PiS, 24.11.2015

 

Agnieszka Holland: Jesteśmy bezradni wobec cynicznych manipulacji i kłamstw PiS [GALERIA]

22-11-2015

– Jest mi zupełnie obojętne, czy prezydent Duda będzie chwalić prezesa na okrągło czy tylko w piątki. Widzimy bowiem jasno, że gra rolę jego cyngla na najbardziej wysuniętym przyczółku – mówi nam reżyserka Agnieszka Holland. Zobaczcie najlepsze cytaty z wywiadu.

 fot. mb  /  źródło: PAP

1/8 zdjęć

Rafał Kalukin

Rafał Kalukin

Dziennikarz działu Polska

W „Newsweeku”: „Prezydent”

22-11-2015

Andrzej Duda zadowolił się rolą ordynansa faktycznego dowódcy. W normalnej demokracji skrajny brak ambicji urzędującego prezydenta mógłby dziwić. W demokracji pisowskiej – nie tak bardzo.

Jeśli ktokolwiek łudził się, że zakończenie kampanii wyborczej zamknie okres, w którym Andrzej Duda spłacał polityczne kontrybucje macierzystej partii, to w ostatnim tygodniu musiał przeżyć srogie rozczarowanie. Być może to właśnie pierwsze trzy miesiące tej prezydentury będziemy z perspektywy czasu wspominać jako okres wyjątkowo suwerennej pozycji Andrzeja Dudy. Objęty latem urząd stał się bowiem pierwszym i na krótki czas jedynym przyczółkiem władzy PiS. Z chwilą zmiany większości parlamentarnej traci jednak ów walor wyjątkowości. Dobrowolnie więc zrzeka się swych konstytucyjnych prerogatyw.

Zrzeczenie symboliczne nastąpiło podczas uroczystości nominowania Beaty Szydło na stanowisko premiera, kiedy to Andrzej Duda złożył hołd Jarosławowi Kaczyńskiemu jako „wielkiemu człowiekowi i patriocie”.

Polityczny sens tych słów był niezrozumiały. Prezydent mógł przecież wyróżnić wkład prezesa PiS w wyborczy sukces słowami oszczędniejszymi. Wilk byłby syty, a opozycji oszczędzono by gotowego materiału do spotów wyborczych na kampanię prezydencką w 2020 roku. Dlaczego więc Duda wybrał najbardziej ryzykowną z punktu widzenia jego osobistych interesów formę retoryczną? Nie wiemy. Wiemy jedynie, że symboliczne znaczenie gestu było ogromne: zwracając się do prezesa jako ojca również swego osobistego sukcesu, Andrzej Duda precyzyjnie wskazał własnego suwerena.

Obejmując niemal dyktatorską władzę, Jarosław Kaczyński pozostaje politykiem niezalegalizowanym w roli jedynowładcy. Wygrał przecież wybory, uciekając się do oszustwa

Czytaj także: Tydzień władzy PiS – podsumowanie

Prezesowi PiS ten hołd był potrzebny. Obejmując niemal dyktatorską władzę, Jarosław Kaczyński pozostaje politykiem niezalegalizowanym w roli jedynowładcy. Wygrał przecież wybory, uciekając się do oszustwa. Schował się za Andrzejem Dudą i Beatą Szydło, pozorował ich polityczną autonomię, kamuflował tradycyjne pisowskie wątki. Gdyby w kampanii uczciwie zapowiedział swe decyzje z ostatnich dwóch tygodni, to wynik wyborów byłby zapewne inny.

To tylko część artykułu „Płacz jest straszny”.


newsweek.pl

 

W OBRONIE MNIEJSZOŚCI NIENARODOWEJ

FELIETON: KINGA DUNIN, 23.11.2015

Podobno kilkadziesiąt tysięcy obywateli wyraziło, wysyłając maile do władz miasta, swoją niechęć do oglądania pewnego spektaklu teatralnego. A potem była „noc długich różańców”. Nie tylko nie chciano oglądać, ale też innym na to nie pozwolić. Nie jest to praktyka całkiem nowa. Mieliśmy wcześniej do czynienia też z grupami zwalczającymi uczęszczanie do galerii sztuki. Jak zwykle poszkodowana jest literatura, na razie nikt nie protestuje aż tak gorąco przeciwko czytaniu książek. Nikt nie blokuje wejść do księgarń. Ale to chyba tylko kwestia czasu, przecież Olga Tokarczuk stała się ofiarą prawicowej nienawistnej nagonki oraz gróźb karalnych. Przy okazji nie odwoływano się raczej do jej książek. Podobnie: nie trzeba oglądać spektakli czy wystaw, żeby wiedzieć, że należy je omijać.

 

Może jest to ogólna niechęć do kultury? W każdym razie więcej ludzi (i z większym zapałem) gotowych jest zaangażować się w to, żeby nie oglądać i nie czytać, niż vice versa. Miliony rodziców walczyło o to, żeby ich dzieci nie chodziły do szkoły. A w każdym razie – im później, tym lepiej.

 

Większości wystarczą więc teatry, do których się nie chodzi i książki nieprzeczytane. I te nikomu nie będą przeszkadzały, a odpowiednie ministerstwo zadba o ich słuszność. A ci, którzy chcieliby jednak czegoś innego, mogą sobie wyemigrować.

 

Wygląda to na systematyczne prześladowanie mniejszości! Większość, która nie chodzi do teatru ani na wystawy, nie czyta, prześladuje i dyskryminuje niewielką mniejszość kulturową.

 

Naprawdę, powinna się tym zająć jakaś Liga Narodów, czy jak to się teraz nazywa! Zaczyna się od pojedynczych wydarzeń, a skończy się na pogromach.

 

Taka mniejszość kulturowa, podobnie jak inne mniejszości, powinna przecież być jakoś chroniona. Mieć prawo do kultywowania własnej odmienności. Może nawet swoje szkoły? A przynajmniej zamiast lekcji religii zajęcia o teoriach krytycznych. Zamiast zbiorowych wycieczek na film Bitwa Warszawska uczniowie oglądalibySatiricon. A nawet można by dla niej zarezerwować kilka miejsc w Sejmie.

 

Od dawna mniejszość ta bywa nazywana „polskojęzyczną”, co jest najlepszym dowodem na to, że grzecznie spełnia wymogi integracji, zna język. Nie gwałci, nie podpala, nie zmusza kobiet do chodzenia w burkach. I nawet nie zmusza nikogo do zapoznania się z twórczością Elfriede Jelinek. Nie blokuje wejść do kościołów. Nie zagłusza swoimi tam-tamami pieśni patriotycznych. W gruncie rzeczy żyje w swoistej szafie. W tej szafie Mickiewicza można zmiksować z Chatą wuja Toma, wiadomo, że gej to Żyd, a Żyd to gej, a seks jest okay. Faszyzm jest okropny, ale widowiskowy. Zdesperowany prekariat biega z siekierą. Ziemia dla ziemniaków, a księża na księżyc.

 

Komu to tak naprawdę przeszkadza? Może się komuś nie podobać (wtedy oszczędza na biletach), a mnie się podoba. I może na tym poprzestańmy, bo nie ma w Polsce przestrzeni dla ścierania się idei. Jest za to walka o hegemonie kulturową, w której kulturowa, nienarodowa mniejszość nie ma wielkich szans. Jej sprzymierzeńcami mogą być poczciwi obrońcy demokracji, praw człowieka i wolności słowa. Dzięki nim może nikt nie wyważy drzwi do szafy, ale nie będą oni bronili jej zawartości.

 

Postulat objęcia mieszkańców tych szaf programem ochrony i wspierania mniejszości jest – wbrew pozorom – bardziej radykalny. Może Departament Wyznań Religijnych oraz Mniejszości Narodowych i Etnicznych MSW powinien dodać do nazwy Mniejszości Kulturowe?

wObronieMNiejszości

**Dziennik Opinii nr 327/2015 (1111)

 

Teatr polski

W teatrze polskim co i raz to nowe, zdumiewające sceny.

Scena pierwsza: prezydent Najjaśniejszej „uwalnia wymiar sprawiedliwości” i ułaskawia Mariusza Kamińskiego, wiceprezesa PiS, ministra, koordynatora służb specjalnych. Nie jestem prawnikiem, ale przyjmuję, że prezydent ma do tego prawo. Robi to jednak w czasie postępowania sądowego, kiedy na stole jest apelacja Kamińskiego od wyroku sądu I instancji, kiedy przedstawiciel sądu mówi, że nikt ostatnio nie zapoznawał się z aktami sprawy, bez zasięgnięcia opinii prokuratury i sądu (co jest normalną praktyką) itd. itp.

Ale na mnie szczególne wrażenie zrobił fakt, że prezydent Duda w rozmowie z dziennikarzami publicznie, z imienia i nazwiska, potępił sędziego sądu I instancji, który miał czelność skazać działacza PiS, byłego szefa CBA i jego współpracowników. Czy nasi blogowicze, rozsiani po świecie, znają dużo takich przypadków, kiedy prezydent dużego, demokratycznego państwa publicznie karci jednego sędziego? Czy robi tak Gauck, Hollande, Obama?

Scena druga: rząd polski zwalcza przedstawienie teatralne, i to przed premierą, kiedy nikt z rządu go nie obejrzał. I to spektakl w oparciu o tekst laureatki nagrody Nobla, Elfriede Jelinek. Piotr Gliński – człowiek, wydawałoby się, poważny, profesor, minister kultury i wicepremier – w publicznej wypowiedzi wygrażał Teatrowi Polskiemu (i innym) we Wrocławiu, że za państwowe pieniądze nie będzie w Polsce rozpowszechniana pornografia.

Ministerstwo Kultury na pewno było zaproszone na premierę, podobnie jak władze miasta i województwa. Czy nie należało się wstrzymać z pomstowaniem do czasu obejrzenia spektaklu? Czy poważny polityk, członek rządu, pierwszy wicepremier musi się tak spieszyć i wyrabiać sobie opinię o przedstawieniu na podstawie jakichś tajemniczych źródeł?

Co prawda teatr zapowiadał, że jest to przedstawienie dla dorosłych, ale minister chyba jest dorosły. Co jest, a co nie jest seksualnością – to nie jest prosta sprawa do rozstrzygnięcia przez urzędników. Przypominam, że za czasów rozkwitu dyktatury Franco w Hiszpanii zakazane były kostiumy bikini. Mało tego, podobnie jak minister Gliński zachowała się inna gwiazda Zjednoczonej Prawicy, minister Beata Kempa. Która też spektaklu nie oglądała. Ba, wiceminister kultury Jarosław Sellin, człowiek skądinąd kulturalny i doświadczony (był sekretarzem stanu u ministra Ujazdowskiego), powiedział ostatnio w telewizji, że na filmy antypolskie, takie jak „Pokłosie”, państwowych środków nie będzie. Zapytany, czy oglądał ten film, z rozbrajającą szczerością odpowiedział „nie”.

Scena trzecia. Minister obrony Antoni Macierewicz powiedział, że jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym, wyzwaniem wojska jest wyjaśnienie tragedii smoleńskiej. Nie byłoby to nic dziwnego, gdyby nie fakt, że od pewnego czasu nie mówi się o zamachu i wojnie. Ba, przestano mówić o umiędzynarodowieniu śledztwa, o powołaniu ekspertów zagranicznych. Ba, prezes Kaczyński wyraźnie powiedział: żadnego śledztwa międzynarodowego, jesteśmy w stanie rozwiązać ten problem naszymi, polskimi siłami. Skąd taka zmiana? Przecież nie tak dawno Macierewicz jeździł do Ameryki w poszukiwaniu ekspertów. Moja hipoteza: prezes odstąpił od umiędzynarodowienia śledztwa (choć teraz ma władzę i wszelkie warunki, by to zrobić), ponieważ zdał sobie sprawę (teraz dopiero?), że znalezienie poważnych ekspertów międzynarodowych, którzy podpiszą się pod teorią o zamachu, może okazać się trudne.

Wiele faktów, poważniejszych (nocne głosowania w Sejmie), świadczy o tym, że nowa władza bardzo się spieszy, nie ma nawet czasu, żeby pójść do kina ani do teatru. Panie i panowie, wyluzujcie, zanim zaatakujecie – poczytajcie, pomyślcie, macie przed sobą – niestety – dużo czasu.

nowaWładza

passent.blog.polityka.pl

Przebudzenie, czyli jak w tydzień polubić politykę

Już ponad tydzień nowej władzy u władzy, a tyle się wydarzyło. Analizę wydarzeń niewątpliwie utrudniają emocje, bo tych nie brakuje, ale są też potrzebne, bo poprzez nie określa się stawka sporów i jej znaczenie dla uczestników.

Do polityki wróciła prawdziwa polityka. Ci, co myśleli, że wystarczy chodzić do teatru na ambitne spektakle i zagłosować w rytmie wyborczym, by być dobrym obywatelem, dziś odkrywają, że brak zainteresowania polityką nie oznacza, że polityka nie zainteresuje się nimi. I nagle może zniknąć możliwość oglądania ambitnych przedstawień, prowadzenia jakichś tam studiów lesbijskich lub gejowskich, a w końcu być może i udziału w demokracji (bo gdy ta już zostanie rozmontowana…).

Jeśli więc na tym miał polegać couching patriotyczny, o którym kiedyś mówił bliski obecnej władzy prof. Andrzej Zybertowicz, to chyba zaczyna działać – ludzie zaczynają polerować stare oporniki, jakie nosili w liceach i gimnazjach, dyskutują o sprawach publicznych nawet podczas antraktów w teatrach, gromadzą się w sieci, pewno zaraz też zaczną gromadzić się poza nią.

Chwilę to musi potrwać, najpierw dokonać się musi semioza, zdefiniowanie wspólnego pola wartości, pod którymi możemy się wspólnie podpisać. Dlatego tak ważne na tym etapie są wykpiwane przez sceptyków i cyników apele i protesty przeciwko choćby spaleniu kukły przedstawiające postać Żyda, przeciwko pobiciom na tle rasowym.

Bez zobaczenia się w wirtualu – przez policzenie głosów oddanych na wspólne wartości – niemożliwe jest późniejsze działanie już w przestrzeni realnej. Dlatego zafascynowany jestem tempem, z jakim np. wczoraj był lajkowany i szerowany apel Polskiego PEN Clubu, jaki umieściłem na swoim profilu na fejsbuku. W ciągu kilku godzin ponad pół tysiąca, informacja o fiasku próby ocenzurowania „Śmierci i dziewczyny” – w ciągu kilku godzin ponad 5 tys. Inne inicjatywy, jak Komitet Obrony Demokracji – dziesiątki tysięcy uczestników w ciągu pierwszych dni.

To krzepiące widzieć ludzi, dla których pewne wartości, takie jak wolność, niezgoda na rasizm, otwartość, są oczywiste i nie jest ich tak mało. Żyliśmy dotychczas w dość sprywatyzowanym, brzydzącym się polityką świecie zaangażowania w sprawy społeczne, kulturalne, naukowe, zawodowe. Zbyt łatwo uwierzyliśmy, że ten stan jest nieodwracalny, że jesteśmy już w Europie na zawsze.

W efekcie tego samozadowolenia nie dostrzegliśmy lub nie chcieliśmy dostrzec, że nasze społeczeństwo jest bardziej złożone, nie składa się tylko z liberalnej klasy średniej chodzącej do teatru i lajkującej wzajemnie swe wpisy na fejsbuku. Potrzebną wiedzę mieliśmy, mam wypełnioną półkę badaniami pokazującymi, jak się struktura odkleja od kultury (by użyć sformułowania prof. Tomasza Szlendaka) i tylko kwestią czasu było pęknięcie o politycznych konsekwencjach. Nieudolnie nawet snułem prognozy – w „Buncie Sieci” z 2012 r. pytałem, czy Polska przetrwa do 2030 r., w drugim numerze POLITYKI z tego roku stawiałem tezę, że w wyborczym roku dojdzie do zasadniczej zmiany, ale wykluczałem, by głównym jej aktorem stał się PiS.

Mimo więc dostępnej wiedzy daliśmy się zaskoczyć przez hałaśliwą i zdeterminowaną mniejszość, bo cały czas trzeba pamiętać, że na PiS głosowało 19 proc. uprawnionych. Teraz zamiast się dziwić, że zwycięska partia robi użytek ze zdobytej pełnej niemal władzy, lepiej wziąć się za robotę – to nie rok 2005, nie istnieje w tej chwili gotowa alternatywa programowa, wyrażająca się w projekcie politycznym wystarczająco silnym, by ten program unieść. Nie ma powrotu do narracji transformacyjnego sukcesu, która organizowała przez ostatnie 25 lat debatę publiczną w opozycji do narracji okrągłostołowego oszustwa i postkomunistycznej zdrady, jaka teraz wzięła górę, wzmacniana jeszcze demonami ksenofobii i narodowego, antyeuropejskiego uniesienia.

Opowieść o sukcesie zgrała się, gdy została zbanalizowana do mema o ciepłej wodzie w kranach. Trzeba wymyślić nową, która połączy w chęci działania wszystkich tych, którzy dziś lajkują i popierają apele w imię Europy, wolności, godności i różnorodności, jednocześnie umożliwiając włączenie do niej tych, o których zapomnieliśmy, zapatrzeni w swój mniejszy lub większy, ale jednak sukces.

Rację ma premier Beata Szydło – musimy ciężko pracować, ale damy radę. Deklaruję więc, że nie rezygnując z przyglądania się poczynaniom nowej władzy, z jeszcze większą uwagą będę przyglądał temu, co się dzieje w naszym ciągle jeszcze pokawałkowanym i nieźle też ciągle skłóconym obozie. Bo zaczyna się dziać coś ciekawego.

przebudzenie

antymatrix.blog.polityka.pl

 

Pierwsze dni rządów PiS na jednej infografice
23.11.2015
Poczynając od nieobecności Polski na szczycie na Malcie, kończąc na bojkocie spektaklu „Śmierć i dziewczyna” – oto co udało się „osiągnąć” nowej władzy w pierwszych dniach urzędowania.

Pierwsze poczynania i decyzje PiS zilustrował na poniższej infografice Piotr Ciochoń:

.

Piotr Ciochoń/Archiwum prywatne

.

(powiększ infografikę)

Pomysł, żeby pierwsze dni rządów PiS zilustrować, był wynikiem natłoku informacji o kolejnych jego posunięciach – tłumaczy Piotr Ciochoń. – Doszedłem do wniosku, że niedługo opinia publiczna (w tym ja) zapomni o niektórych działaniach, że zostaną one przesłonięte kolejnymi. Zacząłem więc tworzyć prywatne kalendarium początku rządów Prawa i Sprawiedliwości. Kontrowersyjnych posunięć jest tak dużo, że ciężko się w nich nie pogubić.

I dodaje: – Ciąg dalszy oczywiście nastąpi.

Internet rozlicza nową władzę bardzo skrupulatnie – na Facebooku 20 listopada uformował się ruch Komitet Obrony Demokracji (założony poza siecią, ale w sieci zyskuje poparcie; grupa mu dedykowana ma już 32 tys. członków). KOD zamierza patrzeć politykom na ręce, bronić konstytucji i poszkodowanych. Wszystko legalnymi środkami: organizując pokojowe demonstracje i zbierając podpisy pod inicjatywami. Ruch powstał spontanicznie, działa reakcyjnie, planuje długofalowe akcje.

W tym samym serwisie i w podobnym czasie ruszyła strona „Liczba dni do końca kadencji PiS”. W domyśle: ile czasu zostało PiS na wypełnienie wyborczych obietnic. Nadal sporo. Stan na ten moment: „jeszcze tylko 1450 dni”. Administratorzy namawiają, by odliczać wspólnie – tak by „szybciej zleciało”. W sieci wciąż powstają też memy.

Rzecz najlepiej wyjaśnia w swoim komentarzu Wiesław Władyka: „Słyszeliśmy w ostatnich latach, że straszenie PiS stało się niemodne, było nudne. No to teraz jest wesoło”. Polscy internauci z pewnością o to zadbają.

Czytaj także:
– Pierwsze dni nowej władzy – grubo powyżej oczekiwań!

pierwszeDni

polityka.pl

ŽIŽEK PO ZAMACHACH W PARYŻU: ZŁAMAĆ LEWICOWE TABU

SLAVOJ ŽIŽEK, 23.11.2015

 

Głównym zagrożeniem dla Europy nie są muzułmańscy imigranci, tylko jej antyimigranccy, populistyczni obrońcy.

W pierwszej połowie 2015 roku Europa była zajęta radykalnymi ruchami emancypacyjnymi (Syrizą i Podemosem), w drugiej uwagę skierowano z kolei na „humanitarną” kwestię uchodźców. Temat walki klas zamieciono pod dywan i zastąpiono kulturalno-liberalnym problemem tolerancji i solidarności. Jednak po zamachach terrorystycznych z piątku 13 listopada nawet ta tematyka (wciąż powiązana z ważkimi kwestiami socjoekonomicznymi) została przesłonięta prościutką opozycją zjednoczonych sił demokratycznych wciągniętych w bezlitosną wojnę przeciw siłom terroru.

 

Łatwo sobie wyobrazić, co będzie dalej: paranoiczne poszukiwanie agentów ISIS pośród uchodźców (media już radośnie ogłosiły, że dwóch terrorystów dotarło do Europy przez Grecję). W efekcie największymi ofiarami paryskich zamachów staną się sami uchodźcy , a prawdziwymi zwycięzcami, ukrytymi za banałami w stylu „Je suis Paris”, obie strony totalnej wojny. Powinniśmy potępić paryskie zamachy właśnie nie tylko angażując się w pokazy solidarności przeciw terroryzmowi, ale upierając się przy pytaniu cui bono?(kto na tym skorzystał?).

 

Nie ma tu miejsca na „głębsze rozumienie” terrorystów z ISIS (coś w stylu: „ich godne potępienia czyny są w gruncie rzeczy reakcją na brutalną interwencję Europy”); trzeba ich nazwać po imieniu: to islamo-faszystowski odpowiednik europejskich antyimigracyjnych rasistów – obie te grupy są dwiema stronami tej samej monety. Przywołajmy na powrót kwestię walki klas – a jedynym na to sposobem jest domaganie się globalnej solidarności z wyzyskiwanymi.

 

Impas, w którym znalazł się globalny kapitalizm, staje się coraz bardziej namacalny. Jak się z niego wyrwać? Fredric Jameson zaproponował ostatnio globalną militaryzację społeczeństwa jako sposób na emancypację: demokratycznie zmotywowane ruchy oddolne wydają się skazane na porażkę, więc może najlepiej przełamać zaklęty krąg globalnego kapitalizmu przez „militaryzację”, która wiązałaby się z zawieszeniem samoregulującej siły gospodarki. Możliwe, że obecny europejski kryzys uchodźczy przyniesie okazję do zweryfikowania tej propozycji.

 

Wiemy tyle, że aby powstrzymać chaos, potrzeba koordynacji i organizacji na wielką skalę, co obejmowałoby nie tylko (choć również) budowę nowych centrów dla uchodźców w krajach usytuowanych w pobliżu źródeł kryzysu uchodźczego (Turcja, Liban, wybrzeże Libii), dostarczenie środków transportu tym, którym zezwolono na wjazd do Europy, oraz rozdzielenie ich do potencjalnych krajów przyjmujących. Wojsko to jedyny podmiot gotowy do zorganizowanej realizacji takiego zadania. Zbędne jest twierdzenie, że taka rola wojska pachnie stanem wyjątkowym. Kiedy dziesiątki tysięcy ludzi przemierzają gęsto zaludnione obszary bez ładu i składu – i tak mamy stan wyjątkowy. A w takiej właśnie sytuacji znajduje się obecnie część Europy. Szaleństwem byłoby zatem myśleć, że taki proces można pozostawić samemu sobie. Uchodźcom trzeba jakoś zapewnić choćby prowiant i opiekę medyczną.

 

Przejęcie kontroli nad kryzysem uchodźczym oznacza złamanie wielu lewicowych tabu.

 

Na przykład prawo do „swobodnego przemieszczania się” powinno zostać ograniczone, chociażby z tego powodu, że w rzeczywistości nie dotyczy już ono uchodźców, których swoboda przemieszczania zależy od przynależności klasowej. Kryteria przyjęcia i osiedlenia muszą być sformułowane klarownie i precyzyjnie – kogo i w jakiej liczbie przyjąć, gdzie kogo przesiedlić itd. Sztuką jest odnaleźć złoty środek między spełnianiem życzeń uchodźców (chodzi o przyjmowanie ich do krajów, w których już mają krewnych itp.) a możliwościami poszczególnych państw.

 

Kolejne tabu, z którym musimy się zmierzyć, dotyczy norm i reguł. Faktem jest, że większość uchodźców wywodzi się z kultury, która jest nie do pogodzenia z zachodnioeuropejskim rozumieniem praw człowieka. Wiadomo, że tolerancja (wzajemny szacunek dla cudzej wrażliwości) tu nie zadziała: dla muzułmańskich fundamentalistów nie do zniesienia są bluźniercze rysunki i obrazoburczy humoru, które uważamy za część naszej wolności. Analogicznie, dla zachodnich liberałów niemożliwe do zniesienia są liczne praktyki kultury muzułmańskiej.

 

Mówiąc w skrócie, robi się gorąco, kiedy członkowie wspólnoty wyznaniowej uważająsam styl życia innej wspólnoty za bluźnierczy czy oszczerczy, niezależnie od tego, czy stanowi bezpośredni atak na ich religię. Tak jest, gdy muzułmańscy ekstremiści atakują gejów i lesbijki w Holandii czy w Niemczech, i tak jest, gdy tradycyjny obywatel Francji odbiera kobietę okrytą burką jako atak na swoją francuską tożsamość; dokładnie z tego powodu nie mogą usiedzieć cicho, gdy w swoim otoczeniu spotkają kobietę z zakrytą twarzą.

 

By ograniczyć tego rodzaju sytuacje, trzeba zrobić dwie rzeczy. Po pierwsze, sformułować obowiązujące każdego minimum standardów i norm, do których należałyby: wolność religijna, ochrona indywidualnej wolności przed grupowym naciskiem, prawa kobiet itd. – bez obawy, że takie normy zostaną odebrane jako „eurocentryczne”. Po drugie, musimy w obrębie tych granic bezwarunkowo domagać się tolerancji dla innych stylów życia. A kiedy nie zadziałają normy ani komunikacja, należy zastosować siłę prawa w każdej jej formie.

 

Trzeba przemóc kolejne tabu, dotyczące zrównywania każdego odwołania do europejskiego dziedzictwa z kulturowym imperializmem i rasizmem. Pomimo (częściowej) odpowiedzialności Europy za sytuację, przed którą uciekają uchodźcy, nadszedł czas, by porzucić lewicowe mantry krytykujące eurocentryzm.

 

Lekcja ze świata po 11 września jest taka, że sen Francisa Fukuyamy o globalnej liberalnej demokracji dobiegł końca, a na poziomie światowej gospodarki korporacyjny kapitalizm zatryumfował na całym globie.

 

Kraje Trzeciego Świata, które przyjęły ten porządek, są tymi, których wskaźniki gospodarcze znacząco rosną. Maskę kulturalnej różnorodności podtrzymuje rzeczywisty uniwersalizm globalnego kapitalizmu; jeszcze lepiej, kiedy polityczny dodatek do globalnego kapitalizmu opiera się na tak zwanych „azjatyckich wartościach”. Globalny kapitalizm nie ma problemu z przystosowaniem się do mnogości lokalnych religii, kultur i tradycji. Ironia antyeurocentryzmu polega więc na tym, że w imieniu antykolonializmu krytykuje się Zachód w momencie, kiedy globalny kapitalizm wcale już nie potrzebuje zachodnich wartości kulturowych, by płynnie funkcjonować. Mówiąc krótko, rezygnuje się z zachodnich wartości, podczas gdy wiele z nich (egalitaryzm, prawa podstawowe, wolność prasy, państwo dobrobytu) po krytycznej reinterpretacji mogłoby posłużyć jako broń przeciw kapitalistycznej globalizacji. Czy zapomnieliśmy już, że cała idea komunistycznej emancypacji przepowiedzianej przez Marksa jest dogłębnie eurocentryczna?

 

Kolejne tabu, które warto porzucić, to uznawanie każdej krytyki islamskiej prawicy za przypadek „islamofobii”. Starczy już tego patologicznego strachu wielu zachodnich liberalnych lewicowców obawiających się choćby posądzenia o islamofobię. Przykładem takiej patologii jest obwinianie Salmana Rushdiego za niepotrzebne prowokowanie muzułmanów – tym samym zrzucono na niego (przynajmniej częściową) odpowiedzialność za fatwę skazującą go na śmierć. Skutek takiego podejścia w podobnych przypadkach łatwo przewidzieć: im bardziej zachodni liberalni lewicowcy będą babrać się w swoim poczuciu winy, tym częściej muzułmańscy fundamentaliści będą oskarżać ich o hipokryzję i próbę ukrycia swojej nienawiści do islamu.

 

Układ ten doskonale powiela paradoks superego: im bardziej poddajesz się pseudomoralnym żądaniom sadystycznego i prymitywnego superego, tym bardziej jesteś winny moralnemu masochizmowi i identyfikacji z agresorem. Więc im bardziej będziemy tolerować islamski fundamentalizm, pod tym mocniejszą presją z jego strony się znajdziemy.

 

Można mieć pewność, że to samo dotyczy napływu imigrantów: im bardziej Europa Zachodnia się na nich otworzy, tym bardziej wpędzi się w poczucie winy, że nie przyjęła ich jeszcze więcej. Nigdy nie będzie ich dosyć. A co do tych, którzy już tu są, im więcej tolerancji okaże się ich stylowi życia, tym bardziej popadniemy w poczucie winy, że jesteśmy tolerancyjni nie dość.

 

 

Polityczna ekonomia uchodźców: globalny kapitalizm i militarna interwencja

W ramach strategii długofalowej powinniśmy skupić się na czymś, co można nazwać „polityczną ekonomią uchodźców”. Oznacza to skupienie się na zasadniczych przyczynach leżących u podstaw dynamiki globalnego kapitalizmu i interwencji militarnych. Obecny chaos należy traktować jako prawdziwą twarz „ NWO”. Rozpatrzmy kryzys żywnościowy, nękający obecnie „kraje rozwijające się”. Nie kto inny jak Bill Clinton wyjaśnił w 2008 roku, w swoim wystąpieniu podczas spotkania ONZ z okazji Światowego Dnia Żywności, że o kryzys żywnościowy w wielu krajach Trzeciego Świata nie da się podejrzewać tych samych czynników co zazwyczaj – korupcji, niewydolności i interwencjonizmu państwa. Kryzys ten jest bezpośrednio związany z globalizacją rolnictwa. Zdaniem Clintona kryzys żywnościowy pokazuje, że „zawaliliśmy wszyscy, w tym ja, kiedy byłem prezydentem, traktując rośliny uprawne jak towary, a nie jako żywotne prawo światowej biedoty”.

 

Clinton bardzo wyraźnie oskarżył nie pojedyncze państwa czy rządy, ale długofalową globalną politykę prowadzoną przez dekady przez Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy czy inne instytucje gospodarcze. Taka polityka wymuszała na afrykańskich i azjatyckich państwach obniżanie rządowych dotacji na nawozy, nasiona i inne rolnicze środki produkcji. W efekcie najlepszą ziemię uprawną wykorzystywano do produkcji na eksport, co zagroziło samowystarczalności żywnościowej tych krajów. Wynikiem takich „strukturalnych dopasowań” była integracja lokalnego rolnictwa ze światową gospodarką, a efekt tego wszystkiego jest druzgocący: rolników wyrzucono z ich ziemi i zapędzono do slumsów przeznaczonych dla pracowników sweatshopów, podczas gdy państwa coraz bardziej uzależniały się od importowanej żywności. Tym sposobem utrzymuje się je w postkolonialnej zależności i stają się mniej odporne na rynkowe wahania cen. Na przykład w zeszłym roku w górę poszybowały ceny ziaren w takich krajach, jak Haiti i Etiopia – obydwa eksportują plony na biopaliwa, w następstwie czego ich ludność głoduje.

 

Chcąc uporać się z tymi problemami, trzeba wynaleźć nowe formy kolektywnych działań na wielką skalę; ani standardowa interwencja państwa, ani powszechnie chwalona samoorganizacja nie sprostają temu zadaniu. Jeśli problemu nie uda się rozwiązać, trzeba będzie poważnie rozważyć, czy nie dojdzie do nowej ery apartheidu, w którym zaciszne i bogate w zasoby części świata będą oddzielone od tych głodujących i znajdujących się wciąż w stanie wojny.

 

Co powinni zrobić ludzie na Haiti i w innych miejscach, gdzie brakuje jedzenia? Czyż nie mają prawa do zbuntowania się z użyciem przemocy? Albo do zostania uchodźcami?

 

Mimo wszystkich krytyk ekonomicznego neokolonializmu nadal nie jesteśmy w pełni świadomi wyniszczających efektów globalnego rynku dla licznych gospodarek lokalnych.

 

Co do otwartych (ale też nie do końca) interwencji militarnych, to ich skutki omawiano już wystarczająco często: chodzi o upadłe państwa. Nie byłoby uchodźców bez ISIS, a ISIS bez amerykańskiej okupacji Iraku itd. W swoim mrocznym proroctwie, wygłoszonym tuż przed śmiercią, pułkownik Muammar Kaddafi powiedział: „Teraz słuchajcie, ludzie z NATO. Bombardujecie mur, który stał na drodze migracjom z Afryki do Europy i na drodze terrorystów z Al-Kaidy. Tym murem była Libia. Rozbijacie ten mur. Jesteście idiotami i będziecie smażyć się w piekle za tysiące emigrantów z Afryki”. Czy nie stwierdzał tym samym czegoś oczywistego?

 

Rosyjska wersja wydarzeń w gruncie rzeczy rozwijająca wersję Kaddafiego, mimo oczywistego posmaku pasta putineska ma w sobie też coś z prawdy: Borys Dołgow z moskiewskiej fundacji Kultury Strategicznej powiedział rosyjskiej agencji prasowej TASS, co następuje:

 

To, że kryzys uchodźczy jest wynikiem polityki UE, widać gołym okiem… Zniszczenie Iraku, Libii i próby obalenia Baszara Assada rękami islamskich radykałów – tak wygląda polityka UE i USA, a setki tysięcy uchodźców są rezultatem takiej polityki.

Podobnie dla TASS wypowiedziała się Irina Zwiagielskaja z Wydziału Studiów Wschodnich Moskiewskiego Państwowego Instytutu Stosunków Międzynarodowych:

 

Wojna domowa w Syrii i napięcia w Iraku i Libii napędzają falę uchodźców, ale to nie jedyna przyczyna. Zgadzam się z tymi, którzy widzą w obecnych wydarzeniach trend w stronę kolejnej wielkiej wędrówki ludów, które opuszczają słabsze państwa o niewydajnych gospodarkach. To systemowe problemy zmuszają ludzi to porzucenia swoich domów i wyruszenia w drogę. A liberalne prawodawstwo europejskie pozwala wielu z nich nie tylko pozostać w Europie, ale też żyć z zasiłków bez konieczności szukania pracy.

Jewgienij Griszkowiec, rosyjski pisarz, dramaturg i reżyser, zgadza się z nią na swoim blogu:

 

Ci ludzie są wykończeni, wściekli i upokorzeni. Nie mają pojęcia o europejskich wartościach, stylu życia czy tradycji, multikulturalizmie czy tolerancji. Nigdy nie zgodzą się na przestrzeganie europejskiego prawa. Nigdy nie okażą wdzięczności ludziom, do których krajów udało im się dostać z takimi problemami, ponieważ to właśnie te państwa najpierw urządziły w ich ojczyznach rzeź… Angela Merkel przysięga, że niemieckie społeczeństwo i Europa są przygotowane na możliwe problemy… To kłamstwo i nonsens!

Choć jest w tym ziarno ogólnej prawdy, nie powinno się przeskakiwać od tego rodzaju ogólności do empirycznego faktu napływu uchodźców do Europy i po prostu przyjmować pełną odpowiedzialność Europy. Odpowiedzialność jest podzielona. Po pierwsze, Turcja prowadzi swoją, dobrze zaplanowaną polityczną grę (oficjalnie walcząc z ISIS, a skutecznie bombardując Kurdów, którzy naprawdę walczą z ISIS). Po drugie, mamy do czynienia z podziałem klasowym w samym świecie arabskim (bardzo bogata Arabia Saudyjska, Katar czy Emiraty nie przyjmują niemal żadnych uchodźców). A co z Irakiem i jego milionowymi zapasami ropy? Jak z całego tego bałaganu wyłania się fala uchodźców?

 

Wiemy za to na pewno, że skomplikowana gospodarka związana z transportem uchodźców przynosi milionowe zyski. Kto ją finansuje? Kto udoskonala? Gdzie są europejskie służby wywiadowcze? Czy inwigilują to mroczne podziemie? Fakt, że uchodźcy są w rozpaczliwej sytuacji, w żadnym wypadku nie wyklucza faktu, że ich napływ do Europy jest częścią zaplanowanego projektu.

 

 

Jasne, Norwegia istnieje

Pozwolę sobie zwrócić się w tym miejscu do moich tak zwanych lewicowych krytyków, którzy za problematyczne uznają łamanie przeze mnie powyższych tabu w tekście zatytułowanym „Norwegia nie istnieje”. Nick Riemer na łamach „Jacobina”potępia „reakcyjny nonsens”, który „promuję”:

 

Powinno być dla Žižka jasne, że Zachód nie jest w stanie przeprowadzić interwencji wojskowej w sposób, który pozwoliłby uniknąć „neokolonialnych pułapek nieodległej przeszłości”. Z kolei uchodźcy nie są wędrowcami na cudzej ziemi, ledwie tolerowanymi i przez to będącymi przedmiotami „gościnności” Bez względu na obyczaje, które ze sobą przynoszą, powinny im przysługiwać takie same prawa jak członkom zróżnicowanych wspólnot, które tworzą Europę – to pluralizm całkowicie pominięty w zaskakującym odwołaniu Žižka do „zachodnioeuropejskiego stylu życia”.

Twierdzenie leżące u podłoża tego stanowiska jest znacznie mocniejsze niż słowa Alaina Badiou, że qui est ici est d’ici (ci, którzy tu są, są stąd) – to bardziej coś jak qui veut venir ici est d’ici (ci, którzy chcą tu być, są stąd). Jednak nawet jeśli uznamy rację takiego stanowiska, to Riemer zupełnie ignoruje rzeczywisty sens mojej uwagi: oczywiście, że „powinny im przysługiwać takie same prawa, jak członkom zróżnicowanych wspólnot, które tworzą Europę” – pytanie tylko, które dokładnie „z takich samych praw”?

 

Skoro Europa walczy o pełne prawa osób LGBT i kobiet (prawo do aborcji, prawa do małżeństw homoseksualnych), to czy prawa te powinny być rozszerzone na osoby LGBT i kobiet spośród uchodźców, nawet jeśli są one sprzeczne ze „zwyczajami, które ze sobą przynoszą” (a oczywiście często takie są)? Nie powinniśmy umniejszać znaczenia tej kwestii: od Boko Haram przez Roberta Mugabe do Władimira Putina, antykolonialna krytyka Zachodu coraz częściej wyraża się jako sprzeciw wobec „seksualnych” udziwnień Zachodu i żądanie powrotu do tradycyjnej hierarchii seksualnej.

 

Jestem oczywiście świadom, że natychmiastowy eksport zachodniego feminizmu i indywidualnych praw człowieka może posłużyć jako narzędzie ideologicznego i gospodarczego neokolonializmu (wszyscy pamiętamy, jak niektóre amerykańskie feministki wsparły amerykańską interwencję w Iraku jako sposób na wyzwolenie tamtejszych kobiet, tymczasem skutki są dokładnie odwrotne). Jednak absolutnie sprzeciwiam się wyciągnięciu stąd wniosku, że zachodnia lewica powinna pójść na strategiczny kompromis i po cichu tolerować takie „zwyczaje”, jak upokarzanie kobiet i osób LGBT, w imię „ważniejszej” antyimperialistycznej walki.

 

Reimer zarzuca mi (obok Jürgena Habermasa i Petera Singera) wspieranie „elitarystycznej wizji polityki – oświecona polityczna klasa kontra rasistowski, ciemny lud”. Kiedy to przeczytałem, nie mogłem uwierzyć własnym oczom! Zupełnie jak gdybym nie poświęcił setek stron krytyce właśnie takiej europejskiej, liberalnej elity politycznej! A co do „rasistowskiego, ciemnego ludu” – potykamy się tu o kolejne lewicowe tabu: tak, niestety, olbrzymia część klasy pracującej w Europie jest rasistowska i antyimigrancka, to fakt, którego nie można uznać za efekt manipulacji dokonanej na z istoty swej „postępowej” klasie pracującej.

 

Końcowy argument Riemera brzmi następująco:

 

Fantazja Žižka o uchodźcach stanowiących zagrożenie dla „zachodniego” stylu życia, czemu można zaradzić za pomocą lepszej militarnej i ekonomicznej interwencji z zagranicy, jest najwyraźniejszą ilustracją tego, jak kategorie, według których przeprowadza się analizę, mogą uchylić drzwi reakcji.

Co do zagrożeń związanych z interwencją militarną, jestem ich całkowicie świadom i również uważam usprawiedliwioną interwencję za prawie niemożliwą.

 

Kiedy jednak mówię o konieczności radykalnej zmiany gospodarczej, nie chodzi mi oczywiście o interwencję analogiczną do militarnej, tylko o dogłębną, radykalną transformację globalnego kapitalizmu, która powinna rozpocząć się właśnie na Zachodzie. Każdy porządny lewicowiec wie, że to jedyne rozwiązanie – bez niego rozwinięty Zachód dalej będzie dewastować kraje Trzeciego Świata, miłosiernie zajmując się biednymi pośród fanfar.

 

Biegnąca podobnymi torami krytyka Sama Krissa staje się interesująca w momencie, gdy zarzuca mi on, że nie jestem prawdziwym lacanistą:

 

Można nawet twierdzić, że imigranci są bardziej europejscy niż sama Europa.Žižek wyśmiewa utopijne pragnienie dotarcia do Norwegii, która nie istnieje, i upiera się, że imigranci powinni zostać tam, gdzie ich wysłano. (Nie dociera do niego, że ci próbujący dostać się do konkretnego kraju mogą już mieć tam rodzinę albo znać tamtejszy język, że jest to inspirowane chęcią integracji. Ale czy nie dokładnie tak wygląda również działanie objet petit a [nieosiągalnego przedmiotu pragnienia]? Który lacanista mówi komuś, żeby porzucił swoje pragnienie dlatego, że jest ono nieosiągalne? Czy też imigranci nie są godni luksusu nieświadomości?) W Calais imigranci próbujący dostać się do Wielkiej Brytanii protestowali przeciw warunkom w ośrodkach z plakatami „Swoboda ruchu dla każdego”. W przeciwieństwie do równości płci czy ras swobodny przepływ ludzi przez państwowe granice jest teoretycznie uniwersalną europejską wartością, którą faktycznie wprowadzono w życie – ale, rzecz jasna, tylko dla Europejczyków. Protestujący zadają więc kłam tezie o Europie jako strażniczce uniwersalnych wartości. Žižek potrafi wyrazić ten europejski „styl życia” jedynie za pomocą nieostrych i transcendentnych ogólników, a w tym przypadku stają się one ciałem. Jeśli problem migracji to konflikt europejskiego uniwersalizmu z wstecznym i represyjnym partykularyzmem, partykularyzm znajdziemy w całości po stronie Europy… „Norwegia nie istnieje” to nie teoretyczna analiza, tylko dobre rady szeptane do ucha europejskich biurokratów, którzy niekoniecznie są zainteresowani Lacanem. Mimo ciągłego podkreślania wagi „radykalnej zmiany ekonomicznej” epistolarna struktura tego tekstu udowadnia, że taka zmiana jest całkowicie poza dyskusją. Stąd upieranie się, że Norwegii nie ma i nigdy być nie może. Kapitaliści nie mają zamiaru jej tworzyć, a Žižek nie zamierza zwracać się do tych, którzy by mogli. Marksistowska odpowiedź powinna tymczasem brzmieć: jeśli nie ma Norwegii, sami musimy ją zbudować.

„Imigranci są bardziej europejscy niż Europejczycy” to stara lewicowa teza, której również i ja często używałem, ale trzeba dokładnie wyjaśnić jej znaczenie. W rozumieniu moich krytyków oznacza ona tyle, że imigranci potraktowali zasadę „swobody przemieszczania się” poważniej niż Europejczycy. Jednak, ponownie, trzeba być w tej kwestii precyzyjnym. Mamy „swobodę przemieszczania się” w sensie swobody podróżowania, a nawet radykalniejszej swobody zamieszkania w dowolnym kraju. Jednak uchodźcom nie chodzi wyłącznie o swobodę podróżowania, a raczej o to, że „każdy ma prawo do zamieszkania w dowolnej części świata, a państwo, do którego się przeprowadza, ma obowiązek zapewnić mi utrzymanie”. UE gwarantuje (mniej lub bardziej) to prawo swoim obywatelom, a domaganie się rozszerzenia obowiązywania tego prawa na cały świat równa się domaganiu rozszerzenia Unii na cały świat.

 

Urzeczywistnienie tej wolności zakłada nic innego jak radykalną socjoekonomiczną rewolucję. Dlaczego?

 

Pojawiają się nowe formy apartheidu. W naszym zglobalizowanym świecie swobodnie przemieszczają się towary, a nie ludzie.

 

Już sam dyskurs wokół nieszczelnych murów i zagrożenia potopem obcokrajowców pokazuje, co jest fałszem kapitalistycznej globalizacji. Wygląda to tak, jak gdyby uchodźcy chcieli rozszerzyć globalną swobodę przemieszczania towarów jeszcze o ludzi, ale jest to niemożliwe z powodu ograniczeń nakładanych przez kapitalizm. Z marksistowskiego punktu widzenia swoboda przemieszczania się odnosi się do kapitalistycznej potrzeby „swobodnej” siły roboczej – chodzi o miliony ludzi wyciągniętych ze swojej wspólnoty w celu zatrudnienia w sweatshopach. Świat kapitału odnosi się do indywidualnej swobody przemieszczania się w wewnętrznie sprzeczny sposób: kapitalizm potrzebuje „wolnych” jednostek jako taniej siły roboczej, a jednocześnie potrzebuje kontrolować ich ruch, ponieważ nie może przyznać takich samych praw i swobód wszystkim.

 

Czy domaganie się radykalnej swobody przemieszczania się właśnie dlatego, że nie przysługuje ona w ramach istniejącego porządku, jest dobrym punktem wyjścia do dalszej walki? Mój krytyk przyznaje, że żądanie uchodźców jest niemożliwe do spełnienia, jednak afirmuje je właśnie ze względu na tę niemożliwość – zarzucając mi przy tym nielacanowski, wulgarny pragmatyzm. Cały ten fragment o objet a jest po prostu śmiesznym teoretycznym nonsensem. „Norwegia”, o której mówię, nie jestobjet a, a jedynie fantazją. Uchodźcy, którzy chcą dostać się do Norwegii, stanowią typowy przypadek ideologicznej fantazji – formacji wyobrażeniowej, która zaciemnia wszelkie wewnętrzne sprzeczności. Wielu z uchodźców chciałoby zjeść ciastko i mieć ciastko: po prostu oczekują najlepszego ze strony zachodniego państwa dobrobytu, chcą jednocześnie zachować swój określony tryb życia, choć niektóre z jego kluczowych założeń są nie do pogodzenia z ideologicznymi fundamentami zachodniego państwa dobrobytu.

 

Niemcy lubią wyrażać potrzebę kulturowej i społecznej integracji z uchodźcami. Jednak – to kolejne tabu do złamania – ilu uchodźców naprawdę chce się integrować? Co jeśli przeszkodą w drodze do integracji wcale nie jest zachodni rasizm? (Notabene, wierność swojemu objet a w żaden sposób nie gwarantuje autentyczności pożądania – nawet pobieżne przejrzenie Mein Kampf pokazuje, że Żydzi byli objet a Hitlera, a pozostał on jak najbardziej wierny projektowi ich anihilacji). Na tym polega błąd postulatu mówiącego „jeśli nie ma Norwegii, sami musimy ją zbudować” – zgoda, możemy ją zbudować, ale nie będzie to owa fantazmatyczna „Norwegia”, o której marzą uchodźcy.

 

 

Zrytualizowana przemoc i fundamentalizm

Mniej więcej w tym samym duchu atakujący mnie Sebastian Schuller zadaje pytanie: Czy Žižek dołączy do PEGID-y [niemiecki ruch Patriotycznych Europejczyków przeciwko Islamizacji Zachodu]?

 

Na swoim blogu Schuller przypisuje mi słowa, których oczywiście nigdy nie napisałem: „Nie znam już żadnych klas, znam Europejczyków”. Musimy porzucić stereotyp uchodźców jako „proletariuszy, którzy nie mają nic do stracenia oprócz swych kajdan” i najeżdżają burżuazyjną Europę. Podziały klasowe istnieją zarówno w Europie, jak i na Bliskim Wschodzie, a kluczowe pytanie brzmi: jak oddziałują na siebie te różne klasowe dynamiki?

 

To prowadzi nas do zarzutu, że kiedy wzywam do krytyki ciemnej strony islamskiej prawicy, milknę na temat ciemnej strony świata europejskiego: „A co z krzyżami w szkołach? Co z podatkiem kościelnym? Co z różnymi chrześcijańskimi sektami głoszącymi absurdalne idee na temat moralności? Co z chrześcijanami, którzy głoszą, że geje będą się smażyć w piekle?” To dziwaczny zarzut – ponieważ analogia między fundamentalizmem chrześcijańskim a muzułmańskim to temat nawet przesadnie analizowany w mediach (jak również w moich książkach).

 

Ale niech będzie. Przypomnijmy zatem, co stało się w angielskim Rotherham: w latach 1997–2013 co najmniej 1400 dzieci padło tam ofiarą brutalnego molestowania seksualnego. Dzieci w wieku nawet 11 lat były gwałcone przez wielu sprawców, porywane i wywożone do innych miast, bite i zastraszane: „oblewano je benzyną i grożono podpaleniem, grożono pistoletem, zmuszano do oglądania brutalnych gwałtów i straszono, że będą następne, jeśli komukolwiek powiedzą” – jak donosi oficjalny raport. Miały już miejsce trzy dochodzenia, które nie doprowadziły do niczego. W jednym z nich zauważono obawy członków rady miejskiej, że zostaną wzięci za rasistów, jeśli będą zeznawać w tej sprawie. Dlaczego? Ponieważ sprawcy byli niemal wyłącznie członkami pakistańskich gangów, a ich ofiary – nazywane przez sprawców „białą hołotą” – były białymi uczennicami.

 

Reakcje były do przewidzenia. Przede wszystkim przez uogólnianie, część lewicy powzięła każdą możliwą strategię, by zamazywać fakty. Stosując najgorszy z możliwych rodzajów politycznej poprawności, „Guardian” w dwóch tekstach użył wobec sprawców mglistego pojęcia „Azjaci”. Twierdzono, że nie chodzi o etniczność czy o religię, a raczej o dominację mężczyzny nad kobietą. „Kim jesteśmy, z naszą kościelną pedofilią i Jimmym Saville’em, żeby patrzeć z góry na pokrzywdzoną mniejszość?”. Czy można sobie wyobrazić skuteczniejszy sposób na oddanie pola UKIP-owi i innym antyimigranckim populistom, wykorzystującym lęki zwykłych ludzi?

 

Nie zauważono, że taki antyrasizm jest skutkiem skrywanego rasizmu, ponieważ protekcjonalnie traktuje Pakistańczyków jako istoty moralnie niższe, których nie powinny dotyczyć zwykłe ludzkie standardy.

 

Żeby wyjść z tego ślepego zaułka, trzeba zacząć od analogii między wypadkami z Rotherham a pedofilią w Kościele Katolickim. W obydwu przypadkach mamy do czynienia ze zorganizowaną , a nawet zrytualizowaną działalnością wspólnoty. W przypadku Rotherham jeszcze celniejsza może być inna analogia. Jednym z przerażających skutków niewspółczesności na różnych poziomach życia społecznego jest wzrost systematycznej przemocy wobec kobiet. Przemoc ta jest charakterystyczna dla określonych społecznych kontekstów i nie jest przemocą przypadkową, lecz systemową – przebiega wedle pewnego wzoru i niesie ze sobą jasny przekaz. Jak zauważyła Arundhati Roy – choć słusznie przerażają nas gwałty zbiorowe w Indiach, przyczyną tak jednomyślnej reakcji moralnej na nie było to, że gwałciciele pochodzą z niższych kast. Ponieważ jednak światowy rozgłos przemocy wobec kobiet jest podejrzany, być może warto byłoby rozszerzyć naszą perspektywę i wziąć pod uwagę inne podobne zjawiska.

 

Seryjne morderstwa kobiet w przygranicznym Ciudad Juarez to nie pojedyncze patologie, ale zrytualizowane działanie, część subkultury lokalnych gangów skierowana przeciw młodym kobietom pracującym w nowych montowniach. Morderstwa te to oczywiste przykłady maczystowskich reakcji na pojawiającą się klasę niezależnych, pracujących kobiet: przemieszczenie społeczne w wyniku prędkiej industrializacji sprowokowało brutalną reakcję mężczyzn, którzy odbierają ten rozwój jako zagrożenie. A istotnym elementem wszystkich tych przypadków był nie spontaniczny wybuch surowej, brutalnej energii, która zerwałaby łańcuchy zwyczajów cywilizacji, lecz coś wyuczonego, narzuconego z góry, zrytualizowanego, będącego częścią zbiorowej, symbolicznej istoty społeczności. „Niewinny”, publiczny punkt widzenia stłumił nie okrutną brutalność czynu, ale jego „kulturalny”, rytualny charakter symbolicznego zwyczaju.

 

Ta sama perwersyjna logika społeczno-rytualna działa, kiedy hierarchowie Kościoła Katolickiego utrzymują, że przypadki pedofilii na każdym kontynencie, choć godne potępienia, stanowią wewnętrzną sprawę Kościoła i niechętnie współpracują z policją w toku śledztwa. Hierarchowie Kościoła mają w pewnym sensie rację. Pedofilia wśród katolickich księży nie jest czymś, co dotyczy jedynie osób, które przypadkowo (czyt. indywidualnie) wybrały zawód księdza, ponieważ tak się jakoś złożyło. To zjawisko dotyczące Kościoła Katolickiego jako instytucji i jest wpisane w samo jego funkcjonowanie jako instytucji społeczno-symbolicznej. Nie dotyczy ono „prywatnego” nieświadomego jednostki, lecz „nieświadomego” całej instytucji. Dzieje się to nie dlatego, że instytucja, by przetrwać, musi dostosować się do patologicznej rzeczywistości życia libidalnego, lecz dlatego, że jest czymś ono potrzebnym instytucji do rozwoju. Można sobie śmiało wyobrazić „normalnego” księdza (nie pedofila), który po latach posługi angażuje się w pedofilię, bo nakłania go do tego sama logika instytucji. Taka „instytucjonalna nieświadomość” określa wypartą ciemną stronę, która, właśnie jako wyparta, podtrzymuje instytucję publiczną przy życiu (w wojsku ta ciemna strona przejawia się obscenicznymi, zseksualizowanymi rytuałami „fali”, które pomagają utrzymać solidarność grupy).

 

Innymi słowy, nie chodzi po prostu o to, że z powodu konformizmu Kościół próbuje tuszować kompromitujące skandale pedofilskie: broniąc się, Kościół broni swojego najskrytszego, obscenicznego sekretu.

 

Identyfikowanie się z tą sekretną jest kluczowe dla samej tożsamości katolickiego księdza: jeśli ksiądz na poważnie (a nie jedynie retorycznie) zdradzi sekret, wyklucza się tym samym z kościelnej wspólnoty. Nie jest już „jednym z nas”. Analogicznie, kiedy w latach dwudziestych XX wieku ktoś z Południa USA donosił policji na Ku Klux Klan, wykluczał się ze wspólnoty poprzez zdradę podstawowej solidarności.

 

Powinniśmy podejść do wydarzeń w Rotherham w taki sam sposób, ponieważ mamy tu do czynienia z „polityczną nieświadomości” pakistańskiej młodzieży muzułmańskiej. To nie jakiś rodzaj przemocy chaotycznej, lecz przemoc zrytualizowana o dokładnych zarysach ideologicznych. Grupa młodzieży, która doświadcza marginalizacji i podporządkowania, mści się na dziewczynach z klasy niższej grupy dominującej. Jest jak najbardziej można postawić pytanie, czy w ich religii i kulturze znajdują się elementy otwierające drogę do przemocy wobec kobiet – bez oskarżania samego islamu (który sam w sobie nie jest bardziej mizoginistyczny niż chrześcijaństwo). W wielu krajach islamskich krajach czy społecznościach można zaobserwować, jak przemoc wobec kobiet współbrzmi z ich subordynacją i wykluczeniem z życia społecznego.

 

Ostre narzucenie hierarchii różnic płciowych jest głównym punktem programu wielu fundamentalistycznych grupek i ruchów. Ale powinniśmy zastosować te same kryteria w stosunku do obydwu stron (chrześcijańskiej i muzułmańskiej), nie bojąc się przyznać, że nasza świecka liberalna krytyka fundamentalizmu jest splamiona fałszem.

 

Krytyka religijnych fundamentalizmów w Europie i Stanach to stary temat o niezliczonych wariacjach. Popularność samozadowolenia, z którym liberalna inteligencja wyśmiewa się z fundamentalistów, zasłania prawdziwy problem, jakim jest ukryty wymiar klasowy. Odpowiednikiem tego wyśmiewania się jest patetyczna solidarność z uchodźcami i nasze nie mniej fałszywe i żałosne samobiczowanie. Prawdziwym wyzwaniem byłoby wybudowanie mostu między „naszą” a „ichniejszą” klasą pracującą. Bez tej jedności (w której zawiera się i krytyka, i samokrytyka z obydwu stron) właściwa walka klas stacza się do poziomu starcia cywilizacji. Dlatego właśnie musimy porzucić kolejne tabu.

 

Związane z uchodźcami obawy i troski tak zwanych zwykłych ludzi często wyśmiewa się jako przejaw rasistowskich uprzedzeń, jeśli nie po prostu jako neofaszyzm. Czy naprawdę powinniśmy pozwolić PEGID-zie i spółce być jedynymi, którzy ich wysłuchają?

 

Co ciekawe, ten sam motyw stanowi podstawę „radykalnie” lewicowej krytyki wygłaszanej pod adresem Berniego Sandersa: jego krytykom przeszkadza właśnie jego bliski kontakt z drobnymi rolnikami czy innymi ciężko pracującymi mieszkańcami Vermont, którzy zazwyczaj popierają w wyborach republikańskich konserwatystów. Sanders jest gotów wsłuchać się w ich obawy i troski, a nie uznać za białą rasistowską hołotę.

 

 

Skąd pochodzi zagrożenie?

Wsłuchanie się w zmartwienia zwykłych ludzi oczywiście w żaden sposób nie pociąga za sobą konieczności uznania podstawy ich stanowiska – zawartej w myśli, że zagrożenie dla ich życia pochodzi z zewnątrz, od obcokrajowców, od „innych”. Zadanie polega raczej na nauczeniu ich, by uznali swoją odpowiedzialność za własną przyszłość. By wyjaśnić tę kwestię, podam przykład z innej części świata.

 

Nowy film Udiego Aloniego Junction 48 (premiera w 2016) zajmuje się kłopotliwą sytuacją młodych „izraelskich Palestyńczyków” (Palestyńczyków wywodzących się z rodzin, które zostały w Izraelu po 1949), których życie codzienne obejmuje ciągłą walkę na dwóch frontach – zarówno przeciw opresji ze strony państwa izraelskiego, jak również przeciw fundamentalistycznym naciskom we własnej wspólnocie. Główną rolę gra Tamer Nafar, znany izraelsko-palestyński raper, który w swoich utworach kpi z tradycji zabójstw honorowych palestyńskich dziewcząt przez palestyńskie rodziny. Dziwna rzecz spotkała Nafara w czasie niedawnej wizyty w Stanach. Po tym, jak Nafar wykonał na UCLA piosenkę przeciw zabójstwom honorowym, jacyś antysyjonistyczni studenci potępili go za promowanie syjonizmu. Dodali, że jeśli faktycznie dochodzi do zabójstw honorowych, to jest za nie odpowiedzialny Izrael, ponieważ to izraelska okupacja zmusza Palestyńczyków do życia w prymitywnych, upokarzających warunkach. Nafar odpowiedział na to z godnością: „Kiedy krytykujecie mnie, krytykujecie moją wspólnotę po angielsku, żeby zaimponować waszym radykalnym profesorom. Ja śpiewam po arabsku, żeby chronić kobiety z mojego osiedla”.

 

Co istotne w stanowisku Nafara, nie tylko bierze on w obronę palestyńskie dziewczyny przed rodzinną przemocą, ale pozwala im na walkę we własnej sprawie, na podjęcie ryzyka na własną rękę. Film Aloniego kończy się mroczną zapowiedzią zabójstwa honorowego po tym, jak dziewczynka decyduje się wystąpić na koncercie wbrew woli rodziny.

 

W filmie Spike’a Lee o Malcolmie X jest taki wspaniały epizod: po przemowie Malcolma X w college’u podchodzi do niego biała studentka i pyta, co może zrobić, by wspomóc walkę o prawa czarnych. On odpowiada: nic. Nie chodzi tu po prostu o to, że biali nie powinni nic robić. Powinni raczej z góry pogodzić się z tym, że wyzwolenie czarnych ma być dziełem samych czarnych, a nie czymś ofiarowanym im w prezencie przez dobrych białych liberałów. Tylko wychodząc od akceptacji tego faktu, biali mogą jakoś pomóc czarnym.

 

Oto właśnie chodziło Nafarowi: Palestyńczycy nie potrzebują protekcjonalnego wsparcia ze strony zachodnich liberałów, a jeszcze mniej potrzebują milczenia o „zabójstwach honorowych” w ramach „szacunku” zachodniej lewicy dla palestyńskiego stylu życia. Narzucanie zachodnich wartości jako uniwersalnych praw człowieka i szacunek dla innych kultur, bez baczenia na okrucieństwa związane czasem z tymi kulturami, to dwie strony tej samej ideologicznej mistyfikacji.

 

By naprawdę podkopać ksenofobię, trzeba odrzucić jej główne założenie, że każda grupa etniczna ma jakąś swoją „Nativię”. 7 września 2015 na Fox News Sarah Palin udzieliła gospodarzowi programu „Fox and Friends” Steve’owi Dooceyowi takiego oto wywiadu:

 

Uwielbiam imigrantów. Ale podobnie jak Donald Trump, uważam, że jest ich, cholera, za dużo w tym kraju. Amerykanie pochodzenia meksykańskiego, Amerykanie pochodzenia azjatyckiego, rdzenni Amerykanie – zaburzają proporcje kultur w porównaniu z tym, jak było w czasach Ojców Założycieli. Myślę, że powinniśmy podejść do tych grup i grzecznie spytać: nie moglibyście wrócić do domu? Nie moglibyście oddać nam naszego kraju?

Sarah, wiesz, że cię uwielbiam – wtrącił się Doocey – i uważam, że to świetny pomysł odnośnie Meksykanów. Ale gdzie mają wyjechać rdzenni Amerykanie (Native Americans)? Nie mają właściwie dokąd wrócić, prawda?

Na co Sarah odpowiedziała:

Cóż, myślę, że powinni wrócić do Nativii, czy skąd tam przyjechali. Liberalne media traktują rdzennych Amerykan jak jakichś bogów. Jak gdyby mieli jakieś automatyczne prawo do przebywania w tym kraju. A ja mówię: jeśli nie nauczą się zejść z koni i nie zaczną mówić po amerykańsku, też powinni zostać odesłani do domu.

Niestety, szybko okazało się, że ta historia – zbyt dobra, by mogła być prawdziwa – była genialną mistyfikacją „Daily Currant”. Jak to się mówi: nawet jeśli to nie jest prawdziwe, to jednak dobrze wymyślone.

 

W swojej komicznej naturze ukazało to ukryte fantazje, na których opiera się światopogląd antyimigrancki: we współczesnym chaotycznym, zglobalizowanym świecie miejsce wadzących nam ludzi jest w „Nativii”.

 

Tę wizję zrealizowano w RPA w formie Bantustanów – terytoriów oddanych czarnym mieszkańcom. Biali z RPA utworzyli Bantustany, planując nadać im niepodległość, jednak zapewniając czarnym mieszkańcom Południowej Afryki utratę obywatelstwa RPA na obszarach kontrolowanych przez białych. Choć Bantustany nazwano „krajami ojczystymi” czarnych ludów Południowej Afryki, poszczególne czarne społeczności przydzielano do „ojczyzn” w brutalnie arbitralny sposób. Bantustany stanowiły 13% terytorium RPA, starannie wyselekcjonowane, by nie zawierała źródeł żadnych istotnych minerałów – bogata w zasoby reszta pozostała w rękach białej populacji. Black Homelands Citizenship Act z 1970 formalnie mianował wszystkich czarnych Południowoafrykańczyków obywatelami swoich małych „ojczyzn”, nawet jeśli żyli w „białej Południowej Afryce”, i anulował ich południowoafrykańskie obywatelstwo. Z punktu widzenia apartheidu rozwiązanie było idealne: biali posiadali większość ziemi, a czarnych uznano obcokrajowcami we własnym kraju i traktowano jako imigrantów, których w każdej chwili można odesłać do „ojczyzny”. Sztuczność całego procesu aż kłuje w oczy. Czarnym społecznościom nagle powiedziano, że nieatrakcyjna i jałowa ziemia jest ich „prawdziwym domem”. Dziś, nawet jeśli na Zachodnim Brzegu miałoby powstać państwo palestyńskie, czyż nie będzie dokładnie takim Bantustanem, którego formalna „niepodległość” posłużyłaby tylko do tego, aby zdjąć z izraelskich władz odpowiedzialności za dobrobyt żyjących tam ludzi?

 

Trzeba jednak dodać, że multikulturalistyczne czy antykolonialne usprawiedliwianie innych „stylów życia” również opiera się na fałszu. Tego typu usprawiedliwienia przykrywają antagonizmy istniejące w obrębie każdego z owych stylów życia, tłumacząc akty przemocy, seksizmu, rasizmu jako wyraz konkretnego stylu życia, którego nie mamy prawa oceniać według obcych, na przykład zachodnich kryteriów.

 

Wystąpienie Roberta Mugabego , prezydenta Zimbabwe, przed Zgromadzeniem Ogólnym ONZ, to typowa antykolonialna wymówka używana w celu usprawiedliwienia brutalnej homofobii:

 

Respektowanie i stanie na straży praw człowieka to obowiązek wszystkich państw, chroniony w Karcie Narodów Zjednoczonych. Karta ta nigdzie nie przyznaje jednym prawa do osądzania innych w kwestii wywiązywania się z tych uniwersalnych obowiązków. W związku z tym odrzucamy upolitycznienie tej ważkiej sprawy i stosowanie podwójnych standardów w celu represjonowania tych, którzy śmią myśleć i działać niezależnie od samozwańczych prefektów naszych czasów. Odrzucamy tak samo próby zapisania nam „nowych praw”, które są sprzeczne z naszymi wartościami, normami, tradycjami i wierzeniami. Nie jesteśmy gejami! Współpraca i wzajemny szacunek przyczynią się do rozwoju praw człowieka na całym świecie. Konflikty, szkalowanie i podwójne standardy – nie.

Co może znaczyć stanowcze twierdzenie Mugabego „Nie jesteśmy gejami!” w związku z faktem, że również w Zimbabwe z pewnością jest wielu gejów? Znaczy to, oczywiście, że geje zostają zdegradowani do roli uciskanej mniejszości, której czyny często po prostu są zagrożone karą. Można jednak zrozumieć logikę, która za tym stoi: ruch gejowski rozumie się tu jako kulturalny wpływ globalizacji, ale też kolejny sposób, w jaki globalizacja podkopuje tradycyjny kształt społeczeństwa i kultury. W efekcie walka z gejami jawi się tu jako walka antykolonialna.

 

Czy to samo nie dotyczy choćby Boko Haram? Dla niektórych muzułmanów wyzwolenie kobiet wydaje się najwidoczniejszym elementem destrukcyjnego wpływu kapitalistycznej modernizacji. Dlatego też Boko Haram, którą to nazwę można z grubsza i opisowo przełożyć jako „Zachodnia edukacja [zwłaszcza kobiet] jest zakazana”, postrzega siebie jako narzędzie walki z destrukcyjnym wpływem modernizacji, kiedy narzuca reguły hierarchii płci.

 

Pozostaje zagadką, dlaczego muzułmańscy ekstremiści, bez wątpienia narażeni na wyzysk, dominację i inne niszczące czy upokarzające aspekty kolonializmu, za cel obrali akurat to, co (przynajmniej dla nas) jest najlepszą częścią zachodniego dziedzictwa – nasz egalitaryzm i wolności osobiste? Możliwe jednak, że ich cel jest dobrany idealnie: tym, co czyni liberalny Zachód nieznośnym, jest nie tylko jego praktyka wyzysku i brutalnej dominacji, ale również, by dodać oliwy do ognia, to, że Zachód przebiera tę brutalną rzeczywistość w jej przeciwieństwo – wolność, równość i demokrację.

 

Reakcyjna obrona pewnego konkretnego stylu życia przez Mugabego ma swoje lustrzane odbicie w działaniach Viktora Orbana, prawicowego premiera Węgier. 3 września 2015 usprawiedliwiał on zamykanie granicy z Serbią jako akt obrony chrześcijańskiej Europy przed muzułmańską inwazją. Był to ten sam Orban, który w lipcu 2012 mówił o konieczności wybudowania w Europie Środkowej nowego systemu ekonomicznego:

 

Miejmy nadzieję, że z bożą pomocą nie będziemy musieli wynaleźć nowego rodzaju systemu politycznego w miejsce demokracji, który trzeba byłoby zastosować, by przetrwała nasza gospodarka… Współpraca to kwestia siły, nie woli. Być może są kraje, w których sprawy mają się inaczej, na przykład w Skandynawii, ale taki półazjatycki kocioł ludów jak nasz można zjednoczyć tylko za pomocą siły.

Ironiczny wymiar tych zdań nie uszedł uwadze starych węgierskich dysydentów: kiedy w 1956 Armia Radziecka ruszyła na Budapeszt, by zdławić antykomunistyczne powstanie, sygnał wysyłany na Zachód przez przywódców okupowanych Węgier brzmiał „Bronimy tu Europy!” (rzecz jasna przed azjatyckim komunizmem). Teraz, po upadku komunizmu, chrześcijańsko-konserwatywny rząd robi wroga z zachodniej, multikulturalnej, konsumenckiej liberalnej demokracji, za którą stoi współczesna Europa Zachodnia, i wzywa do nowego, bardziej naturalnego, wspólnotowego porządku, który zastąpiłby „burzliwą” liberalną demokrację ostatnich dwóch dekad. Orban już wyraził swoją sympatię do „kapitalizmu azjatyckich wartości”, jak chociażby Putinowska Rosji. Więc jeśli Europa dalej będzie naciskać na Orbana, łatwo można sobie wyobrazić, jak ten wysyła na Wschód sygnał: „Bronimy tu Azji!” (By dodać ironicznego smaczku – czyż współcześni Węgrzy, z rasistowsko zachodnioeuropejskiego punktu widzenia, nie są potomkami wczesnośredniowiecznych Hunów? – Attyla do dziś pozostaje na Węgrzech popularnym imieniem).

 

Czy istnieje sprzeczność między tymi dwoma Orbanami: Orbanem przyjacielem Putina, który ma żal do liberalno-demokratycznego Zachodu, i Orbanem – obrońcą chrześcijańskiej Europy? Otóż nie. Oba oblicza Orbana dowodzą – jeśli wciąż trzeba tego dowodzić – że głównym zagrożeniem dla Europy nie są muzułmańscy imigranci, tylko jej antyimigranccy, populistyczni obrońcy.

 

A zatem, być może Europa powinna pogodzić się z paradoksem swojej demokratycznej otwartości opartej na wykluczeniu: „nie ma wolności dla wrogów wolności” – jak to dawno temu wyraził Robespierre? Co do zasady, to oczywiście prawda, ale trzeba być w takim wypadku szczególnie ostrożnym. W pewnym sensie masowy morderca z Norwegii, Anders Breivik, słusznie wybrał swój cel: nie atakował obcokrajowców, ale tych członków własnej społeczności, którzy byli zbyt tolerancyjni wobec intruzów. To nie obcokrajowcy są bowiem problemem – jest nim nasza (europejska) tożsamość.

 

Choć obecny kryzys Unii Europejskiej wygląda na kryzys gospodarczy i finansowy, jest on w swoim podstawowym wymiarze kryzysem ideologiczno-politycznym. Porażka referendów dotyczących unijnej konstytucji dekadę temu dała wyraźny sygnał, że wyborcy odbierają Unię Europejską jako „technokratyczny” związek gospodarczy, pozbawiony jakiejkolwiek wizji zdolnej do zmobilizowania ludzi. Aż do niedawnej fali protestów od Grecji po Hiszpanię jedyną ideologią zdolną do zmobilizowania tu ludzi była obrona Europy przed imigrantami.

 

W drugim obiegu zgorzkniałych lewicowych radykałów krąży idea będąca łagodniejszym powtórzeniem zauroczenia terroryzmem w latach po maju 1968: chodzi o szalony pomysł, że tylko radykalna katastrofa (najlepiej ekologiczna) może obudzić masy i w ten sposób nadać nowy impet radykalnej emancypacji. Najnowsza wersja tej idei odnosi się do uchodźców: tylko napływ naprawdę dużej liczby uchodźców (i ich rozczarowanie tym, że Europa oczywiście nie będzie w stanie zaspokoić ich oczekiwań) może ożywić europejską radykalną lewicę.

 

Uważam tę teorię za nieprzyzwoitą: pomijając już, że taki rozwój wydarzeń ożywiłby tylko antyimigrancką agresję, prawdziwie szalony w tym projekcie jest pomysł wypełnienia luki po radykalnym proletariacie jego importem z zagranicy, by w rezultacie nasza rewolucja odbyła się dzięki rewolucyjnemu podmiotowi z importu.

 

W żaden sposób nie wynika z tego, rzecz jasna, że powinniśmy zadowolić się liberalnym reformizmem.

 

Wielu liberalnych lewicowców (jak choćby Habermas), którzy opłakują zachodzący na naszych oczach upadek Unii, idealizuje jej przeszłość: „demokratyczna” Unia, której stratę opłakują, nigdy nie istniała.

 

Niedawna polityka Unii, jak na przykład wymuszanie polityki cięć budżetowych na Grecji, to desperackie próby dopasowania Europy do nowego globalnego kapitalizmu. Typowa liberalno-lewicowa krytyka UE – Unia jest w porządku, tylko ten deficyt demokracji… – zdradza tę samą naiwność, którą przejawiali krytycy krajów postkomunistycznych: w gruncie rzeczy popierali je, problemem był tylko deficyt demokracji. W obydwu przypadkach „deficyt demokracji” był i jest konieczną częścią globalnej całości.

 

Jednak w tym przypadku jestem jeszcze bardziej sceptycznym pesymistą. Kiedy ostatnio odpowiadałem na pytania czytelników niemieckiego dziennika „Süddeutsche Zeitung”, dotyczące kryzysu uchodźczego, najwięcej uwagi przyciągały te dotyczące demokracji, ale z prawicowo-populistycznego punktu widzenia: „Gdy Angela Merkel wygłaszała swój słynny apel zapraszający do Niemiec setki tysięcy ludzi, jaką miała demokratyczną legitymację?”; „Jakim prawem tak radykalnie zmienia życie codzienne Niemców bez żadnej demokratycznej konsultacji?”. Nie chcę tu rzecz jasna popierać antyimigranckich populistów, chodzi mi raczej o wskazanie ograniczeń demokratycznej legitymizacji. To samo dotyczy również tych, którzy popierają radykalne otwarcie granic: czy są oni świadomi tego, że skoro nasze demokracje są demokracjami w ramach państw narodowych, a ich żądanie oznaczałoby de facto zawieszenie funkcjonowania państw narodowych – tym samym wymuszają gigantyczną zmianę w krajowym status quo bez demokratycznej konsultacji ze społeczeństwem? (Odpowiedzieliby oczywiście, że uchodźcom powinno się dać prawo głosu, ale taka odpowiedź nie może być zadowalająca, ponieważ byłoby to możliwe dopiero po tym, jak uchodźcy zostaną już włączeni do systemu politycznego.) Podobny problem wiąże się z apelami o transparentność unijnych decyzji: obawiam się, że skoro w wielu krajach większość społeczeństwa była przeciw redukowaniu greckiego długu, reprezentanci tych krajów przy upublicznieniu negocjacji w UE opowiadaliby się za jeszcze ostrzejszymi środkami w stosunku do Grecji.

 

Dochodzimy tym samym do starego problemu: co dzieje się z demokracją, jeśli większość skłania się do głosowania na rasistowskie i seksistowskie prawa? Nie bójmy się takiej oto konkluzji – nie powinniśmy a priori wiązać polityki emancypacyjnej z formalno-demokratycznymi procedurami legitymizacji. Ludzie często NIE wiedzą, czego chcą, nie chcą tego, o czym myślą, że chcą, albo chcą nie tego, czego chcieć powinni. Nie ma tu łatwych rozwiązań.

 

Bez wątpienia żyjemy w ciekawych czasach.

 

 

**

Przełożył Krzysztof Juruś.

Artykuł pierwotnie ukazał się 16 listopada 2015 na stronie In These Times

 

 

ŻiżekPo

 

**Dziennik Opinii nr 327/2015 (1111)

Reklamy