Twardoch

 

Szczepan Twardoch: Na pisanie literatury popularnej szkoda mi życia

Szczepan Twardoch
Szczepan Twardoch fot. Jacek Kołodziejski

O biologicznej wizji Historii, czynieniu narratorem powieści ziemi, Śląsku, namiętności i o tym, ile z niego jest w jego postaciach literackich – opowiada Szczepan Twardoch, autor świeżo wydanego nakładem Wydawnictwa Literackiego „Dracha”.

Wojciech Engelking: Pod „Drachem” widnieją daty: 2013-2014. Pisał pan powieść o realności wojny w czasie, gdy wybuchła na Ukrainie i sam koncept tego, że wojna może wybuchnąć przestał wydawać się mrzonką, a stawał się coraz bardziej rzeczywisty. Czy bliskość wojny miała wpływ na „Dracha”?

Szczepan Twardoch: Zacząłem pisać dwa lata temu, sam koncept zjawił się jeszcze wcześniej. Nie sądzę zresztą, by teraźniejszość miała wpływ na „Dracha”. To „Morfina” była książką o wiele bardziej w teraźniejszości zakorzenioną, „Drach” natomiast – jest z innego świata. Szczególnie, jeśli przez teraźniejszość rozumieć kwestie społeczno-polityczne.

Pytanie jednak, czy w przypadku „Dracha” o teraźniejszości można w ogóle mówić. Wizja historii, jaką pan tam proponuje, nie jest ani linearna, ani nielinearna: historia jest z góry napisana. Pisze pan o postaci z 1906 roku, dopowiadając jej losy osiemdziesiąt lat później – jak również dzieci jej dzieci.

Nie wiem, czy w „Drachu” jest jakaś konkretna wizja historii. To, co pan opisał, nie jest spójną, historiozoficzną wizją. Opiera się ta książka oczywiście na kołowej koncepcji czasu, nie mam jednak żadnej logicznej, integralnej wizji historii, którą mógłbym w tej czy innej powieści pokazać.

Jest biologiczność.

Tak, wszystko dzieje się tam w porządku natury.

Ale – z drugiej strony narrator „Dracha” drwi z wszelkich prób porządkowania historii wedle wydarzeń historycznych i politycznych. Wtręty jak z Wikipedii: rok ten a ten, premierem jest Cimoszewicz, śpiewa Edyta Górniak, która będzie reprezentować Polskę na Eurowizji.

Mam wrażenie, że pyta mnie pan, dlaczego ta książka wygląda tak, jak wygląda. Wygląda tak, jak wygląda bo taką ją napisałem. Taka mi się napisała. Nie znam się na literaturze i piszę intuicyjnie. Napisałem tak, bo tak mi wyszło. To jedyna szczera odpowiedź, jakiej jestem w stanie udzielić.

Ale tym razem, inaczej niż w przypadku „Morfiny” – wie pan, kto jest narratorem? Z jednej strony może to być ziemia, po której się chodzi i w której drąży się tunele, z drugiej – drach-drakon, smok z okładki.

Drach jest ziemią. Dlatego jako Behemot pojawia się w interludium o pierwszej wojnie światowej. To smok, Żmej, chtoniczne bóstwo, pogańskie w tym sensie, że bogowie pogańscy należą do porządku natury. Jeszcze w Starym Testamencie są cienie Boga, który jest podobnym Bogiem; dopiero później Bóg opuszcza porządek natury i staje się transcendentnym. Dopiero przez takiego Boga człowiek może się wyzwolić. Ja natomiast chciałem opowiedzieć „Dracha” głosem Boga pisanego małą literą. Nie Absolutu, tylko pogańskiego bożka.

Mówi pan o pierwotnym bóstwie i cytuje pan Księgę Hioba. „Drach” wydawał mi się najbardziej zgodny z pańskimi poprzednimi zainteresowaniami, czyli historią idei.

To dziwne. „Wieczny Grunwald” był cały jeszcze z tego. Z jednej strony napisałem go w stanie jakiegoś niezwykłego pobudzenia, odurzenia tym pisaniem, z drugiej – jest książką bardzo konkretnie wymyśloną, a bardzo konkretnych założeniach. Wziął się z Tiplera, z punktu Omega Teilharda de Chardin jak go Tipler rozumie, do tego XIX-wieczne konceptualizacje polskości i niemieckości – to jasna intelektualnie książka. W „Morfinie” tego jeszcze trochę było. „Drach” natomiast jest chaosem i ciemnością. Dzieje się poza kontekstem politycznym i intelektualnym. Oczywiście, polityka czasami brutalnie wpływa na świat, w którym poruszają się bohaterowie, szczególnie w postaci wojny, która oczywiście również jest polityką.

Nie dla pana bohaterów.

Bohaterowie „Dracha” nie posiadają politycznej podmiotowości. Są przedmiotami polityki i w tym sensie ma dla nich znaczenie fundamentalne. Nawet Czoik nie ma podmiotowości politycznej. Jedyną postacią, która mi przychodzi do głowy, która zdaje się jakąś podmiotowość polityczną mieć, to von Barnekow, dowódca Magnora z I wojny światowej, który potem wstępuje do SA. Ale jego uczestnictwo w polityce również nie ma politycznej motywacji. Zasadza się na resentymencie wobec ojca, na niezgodzie na własną seksualność i to, jak traktuje ją świat.

Można panu jednak zarzucić, że idzie pan „Drachem” na popularność, biorąc na warsztat Śląsk.

Gdybym „szedł na popularność”, to napisałbym sequel „Morfiny”. A co do Śląska – podobało mi się to, co powiedział o tej książce Wit Szostak w „Newsweeku”: że „Drach” jest w tym samym stopniu powieścią o Śląsku, w jakim „Czarodziejska góra” o sanatorium. Wie pan, rzeczywistość sanatoryjna w „Czarodziejskiej górze” jest potraktowana starannie, ale nie mamy wątpliwości, że jest to powieść o czymś innym. Być może Mannowi się udało, a mnie nie.

Ale u pana śląskość jest w jakimś stopniu przekleństwem. Bohaterowie-Ślązacy cały czas porównują się do wielkich Polaków i wielkich Niemców.

Nie nazwałbym tego „przekleństwem”. A nawet gdyby, to w historii to rzecz niespotykana. Sytuacja rozdarcia może się zdarzać na wielu różnych poziomach. Licząc tylko poziom etniczny, zdarza się i w Alzacji, i na Pomorzu, z Górną Adygą i Dolnym Tyrolem. Te sytuacje są symetryczne i w tym sensie w Śląsku nie ma nic specyficznego i różnego. Niejeden taki Śląsk na świecie, nawet niejeden taki Śląsk w Polsce.

Kiedy w „Drachu” znika groźba wojny – w historii Nikodema – znika także coś, co jest bardzo istotne wcześniej: seksualność traktowana jako namiętność.

U Nikodema też jest namiętność. W imię namiętności niszczy sobie życie, w imię namiętności, która inaczej niż wyświetla w świecie, w innym porządku, w innym ustrukturalizowaniu.

A ile w Nikodemie jest pana? Nietrudno rozpoznać w domu architekta pańską chałupę, w jego spóźnionym sukcesie – pański spóźniony sukces.

W każdej z moich postaci jest sto procent mnie. W Nikodemie, w Josefie, w Caroline, w Valesce, w Geli. Nie mam innego materiału, z którego mógłbym ulepić postać literacką z jej emocjami i przeżyciami, nic poza sobą samym. Flaubert mówił, że „pani Bovary to ja” – i o to chodzi.

Oprócz namiętności, zanika także biologiczność. W Nikodemie nie ma biologiczności prócz rodzącego się alkoholizmu.

Jest. Chociażby w scenie, w której od Nikodema odchodzi dziewczyna, która chce mieć z nim dziecko, którego on nie chce. Przecież to jest czysta biologia.

Ze strony dziewczyny, a nie Nikodema. A „Drach” jest w głównej mierze powieścią o mężczyznach.

Tak pan myśli? Nie uważam, by była to powieść o mężczyznach. Raczej o ludziach.

Ale mężczyźni z pokolenia na pokolenia stają się w tej powieści coraz bardziej żałośni.

No jak tam pan uważa, ale Ernst na pewno nie jest bardziej żałosny niż Josef. Jeśli zaś chodzi o żałosność: Josef jest mordercą. Nikodem bez wątpienia ma w sobie jakąś gigantyczną słabość, natomiast modercą nie jest.

Właśnie. Nie stać go nawet na to.

Bycie zdolnym do morderstwa uważa pan za oznakę siły?

Tak, bo stanowi o podmiotowości postaci literackiej – skoro tak czy siak jej przypadki kończą się czyjąś śmiercią.

Taka śmierć ma zupełnie inny moralny sens: śmierć z zaniedbania to coś zupełnie innego, niż zamordowanie kobiety z zazdrości.

Owszem, ale to jest skaza, która się za Nikodemem ciągnie.

Myśli pan, że tak by mogło być, że los nas karze? Że skoro Nikodem odchodzi od żony to żona choruje na raka, a córka mu umiera?

Rozmawiamy o życiu czy literaturze?

Nie pytam, czy wierzy pan w istnienie jakiegoś mściwego bóstwa, które wyrządza nam takie rzeczy, ale – czy jest jakiś porządek, jakaś rzeczywistość niematerialna – albo i materialna – która by między takimi wydarzeniami mogła narysować nić wynikania, logikę wewnętrzną? Ja sądzę, że nie. Ta książka jest właśnie o tym.

O przypadku…?

Raczej – o chaosie. Przypadek to coś nieuporządkowanego w uporządkowanym świecie. A chaos jest wszechogarniającym nieuporządkowaniem. „Drach” mówi o zmierzeniu się człowieka z rzeczywistością chaosu i, przepraszam za duże słowa, pustki. W chaosie jest pustka. Uporządkowanie jest bytem, jeśli coś jest nieuporządkowane, jest pustką.

W takim razie – skoro „Drach” sam się napisał to nie zarzut – jest tu nieścisłość, chaos w porządku. Bo porządek wyznacza jednostajne prawo natury.

W naturze też są dwie strony. Strona natury rozumianej osiemnastowiecznie, racjonalistycznie, jako wielkiego mechanizmu zegarowego. I strona chaosu, nieoznaczoności, mechaniki kwantowej. Natura nie jest układem zębatek, dzieje się w niej coś, co nie ma przyczyny, ale może mieć dwa różne skutki.

Skoro już wiemy, kto w „Drachu” mówi – dla kogo to jest powieść? Nie daje pan ani jednego przypisu, co w przypadku niemieckiego nie sprawia jeszcze problemu, ale gwary śląskiej – już tak.

Po to, żeby wywołać poczucie obcości. Ale też stąd, że nie lubię dialogów, które odbywają się w języku, który nie jest językiem świata przedstawionego. Przeszkadza mi to i w kinie, i w literaturze. Są sytuacje, w których nie można tego zrobić: trudno w powieści o starożytnym Rzymie pisać wszystkie dialogi po łacinie. Również jako czytelnik potrzebuję poczucia imersji w świat przedstawiony. Idealna literatura jest dla mnie wtedy, kiedy zapominam, że czytam. I nigdy nie daje mi tego literatura popularna. Kiedy język powieści nie zgadza się z językiem świata, zakłóca mi to tę imersję.

„Morfina” była traktowana jako powieść na styku literatury popularnej i wysokiej. Za jaką powieść uważa pan „Dracha”?

Niech krytycy o tym rozstrzygają. Mnie na pisanie literatury popularnej szkoda życia, to na pewno.

naTemat.pl

 

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: