Ogórek, 19.11.2015

 

Biała bluzka. O tajemnicy minister Moniki Zbrojewskiej

Justyna Kopińska, 19.11.2015

Monika Zbrojewska

Monika Zbrojewska (Fot. Wojciech Surdziel, Jacek Marczewski)

W jednym z ostatnich SMS-ów napisała: „Bóg jeden wie, ile ja łez przez tego człowieka wylałam”

Monikę Zbrojewską, 43-letnią wiceminister sprawiedliwości, łódzka drogówka zatrzymała 23 października o 14.00. Profesor prowadziła samochód pod wpływem alkoholu. Natychmiast została odwołana z funkcji wiceministra. Dziekan Wydziału Prawa Uniwersytetu Łódzkiego Agnieszka Liszewska oznajmiła, że nie wyobraża sobie, by nadal uczyła studentów. Zbrojewska trafiła na okładki tabloidów i lokalnych gazet. Obowiązywała wówczas cisza wyborcza, dlatego wiceminister stała się głównym tematem większości internetowych portali. Pod artykułami tysiące komentarzy. Internauci wulgarnie komentowali jej wygląd, wzywali do oddania habilitacji, a nawet życzyli jej śmierci.

Monika Zbrojewska zmarła tydzień później.

Gdy się urodziła, przez trzy dni nie odchodziłam od jej łóżeczka – mówi mi dzień po pogrzebie Moniki Zbrojewskiej jej siostra Anita. – Jestem od niej o dziesięć lat starsza. Zawsze chciałam mieć rodzeństwo. Rodzice powtarzali, że wybłagałam sobie Monikę. Nawet imię dla niej wybrałam. Chciałam odgrywać rolę „starszej siostry”, ale ona zawsze odmawiała pomocy. Gdy miała 12 lat, pojechała na obóz harcerski do NRD. Podczas wyjazdu dzieci mogły pracować i zarobiły pierwsze marki. Mama przyjechała po nią na dworzec. Harcerze wybiegali z wagonu z gitarami, nowymi ubraniami i słodyczami, a Moniki nie było. Wyszła jako ostatnia. Taszczyła duże pudła. Okazało się, że kupiła do domu odkurzacz, młynek do kawy oraz garnek. I nic dla siebie.

W podstawówce uczyła się średnio, ale nikomu nie przyszło do głowy, aby wymagać od niej piątek. Mama ma wykształcenie średnie, pracowała w administracji domu opieki społecznej, a tata był dyrektorem zakładów mleczarskich. Skończyłam technikum włókiennicze i Monika za namową mamy poszła w moje ślady. Łódź słynęła wówczas z przemysłu odzieżowego, więc rodzice myśleli, że po technikum będziemy miały zapewnioną pracę. Ale nagle w Monice rozbudziła się ambicja. Pewnie dzięki polonistce, która powtarzała, że moja siostra jest urodzonym prawnikiem i ma dar do przemówień. Historia w technikum była na niskim poziomie. Na maturze Monika miała uszyć torebkę i czapkę z daszkiem. Uczyła się historii w domu. Nie chodziła na żadne dyskoteki, spotkania, często czytała do czwartej nad ranem. Dostała się za pierwszym razem na prawo na Uniwersytet Łódzki.

Justyna: Kopińska: Obóz koncentracyjny w dziecięcym psychiatryku

Gdy później ludzie nam mówili, że Monice tak świetnie się powodzi i chyba dużo zarabia, to zawsze odpowiadałam, że mogli się tak dużo uczyć jak ona. Przed egzaminami oblepiała cały pokój małymi karteczkami z datami i cytatami. Wszystko kojarzyło jej się z historią lub prawem. Nawet rejestracja samochodu okazywała się datą narodzin jednego z Jagiellonów. Tylko raz nie zdążyła opanować całego materiału do egzaminu. To były tak zwane zobowiązania, czyli prawo cywilne u sławy uniwersytetu, profesor Biruty Lewaszkiewicz-Petrykowskiej. Siostra wymyśliła, że pójdzie na egzamin jako pierwsza, aby profesor przynajmniej nie porównywała jej z innymi studentami. Przed salą była już o drugiej w nocy. Profesor nie chciała dać jej niskiej oceny, bo zauważyła, jak bardzo Monice zależy na opinii wykładowców. Pozwoliła jej wrócić do domu i douczyć się.

Przez wszystkie lata studiów miała stypendium. Skończyła uniwersytet w pierwszej trójce najlepszych studentów na roku. Później została na uczelni w Katedrze Postępowania Karnego i Kryminalistyki. Z rodzicami pojechaliśmy na obronę jej pracy doktorskiej. Bardzo przeżywała ten doktorat, a po niej wszystko było widać, była czerwona jak buraczek. Zdawała przed komisją, w której byli profesorowie: Tomasz Grzegorczyk, Witold Kulesza oraz Stefan Lelental, i cały czas mocno ściskała w dłoni reklamówkę. Dziwnie to wyglądało. Gdy ogłosili, że zdała, zaczęła podskakiwać i wyjęła z tej reklamówki białą bluzkę. Okazało się, że to jej talizman, miała ją na sobie podczas matury w technikum. Profesor Kulesza podszedł do ojca i powiedział: „Gratuluję córki! Zaskoczyło nas, że w tak młodym wieku zdobyła ogromną wiedzę”. Tata popłakał się ze wzruszenia. Mama wybuchnęła śmiechem, gdy zobaczyła Monikę w todze. Pozostali doktoranci prezentowali się dostojnie, a nasza Monika to przy nich taka wychudzona. Nie wyglądała na doktora prawa.

– Monika Zbrojewska była pierwszą kobietą, którą przyjąłem do zespołu – mówi mi Tomasz Grzegorczyk, kierownik Katedry Postępowania Karnego i Kryminalistyki Uniwersytetu Łódzkiego. – Wkrótce miała najwięcej publikacji ze wszystkich kolegów. Była niezwykle pracowita, a przy tym spontaniczna i wesoła. Na jej zajęcia zawsze było więcej chętnych niż miejsc. Zajęła się prawem wykroczeń i prawem karnym skarbowym, ale potrafiła dyskutować o praktycznych aspektach prawa niemal z każdej jego dziedziny. Za bardzo liczyła się z opinią innych. Niezwykle przykładała się do każdego referatu i wystąpienia. To się nie zmieniło. Niedawno byłem w ministerstwie jako członek komisji kodyfikacyjnej nadzorowanej przez wiceminister. Monika zawołała mnie na chwilę i bardzo delikatnie zapytała: panie profesorze, jak pan myśli, czy robię dobre wrażenie na kolegach?

W 2003 roku Monika została ekspertem komisji śledczej w sprawie afery Rywina – kontynuuje jej siostra Anita. – Powiedziałyśmy tacie, ale machnął tylko ręką bez emocji, jakby w ogóle go to nie obchodziło. A później tak się wciągnął, że nie mogliśmy go oderwać od telewizora. Czekał, aż pokażą Monikę. A ona zupełnie nie przejmowała się kamerami. Pozostali eksperci byli poważni i skupieni, a nasza Monika bawiła się włosami albo oglądała paznokcie. Mówiłam jej, żeby nie wydziwiała, tylko uważała na kamery, bo trzeba trochę powagi w telewizji zachować. Za to znała odpowiedź na każde pytanie.

Justyna Kopińska: Strażnik, który pękł

– Podczas prac komisji Rywina doktor Zbrojewska była przede wszystkim uczciwa. Niektórzy eksperci chcieli zyskać na tej sprawie medialnie i politycznie, byli ewidentnie stronniczy, a ona mówiła, co myśli, i nie trzymała żadnej strony – mówi mi minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. – Byłem pod wrażeniem jej prawniczej wiedzy. Zauważyłem, że się nie wywyższa. Łatwo nawiązywała kontakt ze strażnikami czy paniami sprzątającymi. Prawdopodobnie mimo bardzo dobrej znajomości prawa nie miała zbudowanej wewnętrznej pewności siebie, bo unikała rozmów z osobami, które były wyżej od niej w hierarchii społecznej. Wrażliwa i delikatna. Typ osobowości, który nie wchodzi w zatargi, bo zbytnio przeżywa konflikty. Nie miałem z nią kontaktu od lat, ale gdy zatrzymała ją policja, pomyślałem, że spożycie alkoholu nie wynikało u niej z chęci zabawy czy przyjemności, tylko z potrzeby rozładowania jakiegoś dużego stresu, z którym nie potrafiła się zmierzyć.

W czasie prac komisji Rywina Jerzy Pilch opublikował w „Polityce” felieton, w którym pisał: „Serce we śnie zabiło mi żywiej, bo z całego serca chciałem, żeby pani doktor Zbrojewska była na sali, żeby poprawiła – jak zawsze to czyni – charakterystycznym gestem włosy i zabrała głos i żeby powiedziała, że jak jest tak a tak, to może być też tak a tak. Od samego początku obrad komisji marzyłem, żeby doktor Zbrojewska powiedziała: tak. I teraz we śnie pragnienie to było tym gorętsze. Zbyt gorące i zbyt żywe, bo nie szło pani doktor na Sali Kolumnowej znaleźć i z nerwów sen szedł w rozsypkę”.

– Sprawdziła się, więc została ekspertem w kolejnych komisjach, m.in. sprawy zabójstwa Krzysztofa Olewnika czy zbadania prawidłowości prywatyzacji PZU – mówi mi Anita. – Od 2006 roku pracowała także jako adwokat. Wśród jej klientów były znane osoby jak Leszek Miller, Irena Dziedzic czy tzw. król dopalaczy Dawid Bratko. W 2014 roku miała habilitację. Bardzo się denerwowała. Próbowałam podpytać profesor Teresę Wykę, która akurat wyszła z sali, jak Monice poszło, ale odpowiedziała tylko: „Jak zawsze ma piękne buciki”. Monika miała w życiu dwie obsesje – buty i prawo. Wysyłała nam zdjęcia butów, które wypatrzyła w galeriach. Mówiliśmy na nią Jennifer Lopez, bo już nie miała na nie miejsca, a i tak kupowała nowe. Jej ulubione seriale to „Ally McBeal” o prawnikach oraz „Seks w wielkim mieście”, bo tam główna bohaterka Carrie Bradshaw ma podobną słabość do butów. Dziwiliśmy się, że tak o to dba, bo nie lubiła makijażu, nie farbowała włosów, a jak została wiceministrem, to wyglądała tak samo jak dziesięć lat wcześniej. Mało mówiła o mężczyznach. W szkole średniej miała dużo tak zwanych adoratorów, ale nikt jej się specjalnie nie podobał. Mówiła, że nie nadaje się do prowadzenia domu i wychowywania dzieci.

Justyna Kopińska: Elbląg gwałtu nie widzi

Ulubione powiedzenie siostry to: „Panu Bogu dziękować, a ludziom się nie chełpić”. Pierwsza w rodzinie odniosła sukces.

W 2014 roku pytałem mojego byłego ucznia, ministra Grabarczyka, kogo wybrał na swojego zastępcę. Odpowiedział: jeszcze nie mogę ogłosić, ale będzie pan profesor zadowolony – mówi mi profesor Stefan Lelental. – I byłem zachwycony. Monika Zbrojewska miała świetne pomysły i bardzo praktyczną znajomość prawa. Budziła zazdrość otoczenia, bo politycy dobrze wiedzieli, że jest dużo lepiej przygotowana do pracy w ministerstwie niż oni. Teraz nastał dziwny czas, gdy profesorowie albo nie piszą książek, albo wyręczają się asystentami. Zbrojewska wszystko robiła sama, nigdy nie spóźniała się z terminami. Obserwowałem, jak w tydzień zrobiono z niej pijanicę w depresji, która olewała zajęcia. W lokalnych gazetach poświęcano tej sprawie kilka pierwszych stron. Przedstawiane informacje były wyssane z palca. Oczywiście mogła mieć problem z alkoholem, pewnie jest wiele osób z wymiaru sprawiedliwości, które samotnie zapijają swoje lęki, ale gwarantuję, że u niej nie był to rodzaj choroby, który ktokolwiek z uczelni by zauważył. Zbrojewska była jednym z najbardziej zaangażowanych i pracowitych profesorów na Uniwersytecie Łódzkim.

– W 2014 roku Monika została wiceministrem sprawiedliwości. Ale nic się nie zmieniła. Jej gestykulacja i miny zupełnie nie licowały z powagą urzędu – mówi mi przyjaciel Moniki sędzia Michał Błoński. – Miała ogromne pokłady cierpliwości dla ludzi, którzy chcieli ją wykorzystać. Gdy została wiceministrem, od razu pojawiły się telefony od dawnych znajomych, którzy wcześniej nie zwracali na nią uwagi. Dzwonili do niej od pierwszego dnia. Głównie policjanci i prokuratorzy z czasów studiów lub ich małżonkowie. Prosili o różne przysługi, pomoc w awansie. Denerwowało mnie, że nie powiedziała „odczepcie się”, tylko spokojnie tłumaczyła, że minister nie ma takich kompetencji, aby awansować znajomych. Rzadko się zwierzała, wszyscy szukali w niej oparcia, a ona sama nigdy nie prosiła o pomoc. Budziła zazdrość, co jest normalne, gdy ktoś odnosi sukces w tak młodym wieku. Mało osób zastanawiało się, jaką cenę za to płaci. Nie można mieć pasma zwycięstw na wszystkich polach. Ona całkowicie poświęcała się pracy, budowała życie na jednym filarze i zaniedbywała pozostałe. Pracowała po kilkanaście godzin dziennie. Niedawno kupiła wycieczkę zagraniczną, z której bardzo się cieszyła, ale było dużo pracy w ministerstwie, więc zrezygnowała z tego urlopu.

Miała kumpelskie podejście do mężczyzn. W SMS-ach przesyłała buziaki, pisała do mnie „kochanie”. U innych kobiet pewnie by to coś oznaczało, ale nie u niej. Tak wyrażała, że kogoś lubi. Na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie osoby, która jest lekka i na luzie. Ale bardzo się przejmowała powierzanymi jej obowiązkami, zwłaszcza w ministerstwie. Martwiłem się, że za bardzo dąży do doskonałości. Nawet jej ulubiony malarz to Gustav Klimt, który tytanicznie poświęcał się pracy, bo chciał stworzyć dzieło absolutne. W kancelarii miała dwie repliki jego obrazów. Cały czas była proszona o kolejne orzeczenia prawno-procesowe. Pracowała nocami i wciąż przyjmowała nowe propozycje. Pewnie był to sposób na zagłuszenie samotności. Pamiętam, jak przyszła do mieszkania z galerii handlowej, a ja akurat zadzwoniłem i spytałem, co kupiła. Odpowiedziała: nawet nie byłam na zakupach, chciałam tylko pobyć wśród ludzi.

Widzieliśmy się w poniedziałek 19 października . Jestem przekonany, że nie cierpiała na depresję, jak donosiły później media – kontynuuje Błoński. – Cieszyła się, że napiszemy kolejną wspólną książkę. Nadal nie mogę uwierzyć, że widziałem ją wtedy po raz ostatni. W piątek usłyszałem w radiu, że Monika Z. z Ministerstwa Sprawiedliwości została zatrzymana przez policję, gdy jechała pod wpływem alkoholu. Byłem w szoku. Monika nigdy nie piła przy nas. Potwierdzi to każdy doktor czy profesor z katedry. Na imprezach katedralnych po obronach habilitacji i doktoratów odmawiała nawet kieliszka wina, bo prowadziła samochód. Była też osobą bardzo moralną i jako profesor prawa świadomą tego, że jazda po pijanemu przekreśla wszystko, na co tak ciężko pracowała przez całe życie. Dlatego nigdy nie uwierzę, że świadomie wsiadła wtedy do samochodu. W czwartek wieczorem przyjechała do Łodzi. W piątek o 12:00 mieliśmy radę wydziału, na której powinni być doktorzy habilitowani i profesorowie. Monika nigdy wcześniej jej nie opuszczała. Po 11:00 wysłała zwykłego SMS-a do naszego kolegi z katedry z prośbą, aby był na poniedziałkowym egzaminie jako członek komisji. Nie wiem, co musiało stać się przez następne dwie godziny, że jednak nie dotarła na radę wydziału i przed 14:00 miała już dwa promile alkoholu we krwi.

Justyna Kopińska: Mali niewolnicy w strasznych domach dla dzieci

– Ludzie w internecie przecież nie znali mojej córeczki, a pisali: „zabrać jej habilitację”, „niech zdechnie!”, „ma ryj alkoholiczki” – mówi mi mama Moniki Zbrojewskiej. – Wiem, że bardzo źle zrobiła. Ale nie ona pierwsza z polityków prowadziła po pijanemu. A takiego linczu nigdy nie było. Zawsze myślałam, że ona nie lubi alkoholu czy imprez. Całe życie w książkach. W ciągu ostatniego roku bardzo się zmieniła. Gdy mieszkała w Łodzi, to często przychodziła się przytulić. Opowiadała, co dzieje się na uniwersytecie i kogo broni jako adwokat. Od czasu przeprowadzki do Warszawy przestała się zwierzać. Jakby ścianę między nami postawili. Mówiła, że ma dużo problemów w ministerstwie i nie bardzo sobie z nimi radzi. Ale nie chciała zdradzić szczegółów. Wiem tylko, że był tam jeden z doktorów, który cały czas podkładał jej świnie. Podobno przyjmując stanowisko wiceministra, uraziła jego ambicję. W jednym z ostatnich SMS-ów napisała: „Bóg jeden wie, ile ja łez przez tego człowieka wylałam”.

– W ministerstwie jest mnóstwo osób, dla których wiedza prawnicza nie ma znaczenia. Liczy się siła i kontakty – mówi mi nieoficjalnie jej kolega z wymiaru sprawiedliwości. – Zanim trafiła do ministerstwa, była chwalona, zdobywała uniwersyteckie nagrody za liczne publikacje, ale nie miała żadnego doświadczenia w roli szefa i zbudowanego zaplecza politycznego. Mimo to od razu porwała się na wprowadzanie zmian. Chciała redukcji zatrudnienia. Widziała, że jedna z wpływowych prokuratorek w ministerstwie przyjmuje kolejnych asystentów, mimo że nie ma dla nich pracy. Chciała to zmienić, a oczywiście ludziom, którzy pobierają kasę za nic, zależało, by dalej ją dostawać. Denerwowało ich, że przyszła jakaś młoda idealistka, która powtarza, że emerytów na leki nie stać, a w ministerstwie marnotrawią pieniądze. Zależało jej także, aby wzmocnić system, w którym studenci prawa niepochodzący z rodzin prawniczych mogą dostać się do zawodu sędziego i prokuratora. Najbardziej klarowny, europejski system jest obecnie w Krakowie, gdzie przyszłych sędziów i prokuratorów szkoli się w Krajowej Szkole Sądownictwa i Prokuratury. Szansę mają najlepsi studenci i czasem na aplikację nie dostają się synowie ministrów czy sędziów Sądu Najwyższego. W ministerstwie jest dużo zwolenników starego modelu, w którym przyszłych pracowników wymiaru sprawiedliwości szkolono w sądach i prokuraturach. Wówczas prawie wszyscy aplikanci byli z poważanych klanów prawniczych.

Ostatnio grupa hamująca zmiany była w ministerstwie coraz silniejsza. Sędzia Leszek Pietraszko, dla którego najważniejsza jest przejrzystość w doborze przyszłych sędziów, miał być powołany na drugą kadencję dyrektora Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury. Monika mu sprzyjała, bo nie pozwalał na tak zwane ustawki, czyli faworyzowanie krewnych wpływowych osób, zajęcia prowadzili najlepsi wykładowcy, a nie sędziowie, którzy akurat potrzebowali podreperować domowy budżet. Pietraszko zgłosił się jako jedyny kandydat, przeszedł pozytywnie wszystkie etapy rekrutacji i nagle ktoś w ministerstwie zablokował jego kandydaturę. Czyli obecnie szkoła nie ma dyrektora. Według Moniki blokada stanowiska była sygnałem, że lobby walczące o zachowanie wpływów w zawodach prawniczych znów zyskuje na sile. Bardzo się tym przejmowała. Mówiłem jej, że przecież niebawem wybory, więc i tak wszystko się zmieni. Ale chyba ci ludzie są tak ustawieni, że będą mieć wpływ na ministerstwo i sytuację prawną w Polsce niezależnie od tego, kto jest u władzy. Jej podwładni widzieli, że traci wpływy, i niektórzy zaczęli ją lekceważyć. W ostatnich miesiącach popadła w konflikt z pracownicą komisji kodyfikacyjnej, która demonstracyjnie ignorowała jej polecenia. Była bardzo liberalnym szefem i chyba nie zdawała sobie sprawy, że wszędzie są pracownicy, którzy cię nie szanują, póki nie weźmiesz ich za pysk. Ostatnio została odsunięta od nadzoru nad komisją kodyfikacyjną. To ogromna porażka, bo przegrała wewnętrzną walkę w ministerstwie. Widziałem, jak się z tym wszystkim szamoce, i pomyślałem, że w polskiej polityce nie ma miejsca dla ludzi, którzy nie idą po trupach.

W czwartek, czyli dzień przed zatrzymaniem przez policję, byłem z panią profesor na obiedzie. Kelnerka zaproponowała wino, ale pani Monika odmówiła. Tłumaczyła, że będzie jechała w nocy samochodem do Łodzi – mówi mi Konrad, kolega i były student Zbrojewskiej. – Nie zauważyłem w jej zachowaniu nic wyjątkowego. Zajmuję się ubezpieczeniami, więc jak zwykle doradzałem jej w sprawach finansowych. Pani profesor może trochę przejmowała się odsunięciem od nadzoru komisji kodyfikacyjnej. Mówiła, że traktuje to jako porażkę. Później pojechaliśmy do mnie na kawę. Wyszła około 23:00 i pojechała do Łodzi. W piątek rano rozmawialiśmy przez telefon na temat dokumentów, które ma przygotować do banku. Była jak zawsze bardzo rzeczowa. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że tego dnia piła alkohol.

– Jechałem ulicą Byszewską w Łodzi i nagle zobaczyłem samochód, który jechał środkiem drogi – mówi mi Jarosław, emerytowany policjant z Wielkopolski. – Zajechałem kierowcy drogę. Podbiegłem i otworzyłem drzwi samochodu. Za kierownicą siedziała elegancka kobieta, która wyglądała, jakby w ogóle nie była świadoma, co się z nią dzieje. Wyjąłem kluczyki ze stacyjki, wróciłem do swojego samochodu i zadzwoniłem po łódzką policję. Przyjechali po 20 minutach. – Nie wiedzieliśmy, że to wiceminister sprawiedliwości – mówi mi policjant z drogówki, który zatrzymał Zbrojewską. – Wyglądała na przerażoną. Z każdą minutą była coraz bardziej pobudzona, czuć było alkohol. Właściwie nie było możliwości, aby zapytać, jak to się stało, że prowadziła po pijanemu i z kim piła w środku dnia.

– Próbowałam się do niej dodzwonić w piątek wieczorem i przez całą sobotę – mówi jej siostra Anita. – W sobotę rano pojechałam do niej, widziałam ją przez okno, ale mi nie otworzyła. Napisała, że chce być sama. Wieczorem znów przyjechałam, ale nadal nie otwierała. Dodzwoniłam się do niej w niedzielę. Mówiłam, że zawsze będziemy przy niej i może na nas liczyć. Ale odpowiedziała tylko: dajcie mi spokój, nie widzisz, że tracę wszystko, na co tak ciężko pracowałam.

– W niedzielę przyniosłam jej obiad – mówi mi siostrzenica Zbrojewskiej, Małgorzata. – Zjadła, powiedziała, że chce być sama i potrzebuje snu. Położyła się do łóżka. Zaniosłam jej tam termofor. W poniedziałek pojechałyśmy razem do szpitala, żeby porozmawiała z psychologiem. Nikt nie znalazł jej nieprzytomnej, jak pisano w gazetach. W szpitalu przeprowadzono jej gruntowne badania i okazało się, że ma silne zatrucie lekami. Może czytała komentarze w internecie i wzięła większą ilość tabletek, aby nie myśleć. Przez cały weekend pisaliśmy do niej wiadomości, by nie czytała tekstów na portalach. Słowa, które ludzie tam publikowali, były okrutne. Lekarze mówili, że jest poważny problem z narządami. Zmarła 30 października. Przyczyną śmierci była niewydolność wielonarządowa.

– Kilka lat temu Monika poprosiła, abyśmy ją po śmierci skremowali, a nad urną puścili piosenkę „Mydełko Fa” – mówi mi Anita. – Śmialiśmy się z tej prośby, bo wierzyliśmy, że przeżyje mnie i mamę. A z pogrzebem kojarzą nam się bardziej utwory Michała Bajora niż disco polo w najgorszym wydaniu, ale Monika kochała zaskakiwać i nie znosiła patosu. Spełniliśmy jej wolę.

Kontakt z autorką przez stronę justynakopinska.pl

Wideo „Dużego Formatu”, czyli prawdziwi bohaterowie i prawdziwe historie, Polska i świat bez fikcji. Wejdź w intrygującą materię reportażu, poznaj niezwykłe opowieści ludzi – takich jak Ty i zupełnie innych.

W ”Dużym Formacie” czytaj:

Muzułmanin z PiS: Dobrzy muzułmanie to my
Prorok Mahomet miał powiedzieć: „Odnowa mojej religii przyjdzie z północy i zrobi to muzułmanin z kraju, w którym pada śnieg”. Uważam, że w Europie powinien powstać antykalifat. Rozmowa z Selimem Chazbijewiczem

Celibat księży. Oblubienice i oblubieńcy Kościoła
Ludzie nie potrafią zrozumieć, że pasterz potrafi kochać wśród wielu owiec – jedną najbardziej

Günter Wallraff. Powiedziałbym terrorystom: utnijcie mi głowę
Myślałem, że oferując siebie za młodego Amerykanina, mógłbym nadać swojemu życiu ostatni raz sens. Rozmowa z Günterem Wallraffem

Biała bluzka. O tajemnicy minister Moniki Zdrojewskiej
W jednym z ostatnich SMS-ów napisała: „Bóg jeden wie, ile ja łez przez tego człowieka wylałam”

Paryż po zamachach 13 listopada
Na placu Republiki w Paryżu stoi 30-letni mężczyzna z zawiązanymi szalikiem oczami. Ma rozpostarte ręce. Na kartoniku napisał „Jestem muzułmaninem. Mówią o mnie terrorysta. Ufam wam, a wy mnie? Jeśli tak, przytulcie się”

Dla polskich mężczyzn perspektywa obrony kobiet przed uchodźcami to symboliczna wyprawa krzyżowa
Mężczyznom, którzy nie mogą już dominować nad żonami, uchodźca – wyobrażony wróg – jest na rękę. Pozwala wejść w patriarchalną rolę, odsunąć lęk przed silnymi kobietami. Rozmowa z antropolożką kulturową Agnieszką Kościańską

Zatoka świń. Sopot. Abonent chwilowo niedostępny
Anaid: „Jadę do Krystiana sprzątać mieszkanie”. Dominik: „Ty głupia. Ile on ma lat? On cię skrzywdzi”. Anaid: „Nie dam się, a siłą mnie nie weźmie”

Gwiezdne wojny. Jesteś padawanem czy młodym Jedi?
Przed obejrzeniem nowych „Gwiezdnych wojen” warto odświeżyć sobie poprzednie sześć filmów z tej serii. Ale w jakiej kolejności?

tajemnicaMinZbrojewskiej1

wyborcza.pl

Burzliwa debata w Sejmie nad ustawą o Trybunale Konstytucyjnym. „To haniebne! W ’98 r. Łukaszenka…”

Paweł Kośmiński, 19.11.2015

Posiedzenie Sejmu w czwartek 19 listopada - omawiana jest sprawa Trybunału Konstytucyjnego

Posiedzenie Sejmu w czwartek 19 listopada – omawiana jest sprawa Trybunału Konstytucyjnego (Fot. Sawomir Kamiski / Agencja Gazeta)

– Haniebne, to klasyczny zamach na Trybunał Konstytucyjny. W 1998 r. Aleksander Łukaszenka własnymi dekretami skracał kadencję sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Próbujecie zastosować ten sam model – zwrócił się do PiS Robert Kropiwnicki (PO). W Sejmie trwa dyskusja nad projektem PiS zmieniającym ustawę o Trybunale Konstytucyjnym. Przeciw jest PO, Nowoczesna i PSL. Projekt popiera Kukiz’15. Nowoczesna zapowiedziała, że podczas głosowania wyjdzie z sali.

Przygotowany przez PiS projekt zmiany ustawy o Trybunale Konstytucyjnym zakłada m.in. zmiany zasady wyboru sędziów i prezesów TK oraz ponowny wybór następców pięciorga sędziów TK, których kadencja mija w 2015 r. (trojga 6 listopada, dwojga następnych – na początku grudnia). Choć pięciu nowych sędziów 8 października wybrał jeszcze poprzedni Sejm, wciąż nie zostali zaprzysiężeni przez Andrzeja Dudę. Prezydent przekonuje, że tamten wybór był „poważnym naruszeniem zasad demokratycznych”.

PiS złożył projekt ustawy już pod koniec ubiegłego tygodnia, ale szybko go wycofał, by wprowadzić „drobne poprawki techniczne”, które „nie zmienią meritum projektu”. Przy sprzeciwie opozycji wczoraj wieczorem zdecydowano o wprowadzeniu projektu do porządku obrad. Wcześniej pozytywnie zaopiniowała go sejmowa komisja ustawodawcza.

– Głównym celem jest konwalidowanie błędów, jakie zostały popełnione w poprzedniej kadencji w trakcie nowelizacji ustawy o TK – mówił na sali plenarnej przedstawiający stanowisko komisji Marek Ast (PiS), który podkreślił, że projekt analizowany był „bardzo dogłębnie”.

Potem przewidziano pięciominutowe oświadczenia klubów poselskich. Zdążył jednak wystąpić tylko Andrzej Matusiewicz (PiS), który potrzebę przyjęcia ustawy tłumaczył m.in. potrzebą wprowadzenia kadencyjności prezesa i wiceprezesa Trybunału. – Gdyż jest jedyny organ konstytucyjny, który tego nie ma – mówił. Projekt PiS zakłada wprowadzenie trzyletniej kadencji. Przerywa więc kadencję obecnych – Andrzeja Rzeplińskiego i Stanisława Biernata.

„Kołchozowy styl prowadzenia obrad” poświęconych zmianie ustawy

Zaraz potem Kamila Gasiuk-Pihowicz złożyła wniosek o odroczenie dyskusji do przyszłego posiedzenia Sejmu. Posłanka Nowoczesnej przypomniała, że składając wniosek do TK o zbadanie konstytucyjności uchwalonej w poprzedniej kadencji ustawy o Trybunale, PiS powoływał się na opinię Rady Europy, w której mowa o tym, że w sprawach wyboru sędziów do TK pośpiech nie jest zalecany.

– Dla mnie przyzwoitość, na którą się państwo powołują, to jest stałość poglądów opartych na merytorycznych przesłankach – mówiła. – TK jest centralnym organem ochrony prawa i nie możemy nad nim debatować w pośpiechu.

Gasiuk-Pihowicz zwróciła uwagę, że wczorajsza dyskusja w komisji odbyła się w czasie, gdy na sali plenarnej trwała jeszcze debata nad expose premier Beaty Szydło, a kolejne decyzje zapadały późno w nocy.

Z kolei Eugeniusz Kłopotek (PSL) mówił o potrzebie zasięgnięcia opinii konstytucjonalistów. – Do tej pory nie ma żadnej – podkreślił. W końcu zarządzono jedynie przerwę, a następnie obrady wznowiono. Poseł Nowoczesnej Witold Zembaczyński zarzucił marszałkowi Markowi Kuchcińskiemu „kołchozowy styl prowadzenia obrad”: – Nasuwa wrażenie, że pan marszałek nie ma samodzielności, spogląda tylko na prawą stronę sali, zwołuje kolejne przerwy w celu uzupełnienia ław sejmowych PiS w obawie przed przegłosowaniem tego wniosku. Proszę o trochę więcej przyzwoitości.

PO: Ślubowaliście strzeżenie konstytucji, łamiecie ją w tydzień później

Podczas dyskusji, już po przerwie, Robert Kropiwnicki (PO) zwrócił uwagę, że tak ważne zmiany uchwalane są „w strasznym stylu”, że przedwczoraj projekt trafił do Sejmu, a już wczoraj zaopiniowała go sejmowa komisja. – Komisja odrzuciła wnioski o zamówienie opinii. Chyba po raz pierwszy nawet Biuro Analiz Sejmowych się nie wypowiedziało. Nie ma opinii konstytucjonalistów, nie ma żadnej opinii zewnętrznej do tego projektu, jest tylko wola większości. Jest to haniebne, bo to klasyczny zamach na Trybunał Konstytucyjny. Przypominam państwu, że w 1998 r. Aleksander Łukaszenka własnymi dekretami skracał kadencję sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Próbujecie zastosować dokładnie ten sam model – mówił.

I przypomniał, że w 2003 r. Komitet Praw Człowieka ONZ uznał, że jest to niezgodne z wszelkim prawem międzynarodowym, a w szczególności z Międzynarodowym Paktem Praw Politycznych i Obywatelskich.

– Chcecie stworzyć wielki bałagan, by ośmieszyć Sejm, Trybunał. Po to, by prezydent Duda mógł sobie wybrać, kogo będzie chciał zaprzysiąc – mówił Kropiwnicki, dodając, że w świetle konstytucji sędziowie zostali już wybrani, bo wybiera ich Sejm, a nie prezydent.

– W 48 godzin chcecie położyć rękę na TK. Ślubowaliście strzeżenie konstytucji, łamiecie ją w tydzień później – zwracał się do PiS poseł PO.

Opozycja apeluje do „rozsądku wygłodzonego politycznego drapieżnika”

PO będzie głosować przeciw ustawie, złoży też szereg poprawek. Przeciw jest również PSL i Nowoczesna. Posłanka tej partii Kamila Gasiuk-Pihowicz już zapowiedziała, że jeśli projekt nie zostanie odrzucony, podczas głosowania Nowoczesna wyjdzie z sali.

– Wiem, że apelowanie do rozsądku wygłodzonego politycznego drapieżnika po 8-letnim politycznym poście jest karkołomnym zadaniem. Ale wierzę, że warto podjąć próbę powściągnięcia państwa apetytu, w imię politycznej odpowiedzialności. Obiecywaliście swoim zwolennikom Budapeszt w Warszawie, ale wyregulujcie polityczne busole, bo kierunek zmian to Mińsk – mówiła Gasiuk-Pihowicz.

– Wynik wyborów dał wam władzę na cztery lata, ale nie zdjął z was odpowiedzialności za to, jak Polska będzie wyglądała za lat 14 albo 40. Istnieją w polityce inne miary czasu niż tu i teraz. To co dziś jest zjawiskiem marginalnym, jutro może stać się zagrożeniem – dodała.

PSL zgadza się z kadencyjnością prezesa i wiceprezesa – Ale wystarczyła jedna poprawka i wiemy, co jest intencją, główną myślą przewodnią. Chodzi o to, żeby prezydent nie przyjął ślubowania, a my w międzyczasie wybierzemy pięciu nowych, od których pan prezydent ślubowanie przyjmie – mówił w imieniu klubu Eugeniusz Kłopotek.

Kukiz popiera projekt PiS. „TK przestanie być głównym hamulcowym”

Jedynym ugrupowaniem opozycyjnym, które poprze projekt, jest Kukiz’15. Stanisław Tyszka w imieniu klubu stwierdził, że zamachem na Trybunał było to, co zrobiła PO w czerwcu, a rolę TK nazwał szkodliwą dla polskiej demokracji. Mówił, że „przekraczał swoje kompetencje”.

– Mamy nadzieję, że dzięki tym zmianom TK przestanie być głównym hamulcowym zasadniczych zmian w Polsce – mówił. Posłowie ruchu Pawła Kukiza poprą projekt.

Sposób, w jaki PiS próbuje przeforsować zmiany, krytykowali konstytucjonaliści. Były prezes TK prof. Andrzej Zoll mówił „Wyborczej”, że „to pójście śladem Białorusi”, że „podobnie zrobiono w Kazachstanie czy Azerbejdżanie”. Obecny prezes prof. Andrzej Rzepliński zaapelował do prezydenta, by zaprzysiągł wybranych sędziów

Już wczoraj PO chciało, by opracowano do czwartku projekt uchwały skierowanej do Andrzeja Dudy w sprawie zaprzysiężenia sędziów TK. – Jeżeli prezydent z własnej woli nie doprowadził do ślubowania, to zadaniem izby jest przypomnieć mu o tej powinności. Jeśli prezydent tego nie czyni, popełnia delikt konstytucyjny, który będzie miał dalekosiężne skutki – mówił Cezary Grabarczyk.

Zobacz także

burzaWsejmie

wyborcza.pl

Magdalena Ogórek: Tropię polskiego Brueghla

Małgorzata I. Niemczyńska, 19.11.2015

Magdalena Ogórek

Magdalena Ogórek (Fot. Sławomir Kamiński)

Co pani teraz robi?

Od kilku miesięcy absorbuje mnie grabież dzieł sztuki z Krakowa w grudniu 1939 roku – mówi historyczka Magdalena Ogórek, niedawna kandydatka SLD na prezydenta RP. – Zaczęło się od wizyty w Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu, gdzie znalazłam się w sali poświęconej Brueglom. Kiedy stanęłam przed obrazem „Walka karnawału z postem”, mój mózg zaczął intensywnie produkować myśli: „Gdzie ja ten obraz widziałam?”. I przypomniałam sobie – dzieło widnieje na liście dzieł zagrabionych Ministerstwa Kultury. W pamięci miałam też książkę niemieckiego małżeństwa Seydewitzów, w której czytałam, że oprócz „Damy z łasiczką„, „Krajobrazu z miłosiernym Samarytaninem” i „Portretu młodzieńca” Polakom zrabowano jeszcze jedno wielkie dzieło: „Walkę karnawału z postem” Pietera Brueghla.

Pierwsza myśl? To nie może być ten obraz. Miałby tak spokojnie wisieć sobie w Wiedniu? Ale co się stało z tamtym i dlaczego nikt go nie szuka? Ogórek postanowiła po powrocie przyjrzeć się sprawie.

– Okazało się, że ten trop pociąga za sobą wielką, niezbadaną historię – opowiada. – To raj dla historyka, ale raj niepiękny. Skojarzenie z filmem „Złota dama” wydaje się uzasadnione. Za grabież polskiego Brueghla, Fałata i wielu innych cennych eksponatów odpowiada Otto von Wächter, gubernator dystryktu krakowskiego. Jego żona Charlotte świetnie się znała na sztuce. Przychodziła do muzeum i wskazywała palcem, co zabiera ze sobą. Grabież Europy była sprawą bez precedensu. Naziści zaplanowali ją starannie na długo przed wojną. Wysyłali do muzeów i galerii swoich fachowców, którzy robili rozeznanie: to, to i to pójdzie do galerii w Linzu. Ta „Dama z łasiczką” i ten „Portret młodzieńca” zawiśnie u Hansa Franka, gdy już obejmie Wawel jako swoje włości. Ale dlaczego po roku 1945 urywa się ślad po polskim Brueghlu? Jak to się stało, że wszyscy znamy listę Franka, a nie ma żadnej listy Wächtera?

Temat budzi kontrowersje. Na śledztwo Ogórek krakowscy muzealnicy patrzą sceptycznie. Różnica w pisowni nazwiska Bruegla starszego i Brueghla młodszego to nie przypadek – syn dodał „h” dla odróżnienia z ojcem. Mimo to malarzy często mylono. Muzeum Narodowe w Krakowie twierdzi, że miało nie mniej cenną kopię obrazu ojca wykonaną przez syna. Być może po wojnie sprawy nie badano, bo nie było pewne, czy obrazu nie ukradli Sowieci.

– Przeprowadziłam szeroko zakrojoną kwerendę, korespondowałam z Wiedniem i z Londynem – twierdzi Ogórek. – Zachowanych dokumentów jest mało, ale udało mi się dotrzeć do przedwojennych katalogów. To może być – podkreślam – tylko przypadek, ale figuruje w nich zapis, że mieliśmy Bruegla starszego, czyli teoretycznie tego, który wisi w Wiedniu. Mówi się jednak o tym, że i starszy, i młodszy malowali po kilka wersji swoich obrazów. Sprawę obaliłaby ekspertyza Ministerstwa Kultury, gdybym nie dowiedziała się z muzeum w Wiedniu, jak ją przeprowadzono: wnioski powzięto na podstawie zdjęcia ze zdjęcia obrazu. Owo zdjęcie zrobił niejaki Franz Sochor, czyli jeden z ekspertów, którzy wynajdowali dzieła na zlecenie nazistów.

Wächterowie byli Austriakami, pochodzili z Wiednia. Ogórek udało się nawiązać kontakt z ich synem Horstem. Mają się spotkać pod koniec listopada.

Tropiciel zrabowanych skarbów [ALE HISTORIA]

Wideo „Dużego Formatu”, czyli prawdziwi bohaterowie i prawdziwe historie, Polska i świat bez fikcji. Wejdź w intrygującą materię reportażu, poznaj niezwykłe opowieści ludzi – takich jak Ty i zupełnie innych.

W ”Dużym Formacie” czytaj:

Muzułmanin z PiS: Dobrzy muzułmanie to my
Prorok Mahomet miał powiedzieć: „Odnowa mojej religii przyjdzie z północy i zrobi to muzułmanin z kraju, w którym pada śnieg”. Uważam, że w Europie powinien powstać antykalifat. Rozmowa z Selimem Chazbijewiczem

Celibat księży. Oblubienice i oblubieńcy Kościoła
Ludzie nie potrafią zrozumieć, że pasterz potrafi kochać wśród wielu owiec – jedną najbardziej

Günter Wallraff. Powiedziałbym terrorystom: utnijcie mi głowę
Myślałem, że oferując siebie za młodego Amerykanina, mógłbym nadać swojemu życiu ostatni raz sens. Rozmowa z Günterem Wallraffem

Biała bluzka. O tajemnicy minister Moniki Zdrojewskiej
W jednym z ostatnich SMS-ów napisała: „Bóg jeden wie, ile ja łez przez tego człowieka wylałam”

Paryż po zamachach 13 listopada
Na placu Republiki w Paryżu stoi 30-letni mężczyzna z zawiązanymi szalikiem oczami. Ma rozpostarte ręce. Na kartoniku napisał „Jestem muzułmaninem. Mówią o mnie terrorysta. Ufam wam, a wy mnie? Jeśli tak, przytulcie się”

Dla polskich mężczyzn perspektywa obrony kobiet przed uchodźcami to symboliczna wyprawa krzyżowa
Mężczyznom, którzy nie mogą już dominować nad żonami, uchodźca – wyobrażony wróg – jest na rękę. Pozwala wejść w patriarchalną rolę, odsunąć lęk przed silnymi kobietami. Rozmowa z antropolożką kulturową Agnieszką Kościańską

Zatoka świń. Sopot. Abonent chwilowo niedostępny
Anaid: „Jadę do Krystiana sprzątać mieszkanie”. Dominik: „Ty głupia. Ile on ma lat? On cię skrzywdzi”. Anaid: „Nie dam się, a siłą mnie nie weźmie”

Gwiezdne wojny. Jesteś padawanem czy młodym Jedi?
Przed obejrzeniem nowych „Gwiezdnych wojen” warto odświeżyć sobie poprzednie sześć filmów z tej serii. Ale w jakiej kolejności?

Zobacz także

wiecieCoTeraz

wyborcza.pl

Reklamy