikujemy ten tekst, do Marszu w Obronie Demokracji pozostało osiem dni, godzina, 43 minuty i 15 sekund. Bez trudu możemy sprawdzić to w każdej chwili, bo na stronie internetowej poświęconej wydarzeniu uruchomiono specjalny zegar odmierzający czas do wymarszu.Jak za komuny, czyli „zakazany marsz”

Nie ma się co dziwić – do uczestnictwa w nim zachęcał sam prezes PiS Jarosław Kaczyński. Pochody w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego PiS organizuje od lat, ale ten ma być szczególny. – To sprzeciw wobec zabiegów, które łącznie były sfałszowaniem wyborów – niezależnie od tego, jak to były zorganizowane: czy centralnie czy rozproszone – tłumaczył podczas wczorajszej konferencji prezes.

– Dotychczas przy pomocy kartki wyborczej mógł się odbywać ten zasadniczy dla demokracji proces, czyli proces wymiany władzy. Władza miała alternatywę. Dzisiaj zostało to zakwestionowane. Jeśli się na to zgodzimy, przestaniemy być obywatelami – nie pozostawia złudzeń lider największej partii opozycyjnej.

„13 grudnia 1981 roku komuniści chcieli odebrać Polakom marzenia o demokracji. Lecz republikański duch »Solidarności « okazał się silniejszy. PRL upadł. Ale nie zniknęły zagrożenia dla polskiej republiki i demokracji” – czytamy na stronie marszu.

Wydarzeniem ekscytują się prawicowe media: od serwisów wPolityce.pl i Niezalezna.pl po Radio Maryja. „Gazeta Polska Codziennie” już zdążyła nazwać je „zakazanym marszem”. Sceptyczne wypowiedzi na jego temat to – zdaniem gazety – nic innego jak powtórzenie obwieszczenia o wprowadzeniu stanu wojennego zakazującego pochodów i strajków.

Ksiądz, co złe duchy z pałacu przeganiał

Ale są tacy, którzy mają odwagę się przeciwstawić. W specjalnie powołanym Komitecie Honorowym zasiedli nie tylko „dziennikarze niepokorni”, jak Tomasz Sakiewicz, Paweł Lisicki, Tomasz Terlikowski czy bracia Jacek i Michał Karnowscy. Nie zabrakło w nim również działaczy opozycji demokratycznej: Zofii Romaszewskiej, Andrzeja Gwiazdy czy kapelana Solidarności ks. Stanisława Małkowskiego. Ostatnio o księdzu było głośno, gdy podczas egzorcyzmów próbował przegonić złe duchy z Pałacu Prezydenckiego.

To jednak nie jedyny duchowny, który swoim nazwiskiem uświetni marsz. W walce w obronie demokracji prezesa PiS wesprą również abp Wacław Depo oraz biskupi Wiesław Mering, Ignacy Dec, Antoni Dydycz i Edward Frankowski. Wszyscy przyłączyli się swego czasu do walki z tzw. ideologią gender.

W komitecie honorowym nie zabrakło prof. Piotra Glińskiego – tego, którego PiS dwukrotnie próbował uczynić premierem rządu technicznego, a Jarosław Kaczyński pokazywał w Sejmie z tabletu. Zaleźli się w nim i inni politycy, którzy, by nie zniknąć z polityki, związali się z Kaczyńskim – Jarosław Gowin i Zbigniew Ziobro.

Wielka akcja sprzeciwu, która będzie trwała

Ale demokracja to nie tylko polityka. W komitecie nie zabrakło Jana Pietrzaka. Satyryk, który w przeszłości wyznawał, że „nikt go nie przekona, że w Smoleńsku nie było zamachu”, teraz wieszczy, że marsz będzie początkiem „trzeciej tury wyborów samorządowych”. Są i inni artyści: aktor Jerzy Zelnik, którego zobaczymy prawdopodobnie w filmie „Smoleńsk” Antoniego Krauzego, czy obecna na wcześniejszych marszach PiS aktorka Katarzyna Łaniewska.

Zelnik: – Muszę powiedzieć ze smutkiem, że wiele wierszy, które mówiłem w czasach komunistycznych, ciągle jest aktualnych.

Obok artystów pomaszerują i sportowcy, jak piłkarz Marek Citko.

Były szef NSZZ „Solidarność” Janusz Śniadek już zwrócił się z apelem do członków związku, by tłumnie przybyli na marsz. A prezes Kaczyński nie pozostawia wątpliwości – ten marsz to dopiero początek „wielkiej akcji sprzeciwu, która będzie trwała”.

Zobacz także

wyborcza.pl

W rządzeniu Wadowicami pomogą burmistrzowi jego trzy byłe studentki

Bartłomiej Kuraś, 05.12.2014
Burmistrz Mateusz Klinowski i jego współpracownice (od lewej): Karolina Czyżowicz, Ewa Całus, Dorota Wyganowska

Burmistrz Mateusz Klinowski i jego współpracownice (od lewej): Karolina Czyżowicz, Ewa Całus, Dorota Wyganowska (Bartłomiej Kuraś)

Mateusz Klinowski – „ateista w świętym mieście” – znowu wszystkich zaskoczył. Tuż po złożeniu ślubowania przedstawił dziennikarzom trzy dwudziestokilkuletnie kobiety, które mają pomóc mu w rządzeniu Wadowicami. To jego byłe studentki. Z Kluczborka, Jasła i Gdyni.
Zwycięstwo Mateusza Klinowskiego w wyborach na burmistrza Wadowic było nie lada sensacją. „Lewak i ateista będzie rządził w świętym mieście”- krzyczały tytuły w internecie. Do Wadowic zjechali przedstawiciele wszystkich stacji telewizyjnych, by kręcić reportaże o nowym burmistrzu, który sam siebie przedstawiał jako „konsument narkotyków” (Klinowski opowiada się za legalizacją miękkich narkotyków).Bez „Tak mi dopomóż Bóg”

W piątek na zaprzysiężenie do urzędu miasta przyszedł pieszo. Towarzyszyły mu trzy dwudziestokilkuletnie kobiety. Składany rower Wigry-3 zostawił w Krakowie (tu pracuje na UJ, jest wykładowcą na Wydziale Prawa i Administracji). Mówi, że po Wadowicach jeździ głównie na rowerze górskim, ale w mróz woli spacery.

Sala obrad magistratu pełna. Przyszli mieszkańcy, którzy go poparli w wyborach. Ściskają Klinowskiego, biją gromkie brawa.

A przewodniczący rady miasta Józef Cholewka z konkurencyjnego ugrupowania, który jeszcze przed wyborami miał grozić, że da Klinowskiemu „w ryło” – co sprawdza prokuratura – zaprasza go do zajęcia miejsca.

– Ślubuję służyć Wadowicom – wygłasza rotę.

Część radnych szepcze, bo na koniec przysięgi ateista Klinowski nie powiedział „Tak mi dopomóż Bóg”, lecz „Tak właśnie ślubuję”. Od tego momentu jest już burmistrzem. Znów dostaje gromkie brawa.

Brawa od radnych dostaje też, choć nieco cichsze, była burmistrz Ewa Filipiak. Przyszła pożegnać się z urzędem, w którym spędziła ponad 20 lat. Pogratulowała swojemu następcy. Ale o ostatnich wyborach ciągle nie chce rozmawiać.

Zapraszam papieża do Wadowic

A nowy burmistrz ogłasza pierwszą decyzję. Przedstawia trzy towarzyszące mu kobiety. To absolwentki Uniwersytetu Jagiellońskiego, które uczęszczały na jego zajęcia: Ewa Całus (lat 27, rodem z Kluczborka) będzie wiceburmistrzem, Karolina Czyżowicz (25 lat, z Jasła) – doradcą do spraw prawnych, a Dorota Wyganowska (24 lata, z Gdyni) zajmie się komunikacją społeczną.

Nominacje współpracowników burmistrza radni przyjęli w milczeniu. Za to obecni na sali zwolennicy Klinowskiego raz po raz bili brawo. Na konferencji prasowej po zaprzysiężeniu lokalni dziennikarze dopytywali, czy panie mają odpowiednie przygotowanie do pracy w samorządzie i czy nie są zbyt młode do takich stanowisk. Padły nawet pretensje, że nowy burmistrz wprowadza do magistratu ludzi z zewnątrz, a nie z Wadowic. – Jesteśmy młodzi i pełni zapału. Z tym składem, niezwiązanym z miejscowym środowiskiem, zamierzam wyczyścić Wadowice z układów. Zapewniam, że te panie są dobrze przygotowane do ról, jakie im powierzyłem – odpowiadał Klinowski.

– I zapraszam papieża Franciszka do odwiedzenia Wadowic w 2016 roku, podczas krakowskich Światowych Dni Młodzieży. To bardzo ciekawy człowiek – kończy swoje pierwsze wystąpienie jako burmistrz.

Zobacz także

krakow.gazeta.pl

„Przytulają się do Kaczyńskiego – talentem daleko nie zajadą. Jak PiS dostanie władzę może zostaną dyrektorami”

Anna Siek, 05.12.2014
Tomasz Lis

Tomasz Lis (Fot. Wojciech Olkunik / Agencja Gazeta)

– Prawdziwe hasło marszu 13 grudnia to „Razem po władzę”. Panowie Karnowscy chcą stanowisk rozdawanych przez PiS. Całe te pierdolety, banialuki o sfałszowaniu wyborów… Każdy, kto ma pięć klepek, wie, że to kompletny idiotyzm – tak Tomasz Lis komentuje zaangażowanie dziennikarzy w marsz organizowany przez PiS. Wg prof. Wiesława Władyki, manifestacja to „przejaw rozpaczy Kaczyńskiego”.
W Komitecie Honorowym Marszu w Obronie Demokracji i Wolności Mediów” organizowanego przez PiS 13 grudnia są m.in. czterej biskupi, aktorzy, działacze demokratycznej opozycji. Dużą grupę stanowią dziennikarze. Do komitetu weszli m.in. redaktor naczelny tygodnika „DoRzeczy” Paweł Lisicki oraz Jacek i Michał Karnowscy – szef i publicysta tygodnika „wSieci”.To oburzyło komentatorów „Poranka Radia TOK FM”. – Maski opadły. Nie ma co udawać. Ci ludzie de facto zapisali się do Prawa i Sprawiedliwości – ocenił publicysta Tomasz Wołek.

„Talentem daleko nie zajadą”

Tomasza Lisa nie przekonały argumenty Dominiki Wielowieyskiej, że przedstawiciele mediów popierają marsz „W obronie demokracji”, bo protestują przeciwko zatrzymaniu dziennikarzy, blokady siedziby PKW.

– Ja też protestuję, ale w tym celu nie muszę się przytulać do pana Kaczyńskiego i z nim maszerować. Całe te pierdolety o sfałszowaniu wyborów, dyrdymały, brednie, banialuki opowiadane przez PiS-owców i PiS-owskich propagandystów… Przecież każdy, kto ma pięć klepek, wie, że to kompletny idiotyzm. Prawdziwe hasło tego marszu to „Razem po władzę”. To są ludzie, którzy chcą władzy dla Prawa i Sprawiedliwości, chcą stanowisk rozdawanych przez PiS. To sprawa. Panowie Karnowscy i inni, na talencie daleko nie pojadą. Ale jak Jarosław Kaczyński dorwie się do władzy, to może zostaną dyrektorami w Polskim Radiu.

Przypomnijmy, Jacek Karnowski w 2006 roku zaczął prowadzić „Salon polityczny Trójki”. Dyrektorem programowym stacji był wtedy Krzysztof Skowroński, dziś kierujący Radiem Wnet i Stowarzyszeniem Dziennikarzy Polskich.

Krzyk rozpaczy Kaczyńskiego

Dla prof. Wiesława Władyki, marsz organizowany w rocznicę wprowadzenie stanu wojennego, to „przejaw rozpaczy Jarosława Kaczyńskiego”. Jak przekonuje publicysta „Polityki”, prezes PiS „zrozumiał, że władzy nie dostanie”.

– Bo Prawu i Sprawiedliwości brakuje zdolności koalicyjnej i istnieje „szklany sufit”, którego nie są w stanie przebić. Nie są w stanie zdobyć znacząco więcej głosów niż 30-31 proc., mimo tego że wciągnięto ugrupowania Jarosława Gowina i Zbigniewa Ziobry. Dlatego mając w perspektywie rok kampanii wyborczej – huśta łajbą, kwestionując demokratyczny porządek.

„Ja, internowany, czuję się obrażony” – Adam Szostkiewicz o marszu PiS 13 grudnia>>>

Zobacz także

TOK FM

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: