MM

 

Dlaczego na Unsoundzie robią perfumy? Jedyny tak wyprzedany festiwal muzyczny w kraju [ROZMOWA]

Łukasz Kamiński, Jacek Świąder, 15.10.2014
Małgorzata Płysa

Małgorzata Płysa (MATERIAŁY PRASOWE)

– Dziś trudno muzyką wytrącić ludzi z poczucia spokoju, równowagi. Pop wchłania i ujarzmia to, co radykalne, eksperymentalne. Dlatego wychodzimy poza przestrzenie kojarzone z muzyką – mówią organizatorzy festiwalu Unsound.
Krakowska impreza (mająca też edycje m.in. w Nowym Jorku i Londynie) eksploruje muzykę eksperymentalną i awangardową, elektroniczną i analogową. Jest w niej miejsce na sztuki wizualne, panele dyskusyjne i warsztaty, a tym razem także na… instalację zapachowo-muzyczną. Karnety na krakowską edycję Unsoundu (od 12 do 19 października) są już wyprzedane, ale można kupić bilety na pojedyncze wydarzenia.

Wśród największych gwiazd jest mroczna, superciężka nowojorska grupa Swans pod wodzą Michaela Giry (ich „The Seer” to zagraniczna płyta roku 2012 według dziennikarzy „Wyborczej”) oraz industrialny duet Chris Carter i Cosey Fanni Tutti, który połączy siły z młodszą o pokolenie wokalistką i gitarzystką Nik Void.

Suzanne Ciani, twórczyni dźwięków do komputerów Atari, flipperów, reklam i Laboratorium Sztucznej Inteligencji na Uniwersytecie Stanforda, wystąpi z duetem Neotantrik (Andy Votel i Sean Canty z Demdike Stare). Już pierwszego dnia festiwalu wspólny koncert The Necks z Australii i Radian z Austrii. Specjalnie na Unsound przebudzi się psychodeliczny słowiański Księżyc, nieobecny od 1996 r.

Do Krakowa przyjeżdża też prezentowana po raz pierwszy na tegorocznej nowojorskiej edycji Unsoundu instalacja „Ephemera”. Kompozycje zapachowe berlińczyka Gezy Schoena dostały oprawę muzyczną odpowiadającą gatunkom czy konwencjom muzycznym od trzech artystów. To Tim Hecker (drone), Ben Frost (noise) i Kode9 (bass). Do „Ephemera” dołożyli się też Marcel Weber (wideo) i Optigram (wizualizacje).

Rozmowa z Matem Schulzem i Małgorzatą Płysą, organizatorami festiwalu Unsound

Łukasz Kamiński: Od jakiegoś czasu każda edycja Unsoundu ma swój tytuł, motyw przewodni. W zeszłym roku był to „Horror”, w tym jest „Sen”.

Mat Schulz: Po raz pierwszy wykorzystaliśmy ten pomysł w 2010 r. Chcieliśmy sprawić, żeby ludzie postrzegali festiwal w nieco inny sposób niż pozostałe imprezy. Chcieliśmy pokazać, że Unsound to coś więcej niż tylko zbiór przypadkowych artystów, że to również wydarzenie o charakterze społecznym, może nawet w jakimś sensie politycznym. To pozwoliło nam też na rozszerzenie programu o warsztaty, spotkania, wykłady.

Czy myślenie o kolejnej edycji zaczynasz od motywu przewodniego?

M.S.: To zależy. „Horror” chodził mi po głowie kilka dobrych lat. To miało sens o tyle, że do współczesnej elektroniki wkradł się wtedy pewien mrok, ciemność. Mamy też już pomysł na przyszły rok, jesteśmy w trakcie rozmów z artystami. Ale często jest tak, że i motyw przewodni, i program krystalizują się w tym samym czasie, wpływają na siebie.

Unsoundowi udało się wychować własną publiczność, grupę osób o ponadprzeciętnej erudycji muzycznej, ciekawych tego, co się współcześnie nagrywa. Festiwal przyzwyczaił ich też do tego, że przyjeżdża się na Unsound dla odkryć, niespodzianek. Czy nie czujesz się jednak trochę zakładnikiem takiej polityki? Czy zdarzyło ci się zrezygnować z jakiegoś artysty tylko dlatego, że publiczność mogłaby uznać jego zaproszenie za zbyt oczywiste?

M.S.: Odkrywanie nowej muzyki to jeden z oczywistych powodów, dla którego ludzie przyjeżdżają do Krakowa. Zbudowanie takiego zaufania zajęło nam kilka lat i jest ono niesłychanie dla nas nobilitujące. Daje nam też pole manewru, podejmowania ryzyka. Ale masz rację, zdarzyło mi się nie zaprosić muzyka, który pasowałby do programu, ale objechał wszystkie letnie festiwale z muzyką elektroniczną.

A wy – czy wzorujecie się na jakiejś imprezie?

Małgorzata Płysa: Ważną inspiracją są dla nas wydarzenia nie stricte muzyczne. Pracujemy obecnie z Adelaide Festival, który ma część poświęconą literaturze, teatrowi, muzyce poważnej czy sztukom wizualnym. Oczywiście każde z wydarzeń ma swojego kuratora, ale idea stworzenia połączeń między różnymi dziedzinami sztuki jest nam bliska i bardzo inspirująca, chociaż punktem wyjścia dla nas jest muzyka i sztuka dźwięku.

Stwarzacie przestrzeń artystom, którzy nigdy wcześniej ze sobą nie współpracowali, by mogli coś wspólnie stworzyć. To inicjatywa tyleż ciekawa, co ryzykowna. Nie zawsze dwa wielkie talenty dodane do siebie dają dobry wynik.

M.S.: To zawsze niewiadoma. Ale nawet porażki są ciekawe, bo wpisują się w pomysł na festiwal, który ma być miejscem dla eksperymentów.

M.P.: Jednym z pierwszych projektów, który zrealizowaliśmy na wielką skalę i który był połączeniem polskich i zagranicznych muzyków, była kompozycja „Solaris”. Nadal wzbudza u mnie dreszcze. Braliśmy udział w powstawaniu tej kompozycji, formuły występu, pojechaliśmy w kilka tras z muzykami. Połączenie współczesnej kompozycji Daniela Bjarnasona, elektroniki z elementami noise’u Bena Frosta oraz elementów wizualnych stworzonych przez Briana Eno i muzyków Sinfonietty Cracovii, było niezwykle udane. Mam nadzieję, że wrócimy do współpracy z tym składem.

Czy Unsoundowi udało się wypromować jakichś polskich artystów za granicą?

M.P.: Ciężko powiedzieć, że wypromowanie kogoś jest wyłącznie zasługą Unsoundu. To raczej zasługa samych artystów. Ale udało nam się na kilku zwrócić uwagę. Choćby na Sinfoniettę, z którą współpracujemy od lat przy wielu projektach, np. przy wspomnianym „Solaris” odgrywanym w Nowym Jorku i Adelajdzie czy przy „Knots” z Orenem Ambarchim, Eyvindem Kangiem i Joe Talią. Na zagranicznych edycjach Unsoundu grali też muzycy z wytwórni Lado ABC, Jacek Sienkiewicz, Stara Rzeka i wielu innych.

Czy sporo jest artystów z Polski, których możecie zapraszać do współpracy, czy to raczej ograniczony zbiór?

M.P.: Dziś już nie, ale kiedyś owszem, tak. Polska elektronika, awangarda w ostatnich latach naprawdę się rozrosła. Chodzi nie tylko o nowych artystów, ale też wydawców, jak BDTA, Sangoplasmo, Bocian.

Podczas pierwszej edycji festiwalu w 2003 r. zdarzył się wypadek, wtedy dość straszny, dziś z perspektywy interesujący. Podczas występu grupy Kammerflimmer Kollektief dwóch osiłków na sali nie wytrzymało napięcia niemieckiej alternatywy i wyłączyło prąd w trakcie koncertu. Muzyką udało się wytrącić ich z równowagi?

M.S.: Zawsze zależało nam na tym, żeby na Unsound przyjeżdżali ludzie o różnych gustach, poglądach, pomysłach. Stąd też nasz program pozamuzyczny, dyskusje, spotkania. Dziś jednak niesłychanie trudno jest muzyką wytrącić ludzi z ich poczucia spokoju, równowagi. Pop, mainstream często wchłaniają i ujarzmiają to, co radykalne, eksperymentalne.

W 2006 r. poprosiliście muzyków, by skomponowali dla Unsoundu dzwonki do telefonu. W tym roku przygotowujecie perfumy. Odchodzicie od cyfrowej rzeczywistości na rzecz świata analogowego, dotykalnego.

M.P.: Chcemy, by uczestnicy festiwalu poza wrażeniami mogli zachować bardziej namacalną pamiątkę. Nie typowy gadżet festiwalowy, ale jego rozwinięcie i uzupełnienie.

M.S.: Zrobiliśmy to, by wyjść poza powszechny festiwalowy kontekst. To nasz pomysł na rozwój Unsoundu, szukamy nowych przestrzeni, bo nie bardzo chcemy się powiększać rozmiarowo.

No właśnie. Dotarliście do ważnego dla każdego festiwalu momentu. Karnety wyprzedają się na pniu, zainteresowanie jest z roku na rok większe. Co zamierzacie zrobić, żeby z jednej strony zadowolić chętnych, a z drugiej nie stracić klimatu, nastroju Unsoundu?

M.P.: Nieustannie się nad tym zastanawiamy. Dla nas najważniejsze są jakość koncertów i klimat miejsc, w których się odbywają. Wychodzimy poza standardowe przestrzenie kojarzone z muzyką. Cały rok pracujemy nad tym, żeby znaleźć i potem zaadaptować nowe przestrzenie w Krakowie. Optymalne miejsce, by nie stracić wrażenia, że uczestniczy się w specjalnym wydarzeniu, to takie, które jest w stanie pomieścić od półtora do dwóch tysięcy osób.

W zeszłym roku wystosowaliście też apel, żeby podczas koncertów nie robić zdjęć, nie filmować.

M.S.: Zrobiliśmy to, bo coraz trudniej jest się nam skoncentrować na dłuższą chwilę, skupić na czymś z pełnym poświęceniem. Stąd mój apel, żeby pozbyć się wszystkiego, co odwraca naszą uwagę od muzyki, co stawia między nami a sztuką bariery.

Zobacz także

 

Wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s