26.11.14

 

Mickiewicz ofiarą spisku? Tajemnicza śmierć polskiego wieszcza

Adam Mickiewicz na łożu śmierci, Stambuł, 28 listopada 1855 roku.
Adam Mickiewicz na łożu śmierci, Stambuł, 28 listopada 1855 roku. Fot. nieznany / Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza

Jego śmierć ciągle owiana jest tajemnicą. Od września 1855 roku przebywał w tureckim Konstantynopolu (obecnie Stambuł), dokąd wyjechał w celu utworzenia polskich oddziałów mających walczyć z Rosją w czasie wojny krymskiej. Choć wcześniej nie zdradzał oznak poważnej choroby, 26 listopada 1855 roku niespodziewanie zmarł. Co wiemy o okolicznościach zgonu wielkiego poety?

Henryk Służalski i Armand Lévy, przyjaciele, a zarazem świadkowie ostatnich chwil Mickiewicza, podkreślali, że zmarł nagle, niczym rażony piorunem. „Nie była to choroba, ale piorun” – pisał Służalski do ks. Adama Czartoryskiego. Pewne jest, że nagłe odejście polskiego wieszcza wstrząsnęło polską emigracją.

Zdrowy, ale strudzony
W chwili śmierci Mickiewicz miał 57 lat. Nie był więc sędziwym starcem, mało tego, cieszył się dobrym zdrowiem. – Wprawdzie zdrów jestem, tylko czuję się wstrząśniony i strudzony – pisał w maju 1855 roku w liście do Konstancji Łubieńskiej-Wodpolowej. To strudzenie właśnie zdawał się dostrzegać Walerian Mrowiński, który w ostatnim roku życia Mickiewicza tak o nim pisał: – Twarz miał bladą, znękaną, która w otoczeniu siwych, długich, w nieładzie rozrzuconych włosów wydawała się o wiele starszą aniżeli mówił wiek poety.

Zatroskanie poety wynikało m.in. z faktu, że dwa miesiące wcześniej głęboko przeżył śmierć żony, spowodowaną jej gwałtowną chorobą. Mało jadł, musiał być osłabiony fizycznie, zmęczony trybem życia i częstymi podróżami. Ze względu na ogólne wyczerpanie organizmu łatwo mógł złapać infekcję bakteryjną. Relacje mówią też o poważnych dolegliwościach żołądkowych wieszcza. Ponoć nie służyła mu turecka kuchnia, a 25 listopada miał struć się obiadem. Mimo to nie przyjął lekarstw.

Na łożu śmierci
Jak wyglądał ostatni dzień życia polskiego poety? Na to pytanie odpowiada Jarosław Marek Rymkiewicz, autor książki „Głowa owinięta koszulą”.

Jak pisze, ranek 26 listopada 1855 roku Mickiewicz zaczął od wypicia herbaty. Najprawdopodobniej wcześniej miał wymioty; uwagę świadka – płk. Emila Bednarczyka – który odwiedził o poranku poetę, przykuła świeżo umyta podłoga. Według relacji Służalskiego, około południa poeta posilił się kawałkiem chleba i wypił herbatę. Minęła godzina, a stan Mickiewicza wyraźnie się pogorszył. Ponoć widziano jak oburącz trzymał się futryny drzwi, aby nie upaść na podłogę. Później pojawiły się konwulsje.

Po południu do Mickiewicza wezwano lekarza, ale zabiegi medyczne nie pomogły cierpiącemu. Przybyły następnie ksiądz udzielił umierającemu ostatniego namaszczenia. Zanim poeta umarł – ok. 21 wieczorem – zwrócił się do płk. Bednarczyka: – Powiedz tylko dzieciom, niech się kochają. Zawsze.

Przedstawiona wersja wydarzeń nie wskazuje jednoznacznie przyczyn śmierci polskiego wieszcza, ale wynika z niej, że pogorszenie się jego stanu zdrowia nastąpiło nagle i niespodziewanie.

Teorie spiskowe…
Czy komuś zależało na śmierci wieszcza? Mickiewicz chciał wziąć udział w wojnie krymskiej i w tym celu zamierzał zorganizować m.in. legion żydowski, co nie do końca podobało się części środowisk emigracyjnych. Za głównego przeciwnika poety uchodził gen. Władysław Zamoyski. Pojawiły się także pomówienia o to, że za nagłą śmierć poety odpowiadali sami Żydzi. Inni wskazywali na agentów carskiej ochrany, a wiadomo, że Rosjanie byli od 1853 roku w stanie wojny z Turcją, której zamierzał pomóc zbrojnie Mickiewicz.

Natychmiast po jego śmierci pojawiły się pogłoski o spisku na życie wieszcza. Podejrzewano, że chorego otruto arszenikiem – niewyczuwalnym w napojach i potrawach. Niezależnie od tego, czy Mickiewiczowi rzeczywiście podano truciznę, objawy zatrucia arszenikiem są podobne do przebiegu cholery. A tę przewlekłą chorobę zakaźną podawano wcześniej jako najbardziej prawdopodobną przyczynę śmierci wybitnego Polaka. Tak przynajmniej sądził Służalski oraz syn zmarłego – Władysław. Tyle tylko, że jesienią 1855 roku w Konstantynolu nie stwierdzono żadnej epidemii cholery, choć wcześniej nawiedzała ona to miasto szczególnie często. Wiadomo np., że cholera masowo zabijała żołnierzy armii walczących w wojnie krymskiej.

ARMAND LÉVY

Czy to była cholera? Kto to wiedzieć może na pewno. Nie było śladu sczernienia na twarzy, co, jak mówią, bywa w podobnych wypadkach, ani po śmierci, ni przedtem. Żadnej zmiany oddechu, nawet podczas konania. Ni znaku rozkładu nawet po upływie 24 godzin. Jeden z lekarzy oświadczył na półtorej godziny przed śmiercią, że zupełnie nie ma cholery. Inny do końca twierdził, że to nie jest cholera.

Co więcej, nikt z najbliższego otoczenia poety się nie zaraził…

A co na to lekarz?
Jest jeszcze oficjalna wersja wyjaśniająca tajemniczy zgon Mickiewicza, a przemawia za nią dokument wystawiony przez lekarza Jana Gembickiego. Wiadomo, że sam obawiał się on posądzenia o otrucie wieszcza, a jako przyczynę jego śmierci wpisał w akt zgonu wylew krwi do mózgu. Nie wiadomo jednak, czy świadomie nie skłamał, aby umożliwić transport zmarłego poety do Francji. Gdyby wpisał w świadectwie „cholerę”, byłoby to niemożliwe.

W styczniu 1856 roku, po przetransportowaniu ciała Mickiewicza do Francji, odbył się jego pierwszy pochówek. Wielki Polak spoczął na cmentarzu Les Champeaux w podparyskim Montmorency. W 1890 roku szczątki poety ekshumowano i przewieziono do Krakowa. Jego ponowny pogrzeb przerodził się w wielką patriotyczną manifestację. Autor „Pana Tadeusza” spoczął pośród królów na Wawelu.

Niektórzy wskazują na jeszcze jeden trop. Czyżby w wierszu Cypriana Kamila Norwida „Coś ty Atenom zrobił Sokratesie?” znajdowała się wskazówka dotycząca przyczyny zgonu Mickiewicza? Wiadomo, że utwór powstał krótko po śmierci wieszcza, a Sokrates miał wyzionąć ducha po wypiciu trucizny…

naTemat.pl

Kryzys polskiej państwowości? Przed wojną było o wiele gorzej

Marszałek Piłsudski w otoczeniu współpracowników w czasie zamachu majowego. Czy dziś zrobiłby w Polsce porządek?
Marszałek Piłsudski w otoczeniu współpracowników w czasie zamachu majowego. Czy dziś zrobiłby w Polsce porządek? Domena Publiczna

– To najczarniejsza karta w historii polskiej demokracji po 1989 roku – grzmiał w rozmowie z naTemat Jarosław Gowin. Były minister sprawiedliwości w tak mocnych słowach ocenia tegoroczne wybory samorządowe. Ale nie tylko III RP ma – według niektórych – problem z demokracją. Poważniejsze kryzysy targały Polską już niedługo po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku. Oto największe z nich.

Wtedy Polacy, przez 123 lata żyjący pod berłem cara, króla czy cesarza, nie wiedzieli co to demokracja. Na naukę życia w nowym ustroju nie było za późno, jednak ówczesny klimat polityczny – wiek XX nie bez powodu uznawany jest za wiek wojen – nie sprzyjał praworządności. Zanim młoda polska państwowość okrzepła, spiętrzyły się przed nią poważne problemy. I chyba nasi przodkowie nie zdali egzaminu z demokracji…

Ciszej nad tą trumną!
Wybory parlamentarne odbyły się w II RP sześciokrotnie. Pierwszy raz w 1919 – przeprowadzano je jeszcze w ogniu walk o granice, jednak wyłonienie jednoizbowego Sejmu było głównym zadaniem odradzającego się państwa. I Sejm spełnił zadanie z chwilą uchwalenia w 1921 roku tzw. konstytucji marcowej. Rok później, w listopadzie 1922 roku, przeprowadzono w II RP kolejne wybory – jak się okazało ostatnie w pełni „normalne”.

Już miesiąc później, w grudniu 1922 roku, w pierwszych w dziejach Polski wyborach prezydenckich niespodziewanie zwyciężył Gabriel Narutowicz. W II turze pokonał murowanego faworyta prawicy – hrabiego Maurycego Zamojskiego, a to dzięki głosom ludowców, mniejszości narodowych i lewicy. To był jednak początek horroru, który rozpętały środowiska prawicowe. W prasie uznano Narutowicza za „obcego prezydenta”, wytykano mu ateizm, kontakty z masonerią, udział w spisku żydowsko-ukraińskim. Endecy manifestowali na ulicach wielu miast; dochodziło do rozruchów.

Pierwszy prezydent został pogrzebany już za życia. Był przedmiotem obelg i kpin nawet w dniu swego zaprzysiężenia na najwyższy urząd w państwie.
– Czy jestem jeszcze naczelnikiem, czy nie? Nie mogę oddać władzy w tej chwili, kiedy banda g…zakłóca spokój, znieważa prezydenta, a rząd nic na to; dajcie mi władzę, a ja uspokoję ulicę – mówił Piłsudski do marszałka Macieja Rataja.

Prezydent zginął tragicznie kilka dni później, 16 grudnia 1922 roku. W gmachu warszawskiej Zachęty zastrzelił go niezrównoważony malarz Eligiusz Niewiadomski, sympatyk Narodowej Demokracji. Dla wielu endeków męczennik. Ale prawica chciała wyciszyć całą sprawę. „Ciszej nad tą trumną!” – apelował w głośnym artykule w „Rzeczpospolitej” prawicowy publicysta Stanisław Stroński.

Autorzy nagonki na prezydenta osiągnęli swój cel, ale ich działania oburzyły także świat kultury. – Krzyż mieliście na piersi, a brauning w kieszeni / Z Bogiem byli w sojuszu, a z mordercą w pakcie – pisał w powstałym po zamachu wierszu Julian Tuwim.

Piłsudski idzie po władzę
Nie minęły cztery lata, a Polskę znowu dosięgnął poważny kryzys polityczny. W maju 1926 roku Piłsudski targnął się na demokrację i postanowił siłą przejąć władzę w kraju, gdzie – jak przekonywał – rządziła „sejmokracja”. Dlatego wprowadził do Warszawę wierną sobie armię i przeprowadził zamach stanu – zamach na polską demokrację. Ceną za władzę była śmierć ponad 160 cywilów i zniszczenia miasta. Praworządność w Polsce zeszła na drugi plan, demokratycznie wybrany prezydent zrzekł się władzy. Ale jego zwolennicy bronili się z bronią w ręku.

Parlamenty były w Polsce przed wojną rozwiązywane często, ale wtedy – po zamachu majowym – Piłsudski „oszczędził” posłów i senatorów. – Warunki tak się złożyły, że mogłem nie dopuścić was do sali Zgromadzenia Narodowego, kpiąc sobie z was wszystkich, ale czynię próbę, czy można jeszcze w Polsce rządzić bez bata. Nie chcę czynić nacisku, ale ostrzegam, że Sejm i Senat są instytucjami najbardziej znienawidzonym w społeczeństwie, ostrzegam, nie zawierajcie z kandydatami na prezydenta układów partyjnych, musi on stać ponad stronnictwami, winien umieć reprezentować cały naród – mówił do parlamentarzystów Piłsudski.

Zapowiadał jednocześnie „uzdrowienie” Polski, stąd jego zwolennicy nazywali obóz władzy „sanacją”. Ale ówczesnej Polsce bliżej było do autokracji niż demokracji. Rządzili wojskowi – aż kilkadziesiąt proc. budżetu pochłaniały wydatki na wojsko – a opozycja nie miała szans, aby zmienić polityczną rzeczywistość. – Rząd, który doszedł do władzy na skutek próby sił przez most, nie upada na skutek próby sił przez drzwi – mówił poseł Związku Ludowo-Narodowego Jerzy Zdziechowski nawiązując do zamachu majowego i sposobu zliczania głosów poprzez przechodzenie parlamentarzystów przez dwie pary drzwi – jedne z napisem „TAK”, drugie – „NIE”.

Polskie piekiełko
Pierwsze wybory parlamentarne pod rządami sanacji odbyły się w 1928 roku; wygrał je – co nie było zaskoczeniem – powołany przez władze Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem – do Sejmu 25 proc., do Senatu 31 proc. Jeszcze więcej (prawie 47 proc.) BBWR zdobył w tzw. wyborach brzeskich z listopada 1930 roku, przeprowadzonych po akcji zastraszenia i aresztowania członków opozycji oraz osadzenia ich w twierdzy w Brześciu. W zakończonym w 1933 roku procesie brzeskim sądzono 11 parlamentarzystów jako „wichrzycieli politycznych”. Był wśród nich m.in. Wincenty Witos, skazany na półtora roku więzienia. Szykanowanie opozycji, unieważnienie jej list wyborczych i proces brzeski stały się symbolami brutalności polskiej władzy w II RP. Niekoniecznie dodały splendoru rządom marszałka, choć ten i tak cieszył się sporym poparciem.

Lata 30. to czas, kiedy najpełniej rozwijał się kult Piłsudskiego. Po jego śmierci w maju 1935 roku wprowadzono ustawę w myśl której za obrazę „dobrego imienia” marszałka groziło więzienie. Wybory z września tego roku, przeprowadzane w atmosferze żałoby po „pierwszym obywatelu”, przyniosły kolejne zwycięstwo obozu sanacyjnego, ale nie mogło być inaczej. Zbojkotowała je opozycja, a część głosów na nią prawdopodobnie unieważniono. Frekwencja wyniosła zaledwie niecałe 47 proc. – najmniej w całej historii II RP. Około pół miliona oddanych głosów było nieważnych; przynajmniej część z nich oddano świadomie.

Wprowadzona jeszcze za życia marszałka tzw. konstytucja kwietniowa (kwiecień 1935 roku) wzmacniała władzę prezydenta kosztem ograniczenia kompetencji parlamentu; ograniczono też liczbę posłów (z 444 do 208) i senatorów (ze 111 do 96). W wyborach do Sejmu zrezygnowano z list partyjnych na rzecz jednej, na kształt której wpływ mieli oczywiście aktualnie rządzący. Trzecią część senatorów mianował prezydent.

W 1938 roku przeprowadzono jeszcze jedne wybory parlamentarne, ale szybko polskie problemy z demokracją zeszły na drugi plan w obliczu niebezpieczeństwa wybuchem wojny. Paradoksalnie katastrofa, która spadła na nasz kraj w 1939 roku, częściowo położyła kres politycznym awanturom. Oczywiście opozycja obwiniała sanację za klęskę wojenną, ale w czasie okupacji Polacy pokazali, że umieją jednoczyć się w trudnych chwilach.

Choć różnili się poglądami współpracowali na rzecz polskiej niepodległości. Największe ugrupowania – Stronnictwo Ludowe, Stronnictwo Narodowe, Stronnictwo Pracy oraz Polska Partia Socjalistyczna (WRN) weszły w skład Politycznego Komitetu Porozumiewawczego, który tworzył polityczny pion Polski Podziemnej – fenomenu na skalę europejską.

***

– Wam kury szczać prowadzić, a nie politykę robić – powiedział symbolicznego 11 listopada 1918 roku Piłsudski do współpracowników z rządu Ignacego Daszyńskiego, który utworzono kilka dni wcześniej.

Czyżby słowa jednego z ojców polskiej niepodległości były ciągle aktualne?

naTemat.pl

Znany ksiądz odszedł z Kościoła. Witold Bock nie jest już kapłanem

Roman Daszczyński, 26.11.2014
Witold Bock, jeszcze jako ksiądz

Witold Bock, jeszcze jako ksiądz (fot. Beata Kitowska / AG)

Trójmiejski ksiądz Witold Bock nie jest już kapłanem. W poniedziałek rozesłał do wybranych duchownych i znajomych listy i maile, w których oficjalnie poinformował o odejściu ze wspólnoty Kościoła rzymskokatolickiego. – Nie chodzi o utratę wiary. Miał dosyć zakłamania, w jakim żyje polski kler – mówi jeden z jego przyjaciół.
W niedzielę Bock obchodził 51. urodziny. W południe stanął przy niewielkim ołtarzu w swoim domu na Żuławach, pod Nowym Dworem Gdańskim. Prawą dłoń położył na Biblii i odczytał tekst, który przygotowywał od kilku lat na tę okazję. Towarzyszyło mu dwóch świadków – Piotr i Zdzisław, jego przyjaciele. Cała trójka złożyła następnie podpisy pod „Deklaracją konwersji” Witolda Bocka, sporządzoną w 33 identycznych egzemplarzach. W lewym górnym rogu dokumentu znalazły się dwa – starannie wykaligrafowane dużymi literami i zamknięte w owalnej ramce – słowa „Soli Deo”, to znaczy: „Samemu Bogu”.Następnego dnia Bock nadał na poczcie 33 numerowane listy, w których informuje o swojej decyzji i dołącza „Deklarację konwersji”. W spisie adresatów znajduje się 18 duchownych, reszta to osoby świeckie. Trzy pierwsze pozycje zajmują: arcybiskup gdański Sławoj Leszek Głódź, kardynał Kazimierz Nycz, metropolita warszawski i abp senior Tadeusz Gocłowski, były metropolita gdański.

– Dla osób postronnych to może wyglądać na bufonadę – przyznaje jeden ze znajomych Bocka i prostuje: – Tak naprawdę jest to dramatyczny krzyk: „Wciąż wierzę w Jezusa Chrystusa, ale odchodzę, bo przestałem wierzyć w polski Kościół, któremu poświęciłem ponad 30 lat życia”.

W poniedziałek Bock wysłał przeszło 200 maili do przyjaciół, znajomych i byłych współpracowników – z „Deklaracją konwersji” w formie załącznika.

Wyklaskać biskupa

Chodzi o jednego z najbardziej znanych kapłanów w Archidiecezji Gdańskiej. Witold Bock ukończył seminarium duchowne w 1991 r. Był wikarym bazyliki Mariackiej w Gdańsku. Należał do ulubieńców abp. Tadeusza Gocłowskiego, przy którym w latach 1998-2008 pełnił funkcję sekretarza prasowego. Dał się poznać jako bystry komentator życia kościelnego i społecznego, a także jako świetny organizator. W 1997 r. był inicjatorem akcji pomocy humanitarnej „Uśmiech dla Bośni”, za sprawą której z Trójmiasta pojechały tiry z artykułami pierwszej potrzeby dla mieszkańców Sarajewa, dotkniętego skutkami wojny domowej. W roku 2000 wspólnie z ks. Krzysztofem Niedałtowskim stał się inicjatorem i współorganizatorem Święta Człowieka, które przez następnych 12 lat było kontynuowane jako cykliczne spotkania dyskusyjne pod hasłem Gdańskiego Areopagu. Była to impreza bez precedensu, która stała się świętem gdańskiej inteligencji, nie tylko katolickiej: zaproszeni goście o znanych nazwiskach z kraju i zagranicy dyskutowali w gmachu Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku o problemach współczesnego świata. Dyskusji towarzyszyła wypełniona po brzegi widownia, za każdym razem ponad tysiąc osób. Zainteresowanie było tak duże, że część imprez Gdańskiego Areopagu transmitowano w radiu i telewizji.

Karta Bocka zaczęła odwracać się, gdy abp Gocłowski przeszedł na emeryturę, a jego następcą został abp Sławoj Leszek Głódź. Nowy ordynariusz archidiecezji gdańskiej był (i nadal jest) źle odbierany przez część inteligencji katolickiej Trójmiasta. Miało to m.in. ten skutek, że podczas ostatnich Areopagów arcybiskup senior Tadeusz Gocłowski – człowiek dużej kultury, świetny mówca – był przyjmowany burzliwymi oklaskami, a gdy do tej samej sali Filharmonii na Gdański Areopag przyszedł abp Głódź, publiczność przyjęła go z rezerwą, a następnie „wyklaskała” w czasie przedłużającego się przemówienia.

– Głódź nigdy nie zapomniał Bockowi tego upokorzenia, choć trudno było winić kogokolwiek poza publicznością – mówi jeden z gdańskich księży. – Spotkałem Witka kilka miesięcy temu pod kurią. Usłyszał od arcybiskupa, że może sobie studiować gdzie chce, byle poza terenem archidiecezji. Od długiego czasu był księdzem bez przydziału, a tego dnia usłyszał po prostu, że nie jest potrzebny. Dla księdza to oznacza śmierć zawodową i finansową.

To go upewniło

Witold Bock odmawia kontaktu z dziennikarzami. – Wszystko, co miałem do powiedzenia, jest w tekście „Deklaracji konwersji” – usłyszał reporter „Wyborczej”. – Nie będę się wypowiadać w najbliższym czasie, bo byłoby to naznaczone emocjami. Mam nadzieję, że w Wielkim Tygodniu 2015 r. będę gotowy, by rozmawiać o sprawach wiary i przeznaczenia.

Z „Deklaracji konwersji” wynika, że chce być traktowany jako osoba prywatna i jako taka nie życzy sobie, by go niepokojono. W razie naruszenia dóbr osobistych – zdecydowany jest wystąpić na drogę sądową. Podkreśla przy tym, że nikomu nie odbiera prawa do osobistych ocen, diagnoz czy opinii. Prosi też jednak, by adresaci traktowali treść listu jako poufną.

Żaden z trójmiejskich księży ani przyjaciół Bocka nie chce się wypowiadać pod nazwiskiem.

– Dużo rozmawialiśmy z Witkiem o tym, co się dzieje z polskim Kościołem, szczególnie polskim duchowieństwem – mówi jeden z rozmówców „Wyborczej”. – O tym, że księża, zamiast nieść ludziom nadzieję w trudnych i coraz bardziej skomplikowanych czasach, oderwali się od rzeczywistości. Kościół po upadku komuny stał się głównie machiną do walki o wpływy i pieniądze, gdzie lepiej niż inni mają się lizusy i biurokraci. Witek bardzo przeżywał koleje losu księdza Lemańskiego w diecezji warszawsko-praskiej. To go upewniło, że tak się dzieje nie tylko pod rządami arcybiskupa Głódzia. Z goryczą mówił, że już seminarzyści są pompowani lękiem: kto porzuci stan kapłański, ten jest zdrajcą; że były ksiądz kończy jako taksówkarz albo sprzedawca w sklepie mięsnym; że jak się ożeni, to ta kobieta zachoruje na raka, a jeśli będą dzieci, to upośledzone. Proszę tylko nie wyciągać z tego wniosku, że w przypadku Witka chodzi o kobietę. On po prostu chce być wolnym człowiekiem i żyć uczciwie, po chrześcijańsku, poza wspólnotą Kościoła rzymskokatolickiego.

Przez ostatnie lata Witold Bock był formalnie oddelegowany na czas studiów podyplomowych do Archidiecezji Warszawskiej. Pod kierunkiem prof. Macieja Mrozowskiego, medioznawcy z Uniwersytetu Warszawskiego, pisał doktorat „Rytuał obywatelski. Model debaty na przykładzie Gdańskiego Areopagu”. Wkrótce ma być wydany w formie książki.

Obecnie Bock pracuje nad inną książką: „Muszę, mogę, chcę… Sterowność i przeznaczenie”.

– Chce być publicystą, pracować w mediach – twierdzą nasi rozmówcy. – Jeszcze nie wiadomo, co z tego wyniknie.

Cena kapłaństwa

Ani metropolita gdański Sławoj Leszek Głódź, ani abp Tadeusz Gocłowski nie odbierali wczoraj telefonów – reporter „Wyborczej” próbował się z nimi skontaktować wielokrotnie.

– Nie chcę używać patetycznych słów, ale zdezerterować łatwo – komentuje gdański ksiądz, kolega Bocka z czasów seminarium. – Nic Kościołowi się nie pomoże w ten sposób. Ale z drugiej strony prawda, że coś złego dzieje się w archidiecezji. Trzy miesiące temu z kapłaństwa zrezygnował Piotr Szeląg, doktor prawa kanonicznego po studiach w Rzymie. Świetny umysł, poważny kandydat na przewodniczącego sądu biskupiego. Miał dość upokorzeń. Odszedł, by zostać wicedyrektorem jednej ze szkół.

Zobacz także

trojmiasto.gazeta.pl

Palikot znowu szokuje. Sugeruje, że Kaczyński chce doprowadzić do zamachu na Komorowskiego

Janusz Palikot oskarża Jarosława Kaczyńskiego o próbę doprowadzenia do zamachu na Bronisława Komorowskiego.
Janusz Palikot oskarża Jarosława Kaczyńskiego o próbę doprowadzenia do zamachu na Bronisława Komorowskiego. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Janusz Palikot, którego partia została już właściwie pochowana, próbuje wrócić do gry. Niestety w swoim stylu. W środowy wieczór zasugerował na Twitterze, że Jarosław Kaczyński chce doprowadzić do zamachu na życie Bronisława Komorowskiego.

Janusz Palikot wielokrotnie szokował, przekraczając granicę dobrego smaku i zdrowego rozsądku. Wielokrotnie też obiecywał, że się zmieni. Jak płonne to były obietnice Palikot pokazał w środowy wieczór.

Napisał na Twitterze, że dzisiejsze zachowanie Jarosława Kaczyńskiego to próba doprowadzenia do zamachu na Bronisława Komorowskiego. Według Palikota miałoby do niego dojść do przyszłorocznych wyborach.

Takimi zachowaniami lider Twojego Ruchu odbiera sobie absolutnie wszystkie szanse na traktowanie go jako poważnego polityka. Być może ten statek już dawno odpłynął, ale Palikot jeszcze dmucha mu w żagle. I nie pomoże już zakładanie oprawek czy zmiana fryzury.

naTemat.pl

Kaczyński do Grupińskiego: Ja wiem, że was to boli, ale sfałszowaliście wybory

AB, PAP, 26.11.2014
– Wybory samorządowe zostały sfałszowane – powiedział na sali sejmowej Jarosław Kaczyński. Lider opozycji domagał się też, aby posłowie na tym posiedzeniu zajęli się projektem ustawy zakładającym skrócenie kadencji nowo wybranych władz. – Ja wiem, że was to boli, ale sfałszowaliście wybory – odpowiedział szefowi klubu PO, który odpierał te zarzuty.
– Z tej najważniejszej w Polsce trybuny muszą paść słowa prawdy: te wybory zostały sfałszowane – powiedział Kaczyński. Dlatego – dodał – składa wniosek w imieniu klubu PiS o przerwanie obrad i zwołanie Konwentu Seniorów po to, żeby jeszcze raz rozpatrzyć projekt ustawy złożony przez klub PiS w sprawie skrócenia kadencji sejmików wojewódzkich.- Nawet, jeżeli by ktoś nie chciał w to uwierzyć, z różnych względów, to i tak ilość głosów nieważnych, a także to ogromne zamieszanie, które powstało w trakcie liczenia głosów, delegitymizuje te władze – stwierdził prezes PiS.Lider opozycji podkreślił, że „wartość konstytucyjna demokratycznej legitymizacji władzy jest z całą pewnością wyższa niż wartość konstytucyjna, jaką jest kadencyjność”. – Czyli są ku temu skróceniu kadencji wszelkie podstawy – ocenił.„Od takiej osoby oczekiwałby większej odpowiedzialności za państwo”W odpowiedzi na słowa Kaczyńskiego głos w Sejmie zabrał szef klubu PO Rafał Grupiński. Swoją wypowiedź zaczął od stwierdzenia, że od osoby takiej, jak były premier Kaczyński, oczekiwałby większej odpowiedzialności za państwo oraz porządek konstytucyjny i nieformułowanie wniosków, które próbują ten porządek podważać.

– Jeśli jesteśmy niezadowoleni z przebiegu wyborów, jeśli chodzi o system informatyczny, to, co widzieliśmy, czyli pewne niedoskonałości, to nie znaczy, że ma pan premier podstawy do tego, żeby stawiać wniosek i tezy o sfałszowaniu wyborów – podkreślił Grupiński.

Szef klubu PO zwrócił się jednocześnie z apelem do prezesa Kaczyńskiego o dobieranie słów w sposób staranniejszy i większą dbałość „o porządek tak niedawno odzyskanej niepodległości w państwie polskim”.

Kaczyński do Grupińskiego: Pan żyje najwyraźniej w innej rzeczywistości

Odpowiadając Grupińskiemu, prezes PiS z kolei zaznaczył: „Jeśli pan uważa, że jedynym mankamentem była awaria systemu informatycznego (…), to pan żyje najwyraźniej w jakiejś innej rzeczywistości. Ja wiem, że was to boli, ale sfałszowaliście wybory”.

Po tej wymianie zdań między Kaczyńskim i Grupińskim marszałek Sejmu Radosław Sikorski powiedział, że odnosząc się do meritum, chciałby poinformować, że sprawa projektu autorstwa PiS była już omawiana na wtorkowym i środowym posiedzeniu Konwentu Seniorów.

Sikorski zaznaczył też, że projekt o tak daleko idących skutkach jak skrócenie kadencji władz samorządowych nie może być wprowadzony pod obrady Sejmu bez zasięgnięcia opinii co do konstytucyjności, jak i skutków, w tym finansowych, które za sobą pociągnie. Jest więc oczywiste, że na tym posiedzeniu Sejmu nie może być rozpatrywany – zaznaczył marszałek Sejmu.

„Mam nadzieję, że dojdzie do powtórzenia wyborów”Na wcześniejszym briefingu Sikorski informował, że projekt skracający kadencję sejmików województw został przesłany do zaopiniowania przez służby prawne Kancelarii Sejmu. – Wpłynął projekt, skierowałem go do zaopiniowania przez służby prawne Kancelarii Sejmu, ponieważ budzi on zasadnicze wątpliwości konstytucyjne i co do skutków tej regulacji. Nie widzę osobiście żadnych powodów do skracania kadencji, są protesty wyborcze, one są rozpatrywane w prawem przewidzianym trybie – mówił Sikorski na konferencji prasowej w Sejmie.Wcześniej Kaczyński, podczas konferencji w Ostrołęce, odpowiadał na pytanie dziennikarza dotyczące emocji, jakie budzą stwierdzenia o tym, że wybory samorządowe były sfałszowane.- Mam nadzieję, że dojdzie do powtórzenia wyborów i to będzie zwycięstwo polskiej demokracji i praworządności. Nie wiem, czy to będzie szybko, czy to będzie takie łatwe. Myślę, że nie. Ale liczę, że się tak stanie i że ci, którzy działają w sposób sprzeczny z regułami praworządności i demokracji, poniosą klęskę, a daj Boże zostaną zidentyfikowani i ukarani – powiedział Kaczyński.Kadencja sejmików wybranych w listopadzie upływałaby 31 marca 2015 r.

Klub PiS złożył wczoraj w Sejmie projekt ustawy, która miałaby skrócić kadencję nowo wybranych sejmików województw. PiS argumentuje w uzasadnieniu, że długość kadencji organów samorządu określają ustawy i można za ich pomocą ją zmienić.

Zgodnie z art. 1 projektu kadencja sejmików województw wybranych w wyborach przeprowadzonych 16 listopada 2014 r. upływałaby 31 marca 2015 r. Przewiduje on również, że kadencja sejmików wyłonionych wiosną kończyłaby się wraz z kadencją wójtów, burmistrzów i prezydentów miast wybranych 16 listopada 2014 r.

Projekt przewiduje także, że do kadencji sejmików wybranych w listopadzie nie stosuje się art. 16 ust. 2 ustawy o samorządzie województwa, zgodnie z którym kadencja sejmików województwa trwa cztery lata od dnia wyborów.

Zobacz także

TOK FM

Kontrowersyjna kampania antyprzemocowa. Reakcje? „Mężczyzna jest murzynem tego świata”. Autorzy: To świadoma prowokacja

Wiktoria Beczek, 26.11.2014
Kampania Amnesty International Polska

Kampania Amnesty International Polska (Amnesty International Polska)

Mężczyzna zmywający krew z podłogi sterylnej kuchni i hasło „To nieprawda, że mężczyźni nie robią nic w domu”. Najnowsza kampania społeczna Amnesty International wywołała burzę wśród internautów, głównie płci męskiej. Część z nich podkreśla, że kobiety też są sprawcami przemocy, inni czują się urażeni uogólnieniem.
„Przemoc psychiczną stosują w domach głównie kobiety”, „Po zobaczeniu takiego plakatu jako mężczyzna nie mam najmniejszej ochoty zwalczać jakiejkolwiek przemocy”, „Wkurzy facetów, którzy szanują partnerki”, „Naplucie wszystkim mężczyznom w twarz” czy „Mężczyzna jest murzynem tego świata, ma tylko ciężko pracować, a po pracy być zamykany na łańcuch jak niebezpieczne zwierzę”.To tylko niewielka część komentarzy, które możemy przeczytać na facebookowej stronie Amnesty International Polska, pod plakatem najnowszej kampanii antyprzemocowej.

Autorzy, poza zwróceniem uwagi na problem przemocy, nawołują też do podpisywania petycji z wezwaniem do polskich władz, by ratyfikowały Konwencję Rady Europy o zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej.

Data premiery plakatu nie jest przypadkowa – od 25 listopada (Międzynarodowy Dzień Przeciwko Przemocy Wobec Kobiet) do 10 grudnia (Międzynarodowy Dzień Praw Człowieka) co roku, od 1991 roku trwa kampania „16 Dni Przeciwdziałania Przemocy ze Względu na Płeć”. W tych dniach organizowane są cykle wydarzeń, które mają zwrócić uwagę na problem przemocy.

Kontrowersja czy seksizm?

Krytyczną, choć mniej radykalną niż komentatorzy z Facebooka, opinię na temat kampanii ma Kasia Nowakowska z Foch.pl. Nowakowska zarzuca AI seksizm, demagogię i manipulowanie danymi statystycznymi.

„Problemem jest brak konkretnego wsparcia dla ofiar, które wstydzą się, że są ofiarami. Nie widzę, aby ta kampania w jakikolwiek sposób miała im pomóc” – ocenia.

„Ten plakat może budzić kontrowersje, może oburzać. Ale jeśli komuś da do myślenia, otworzy oczy, pomoże – cel zostanie osiągnięty. A ofiarom przemocy często do przerwania piekła potrzebny jest impuls” – uważa natomiast Anna Gmiterek-Zabłocka, reporterka TOK FM, która wielokrotnie zajmowała się tematem przemocy w rodzinie.

„Kampania musi być wyrazista”

– Rzeczywiście kreacja wywołała lawinę komentarzy: pozytywnych i negatywnych. Wśród pozytywnych były komentarze osób, które widziały w haśle „To nieprawda, że mężczyźni nie robią nic w domu” cudzysłów, świadomą prowokację i grę na stereotypie, a nie promowanie stereotypu – tłumaczy Weronika Rokicka z Amnesty International.

Organizacja zdecydowała się przeprosić osoby, które poczuły się dotknięte.

„Przemoc domowa to niezwykle trudny temat – często objęty zmową milczenia, a jednocześnie wymagający niezwłocznej reakcji. To dlatego nasza kampania musi być wyrazista. Przepraszamy jednak wszystkie osoby, które poczuły się nią urażone – nie to było naszą intencją. Mamy nadzieję, że zainteresowanie, które wzbudziła, przełoży się na szybką ratyfikację Konwencji w sprawie zwalczania i przeciwdziałania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej i bezpieczeństwo kobiet, mężczyzn i dzieci” – czytamy na fanpage’u AI.

Czy statystyki są zmanipulowane?

Jednym z powtarzających się zarzutów było „naciąganie” statystyk – 90 proc., które przywołuje Amnesty na plakacie, może brzmieć niewiarygodnie. – Statystyki, na które się powołaliśmy, to statystyki policji. Nie możemy zapominać, że to głównie kobiety doświadczają przemocy ze względu na płeć – wyjaśnia Rokicka.

W policyjnych danych za ubiegły rok znajdujemy konkretne liczby – z 86797 wszystkich zgłoszonych policji ofiar przemocy ponad 58 tysięcy to kobiety, a niemal 20 tysięcy – dzieci. Podano również płeć sprawców – z ponad 61 tysięcy wszystkich podejrzanych kobiety stanowią niewiele ponad 4 tysiące.

Rokicka tłumaczy też, że podczas wstępnych prac z agencją reklamową, która przygotowała kreację, myślano nad pokazaniem kilku obrazów i uwzględnieniu także kwestii przemocy ze względu na płeć stosowanej wobec mężczyzn. – Statystyki dotyczące przemocy ze względu na płeć i przemocy domowej są różne i wiadomo, że istnieją niedoszacowania. Przemoc wobec kobiet ze względu na płeć jest niestety niepodważalnym faktem – dodaje.

Zobacz także

TOK FM

Żakowski wygrywa z Frondą proces o „Resortowe dzieci”. Sąd odrzucił argumenty o „umacniaczu grubej kreski”

Anna Pawłowska, dan, 26.11.2014
Okładka książki

Okładka książki „Resortowe dzieci. Media” (wyd. Fronda)

Dziennikarz „Polityki” Jacek Żakowski wygrał proces cywilny z wydawcą książki „Resortowe dzieci. Media”. Wydawnictwo Fronda ma go przeprosić w mediach i zapłacić 50 tys. zł zadośćuczynienia za przypisanie mu powiązań ze służbami specjalnymi PRL. Wyrok jest nieprawomocny.
Uzasadniając wyrok, sędzia Anna Tyrluk-Krajewska powiedziała, że umieszczenie na okładce książki zdjęcia Żakowskiego „nosiło znamiona przekłamania”, które miało na celu wprowadzenie w błąd odbiorców. Sędzia podkreśliła, że w samej książce nie ma żadnych dowodów na związki powoda z komunistyczną władzą lub ówczesnymi służbami specjalnymi.Wydawnictwo ma zamieścić przeprosiny powoda na swojej stronie internetowej i pisma „Fronda”, w „Gazecie Polskiej Codziennie”, „Gazecie Polskiej”, „Gazecie Wyborczej” i „Polityce”. Tekst przeprosin ma stwierdzać, że zdjęcie na okładce sugerowało, iż jako jeden z bohaterów książki Żakowski był wychowany w rodzinie działaczy lub funkcjonariuszy PZPR, Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, a potem SB lub że był związany materialnie lub ideologicznie z komunistyczną władzą.Fronda ma przyznać, że sugestie te są niezgodne z prawdą i nie mają uzasadnienia w poświęconych Żakowskiemu fragmentach książki.Fronda ma też wycofać z obiegu książki ze zdjęciem Żakowskiego na okładce i wycofać je ze swoich materiałów promocyjnych.Sędzia dodała, że pozwany nie wykazał, by jego działanie nie było bezprawne. Odrzuciła też twierdzenia pozwanych, że Żakowski był pokazany w książce jako jeden z „umacniaczy grubej kreski”.Promowali się tekstem o komunistycznych koneksjach„Resortowe dzieci” to książka wydana w grudniu ubiegłego roku przez wydawnictwo Fronda. Dorota Kania, Jerzy Targalski i Maciej Marosz zapowiedzieli, że publikacja „ma na celu pokazanie powiązań elit medialnych, biznesowych, politycznych i naukowych III RP ze strukturami PRL-u”. „One. Resortowe dzieci. Wychowane w rodzinach działaczy i funkcjonariuszy KPP, PZPR, Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, a potem SB. Doskonale ustawione potem w życiu dzięki koneksjom, a potem pieniądzom i ‚grubej kresce’. Czasem, choć wywodzą się z niekomunistycznych środowisk, związane ideologicznie oraz materialnie z byłą władzą i bezpieką” – takim tekstem wydawnictwo promowało książkę.Na okładce znaleźli się m.in. Monika Olejnik, Adam Michnik, Tomasz Lis, Zygmunt Solorz-Żak oraz Jacek Żakowski. Ten ostatni pozwał wydawnictwo Fronda i domagał się usunięcia swojego wizerunku.

Żakowski odpowiadał: „Okładka książki sugeruje nieprawdę”

– Mój wizerunek na okładce tej książki wykorzystano tak naprawdę tylko w celach marketingowych – twierdził Jacek Żakowski. Dziennikarz uważał, że okładkowe zdjęcie sugeruje jego (lub jego rodziców) powiązania z byłymi władzami czy służbami PRL. A już sama treść książki opisuje tylko próby inwigilacji Żakowskiego przez Służbę Bezpieczeństwa. Jego zdaniem okładka nie ma więc uzasadnienia w treści książki.

Dorota Kania argumentowała natomiast, że „resortowe dzieci” to słowo klucz. Chodzi w nim nie o więzy krwi, ale „o pewną mentalność ludzi, którą Jacek Żakowski reprezentuje”. – Odsyłam do tekstów pana Żakowskiego z lat 80. dotyczących stanu wojennego czy usprawiedliwiania generała Wojciecha Jaruzelskiego, a także do tych w III RP – o Kościele, lustracji i dekomunizacji, rozwiązaniu WSI oraz katastrofie smoleńskiej – tłumaczyła.

Zakazana okładka z naklejką

W styczniu Sąd Okręgowy w Warszawie przychylił się do wniosku Jacka Żakowskiego i nakazał wstrzymać na rok sprzedaż książki z jego wizerunkiem na okładce. W księgarniach znalazły się więc egzemplarze, na których zamiast twarzy dziennikarza jest znak zapytania. Było to działanie w ramach tzw. zabezpieczenia powództwa, a więc do czasu wydania wyroku.

Sąd odrzucił natomiast wówczas żądanie Żakowskiego, by wydawca umieścił w książce komunikat: „Umieszczenie na okładce książki wizerunku pana Jacka Żakowskiego może naruszyć jego dobra osobiste ze względu na to, że żadne fakty nie uzasadniają przypisania mu cech objętych tytułem książki”.

Zobacz także

Wyborcza.pl

Nie wierzę panu, panie Bock

26.11.2014

Poranne serwisy gdańskich mediów zelektryzowała w środę wiadomość podana przez „Gazetę Wyborczą”. Tytuł artykułu w gazecie musiał przykuwać uwagę: „Znany ksiądz odszedł z Kościoła”. Kto jest tym księdzem? Chodzi o Witolda Bocka, dawniej sekretarza ówczesnego metropolity gdańskiego, arcybiskupa Tadeusza Gocłowskiego.

Na początek obszerny cytat z tekstu Romana Daszczyńskiego: Żaden z trójmiejskich księży ani przyjaciół Bocka nie chce się wypowiadać pod nazwiskiem. – Dużo rozmawialiśmy z Witkiem o tym, co się dzieje z polskim Kościołem, szczególnie polskim duchowieństwem – mówi jeden z rozmówców „Wyborczej”. – O tym, że księża, zamiast nieść ludziom nadzieję w trudnych i coraz bardziej skomplikowanych czasach, oderwali się od rzeczywistości. Kościół po upadku komuny stał się głównie machiną do walki o wpływy i pieniądze, gdzie lepiej niż inni mają się lizusy i biurokraci. Witek bardzo przeżywał koleje losu księdza Lemańskiego w diecezji warszawsko-praskiej. To go upewniło, że tak się dzieje nie tylko pod rządami arcybiskupa Głódzia. Z goryczą mówił, że już seminarzyści są pompowani lękiem: kto porzuci stan kapłański, ten jest zdrajcą; że były ksiądz kończy jako taksówkarz albo sprzedawca w sklepie mięsnym; że jak się ożeni, to ta kobieta zachoruje na raka, a jeśli będą dzieci, to upośledzone. Proszę tylko nie wyciągać z tego wniosku, że w przypadku Witka chodzi o kobietę. On po prostu chce być wolnym człowiekiem i żyć uczciwie, po chrześcijańsku, poza wspólnotą Kościoła rzymskokatolickiego.”

Dodam, że Witold Bock był rzeczywiście znany w Gdańsku i w całej diecezji, zwłaszcza wśród przedstawicieli lokalnej inteligencji. Zarówno tej mniej, jak i tej bardziej postępowej. W złotych latach rządów abp. Gocłowskiego „gdański” Kościół miał raczej dobrą prasę, mimo wypadku przy pracy jakim była afera wydawnictwa „Stella Maris”. Bock zasłynął też jako współtwórca „Gdańskiego Aeropagu” – cyklu debat poświęconym zagadnieniom etycznym i religijnym.

I ja pamiętam księdza Witolda Bocka z licznych kontaktów służbowych na linii media-kuria. Pamiętam jak zdarzało mu się rzucić słuchawką, kiedy dzwoniłem w jakiejś „kościelnej” sprawie, bo akurat podejmował zagranicznych gości, a ja mu zawracałem głowę bzdurami. Pamiętam, kiedy był chętny i otwarty na pytania, pomagał dotrzeć do ważnych przedstawicieli kurii. Pamiętam, że był w Gdańsku kimś istotnym. Nie przewidywał jeszcze wówczas, że los się może odmienić i nastaną trochę gorsze czasy. Że koniunktura minie, kiedy miejsce abp. Gocłowskiego zajmie metropolita Głódź.

I teraz oto, okazuje się, że właśnie minęła. A Witold Bock dokonuje „konwersji”. Samo słowo konwersja chyba nie w pełni oddaje obraz sytuacji, bo choć Bock pisze w swoim liście do hierarchów „Wciąż wierzę w Jezusa Chrystusa, ale odchodzę, bo przestałem wierzyć w polski Kościół, któremu poświęciłem ponad 30 lat życia”. Mam wątpliwości, czy te dwie deklaracje mieszczą się w jednej definicji. Być może. A być może zamiast słowa „konwersja” prawdziwsze byłoby słowo „apostazja”.

Ale to nie koniec moich wątpliwości. Witold Bock żali się na swój los i niegodziwość „polskiego” Kościoła. Zastanawiam się, na ile ten Kościół różni się od tego sprzed dekady, z czasów jego – Bocka, osobistej prosperity. Czy wówczas w seminariach kleryków nie „epatowano”, nie straszono? Czy wówczas wszyscy księża pełnili posługę tak jakby się to Bogu podobało? Czy nie byli wśród nich zachłanni i upadli? Czy nie było wśród nich pedofilów?! Czy nie były to może czasy, w których przypadki pedofilii były tuszowane znacznie skuteczniej niż dziś? Czy niektórych księży nie rozsadzała pycha i arogancja? (A czy dziś brak kapłanów, którzy pracują jak Pan Bóg przykazał?) Dlaczego wówczas ksiądz Witold Bock, znany z salonów, nie protestował, listów nie pisał? Nie unosił się honorem i nie odchodził? Dlaczego wówczas jeździł służbowym samochodem i korzystał z dóbr konsumpcyjnych, o których wielu wiernych Kościoła może co najwyżej pomarzyć? Dlaczego korzystał pokornie ze wszystkich kurialnych przywilejów, będąc przy tym u szczytu drabiny wiodącej do uszu pryncypała? Jak się domyślam, trudniej być proboszczem w parafii obsługującej kilka wiejskich wsi, niż urzędnikiem w centrali. Z centrali znacznie trudniej dostrzec wszelkie niedostatki „polskiego” kościoła. Czy Witold Bock odchodzi na „niepewne”, na poniewierkę? Nie sądzę. Zdążył przez lata zabezpieczyć swój byt, wypracował kontakty i wpływy…

Z tekstu w „Gazecie Wyborczej” dowiadujemy się, że Bock swój list ogłaszający „konwersję” przygotowywał kilka lat. Zatem od kilku lat miał co najmniej wątpliwości, jeśli nie pewność… Czy w tym czasie spowiadał wątpiących? Jakiego wsparcia im udzielał?

Dlaczego sam zapomniał, że Bóg jest wieczny, a Głódź grzeszny i przemijający? Że krzyż dany jest nam w różnych formach i o różnym czasie? I że wielu z nas ten swój krzyż dźwiga bez względu na własne niewygody…

Dlaczego są tacy desperaci, którzy krzyż dźwigają zamiast odrzucić go precz i przejść konwersję do lepszego życia? Może dlatego, że każdy z nas ma wolną wolę. I czasem dokonuje właściwych wyborów.

Dariusz Olejniczak

Wolny Portal Gdańsk

Miller wszędzie powtarza żart o 1100 proc. PSL. Żakowski: Skąd ta liczba? Z prawicowych portali

Krzysztof Lepczyński, 26.11.2014
Leszek Miller oddaje głos w wyborach samorządowych

Leszek Miller oddaje głos w wyborach samorządowych (Fot. Adam Stępień/ Agencja Gazeta)

Leszek Miller powtarza w mediach zasłyszaną plotkę o 1100 proc. wzrostu poparcia dla PSL. „Pozdrowienia dla 8800 gdyńskich rolników!” – powiedział w „Rzeczpospolitej”. Trudno jednak się tego gigantycznego wzrostu dopatrzeć, bo liczby to internetowy żart. – Skąd się wzięła ta liczba? Ona się wzięła z prawicowych portali – mówił w Poranku Radia TOK FM Jacek Żakowski.
– Wielu ludzi zajmujących się zawodowo polityką traci kontakt z rzeczywistością – stwierdził w Poranku Radia TOK FM Jacek Żakowski. – Nie są w stanie nad nią zapanować, a potem wytwarzają różne fikcje. Leszek Miller, szef SLD, przez wiele lat chodzący po ziemi, należy niestety do tej grupy – dodał publicysta. Podkreślił, że słowo „niestety” bierze się z wpływu SLD na kształt polskiej lewicy. – Polityka na dwóch prawych nogach nie może być dobrą polityką – zaznaczył.Tysiące gdyńskich rolnikówChodzi rzecz jasna o krytykę wyborów w wykonaniu Millera. Choć po spotkaniu z Jarosławem Kaczyńskim lider SLD dość jasno sugerował fałszerstwo, teraz w mediach stara się tonować swoje stanowisko. – Wolę mówić o wyniku wypaczonym – zaznacza w „Rzeczpospolitej”.

Nie oznacza to, że rezygnuje z podszczypywania PSL, które uznawane jest za największego wygranego wyborów. – PSL w Gdyni skoczył z 800 do 8800 głosów, czyli o 1100 proc. Przesyłam pozdrowienia dla 8800 gdyńskich rolników! Wszyscy jesteśmy zaskoczeni, że jest was tak wielu! – mówił Miller w „Rzeczpospolitej”. To samo powtarzał w Radiu Zet.

Procenty Millera

– Gratuluję! Skąd się wzięła ta liczba? Ona się wzięła z prawicowych portali – mówił Żakowski. A konkretnie – z portalu społecznościowego. Sprawę tę wyjaśnia w „Gazecie Wyborczej” Agata Nowakowska. 1100 proc. wzrostu poparcia dla PSL jest bowiem internetowym żartem, jeśli nie błędem, na który powołały się prawicowe portale.

W Gdyni PSL w ostatnich wyborach do sejmików zebrało ponad 8,8 tys. głosów. W tym Janusz Kupcewicz, znany piłkarz, zdobył 5,7 tys. Cztery lata temu PSL w gdyńskim okręgu zebrało ponad 10 tys. głosów, a Kupcewicz 3 tys.

Gdzie te 1100 proc.? Zdaniem Zbigniewa Kozaka, byłego posła PiS z Trójmiasta, nigdzie. Polityk wskazuje jednak źródło błędu. W 2005 roku Kupcewicz, startując do rady miasta z list PO, zebrał 917 głosów. To wciąż nie 800 głosów, ale już bliżej tej liczby. Zestawiono więc wybory do sejmików z tymi do rady miasta.

– Gratuluję premierowi dobrego źródła informacji – skwitował Żakowski.

Zobacz także

TOK FM

Miller dystansuje się od Kaczyńskiego. „Ulica to nie miejsce na debatę”

kb, 26.11.2014
Protest prawicowców

Protest prawicowców „przeciw wyborom” – Lublin 22.11.2014 (Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta)

Szef SLD Leszek Miller dystansuje się od słów prezesa PiS o sfałszowaniu wyborów. Mówi raczej o wypaczeniu wyniku. – Zjawiska kryzysowe, które dzisiaj przeżywamy można rozwiązać tylko metodami parlamentarnymi, nie na ulicy. Ulica nie jest właściwym miejscem aby debatować nad skomplikowanym systemem wyborczym – w takich słowach szef SLD skomentował pomysł na organizowanie przez PiS marszu 13 grudnia.
We wtorek wieczorem prezydent Bronisław Komorowski spotkał się z szefem SLD Leszkiem Millerem . W trakcie spotkania lider Sojuszu przedstawił prezydentowi propozycje zmian w kodeksie wyborczych, wśród których jest m.in. standaryzacja kart, urn i lokali wyborczych.W środę Miller zapowiedział, że jest gotowy współpracować z Komorowskim.„Używałbym słowa o wypaczeniu wyników, a nie o sfałszowaniu”– Zjawiska kryzysowe, które dzisiaj przeżywamy można rozwiązać tylko metodami parlamentarnymi, nie na ulicy. Ulica nie jest właściwym miejscem aby debatować nad skomplikowanym systemem wyborczym, aby dać wyraz swoim nadziejom, że w przyszłym roku Polska i Polacy nie będą przeżywać takich konfliktów wokół wyników wyborów – mówił Miller na konferencji.Dziennikarze pytali także Leszka Millera o słowa Kaczyńskiego o sfałszowaniu wyborów. – Nie podzielam tego poglądu. Wybory zostały przeprowadzone w sposób, który podważa ich wiarygodność, ale używałbym słowa o wypaczeniu ich wyników, a nie o sfałszowaniu. Nie mam dowodów, by tak twierdzić, a już na pewno nie można obarczać tym przewinieniem Platformy Obywatelskiej – mówił Leszek Miller. – To jest walka polityczna, która w Polsce odbywa się codziennie. W tej walce padają zarzuty różnego kalibru i większej i mniejszej wagi. Zarzuty pod adresem prezesa PiS słyszę od paru lat.Miller skomentował również propozycję Janusza Piechocińskiego, by w drugiej turze głosy były liczone ręcznie. Stwierdził, że to dobra propozycja, która jest w pełni uzasadniona.Miller pytany, czy żałuje, że wziął udział w rozmowie z Jarosławem Kaczyńskim stwierdził, że nie jest wspólnikiem prezesa Kaczyńskiego. – Nie rozumiem, dlaczego fakt, że wziąłem udział w rozmowie z prezesem PiS wzbudził takie reakcje. SLD wolno tyle ile każdej innej partii politycznej i każdemu innemu politykowi -mówił.Dodał także, że spotkał się z szefem dużej partii opozycyjnej „nie w atmosferze z spisku, tylko oficjalnie, w Sejmie”. – Wszyscy uważają to za jakąś fanaberię. Nie podzielam tego poglądu. Polityka polega na tym, że warto rozmawiać na ważne tematy i nikt z tych rozmów nie powinien być wykluczony – powiedział Miller.Jakie zmiany w kodeksie proponuje SLD?Poseł Zbyszek Zaborowski przedstawił propozycje SLD zmian w kodeksie. Partia ma piętnaście propozycji na to, jak usprawnić przebieg głosowania, w tym m.in. ustawowe określenie wzoru karty do głosowania. A także wiele innych kwestii dotyczących usprawnienia i zabezpieczenia procesu liczenia głosów. Poseł Zbyszek Zaborowski przedstawił propozycje SLD zmian w kodeksie. Sojusz chce, by PKW przed każdymi wyborami prowadziła „rzetelną” kampanię informacyjną dotyczącą sposobu oddawania głosu. Uważa, że warto zastanowić się nad wprowadzeniem specjalnej infolinii, która pomogłaby w informowaniu zainteresowanych wyborców o sposobie i trybie głosowania.

– Po doświadczeniach z ostatnich wyborów zdaniem SLD warto zmienić metodę liczenia z metody d’Hondta na Sainte-Lague. Trzeba wrócić również do progu 20 tys. mieszkańców, jeśli chodzi o wybory większościowe – wyliczał poseł. Metoda Sainte-Lague promuje mniejsze ugrupowania.

Dodatkowo SLD chce przywrócić zakaz zasiadania członków najbliższej rodziny kandydatów w komisjach wyborczych. Powinien obowiązywać również jednoznaczny zakaz przerywania procedury liczenia głosów.

– Chcemy wprowadzić nakaz liczenia głosów w pełnych składach komisji i zakaz wprowadzenia sondaży wyborczych na 14 dni przed wyborami, aby wyborcy mogli spokojnie zastanowić się nad swoimi preferencjami wyborczymi – dodał poseł.

Wyborcza.pl

Sikorski o marszu PiS 13 grudnia: Późni bohaterowie. Odwagę trzeba było mieć w 1981 roku

Michał Wilgocki, Karolina Brzezińska, 26.11.2014
Radosław Sikorski

Radosław Sikorski (&Fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)

– W przeszłości przekonaliśmy się, że Jarosław Kaczyński nie umie przegrywać wyborów, teraz okazuje się, że wygrywać nie potrafi – tak marszałek Sejmu Radosław Sikorski skomentował słowa Jarosława Kaczyńskiego o fałszowaniu wyborów. Tymczasem Kaczyński znów atakuje, tym razem z mównicy sejmowej: – Wybory zostały sfałszowane.
Jarosław Kaczyński wczoraj mówił w Radiu Maryja, że wybory zostały sfałszowane i trzeba to mówić wprost.- Wybory zostały sfałszowane, trzeba tylko ustalić w jakim zakresie i kto bezpośrednio za to odpowiada, bo kto jest profitentem, widać gołym okiem – mówił Kaczyński.Jak Sikorski skomentował tę wypowiedź?- Trzeba zachować miarę. Za niebezpieczne uważam podważanie demokratycznych zasad funkcjonowania naszego państwa. Za skandaliczne uważam donoszenie na Polskę do instytucji zagranicznych. Powinniśmy umieć intelektualnie rozdzielić kwestię niewydolnego systemu internetowego od uczciwości wyborów – powiedział Sikorski. Zasugerował też, wbrew temu, co mówił wcześniej prezydent, że gdyby w Sejmie powstała komisja nadzwyczajna, to częściowe zmiany byłyby możliwe już w styczniu.- Jeśli chodzi o te komentarze Jarosława Kaczyńskiego to mam wrażenie, że ten serial już widzieliśmy. W przeszłości przekonaliśmy się, że Jarosław Kaczyński nie umie przegrywać wyborów, teraz okazuje się, że wygrywać nie potrafi. Znając go, on wiedział, ze w Smoleńsku nie było zamachu, a mimo tego rozhuśtał całą Polskę tymi skandalicznymi oskarżeniami, na które nie znalazły się żadne dowody. Tu tak samo, próbuje rozhuśtać nastroje, sądząc, że to mu pomoże – mówił Sikorski.- Jeśli chodzi o skrócenie kadencji władz samorządowych, wpłynął projekt, skierowałem go do zaopiniowania przez służby prawne, bo budzi on zasadnicze wątpliwości konstytucyjne – powiedział.„Odwagę trzeba było mieć wtedy”Sikorski skrytykował też pomysł na organizowanie przez PiS marszu 13 grudnia.- To rzecz niesmaczna, łączenie czarnej legendy stanu wojennego, wyprowadzenia czołgów na ulicę i próba ugrania na tym kapitału politycznego. Jarosław Kaczyński maszerował 13 grudnia swojego czasu przeciwko mojemu przemówieniu berlińskiemu. Odwagi trzeba było mieć w grudniu 1981 roku, kiedy za maszerowanie coś groziło. Dzisiaj mamy późnych bohaterów, którzy są mocni w słowach, wtedy, gdy już za to nic nie grozi. – powiedział.Kaczyński:Wybory zostały sfałszowane

Prezes PiS pół godziny po rozpoczęciu obrad Sejmu wygłosił oświadczenie z mównicy sejmowej. – Z tej najważniejszej w Polsce trybuny muszą paść słowa prawdy: te wybory zostały sfałszowane – mówił Kaczyński, domagając się, aby posłowie na tym posiedzeniu zajęli się projektem przygotowanym przez klub PiS, zakładającym skrócenie kadencji nowo wybranych władz samorządowych.

– Nawet jeśli ktoś, nie chciałby w to uwierzyć, z różnych względów, to i tak ilość głosów nieważnych, a także to ogromne zamieszanie, które powstało w trakcie liczenia głosów delegitymizuje te władzę – stwierdził Kaczyński.

Dodał także, że wartość konstytucyjna demokratycznej legitymizacji władzy jest z całą pewnością wyższa, niż wartość konstytucyjna jaką jest kadencyjność.

Zobacz także

Wyborcza.pl

Frasyniuk: Burdel to nasza cecha narodowa. Kaczyński jest bardzo niebezpieczny dla demokracji

Geb, 26.11.2014
Władysław Frasyniuk

Władysław Frasyniuk (Fot. Maciej Świerczyński / Agencja Gazeta)

– Najważniejszy jest wynik wyborczy i pewność, że te głosy zostały dobrze policzone – podsumował wybory Władysław Frasyniuk w programie Kontrwywiad RMF FM. Jego zdaniem Jarosław Kaczyński, który stwierdził, że zostały one „sfałszowane” uprawia bardzo niebezpieczną demagogię, która huśta nastrojami w Polsce.
Władysław Frasyniuk zgodził się z tezą Konrada Piaseckiego, że protestowanie 13 grudnia przeciwko temu, co się wydarzyło w dzień wyborów, to świętokradztwo. – Niech ci młodzi, pryszczaci, którzy wychodzą na ulicę spytają swoich rodziców, kiedy obalono komunę. Niech naprawdę wezmą się za edukację obywatelską. Zastanowią się, jakie narzędzia daje demokracja – stwierdził Władysław Frasyniuk w RMF FM .Demagogia i wykorzystywanie symboliFrasyniuk jest przeciwny wychodzeniu 13 grudnia na ulice. Stwierdził, że Jarosław Kaczyński w swoim zachowaniu nadużywa symboli narodowych. – Nie jest ich właścicielem ani symbolem tego, co się wydarzyło 13 grudnia. Raczej należał do tej części społeczeństwa, która powiedziałbym, słusznie przestraszyła się wprowadzenia stanu wojennego – skomentował.- To jest potworna demagogia, która huśta nastrojami w Polsce. Destabilizuje państwo. Zakłamuje obraz Polski. Nie jesteśmy krajem, który ma silną, stabilną demokrację. Cały czas grozi nam powrót do tego, co pamiętamy z PRL-u. Jeśli ja mogę powiedzieć, do jakiej mentalności odwołuje się Jarosław Kaczyński, to niestety, do tej mentalności, z którą żeśmy z trudem przez 50 lat walczyli.Zagrożenie dla demokracjiZdaniem Frasyniuka prezes PiS jest poważnym zagrożeniem dla demokracji. – Znakomicie rozumie tę słabo wykształconą część społeczeństwa, nie radzącą sobie w demokracji, która wymaga pewnej wiedzy i odwołuje się do niej. Mówi: ja wam powiem, gdzie jest prawda, który kanał telewizji należy oglądać.Dodał, że niestety, negatywne emocje rosną w Polsce z błyskawiczną siłą. Zdaniem Frasyniuka Kaczyński je świadomie wykorzystuje.

Najważniejsze są kwalifikacje

– Już wychodziliśmy na ulicę. Przypominam 21 postulatów. Jest taki postulat nr 13, który mówi kwalifikacja nie legitymacja partyjna. Gdyby decydowały kwalifikacje nie mielibyśmy problemów z wieloma ważnymi rzeczami w kraju. Szczerze powiedziawszy nie mamy zaufania, bo to państwo jest partyjne – ocenił Frasyniuk.

Polityk stwierdził, że w Polsce przegrywają wartości. – W defensywie jest dobre wychowanie i kompetencje. Tupet i bezczelność bierze górę. To jest nasza cecha narodowa: burdel bałagan. Brak poszanowania dla procedur – podsumował.

Frasyniuk jest zdania, że wybieramy niekompetentnych polityków. – Myślimy, że ktoś nam obiecuje, gdzie zamiast wiedzy porusza się we mgle smoleńskiej albo wyborczej to jest szansa na cud. Jesteśmy społeczeństwem, które wierzy w demagogie i w obietnice. Sukcesy działają przeciwko tym, którzy je odnieśli – powiedział w Kontrwywiadzie.

„Sfałszowane” wybory

Jarosław Kaczyński ogłosił, że jest bałagan i że są „sfałszowane” wybory. Udało mu się przekonać do tej tezy swoich zwolenników. Według Frasyniuka to jedyny komunikat, który się przebija do uszu obywateli. On sam stwierdził, że taki pomysł to kompletne szaleństwo. – Dożyliśmy czasów, kiedy Leszek Miller uwiarygodnia Jarosława Kaczyńskiego, a NIK niszczy PKW. Liczą się emocje. Możliwość wystąpienia w telewizji. Można przywalić – przywalamy – podsumował.

Człowiek „Solidarności” dostrzegł w ostatnich wydarzeniach po wyborach inny problem. Jego zdaniem w kraju jedyną osobą, która wzięła na siebie odpowiedzialność jest Bronisław Komorowski. – Pytam się, dlaczego wokół niego nie ma premiera i ministrów, którzy odpowiadają za procesy wyborcze? – mówił.

Władysław Frasyniuk stwierdził, że politycy powinni wspólnie zastanowić się, jak komunikować się z polskim społeczeństwem, żeby wytłumaczyć, że proces wyborczy odbywał się zgodnie z prawami demokracji. – Komorowski cały czas jest w osamotnieniu, a to jest ważna sprawa całego państwa – mówił Frasyniuk.

Zobacz także

TOK FM

Giertych o „sfałszowanych” wyborach: To wpływ depresyjnej pogody na stan umysłowy polityków [U OLEJNIK]

karslo, 26.11.2014
Roman Giertych

Roman Giertych (Fot. Adam Kozak / AG)

– Gdy słyszymy twierdzenia, że w Polsce dokonano masowego fałszerstwa wyborczego, to trzeba się zastanowić nad wpływem depresyjnej pogody na stan umysłowy niektórych polityków – powiedział Roman Giertych w programie Moniki Olejnik „Gość Radia Zet”. Dodał, że fałszerstwa na mikroskalę mogły się zdarzać, „ale od tego są protesty wyborcze”.
– Pamiętamy z polskiej historii, co oznacza masowe fałszowanie wyborów. To były masowe działania zorganizowanych sił: wywożono workami głosy, niszczono i przywożono nowe – powiedział Roman Giertych w programie Moniki Olejnik „Gość Radia Zet”. – Teraz mamy obwodowe komisje wyborcze, we wszystkich tych komisjach zasiadają przedstawiciele PiS – dodał.Projekt ustawy o skróceniu kadencji sejmików to „absurd konstytucyjny”Przypomniał też, że partie delegują swoich mężów zaufania do komisji wyborczych, którzy liczą głosy, i „można to zweryfikować”. Dodał, że jeśli zdarzały się fałszerstwa: „błędy w komisjach, kupowanie głosów”, to wystąpiły one na małą skalę. Podkreślił, że od tego są protesty wyborcze. Według niego nieprawidłowości były związane z terminem podania informacji. – Nie ma wątpliwości, że ktoś w PKW zawalił sprawę, ale to nie ma nic wspólnego z fałszerstwami – dodał. – To, że ludzie oddają nieważne głosy, bo chcą głosować na burmistrza, a nie na sejmik, to jest to ich prawo, co można na to poradzić? – zapytał.

Podkreślił też, że projekt ustawy o skróceniu kadencji sejmików to „absurd konstytucyjny”. – Konstytucja mówi, że aby skrócić kadencję, wszystkie sejmiki powinny dopuścić się rażącego naruszenia prawa. Wtedy na wniosek premiera Sejm podejmuje uchwałę, a nie żadną ustawę – wytłumaczył. – Moim zdaniem marszałek powinien wystąpić o opinię prawną. Jestem pewien, że opinia wykazałaby oczywistą sprzeczność projektu z ustawą konstytucyjną.

– Kaczyński mówi, że nie tylko te wybory zostały sfałszowane, ale i wszystkie poprzednie. Jeśli tak, to domagam się powtórzenia wyborów z 2007 roku. Wtedy przegrałem, ale teraz wiem, że po prostu dranie mnie oszukały – ironizował. – Na czele nowego PKW musi zasiąść Antoni Macierewicz, który jako jedyny może zapewnić nam rzetelny sposób przeprowadzenia wyborów – dodał.

„Miller to zwyczajny cynik”

Według Giertycha nie wiadomo do końca, czy Kaczyński wygrał wybory. – Jeśli Kaczyński wygrał wybory i jest zdumiony tym faktem do tego stopnia, że domaga się ich unieważnienia, to sama pani przyzna, że coś jest nie po kolei. Każdy normalny by się cieszył – powiedział Giertych. Szczerze mówiąc, ja to zdumienie podzielam – dodał.

Ocenił też, że Leszek Miller to „zwyczajny cynik, który przegrał wybory i próbuje się podłączyć pod Kaczyńskiego”. – Jakby ci panowie wygrali wybory, to założyliby koalicję w sali, która jednocześnie byłaby poświęcona ofiarom zbrodni smoleńskiej i Barbarze Blidzie – powiedział. Olejnik na to, że pamięta koalicję zawartą w sali, z której transmisję mogło nadawać tylko Radio Maryja. – I w tej sali siedział Roman Giertych – dodała.

„Gdy byłem w Młodzieży Wszechpolskiej, to była to bardzo fajna organizacja”

Roman Giertych skomentował też zatrzymanie dziennikarzy podczas okupacji budynków PKW przez środowiska prawicowe. – Sąd powinien ich uniewinnić, bo nie byli sprawcami zbiegowiska, tylko je relacjonowali – ocenił. Dodał, że decyzja należy do sądu, bo „policja nie zawsze może rozdzielić kto ma jaką legitymację”. Za namawianie „młodych ludzi” do tego czynu obwinił działania Jarosława Kaczyńskiego i Leszka Millera.

Olejnik wspomniała, że był tam obecny też Robert Winnicki z Młodzieży Wszechpolskiej. „Pana korzenie” – skomentowała. – Jak ja byłem w Młodzieży Wszechpolskiej, to Robert Winnicki chodził w pieluchach, więc nie wiem, co ma w głowie. Jak ja należałem do Młodzieży Wszechpolskiej, to była to bardzo fajna organizacja. Niczego nie okupowaliśmy – dodał.

TOK FM

Passent o „dwóch katastrofach”: smoleńskiej i wyborczej. „Brakuje tylko krzyża”

Krzysztof Lepczyński, 26.11.2014
Daniel Passent

Daniel Passent (Fot. Wojciech Surdziel/AG)

Brak procedur i wyobraźni, słabość państwa, wojna polsko-polska – wylicza podobieństwa katastrofy smoleńskiej i awantury wokół wyborów samorządowych Daniel Passent w najnowszej „Polityce”. „Brakuje tylko krzyża” – dodaje kwaśno.
Daniel Passent w najnowszej „Polityce” wskazuje na podobieństwa katastroficznego liczenia głosów przez PKW z katastrofą smoleńską. Na tę analogię wskazywało już kilku publicystów, choćby Jacek Żakowski i Michał Szułdrzyński.„Brakuje tylko krzyża”Passent wskazuje na punkty wspólne. Pod Smoleńskiem i teraz, podczas wyborów, zawiodły procedury. W obu przypadkach ujawniły się słabość państwa, brak wyobraźni, podejście „jakoś to będzie”. Po Smoleńsku – wskazuje publicysta – rozformowano wojskowy pułk lotniczy. Teraz sama rozformowała się PKW.

Kolejne podobieństwa: powrót „polnische Wirtschaft” i następny rozdział wojny polsko-polskiej z udziałem tych samych aktorów. „Wtedy i dzisiaj ich celem był Pałac Prezydencki” – pisze Passent. „Brakuje tylko krzyża”.

„Wczoraj zamach, dziś fałszerstwo”

Passent krytykuje też Leszka Millera i Jarosława Kaczyńskiego, którzy wspólnie wystąpili z krytyką wyborów, wskazując na rzekome „wypaczenie wyników”. Zdaniem publicystów jeszcze niedawno obu polityków dzieliło wszystko. Dziś połączyli siły w obronie „podeptanej demokracji” i w ataku na rząd, który za wszystko odpowiada. „Wczoraj to był zamach, dziś to jest fałszerstwo – czy to nie jest logiczne?” – pyta Passent.

Więcej w najnowszej „Polityce”.

Zobacz także

TOK FM

Tym: „Kaczyński poniewiera własnym państwem”. PiS wyjdzie na ulice w rocznicę stanu wojennego

Krzysztof Lepczyński, 26.11.2014
Stanisław Tym jest satyrykiem i publicystą

Stanisław Tym jest satyrykiem i publicystą (Fot. Michał Mutor / Agencja Gazeta)

„Poniewiera własnym państwem, jego instytucjami i konstytucją, nie uznaje prezydenta ani władzy sądowniczej” – pisze o Jarosławie Kaczyńskim Stanisław Tym w „Polityce”. Według publicysty tylko to tłumaczy, dlaczego PiS chce protestować przeciwko wynikom wyborów w rocznicę stanu wojennego.
Jarosław Kaczyński zapowiedział na 13 grudnia masowe, uliczne demonstracje będące początkiem „wielkiego ruchu kontroli wyborów”. – Chcemy, aby 13 grudnia stał się dniem protestu przeciwko temu, co się stało, przeciwko temu wielkiemu nadużyciu – wyjaśniał prezes PiS, który podważa wynik wyborów samorządowych.„Kaczyński poniewiera własnym państwem”Stanisława Tyma w „Polityce” dziwi zestawienie protestów po wyborach z rocznicą wprowadzenia stanu wojennego. „Połączenie jednego z drugim wydaje się nie do wymyślenia. Jednak prezesowi się to zgadza” – zauważa. I podkreśla, że patrząc na działalność Kaczyńskiego, wcale to dziwić nie powinno. „Poniewiera własnym państwem, jego instytucjami i konstytucją, nie uznaje prezydenta ani władzy sądowniczej” – wylicza publicysta.

Na portalach społecznościowych PiS zaczął już reklamować firmowane przez siebie demonstracje.

marszPiS

– Przygotowujemy marsz na 13 grudnia, tak jak co roku, ale tym razem pod hasłami obywatelskimi, pod hasłami związanymi właśnie z ochroną polskiej demokracji. To będzie obywatelski marsz z różami, który będzie mówił o sprzeciwie wobec wyborów. Im będzie liczniejszy, tym będzie lepiej. Ale później będzie trzeba to – tak jak to było w wypadku walki o Telewizję Trwam – powtarzać w różnych miejscach. Nie wolno dać o tym zapomnieć – podkreślał Kaczyński.

„Program partii programem narodu”

Tym wskazuje w „Polityce” na „rozkwit wspólnoty” PiS i SLD. Nawiązuje do spotkania Kaczyńskiego z Leszkiem Millerem i wspólnego oświadczenia polityków, że wybory nie przebiegły prawidłowo. Publicysta idzie dalej i ma nadzieję, że 13 grudnia podczas marszu będzie można zobaczyć dwa transparenty: historyczny, pezetpeerowski „Program partii programem narodu” i współczesny, pisowski: „program partii programem narodu”.

„Spójrzcie, jak to się pięknie komponuje” – kwituje Tym.

Więcej w najnowszej „Polityce”.

Zobacz także

TOK FM

Reklamy
Komentarze

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: