Kk, 16.11.2015

 

Beata Szydło: Postaram się wygłosić exposé jeszcze w tym tygodniu. Myślałam, że będzie zupełnie inne

kospa, 16.11.2015
Beata Szydło spotkała się dzisiaj z Ewą Kopacz, odebrała gratulacje. Zapowiedziała także expose

Beata Szydło spotkała się dzisiaj z Ewą Kopacz, odebrała gratulacje. Zapowiedziała także expose (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

– Od piątku sytuacja uległa zmianie i sprawy się przedefiniowały. Dzisiaj dla każdego obywatela w Polsce, na pewno dla nas, którzy bierzemy odpowiedzialność za sprawy polskiego państwa, najważniejsze jest bezpieczeństwo – mówiła w Polsat News Beata Szydło.
W Pałacu Prezydenckim odbyła się uroczystość zaprzysiężenia rządu Beaty Szydło. Nowa premier ma teraz dwa tygodnie na wygłoszenie exposé. Kiedy to się stanie?

– Chcę je wygłosić jak najszybciej. Uważam, że sytuacja w Polsce, ale przede wszystkim w Europie jest w tej chwili tak napięta, że dobrze by było, gdyby rząd miał już pełną legitymację do tego, żebyśmy mogli podejmować decyzje – zadeklarowała w Polsat News nowa premier. – Postaram się, żeby było jeszcze w tym tygodniu.

– Do piątku myślałam, że to będzie zupełnie inne exposé i kiedy się do niego przygotowywałam, kiedy rozmawiałam z moimi kolegami ministrami, kiedy przygotowywaliśmy materiał, to wyobrażaliśmy sobie, że główny nacisk to będzie rozmowa o gospodarce, o rozwoju, o tym, co jest rzeczywiście dla nas najważniejsze. O tym mówiliśmy też w kampanii wyborczej. Ale od piątku sytuacja uległa zmianie i sprawy się przedefiniowały. Dzisiaj dla każdego obywatela w Polsce, na pewno dla nas, którzy bierzemy odpowiedzialność za sprawy polskiego państwa, najważniejsze jest bezpieczeństwo – mówiła Szydło.

Pytana, czy Polacy mogą czuć się bezpieczni, odpowiedziała: – Zrobimy wszystko, żeby Polacy, polscy obywatele byli bezpieczni, żeby czuli się bezpieczni. To jest nasz obowiązek i główny cel.

Co konkretnie planuje nowy rząd? Szydło powiedziała, że czas na „zdecydowane decyzje”. – Jeżeli w tej chwili jest tak duże zaangażowanie i próba tych dyskusji na poziomie i ministrów, to znaczy, że w Europie budzi się pewna refleksja, że procedury, które są w tej chwili, nie są wystarczające – przekonywała.

– My w Polsce będziemy mogli powiedzieć, jaka jest sytuacja, co należy zrobić, w momencie gdy nasi ministrowie posiądą już pełną wiedzę – mówiła Szydło. Bo jak podkreśliła, w obecnej chwili nikt „nie jest w stanie powiedzieć, do czego tak naprawdę my się zobowiązaliśmy”.

– Trzeba się zastanowić, czy pojmowanie tej solidarności, próba narzucania takich rozwiązań poprzez – moim zdaniem – bezkrytyczne, bezrefleksyjne podejście do kwestii uchodźców okazało się dobrym i czy to jest ta solidarność, o którą nam chodzi – kontynuowała.

Zdaniem nowej premier to, co dzieje się obecnie we Francji, pokazuje, że „te rozwiązania narzucone przez polityków europejskich nie odpowiadają rzeczywistości”.

Czy przyjmiemy taką liczbę uchodźców, jaką zadeklarował poprzedni rząd? – Honorujemy te wszystkie zobowiązania, ale najważniejsze jest dla nas bezpieczeństwo naszych polskich obywateli. Jeżeli te zobowiązania będzie można zrealizować pod warunkiem bezpieczeństwa dla Polaków, to będziemy oczywiście je honorować. Ale nigdy nie zgodzimy się na to, żeby bezpieczeństwo Polaków było zagrożone – stwierdziła.

Co innego niż przyjęcie uchodźców można zaproponować UE? – To, o czym mówił m.in. pan premier Jarosław Kaczyński – pomoc finansowa, pomoc humanitarna, tam, gdzie są w tej chwili te największe zarzewia i największe problemy – mówiła Szydło.

Zobacz także

beataSzydłoPostaramSię

wyborcza.pl

„Drogie PiS, zachwialiśmy rządem PO, czekamy na zapłatę” – tak można zrozumieć nowy wywiad właściciela „Wprost”

Wydawca "Wprost" otwarcie mówi, że liczy na kontrakty reklamowe od państwowych spółek, kiedy zacznie w nich rządzić PiS.
Wydawca „Wprost” otwarcie mówi, że liczy na kontrakty reklamowe od państwowych spółek, kiedy zacznie w nich rządzić PiS. Fot. „Wprost”

Ponad rok temu tygodnik „Wprost” zawstydził wszystkich niepokornych i niezależnych publikując taśmy, które zachwiały rządem Donalda Tuska. Ale jako, że tylko zachwiały, a nie wywróciły, dla tygodnika przyszły trudne czasy. Teraz wydawca tytułu mówi, że „liczy na nową władzę”, jeśli chodzi o odbudowywanie portfela zamówień reklamowych.

Po prawej stronie trwa już przebierane nogami. Wydawcy „niepokornych” i „niezależnych” tytułów liczą, że nowa władza wynagrodzi im lata konsekwentnego wspierania PiS. Ale nikt nie mówi otwarcie, że czeka na zastrzyk gotówki z państwowych spółek.

Nikt poza Michałem Lisieckim, szefem i głównym udziałowcem Platformy Mediowej Point Group. Firma wydaje m.in. „Wprost” i ma udziały w spółce wydającej „Do Rzeczy”. Ale ostatnio biznes idzie słabo – w ciągu roku sprzedaż tytułu spadła aż o 36 proc. (sierpień 2014/sierpień 2015). W ślad za tym spadają wpływy wydawnictwa.

Ale Michał Lisiecki nie zrzuca marnych wyników na niższą sprzedaż, ale na… zemstę władzy. Przekonuje, że ustępująca ekipa rządząca wycofywała uzgodnione już kontrakty reklamowe. Jeśli rzeczywiście tak jest, należy takie praktyki potępić.

Ale na równie mocne potępienie zasługuje to, co Lisiecki mówi dalej. – Z optymizmem patrzę w przyszłość, tak polskiej gospodarki jak i sektora mediów. Szczególnie liczę na większe zainteresowanie obecnej władzy polskimi mediami – mówi wydawca „Wprost” wirtualnymmediom.pl.

Tłumacząc (nomen omen) wprost: „Drogi PiS-ie, prawie udało nam się obalić rząd PO, a na pewno przyczyniliśmy się do przegranej Platformy w wyborach. Czekamy na zapłatę”. Można się było spodziewać takiego nastawienia, ale zaskakujące jest, że Michał Lisiecki mówi o tym tak otwarcie.

drogiePiS

naTemat.pl

PiS przejmuje ministerstwa. Ziobro zapowiada kary dla sędziów i prokuratorów. Zalewska zaprasza Elbanowskich

kospa, 16.11.2015

Zbigniew Ziobro, Antoni Macierewicz, Anna Zalewska i Paweł Szałamacha - nowi ministrowie w rządzie Beaty Szydło

Zbigniew Ziobro, Antoni Macierewicz, Anna Zalewska i Paweł Szałamacha – nowi ministrowie w rządzie Beaty Szydło (Agencja Gazeta)

Nowi ministrowie udali się do swoich resortów. Zbigniew Ziobro zapowiedział zmianę ustawy o prokuraturze, kary dla sędziów i prokuratorów, wobec których „pojawią się wiarygodne dowody wskazujące na korupcję” oraz dla biegłych, którzy wydadzą fałszywą opinię. Antoni Macierewicz, mówił, że jednym z najważniejszych zadań państwa jest zapewnienie obywatelom bezpieczeństwa. Pierwszym gościem w Ministerstwie Edukacji Narodowej będą Karolina i Tomasz Elbanowscy.

Uroczystość powołania gabinetu Beaty Szydło rozpoczęła się w Pałacu Prezydenckim w południe. Andrzej Duda mówił o wielkich oczekiwaniach społecznych pokładanych w nowym rządzie. – Wierzę w to, że my to wielkie oczekiwanie zrealizujemy. Spokojnie, konsekwentnie, ale do celu. Do silnej Polski – mówił prezydent.

Szydło przekonywała, że jej rząd będzie pochylał się nad sprawą każdego obywatela, a myślą przewodnią jej gabinetu będą słowa Lecha Kaczyńskiego.

Później udała się do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, gdzie powitała ją ustępująca premier Ewa Kopacz. Panie uścisnęły sobie dłonie. Tam też odbyło się pierwsze posiedzenie nowego rządu. Następnie ministrowie rozjechali się już do swoich ministerstw.

Ziobro: Ani konsekwencji, ani odwagi na pewno nam nie zabraknie

Zbigniew Ziobro, który resort sprawiedliwości przejął po Borysie Budce, swojemu poprzednikowi „bardzo podziękował za to, że zechciał okazać tutaj swoją kurtuazję i przywitać go ponownie w progach Ministerstwa Sprawiedliwości”. Bo Ziobro szefował już resortowi, gdy ostatnio rządził PiS.

Swoje urzędowanie rozpoczął symbolicznie przed tablicą poświęconą Janowi Rodowiczowi „Anodzie”. – To miejsce powinno nam przypominać o tym, że wymiar sprawiedliwości, organa ścigania pozbawione wartości mogą zamienić się w swoje zaprzeczenie. W aparat siejący zło, zgorszenie, nienawiść i ludzką krzywdę, która właśnie ma swój wyraz w tej pamiątkowej tablicy – podkreślił.

– Chciałbym bardzo, aby polski wymiar sprawiedliwości kojarzył się przede wszystkim z tymi szlachetnymi wartościami, jak sprawiedliwość, uczciwość, bezstronność i obiektywizm. Będę robił wszystko, aby tak właśnie się stało. Będę realizował politykę rządu PiS i Zjednoczonej Prawicy, aby polskie sądy i prokuratura cieszyły się wyższym zaufaniem w odbiorze opinii publicznej – zapowiedział nowy minister. Podkreślił od razu, że „to jest ciężka, żmudna praca wymagająca konsekwencji, odwagi”. – Ani jednego, ani drugiego na pewno nam nie zabraknie – podkreślił.

– Oczywiście, będziemy również zmieniać ustawę o prokuraturze, bo do tego żeśmy się zobowiązywali. Chcemy, aby prokuratura w sposób skuteczny realizowała swoje zobowiązania wobec obywateli, dbając o bezpieczeństwo i praworządność – mówił. Już wcześniej PiS zapowiadał, że stanowiska prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości zostaną ponownie połączone. Tak było, gdy Ziobro był ministrem w poprzednim rządzie PiS.

Dzisiaj Ziobro zapowiedział też, że sędziowie i prokuratorzy, wobec których „pojawią się wiarygodne dowody wskazujące na korupcję”, będą trafiali do więzienia na co najmniej trzy lata. Ziobro przewidział również kary dla biegłych, którzy wydadzą fałszywą opinię (bo „przecież wiemy, że różnie bywa w meandrach polskiego wymiaru sprawiedliwości”): daleko idące konsekwencje karne i finansowe, zakaz wykonywania zawodu.

Macierewicz o odwadze i determinacji – miejmy nadzieję – bez przelewu krwi

Dużo bardziej spektakularnie wyglądało objęcie Ministerstwa Obrony przez Antoniego Macierewicza. Tu nowego ministra powitała kompania reprezentacyjna Wojska Polskiego, odegrana została też pieśń reprezentacyjna WP. Macierewicz i odchodzący szef MON Tomasz Siemoniak złożyli również wieniec przed tablicą upamiętniającą związane z wojskiem ofiary katastrofy smoleńskiej.

Wcześniej Macierewicz złożył kwiaty przed Grobem Nieznanego Żołnierza oraz Żołnierzy Poległych w Misjach i Operacjach Wojskowych Poza Granicami Państwa. Jak mówił, żołnierze ci są „wzorem poświęcenia swojego życia w walce o niepodległość”. – Wzorem, który z pewnością polska młodzież będzie naśladowała: w odwadze, w determinacji, miejmy nadzieję, że nie przelewając krwi – dodał.

Nowemu ministrowi towarzyszyli poseł PiS Bartosz Kownacki oraz Tomasz Szatkowski, którzy według medialnych doniesień mają zostać wiceszefami MON.

Z kolei Jarosław Gowin, którego jeszcze w kampanii wyborczej Szydło wskazywała jako kandydata na szefa MON, przejął dziś stanowisko szefa resortu nauki. – Będę się starał kontynuować wszystko to, co jest wartościowe – zapowiedział, zwracając się do dotychczasowej minister Leny Kolarskiej-Bobińskiej.

Elbanowscy, czyli pierwsi goście w nowym Ministerstwie Edukacji

Nowa szefowa Ministerstwa Edukacji Narodowej Anna Zalewska, którą powitała Joanna Kluzik-Rostkowska, zapowiedziała: – Nie ukrywamy, będziemy to robić w każdym ministerstwie i nie ma to nic wspólnego z personaliami, będziemy robić dosyć szczegółowe audyty finansowe i zadaniowe, przede wszystkim dotyczące funduszy europejskich, które kończą perspektywę 2007-13 oraz dotyczących następnej perspektywy.

Zalewska zdeklarowała, że jedną z pierwszych zmian, którymi się zajmie, będzie odejście od obowiązku szkolnego dla sześciolatków. Jej pierwszymi gośćmi z zewnątrz w resorcie będą twórcy ruchu „Ratuj maluchy” Karolina i Tomasz Elbanowscy. Z kolei pierwszym jej wiceministrem – posłanka PiS Teresa Wargocka.

Piotr Gliński przybył do Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego z bukietem kwiatów dla ustępującej Małgorzaty Omilanowskiej. Towarzyszył mu m.in. Jarosław Sellin. Ich spotkanie było jednak zamknięte dla dziennikarzy. Gliński pytany już po spotkaniu, w jakiej atmosferze przebiegło, odparł tylko: – Płynnie, kulturalnie. W Ministerstwie Kultury – zawsze kulturalnie.

Nowa ustawa budżetowa i nowe rozumienie ochrony zdrowia

O przywitaniu się i pożegnaniu „w sposób niezwykle sympatyczny i kulturalny” mówił również nowy szef resortu zdrowia Konstanty Radziwiłł. – Przyszedłem z krótką misją – chciałbym zamienić system ochrony zdrowia w służbę zdrowia – zapowiedział.

Nowy minister skarbu Dawid Jackiewicz, który stanowisko przejmował po Andrzeju Czerwińskim, zapowiedział: – Przede wszystkim musimy sobie poradzić z górnictwem, bo to dziś jest problem numer jeden.

Z kolei nowy minister finansów Paweł Szałamacha po spotkaniu z ustępującym Mateuszem Szczurkiem mówił, że trwają prace nad poprawką do ustawy budżetowej, która trafi do Sejmu w grudniu. Ma ona pozwolić „na zrealizowanie naszego priorytetu, którym jest ambitny plan prorodzinny”.

Zobacz także

rządyPiS1

wyborcza.pl

Niezależne sądy i prokuratorzy to wolność

Rozmawiał Grzegorz Szaro, 16.11.2015

Sąd

Sąd (Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta)

Obiektywizm każdego śledztwa musi zagwarantować państwo, a służby specjalne nie mogą być politycznie sterowane. Państwo nie może też mieć politycznego wpływu na nominacje sędziowskie, bo tylko przy dyspozycyjnych sądach są możliwe niesprawiedliwe wyroki o charakterze politycznym – mówi Romana Orlikowska-Wrońska, prawniczka, która broniła opozycjonistów w procesach politycznych w PRL.

Grzegorz Szaro: W latach 80. broniła pani osób prześladowanych przez komunę. Jest pani jednym z bohaterów wystawy w Europejskim Centrum Solidarności zatytułowanej: „Więźniowie polityczni i obrońcy”. Teraz też jest się czego bać? Mogą wrócić mroczne czasy?

Romana Orlikowska-Wrońska: Muszę zacząć od wyjaśnienia, czym są procesy polityczne. Z definicji toczą się one w państwach o ustroju totalitarnym, w których nie ma faktycznego podziału na władzę wykonawczą, ustawodawczą i sądowniczą. O procesy polityczne łatwo także w kraju, w którym władzy podlegają służby specjalne i prokuratura, gdy władza ma wpływ na sądy lub konkretnych sędziów. Do wydawania wyroku skazującego dochodzi na skutek współdziałania tych trzech organów. W procesie politycznym chodzi o wyeliminowanie osoby niewygodnej i zjednanie sobie przy okazji opinii publicznej. Władza pokazuje społeczeństwu: jesteśmy silnym państwem, które surowo karze i poradzi sobie z każdym, kto odważy się wychylić.

Takie procesy były na porządku dziennym w całym okresie PRL?

– Najgorsze oczywiście były czasy stalinowskie. Służby specjalne podlegały wtedy państwu całkowicie. Sądzili sędziowie wyjątkowo dyspozycyjni, często bez wykształcenia, wojskowi powiązani z NKWD. Były stosowane dekrety przewidujące bardzo surowe, drakońskie wręcz kary. Często ofiarami byli także prawnicy. Warto tutaj przytoczyć kilka nazwisk adwokatów, którzy w tamtym okresie byli oskarżani w procesach politycznych i wobec których zapadały bardzo surowe wyroki. Jednym z nich był Władysław Siła-Nowicki z Warszawy, członek zrzeszenia Wolność i Niepodległość, który został aresztowany w 1947 roku przez Sąd Wojskowy w Warszawie i sądzony w mundurze Werhmachtu jako rzekomy zdrajca współpracujący z faszystami, co było oczywiście wierutną bzdurą. Został skazany na śmierć, ale wyroku ostatecznie nie wykonano. Przesiedział jednak w celi aż siedem lat.

Mecenas Siła-Nowicki współpracował później z KOR, a po 1989 roku był sędzia Trybunału Konstytucyjnego. Poznała go pani?

– Miałam to szczęście jeszcze jako młoda prawniczka. Pamiętam, jak nas ostrzegał, żebyśmy nigdy nie porównywali procesów politycznych z lat 80. ub. wieku z takimi procesami z czasów stalinowskich, bo to były procesy nieporównywalne. Innym wielkim adwokatem, którego miałam szczęście poznać w latach 80., był Stanisław Mierzwa. W 1945 roku został skazany w tzw. procesie moskiewskim i był uwięziony na Łubiance, ale po roku przekazano go polskim władzom. Dostał siedem lat więzienia za rzekomy terroryzm, którym miało być sprzeciwianie się ówczesnej władzy komunistycznej. Kolejną osobą, która wywarła na mnie bardzo duży wpływ, był Władysław Bartoszewski, który także spędził wiele lat za kratami, bo był skazywany przez PRL-owskie sądy.

Po roku 1956 procesy polityczne miały znacznie mniej represyjny charakter?

– W tym czasie dochodziło również do wykorzystywania organów ścigania, prokuratorów i dyspozycyjnych sędziów do usuwania przeciwników politycznych. Były też polityczne procesy gospodarcze mające na celu obarczenie winą za braki na rynku konkretnych osób. W tzw. procesie mięsnym, który dobrze pamiętam, zapadł wyrok śmierci. Po roku 1970 sądzono organizatorów strajków, robotników, działaczy politycznych. Wydawano surowe wyroki.

Po wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 roku aż do 1989 roku masowo toczyły się śledztwa prowadzone przez służbę bezpieczeństwa i wielu upolitycznionych prokuratorów. Jak było z sędziami?

– Sędziowie przechodzili coś w rodzaju weryfikacji. W rezultacie zmuszonych do ustąpienia zostało dwoje sędziów z Gdańska: Anna Kurska i Janusz Ślężak. Bezpośrednio po wprowadzeniu stanu wojennego odmówili oni udziału w procesach politycznych. Po ustąpieniu zajęli się praca radcowską i przez lata współpracowali z opozycją. Poważniejsze sprawy polityczne przydzielano sędziom dyspozycyjnym. W Gdańsku było kilka nazwisk, których nie chcę wymieniać. Wydawali zawsze wcześniej uzgodnione z władzami wyroki skazujące.

Czym charakteryzowały się procesy polityczne z tamtego okresu?

– Przede wszystkim tym, że na ławach oskarżonych zasiadali niewinni ludzie sądzeni jak przestępcy. Pozorowano rzetelny proces karny, kiedy faktycznie to była fikcja: dopuszczano dowody, ale często fałszywe, odbierano od oskarżonych wyjaśnienia, ale tylko w takim zakresie, jaki pasował do wyroku skazującego, ograniczano dostęp do akt, fałszowano protokoły z rozpraw, ograniczano kontakty z adwokatami.

Rozprawy miały być jawne…

– Jak najbardziej. Dlatego pozorowano, że na sali jest publiczność, gdy rzeczywiście byli to często funkcjonariusze SB. W tamtych czasach więźniowie polityczni mieli jednak poparcie społeczeństwa i nie czuli się masowo potępiani. Ludzie nie wierzyli już w sfingowane dowody i przypisywane opozycjonistom przestępstwa. To miało ogromne znaczenie i na pewno wpływało na ich wielką determinację przed sądem.

Czy były w Polsce procesy polityczne po 1989 roku?

– Stricte politycznych już nie było, ale z elementami zdecydowanie podszytymi polityką. W latach 2005-08 [rządy PiS], trzeba to powiedzieć, były zdecydowanie śledztwa o charakterze politycznym, niektórzy prokuratorzy zachowywali się w taki sposób, jakiego żądała od nich władza. Szczególnie bulwersowały mnie nagonki na lekarzy. W ramach operacji, której nadano kryptonim „Mengele”, ofiarami byli kardiochirurg Mirosław Garlicki i neurochirurg Jan Podgórski. Obaj z Warszawy, obaj wybitni.

Służby specjalne doskonale wpisały się powszechną krytykę funkcjonowania służby zdrowia i postanowiły pokazać społeczeństwu, jak skutecznie walczą z rzekomą korupcją. Wyprowadzenie prof. Podgórskiego w kajdankach ze szpitala MSW uznałam za akt szczególnie drastyczny. Ratował ludziom życie, ale zamiast na sali operacyjnej znalazł się w areszcie. Na szczęście został potem uniewinniony.

Była też akcja specjalna pod kryptonimem „Temida”.

– Prowadzono ją przeciwko wybitnemu sędziemu Andrzejowi Hurasowi, prezesowi sądu w Katowicach. Służby specjalne działały w sposób niesłychanie agresywny i szkodliwy, a prokurator, mimo braku dowodów, domagał się skazania sędziego. Ostatecznie został on uniewinniony i w prawomocnym wyroku potępiono działania prokuratora. Niesłusznie aresztowany sędzia otrzymał potem pół miliona złotych odszkodowania od skarbu państwa. Wszyscy pamiętamy też, jak służby w kominiarkach napadły na prywatne mieszkanie św. pamięci posłanki Barbary Blidy. Ta pokazowa akcja zakończyła się jej wielkim dramatem.

Reprezentuje pani przed sądem prezydenta Sopotu Jacka Karnowskiego.

– I dzięki temu mam bezpośredni wgląd w to, jak może wyglądać współczesny proces, do którego miesza się władza. Pan Karnowski został oskarżony w ramach ścigania wyimaginowanych układów polityczno-biznesowych. Sprawa była jednocześnie prowokacją wymierzoną w ówczesnego premiera Donalda Tuska. Minister Zbigniew Ziobro złożył bowiem do prokuratury doniesienie o popełnieniu przez niego przestępstwa polegającego na niepoinformowaniu organów ścigania o rzekomym popełnieniu przestępstwa przez prezydenta Sopotu. To jest sprawa o ewidentnym wydźwięku politycznym.

Jeszcze się nie zakończyła. Karnowski został uniewinniony przez sąd pierwszej instancji, ale prokurator najprawdopodobniej wniesie apelację.

– Pikanterii tej sprawie nadaje to, że to ten sam prokurator z gdańskiej prokuratury apelacyjnej, który tak uparcie oskarżał pana Sędziego Hurasa. Podsumowując: w latach 2005-08 doszło do skrajnego upolitycznienia służb specjalnych, które bardzo chętnie demonstrowały swoją siłę, a niektórzy prokuratorzy stali się bardzo dyspozycyjni. Na szczęście sądy zachowały niezależność, niezawiśli sędziowie stali na straży sprawiedliwości. Choć czasem mieli z tego powodu kłopoty. Na przykład sędzia Igor Tuleya, który w sprawie profesora Garlickiego napiętnował metody stosowane przez CBA, poniósł konsekwencje, bo zlustrowano jego rodzinę, a na drzwiach jego domu wymalowywano obraźliwe napisy. Minister Ziobro osobiście złożył zaś wniosek o przeprowadzenie przeciwko temu sędziemu postępowania dyscyplinarnego. Nie można mieć wątpliwości, że wszystko to miało zastraszyć także innych sędziów.

Dziś też jest się czego bać?

– Zobaczymy. Obiektywizm każdego śledztwa musi zagwarantować państwo, a służby specjalne nie mogą być politycznie sterowane. Państwo nie może też mieć politycznego wpływu na nominacje sędziowskie, bo tylko przy dyspozycyjnych sądach są możliwe niesprawiedliwe wyroki o charakterze politycznym. Dlatego bardzo niepokoi mnie niedawna wypowiedź europosła Kazimierza Ujazdowskiego z PiS, który stwierdził: „Nie uzdrowimy sądownictwa bez zmiany konstytucyjnych przepisów”. Zaniepokoiła mnie też publiczna wypowiedź Beaty Szydło, która „ma nadzieję, że w procesie apelacyjnym sprawiedliwość będzie po stronie Mariusza Kamińskiego”. To ewidentny nacisk na sąd. Dlatego wszyscy ludzie o zdrowych zmysłach powinni obawiać się zmian w Konstytucji RP, które doprowadzą do sytuacji, że rząd i prezydent (niezależnie kto nim będzie) będą mieli wpływ na sędziów. Ich pozycja musi być bardzo silna i gwarantować im niezawisłość. To fundamenty demokratycznego państwa prawa, których trzeba strzec za wszelką cenę.

Romana Orlikowska-Wrońska w 1965 roku ukończyła studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. W 1972 zdała egzamin sędziowski, a w 1975 – egzamin adwokacki. Od tego czasu praktykuje w zawodzie adwokata w ramach zespołu adwokackiego i następnie kancelarii adwokackiej w Sopocie. W latach 1980-81 była prawnikiem w biurze interwencji przy komisji krajowej NSZZ „Solidarność”. Po wprowadzeniu stanu wojennego broniła prześladowanych. Była obrońcą w kilkudziesięciu procesach politycznych. Od 1989 roku jest związana z Amnesty International. W 2011 roku sejm wybrał ją na sędziego Trybunału Stanu.

Zobacz także

wyborcza.pl

 

Piotr Bączek szefem Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Musi więc wrócić sprawa martwej wiewiórki

Wojciech Czuchnowski, 16.11.2015

Piotr Bączek

Piotr Bączek (Fot. Sławomir Kamiński / AG)

Luty 2011 r. Wieczór. Piotr Bączek, szef klubu „Gazety Polskiej” w Warce, wraca po spotkaniu z posłami PiS ziemi radomskiej. Gdy zbliża się do furtki swojego domu, odkrywa, że na metalowych prętach wisi martwa wiewiórka.

Jak pisał zaraz po zdarzeniu portal Niezalezna.pl, wiewiórka była „przymocowana do furtki w sposób nienaturalny”, a „ułożenie ciała zwierzęcia jednoznacznie wskazuje, że ktoś celowo umieścił je między prętami”. Tytuł: „Ostrzeżenie dla Piotra Bączka”.

Piotr Bączek zgłasza sprawę policji, bo podejrzewa, że to może być akt polityczny, odwet za jego działalność u boku Antoniego Macierewicza w komisji weryfikacyjnej WSI, a potem w Służbie Kontrwywiadu Wojskowego. Ale w kraju zniewolonym przez PO wiadomo było, że policja sprawę umorzy z powodu niewykrycia sprawców.

I tak się stało.

Dzisiaj – jak podaje wspomniany portal – Bączek ma zostać szefem kontrwywiadu. Czy zatem nie należy wrócić do sprawy martwej wiewiórki? To pytanie retoryczne. Przecież za jej pomocą zastraszany był wysoki urzędnik państwowy odpowiedzialny dziś za jedną z kluczowych tajnych struktur państwa.

Odpowiednie służby powinny zbadać, kto i dlaczego umorzył śledztwo. We współpracy z Instytutem Pamięci Narodowej muszą zwłaszcza sprawdzić, czy szefowie policji w Warce nie wywodzą się jeszcze z czasów PRL lub przynajmniej z resortowych rodzin. To wiele wyjaśni. Konieczne będzie również przeprowadzenie ekshumacji wiewiórki. Nawet po latach eksperci są przecież w stanie stwierdzić, co było przyczyną śmierci zwierzęcia.

Jeżeli zwłoki zostały zutylizowane, konieczne będzie sprawdzenie, kto stał za tą decyzją, i niezwłoczne ukaranie winnych niszczenia dowodów.

Tej sprawy nie można tak zostawić.

Przed służbami ważny test. Oby zdały go zadowalająco.

Zobacz także

piotrBączek
wyborcza.pl

Mandelsztamowie: miłość w czasach nędzy i strachu. Muzy i ich artyści cz. 12

Sebastian Duda, 16.11.2015

Nadieżda Mandelsztam (1899-1980) z biegiem lat stała się bardzo religijną chrześcijanką (uważała m.in., że imię oznaczające po rosyjsku nadzieję otrzymała od Boga, aby nigdy nie pogrążyła się w rozpaczy).

Nadieżda Mandelsztam (1899-1980) z biegiem lat stała się bardzo religijną chrześcijanką (uważała m.in., że imię oznaczające po rosyjsku nadzieję otrzymała od Boga, aby nigdy nie pogrążyła się w rozpaczy). (Fot. GETTY IMAGES)

Na zesłaniu uczyła się wierszy męża na pamięć, wierząc, że jeśli go zabraknie, to kiedyś poda je do druku. Pamięć miała fenomenalną i po wielu latach odtworzyła nieznane wiersze Mandelsztama, ale w ZSRR nadal były one oficjalnie zakazane.

Wczesnym wieczorem w niedzielę 13 maja 1934 r. do moskiewskiego mieszkania Osipa i Nadieżdy Mandelsztamów zapukała Anna Achmatowa. Przybyła z Leningradu poetka zdziwiła się widokiem pewnego tłumacza próbującego niemrawo podtrzymywać nieklejącą się rozmowę i nabrała podejrzeń, że to szpicel.

Wizyta czekistów

Gospodarz, z którym znała się od ponad 20 lat – był przyjacielem jej pierwszego męża, rozstrzelanego w 1921 r. przez Czeka wybitnego poety Nikołaja Gumilowa – ucieszył się z przyjazdu Achmatowej. Tylko nie miał nic na kolację, więc poszedł szukać jedzenia do sąsiadów. Achmatowa zauważyła, że „tłumacz” zaczął nerwowo wodzić wzrokiem za wychodzącym gospodarzem, który po chwili wrócił z jajkiem na twardo w dłoni. Zaśmiał się, że przywita godnie poetessę z Leningradu jajem, solą i herbatą. Żona postawiła na kuchence imbryk i wtedy rozległo się gwałtowne pukanie do drzwi. Mandelsztam otworzył i do mieszkania wkroczyli ubrani w służbowo-cywilne płaszcze funkcjonariusze OGPU – służby bezpieczeństwa tropiącej kontrrewolucjonistów. Oniemiali z przerażenia gospodarze oraz Achmatowa przyglądali się czynnościom śledczych, natomiast „tłumacz” wyglądał na rozluźnionego.

Funkcjonariusze kilka godzin przeszukiwali dwupokojowe mieszkanko, wbrew przepisom przeglądali starannie wyselekcjonowane przez gospodarzy książki (powinni natychmiast rozciąć ich grzbiety, by sprawdzić, czy nie kryją się tam materiały szpiegowskie albo wroga propaganda). Kazali wskazać wszystkie rękopisy znajdujące się w domu i w bladym świetle żarówki próbowali je rozczytywać. Ze stosu manuskryptów jeden z czekistów wybierał niektóre kartki i układał je na krześle, najwyraźniej szukając jakiegoś tekstu. Wreszcie zwrócił się do Mandelsztama: „Pójdziecie z nami”. Na te słowa odezwała się Achmatowa: „Skoro tak, to niech przynajmniej pożywi się trochę”, i podała poecie jajko na twardo z solą. Mandelsztam rozbił skorupkę, zjadł jajko, a potem czekiści wzięli z krzesła kartki i wyprowadzili gospodarza. Wyszedł też z nimi narzucający się przez cały wieczór „tłumacz”.

Po chwili Achmatowa, której syn rok wcześniej został aresztowany, powiedziała: „Wydaje się, że nie jest do końca źle”. Jej zdaniem funkcjonariusze nie zachowywali się zbyt agresywnie, co stanowiło dobry znak, podobnie jak fakt, że obie kobiety nie zostały aresztowane. Pozwolili też Mandelsztamowi zjeść jajko, choć z pewnością regulamin tego zabraniał (mógł przecież chcieć popełnić samobójstwo, zażywając z jedzeniem truciznę), i nie wzięli wszystkich rękopisów. Panie postanowiły je czym prędzej poroznosić po znajomych, a Achmatowa poradziła pozostawić te, które czekiści rozrzucili na podłodze i przydeptali butami.

Gdy wróciły, upłynęło ledwie kilkanaście minut i znów rozległo się pukanie. Raz jeszcze wszedł dowodzący aresztowaniem Mandelsztama czekista i zobaczywszy na podłodze rozrzucone papiery, zaśmiał się. Potem dokończył przeszukanie zadowolony, że zebrał to, co niefrasobliwie pozostawił wcześniej. Podziękował kobietom za współpracę i wyszedł.

Ekscentryk i nimfomanka. Muzy i ich artyści cz. 11

Poeta i uwodziciel

Poznali się w 1919 r. w Kijowie. Nadieżda, która urodziła się w 1899 r. w rodzinie ochrzczonych Żydów, miała wtedy niespełna 20 lat. Jej ojciec Jakow Chazin był zamożnym prawnikiem, matka – Wiera Chazina – jako jedna z pierwszych kobiet w Rosji uzyskała prawo do wykonywania zawodu lekarza. Dziewczynka wraz z rodziną często wyjeżdżała na Zachód. W dzieciństwie i wczesnej młodości pomieszkiwała we Francji, Włoszech, w Niemczech i Szwecji, dwa lata spędziła w Szwajcarii, natomiast maturę zdała już w Kijowie i rozpoczęła studia prawnicze na tamtejszym uniwersytecie. Szybko je porzuciła i jesienią 1917 r. podjęła studia malarskie w pracowni znanej awangardzistki Aleksandry Ekster, dzięki której poznała wielu intrygujących artystów (m.in. Achmatową, malarza i poetę Dawida Burluka, przyjaciela Władimira Majakowskiego).

Od początku 1919 r. panna Chazina prawie co wieczór bywała w słynnym w Kijowie klubie artystycznym CHŁAM (skrót od słów: chudożniki, literatory, artisty, muzykanty, czyli malarze, literaci, artyści, muzycy). Zwykle nie wdawała się w artystyczne dyskusje, ale swymi rzadkimi wypowiedziami zdobyła szacunek bywalców klubu, którzy uważali ją za erudytkę i znawczynię Szekspira.

1 maja 1919 r. do CHŁAM-u zawitał Mandelsztam, uznany już poeta. Urodził się w 1891 r. w Warszawie w rodzinie żydowskiego kupca Emiliana Mandelsztama, który handlował galanterią skórzaną; matka uczyła muzyki. Po kilku latach wraz z rodziną przeniósł się do Petersburga, a kiedy miał 18 lat, podjął studia w Paryżu. Później przez kilka lat, do 1910 r., studiował literaturę francuską w Heidelbergu. Po powrocie nad Newę zapisał się na filozofię na Uniwersytecie Petersburskim – uczęszczał na zajęcia od 1911 do 1917 r., ale studiów tych nie ukończył. Pochłonęła go poezja, a uznanie przyniósł wydany w 1913 r. tom „Kamień”. W tym samym roku napisał manifest poetycki „Świt akmeizmu”. Akmeizm (od greckiego słowa akme, czyli szczyt) był nazwą nowego ruchu poetyckiego w Rosji. Jego przedstawiciele (oprócz Mandelsztama m.in. Nikołaj Gumilow i Anna Achmatowa) głosili odejście od wieloznaczności symbolistów na rzecz języka prostego, mocno osadzonego w konkrecie rzeczywistości. Ale przeciwstawiając się awangardzie, chcieli się również opierać na tradycji, cenili poezję klasyczną i dobre rzemiosło.

Panna Chazina znała wiersze Mandelsztama, nim ten trafił do CHŁAM-u. Ciekawił ją, przyjaciele mówili o nim, że jest wesołym kompanem, ale jakoś nie chcieli jej z nim poznać. Może wiedzieli, że poeta ciężko zniósł rozstanie z pomieszkującą w Petersburgu gruzińską księżniczką Sołomiją Andronikową. W kręgach literackich mówiło się też o jego związku z Achmatową (czemu poetka później wielokrotnie zaprzeczała). Tak czy owak uchodził za uwodziciela, któremu łatwo poddają się kobiety. Po latach Mandelsztamowa wspominała, że w CHŁAM-ie zapoznała ich pewna prostytutka, która zauważyła pewnie, że kiedy poeta recytował swe wiersze, nie mógł oderwać wzroku od panny Chaziny.

W liście z 1963 r. do polskiego literaturoznawcy Ryszarda Przybylskiego Mandelsztamowa pisała: Zgodnie z ówczesną modą zupełnie nie rozumiałam, co to znaczy być żoną, i godziłam się bez żadnych warunków zostać jego kochanką. Lat miałam wówczas dziewiętnaście i nie wiadomo dlaczego długo jeszcze obrażałam się, kiedy mnie nazywano żoną, oczywiście żadnego ślubu nie było. Pobrali się w 1921 lub w 1922 r., kiedy okazało się, że w myśl nowo wprowadzonych przepisów komunikacyjnych pary niebędące małżeństwem nie mogły wspólnie podróżować w wagonach sypialnych pociągów, a bilety kupowano z wyprzedzeniem. Początkowo mieszkali razem w Kijowie, ale kiedy postanowili się przenieść do Piotrogrodu, usłyszeli, że bez certyfikatu małżeństwa wspólna podróż nie wchodzi w grę. I czym prędzej poszli do urzędu stanu cywilnego.

Trójkąt artystyczno-rewolucyjny. Muzy i ich artyści cz. 10

Żona i kochanki

Zawarcie ślubu nie znaczyło, że Mandelsztam zamierzał dochować wierności, uważał, że miejsce żony jest w kuchni, i nie był w tym odosobniony. Anna Achmatowa opowiadała po latach, że dopóki żyli ich mężowie, łaskawie pozwalali żonom na czyszczenie śledzi, ale intelektualnej i estetycznej rozrywki miały dostarczać kochanki. Mandelsztamowa wiedziała o przelotnych romansach męża, a i jej samej – jak wspomniała u schyłku życia – zdarzało się go zdradzać. Ale gdy w 1924 r. poeta nawiązał płomienny romans z Olgą Waksel, znajomą z leningradzkiej wytwórni filmowej, coś się w niej złamało. W pewnym momencie mąż przyprowadził kochankę do wynajmowanego z żoną pokoju i oświadczył, że odtąd będą mieszkać razem. Nie chcąc dręczyć Mandelsztamowej, Waksel wyprowadzała się kilkakrotnie z mieszkania, ale poecie udawało się sprowadzać ją na nowo. Nie przejmował się ani plotkami, ani udręką żony, która w trakcie tych kilku miesięcy wspólnego pomieszkiwania chyba jedyny raz w życiu rozważała rozwód. Ostatecznie panna Waksel uwiodła norweskiego konsula i wyjechała z nim do Oslo, a tam popełniła samobójstwo w 1932 r.

Niedługo po zakończeniu tego romansu Mandelsztamowie wyjechali do Moskwy, gdzie raczej biedowali . W 1933 r. Osip mocno się zakochał w poetce i tłumaczce Marii Pietrowych i poświęcił jej wiersz „O mistrzyni spojrzeń pełnych winy…”, który Achmatowa uznała za najlepszy liryk miłosny XX w.

Najsłynniejsza para epoki jazzu. Muzy i ich artyści cz. 9

Cień górala kremlowskiego straszy

Mandelsztamowi nie bardzo było po drodze z wymaganiami nowej epoki bolszewickiej, a wraz z utrwalaniem się władzy Stalina pętla na szyi poety coraz bardziej się zacieśniała. Wydawnictwa odmawiały mu publikacji wierszy (ostatni tom ukazał się w 1928 r.), więc zajął się eseistyką i prozą, porzucając na jakiś czas poezję. Prace literackie starczały na nędzne utrzymanie, a kiedy wrócił do poezji, wiersze mógł przedstawiać tylko w kręgu przyjaciół. Na jednym z takich spotkań, w listopadzie 1933 r., lekkomyślnie wyrecytował utwór, za który niebawem przyszło mu słono zapłacić:

Żyjemy tu, nie czując pod stopami ziemi,
Nie słychać i na dziesięć kroków, co szepczemy,
A w półsłówkach, półrozmówkach naszych
Cień górala kremlowskiego straszy.
Palce tłuste jak czerwie, w grubą pięść układa,
Słowo mu z ust pudowym ciężarem upada.
Śmieją się karalusze wąsiska
I cholewa jak słońce rozbłyska.
Wokół niego hałastra cienkoszyich wodzów:
Bawi go tych usłużnych półludzików mozół.
Jeden łka, drugi czka, trzeci skrzeczy,
A on sam szturcha ich i złorzeczy.
I ukaz za ukazem kuje jak podkowę –
Temu w pysk, temu w kark, temu w brzuch, temu w głowę.
Miodem kapie każda nowa śmierć
Na szeroką osetyńską pierś.Zebrani u Mandelsztamów nie mieli wątpliwości, o kim mowa – gdy po pół roku poeta został aresztowany, żona szybko się dowiedziała, że to właśnie z powodu tego wiersza. Zwróciła się o pomoc do starego znajomego Nikołaja Bucharina, niegdyś jednego z najbliższych współpracowników Lenina, a teraz będącego już w niełasce Stalina, ale jeszcze pełniącego funkcję redaktora naczelnego dziennika „Izwiestia”. Bucharin zadzwonił do Gienricha Jagody, szefa bezpieki, który z pamięci wyrecytował mu wiersz o kremlowskim góralu z karaluszymi wąsiskami. Zrozumiał, że w sprawie Mandelsztama pomoc nie wchodzi w grę.

Rosyjska bogdanka. Muzy i ich artyści cz. 8

Zesłani do Czerdynia

Podczas przesłuchania Mandelsztam wydeklamował wiersz o Stalinie, ale śledczy już go znali, a wszystko wskazuje na to, że denuncjatorką była Maria Pietrowych. Poeta przyznał się do winy i sądząc, że aresztowano zarówno jego żonę, jak i Achmatową oraz Pietrowych, wyraził nadzieję, że pojadą na zesłanie we czwórkę. Słysząc to, śledczy uznali go za obłąkanego. Podczas widzenia z mężem Mandelsztamową przeraził jego straszny stan psychiczny i fizyczny, ale usłyszała, że będzie mogła z nim pojechać na zesłanie. Był to wyjątkowy przypadek potraktowania więźnia, który ośmielił się zakpić ze Stalina – zwykle tacy ludzie szli od razu pod mur. Tym razem jednak stało się inaczej.

Wiadomo, że do Borysa Pasternaka zadzwonił pewnego dnia Stalin i zapytał, dlaczego będąc przyjacielem niesłusznie aresztowanego poety, nie interweniuje w jego sprawie w organizacjach literackich. Jak pisze biograf Mandelsztamowej Radosław Romaniuk: Istnieją dwie wersje tej rozmowy . W pierwszej Pasternak zachowuje się odważnie, wyjaśniając Stalinowi, że rządzi niesprawiedliwym krajem, w którym organizacje literackie nie przyjmują tak ważnych spraw jak polityczne aresztowanie wybitnego poety (…). W drugiej wersji rozmowy Pasternak wypiera się jakichkolwiek związków z podejrzanym, pozwalając Stalinowi oddać się szlachetnemu zgorszeniu. W obu wersjach, wyrecytowawszy swe pouczenie, przywódca odkłada słuchawkę.

Mandelsztam został zesłany do Czerdynia w okręgu permskim, jednak tak źle znosił karę, że próbował popełnić samobójstwo. Wyskoczył przez okno, ale skończyło się na złamaniu barku. Straszliwe doświadczenia zespoiły małżonków. Ona uznała, że musi stać na straży życia i twórczości męża, więc zaczęła się uczyć jego wierszy na pamięć, wierząc, że kiedyś poda je do druku, gdyby go zabrakło. W wyniku interwencji moskiewskich znajomych (przede wszystkim Bucharina) po próbie samobójczej wyrok złagodzono i Mandelsztamowie mogli się przenieść do Woroneża, gdzie powstały słynne wiersze, które po latach Nadieżda oddała do publikacji jako „Zeszyty woroneskie”.

Uczennica mistrza Rodina. Muzy i ich artyści cz. 7

Jeżow rozstrzyga problem

Po trzech latach wyrok dobiegł końca i w 1937 r. wrócili do Moskwy. W mieszkaniu zastali nowego lokatora, ale ponieważ odmówiono im meldunku w stolicy z powodu „karalności” Mandelsztama, i tak musieli zamieszkać na podmoskiewskiej prowincji. Poeta ciągle jeździł do stolicy odwiedzać znajomych, a żona, bojąc się o jego zdrowie (miał już wtedy stałe ataki dusznicy), cały czas mu towarzyszyła. Tymczasem w ZSRR zaczęła się Wielka Czystka.

Wizyty Mandelsztamów w Moskwie zirytowały Władimira Stawskiego, sekretarza Związku Pisarzy ZSRR, który napisał donos do szefa NKWD Nikołaja Jeżowa:

Szanowny Nikołaju Iwanowiczu! W pewnej części środowiska literackiego problem Osipa Mandelsztama powoduje nerwową atmo-sferę. Jak wiadomo, przed trzema czy czterema laty Osip Mandelsztam był za swoje nieprzyzwoite oszczercze wiersze i antyradziecką agitację zesłany do Woroneża. Czas jego zsyłki już upłynął. Obecnie wraz z żoną mieszka pod Moskwą (…). W efekcie często odwiedza swoich przyjaciół w Moskwie, po większej części pisarzy. Jest przez nich popierany, zbierają dla niego pieniądze, robią z niego „męczennika”, zapoznanego geniusza poetyckiego. (…) Problem (…) sprowadza się nie tylko i nie tyle do niego, autora nieprzyzwoitych, oszczerczych wobec kierownictwa partii i całego ludu radzieckiego wierszy. Problem tkwi w postawie wobec niego grupy znanych pisarzy radzieckich. Toteż zwracam się do Was, Nikołaju Iwanowiczu, z prośbą o pomoc. (…) Proszę o przyjście nam z pomocą i rozstrzygnięcie problemu Osipa Mandelsztama. Z komunistycznym pozdrowieniem – W. Stawski (tł. Józef Waczków).

„Problem” został rozwiązany bardzo szybko. W celu „podreperowania zdrowia” poety Mandelsztamów zaproszono do „sanatorium” w Samatysze, 120 km od Moskwy. Tam 1 maja 1938 r. NKWD aresztowało Mandelsztama, we wrześniu dostał pięć lat „obozu poprawczego” i został wysłany w okolice Władywostoku. Trafił do obozu przejściowego w miejscowości Wtoraja Rieczka. W grudniu zdołał wysłać jeszcze prośbę do Nadieżdy o ciepłe ubrania.

List bez adresu

Mandelsztamowa, uciekłszy z Samatychy, ukrywała się w różnych miejscach. Jesienią 1938 r. napisała do męża przejmujący list, którego nie wysłała, bo nie znała adresu, ale po 30 latach odnalazła zaklejoną kopertę w przechowywanym sekretnie archiwum poety.

Osia, mój najbliższy, daleki przyjacielu! Kochany, brak mi słów dla tego listu, którego być może nigdy nie przeczytasz. Piszę go w próżnię. Może wrócisz, a mnie już nie będzie. Wtedy będzie on ostatnią pamiątką. Osiusza – nasze dziecięce wspólne życie – jakież to było szczęście. Nasze kłótnie, wymyślania, nasze zabawy i nasza miłość. (…) Czy pamiętasz, jak wyprawialiśmy nędzarskie uczty w naszych ubogich wędrownych domach-kibitkach? Pamiętasz, jak smakuje chleb, kiedy wydaje się cudem i kiedy się go je we dwoje? (…) Błogosławię każdy dzień i godzinę naszego gorzkiego życia, mój przyjacielu, mój towarzyszu podróży, mój ślepy przewodniku… (…) Życie jest długie. Jak długo i trudno ginąć samemu, samej. Czy właśnie nam, nierozłącznym, pisany jest ten los? Czy my: szczenięta, dzieci; czy ty: anioł – zasłużyliśmy na niego? (…) Przychodziłeś do mnie każdej nocy we śnie i pytałam, co się stało, a tyś mi nie odpowiadał. Ostatni sen: kupuję jedzenie w brudnym bufecie jakiegoś nędznego hoteliku. Wokół zupełnie obcy ludzie. Nagle zrozumiałam, że nie wiem, gdzie zanieść całe to dobro, bo nie wiem, gdzie jesteś. Kiedy się obudziłam, powiedziałam (…): Osia umarł. Nie wiem, czy żyjesz, ale od tego dnia straciłam twój ślad. Nie wiem, gdzie jesteś. Czy mnie usłyszysz, czy wiesz, jak kocham? Nie zdążyłam powiedzieć Ci, jak kocham. Nie potrafię tego wyrazić nawet teraz. Powtarzam tylko: ciebie, ciebie… Zawsze jesteś przy mnie i ja – dzika i zła, która nigdy nie umiała zwyczajnie zapłakać – ja płaczę, płaczę, płaczę. To ja – Nadia. Gdzie jesteś? Żegnaj (tł. Radosław Romaniuk).

Osip Mandelsztam zmarł w łagrze przejściowym Wtoraja Rieczka pod Władywostokiem 27 grudnia 1938 r. Jako oficjalną przyczynę zgonu podano niewydolność serca. Nadieżda wysłała paczkę do męża 2 stycznia następnego roku. Nigdy nie trafiła do adresata. Odtąd wdowa ukrywała się w różnych prowincjonalnych miastach. Próbowała uzyskać stopień naukowy jako anglistka, ale do lat 50. wszystkie jej starania w tej sprawie spełzały na niczym. Do Moskwy pozwolono jej wrócić w 1963 r. Dostała od państwa klitkę, w której składali jej wizyty miłośnicy poezji Mandelsztama oraz szpicle, ale tych umiała świetnie odróżniać. Dzięki fenomenalnej pamięci podała do druku nieznane wiersze męża, których wyuczyła się dziesiątki lat wcześniej. W ZSRR były one zakazane, wydawano je jednak w samizdacie oraz na Zachodzie. Zmarła w Moskwie 29 grudnia 1980 r.

Korzystałem m.in. z książek: Radosława Romaniuka „One. Kobiety, które kochały pisarzy”, Warszawa 2014; Nadieżdy Mandelsztam „Mozart i Salieri oraz inne szkice i listy”, wybór, przekład i komentarz Ryszarda Przybylskiego, Warszawa 2000; „Nadzieja w beznadziei”, tł. Andrzej Drawicz, Warszawa 1997

Wideo „Ale Historia” to najciekawsze fakty, ciekawostki i intrygujące smaczki minionych wieków i lat. To opowieść o naszych przodkach, a więc i o nas samych, która pozwala lepiej zrozumieć świat, jego kulturę i naszą własną mentalność. Zafascynuj się przeszłością, by lepiej zrozumieć teraźniejszość!

W ”Ale Historia” czytaj też:

Miłość w czasach nędzy i strachu
Na zesłaniu uczyła się wierszy męża na pamięć, wierząc, że jeśli go zabraknie, to kiedyś poda je do druku. Pamięć miała fenomenalną i po wielu latach odtworzyła nieznane wiersze Mandelsztama, ale w ZSRR nadal były one oficjalnie zakazane

Szkiełko i oko
Jeśli wiele wynalazków powstawało w trudzie i znoju, to w przypadku soczewki kontaktowej doszły jeszcze ból i łzy, ponieważ wielu jej współtwórców swoje pomysły sprawdzało na własnych oczach. Cud, że żaden z nich nie oślepł podczas tych eksperymentów

Udzielamy wybaczenia i prosimy o nie
Wysłany pół wieku temu list do biskupów niemieckich władze komunistyczne uznały za zdradę narodową. Tekst orędzia podpisało 36 biskupów polskich, ale autor był jeden: metropolita wrocławski Bolesław Kominek

Wielka depresja cz. 3. Kozioł ofiarny
W 1932 r. Wielki Kryzys sięgnął dna, a ponieważ był to także rok wyborczy, politycy szukali kozłów ofiarnych, na których można było zrzucić winę za Wielką Depresję. Samuel Insull jak mało kto nadawał się do tej roli

Film, który podobał się Antonioniemu
Wielkie, genialne dzieło. Antysemicki film, tylko takiego mogliśmy sobie życzyć. Cieszę się – zapisał w swym dzienniku Joseph Goebbels pod datą 18 sierpnia 1940 r. W hitlerowskich Niemczech obraz Veita Harlana obejrzało ponad 20 mln widzów, a po wojnie za ten film reżyser odpowiadał przed sądem

Latający cyrk króla futbolu
Pelé nie miał jeszcze 20 lat, gdy został najbogatszym sportowcem świata. Zarabiał krocie, choć nie podpisał kontraktu z żadnym wielkim klubem europejskim ani z koncernem produkującym sprzęt sportowy. Wystarczyło, że jeździł z Santosem po świecie i grał w meczach pokazowych

 

Wyborcza.pl

J. Kaczyński podziękował biskupowi za wyrazy poparcia

Jacek Gądek Dziennikarz Onetu
16.11.2015

Bp Wiesław Mering wysłał prywatny list do prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego – w kilka dni po zwycięstwie tej formacji w wyborach parlamentarnych. Prezes odpisał, a kuria upubliczniła odpowiedź, w której Jarosław Kaczyński podziękował biskupowi za „wyrazy poparcia”.

 

Jarosław Kaczyński

Foto: Agencja Gazeta Jarosław Kaczyński

List gratulacyjny od biskupa włocławskiego był prywatny. – Niestety nie posiadamy kopii listu księdza biskupa do pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego, ponieważ ksiądz biskup prywatnie i własnoręcznie napisał list i go wysłał – stwierdza ks. Wojciech Morzycki, sekretarz biskupa włocławskiego Wiesława Meringa.

Ale już odpowiedź została opublikowana na stronach diecezji. – Ekscelencjo, najczcigodniejszy księże biskupie, bardzo dziękuję za gratulacje i wyrazy poparcia, które otrzymałem od księdza biskupa po ogłoszeniu wyników wyborów parlamentarnych – stwierdził na wstępie prezes Prawa i Sprawiedliwości.

Jarosław Kaczyński w odpowiedzi dodał, że „w czasie radości i nadziei, którym towarzyszy świadomość czekających nas przeciwieństw, słowa waszej ekscelencji dodają siły i otuchy”. – Będę wdzięczny za modlitwę w intencji ludzi, którzy zobowiązali się dokonać dobrej zmiany w naszej ojczyźnie. Pozostaję ze szczerymi wyrazami wdzięczności i oddania. Proszę przyjąć wyrazy najwyższego szacunku – czytamy w piśmie od prezesa PiS.

Bp Mering znany jest z zaangażowania w sprawy publiczne. Wspierał – wraz z kilkoma innymi hierarchami – organizowany przez PiS Marsz w Obronie Demokracji i Wolności Mediów” z 13 grudnia 2014 r. Jednak po tym jak krytyczne stanowisko wobec zaangażowania duchownych w marsz zajął nuncjusz apostolski w Polsce abp Celestino Migliore, biskupi wycofali się z komitetu honorowego.

kaczyńskiDziękuje

Onet.pl

Reklamy

%d blogerów lubi to: