PiS, 19.11.2015

 

Schetyna zaniepokojony: Nie pamiętam takiej atmosfery w Sejmie. Myślałam, że PiS będzie próbował budować pozory demokracji

Anna Siek, 19.11.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,103454,19211630,video.html?embed=0&autoplay=1
– Zaskakuje mnie tempo zmian, które jest absolutnie ekspresowe – tak w pierwszych dniach rządów PiS mówił w TOK FM Grzegorz Schetyna. Były szef MSZ, zarzuca rządzącym ignorowanie opozycji. – To się zaczyna od marszałka Sejmu, który nie przyjmuje wniosków formalnych.

 

– Jestem parlamentarzystą od 1997 roku, ale nie pamiętam takiego nastroju, klimatu w Sejmie. Myślałam, że Prawo i Sprawiedliwość będzie próbowało budować pozory demokracji parlamentarnej – mówił Schetyna w „Poranku Radia TOK FM”.

Wg polityka PO, dobrym przykładem taktyki przyjętej przez PiS jest nocna wymiana szefów służb specjalnych.

Wczoraj po wielogodzinnej debacie ws. expose i wotum zaufania dla rządu Beaty Kopacz, mimo wniosków opozycji o przerwanie, zebrała się speckomisja i przyjęła wniosek premier o odwołanie szefów cywilnych i wojskowych służb.

Marek Biernacki z PO, do niedawna koordynator do spraw służb specjalnych, nazwał to „nocnym zamachem na służby”.

Zobacz także

schetynaZaniepokojiny

TOK FM

Opamiętajcie się! We własnym interesie

Wojciech Maziarski, 19.11.2015

Jarosław Kaczyński i Andrzej Duda

Jarosław Kaczyński i Andrzej Duda (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Po ułaskawieniu Mariusza Kamińskiego wygląda na to, że jest już pozamiatane. W ciągu zaledwie trzech tygodni od wyborczego zwycięstwa PiS uruchomił dynamikę, która doprowadzi do jego przyszłego upadku. W trzy tygodnie od milionera do zera – naprawdę rekord świata.

To nie oznacza, że partia Kaczyńskiego wkrótce odda władzę. Niestety, będzie jej bronić do upadłego i nie wiemy, ile to potrwa, może rok, może dwa, a może nawet do końca kadencji (oby nie!). Nie wiemy dokładnie, jaką cenę zapłaci za to kraj, choć domyślamy się, że niestety wysoką. Nie wiemy też, jakich jeszcze metod użyje PiS w walce z politycznymi przeciwnikami i ze społeczeństwem obywatelskim, które z tygodnia na tydzień coraz mocniej będzie protestować przeciw awanturniczym działaniom rządzących.

Jednak niezależnie od tego, ile to potrwa, kurs został wytyczony, a miejsce katastrofy dobrze widać na horyzoncie. PiS niczym „Titanic” nieuchronnie zmierza w kierunku góry lodowej.

A miało być inaczej. Partia Kaczyńskiego wygrała, bo przekonała wyborców, że nie jest już tym samym PiS-em, który znali z przeszłości. „Nie musicie się nas obawiać – mówili w kampanii – bo ucywilizowaliśmy się i uspokoili. Nie będziemy już bredzić o zamachu smoleńskim, nie będziemy usadzać oszołomów na ważnych stanowiskach, będziemy szanować oponentów i przestrzegać zasad państwa prawa; zajmiemy się gospodarką, nie będziemy skłócać Polski z Europą i w ogóle będziemy się zachowywać jak normalni ludzie”.

Kto uwierzył, ten uwierzył, ale najwyraźniej jakaś część elektoratu kupiła ten przekaz i zagłosowała na PiS. Nie taka znów wielka, bo przewaga partii Kaczyńskiego nad obozem liberalnym w wyborach parlamentarnych czy Dudy nad Komorowskim w wyborach prezydenckich była zaledwie kilkupunktowa. Tylko układ sił na lewicy i ordynacja sprawiły, że przełożyło się to na ponad połowę mandatów w Sejmie.

W ciągu trzech tygodni po wyborach PiS demonstracyjnie pokazał wyborcom, że ich okłamał. I że ma to gdzieś.

Macierewicz miał nie być ministrem, ale jest. I co nam zrobicie?

Ludzie tacy jak Kamiński czy Ziobro mieli zostać zastąpieni umiarkowanymi merytokratami, ale wrócili na dawne stanowiska. I co nam zrobicie?

Mieliśmy przestrzegać prawa, ale bezczelnie stawiamy naszych ludzi ponad nim.

Mieliśmy nie nawracać Polski na religię smoleńską i nie bredzić o zamachu, ale nawracamy i bredzimy.

Mieliśmy nie skłócać Polski z Europą, ale już wymyślamy Niemcom od okupantów i hitlerowców. Zapowiadamy czystki w mediach, zapowiadamy, że wtłoczymy instytucje kultury i oświaty w ramy ideologiczne, obnosimy się z religijnością i demonstracyjnie zapraszamy o. Rydzyka.

I co nam zrobicie?

Skąd ten PiS-owski bezwstyd? Skąd ta samobójcza buta? Być może oszołomieni skalą sukcesu uwierzyli, że rozkład mandatów w parlamencie odpowiada rozkładowi sił w społeczeństwie, więc na wszystko mogą sobie pozwolić. Gdyby mieli więcej rozumu i przezorności, być może dostrzegliby, że płyną prosto na górę lodową.

Powiedzmy zatem głośno, by ich ostrzec: Szanowni Państwo, we własnym interesie opamiętajcie się! Polacy dali radę pogonić PZPR Jaruzelskiego, więc pogonią też PiS Kaczyńskiego.

Zobacz także

opamiętajcieSię

wyborcza.pl

Biała bluzka. O tajemnicy minister Moniki Zbrojewskiej

Justyna Kopińska, 19.11.2015

Monika Zbrojewska

Monika Zbrojewska (Fot. Wojciech Surdziel, Jacek Marczewski)

W jednym z ostatnich SMS-ów napisała: „Bóg jeden wie, ile ja łez przez tego człowieka wylałam”

Monikę Zbrojewską, 43-letnią wiceminister sprawiedliwości, łódzka drogówka zatrzymała 23 października o 14.00. Profesor prowadziła samochód pod wpływem alkoholu. Natychmiast została odwołana z funkcji wiceministra. Dziekan Wydziału Prawa Uniwersytetu Łódzkiego Agnieszka Liszewska oznajmiła, że nie wyobraża sobie, by nadal uczyła studentów. Zbrojewska trafiła na okładki tabloidów i lokalnych gazet. Obowiązywała wówczas cisza wyborcza, dlatego wiceminister stała się głównym tematem większości internetowych portali. Pod artykułami tysiące komentarzy. Internauci wulgarnie komentowali jej wygląd, wzywali do oddania habilitacji, a nawet życzyli jej śmierci.

Monika Zbrojewska zmarła tydzień później.

Gdy się urodziła, przez trzy dni nie odchodziłam od jej łóżeczka – mówi mi dzień po pogrzebie Moniki Zbrojewskiej jej siostra Anita. – Jestem od niej o dziesięć lat starsza. Zawsze chciałam mieć rodzeństwo. Rodzice powtarzali, że wybłagałam sobie Monikę. Nawet imię dla niej wybrałam. Chciałam odgrywać rolę „starszej siostry”, ale ona zawsze odmawiała pomocy. Gdy miała 12 lat, pojechała na obóz harcerski do NRD. Podczas wyjazdu dzieci mogły pracować i zarobiły pierwsze marki. Mama przyjechała po nią na dworzec. Harcerze wybiegali z wagonu z gitarami, nowymi ubraniami i słodyczami, a Moniki nie było. Wyszła jako ostatnia. Taszczyła duże pudła. Okazało się, że kupiła do domu odkurzacz, młynek do kawy oraz garnek. I nic dla siebie.

W podstawówce uczyła się średnio, ale nikomu nie przyszło do głowy, aby wymagać od niej piątek. Mama ma wykształcenie średnie, pracowała w administracji domu opieki społecznej, a tata był dyrektorem zakładów mleczarskich. Skończyłam technikum włókiennicze i Monika za namową mamy poszła w moje ślady. Łódź słynęła wówczas z przemysłu odzieżowego, więc rodzice myśleli, że po technikum będziemy miały zapewnioną pracę. Ale nagle w Monice rozbudziła się ambicja. Pewnie dzięki polonistce, która powtarzała, że moja siostra jest urodzonym prawnikiem i ma dar do przemówień. Historia w technikum była na niskim poziomie. Na maturze Monika miała uszyć torebkę i czapkę z daszkiem. Uczyła się historii w domu. Nie chodziła na żadne dyskoteki, spotkania, często czytała do czwartej nad ranem. Dostała się za pierwszym razem na prawo na Uniwersytet Łódzki.

Justyna: Kopińska: Obóz koncentracyjny w dziecięcym psychiatryku

Gdy później ludzie nam mówili, że Monice tak świetnie się powodzi i chyba dużo zarabia, to zawsze odpowiadałam, że mogli się tak dużo uczyć jak ona. Przed egzaminami oblepiała cały pokój małymi karteczkami z datami i cytatami. Wszystko kojarzyło jej się z historią lub prawem. Nawet rejestracja samochodu okazywała się datą narodzin jednego z Jagiellonów. Tylko raz nie zdążyła opanować całego materiału do egzaminu. To były tak zwane zobowiązania, czyli prawo cywilne u sławy uniwersytetu, profesor Biruty Lewaszkiewicz-Petrykowskiej. Siostra wymyśliła, że pójdzie na egzamin jako pierwsza, aby profesor przynajmniej nie porównywała jej z innymi studentami. Przed salą była już o drugiej w nocy. Profesor nie chciała dać jej niskiej oceny, bo zauważyła, jak bardzo Monice zależy na opinii wykładowców. Pozwoliła jej wrócić do domu i douczyć się.

Przez wszystkie lata studiów miała stypendium. Skończyła uniwersytet w pierwszej trójce najlepszych studentów na roku. Później została na uczelni w Katedrze Postępowania Karnego i Kryminalistyki. Z rodzicami pojechaliśmy na obronę jej pracy doktorskiej. Bardzo przeżywała ten doktorat, a po niej wszystko było widać, była czerwona jak buraczek. Zdawała przed komisją, w której byli profesorowie: Tomasz Grzegorczyk, Witold Kulesza oraz Stefan Lelental, i cały czas mocno ściskała w dłoni reklamówkę. Dziwnie to wyglądało. Gdy ogłosili, że zdała, zaczęła podskakiwać i wyjęła z tej reklamówki białą bluzkę. Okazało się, że to jej talizman, miała ją na sobie podczas matury w technikum. Profesor Kulesza podszedł do ojca i powiedział: „Gratuluję córki! Zaskoczyło nas, że w tak młodym wieku zdobyła ogromną wiedzę”. Tata popłakał się ze wzruszenia. Mama wybuchnęła śmiechem, gdy zobaczyła Monikę w todze. Pozostali doktoranci prezentowali się dostojnie, a nasza Monika to przy nich taka wychudzona. Nie wyglądała na doktora prawa.

– Monika Zbrojewska była pierwszą kobietą, którą przyjąłem do zespołu – mówi mi Tomasz Grzegorczyk, kierownik Katedry Postępowania Karnego i Kryminalistyki Uniwersytetu Łódzkiego. – Wkrótce miała najwięcej publikacji ze wszystkich kolegów. Była niezwykle pracowita, a przy tym spontaniczna i wesoła. Na jej zajęcia zawsze było więcej chętnych niż miejsc. Zajęła się prawem wykroczeń i prawem karnym skarbowym, ale potrafiła dyskutować o praktycznych aspektach prawa niemal z każdej jego dziedziny. Za bardzo liczyła się z opinią innych. Niezwykle przykładała się do każdego referatu i wystąpienia. To się nie zmieniło. Niedawno byłem w ministerstwie jako członek komisji kodyfikacyjnej nadzorowanej przez wiceminister. Monika zawołała mnie na chwilę i bardzo delikatnie zapytała: panie profesorze, jak pan myśli, czy robię dobre wrażenie na kolegach?

W 2003 roku Monika została ekspertem komisji śledczej w sprawie afery Rywina – kontynuuje jej siostra Anita. – Powiedziałyśmy tacie, ale machnął tylko ręką bez emocji, jakby w ogóle go to nie obchodziło. A później tak się wciągnął, że nie mogliśmy go oderwać od telewizora. Czekał, aż pokażą Monikę. A ona zupełnie nie przejmowała się kamerami. Pozostali eksperci byli poważni i skupieni, a nasza Monika bawiła się włosami albo oglądała paznokcie. Mówiłam jej, żeby nie wydziwiała, tylko uważała na kamery, bo trzeba trochę powagi w telewizji zachować. Za to znała odpowiedź na każde pytanie.

Justyna Kopińska: Strażnik, który pękł

– Podczas prac komisji Rywina doktor Zbrojewska była przede wszystkim uczciwa. Niektórzy eksperci chcieli zyskać na tej sprawie medialnie i politycznie, byli ewidentnie stronniczy, a ona mówiła, co myśli, i nie trzymała żadnej strony – mówi mi minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. – Byłem pod wrażeniem jej prawniczej wiedzy. Zauważyłem, że się nie wywyższa. Łatwo nawiązywała kontakt ze strażnikami czy paniami sprzątającymi. Prawdopodobnie mimo bardzo dobrej znajomości prawa nie miała zbudowanej wewnętrznej pewności siebie, bo unikała rozmów z osobami, które były wyżej od niej w hierarchii społecznej. Wrażliwa i delikatna. Typ osobowości, który nie wchodzi w zatargi, bo zbytnio przeżywa konflikty. Nie miałem z nią kontaktu od lat, ale gdy zatrzymała ją policja, pomyślałem, że spożycie alkoholu nie wynikało u niej z chęci zabawy czy przyjemności, tylko z potrzeby rozładowania jakiegoś dużego stresu, z którym nie potrafiła się zmierzyć.

W czasie prac komisji Rywina Jerzy Pilch opublikował w „Polityce” felieton, w którym pisał: „Serce we śnie zabiło mi żywiej, bo z całego serca chciałem, żeby pani doktor Zbrojewska była na sali, żeby poprawiła – jak zawsze to czyni – charakterystycznym gestem włosy i zabrała głos i żeby powiedziała, że jak jest tak a tak, to może być też tak a tak. Od samego początku obrad komisji marzyłem, żeby doktor Zbrojewska powiedziała: tak. I teraz we śnie pragnienie to było tym gorętsze. Zbyt gorące i zbyt żywe, bo nie szło pani doktor na Sali Kolumnowej znaleźć i z nerwów sen szedł w rozsypkę”.

– Sprawdziła się, więc została ekspertem w kolejnych komisjach, m.in. sprawy zabójstwa Krzysztofa Olewnika czy zbadania prawidłowości prywatyzacji PZU – mówi mi Anita. – Od 2006 roku pracowała także jako adwokat. Wśród jej klientów były znane osoby jak Leszek Miller, Irena Dziedzic czy tzw. król dopalaczy Dawid Bratko. W 2014 roku miała habilitację. Bardzo się denerwowała. Próbowałam podpytać profesor Teresę Wykę, która akurat wyszła z sali, jak Monice poszło, ale odpowiedziała tylko: „Jak zawsze ma piękne buciki”. Monika miała w życiu dwie obsesje – buty i prawo. Wysyłała nam zdjęcia butów, które wypatrzyła w galeriach. Mówiliśmy na nią Jennifer Lopez, bo już nie miała na nie miejsca, a i tak kupowała nowe. Jej ulubione seriale to „Ally McBeal” o prawnikach oraz „Seks w wielkim mieście”, bo tam główna bohaterka Carrie Bradshaw ma podobną słabość do butów. Dziwiliśmy się, że tak o to dba, bo nie lubiła makijażu, nie farbowała włosów, a jak została wiceministrem, to wyglądała tak samo jak dziesięć lat wcześniej. Mało mówiła o mężczyznach. W szkole średniej miała dużo tak zwanych adoratorów, ale nikt jej się specjalnie nie podobał. Mówiła, że nie nadaje się do prowadzenia domu i wychowywania dzieci.

Justyna Kopińska: Elbląg gwałtu nie widzi

Ulubione powiedzenie siostry to: „Panu Bogu dziękować, a ludziom się nie chełpić”. Pierwsza w rodzinie odniosła sukces.

W 2014 roku pytałem mojego byłego ucznia, ministra Grabarczyka, kogo wybrał na swojego zastępcę. Odpowiedział: jeszcze nie mogę ogłosić, ale będzie pan profesor zadowolony – mówi mi profesor Stefan Lelental. – I byłem zachwycony. Monika Zbrojewska miała świetne pomysły i bardzo praktyczną znajomość prawa. Budziła zazdrość otoczenia, bo politycy dobrze wiedzieli, że jest dużo lepiej przygotowana do pracy w ministerstwie niż oni. Teraz nastał dziwny czas, gdy profesorowie albo nie piszą książek, albo wyręczają się asystentami. Zbrojewska wszystko robiła sama, nigdy nie spóźniała się z terminami. Obserwowałem, jak w tydzień zrobiono z niej pijanicę w depresji, która olewała zajęcia. W lokalnych gazetach poświęcano tej sprawie kilka pierwszych stron. Przedstawiane informacje były wyssane z palca. Oczywiście mogła mieć problem z alkoholem, pewnie jest wiele osób z wymiaru sprawiedliwości, które samotnie zapijają swoje lęki, ale gwarantuję, że u niej nie był to rodzaj choroby, który ktokolwiek z uczelni by zauważył. Zbrojewska była jednym z najbardziej zaangażowanych i pracowitych profesorów na Uniwersytecie Łódzkim.

– W 2014 roku Monika została wiceministrem sprawiedliwości. Ale nic się nie zmieniła. Jej gestykulacja i miny zupełnie nie licowały z powagą urzędu – mówi mi przyjaciel Moniki sędzia Michał Błoński. – Miała ogromne pokłady cierpliwości dla ludzi, którzy chcieli ją wykorzystać. Gdy została wiceministrem, od razu pojawiły się telefony od dawnych znajomych, którzy wcześniej nie zwracali na nią uwagi. Dzwonili do niej od pierwszego dnia. Głównie policjanci i prokuratorzy z czasów studiów lub ich małżonkowie. Prosili o różne przysługi, pomoc w awansie. Denerwowało mnie, że nie powiedziała „odczepcie się”, tylko spokojnie tłumaczyła, że minister nie ma takich kompetencji, aby awansować znajomych. Rzadko się zwierzała, wszyscy szukali w niej oparcia, a ona sama nigdy nie prosiła o pomoc. Budziła zazdrość, co jest normalne, gdy ktoś odnosi sukces w tak młodym wieku. Mało osób zastanawiało się, jaką cenę za to płaci. Nie można mieć pasma zwycięstw na wszystkich polach. Ona całkowicie poświęcała się pracy, budowała życie na jednym filarze i zaniedbywała pozostałe. Pracowała po kilkanaście godzin dziennie. Niedawno kupiła wycieczkę zagraniczną, z której bardzo się cieszyła, ale było dużo pracy w ministerstwie, więc zrezygnowała z tego urlopu.

Miała kumpelskie podejście do mężczyzn. W SMS-ach przesyłała buziaki, pisała do mnie „kochanie”. U innych kobiet pewnie by to coś oznaczało, ale nie u niej. Tak wyrażała, że kogoś lubi. Na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie osoby, która jest lekka i na luzie. Ale bardzo się przejmowała powierzanymi jej obowiązkami, zwłaszcza w ministerstwie. Martwiłem się, że za bardzo dąży do doskonałości. Nawet jej ulubiony malarz to Gustav Klimt, który tytanicznie poświęcał się pracy, bo chciał stworzyć dzieło absolutne. W kancelarii miała dwie repliki jego obrazów. Cały czas była proszona o kolejne orzeczenia prawno-procesowe. Pracowała nocami i wciąż przyjmowała nowe propozycje. Pewnie był to sposób na zagłuszenie samotności. Pamiętam, jak przyszła do mieszkania z galerii handlowej, a ja akurat zadzwoniłem i spytałem, co kupiła. Odpowiedziała: nawet nie byłam na zakupach, chciałam tylko pobyć wśród ludzi.

Widzieliśmy się w poniedziałek 19 października . Jestem przekonany, że nie cierpiała na depresję, jak donosiły później media – kontynuuje Błoński. – Cieszyła się, że napiszemy kolejną wspólną książkę. Nadal nie mogę uwierzyć, że widziałem ją wtedy po raz ostatni. W piątek usłyszałem w radiu, że Monika Z. z Ministerstwa Sprawiedliwości została zatrzymana przez policję, gdy jechała pod wpływem alkoholu. Byłem w szoku. Monika nigdy nie piła przy nas. Potwierdzi to każdy doktor czy profesor z katedry. Na imprezach katedralnych po obronach habilitacji i doktoratów odmawiała nawet kieliszka wina, bo prowadziła samochód. Była też osobą bardzo moralną i jako profesor prawa świadomą tego, że jazda po pijanemu przekreśla wszystko, na co tak ciężko pracowała przez całe życie. Dlatego nigdy nie uwierzę, że świadomie wsiadła wtedy do samochodu. W czwartek wieczorem przyjechała do Łodzi. W piątek o 12:00 mieliśmy radę wydziału, na której powinni być doktorzy habilitowani i profesorowie. Monika nigdy wcześniej jej nie opuszczała. Po 11:00 wysłała zwykłego SMS-a do naszego kolegi z katedry z prośbą, aby był na poniedziałkowym egzaminie jako członek komisji. Nie wiem, co musiało stać się przez następne dwie godziny, że jednak nie dotarła na radę wydziału i przed 14:00 miała już dwa promile alkoholu we krwi.

Justyna Kopińska: Mali niewolnicy w strasznych domach dla dzieci

– Ludzie w internecie przecież nie znali mojej córeczki, a pisali: „zabrać jej habilitację”, „niech zdechnie!”, „ma ryj alkoholiczki” – mówi mi mama Moniki Zbrojewskiej. – Wiem, że bardzo źle zrobiła. Ale nie ona pierwsza z polityków prowadziła po pijanemu. A takiego linczu nigdy nie było. Zawsze myślałam, że ona nie lubi alkoholu czy imprez. Całe życie w książkach. W ciągu ostatniego roku bardzo się zmieniła. Gdy mieszkała w Łodzi, to często przychodziła się przytulić. Opowiadała, co dzieje się na uniwersytecie i kogo broni jako adwokat. Od czasu przeprowadzki do Warszawy przestała się zwierzać. Jakby ścianę między nami postawili. Mówiła, że ma dużo problemów w ministerstwie i nie bardzo sobie z nimi radzi. Ale nie chciała zdradzić szczegółów. Wiem tylko, że był tam jeden z doktorów, który cały czas podkładał jej świnie. Podobno przyjmując stanowisko wiceministra, uraziła jego ambicję. W jednym z ostatnich SMS-ów napisała: „Bóg jeden wie, ile ja łez przez tego człowieka wylałam”.

– W ministerstwie jest mnóstwo osób, dla których wiedza prawnicza nie ma znaczenia. Liczy się siła i kontakty – mówi mi nieoficjalnie jej kolega z wymiaru sprawiedliwości. – Zanim trafiła do ministerstwa, była chwalona, zdobywała uniwersyteckie nagrody za liczne publikacje, ale nie miała żadnego doświadczenia w roli szefa i zbudowanego zaplecza politycznego. Mimo to od razu porwała się na wprowadzanie zmian. Chciała redukcji zatrudnienia. Widziała, że jedna z wpływowych prokuratorek w ministerstwie przyjmuje kolejnych asystentów, mimo że nie ma dla nich pracy. Chciała to zmienić, a oczywiście ludziom, którzy pobierają kasę za nic, zależało, by dalej ją dostawać. Denerwowało ich, że przyszła jakaś młoda idealistka, która powtarza, że emerytów na leki nie stać, a w ministerstwie marnotrawią pieniądze. Zależało jej także, aby wzmocnić system, w którym studenci prawa niepochodzący z rodzin prawniczych mogą dostać się do zawodu sędziego i prokuratora. Najbardziej klarowny, europejski system jest obecnie w Krakowie, gdzie przyszłych sędziów i prokuratorów szkoli się w Krajowej Szkole Sądownictwa i Prokuratury. Szansę mają najlepsi studenci i czasem na aplikację nie dostają się synowie ministrów czy sędziów Sądu Najwyższego. W ministerstwie jest dużo zwolenników starego modelu, w którym przyszłych pracowników wymiaru sprawiedliwości szkolono w sądach i prokuraturach. Wówczas prawie wszyscy aplikanci byli z poważanych klanów prawniczych.

Ostatnio grupa hamująca zmiany była w ministerstwie coraz silniejsza. Sędzia Leszek Pietraszko, dla którego najważniejsza jest przejrzystość w doborze przyszłych sędziów, miał być powołany na drugą kadencję dyrektora Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury. Monika mu sprzyjała, bo nie pozwalał na tak zwane ustawki, czyli faworyzowanie krewnych wpływowych osób, zajęcia prowadzili najlepsi wykładowcy, a nie sędziowie, którzy akurat potrzebowali podreperować domowy budżet. Pietraszko zgłosił się jako jedyny kandydat, przeszedł pozytywnie wszystkie etapy rekrutacji i nagle ktoś w ministerstwie zablokował jego kandydaturę. Czyli obecnie szkoła nie ma dyrektora. Według Moniki blokada stanowiska była sygnałem, że lobby walczące o zachowanie wpływów w zawodach prawniczych znów zyskuje na sile. Bardzo się tym przejmowała. Mówiłem jej, że przecież niebawem wybory, więc i tak wszystko się zmieni. Ale chyba ci ludzie są tak ustawieni, że będą mieć wpływ na ministerstwo i sytuację prawną w Polsce niezależnie od tego, kto jest u władzy. Jej podwładni widzieli, że traci wpływy, i niektórzy zaczęli ją lekceważyć. W ostatnich miesiącach popadła w konflikt z pracownicą komisji kodyfikacyjnej, która demonstracyjnie ignorowała jej polecenia. Była bardzo liberalnym szefem i chyba nie zdawała sobie sprawy, że wszędzie są pracownicy, którzy cię nie szanują, póki nie weźmiesz ich za pysk. Ostatnio została odsunięta od nadzoru nad komisją kodyfikacyjną. To ogromna porażka, bo przegrała wewnętrzną walkę w ministerstwie. Widziałem, jak się z tym wszystkim szamoce, i pomyślałem, że w polskiej polityce nie ma miejsca dla ludzi, którzy nie idą po trupach.

– – mówi mi Konrad, kolega i były student Zbrojewskiej. – Nie zauważyłem w jej zachowaniu nic wyjątkowego. Zajmuję się ubezpieczeniami, więc jak zwykle doradzałem jej w sprawach finansowych. Pani profesor może trochę przejmowała się odsunięciem od nadzoru komisji kodyfikacyjnej. Mówiła, że traktuje to jako porażkę. Później pojechaliśmy do mnie na kawę. Wyszła około 23:00 i pojechała do Łodzi. W piątek rano rozmawialiśmy przez telefon na temat dokumentów, które ma przygotować do banku. Była jak zawsze bardzo rzeczowa. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że tego dnia piła alkohol.

– Jechałem ulicą Byszewską w Łodzi i nagle zobaczyłem samochód, który jechał środkiem drogi – mówi mi Jarosław, emerytowany policjant z Wielkopolski. – Zajechałem kierowcy drogę. Podbiegłem i otworzyłem drzwi samochodu. Za kierownicą siedziała elegancka kobieta, która wyglądała, jakby w ogóle nie była świadoma, co się z nią dzieje. Wyjąłem kluczyki ze stacyjki, wróciłem do swojego samochodu i zadzwoniłem po łódzką policję. Przyjechali po 20 minutach. – Nie wiedzieliśmy, że to wiceminister sprawiedliwości – mówi mi policjant z drogówki, który zatrzymał Zbrojewską. – Wyglądała na przerażoną. Z każdą minutą była coraz bardziej pobudzona, czuć było alkohol. Właściwie nie było możliwości, aby zapytać, jak to się stało, że prowadziła po pijanemu i z kim piła w środku dnia.

– Próbowałam się do niej dodzwonić w piątek wieczorem i przez całą sobotę – mówi jej siostra Anita. – W sobotę rano pojechałam do niej, widziałam ją przez okno, ale mi nie otworzyła. Napisała, że chce być sama. Wieczorem znów przyjechałam, ale nadal nie otwierała. Dodzwoniłam się do niej w niedzielę. Mówiłam, że zawsze będziemy przy niej i może na nas liczyć. Ale odpowiedziała tylko: dajcie mi spokój, nie widzisz, że tracę wszystko, na co tak ciężko pracowałam.

– W niedzielę przyniosłam jej obiad – mówi mi siostrzenica Zbrojewskiej, Małgorzata. – Zjadła, powiedziała, że chce być sama i potrzebuje snu. Położyła się do łóżka. Zaniosłam jej tam termofor. W poniedziałek pojechałyśmy razem do szpitala, żeby porozmawiała z psychologiem. Nikt nie znalazł jej nieprzytomnej, jak pisano w gazetach. W szpitalu przeprowadzono jej gruntowne badania i okazało się, że ma silne zatrucie lekami. Może czytała komentarze w internecie i wzięła większą ilość tabletek, aby nie myśleć. Przez cały weekend pisaliśmy do niej wiadomości, by nie czytała tekstów na portalach. Słowa, które ludzie tam publikowali, były okrutne. Lekarze mówili, że jest poważny problem z narządami. Zmarła 30 października. Przyczyną śmierci była niewydolność wielonarządowa.

– Kilka lat temu Monika poprosiła, abyśmy ją po śmierci skremowali, a nad urną puścili piosenkę „Mydełko Fa” – mówi mi Anita. – Śmialiśmy się z tej prośby, bo wierzyliśmy, że przeżyje mnie i mamę. A z pogrzebem kojarzą nam się bardziej utwory Michała Bajora niż disco polo w najgorszym wydaniu, ale Monika kochała zaskakiwać i nie znosiła patosu. Spełniliśmy jej wolę.

Kontakt z autorką przez stronę http://www.justynakopinska.pl

Wideo „Dużego Formatu”, czyli prawdziwi bohaterowie i prawdziwe historie, Polska i świat bez fikcji. Wejdź w intrygującą materię reportażu, poznaj niezwykłe opowieści ludzi – takich jak Ty i zupełnie innych.

W ”Dużym Formacie” czytaj:

Muzułmanin z PiS: Dobrzy muzułmanie to my
Prorok Mahomet miał powiedzieć: „Odnowa mojej religii przyjdzie z północy i zrobi to muzułmanin z kraju, w którym pada śnieg”. Uważam, że w Europie powinien powstać antykalifat. Rozmowa z Selimem Chazbijewiczem

Celibat księży. Oblubienice i oblubieńcy Kościoła
Ludzie nie potrafią zrozumieć, że pasterz potrafi kochać wśród wielu owiec – jedną najbardziej

Günter Wallraff. Powiedziałbym terrorystom: utnijcie mi głowę
Myślałem, że oferując siebie za młodego Amerykanina, mógłbym nadać swojemu życiu ostatni raz sens. Rozmowa z Günterem Wallraffem

Biała bluzka. O tajemnicy minister Moniki Zdrojewskiej
W jednym z ostatnich SMS-ów napisała: „Bóg jeden wie, ile ja łez przez tego człowieka wylałam”

Paryż po zamachach 13 listopada
Na placu Republiki w Paryżu stoi 30-letni mężczyzna z zawiązanymi szalikiem oczami. Ma rozpostarte ręce. Na kartoniku napisał „Jestem muzułmaninem. Mówią o mnie terrorysta. Ufam wam, a wy mnie? Jeśli tak, przytulcie się”

Dla polskich mężczyzn perspektywa obrony kobiet przed uchodźcami to symboliczna wyprawa krzyżowa
Mężczyznom, którzy nie mogą już dominować nad żonami, uchodźca – wyobrażony wróg – jest na rękę. Pozwala wejść w patriarchalną rolę, odsunąć lęk przed silnymi kobietami. Rozmowa z antropolożką kulturową Agnieszką Kościańską

Zatoka świń. Sopot. Abonent chwilowo niedostępny
Anaid: „Jadę do Krystiana sprzątać mieszkanie”. Dominik: „Ty głupia. Ile on ma lat? On cię skrzywdzi”. Anaid: „Nie dam się, a siłą mnie nie weźmie”

Gwiezdne wojny. Jesteś padawanem czy młodym Jedi?
Przed obejrzeniem nowych „Gwiezdnych wojen” warto odświeżyć sobie poprzednie sześć filmów z tej serii. Ale w jakiej kolejności?

tajemnicaMinZbrojewskiej

wyborcza.pl

W łasce jest metoda

Wkurzyło Państwa ułaskawienie ministra Kamińskiego przez prezydenta Dudę? Niesłusznie.

Trudno przecież sobie wyobrazić, żeby minister koordynował najtajniejsze służby, siedząc na więziennej pryczy. Niby teoretycznie nie jest to wykluczone, ale praktycznie byłoby jednak trudne. W czasach gdy zagrożenie terrorystyczne rośnie, dla wspólnego dobra nie wolno było ryzykować, że do takiej sytuacji dojdzie.

Faktyczne ułaskawienie nastąpiło więc już w chwili, gdy Mariusz Kamiński został ponownie ministrem. Bo było oczywiste, że koordynowanie z pryczy w grę nie wchodzi, podobnie jak przeciąganie procesu w nieskończoność. A czy to źle, że Kamiński został koordynatorem? Moim zdaniem dobrze. Lepiej, niż gdyby koordynatorem został pan Nikt, a Kamiński by mu spod stołu (lub z pryczy) suflował. Teraz sytuacja jest jasna. Prezes, premier, prezydent świadomie oddali kontrolę nad służbami osobie, która wcześniej została w pierwszej instancji skazana za przestępstwa popełnione w trakcie pracy w służbach.

Prezydent ułaskawił Kamińskiego wraz ze współsprawcami. Czyli jasno pokazał, że akceptuje, a nawet promuje metody działania, które prokuratura i sąd uznały za przestępcze. Znaczy to, że za kolejne tego typu działania – jeśli się w jakiejś tajnej służbie zdarzą – będą odpowiadali nie tylko bezpośredni sprawcy, ale też cały polityczny łańcuch dowodzenia z prezesem Kaczyńskim na szczycie, z prezydentem, panią premier, wicepremierami i innymi luminarzami władzy, którzy publicznie popierali, tłumaczyli i wychwalali najpierw nominację, a potem ułaskawienie.

Kiedy za ileś lat prokuratura, komisje śledcze, sądy i Trybunał Stanu będą badały działalność obecnej władzy, ta jednoznaczność stworzona przez ułaskawienie stanie się istotnym argumentem w nieuchronnym sporze o to, co było nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, co winą pojedynczych osób, a co produktem systemu świadomie stworzonego przez dobrze wszystkim znanych najwyższych partyjnych liderów i funkcjonariuszy publicznych. To będzie niezwykle cenne na drodze polskiej demokracji do uporania się z jednym z jej największych deficytów, jakim jest niesłusznie lekceważony przez Platformę deficyt odpowiedzialności władzy za jej czyny.

Nie wyobrażam sobie, żeby jakikolwiek sąd czy trybunał mógł w przyszłości uznać, że dokonując takiego ułaskawienia, prezydent nie zachęcał funkcjonariuszy publicznych do popełniania czynów, które prokuratura i sąd oceniły wcześniej jako przestępcze. Podobnie jak trudno będzie komukolwiek uznać, że kierownictwo partii nie dało takiej zachęty, wysuwając kandydatury Kamińskiego, Macierewicza i Ziobry, oraz że premier Szydło proponując prezydentowi, a potem Sejmowi, powołanie tych osób, nie przyłączyła się do takiej zachęty. Każde jakkolwiek zbliżone nadużycie popełnione przez mianowanych i ułaskawionych oraz przez ich podwładnych będzie obciążało cały rządzący dziś Polską układ.

W tym sensie minister Dera ma rację, że przez ułaskawienie prezydent Duda uwolnił wymiar sprawiedliwości od konieczności podjęcia politycznie obciążonej decyzji. Dodałbym jednak, że prezydent najprawdopodobniej uwolnił sędziów także od poniżenia, pomówień, oszczerstw, zastraszania. Bo o ile znamy maniery obozu rządzącego, alternatywą było wywieranie nieformalnej presji na sędziów i ich najbliższych, obrażanie ich, grożenie, żeby nic nie kombinowali, żeby nie grali temidy z zawiązanymi oczami i żeby po prostu wydali wyrok oczekiwany przez władzę, jak to już nie raz w polskiej praktyce przez wieki bywało. W jakimś sensie był to więc odważny gest miłosierdzia, bo głowa państwa zdjęła ryzyko z sędziów i wzięła je na siebie.

Do tego momentu trudno cokolwiek prezydentowi Dudzie zarzucić – poza tym, że potraktował prawo do ułaskawienia w sposób partyjniacki i trochę rozszerzająco. A jednak sprawa jest poważniejsza niż problem Kamińskiego, wymiaru sprawiedliwości, służb itp. Bo najważniejszy w tej sprawie jest sygnał, że władzę wiąże tylko polityczna wola, a jeśli prawo by ją ograniczało, to tym gorzej dla prawa. Funkcjonariusze wszelkich urzędów i szczebli mają wykonywać polityczną wolę i nie bać się ewentualnej odpowiedzialności, bo na szczycie państwa stoi człowiek, który zadba o to, by nie spotkała ich kara.

Ułaskawienie to sygnał radykalnie zwiększający ryzyko takich zdarzeń jak śmierć Barbary Blidy czy prowokacja i spisek przeciw wicepremierowi Lepperowi. Polska stanie się jednak teraz krajem urzędników nie tylko z politycznego rozkazu nadużywających władzy wobec obywateli. Zasada nieodpowiedzialności władzy rozszerza się bowiem spontanicznie, o czym przekonał się już niejeden „dobry” władca. Gdy tren proces się upowszechni i zejdzie na dół państwowej drabiny, radykalnie zmaleje różnica między Polską a Rosją, Ukrainą czy nawet Białorusią.

Jarosław Kaczyński, Beata Szydło i Andrzej Duda z pewnością doskonale wiedzą, że taki proces nie musi prowadzić do wymiany władzy. Bywa nawet przeciwnie. Na Wschodzie – a PiS tkwi przecież korzeniami w kulturze Polski wschodniej – im straszniejszy urzędnik, tym z reguły większe jest przywiązanie prostego ludu do cara, który staje się jedyną nadzieją.

Ułaskawienie uruchamiające tego rodzaju procesy staje się nie tylko odpowiedzią na chwilowy problem zagrożenia wiszącego nad ważnym politykiem PiS i na sięgające nieco dalej wyzwanie, jakim jest złamanie oporu funkcjonariuszy publicznych wobec wykonywania niezgodnych z prawem politycznych poleceń. Jest to też krok na drodze PiS do zbudowania szerokiego społecznego poparcia dla ewolucji systemu politycznego w stronę tzw. nieliberalnej demokracji, której mistrzem jest Władimir Putin.

Bardzo wiele wskazuje, że w tej kadencji Sejmu PiS nie zdoła zmienić konstytucji. I pewnie nie będzie próbował. Ale ustrój polityczny Polski ta władza może i bez tego radykalnie zmienić, wysyłając całemu aparatowi państwa sygnały, takie jak ułaskawienie ministra Kamińskiego i jego współsprawców przez prezydenta Dudę. Cztery lata z pewnością wystarczą, żeby konstytucja III RP, w której ani jedna litera nie zostanie zmieniona, stała się konstytucją państwa o kompletnie innym ustroju. Ku temu zmierzamy.

 

zakowski.blog.polityka.pl

Expose Beaty Szydło, czyli wizje jak z czytanek w PRL

18-11-2015

Beata Szydło

Premier Beata Szydło wygłasza expose w Sejmie  /  fot. Radek Pietruszka  /  źródło: PAP

„Po pierwsze rozwój, po drugie rozwój, po trzecie rozwój” – tak premier Beata Szydło zaprezentowała program swojego rządu. Niestety, potem snuła wizje kraju jak z czytanek w PRL

Po niezłym początku w expose premier Beaty Szydło szybko wróciły ton i treści, jakie słyszeliśmy w kilku jej przemówieniach na konwencjach wyborczych PiS. Tyle że kampania wyborcza się już skończyła i trzeba zmierzyć się z konkretnymi problemami. I rządzić, a nie obiecywać.

Skąd pieniądze na te wydatki?

Wiele mogliśmy dowiedzieć się o planach wydatkowych nowego rządu:
1.500 zł na drugie i kolejne dziecko („bo dziecko to nie koszt, to inwestycja”) – koszt szacowany na 15-20 mld rocznie;
2. Obniżenie wieku emerytalnego do 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn – koszt szacowany z czasem co najmniej na kilkanaście miliardów rocznie;
3. Podwyższenie kwoty wolnej do 8 tys. zł – szacowane na kilka miliardów rocznie;
4. Bezpłatne leki dla każdego od 75. roku życia itd.
Dużo skromniej prezentowały się za to pomysły skąd wziąć na to pieniądze. Znów, jak w kampanii wyborczej usłyszeliśmy, że będzie podatek od banków i supermarketów (to w sumie kilka miliardów rocznie), że można zwiększyć deficyt budżetowy (o 1,5-2 mld zł), ściągnąć więcej dywidend od spółek skarbu państwa (o 1 mld zł) i uszczelnić system podatkowy (choć wszyscy eksperci podkreślają, że to zadanie na lata).

Czytaj też: Expose Beaty Szydło, czyli powiedzieć można wszystko

Słowem – już w przyszłym roku zamierzamy wydać co najmniej 30-40 mld zł rocznie, a pomysłów na przychody mamy na góra 10 mld zł przy dobrych wiatrach.

I na nic zdadzą się zaklęcia pani premier, że „mechanizmy gromadzenia środków na te cele to w istocie kwestia techniczna”.

To pewnie dlatego dla pani premier sprawa niskich emerytur to „wielkie wyzwanie”, ale nie tak wielkie, by nie „dążyć do ich podnoszenia”. Każdemu kto ma kalkulator i uważał na matematyce kłóci się to z zapowiedzią obniżki wieku emerytalnego (bo w systemie kapitałowym oznacza to mniej składek i w konsekwencji dużo niższe emerytury) – ale być może oznacza to po prostu kolejny przewrót kopernikański w systemie emerytalnym i powrót do systemu zdefiniowanej składki. A wtedy będzie jak w Grecji – tyle że bez tamtejszego słońca i oliwek.

Bilion potrzebny od zaraz

Podobnym kampanijnym tonem trąciła część przemówienia mówiąca o planach rozwoju. Tu pani premier podtrzymała obietnicę uruchomienia biliona złotych na inwestycje (przypomnijmy – w kampanii prezes Kaczyński wspominał nawet o 1,4 bln zł). Skąd te pieniądze miałyby pochodzić?

1. Ze środków unijnych. Przypomnijmy, że to prawie pół biliona złotych na lata 2014-20, które już są zaplanowane. Z tym że zdaniem pani premier pieniądze z UE są źle wydawane. Nie przekonuje jej nawet to, że według unijnych wskaźników jesteśmy pod tym względem prymusem w UE.

2. Z banków. Tu pani premier i jej otoczeniu marzy się pomysł „drukowania” pieniędzy w sposób, w jaki robi to Europejski Bank Centralny, który w ramach operacji LTRO daje niskooprocentowane pożyczki bankom, by te mogły udzielać tanich kredytów. Sęk w tym, że jak mówił w poniedziałek prezes Narodowego Banku Polskiego Marek Belka, polskie banki mają aż nadto pieniędzy – na kontach w NBP trzymają ok. 100 mld zł nadpłynności. Ale w kręgach PiS dojrzewa pomysł, by NBP stymulował inwestycje infrastrukturalne np. w sieci elektrociepłownicze (to myśl rzucona przez ministra finansów Pawła Szałamachę). Z tym że nikt tego z prezesem NBP nie konsultował. Ale uwaga – nowego prezesa banku centralnego wybierze prezydent Duda już w przyszłym roku.

3. Z oszczędności na kontach przedsiębiorstw. Rządowi marzy się uruchomienie tych środków idących ponoć w setki miliardów złotych. Jak? Za pomocą ulg inwestycyjnych. Punkt 2 i 3 został skwitowany przez panią premier: „Kapitał bankowy i przedsiębiorców zostanie obudzony”. Byle nie o 6 nad ranem…

4. Z Banku Gospodarstwa Krajowego i Polskich Inwestycji Rozwojowych. Pomysł polega na tym, by te dwie instytucje już dziś mocno inwestujące w rozwój infrastruktury mogły zlewarować się jeszcze bardziej. Aha – i rzecz ważna: PIR zostanie nazwany „Inwestycje Polskie”.

5. Od wielkich przedsiębiorstw państwowych. Mają ponoć działać jak fundusze inwestycyjne. Tylko jak pogodzić to ze zwiększeniem wypłat dywidend z tych spółek?

Czar PRL

Te wszystkie magicznie wygenerowane pieniądze mają posłużyć do reindustrializacji Polski (choć ma ona i tak jeden z wyższych w Europie wskaźników uprzemysłowienia gospodarki), do odbudowy gospodarki morskiej (choć ta też ma się całkiem nieźle), do tworzenia wielkich zakładów przemysłowych, choćby w branży chemicznej. Pani premier nie zapomniała o branży kreatywnej i IT (wspomniała tu o sukcesach naszych producentów gier komputerowych). Naszą wizytówką ma być Dolina Lotnicza (już działa od lat), Dolina Mleczna (sic!) czy nowa Dolina Kolejowa(???).

Niektóre fragmenty expose brzmiały jak fragmenty czytanki z PRL: „Chcemy, by polskie rzeki stały się wielkimi drogami, po których będą płynąć pełne towarów barki zbudowane w polskich stoczniach”. Nawiasem mówiąc kwestii gospodarki morskiej pani premier poświęciła dwa razy więcej miejsca niż np. cyfryzacji – tu dowiedzieliśmy się, że jest „niezbędna”, i że „zwiększymy skuteczność działania” korzystając „z wzorów brytyjskich i amerykańskich.”

Część pomysłów nowego rządu ma jak największy sens. Eksperci chwalą np. powołanie ministerstwa energetyki. Pani premier zapowiedziała rozbudowę gazoportu w Świnoujściu (aneks na tę rozbudowę już jest podpisany) i budowę kolejnego gazoportu w Trójmieście. Sęk w tym, że z 5 mld m sześc. potencjału świnoujskiego gazoportu zakontraktowane jest na razie 1,5 mld m sześc. I to przez PGNiG, który został do tego nakłoniony przez rząd. Czy drugi gazoport jest nam rzeczywiście potrzebny od zaraz?

Nie dowiedzieliśmy się też praktycznie nic o pomysłach na przyszłość branży energetycznej, poza tym, że będzie węglowa na wieki wieków amen. A z tym węglem mamy problemy – pod koniec roku w niektórych kopalniach może zabraknąć pieniędzy na wypłaty. Pani premier przyznaje, że problem jest, ale „są koncepcje jego rozwiązania” i „w porozumieniu z przedstawicielami pracowników przystąpimy do ich realizacji”. Koniec myśli. Ciekawe czy górnicy czują się uspokojeni?

Na koniec pani premier Szydło znów jak w kampanii zapewniła, że „damy radę”, bo „jesteśmy jedną wielką biało-czerwoną drużyną.” Otóż śmiem powątpiewać. Napoleon powiedział do wygrania wojny są potrzebne trzy rzeczy po pierwsze pieniądze po drugie pieniądze po trzecie pieniądze. A tych po stronie przychodowej w planie PiS nie widać.

 

Newsweek.pl

witamyNaKrześleElektrycznym

Z dziennika schizofrenika. Po exposé Beaty Szydło i Jarosława Kaczyńskiego

Łukasz Pawłowski, „Kultura Liberalna”, 19-11-2015

Jarosław Kaczyński

 fot. Radek Pietruszka  /  źródło: PAP

Exposé Beaty Szydło utrzymane było w tonie retoryki kampanijnej. Pani premier – podobnie jak przed wyborami – złożyła szereg obietnic, niejednokrotnie ze sobą sprzecznych. Późniejsze przemówienie Jarosława Kaczyńskiego jedynie zwiększyło zamęt.

I tak jedną z głównych zapowiedzi nowej Prezes Rady Ministrów było wzmocnienie zaufania obywateli do systemu sądownictwa. Ale już w dalszej części usłyszeliśmy obronę kontrowersyjnej decyzji prezydenta Andrzeja Dudy o ułaskawieniu Mariusza Kamińskiego, skazanego wyrokiem sądu. Mimo że bezpośredniego nawiązania do decyzji prezydenta zabrakło, Szydło powiedziała, że dziś „uczciwi ludzie skazywani są za to, że walczą z korupcją”.

Boskie interwencje

Trudno pojąć, jak tego rodzaju „boskie” interwencje prezydenta, budzące sprzeciw wielu prawników i podważające wyroki wydawane w imieniu państwa, poprawią poziom zaufania do władzy sądowniczej. Tym bardziej że – jak przekonywał Jarosław Kaczyński – „wymiar sprawiedliwości zrósł się dziś z lokalnymi grupami interesów”. Czy ta diagnoza dotyczy równieżTrybunału Konstytucyjnego, którego skład Prawo i Sprawiedliwość planuje zmienić? Tego prezes nie zdradził.

Pewna „niejasność” wdarła się również we fragment poświęcony szkolnictwu wyższemu. Usłyszeliśmy o potrzebie zwiększenia swobody badań naukowych, co budzi zdziwienie w kontekście wypowiedzi nowego ministra nauki, Jarosława Gowina, zapowiadającego likwidację „jakichś studiów gejowskich i lesbijskich”. Tu jednak sprzeczność może być jedynie pozorna. Nowy minister w rozmowie z Komitetem Kryzysowym Humanistyki, który wcześniej prowadził negocjacje z Prawem i Sprawiedliwością, powiedział bowiem: „Porozumieliście się z politykami PiS-u, a nie ze mną”. Jeśli inni ministrowie myślą o zapowiedziach pani premier podobnie, być może nie powinniśmy się do nich specjalnie przywiązywać?

Coś takiego, jak norma

Ale znów sprawę skomplikował jeszcze Jarosław Kaczyński, który z jednej strony mówił o tym, że dziś „przymus państwa ogranicza wolność poglądów”, a Polska – tak jak kiedyś – powinna być w Europie chlubnym wyjątkiem, jeśli chodzi o zakres wolności. W tej samej wypowiedzi podkreślał jednak, że w każdej dziedzinie „istnieje coś takiego jak norma”, zaś odchylenia od niej można tolerować – „ale tylko do pewnego stopnia”.

W przypadku polityki zagranicznej zapowiedzi Beaty Szydło i Jarosława Kaczyńskiego również – mówiąc najdelikatniej – wymykają się jednoznacznym interpretacjom. Z jednej strony padły bowiem deklaracje o chęci pozostania w samym centrum Unii Europejskiej oraz solidarności z pozostałymi członkami Wspólnoty, z drugiej – nowa pani premier poinformowała, że rzeka uchodźców przelewających się obecnie przez granice Starego Kontynentu to „problem pewnych państw”, które „same go na siebie sprowadziły”. Pozostaje domyślać się, że był to przykład „zachowania podmiotowego” w polityce zagranicznej, które również zapowiedziała Beata Szydło, powołując się przy tym ogólnie na „dziedzictwo” Lecha Kaczyńskiego.

Niedobrze spełniać fałszywe obietnice

Najważniejsze z pytań, jakie zostają po exposé – podobnie zresztą jak i przed nim – dotyczy jednak nie tyle sprzeczności złożonych obietnic, co sposobu ich jednoczesnego sfinansowania. 500 zł na dziecko, podwyższenie kwoty wolnej od podatku, obniżenie podatków dla małych przedsiębiorców, darmowe leki dla najstarszych Polaków – źródła potrzebnych na to środków pozostają nieznane. A dziś są to już kwoty liczone w bilionach złotych, premier zapowiedziała bowiem taką sumę na szeroko rozumiane inwestycje.

Kilka dni temu, komentując wyborcze zapowiedzi PiS, dziś powtórzone w exposé, Leszek Balcerowicz stwierdził, że „niedobrze jest mamić ludzi fałszywymi obietnicami”, ale jeszcze gorzej „jest te obietnice spełnić”. Nowy rząd tego rodzaju ostrzeżenia ignoruje. I to jak na razie jedyny obszar, w którym wykazuje się żelazną konsekwencją.

Autor jest doktorem socjologii, sekretarzem redakcji „Kultury Liberalnej”.

Tekst ukazał się również na stronach „Kultury Liberalnej”.

zDziennikaSchizofrenika

newswek.pl

Prof. Marciniak o „expose” Kaczyńskiego: Prezes nie dostrzega komplikacji współczesnego świata. W jego wizji nie ma miejsca na inność

Anna Siek, 19.11.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,103454,19210965,video.html?embed=0&autoplay=1
To nie Beata, Szydło tylko Jarosław Kaczyński powinien wystąpić w Sejmie jako pierwszy. Bo wg prof. Ewy Marciniak, to jego wystąpienie „przedstawiało filozofię rządzenia PiS”. Kaczyński przekonywał, że „prawda, tożsamość narodowa, edukacja, media przyczynią się do skoku cywilizacyjnego”. – Odniosłam wrażenie, że to ma być prawda, której autorem jest sam pan prezes – mówiła politolog w TOK FM.

 

– Odniosłam wrażenie, że Jarosław Kaczyński pomija komplikacje współczesnego świata. A współczesny świat nie jest jednoznaczny, tak oczywisty, jak wyglądało to w wizji prezesa Prawa i Sprawiedliwości – oceniła prof. Ewa Marciniak.

Jak podkreśliła politolog z UW nie chce odbierać nikomu prawa do posiadania własnej wizji. Tym bardziej Kaczyńskiemu, który jest politykiem „wielkiej klasy”.

– Tyle tylko, że w tej wizji nie było zupełnie przestrzeni dla inności – mówiła prof. Marciniak w „Pierwszym Śniadaniu w TOK-u”.

W środowym sejmowym wystąpieniu Jarosław Kaczyński zapowiadając „skok cywilizacyjny”, apelował m.in. do posłów, by wszyscy pamiętali, że „Polska była kiedyś wyjątkiem, jeśli chodzi o wolności”. „Musimy tych wolności bronić! Odchylenia od normy trzeba tolerować, ale jest różnica między tolerancją a afirmacją. Tolerancja – tak, afirmacja – nie. Tylko w takiej sytuacji można zachować normalność i wolność” – mówił prezes Prawa i Sprawiedliwości.

Zobacz także

 

profMarciniakOexpose

TOK FM

Nocą premier wniosła o odwołanie szefów służb specjalnych. „To łamanie zasad”

AB, PAP, 19.11.2015
W nocy Beata Szydło wniosła o odwołanie szefów wojskowych i cywilnych służb specjalnych: ABW, AW, SKW i SWW. – Tak ważna zmiana nie powinna się odbywać pod osłoną nocy – podkreśla w rozmowie z TVN24 były koordynator służb Marek Biernacki, który opuścił obrady komisji.

Głosowanie nad wotum zaufania dla rządu Beaty Szydło

Głosowanie nad wotum zaufania dla rządu Beaty Szydło (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

 

W środę wieczorem „speckomisja” – czyli komisja ds. służb specjalnych – wybrała nowe władze. Jej przewodniczącym został Marek Opioła z PiS, a wiceszefami Marek Suski (PiS) i Paweł Kukiz (Kukiz’15).

Ta decyzja nie pozostała bez echa – dotąd kierownictwo nad komisją obejmowano rotacyjnie i sprawowali ja zarówno posłowie partii rządzących, jak i członkowie opozycji. To jednak nie koniec zmian: przed północą Beata Szydło złożyła wniosek o odwołania szefów służb cywilnych i wojskowych.

– Pani premier wniosła o opinię w sprawie odwołania szefów służb cywilnych – Agencji Wywiadu i Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz wojskowych – Służby Wywiadu Wojskowego i Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Na posiedzeniu po wyborze prezydium komisja pozytywnie zaopiniowała wszystkie te wnioski – potwierdził w rozmowie z Polską Agencją Prasową Opioła.

„Szefowie służb sami złożyli dymisje”

Szef komisji wyjaśnił, że w posiedzeniu uczestniczyli minister obrony narodowej Antoni Macierewicz i minister koordynator ds. służb specjalnych Mariusz Kamiński, którzy przedstawili wnioski. – Ministrowie przekazali nam, że szefowie służb sami złożyli dymisje – dodał Opioła. Polityk zastrzegł przy tym, że do komisji nie wpłynęły na razie wnioski o powołanie nowych szefów.

Szefem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego jest gen. Dariusz Łuczak, szefem Agencji Wywiadu gen. Maciej Hunia, szefem Służby Wywiadu Wojskowego gen. Radosław Kujawa, a szefem Służby Kontrwywiadu Wojskowego gen. Piotr Pytel.

Biernacki: To łamanie zasad

A dlaczego obrady opuścił Marek Biernacki? – Posiedzenie komisji w tak ważnej i wrażliwej sprawie jak odwołanie szefów służb powinno odbyć się w ciągu dnia, a nie pod osłoną nocy. Takie procedowanie to łamanie zasad. Chodzi o odwołanie dwóch generałów, zasłużonych dla ochrony naszych żołnierzy w Afganistanie i dwóch generałów kierujących służbami cywilnymi, którzy odpowiadają za bezpieczeństwo nas wszystkich – tłumaczył w rozmowie z TVN24.

 

nocąPremierWniosła

gazeta.pl

Kręta droga do ułaskawienia Kamińskiego i jego kolegów z CBA

Wojciech Czuchnowski, Mariusz Jałoszewski, es, df, 19.11.2015

Po wyroku, ale jeszcze przed wyborczym zwycięstwem PiS, Mariusz Kamiński mówił w RMF, że

Po wyroku, ale jeszcze przed wyborczym zwycięstwem PiS, Mariusz Kamiński mówił w RMF, że „nie jest zainteresowany łaską i liczy na uniewinnienie”. Po wyborach zmienił zdanie (SŁAWOMIR KAMIŃSKI)

Czy Mariusz Kamiński w południe 16 listopada, w chwili zaprzysiężenia rządu, był już ułaskawiony przez prezydenta? Kancelaria Andrzeja Dudy nie udziela jednoznacznej odpowiedzi.

Informację, że składając przed prezydentem przyrzeczenie były szef CBA, dziś koordynator służb specjalnych, był już ułaskawiony, podało nam źródło zbliżone do kancelarii Andrzeja Dudy. Andrzej Dera, prezydencki minister, mówi „Wyborczej”, że nie zna godziny, o której prezydent podpisał akt łaski dla Kamińskiego i jego trzech kolegów z CBA skazanych na trzy lata za złamanie prawa. „Nie ma adnotacji godzinowych” – napisał nam w SMS-ie. Potwierdził za to, że z wnioskiem o ułaskawienie do prezydenta zwrócił się sam Kamiński i pozostali skazani. Jednocześnie nie wycofali z sądu wniosków o apelację. Wcześniej, po wyroku, ale jeszcze przed wyborczym zwycięstwem PiS, Kamiński mówił w RMF, że „nie jest zainteresowany łaską i liczy na uniewinnienie”. Po wyborach zmienił zdanie.

Duda atakuje sądy

Wczoraj w Sejmie prezydent tłumaczył swoją decyzję: – Postanowiłem uwolnić wymiar sprawiedliwości od sprawy Mariusza Kamińskiego, która zawsze byłaby postrzegana jako polityczna. Zrobiłem to na moją odpowiedzialność, jako prezydent – mówił. Po raz kolejny zaatakował sądownictwo: – Wymiar sprawiedliwości nie potrafi skazać bandytów z Pruszkowa, ludzi zamieszanych w procedery łapówkarskie, a z drugiej strony wymierza drakońskie kary ludziom, którzy chcą budować w Polsce silne państwo, którzy walczą z korupcją. Ja się z takim czymś nie zgadzam.

Zdaniem Andrzeja Dudy sprawa Kamińskiego i kierownictwa CBA została przez sędziego Wojciecha Łączewskiego „maksymalnie upolityczniona, pięć miesięcy pisał uzasadnienie i tuż przed wyborami publicznie je ogłosił”.

.

Sąd: wykonamy decyzję

Decyzja Dudy wywołała zamieszanie w warszawskim sądzie okręgowym, w którym toczyła się sprawa: – To chyba pierwszy przypadek w historii sądownictwa polskiego zastosowania aktu łaski wobec osób nieprawomocnie skazanych – mówił sędzia Wojciech Małek. – Tak naprawdę jeszcze nie podjęliśmy decyzji co dalej – dodał. Małek przypomniał, że apelacje nie zostały wycofane. – Dziś wpłynął odpis postanowienia pana prezydenta o zastosowaniu prawa łaski poprzez umorzenie postępowania. To sformułowanie jest o tyle istotne, że wydaje się, że kończy postępowanie w tej sprawie.

W rozmowie z „Wyborczą” Małek precyzuje, że z przesłanego wczoraj do sądu aktu ułaskawienia wynika, że prezydent jednocześnie umarza postępowanie. Sąd zastanawia się teraz, czy to wystarczy. – We wcześniejszych aktach łaski dotyczących ułaskawienia [tyle że skazanych na więzienie prawomocnie] prezydent też pisał, że umarza postępowanie – mówi sędzia.

Pytany, czy prezydent miał prawo tak postąpić, Małek odpowiedział: – W przypadku otrzymania takiej decyzji sąd ma ją wykonać, a nie oceniać.

Sędzia wyjaśnił, że nikt z Kancelarii Prezydenta nie zapoznał się z aktami, szczególnie z treścią wyroku i uzasadnienia. Pełne uzasadnienie jest dostępne w kancelarii tajnej. Małek podkreślił, że krytykowane przez prezydenta i polityków PiS uzasadnienie wyroku sporządził nie sam sędzia Łączewski, ale skład trzech sędziów, którzy rozpatrywali sprawę, i żaden nie zgłosił zdania odrębnego.

Prawnicy podzieleni

Prawnicy w kwestii dalszego ciągu sprawy są podzieleni. Konstytucjonalista dr Ryszard Piotrowski: – Sąd powinien dokończyć orzekanie w tej sprawie. Trzeba pogodzić prawo do sądu z prerogatywą prezydenta. Prezydencki akt łaski nie dotyczy winy, lecz jedynie uniemożliwia wykonanie kary. Zaś zadaniem sądu jest nie tylko ukaranie, ale przede wszystkim ustalenie prawdy. Sąd może orzec o winie lub niewinności Kamińskiego. I powinien to zrobić, by inni funkcjonariusze na przyszłość wiedzieli, czy określone zachowania są czy nie są złamaniem prawa – stwierdził.

Inne zdanie ma były minister sprawiedliwości prof. Zbigniew Ćwiąkalski. Uważa, że sprawa Kamińskiego powinna być umorzona, bo w sytuacji ułaskawienia nieprawomocnie skazanych proces stał się bezprzedmiotowy.

Prawnicy spierają się też, czy prezydent miał prawo ułaskawić przed wydaniem prawomocnego wyroku. Prof. Andrzej Zoll, były prezes Trybunału Konstytucyjnego, uważa, że prezydent naruszył konstytucję. Wymienia artykuły mówiące, że organy władzy działają na podstawie prawa, że każdy jest niewinny do czasu prawomocnego skazania, przepis dający prezydentowi prawo łaski i artykuł, który mówi, że sądy są niezależne i stanowią odrębną władzę. Dr Piotrowski mówi, że do naruszenia konstytucji nie doszło.

Krytycy decyzji prezydenta wskazują na postanowienie Sądu Najwyższego z 2006 r., w którym orzekł, że prośba skazanego o ułaskawienie może być rozpoznawana, gdy wyrok jest prawomocny.

Zdaniem prof. Zolla prezydent mógłby odpowiadać za ułaskawienie Kamińskiego przed Trybunałem Stanu za przekroczenie uprawnień.

Krajowa Rada Sądownictwa nie zajęła stanowiska. Waldemar Żurek, rzecznik KRS: – Znam poglądy niektórych teoretyków, że prezydent w prawie łaski może zrobić wszystko, łącznie z abolicją danej osoby, tak by nawet nie obejmowało jej ściganie. Ale ja skłaniam się do poglądu, według którego za niedopuszczalną należy uznać prośbę o ułaskawienie od orzeczenia, które nie jest jeszcze prawomocne. Istnieje przecież domniemanie niewinności wobec osoby, która nie jest prawomocnie skazana. Czyli nie możemy uniewinniać osoby nadal niewinnej.

W projekcie konstytucji ogłoszonym przez PiS w 2010 r. czytamy (w art. 13): „Prezydent Rzeczypospolitej stosuje (…) prawo łaski wobec osób skazanych prawomocnym wyrokiem sądu”.

Zobacz także

wyborcza.pl

Reklamy