Duda 2, 18.11.2015

 

Czy prezydent złamał konstytucję? Prawnicy podzieleni

Ewa Siedlecka, 18.11.2015
Andrzej Duda

Andrzej Duda (Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta)

Zdaniem prof. Leszka Kubickiego, karnisty i b. ministra sprawiedliwości, prezydent złamał konstytucję, a konkretnie zasadę trójpodziału władzy, z której wynika zakaz ingerencji władzy wykonawczej we władzę sądowniczą, zasadę, że osobę uważa się za niewinną do prawomocnego orzeczenia o winie i nakaz działania w granicach prawa. Innego zdania jest konstytucjonalista dr Ryszard Piotrowski.
– Konstytucja określa kompetencję prezydenta, jaką jest prawo łaski. Natomiast sposób wykonywania tego prawa opisany jest w kodeksie postępowania karnego. Z kpk wyraźnie wynika, że ułaskawić można tylko osobę skazaną prawomocnie – mówi prof. Kubicki.

Zwraca uwagę, że prezydent pominął tę procedurę, nie zwrócił się do sądu o akta sprawy. Jego zdaniem akt prezydenta wobec Kamińskiego nie wywołuje żadnych skutków prawnych, bo nie ma aktu, czyli wyroku sądu, którego mógłby dotyczyć.

– Akt łaski nie może dotyczyć orzeczenia o uznaniu za winnego, a jedynie orzeczenia o karze – jej rodzaju, wysokości, i zatarcia skazania. Tu nie mamy jeszcze ani kary, ani umieszczenia w rejestrze skazanych. Prezydent naruszył wszelkie procedury, a przecież składał przysięgę na wierność konstytucji i ustawom. To delikt konstytucyjny, za który ponosi się odpowiedzialność przed Trybunałem Stanu – dodaje prof. Kubicki. I zauważa, że ten Sejm, wbrew przepisom, nie powołał jeszcze Trybunału Stanu, do czego jest zobligowany już na pierwszym posiedzeniu.

Piotrowski: Sąd musi dokończyć sprawę

Innego zdania jest konstytucjonalista dr Ryszard Piotrowski. Uważa, że prezydent nie naruszył konstytucji, ponieważ jeśli chodzi o akt łaski, są dwa tryby: zwykły, opisany w kodeksie postępowania karnego, i opisany w konstytucji akt zależny jedynie od woli prezydenta.

Ta konstytucyjna prerogatywa prezydenta nie zawiera ograniczenia, że wolno ułaskawić tylko osobę prawomocnie skazaną. – To ustawę należy czytać w zgodzie z konstytucja, a nie odwrotnie – podkreśla.

Jednak ułaskawienie nie wstrzymuje, jego zdaniem, osądzenia sprawy w drugiej instancji.

– Sąd powinien dokończyć orzekanie w tej sprawie. Trzeba pogodzić prawo do sądu z prerogatywą prezydenta. Prezydencki akt łaski nie dotyczy winy, a jedynie uniemożliwia wykonanie kary. Zaś zadaniem sądu jest nie tylko ukaranie, ale przede wszystkim ustalenie prawdy. Sąd może orzec o winie lub niewinności pana Kamińskiego. I powinien to zrobić, by inni funkcjonariusze na przyszłość wiedzieli, czy określone zachowania są, czy nie są złamaniem prawa – dodaje dr Piotrowski.

Zobacz także

dudaZłamałKonstytucję

wyborcza.pl

Ułaskawienie nieskazanego Mariusza Kamińskiego a konstytucja

 

Prezydencki minister, informując o ułaskawieniu Mariusza Kamińskiego, który został jedynie nieprawomocnie skazany za przestępstwo związane z działalnością CBA, powołał się na pogląd komentatorów Konstytucji, wskazujący, że Prezydent może zastosować prawo łaski wobec osoby, która nie została prawomocnie skazana.

 

Rzeczywiście, komentatorzy w większości pogląd taki wyrazili (choć nie wszyscy, np. prof. Winczorek wskazywał, że prawo łaski może być stosowne wobec osoby prawomocnie ukaranej), acz zapewne bez głębszej refleksji, zakładając prawdopodobnie, że żaden prezydent nie będzie nawet rozważał zastosowania prawa łaski przed prawomocnym wyrokiem. Czyniąc to dawałby bowiem dowód lekceważenia zasady trójpodziału władzy i deklarował z góry brak zaufania do władzy sądowniczej. Cóż, są rzeczy na niebie i ziemi…

Nawet pobieżna analiza skąpej regulacji konstytucyjnej dot. „prawa łaski” pozwala jednak na stwierdzenie, że pogląd o dopuszczalności ułaskawienia osoby skazanej nieprawomocnie (a zatem, w świetle prawa nie skazanej w ogóle) jest równie powszechny, co chybiony.

Art. 139 Konstytucji RP stanowi, że „Prezydent Rzeczypospolitej stosuje prawo łaski. Prawa łaski nie stosuje się do osób skazanych przez Trybunał Stanu.”

Konstytucja nie definiuje więc, czym jest „prawo łaski”, a zatem – według ogólnych reguł wykładni – odwołać się trzeba do znaczenia tego terminu w języku naturalnym. W języku potocznym „łaska” oznacza „darowanie lub złagodzenie kary” (Słownik Języka Polskiego PWN, pod red. W. Doroszewskiego). Zatem „prawo łaski”, o którym mówi art. 139 Konstytucji to darowanie komuś negatywnych konsekwencji (sankcji), które wiążą się ze skazaniem za czyn zabroniony (czyli kary i innych skutków bycia karanym).

Tymczasem, z punktu widzenia karalności, czyli zastosowania wobec danej osoby sankcji za przestępstwo, nie ma różnicy pomiędzy kimś przeciwko komuś nie toczy się postępowanie karne, a kimś nieprawomocnie skazanym za przestępstwo. Ba, w aspekcie karalności nie ma nawet różnicy pomiędzy kimś, kto przestępstwo popełnił i takim, który tego nie uczynił.

Osoba nieprawomocnie skazana nie podlega zatem żadnej sankcji, którą można by jej w ramach „prawa łaski” darować lub złagodzić.

Zatem w przypadku osoby, która nie została prawomocnie skazana „prawo łaski” mogłoby działać wyłącznie „na przyszłość” (pro futuro). Nie byłoby jednak wówczas „prawem łaski” (czyli unicestwieniem sankcji za przestępstwo), ale zakazem zastosowania takiej sankcji w przyszłości, a więc immunitetem. Otwarte pozostawałoby pytanie, czy byłby to immunitet formalny, czyli uniemożliwiający skazanie za czyn zabroniony popełniony w określonych okolicznościach, czy też immunitet materialny, czyli uniemożliwiający jej sądzenie i skazanie za dany czyn. Dla niniejszych rozważań jest to jednak bez znaczenia.

Konstytucja nie daje bowiem prezydentowi prawa do przyznawania wybranym osobom żadnych immunitetów, ani formalnych, ani materialnych (choć sama takowe ustanawia), a jedynie uprawnienie do stosowania „prawa łaski”.

Ponadto, gdyby uznać, że prezydent dysponuje prawem łaski jeszcze przed skazaniem, to argumentując ad absurdum trzeba również przyjąć, że może on ułaskawić daną osobę przed jej nieprawomocnym skazaniem, przed postawieniem ułaskawionemu zarzutów, a nawet – skoro rzekomo Konstytucja nie wprowadza ograniczeń w stosowaniu prawa łaski – przed popełnieniem czynu zabronionego, którego dotyczy ułaskawienie. To nie byłby już jednak nawet immunitet (materialny), ale bondowska „licencja na zabijanie”. Prawa do nadawania takowej Konstytucja nie wymienia jednak wśród prerogatyw Prezydenta.

Warto też zauważyć, że choć Konstytucja nie stanowi wyraźnie, iż ułaskawić można tylko od prawomocnego skazania, to jednak zawiera wskazówkę, iż to właśnie ustawodawca miał na myśli, mówiąc o „prawie łaski”. Zdanie drugie art. 139 Konstytucji mówi bowiem o niemożliwości ułaskawienia osoby „skazanej” przez Trybunał Stanu. Gdyby iść torem rozumowania prezydenta Dudy, pozwalającym na ułaskawianie osób nieskazanych, to trzeba by uznać, że Prezydentowi wolno ułaskawić osobę wobec której wszczęto postępowanie przed Trybunałem Stanu, a nie wolno mu ułaskawić osoby przezeń skazanej, co byłoby wnioskiem oczywiście nonsensownym. Raczej zatem ustawodawca konstytucyjny, regulując wyłącznie prawo łaski wobec osoby „skazanej” przez Trybunał Stanu, przyjmował za „oczywistą oczywistość”, że osoba która nie jest „skazana” (przez Trybunał Stanu) w ogóle nie może być „ułaskawiona”. Wniosek taki, lege non distinguente dotyczy osoby skazanej lub oskarżonej w postępowaniu karnym, co dodatkowo wzmacnia argumentację wskazującą, że w pojęciu „prawo łaski” nie mieści się uwalnianie od przyszłej odpowiedzialności osób, które nie zostało skazane za dany czyn.

zważywszy

rzeczpospolita.pl – rp.pl

Kuba Wojewódzki o wizycie Dudy w Watykanie: „Podobno każdy ksiądz dostaje 500 złotych na drugie dziecko”

Kuba Wojewódzki nie ustaje w zapraszaniu do swojego programu prezydenta Dudy
Kuba Wojewódzki nie ustaje w zapraszaniu do swojego programu prezydenta Dudy Fot. Przemysław Jendroska / Agencja Gazeta

Kuba Wojewódzki znów zaprosił do swojego programu prezydenta Andrzeja Dudę. Głowa państwa z zaproszenia raczej nie skorzysta, tym bardziej że Wojewódzki po raz kolejny skierował pod adresem PiS i samego Dudy wiązankę złośliwości.

W nowym odcinku programu „Kuba Wojewódzki” jego gospodarz skomentował niedawną wizytę prezydenta Dudy w Watykanie. – Niezwykłe jest to, że pan prezydent chce Polskę i Watykan bardzo tak zrównać i uczynić podobnymi. Podobno w Watykanie już każdy ksiądz dostaje 500 złotych na drugie dziecko, więc duża szansa, że będzie tak w Polsce – powiedział Wojewódzki.

Satyryk przedstawił też domniemanie, z którego wynika, że podczas audiencji u Franciszka prezydent uczył się, jak „obiecywać cuda, żeby ludzie uwierzyli”. Dostało się także gabinetowi Beaty Szydło, który Wojewódzki określił mianem „rządu zombie”.

Wojewódzki zaprasza prezydenta już od kilku miesięcy. Na początku września zachęcał Dudę, by wyciągnął rękę do ”takiej kreatury” jak on.

– Pomyślałem sobie, że skoro nasz prezydent, Andrzej Duda, którego szanuję, bo jest naszym prezydentem, którego my… znaczy którego wybrano w wyborach, więc pomyślałem, że zaproszę prezydenta tego kraju, żebyśmy mogli porozmawiać o swoich programach – mówił we wrześniu Wojewódzki.

źródło: „Kuba Wojewódzki”

wojewódzkiOdudzie

naTemat.pl

Kogo mamy za Prezydenta?

18.11.2015

Tym wszystkim, którzy zdumiewają się coraz bardziej przyśpieszającą bezczelnością Prezydenta i jego obozu politycznego, który łamie Konstytucję, prawo i obyczaje demokratyczne, odpowiadam: a czego się spodziewaliście?

Już na progu kampanii o Andrzeju Dudzie wiadomo było, że jego sylwetka jest połączeniem pokornego urzędasa i drobnego kombinatora. Pokorność urzędnicza nakazała mu przygotować wniosek do TK na podstawie pisma lobbystów, co spowodowało, że stał się de facto cichym wspólnikiem największej afery III RP: afery SKOK-ów. Skłonność do kombinowania skłoniła go do dorabiania za duże pieniądze na dziadowskiej uczelni, przy wzięciu urlopu z UJ, na dodatek posługując się delegacjami sejmowymi na cele parlamentarne – z czego nigdy się nie wytłumaczył.

Dziś o tych rzeczach się nie wspomina, bo zostały niejako przesłonięte przez wyborcze zwycięstwo i inaugurację. Ale one nie wyparowały w czarnej dziurze. A przynajmniej – pozwalają zrozumieć haniebne posunięcia Prezydenta w ostatnich dniach. Podżyrowanie bzdur smoleńskich (teraz słyszę, że jego społecznym doradcą w tej sprawie będzie laborant chemiczny dr Nowaczyk, mianowany przez prawicowe media „profesorem”), ułaskawienie skazanego nieprawomocnym wyrokiem domniemanego przestępcy Mariusza Kamińskiego, odmowa wykonania konstytucyjnego obowiązku zaprzysiężenia prawidłowo wybranych sędziów TK… Z tym samym, niezbyt mądrym uśmieszkiem przylepionym do buzi, Prezydent przekracza kolejne granice przyzwoitości i praworządności. Ale to wszystko już było „prefigurowane”, by użyć naukowego terminu, przez działania Andrzeja Dudy sprzed wyboru.

W swym liście do uczestników kolejnej „konferencji smoleńskiej” pisze pretensjonalnie: „Nie godzimy się, by raporty oficjalnych komisji pozostawiły naukową prawdę poza progiem naszej wiedzy, naszych możliwości i umiejętności dochodzenia do wiarygodnych ustaleń”.Pozostawiły prawdę poza progiem naszej wiedzy – co to znaczy, jaki normalny człowiek tak pisze? O referatach konferencji smoleńskich przyznaje, że powstały „pomimo bardzo ograniczonego dostępu do materiałów i dowodów” – czy nie zaprzecza to ich wiarygodności, którą jednocześnie w swym liście afirmuje? Dwukrotnie w liście pochyla się nad naukowcami smoleńskimi, że „nie mogli liczyć na przychylność mediów”. No a Nasz Dziennik, telewizja Trwam, media SKOK-ów, w tym „W Sieci” i wpolityce.pl, Gazeta Polska i jej odnogi – to nie media? No może nie, ale chodzi pewno Prezydentowi o to, że były także inne media, które miały czelność krytykować naukowców Macierewicza – ale czy nie na tym polega wolność prasy?

Dziennikarzom mówi dziś, że postanowił „uwolnić” wymiar sprawiedliwości ze sprawy Kamińskiego. Z czego jeszcze uwolni polskie prawo i polskie państwo – z jakich sędziowskich wyroków, zasad konstytucyjnych, obyczajów? Uwolnił, jak na razie, z nowych członków Trybunału, z rządowego raportu w sprawie Smoleńska… Kiedy uwolni z tego przejmującego poczucia wstydu, jakie towarzyszy obserwatorom jego działań?

No więc, czego się właściwie spodziewaliście?

kogomamyZaprezydenta
naTemat.pl

Pilny uczeń zakonu PC

Iwona Szpala, 18.11.2015

Joachim Brudziński

Joachim Brudziński (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

– To jest piękna wizja dla Szczecina. Wiem, że będę musiał mieć następcę – tak Jarosław Kaczyński mówił w radiu o tym, czy jego następcą będzie Joachim Brudziński.

„Piękna wizja dla Szczecina to Jarosław Kaczyński premierem Polski” – łagodził w tym samym Radiu Szczecin przekaz prezesa PiS poseł Brudziński. Na razie jest szefem komitetu wykonawczego i zarządza partią w terenie. Właśnie został wicemarszałkiem Sejmu, choć po wyborach spekulowano, że dostanie więcej. Wybrał pracę z Kaczyńskim zamiast wikłania się w stanowiska.

– I czemu się dziwić? – pyta polityk PiS. – Przecież sympatyczny i pracowity kolega Joachim zrobił karierę na partyjnej funkcji. Miałby to porzucić? I tak politykę będzie się robiło w gabinecie prezesa.

W PiS mówią, że Brudziński to ideowiec. Zawsze zgadza się z linią Kaczyńskiego i wyznaje katalog formacyjnych wartości. Ma poglądy godnościowe i patriotyczne, nie lubi „czerwonych” oraz mainstreamu (choć z mediów nie wychodzi). Jest za silnym państwem, czeka na prawdziwe rozliczenie winnych Smoleńska, uważa wybory samorządowe za sfałszowane. Jest obrońcą Kościoła i TV Trwam.

Wśród polityków PiS był z tymi, którzy próbowali przekonywać Kaczyńskiego, by został premierem.

Kurierzy, zdemolowany pociąg

Brudziński jest przed pięćdziesiątką. Urodził się w śląskim Świerklańcu. Jako dziecko razem z braćmi i rodzicami przeniósł się do Nowego Sącza. W podstawówce, która nosiła imię Bohaterów Sądecczyzny, został patriotą. Pisze o sobie: „wychowany w kulcie partyzantki AK-owskiej oraz kurierów tatrzańskich”. Kurierzy odwiedzali uczniów, wspominali wojnę, spotkania z nimi mocno wpłynęły na życiowe wybory Brudzińskiego.

Potem była podróż do Świnoujścia. W pierwszej połowie lat 80. w technikum rybołówstwa morskiego zdobywa fach nawigatora, przy okazji zostaje wplątany w historię ze zdemolowanym pociągiem. Jest kilka wersji tej historii.

Wersja z 2006 r. z „Polityki”: w demolkę miał go wrobić kolega zatrzymany przez MO. Po dwóch latach udaje się udowodnić, że feralnego dnia wraz z oazową młodzieżą witał w Szczecinie papieża.

Wersja z 2006 r. z tygodnika „NIE”. – „Jojo” [szkolna ksywka Brudzińskiego] wyleciał ze szkoły za rozbój i kradzież, której dokonał na torach przed budynkiem szkoły – opowiadał były wicedyrektor szkoły Czesław Hinc. Według relacji matki poszkodowanego chłopca Joachim Brudziński miał okraść jej syna.

Wersja z 2014 r. z „Newsweeka”: dwa miesiące miał spędzić w areszcie, zarzuty się nie potwierdziły.

Brudziński w tekstach się nie wypowiada, a temat go irytuje. Nie udało się też porozmawiać z nim „Wyborczej”. Na antenie Radia Szczecin zapewniał, że nigdy nie kradł. Wytłumaczenie ma polityczne: „Czesław Hinc usilnie zabiega u lokalnych działaczy SLD o poklask”.

Po technikum Brudziński zdaje na politologię, latem dorabia jako marynarz, działa w duszpasterstwie akademickim jezuitów. W 1991 r. zapisuje się do Porozumienia Centrum, jako „zdeklarowany zwolennik prawicy”.

Czochrany politycznie

W kampanii w 1991 r. klei plakaty PC w dalekim Szczecinie, na prawdziwą szansę u boku braci Kaczyńskich poczeka dziesięć lat. Na razie organizuje sobie życie: bierze ślub z Arlettą, zarabia jako reporter w Radiu Szczecin, robi materiały o gospodarce morskiej. Po studiach zakłada własny biznes z kursami językowymi dla marynarzy i rybaków, wykłada w Zachodniopomorskiej Szkole Biznesu, pracuje jako rzecznik Urzędu Morskiego w Szczecinie. Chce pisać doktorat, ale pojawia się okazja, by robić politykę.

Jest rok 2001. Kaczyńscy rozkręcają nowy projekt: Prawo i Sprawiedliwość. Filarem partii jest Porozumienie Centrum, w Zachodniopomorskiem legitymację PC wciąż ma Brudziński. W 2002 r. zostaje szefem lokalnych struktur. Część polityków PiS twierdzi, że tamta lojalność to klucz do kariery. Bo został z Kaczyńskim, jak Adam Lipiński, Marek Kuchciński, Krzysztof Jurgiel czy Jarosław Zieliński. To tzw. zakon PC.

– Brudziński nie ma wspólnoty losów z czołówką PC – mówi ważny polityk PiS. – To pilny uczeń zakonu PC. Dopuścili go tylko dlatego, że jest wyborem prezesa i jego wychowankiem. I doskonale tam pasuje.

Kaczyński dostrzega go w 2004 r. Zachodniopomorskie robi dobry wynik w wyborach do Parlamentu Europejskiego, Brudziński ściąga do PiS ludzi m.in. z ZChN. W 2005 r. prezes daje mu szczecińską jedynkę do Sejmu. Brudziński wkracza do krajowej polityki.

Dostaje ofertę pracy w centrali PiS – ma kierować biurem organizacyjnym. Jest w rozterce, ale się przełamuje: „Przyjąłem jednak propozycję. Wiedziałem, że to oznacza, że władze partii doceniły nie tylko mnie, ale cały zespół, którym przez ostatnie lata kierowałem”. Po kilku miesiącach Kaczyński wskazuje go na sekretarza generalnego, sam zostaje premierem. Brudziński jest w pierwszej lidze: „Powołanie mnie miało odciążyć prezesa od bieżącego kierowania partią” – wspomina.

Gdy latem 2007 r. Kaczyńskiemu rozpada się koalicja, słabiej zaczyna iść też Brudzińskiemu. Posadę ministra gospodarki morskiej traci popierany przez niego polityk LPR, od działaczy słyszy, że jest za mało aktywny, za wzór stawiają mu Przemysława Gosiewskiego. – Choćbym nawet 30 red bulli wypił, to nie będę miał tyle energii. Powiedziałem Gosiewskiemu, że przez tę jego aktywność odbywa się polityczne czochranie mojej osoby – odpowiada krytykom.

Fotki z prezesem

Jesienią 2007 r. na wieczorze wyborczym szczecińska PO skanduje: „PiS do domu!”, „Spieprzaj, dziadu!”. Wynik PiS w Zachodniopomorskiem jest o 8 proc. słabszy od krajowego, nastroje w partii fatalne. Brudziński bierze winę na siebie, traci posadę sekretarza generalnego. W 2009 r. karta się odwróciła. Na polecenie Kaczyńskiego PiS zmienił statut: zniknął sekretarz, pojawił się przewodniczący komitetu wykonawczego Joachim Brudziński.

Kilka miesięcy później spadł prezydencki samolot w Smoleńsku. Brudziński nie przebiera w słowach: „Donald Tusk zostawił ciało prezydenta w błocie w ruskiej trumnie na deszczu. Taki premier nie zasługuje na mój szacunek”.

Nasz rozmówca: – Straciliśmy wielu kolegów, m.in. Przemka Gosiewskiego, który był przy prezesie. Jarosław to myśliciel, potrzebuje mieć kogoś uporządkowanego i solidnego, wybrał Joachima.

Niedawno Brudziński w rozmowie z Joanną Lichocką wspominał rok 2010. Położył na biurku prezesa „Rzeczpospolitą” z wierszem Jarosława M. Rymkiewicza „Do Jarosława Kaczyńskiego”. Prosił, by przeczytał: – Chwile były trudne, decydowało się, czy ma kandydować w wyborach prezydenckich – opowiadał Brudziński. Kaczyński wystartował, a dowodzona przez zachodniopomorskiego działacza struktura zdobywa ok. 2 mln podpisów poparcia.

Politycy spędzają czas prywatnie. Brudziński mówił, że prezes jest ulubieńcem jego córek, od kiedy podarował im pluszową kaczuszkę. Organizują też letnie wypady. Ta zażyłość mu imponuje, zdjęcia ze wspólnego pływania łódką albo górskich wędrówek wrzuca na Twittera. W sierpniu byli w Beskidzie Sądeckim, razem z księdzem Zdzisławem Tokarczykiem i politykami szczecińskiego PiS. Przeszli szlakiem wojennych kurierów, prezes zwiedził kościół sióstr klarysek. – W tym roku w górach to były ustawki z dziennikarzami, Jarosław spędzał urlop w innym miejscu i bez Brudzińskiego – irytuje się polityk PiS.

Przewodniczący komitetu wykonawczego PiS tabloidy lubi. Co roku latem pokazuje się w nich z rodziną, zdjęciom towarzyszą sielankowe opisy. „To się nazywa poczuć zew natury” – pisze „SE”. Na zdjęciu Brudziński w pozie kulturysty „niczym Tarzan dumnie pręży w słońcu tors, pływa i dokazuje (…), jednak w każdym, nawet najbardziej statecznym polityku drzemią pierwotne instynkty. Szczególnie gdy można się popisywać przed tak uroczą publicznością, jak Arletta (36 l.), Kalinka (6 l.) i Jagienka (3 l.) Brudzińskie”. Czasem zdarzy mu się dodać coś od siebie, np. w 2009 r. zdradził plan na poczęcie syna: „Najadłem się oscypków u mojej mamy w Nowym Sączu, więc w tym roku będę strzelał. Oby celnie”.

Synogarlica pokoju

Osobnym rozdziałem są jego publiczne występy. Bywa brutalny, nie przebiera w słowach, stąd jego cytaty krążą po mediach. – Joachim przeszedł szkolenie medialne. Okazał się pojętnym uczniem. Nie atakuje, po prostu mężnie odpowiada na nieustające ataki – komentuje działacz PiS.

Kilka ripost. Tusk? „Pętak, zuch w krótkich majtkach i zdrajca”, „Sięgnął w polityce (…) syndromu Boga. Jest tym, który strąca z ministerialnych stolców w odbyt mało prestiżowych pokoików czy sejmowych gabinetów”. Palikot? „Megaburak”. Wałęsa? „Używa słów jak stójkowy spod budki z piwem”. Marcinkiewicz? „Żałosny tuskowy przydupas”. Sikorski? „Chodzi po salonach europejskich, jakby połknął kij od tyczki, a naprawdę zachowuje się skandalicznie”.

Jeśli nie media, to zawsze jest Twitter, z którego poseł korzysta namiętnie. „Nie chcemy już od Was uznania Ni Waszych mów ni waszych łez! Skończyły się dni kołatania do waszych serc, j… was pies” – napisał do radnych Bydgoszczy, gdy w 2013 r. wycofali się z nazwania nowego mostu imieniem Lecha Kaczyńskiego.

Niedawno Brudziński narzekał, że dorabiana jest mu „gombrowiczowska gęba” radykała, gdy jest synogarlicą pokoju. Dotąd łagodnego Brudzińskiego można było spotkać w prawicowych stacjach. Tam czuje się swobodnie, dzieli poglądami. W TV Trwam przed marszem 13 grudnia 2014 r. zbulwersowany odmową policyjnej ochrony odniósł się do Parady Równości: „Można wysłać kilka tysięcy policjantów do zabezpieczenia marszu różnego rodzaju dewiantów, którzy maszerują po ulicach i trzymając się takiego biblijnego opisu sodomitów, którzy maszerują wte i wewte”.

W tej samej stacji po wyborach składał hołd katolickim mediom oraz Rodzinie Radia Maryja za obiektywizm i niezależność. Tytułując prowadzącego „drogim ojcem”, zapewniał widzów, że „wszystko można posprzątać, że dom ojczysty może być czysty”. Nie wykluczał oczywiście błędów i spuentował: „Nie ma ludzi doskonałych wśród żyjących. Dwie osoby w historii ludzkości były doskonałe. To jest osoba naszego Zbawiciela Jezusa Chrystusa i jego mamy, czyli Najświętszej Marii Panny”.

brudzińskiBywa

wyborcza.pl

„Nieładnie panie prezydencie”. Ponad 4 tys. osób domaga się wyjaśnień w sprawie ułaskawienia Kamińskiego

 prezydentUłaskawiłKamińskiego
Sebastian Klauziński, 18.11.2015

Andrzej Duda

Andrzej Duda (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Ponad 4 tys. osób podpisało się już apelem do prezydenta Andrzeja Dudy. Chodzi o wyjaśnienie motywów ułaskawienia Mariusza Kamińskiego. Kampanię „Panie Prezydencie, nie godzimy się na psucie państwa” zorganizowała Akcja Demokracja.

>> >> Prawo łaski, „królewskie” uprawnienie. Prezydent Duda tworzy groźny precedens [KOMENTARZ EWY SIEDLECKIEJ]

– Ułaskawienie swojego byłego kolegi partyjnego oraz innych pracowników Centralnego Biura Antykorupcyjnego, bez oczekiwania na rozstrzygnięcie sądu drugiej instancji, ciężko odczytywać inaczej niż jako psucie państwa, wykorzystywanie urzędu do osiągania partykularnych celów własnego obozu politycznego i podważanie niezawisłości sądów – piszą autorzy apelu. – Panie Prezydencie, jako obywatelki i obywatele Rzeczypospolitej Polskiej domagamy się wyjaśnień co do motywów Pańskiej decyzji i trybu jej podjęcia – kończą list.

– Panie Prezydencie, zacytuję profesora Władysława Bartoszewskiego: trzeba być przyzwoitym – komentuje Krzysztof, jeden z podpisanych pod apelem.

– Nie zgadzam się na ograniczanie niezależności władzy sądowniczej. To zamach na demokrację – dodaje Małgorzata. – Wszyscy podlegają jednemu prawu, to co Pan zrobił to kumoterstwo. Nieładnie Panie Prezydencie – pisze Joanna.

Podpisy wraz z apelem o wyjaśnienie Akcja Demokracja złoży w Kancelarii Prezydenta. Organizatorzy chcą zaprosić na to wydarzenie wszystkie zainteresowane osoby, które podpisały się pod apelem. Akcja Demokracja zapowiada także, że wykupi słup ogłoszeniowy, na ul. Królewskiej w Warszawie, niedaleko Kancelarii Prezydenta, z treścią apelu i wyraźnym komunikatem: „Nie godzimy się na psucie państwa”.

– Jesteśmy zaskoczeni skalą zainteresowania apelem. Przy poprzednich akcjach tygodniami zbieraliśmy podpisy. Teraz od środy od godz. 11 mamy ich ponad 3 tys. – mówi Bogumił Kolmasiak z Akcji Demokracja. – Myślę, że akcja potrwa jeszcze tydzień, liczymy na jakieś 10 tys. podpisów – dodaje.

Akcja Demokracja ma na swoim koncie już kilka podobnych akcji. Na ich stronie można było złożyć podpis m.in. pod apelem do prezydenta Andrzeja Dudy o nie branie udziału w tegorocznym Marszu Niepodległości, czy apel do ministra środowiska o rzetelne informowanie o wysokim zanieczyszczeniu powietrza.

Zobacz także

nieładniePrezydencie

wyborcza.pl

WITAMY NA KRZEŚLE ELEKTRYCZNYM

FELIETON: KINGA DUNIN, 18.11.2015

Gdyby ktoś chciał mi kiedyś wystawić nagrobek (co oczywiście jest i będzie mi obojętne), to chciałabym, aby było na nim napisane: „a nie mówiłam!”.

Na przykład jeszcze przed drugą turą wyborów napisałam felieton „Karaboska kulturkampf” o nacjonalistycznym projekcie kulturowym PiS. I cała retoryka expose PBS jest tylko potwierdzeniem tezy w nim zawartej (nawet jeżeli premier zapomniała o niektórych szczegółach wspomnieć).

Inni komentatorzy zapewne skupią się na wszystkich nierealnych obietnicach, wyliczeniach i uzasadnionych wątpliwościach. Sławomir Sierakowski zabawnie to podsumował w TVN24, mówiąc, że expose zostało napisane przez Świętego Mikołaja. Te życzenia – zdrowia, szczęścia, pomyślności dla wszystkich – mogą na pewien czas podtrzymać entuzjazm wobec nowej ekipy. Jednak to, co z tego zostanie, to raczej nie będzie zauważalna poprawa życia, tylko dosyć spójna wizja naszej politycznej tożsamości. Realizowana od przedszkola po Marsze Niepodległości. Bo cóż innego powtarzała PBS, właściwie w każdym zdaniu, jeśli nie „Polska dla Polaków”?

Polska dla Polaków pod wodzą PiS i biało-czerwonej drużyny zadba o nas wszystkich. Nie będziemy żadnymi Europejczykami, będziemy narodowymi egoistami pod kuratelą Wielkiego Brata USA.

PiS będzie chciało władzy więcej i więcej, a im więcej będzie jej miało (wraz ze stanowiskami), tym będzie atrakcyjniejsze dla klasy politycznej. Zassie więc Kukizy, konserwatywną część PO, PSL… Oni całkiem poważnie mówią o biało-czerwonym obozie!

Niewydolną sprawiedliwość zastąpi prawdziwa Sprawiedliwość, nawet jeśli będzie ona woluntarystyczna. Dał już jej przykład prezydent Duda, ułaskawiając Mariusza Kamińskiego. Testy i biurokrację szkolną zastąpi prawdziwe Wychowanie przez dobrych nauczycieli. Oczywiście patriotyczne.

Na uniwersytetach wreszcie dojdą do głosu wykluczeni. Kreacjoniści? Negacjoniści? No i nikt nie odbierze (ani przedwcześnie, ani już nigdy) dzieci rodzicom. Polska rodzina wychowa i przystosuje potomstwo do zajęcia przypisanych im pozycji społecznych.

No i Kościół umocni nas w wierze i konformizmie.

Będziemy budować tężyznę fizyczną Polaków i wspierać wycinanki ludowe – oczywiście tylko polskie. Będziemy wysokobudżetowymi filmami, muzeami, rekonstrukcjami i obchodami czcić polskich bohaterów. Nawet jeśli wśród czczonych znajdą się postaci, które walczyły także o wyzwolenie społeczne, to okażą się one tylko Polakami, którzy dla Polski krew przelewali. I „Ojczyzno kochana, jaka wielka ma rana”…

I biało-czerwony obóz słuchać będzie głosu ludu – Narodu – którego jest najlepszą emanacją. Optymiści powiedzą, że taka przymusowa indoktrynacja szybko się znudzi. Ale czy religia w szkole szybko się znudziła? Na akademiach ku czci uczniowie może i będą tylko robili głupie miny i wysyłali smsy, ale już na uliczną demonstracje przeciwko obcym pójdą potem chętnie.

Jarosław Kaczyński podczas obchodów Święta Niepodległości w Krakowie mówił, że najwyższą formą organizacji społecznej jest państwo narodowe. I nikt już temu głośno nie zaprzeczy. W expose nie padło nawet pół słowa o tym, że Polacy są jednak różni. Że kultura polska w jakikolwiek sposób powinna być na tę naszą i cudzą różnorodność otwarta.

Socjalne transfery trzeba będzie jakoś zrównoważyć brakiem środków na inne cele, ale niekoniecznie będzie to brak środków na oficjalną kulturę. Kapitalizm pozostanie kapitalizmem. Będzie jedna partia, naród z partią i Wielki Brat. Jakbym to już kiedyś widziała. Żartowaliśmy wówczas: „Czym różni się demokracja od demokracji socjalistycznej? Tym samym, czym krzesło od krzesła elektrycznego”.

Nie twierdzę, że będzie to władza tak samo autorytarna jak w PRL, że grozi nam za chwilę wprowadzenie cenzury. Są inne sposoby oddziaływania.

Na naszym krześle elektrycznym życie będzie się toczyło nadal, zapewne konieczności ekonomiczne i geopolityczne zatrzymają nas w Unii, w końcu nikt Węgier z niej nie wyrzucił.

Nie nastąpi jakaś ostateczna katastrofa gospodarcza, chyba że w ogóle nastąpi jakaś ostateczna katastrofa.

I mało komu to, że jest to krzesło elektryczne, będzie przeszkadzało. Może okazać się całkiem wygodne. Ludzie wolą jednorodność od wyzwań różnorodności, Sienkiewicza od Schulza, wspólne śpiewanie pieśni patriotycznych od performensów w tych dziwacznych miejscach zwanych muzeami sztuki nowoczesnej. Nie zatęsknią za żadnym gender, a jak będzie trzeba, poradzą sobie z aborcją, nawet jeśli będzie całkiem zakazana. To dobrze, że niczego nowego nie będziemy musieli się uczyć – poza nowymi funkcjami smartfonów.

W Polsce zwyciężyła kontrreformacja, witamy na krześle elektrycznym.

**Dziennik Opinii nr 322/2015 (1106)

 

 

Dziennik.pl

aniPrezydentAniNikt

Prezydent Duda bierze się za politykę historyczną, czyli skończyć z tą pedagogiką wstydu

Paweł Wroński, 18.11.2015

Prezydent Andrzej Duda (w środku), prof. Andrzej Nowak, przewodniczący sekcji historycznej Narodowej Rady Rozwoju (z prawej), oraz Wojciech Kolarski, minister w Kancelarii Prezydenta (z lewej), podczas wczorajszego spotkania w Pałacu Prezydenckim na temat kształtowania polityki historycznej

Prezydent Andrzej Duda (w środku), prof. Andrzej Nowak, przewodniczący sekcji historycznej Narodowej Rady Rozwoju (z prawej), oraz Wojciech Kolarski, minister w Kancelarii Prezydenta (z lewej), podczas wczorajszego spotkania w Pałacu Prezydenckim na temat kształtowania polityki… (JACEK MARCZEWSKI)

– Polityka historyczna służy budowaniu potencjału państwa – mówił prezydent Andrzej Duda podczas spotkania o strategii tworzenia polskiej polityki historycznej. Zaznaczył, by nie łączyć patriotyzmu z nacjonalizmem.

Prezydent już w dniu zaprzysiężenia podkreślał fundamentalne znaczenie polityki historycznej dla jego prezydentury. Wczoraj do Belwederu zaprosił naukowców, dyrektorów instytucji kultury, muzeów, z którymi chce zbudować strategię „skutecznej polityki historycznej dla Polski”.

W pierwszym rzędzie zasiadł wicepremier i minister kultury Piotr Gliński. Byli także przedstawiciele Muzeum Powstania Warszawskiego, Muzeum Historii Polski, Muzeum Żydów, prezes ŻIH Paweł Śpiewak, prof. Michał Kleiber z PAN oraz publicyści ze sprzyjających PiS tygodników „wSieci” i „Gazety Polskiej”. Prezydent przemawiał na tle flag biało-czerwonych. Zwykle obecne flagi unijne zostały przesunięte do szatni.

Minister w kancelarii Wojciech Kolarski określił to spotkanie jako „niezwykle istotne”, bo „rozpoczynające prace nad strategią państwa polskiego”, bo – jak zaznaczył – „pamięć pozwoli zmagać się z problemami współczesności”. Min. Kolarski szczególnie witał prof. Andrzeja Nowaka, przewodniczącego prezydenckiej sekcji historycznej Narodowej Rady Rozwoju, który miał wystąpić z referatem programowym. Zapewnił też zebranych, że lista uczestników podobnej dyskusji nie jest zamknięta i do spotkań będą wciągane inne środowiska.

Prezydent Duda przypomniał, że na początku lat 90. w Polsce byli tacy, którzy wieszczyli schyłek państw narodowych, i zacytował Józefa Piłsudskiego: „Naród, który traci pamięć, przestaje być narodem, staje się zbiorem ludzi czasowo zamieszkujących pewne terytorium”. A to odpowiada polskiej sytuacji geopolitycznej, w której naród przetrwał dzięki tradycji narodowej, językowi, kulturze i rodzinie „wspartej wiarą”.

Prezydent jest przekonany, że polityka historyczna jest konieczna, bo prowadzi ją obecnie każde państwo. Jako przykład polityki historycznej wskazał niekorzystne dla Polski stwierdzenie: „polskie obozy koncentracyjne”. – Powstają filmy, które pokazują historię w zupełnie innym ujęciu, niż my ją postrzegamy. Pewne kwestie łagodzą, a inne wyostrzają, jak choćby słynny serial niemieckiej telewizji ZDF „Nasze matki, nasi ojcowie” – powiedział prezydent. Prezydent stwierdził, że ten film jest dowodem na to, że silne państwo jest gotowe wydać dużo pieniędzy, aby pokazać historię taką, by „była w danym momencie najkorzystniejsza”.

Prezydent podkreślił jednocześnie, że nie wolno stawiać znaku równości między patriotyzmem a nacjonalizmem, bo – jak mówił prezydent Lech Kaczyński – wywodzą się z różnych aksjologii, gdyż podstawą patriotyzmu jest miłość, zaś nacjonalizmu i ksenofobii – nienawiść.

Gdy prezydent zakończył przemówienie, dziennikarzy z sali wyprosił min. Kolarski, gdyż – jak stwierdził – „o niektórych sprawach lepiej mówi się bez udziału mediów”. Na sali pozostali więc tylko publicyści, m.in. „wSieci”, „Gazety Polskiej”, jako uczestnicy dyskusji.

Według naszych informacji od niektórych uczestników dyskusji wicepremier Piotr Gliński miał przedstawić filozofię rządu – ma być to „modernizacja ekonomiczna, ale przy równoczesnym budowaniu tożsamości narodowej”.

Z kolei konieczność zerwania z „pedagogiką wstydu” głosili Bronisław Wildstein i prof. Andrzej Nowak. Ten ostatni argumentował, że był na konferencji w USA, gdzie dyskutowano nad skutecznością państwowej rosyjskiej polityki historycznej. Przypominał stwierdzenie Władysława Bartoszewskiego, że „Polska jest jak panna na wydaniu bez posagu i urody, więc powinna być przynajmniej miła”, które – jego zdaniem – godziły w dumę narodową. Wśród dyskutantów jedynie Aleksander Smolar opowiedział się przeciwko terminowi „polityka historyczna”. Zwrócił uwagę, że toczy się w Polsce postępowanie sądowe przeciwko Janowi Grossowi. Stwierdził, że sam ostro polemizował z Grossem, ale sprzeciwia się prowadzeniu dyskusji historyków z pomocą sądu, bo to uderza w pluralizm.

– A akceptuje pan kłamstwo oświęcimskie? – padło w tym momencie pytanie z sali.

Uczestnicy spotkania spierali się co do możliwości osiągnięcia konsensusu w sprawie wspólnych elementów historii jednoczących państwo. Prof. Jan Żaryn miał być zdania, że w tej kwestii – jak relacjonuje nam nieoficjalnie jeden z panelistów – „nie powinna obowiązywać demokracja i system głosowania”. Prof. Żaryn był zdania, by to państwo narzucało korzystną dla siebie wizję historii.

Zobacz także

dudaBierzeSięZaHistorię

wyborcza.pl

Cimoszewicz: PiS zrzuca maskę

Ewa Siedlecka, 18.11.2015

Włodzimierz Cimoszewicz

Włodzimierz Cimoszewicz (SŁAWOMIR KAMIŃSKI)

Jeszcze niedawno opowiadali bajki o pakiecie demokratycznym, teraz wprowadzają zamordyzm, chowając go za parawanem pozorów. Polską rządzi bezprawie i niesprawiedliwość. Taka była wola wyborców.

EWA SIEDLECKA: PiS ma całość władzy wykonawczej, rząd, prezydenta i całość władzy ustawodawczej. Próbuje odbić Trybunał Konstytucyjny. Czy kiedykolwiek jakaś partia miała taką władzę po 1989 r.? I co taka wszechwładza partii oznacza dla demokracji?

WŁODZIMIERZ CIMOSZEWICZ: Taka sytuacja nie miała dotąd miejsca. Nawet gdy prawica lub lewica miały większość z jakimś koalicyjnym partnerem w Sejmie, to prezydent wywodzący się z tego samego środowiska zachowywał daleko idącą niezależność. Dzisiaj realnie rządzący człowiek – Jarosław Kaczyński – jest poza strukturami władzy wykonawczej i choć decyduje o wszystkim, nie ponosi żadnej konstytucyjnej odpowiedzialności. Ten układ jest patologiczny i antydemokratyczny, zrywa więź między uprawnieniami i odpowiedzialnością. Do tego dochodzi próba uzyskania kontroli nad TK, co może być zapowiedzią świadomego łamania konstytucji przez ustawodawcę, w czym Trybunał mógłby przeszkadzać.

To znaczy, że fundamentalna dla państwa zasada wzajemnej kontroli i równoważenia się władz: wykonawczej, ustawodawczej i sądowniczej, w praktyce nie będzie funkcjonowała. Traktowanie parlamentu jako maszynki do głosowania nie jest wynalazkiem PiS. Ale jeśli chodzi o orzecznictwo Trybunału, to w ostatnich latach parlament, a zwłaszcza Senat, bardzo aktywnie dbał o wdrażanie jego wyroków. Teraz może się to skończyć. A może się okazać, że Trybunał zostanie przekształcony w maszynkę do głosowania wedle zamówienia politycznego.

W Sejmie PiS zapowiadał poszerzenie partycypacji opozycji, żeby nie była marginalizowana jak w poprzednim Sejmie. Tymczasem odebrał jej wicemarszałka i rotacyjne przewodnictwo w komisji ds. służb specjalnych. Jak to się odbije na pracy parlamentu?

– Pozbawienie jednego z klubów [PSL] prawa do reprezentacji w Prezydium Sejmu łamie obyczaje parlamentarne. Kiedyś PiS doczeka się rewanżu. Nie jest to jednak precedens. W 1991 r. drugi co do wielkości klub parlamentarny SLD też został pozbawiony takiego prawa. Byłem wtedy kandydatem SLD do Prezydium i zostałem bezlitośnie wycięty przez rolników, demokratów, liberałów, solidaruchów etc.

Jeśli PiS ma trzy na pięć głosów w Prezydium, to znaczy, że kolegialne podejmowanie decyzji będzie fikcją. To będzie miało wpływ na wprowadzanie do porządku obrad projektów opozycji.

– Mówiąc szczerze, nie jestem entuzjastą kolegialnych uprawnień decyzyjnych Prezydium. W większości demokracji to marszałek jest organem decydującym. Wtedy jasna jest kwestia odpowiedzialności. Ale kolegialność decyzji, z którą mamy teraz do czynienia, to hipokryzja i fikcja. To dość charakterystyczny przykład pisowskiego rozumienia demokracji w parlamencie. Jeszcze niedawno opowiadali bajki o pakiecie demokratycznym, teraz wprowadzają zamordyzm, chowając go za parawanem pozorów.

Ale gorsze od pozorów kolegialności jest zniesienie rotacyjnego przewodniczenia komisji ds. służb specjalnych. W ten sposób opozycja traci możliwość udziału w posiedzeniach kolegium ds. tych służb, działającym przy premierze. Tam rozważa się zadania służb, rozpatruje informacje z ich działalności. Udział w pracach tego gremium daje opozycji szansę wglądu w to, co się dzieje w służbach. Skłonność PiS do nadużywania służb jest znana z doświadczenia. To ewidentne dążenie do ukrycia własnych przyszłych działań wieje grozą.

Projekt PiS zmian w ustawie o TK był opiniowany przez służby prawne Sejmu nocą, bo następnego dnia planowano go przeprowadzić przez Sejm. Praktyka 24-godzinnego trybu uchwalania ustaw może się upowszechnić, bo PiS ma taką większość, że żadnego przepisu nie da się zmienić czy zablokować bez jego woli. Co z jakością prawa?

– Prawo zawsze na tym traci. Niestety, podobne praktyki miały miejsce także w wykonaniu PO. Brak szacunku dla prawa i niska kultura prawna są powszechne. Różnica polegała na tym, że PO wykorzystywała to najczęściej dla potrzeb populistycznej propagandy, a PiS zrobi to, by zawłaszczyć państwo i sparaliżować opozycję.

PiS zdaje się wychodzić z założenia, że ustawą można wszystko. Jeśli coś jest zgodne z ustawą – to jest zgodne z prawem. A więc wystarczy zmienić prawo. Już próbuje ustawą unieważnić wybór pięciu sędziów do Trybunału Konstytucyjnego.

– Gdyby to rozumowanie było prawidłowe, to nie byłoby powodu do badania konstytucyjności, a więc de facto legalności ustaw. Art. 2 konstytucji mówi jednak coś o demokratycznym państwie prawa, a orzecznictwo TK nadało temu przepisowi szerokie i szczegółowo definiowane znaczenie. Moim zdaniem takie rozwiązanie sprawy sędziów wybranych do Trybunału będzie niekonstytucyjne. Ale jeśli PiS uchwali ustawę, a prezydent ją podpisze, to ewentualną skargę będzie rozpatrywał nowy skład z nowym prezesem lub prezeską Trybunału. Wtedy – nie mam wątpliwości, jakie będzie orzeczenie. Już w obecnym składzie TK dominują osoby o bardzo konserwatywnych poglądach i dodanie do nich pięciu pisowskich pomazańców realnie zmieni Trybunał w powolne tej partii narzędzie. Zresztą: kto powiedział, że PiS poprzestanie na wybraniu pięciu własnych sędziów?

Czy metodą przezwyciężania „imposybilizmu prawnego” – czyli tego, że prawo coś uniemożliwia – PiS będzie rozwiązywał także inne problemy?

– To dość oczywiste. Już to pokazywał przed laty. Niestety również pod tym względem PO naśladowała PiS. Przypomnijmy tylko ustawy o dopalaczach i „bestiach”. W ten sposób dwie rządzące od dziesięciu lat prawicowe partie druzgoczą idee praworządności i wychowują część społeczeństwa w przekonaniu, że metody sprawowania władzy są nieważne – ważne są deklarowane cele i ich realizacja. Ma to niewiele wspólnego z rzeczywistym rozwiązywaniem problemów, ale to już inna kwestia.

PiS mówi, że to PO złamała zasady, wybierając sędziów TK na zapas, więc to, co sam teraz robi z Trybunałem, jest przywracaniem praworządności.

– PO nie powinna była wybierać sędziów na zapas. Ale przecież PiS wykorzystuje to jako pretekst do niezaprzysiężenia pięciu i do skoku na Trybunał. Łamaniem zasad nie można leczyć łamania zasad. Poza tym dla PiS tamte decyzje PO to zasłona, za którą chcą osiągnąć znacznie więcej, niż wymienić sędziów.

Jakie będą skutki – dla Trybunału i dla państwa – tego, co PiS robi z Trybunałem?

– Trybunał zostanie zniszczony jako niezależny sąd. Tym samym zburzony będzie filar praworządności polskiego państwa. Polska stanie się dyktaturą większości parlamentarnej kpiącej z praw reszty społeczeństwa.

Jak pan jako były minister sprawiedliwości ocenia wybór Zbigniewa Ziobry na to stanowisko?

– To, że nie został on pociągnięty do odpowiedzialności za nadużycia władzy w czasie, gdy zajmował to stanowisko, zawdzięcza jedynie oportunizmowi Tuska i PO. Powrót oznacza kpinę z wymiaru sprawiedliwości. To butna i pogardliwa demonstracja siły i bezkarności. Najpewniej zostanie zlikwidowana niezależność prokuratury i stanie się ona wykonawcą zamówień politycznych, dla których fałszywy grunt będą przygotowywały niekontrolowane przez nikogo – poza PiS – służby specjalne.

Ziobro już zapowiedział cofnięcie reformy kodeksu postępowania karnego, która wprowadziła m.in. nowy model procesu sądowego. Co pan na to?

– Jaki kraj jest w stanie wytrzymać tego typu zachowania kolejnych rządów? Jak ma funkcjonować wymiar sprawiedliwości? Jak ludzie mają znać swoje prawa? Sześciolatki w szkołach – będą lub nie, gimnazja – będą lub nie, reforma kodeksu – będzie lub nie, wiek emerytalny – taki lub siaki – itd., itp. To wszystko jest dowodem nieodpowiedzialności, a często także ignorancji. Obawiam się, że rozregulowanie wielu instytucji, systemów i reguł będzie nas kosztowało koszmarnie drogo.

Nieprawomocnie skazany Mariusz Kamiński będzie koordynatorem ds. służb specjalnych, Grzegorz Bierecki, animator SKOK-ów, wobec których prokuratura prowadzi postępowania, został szefem senackiej komisji ds. budżetu i finansów publicznych. Co to mówi o stosunku PiS do praworządności?

– Mają ją po prostu w nosie. Ta formacja wyrosła 25 lat temu jako Porozumienie Centrum w ciemnych okolicznościach. Obok liberałów z KLD uchodziła w opinii wielu za najbardziej skorumpowaną. Później dokonano mistrzowskiego przemalowania gęby, zaczęto udawać obrońców prawa. Dzisiaj ta stara i prawdziwa twarz powraca. Maska została odrzucona.

Mówi się, że PiS zamierza zmienić niekorzystne dla siebie wyniki wyborów samorządowych dzięki utworzeniu nowych województw i konieczności przeprowadzenia nowych wyborów. Czy w demokratycznym państwie prawa wolno robić takie zabiegi?

– Nie wolno w trakcie kadencji samorządu. Zwłaszcza gdy jawnym celem jest doprowadzenie do zmiany układu sił. PiS może, oczywiście, uchwalać swoje pomysły samorządowe, ale ich realizacja powinna mieć miejsce w związku z kolejnymi wyborami, w konstytucyjnym terminie. Ale co się „powinno”, jest bez znaczenia. Polską rządzi bezprawie i niesprawiedliwość. Taka była wola wyborców.

PiS idzie drogą Orbána, czyli – jak to określił w „Wyborczej” Marek Borowski – demokratury. Ale Europa toleruje to, co zrobił Orbán z węgierską demokracją. Parlament Europejski przyjmuje potępiające rezolucje, z których nic nie wynika. Jaka to prognoza dla Polski?

– To zachęta do naśladowania. Ale wszystko ma swoją miarę. Europa dojrzewa do wstrząsu. Albo znajdzie w sobie siłę, żeby obronić się zarówno przed wrogami zewnętrznymi, jak i wewnętrznymi, albo przegra historię. Wrogami wewnętrznymi Europy są wszyscy wrogowie demokratycznych zasad i wartości, przeciwnicy rządów prawa, podjudzacze wywołujący konflikty narodowościowe, religijne i społeczne.

PiS uda się zmienić konstytucję?

– Będą próbowali uzyskać niezbędną większość. Nie mam wątpliwości, że zbieraniny Kukiza wkrótce nie będzie. Polityczne skorumpowanie tego towarzystwa to żaden problem. Czym innym jest sytuacja w PO. Władze tej partii zachowują się po przegranej infantylnie. Mija miesiąc od wyborów, a oni zastanawiają się, w jakiej kolejności otworzyć możliwość zmian personalnych w partii. Jeśli PO nie weźmie się natychmiast w garść, to prawdopodobieństwo przejścia karierowiczów i oportunistów do PiS będzie rosło. Dał im przykład Gowin, który po rozwaleniu sądów rejonowych jako minister PO awansował w PiS do rangi wicepremiera.

Czy jesteśmy skazani na taki ping-pong: kolejna władza „odbija” państwo z rąk poprzedniej? W innych państwach też „czyści się do spodu”?

– W demokracjach bardzo rzadko zdarza się odrzucanie reform czy jakichś polityk. Poczucie odpowiedzialności i zrozumienie znaczenia stabilności raczej są górą. Natomiast z wymianą kadr bywa różnie. W większości demokracji europejskich zmiany ograniczają się do szczebla ministerialnego. Reszta to służba cywilna. Ale w USA po wyborach zmienia się obsadę około 10 tys. stanowisk federalnych. Moim zdaniem rozwiązania europejskie są lepsze, bo zachowują ciągłość instytucjonalną i wzmacniają poczucie wspólnoty mimo różnic. Rozwiązanie amerykańskie sprzyja wzmocnieniu bezkompromisowej rywalizacji i walki dwóch obozów. Widzimy to w ostatnich latach w Waszyngtonie, gdzie dochodzi do paraliżu państwa, ponieważ politycy zatracili zdolność myślenia w kategoriach ponadpartyjnych i zdolność zawierania kompromisów.

WŁODZIMIERZ CIMOSZEWICZ

W PRL – członek PZPR i pracownik naukowy Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. W III RP poseł SLD w latach 1989-2005, potem senator niezależny VI i VII kadencji. W ostatnich wyborach nie startował. Wicepremier i minister sprawiedliwości w rządzie Waldemara Pawlaka (1993-95). Premier w latach 1996-97. W latach 1995-96 wicemarszałek Sejmu, a w 2005 r. marszałek Sejmu. Minister spraw zagranicznych w rządach SLD: Leszka Millera i Marka Belki. Od 2006 r. wykłada na Uniwersytecie w Białymstoku. Kieruje tam Ośrodkiem Polityki Zagranicznej.

CimoszewiczTerazWprowadzają

wyborcza.pl

 

Prof. Nowaczyk będzie doradcą Macierewicza w MON. Ma wyjaśnić katastrofę smoleńską

knysz, w, 18.11.2015

Antoni Macierewicz

Antoni Macierewicz (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Prof. Kazimierz Nowaczyk będzie doradcą ministra obrony narodowej Antoniego Macierewicza. Będzie wyjaśniał od nowa przyczyny i przebieg katastrofy smoleńskiej. Poinformował o tym portal niezależna.pl

Prof. Nowaczyk to jeden z najważniejszych i zarazem najbardziej zaangażowanych politycznie uczonych współpracujących z zespołem parlamentarnym Macierewicza. Zespołem, który od kilku lat na własną rękę wyjaśniał przyczyny katastrofy i doszedł do wniosku, że to nie była zwykła katastrofa, ale zamach na prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego.

Występuje z Krzyżem Katyńskim w klapie, prelekcje zaczyna od planszy „Smoleńsk 2010 – Katyń 1940”. Na obrazie przemieszane są zdjęcia ofiar katastrofy z fotografiami polskich oficerów zamordowanych przez NKWD. Twierdzi, że ma prawo do takiego zestawienia, bo „państwo polskie w Smoleńsku upadło na kolana i wciąż na nich trwa”.

Nowaczyk twierdzi, że prezydencki tupolew leciał innym torem, niż podają oficjalne ustalenia. Raport komisji Millera „jest po prostu sfałszowany i opiera się na kłamliwych danych”. Według Nowaczyka pierwszy wybuch nastąpił 50 m przed brzozą, a „ostateczny – w kadłubie”.

Kształcił się i doktoryzował jako fizyk na Uniwersytecie Gdańskim. W 1996 r. w ramach wymiany naukowej wyjechał do USA, zatrudnił się w Szkole Medycznej Uniwersytetu Maryland w Baltimore. Jest adiunktem w Centrum Spektroskopii Fluorescencyjnej, gdzie pracował jako technik od obsługi aparatury i administrator sieci komputerowej. Ma mierny dorobek naukowy w dziedzinie, którą się zajmował, czyli fotoluminescencji (nie ma publikacji, których jest pierwszym autorem). Nigdy nie zetknął się z lotnictwem, mechaniką, aerodynamiką.

W lutym 2013 r. tygodnik „Gazeta Polska” przyznał mu tytuł „Człowieka Roku”

Zobacz także

macierewiczZabrałDoMon

wyborcza.pl

„Kreowanie bezkarności nowej władzy. Możecie łamać prawo, nadużywać kompetencji – będziecie przez nas chronieni”

Anna Siek, 18.11.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,103454,19205539,video.html?embed=0&autoplay=1
Wg Cezarego Michalskiego, ułaskawienie Mariusza Kamińskiego pokazuje, że PiS „ściągnęło lejce, szarpnęło cuglami”. – Tylko nie wiem, czy ta nasza kasztanka nie będzie wyglądała jak koń z obrazu „Szał”. Pamiętacie, jak piana leciała mu z pyska? – pytał publicysta „Krytyki Politycznej” w „Poranku Radia TOK FM”.

 

Zdaniem Cezarego Michalskiego, ułaskawienie Mariusza Kamińskiego ma znaczenie dla wszystkich przedstawicieli nowej władzy.

Bo jak ocenił komentator „Poranka Radia TOK FM”, Andrzej Duda ułaskawiając byłego szefa CBA, powiedział „ludziom PiS wchodzącym do instytucji państwa: możecie wszystko, możecie łamać prawo, nadużywać kompetencji – będziecie przez nas chronieni”.

Zobacz także

 

TOK FM

Reklamy

%d blogerów lubi to: