PiS 2, 19.11.2015

 

Wiele udanych kampanii wyzwoleńczo-narodowych po II wojnie światowej było z założenia opartych o demokratyczne i świeckie ideały. Jednak już po powstaniu, nowe niepodległe narody miały do czynienia z zupełnie nieoczekiwaną zapalczywością religijną.

Michael Walzer, jeden z czołowych politycznych myślicieli Ameryki, bada tę zaskakującą tendencję skupiając się na Indiach, Izraelu i Algierii – trzech narodach, których założycielskie zasady i instytucje zostały ostro zaatakowane przez trzy zupełnie różne grupy głosicieli odnowy religijnej: hinduistycznych bojówkarzy, ultra-ortodoksyjnych Żydów i mesjanistycznych syjonistów oraz islamskich radykałów, zastanawiając się dlaczego te świeckie ruchy demokratyczne nie były w stanie rozwijać swojej kultury politycznej dłużej niż przez jedno-dwa pokolenia.

krytykapolityczna.pl

 

„Kaczyński z zemsty ściągnie Tuska do Polski. Rodzaj popędu śmierci”

Anna Siek, 19.11.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,103454,19212168,video.html?embed=0&autoplay=1
– Gdyby Kaczyński mógł powstrzymać swój fanatyzm, to nie cofałby potrzebnych reform. Skoro PO już je przeprowadziła, i zapłaciła za to polityczną cenę, to po co on je cofać? – zastanawiał się Sławomir Sierakowski w TOK FM. Wg publicysty, największy wpływ na decyzje polityczne podejmowane przez prezesa PiS wywiera chęć zemsty.

 

To dlatego, zdaniem Sierakowskiego, Jarosław Kaczyński zrobi co będzie mógł, żeby Donald Tusk wrócił z Brukseli do Polski.

– Przehandluje go za coś. Dostanie jakieś inne stanowisko, na przykład szefa PE… I ściągnie Tuska, z prywatnej zemsty. Tego Tuska, który wygrał z nim osiem razy. I jeśli będzie trzeba, wygra dziewiąty raz.

Zdaniem Sławomira Sierakowskiego, można stwierdzić, że „jest jakiś rodzaj popędu śmierci u Kaczyńskiego”.

Zobacz także

 

kaczyńskiZzemsty

TOK FM

Zapowiedzi z exposé to rozwój czy zwijanie?

Witold Gadomski, 18.11.2015

Witold Gadomski

Witold Gadomski (FOT. BARTOSZ BOBKOWSKI / AGENCJA GAZETA)

„Program mojego rządu mogę streścić w jednym zdaniu: po pierwsze, rozwój, po drugie, rozwój, po trzecie, rozwój” – zadeklarowała premier Beata Szydło w exposé. Ładnie powiedziane, ale pomysłów sprzyjających rozwojowi w jej przemówieniu znalazłem niewiele. Za to wiele takich, które mogą doprowadzić do zapaści gospodarki i długotrwałego spowolnienia.

Pani premier zapowiedziała, że w czasie pierwszych trzech miesięcy przedstawi projekty ustaw o obniżeniu wieku emerytalnego, o podniesieniu kwoty wolnej, o dofinansowaniu ubezpieczeń rolniczych oraz koronny projekt, dzięki któremu PiS kupił dodatkowe głosy w ostatnich wyborach – o 500-złotowych zasiłkach na drugie i kolejne dziecko, a w rodzinach biedniejszych także na pierwsze.

Kosztowne zapowiedzi

Nawet jeśli w projektach zawarte będą rozwiązania ograniczające koszty – np. powiązanie niższego wieku emerytalnego ze stażem pracy lub/i restrykcyjna kontrola wydatków rodzin korzystających z 500-złotowego zasiłku – to i tak koszty dla budżetu będą znaczne.

Być może rozwiązania wejdą w życie później lub tylko niektóre, ale słowa raz rzucone trudno będzie cofnąć. Według wewnętrznego raportu NBP, na który powołuje się minister finansów Paweł Szałamacha, koszt „500 zł na dziecko” to 15,5 mld zł rocznie. Minister chce to sfinansować dodatkowymi daninami od banków, supermarketów i uszczelnieniem systemu podatkowego.

Po pierwsze, to założenie skrajnie optymistyczne, a więc ryzykowne, gdyż pieniądze z uszczelniania są tylko na papierze. Jaką sumę rząd zyska, to się dopiero okaże.

Po drugie, projekt budżetu przygotowany przez poprzedni rząd i tak był napięty i zawierał rekordowy wysoki deficyt, który minister Szałamacha chce jeszcze powiększyć.

Po trzecie wreszcie – co z innymi wydatkami, które zapowiedziała w swym exposé Beata Szydło? Choćby ustawy weszły w życie dopiero od 2017 roku, to wtedy również w budżecie będzie brakowało pieniędzy. PiS funduje więc Polsce permanentny kryzys finansów państwa, z fatalnymi skutkami dla gospodarki i naszych relacji z Unią Europejską. Bo Polska zobowiązała się ograniczać deficyt. Jakim cudem da się to pogodzić ze wzrostem wydatków o kilkadziesiąt miliardów złotych rocznie?

Być może rząd Beaty Szydło nie wprowadzi obietnic w życie, a jedynie będzie przedstawiał rozmaite projekty i przedłużał nad nimi dyskusję w nieskończoność. Ale w takim wypadku szybko straci wiarygodność.

Bez zrównoważonych finansów państwa nie ma co mówić o rozwoju gospodarczym i o wyrwaniu się z „pułapki średniego rozwoju”, co zapowiedziała premier.

Trzeba poprawić wydajność

Kilka innych pomysłów, o których była mowa w exposé, także trudno uznać za prorozwojowe. Podatek bankowy to mniej kredytów dla gospodarki. Podatek od supermarketów to obciążenie dla wysoko wydajnego handlu i preferencje dla małych sklepów, gdzie wydajność pracy jest znacznie niższa. „Ochrona” ziemi rolniczej przed wykupem przez cudzoziemców to petryfikacja obecnej niewydajnej struktury rolnictwa.

Czy przyspieszą wzrost preferencje podatkowe dla małych firm, czyli obniżenie podatku CIT do 15 proc.?

Po pierwsze, nie wysokość podatków jest największym problemem przedsiębiorców, lecz biurokracja i sposób ściągania podatków przez fiskus. Skoro PiS zamierza zwiększyć ściągalność, to trudno liczyć na bardziej przyjazne podejście urzędników skarbowych do przedsiębiorców.

Po drugie, wiele mikroprzedsiębiorstw jest mało wydajnych i trzeba raczej myśleć o tym, jak stworzyć ich pracownikom możliwości przejścia do znacznie bardziej konkurencyjnych dużych firm, zwłaszcza z kapitałem zagranicznym, które nie odbiegają pod względem produktywności od firm niemieckich czy francuskich.

Pomysł ustalenia płacy minimalnej godzinowej na poziomie 12 zł też trudno uznać za prorozwojowy. W dużych ośrodkach – Warszawie, Poznaniu czy we Wrocławiu- nie będzie to miało większego znaczenia, ale w małych miejscowościach 12 zł za godzinę zniechęci wielu przedsiębiorców do legalnego zatrudniania i powiększy szarą strefę.

Inwestycje na koszt NBP

W exposé największe obawy budzą pomysły ofensywy inwestycyjnej. Rząd zamierza wykorzystać środki spółek kontrolowanych przez skarb państwa, kredyty z państwowego banku BGK, środki unijne oraz pieniądze z NBP, by finansować to, co Beata Szydło nazwała „celami rozwojowymi”. To pomysł, który nie gwarantuje przyspieszenia wzrostu w długim okresie, a za to zawiera ryzyko poważnego kryzysu finansowego. Inwestycje państwowe zwykle są mniej efektywne od prywatnych.

W Polsce nie ma wystarczających oszczędności, by sfinansować zapowiadany przez premier Szydło bezprecedensowy bum inwestycyjny. Zatem trzeba będzie sięgnąć do pieniędzy z zagranicy, czyli do znienawidzonych przez PiS międzynarodowych rynków kapitałowych, które udzielać będą pożyczek na odpowiedni procent. Taki mechanizm przećwiczyliśmy w latach 70., gdy ekipie Gierka, tak jak PiS, marzyło się przyspieszenie gospodarcze bez odpowiednich reform usprawniających gospodarkę.

Pani premier Szydło zapowiedziała, że ekspansja inwestycyjna finansowana będzie między innymi przez NBP, który pożyczać będzie na niski procent pieniądze bankom komercyjnym, a te przedsiębiorstwom. Tu też kryje się piętrowa pułapka. Według obecnych przepisów NBP nie może prowadzić takich operacji, a już na pewno nie na żądanie rządu. Oczywiście ustawę o NBP można zmienić, ale Komisji Europejskiej i Europejskiemu Bankowi Centralnemu wcale się to nie spodoba, więc będą kolejne napięcia z Brukselą i Frankfurtem. Najistotniejsze jest jednak to, że taki mechanizm wcale nie przyspieszy wzrostu, gdyż banki też dziś mają wystarczającą płynność, a problemem nie jest zbyt drogi kredyt, lecz zbyt mała liczba dobrych projektów inwestycyjnych.

Największą zagadką jest stosunek do tych pomysłów wicepremiera Mateusza Morawieckiego, który dotychczas cieszył się opinią sprawnego i statecznego bankiera. Zapewne wie, że punktem wyjścia dla przyspieszenia wzrostu w dłuższym okresie musi być naprawa finansów publicznych. Czy rzeczywiście będzie żyrował ich psucie i państwowy program inwestycyjny, godny planu 6-letniego? Czy może jest w rządzie po to, by zbyt szalone plany korygować?

Na BIQdata.pl przeczytasz dlaczego w expose premier Beata Szydło słabo radziła sobie z mówieniem o pieniądzach.

Zobacz także

wyborcza.biz

mariuszKamińskiMożeStracić

„Najwięcej obietnic w historii Polski i świata! Jak ktoś pokaże expose z większą liczbą obietnic – odszczekam”

Anna Siek, 19.11.2015
Wg Sławomira Sierakowskiego, expose Beaty Szydło obietnicami stało. Publicysta „Krytyki Politycznej” wyliczył, że nowa premier złożyła 43 obietnice. I tym samym, pobiła wszelkie rekordy.

 

– Idę o zakład, to najwięcej ze wszystkich expose w Polsce i na świecie. Proszę mi pokazać, expose z większą liczbą złożonych obietnic, to odszczekam – deklarował Sierakowski w „Poranku Radia TOK FM”.

Adam Szostkiewicz zauważył, że wśród licznych obietnic i zapowiedzi zmian przedstawionych przez Beatę Szydło, zabrakło informacji na temat relacji państwo-Kościół.

Ale zdaniem Sierakowskiego, nie ma w tym nic dziwnego. Bo „katolickość państwa jest własnością PiS”. – Nowy rząd nic nie planuje, będzie tak jak jest. Bo według PiS, polski Kościół działa świetnie. I tak ma zostać.

 

 

TOK FM

EXPOSÉ ROZWIJAJĄCE SIĘ W CZASIE

FELIETON: CEZARY MICHALSKI, 19.11.2015

Exposé premier Beaty Szydło okazało się jeszcze jednym wystąpieniem kampanii wyborczej PiS. Dodajmy, bardzo skutecznej kampanii, skoro dała tej partii zwycięstwo w wyborach prezydenckich i parlamentarnych, a także nieomal wykończyła PSL (choć to akurat dzieło PiS zamierza dokończyć, zapowiadając złamanie kadencyjności władz samorządowych). A ze zniszczenia PSL-u mogą się cieszyć wyłącznie idioci. Będzie ono bowiem oznaczało oddanie polskiej wsi już wyłącznie pod zarząd twardej prawicy i radiomaryjnego Kościoła.

 

Jeśli chodzi o Zjednoczoną Lewicę, to udział PiS-u nie był decydujący, bo cios śmiertelny (niezależnie od faktycznych dokonań i niedokonań, osiągnięć i błędów jej liderów i jej liderek) zadał jej Adam Zandberg i jego fenomenalne wystąpienie podczas telewizyjnej debaty (szczególnie zaciekawiła mnie obietnica wprowadzenia 75-procentowego progu podatkowego dla najbogatszych w kraju, w którym ściąganie 32-procentowego podatku PIT albo 19-procentowego podatku CIT już graniczy z cudem).

 

W swoim kolejnym kampanijnym wystąpieniu Beata Szydło powtórzyła najważniejsze obietnice socjalne tej kampanii, nieco je tylko rozrzedzając, a w każdym razie nie konkretyzując ich zbytnio.

 

Do obietnic socjalnych dodała powtórzone obietnice z obszaru wojny kulturowej, czyli tzw. rewolucji konserwatywnej w nadbudowie.

 

„Powrót klasycznego kanonu lektur”, czyli jednak „Rota” wkuwana na pamięć zamiast Gombrowicza czy Witkacego czytanych choćby z cieniem zrozumienia. A także „powrót pełnego nauczania historii”, czyli martyrologii, bo pozytywiści warszawscy, Stańczycy czy bracia Mackiewiczowie to jednak „partia białej flagi”, jeśli weźmiemy pod uwagę kluczowe dla PiS kryterium ich stosunku do powstań. Nawet obietnicę obniżenia nauczycielom pensum godzinowego (o dwie godziny tzw. karciane) należy w tym kontekście traktować jako próbę przekupienia nauczycieli, także tych świeckich, krytycznych wobec PiS, także tych z ZNP, żeby nie opierali się zbytnio, kiedy walec „polityki historycznej”, „polityki kulturalnej” i „polityki edukacyjnej” przejedzie przez polską szkołę, oczywiście pokropiony przez księdza katechetę, który w PiS-owskiej szkole będzie rządził sumieniami wszystkich uczennic i uczniów, bez żadnej już niepotrzebnej hipokryzji, którą czasami musiał się jeszcze posługiwać w szkole PO.

 

Poza tym ważnym, ale jednak wciąż kampanijnym wystąpieniem premier Beaty Szydło, możemy już od tygodnia obserwować konkretne działania nowej, pisowskiej władzy. Pierwszym – poza decyzjami personalnymi, też interesującymi – było złożenie do Sejmu, z perspektywą bardzo szybkiego uchwalenia, ustawy całkowicie niszczącej niezawisłość Trybunału Konstytucyjnego. Nie tylko pozwalającej unieważnić wybór pięciu nowych sędziów TK (z których dwóch było przez koalicję PO-PSL „dociśniętych nogą”), ale także „puknąć” prezesa i wiceprezesa Trybunału, dając prezydentowi z PiS, czyli tak czy inaczej Kaczyńskiemu, decydujący wpływ na kształt TK i jego orzecznictwa.

 

Kolejną decyzją nowej władzy, będącą kolejnym ważnym elementem jej rozwijającego się w czasie expose, jest uniewinnienie Mariusza Kamińskiego przez prezydenta Andrzeja Dudę.

 

To sygnał dla Kamińskiego, Macierewicza i Ziobry, wchodzących właśnie do służb specjalnych polskiego państwa, do MON i do Ministerstwa Sprawiedliwości: „jesteście całkowicie bezkarni, możecie robić wszystko, czego Jarosław Kaczyński od was zażąda, bez względu na ograniczenia prawa”. A dla ludzi, którzy Kamińskiemu, Macierewiczowi, Ziobrze chcieliby się przeciwstawić, jest to sygnał równie jasny: „my będziemy bezkarni, więc wszelki opór przeciw nam jest bezcelowy, a w dodatku jest ryzykowny”. Jeśli ten sygnał zostanie odebrany prawidłowo, oportunistyczna większość się do Kamińskiego, Macierewicza i Ziobry przyłączy, a nieoportunistyczna mniejszość zostanie przez nich złamana.

 

Minister w kancelarii prezydenta Andrzej Dera bronił decyzji Dudy twierdząc, że „Mariusz Kamiński jest kryształowo uczciwy”, a „prezydent jego sprawę ucina i raz na zawsze zamyka”, gdyż „uznał, że osoby walczące z korupcją powinny być w sposób szczególny chronione”. Nie wiadomo jednak, w jaki sposób ułaskawienie politycznego kolegi przez politycznego kolegę miałoby dowodzić „kryształowej uczciwości” ułaskawionego i w jakim sensie mogłoby „ucinać i zamykać jego sprawę” (nawet postępowanie przed sądem apelacyjnym może toczyć się dalej, jeśli nie zostanie przerwane jakimiś innymi środkami). Przypomnijmy, że Kamiński, kiedy był szefem CBA, operacyjnemu rozpracowaniu i prowokacjom poddał środowisko PO, czyli głównej partii opozycyjnej wobec PiS w roku 2006 i 2007, a także środowisko SLD, czyli historycznych wrogów Ligi Republikańskiej. Kamiński zajął się też środowiskiem Samoobrony, pozostającej wówczas w koalicji z PiS, gdyż Kaczyński postanowił Samoobronę od Andrzeja Leppera przejąć. Kamiński był w tym procesie batem, podczas gdy marchewką machał Adam Lipiński, kiedy np. obiecywał Renacie Beger pomoc finansową z Prezydium Sejmu i wycofanie zarzutów, którymi zajmowała się całkowicie wówczas zawisła od Ziobry prokuratura. Było to tzw. dojadanie politycznych przystawek, w wyniku czego Kaczyński faktycznie zdołał przejąć część posłów Samoobrony i część posłów LPR.

 

Prawnicy i konstytucjonaliści (gatunek, jak wiadomo, mocno podejrzany) narzekają, że prezydent Duda ułaskawił kogoś, kto jeszcze nie został prawomocnie skazany, co jest zupełnie oryginalnym przykładem ułaskawienia prewencyjnego, będącego jeszcze bardziej brutalnym pokazem siły, otwierającego drogę do jeszcze większych nadużyć. Wszyscy pamiętamy wielkiego skądinąd filozofa prawa, Carla Schmitta, który pisał uzasadnienia pozwalające pewnej antyliberalnej partii niszczyć konstytucyjny porządek Republiki Weimarskiej, oskarżanej przez lidera tej partii o imposybilizm. Schmitta nazwano złośliwie, ale nie bez racji, „jurystą Hitlera”. Poprzez swoją decyzję o uniewinnieniu Kamińskiego, który jeszcze nawet nie został prawomocnie skazany, prezydent Andrzej Duda stał się właśnie jurystą Kaczyńskiego.

 

I chciałoby się powiedzieć, parafrazując pewnego byłego prezydenta, „jaki wódz, taki jurysta”.

 

Skoro Kaczyński tak barwnie zaczął swoje rządy – od exposé Beaty Szydło, od ataku na Trybunał Konstytucyjny, od ułaskawienia Kamińskiego (bo przecież nie prezydent Duda podejmuje decyzje, które wykonuje) – jak będzie te rządy kontynuował i jak je zakończy? Fachowcy od polityki powiadają, że każdy rząd powinien przeprowadzić wszystkie najważniejsze reformy wzmacniające gospodarkę i państwo w pierwszych miesiącach swego urzędowania, bo później opór materii wzrośnie, a dla odmiany słabnąć zacznie wola polityczna nowej władzy. Jarosław Kaczyński nie ma żadnego pomysłu na reformy wzmacniające gospodarkę i państwo dziś, tak jak nie miał na nie żadnego pomysłu w roku 2006. Dlatego też pierwsze dni swojej władzy wykorzystuje nie na reformy, które wzmacniałyby gospodarkę czy państwo, ale na niszczenie zupełnie podstawowych ograniczeń swojej jak zwykle pustej i jak zwykle nihilistycznej władzy.

 

exposeRozwijająceSięwCzasie

 

**Dziennik Opinii nr 323/2015 (1107)

potrzebnyJestFilm

politykazamieniSięRóżewicz

TVP zerwie umowy z Lisem i Pospieszalskim. Decyzja zapadła

Daniel Flis, 19.11.2015

Tomasz Lis i Jan Pospieszalski znikają z TVP

Tomasz Lis i Jan Pospieszalski znikają z TVP (Agencja Gazeta)

Prezes TVP potwierdził, że nie przedłuży umów z Janem Pospieszalskim i Tomaszem Lisem. Telewizja Polska przygotowuje już nowe audycje publicystyczne.

Prezes TVP Janusz Daszczyński już na początku listopada sugerował, że może nie przedłużyć umów z zewnętrznymi producentami programów publicystycznych, do których należą „Tomasz Lis na żywo” i „Bliżej” Jana Pospieszalskiego. Dziś oficjalnie to potwierdził.

Umowy dziennikarzy kończą się zimą. „Intencją prezesa jest, by obie umowy wygasły w jednym terminie” – poinformowała „Wyborczą” rzecznik TVP Aleksandra Gieros-Brzezińska. W miejsce programów Lisa i Pospieszalskiego mają powstać nowe audycje publicystyczne. Nie wiadomo jeszcze, kto je poprowadzi.

Kilka dni temu tygodnik „ABC” na następcę Lisa wskazywał Kamila Durczoka, byłego szefa „Faktów” TVN, zwolnionego po opublikowaniu przez „Wprost” anonimowej relacji molestowanej przez Durczoka dziennikarki.

Daszczyński jednak zaprzecza, że TVP zatrudni Durczoka.

Programy Tomasza Lisa i Jana Pospieszalskiego wywołały spory w trakcie kampanii prezydenckiej w maju. W jednym z odcinków Tomasz Lis wraz z zaproszonym do studia aktorem Tomaszem Karolakiem powoływali się na tweety córki Andrzeja Dudy, które jak się później okazało, pochodziły z fałszywego konta.

Pospieszalski z kolei poświęcił odcinek powiązaniom Bronisława Komorowskiego z Wojskowymi Służbami Informacyjnymi i pytał telewidzów, czy „zagłosują na kandydata popieranego przez WSI”. Tomasz Lis przeprosił Dudę za pomyłkę. W imieniu TVP za Pospieszalskiego przeprosił Piotr Kraśko, a kolejny odcinek „Bliżej” został zawieszony.

Ostatnio usunięcie programu Tomasza Lisa z ramówki TVP zapowiadali politycy PiS, m.in. Jarosław Sellin, który zarzucił mu, że nieuczciwie traktuje PiS i jest „słabym analitykiem politycznym”. Według Sellina najważniejszy program publicystyczny emitowany na antenie telewizji publicznej „nie powinien być prowadzony przez człowieka tak bardzo zaangażowanego po jednej stronie politycznego sporu”.

Zobacz także

intencjąPrezesaJest

wyborcza.pl

 

Gdy przed północą telewizje zakończyły transmisje z posiedzenia, na sejmowej sali wydarzyło się coś bardzo ważnego (i niepokojącego)

WB, PAP, 19.11.2015

 

Gdy stacje telewizyjne wyłączyły kamery, niespodziewanie PiS uzupełnił porządek obrad o głosowanie nad swoim projektem nowelizacji ustawy o Trybunale Konstytucyjnym. Na stenogramach z posiedzenia można przeczytać, jakie były tego skutki.

Posłowie głosowali nad włączeniem pod obrady projektu zmian w Trybunale Konstytucyjnym

Posłowie głosowali nad włączeniem pod obrady projektu zmian w Trybunale Konstytucyjnym (Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

 

Wczoraj po 23 klub PiS zgłosił wniosek o uzupełnienie porządku dziennego o punkt dotyczący projektu zmiany ustawy o Trybunale Konstytucyjnym. Zakłada on m.in. ponowny wybór następców pięciorga sędziów TK, których kadencja mija w 2015 r. Kontrowersje wywołuje fakt, że następcy zostali już wybrani przez poprzedni Sejm.

Wprowadzenie punktu pod obrady było niespodziewane, bo komisja ustawodawcza debatowała nad projektem jeszcze po expose premier Beaty Szydło. Biuro Legislacyjne zauważyło wówczas, że pewne fragmenty ustawy budzą wątpliwości z prawnego punktu widzenia. Ale były też uwagi zupełnie błahe. „PiS nie zgadzało się jednak na żadne zmiany, nawet poprawki gramatyczne proponowane przez Biuro Legislacyjne” – podała Wyborcza.pl Przeciwko zmianom w ustawie protestowała opozycja, oceniając, że jest to „zamach na Trybunał”. Zwracano też uwagę na fakt, że nie zasięgnięto opinii konstytucjonalistów.

A co działo się w Sejmie, gdy wyłączono kamery? Zamach! Skandal! Arogancja! – wykrzykiwali posłowie.

Robert Kropiwnicki z PO apelował, aby projektu noweli o TK nie głosowano na pierwszym posiedzeniu Sejmu. – Chcecie dokonać zamachu na Trybunał Konstytucyjny – podkreślił zwracając się do posłów PiS. – Takiego bubla jeszcze w Sejmie nie zrobiliśmy – dodał Kropiwnicki. Zaznaczył jednocześnie, że projekt zmian „to ważna ustrojowa ustawa” i należy ją procedować bez pośpiechu.

Sejm ostatecznie uzupełnił porządek obrad o projekt zmian w ustawie o TK: „za” było 237 posłów, przeciw 216, trzech wstrzymało się od głosu.

Po głosowaniu minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro powiedział dziennikarzom, że to PO jest winna całemu zamieszaniu, bo złamała reguły, zmieniając pod koniec ubiegłej kadencji ustawę o TK i przyspieszając wybór sędziów.

Przeczytaj pełne stenogramy z posiedzenia Sejmu (od 140 strony) >>>

Zdaniem Ziobry Platformie chodziło o to, by „w sposób oczywisty zawłaszczyć wybór członków Trybunału Konstytucyjnego”, bo spodziewała się, że przegra wybory.

Lider Nowoczesnej Ryszard Petru wyjaśniał, że jego klub wnioskował o przerwę w posiedzeniu, by dać posłom więcej czasu na dyskusję nad ustawą o TK. Według niego w sprawie TK „Platforma nagięła prawo, a PiS chce się zemścić na PO i niestety na państwie zmieniając to prawo”.

Dzisiaj o godz. 11 wznawia posiedzenie. Posłowie rozpatrzą projekt PiS, a po południu zaplanowane są głosowania.

 

gdyPrzedPółnocą

gazeta.pl

Reklamy