PiS, 21.11.2015

 

Pięta chce zakazać kolegom z PiS posługiwania się nazwą PO. „To już jest byt nieistotny”

mig, 20.11.2015
– Będę postulował, aby na klubie zakazać kolegom posługiwania się nazwą Platforma Obywatelska – powiedział Superstacji poseł Stanisław Pięta z PiS. Aż tak mierzi go konkurencja? Niezupełnie. – My na temat PO nie powinniśmy rozmawiać, to jest już byt nieistotny – kwituje Pięta.

Poseł PiS Stanisław Pięta, zdjęcie z 2008 r.

Poseł PiS Stanisław Pięta, zdjęcie z 2008 r. (Fot. Aleksander Prugar / AG)

 

– Platforma Obywatelska jest formacją już martwą, niepotrzebną – powiedział Superstacji Pięta. Dlaczego? Otóż według posła PiS, „PO nie odpowiada na żadne istotne pytania, nie jest nikomu potrzebna, ani elektoratowi prawicowemu, patriotycznemu, troszczącemu się o wartości, ani elektoratowi lewicowemu, liberalnemu”. Wniosek? Krótki i prosty. – Dla Platformy nie ma miejsca – skwitował poseł Prawa i Sprawiedliwości.

„PO? W ogóle nie chcemy się nimi zajmować”

Superstacja przypomniała, że w 2012 r. Fidesz przepchnął przez węgierski parlament poprawkę, według której opozycyjna Węgierska Partia Socjalistyczna została uznana za „”organizację przestępczą”, odpowiedzialną za ” zbrodnie reżimu komunistycznego”.

Dopytywany o tę analogię Pięta odpowiedział: – Jaka delegalizacja? Co mamy delegalizować? W ogóle się nie chcemy nimi zajmować.

Najwyraźniej poseł uwierzył, że PiS nie ma już z kim przegrać.

 

posełPięta

gazeta.pl

Cenzura w Teatrze Polskim? Minister każe wstrzymać przygotowania do premiery spektaklu „Śmierć i dziewczyna”

docz, as, maga, 20.11.2015

Minister kultury Piotr Gliński, marszałek województwa dolnośląskiego Cezary Przybylski

Minister kultury Piotr Gliński, marszałek województwa dolnośląskiego Cezary Przybylski (FOT . WOJCIECH NEKANDA TREPKA)

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwo Narodowego wystosowało oficjalne pismo do marszałka województwa dolnośląskiego Cezarego Przybylskiego w sprawie budzącego kontrowersje spektaklu „Śmierć i dziewczyna” w reżyserii Eweliny Marciniak w Teatrze Polskim. Minister oczekuje, że przygotowania do sobotniej premiery zostaną wstrzymane.

Pod pismem podpisał się dyrektor departamentu finansowego MKiDN Wojciech A. Kwiatkowski.

„Sądząc z opisów oraz słów samej reżyser, mamy tu do czynienia z pornografią w rozumieniu pełnym i dosłownym. Zamiar tym bardziej szokuje, że w przedstawieniu mają wziąć udział także nieletni wykonawcy. Organizatorzy co prawda deklarują, że ci ostatni zostaną oddzieleni od scen seksu, ale nawet jeśli tak będzie, problem pozostaje” – czytamy w komunikacie.

Minister powołuje się na „liczne i zdecydowane protesty” organizacji społecznych oraz planowane demonstracje. Petycję przeciwko spektaklowi podpisało już prawie 40 tys. osób. Komunikat od ministerstwa jest jasny: „Wobec powyższego Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego oczekuje, że Pan Marszałek w trybie natychmiastowym nakaże wstrzymanie przygotowań premiery w zapowiadanej postaci, łamiącej powszechnie przyjęte zasady współżycia społecznego”.

Co ciekawe, jednocześnie MKiDN podkreśla, że „nie zamierza ingerować w wolność wypowiedzi artystycznej. Nie zamierza takie dążyć do wprowadzania jakichkolwiek form cenzury. Jednak działalność placówki finansowanej ze środków publicznych, w tym rządowych, nie może przekraczać norm powszechnie w naszym społeczeństwie obowiązujących”.

Pismo Ministerstwa Kultury do marszałkaalttekst

Nowy minister kultury Piotr Gliński wypowiedział się w podobnym tonie rano na antenie radiowej Trójki: – Za pieniądze publiczne pornografii w polskich teatrach nie będzie – zapowiedział. – Ministerstwo daje prawie pięć milionów na ten teatr, umowa na to finansowanie kończy się z końcem przyszłego roku. Będziemy apelować do dyrektora tego teatru, który jest zresztą też posłem ugrupowania Nowoczesna. Jeżeli tak nowoczesność ma wyglądać, jeśli ma polegać na pornografii w miejscach publicznych, to na to naszej zgody nie ma.

„Śmierć i dziewczyna”. Porno w teatrze? Byliśmy na próbie [FOTO]ZOBACZ

Marszałek Cezary Przybylski nie zamierza jednak odwoływać spektaklu ani wstrzymywać przygotowań. Wiadomo, że nie planuje pojawić się na samej premierze, będzie za to obecny Jarosław Perduta, rzecznik prasowy Urzędu Marszałkowskiego: – Przyjęliśmy założenie, że nie będziemy się wypowiadać na temat spektaklu, zanim go nie obejrzymy – komentuje. – Nie można o nim wyrokować tylko na podstawie zapowiedzi, które przecież mogą być prowokacją marketingową. Wszelkie oceny będą możliwe po premierze. Nie zamierzamy niczego prewencyjnie cenzurować ani też odnosić się do zjawiska pornografii, nie tylko w teatrze, ale w ogóle, przecież każdy radny ma swój pogląd na jej temat. Jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy – formalnoprawny – przy autonomii teatru trudno znaleźć narzędzie pozwalające na zdjęcie spektaklu z afisza.

Pismo marszałka do Ministerstwa Kulturyalttekst

W imieniu marszałka odpowiada także Dominik Kłosowski, dyrektor departamentu spraw społecznych w urzędzie marszałkowskim: – Informuję, że samorząd województwa dolnośląskiego nigdy nie ingerował w wolność wypowiedzi artystycznej w przedsięwzięciach przygotowywanych przez podległe mu instytucji.

Kłosowski zwraca też uwagę, że nie wiadomo, czy w wypadku spektaklu nie mamy do czynienia ze strategią marketingową albo prowokacją artystyczną. Niezależnie od tego – marszałek nie ma instrumentów prawnych, żeby premierę zablokować. Jeśli minister takimi dysponuje – proponuje – to może je wskaże?

Teatr Polski kontynuuje przygotowania do spektaklu. Komentuje Weronika Czyżewska, rzeczniczka Teatru Polskiego: – Nie zaniechamy prób, jutro spotkamy się na premierze.

Pornografia nas osaczyła. Jest w reklamie, w świecie modyZOBACZ

glińskiKażeWstrzymać

wroclaw.wyborcza.pl

 

MAJMUREK: ŻADNYCH MRZONEK, RODACY!

JAKUB MAJMUREK, 20.11.2015

 

Zapomnijcie o obietnicach Szydło. To nie one są clou projektu PiS.

W środę w Sejmie wysłuchaliśmy nie jednego exposé, ale dwóch. Po exposé premier Beaty Szydło miało miejsce wystąpienie ważniejsze, bardziej politycznie wiążące – Jarosława Kaczyńskiego. O ile premier Szydło powtórzyła głównie obietnice PiS z kampanii wyborczej i rzuciła kilka ogólników na temat tego, gdzie zamierza szukać na nie pieniędzy, o tyle Jarosław Kaczyński zarysował ogólne ramy programu, którego technicznym doprecyzowaniem są plany rządu pani premier. Szydło zajęła się szczegółami, Kaczyński wyłożył polityczną filozofię i długoterminowe cele, którym szczegóły te mają służyć.

 

Beata Szydło jest najsłabszą szefową rządu w III RP. Być może nawet najsłabszą od czasów Piotra Jaroszewicza. Podobnie jak Jaroszewicz od Gierka, tak Szydło jest całkowicie programowo, myślowo i politycznie zależna od szefa swojej partii. Własnego niezależnego stronnictwa w PiS nie posiada, jej pryncypał kontroluje ją absolutnie. Dlatego jest to jakościowo odmienna sytuacja od innych rządów sterowanych z tylnego siedzenia: Buzka, Marcinkiewicza czy Cimoszewicza.

 

Aleksander Kwaśniewski, który w latach 1996-97 miał kierować pracami gabinetu Cimoszewicza, nie miał nigdy w SLD takiej władzy, jaką dziś ma Kaczyński w PiS. Jeszcze mniej w AWS miał jej Krzaklewski – w porównaniu z Kaczyńskim był też politykiem miernym. Buzek, Marcinkiewicz, o Cimoszewiczu nie wspominając, to politycy o wiele bardziej samodzielni niż Szydło.

 

Szydło jest eksperymentem Kaczyńskiego, który może zostać w każdej chwili przerwany i zmieniony na inny.

 

Model PiS przypomina ten wdrażany przez Piłsudskiego. Ulica Mickiewicza na Żoliborzu stała się współczesnym Sulejówkiem, z którego Jarosław Kaczyński będzie mianował i odwoływał premierów wedle bieżącej politycznej potrzeby – samemu od czasu do czasu sięgając po tę funkcję.

 

 

Diagnozy i obsesje

 

A co dokłdnie powiedział Prezes? Jak zwykle w przypadku tego polityka wystąpienie było mieszaniną błyskotliwych diagnoz i zaćmiewających ogląd rzeczywistości osobistych obsesji.

 

Kaczyński celnie zdiagnozował dwa najważniejsze wyzwania: problem wspólnoty i skoku cywilizacyjnego. Faktycznie, ze wspólnotą mamy problem. Polska jest dziś krajem bez centrum debaty publicznej, pełnym agresji, podzielonym na niesłuchające się i walczące o delegitymizację przeciwnika plemiona polityczne. PiS jest oczywiście bardziej przyczyną tej choroby niż lekarstwem. Obywatele nie ufają państwowym instytucjom, w starciu z nimi często pozbawieni są elementarnej ochrony – to także celna diagnoza prezesa. Ale znów: ostatnie działania PiS – od ułaskawienia Mariusza Kamińskiego do przejęcia Trybunału Konstytucyjnego – czynią władzę jeszczer bardziej arbitralną, wszechwładną wobec zwykłych obywateli i pozbawioną efektywnej kontroli.

 

Pokaz swojej bez wątpienia niebanalnej politycznej inteligencji Kaczyński dał także, mówiąc o sytuacji gospodarczej Polski na tle Europy. Ciągle nasze PKB to zaledwie 60% unijnej średniej. Prognozy pokazują, że dwie dekady zajmie nam dogonienie Hiszpanii, a nawet sto lat Niemiec. Nie można lekceważyć faktu, iż obecny model wzrostu napotka na swoje ograniczenia i być może dalsza integracja gospodarcza Polski z Europą skutkować będzie „rozwojem niedorozwoju” – sytuacją, w której Polska rozwijając się, będzie powiększać swój dystans wobec „starej Unii”.

 

PO nie mówiło o tych wszystkich problemach, przykrywało je propagandą sukcesu, opowieściami o „zielonej wyspie”. Rozdźwięk między rozbudzonymi przez te opowieści aspiracjami a dystansem, jaki dzieli nas od Berlina czy Amsterdamu, wywoływał w Polakach i Polkach słuszne rozgoryczenie, które odebrało PO władzę. Jarosław Kaczyński, widzi gdzie leży problem.

 

Czy ma jednak pomysł, jak sobie z nim poradzić? W jego wystąpieniu z środy nie padły żadne konkrety. Poza tym, że program modernizacji polskiej gospodarki „nie będzie etatystyczny” i „będzie skierowany głównie do małych i średnich firm”. Czy te firmy – często wspaniale innowacyjne, ale równie często, jeśli nie częściej, ledwo wiążące koniec z końcem i opierające swój model biznesowy na eksploatacji taniej siły roboczej i podwykonawstwie – faktycznie mogą stać się kołem zamachowym jakościowej zmiany polskiej gospodarki? I czy faktycznie to nie rola państwa była kluczowa wszędzie tam, gdzie faktycznie udało się przejść z peryferii do centrum?
Niestety, tych problemów Prezes nie podjął. Zamiast konkretów zasypał nas swoimi obsesjami.

 

 

Wspólnota w zagrożeniu

 

Z wystąpienia Kaczyńskiego wyłania się obraz Polski i Polaków w zagrożeniu. Czyha na nas antypolonizm („operacja na światową dziś skalę”), któremu prawie udało się już uczynić z Polaków – „pierwszego narodu, jaki przeciwstawił się Hitlerowi” – „kolaborantów Hitlera”. Doszło do „internalizacji odpowiedzialności [Polaków] za Holocaust”. Te działania mają nas nie tylko „zniesławiać”, nie tylko „osłabiać państwo polskie”, ale także „podważać polską własność”. Prezes nie dopowiada, o co właściwie chodzi, ale mądrej głowie dość dwie słowie, wiadomo, żydowskie roszczenia.

 

Nie tylko Polacy są w zagrożeniu. Także chrześcijaństwo. „W Europie nie tylko za pomocą sankcji rozproszonych […] ale i prawnych ogranicza się wolność słowa w związku z chrześcijaństwem”. W Polsce, zapewnia Prezes, nie dopuścimy do tego. W zagrożeniu znajduje się też prawda, pewnie w mowie Prezesa pisana wielką literą. „Potężny nurt filozoficzny” twierdzi bowiem, że „nie istnieją prawdy, tylko narracje”, a jeśli przyjmiemy takie dictum, to „nie ma mowy o sprawiedliwej polityce”.

 

Trudno pogodzić celność wcześniejszych diagnoz z poziomem oderwania od rzeczywistości tych stwierdzeń.

 

Nie znam kraju w Europie penalizującego chrześcijańskie poglądy, znam za to aż za dobrze taki, który za obrazę chrześcijańskich uczuć religijnych karze – Polskę. Nawet tyrady o filozofii zastępującej „prawdę narracjami” wydają się dość przestarzałe – prawica w Polsce powtarza je od czasu, gdy na listach przebojów królowała Nirvana, Bill Clinton był prezydentem Stanów, a ulubionę parę mediów kolorowych stanowili Johnny Depp i Winona Ryder. Ale Kurt Cobain już nie żyje, a postmodernizm stał się znacznie słabszą intelektualną modą, niż wynikałoby to z słów Prezesa.

 

Te wszystkie obsesje mają jednak sens: budują wspólnotę zjednoczoną w zagrożeniu – zagrożeniu dla polskości, chrześcijańskiej tożsamości itd. W projekcie Kaczyńskiego faktyczny problem wspólnoty w Polsce ma zostać rozwiązany nie przez zaproponowanie takiego modus vivendi, który wszystkim Polakom, przy wszystkich ich różnicach, pozwalałby żyć wspólnie i wspólnie działać; ale przez wykreowanie zagrożenia, które zjednoczy mniej lub bardziej homogeniczną wspólnotę, wykluczającą wszystko, co do niej nie pasuje. A przynajmniej odmawiającą „niedopasowanym” elementom prawa do pełnej artykulacji.

 

 

Modernizacja bez emancypacji

 

Najlepiej filozofię takiej wspólnoty podsumowują słowa samego Kaczyńskiego: „Obowiązują pewne normy. Odstępstwa od normy powinny być tolerowane. Ale nie akceptowane. Tolerancja tak, akceptacja nie. Tolerancja tak, propagowanie nie”. Jak można się domyślić, rozciąga się to na wszystkie normy, od religijnych po seksualne. Takie postawienie sprawy oddala Polskę od pluralistycznego, liberalnego modelu Europy Zachodniej i popycha ku wschodowi kontynentu.

 

„Tolerancja tak, propagowanie nie” – tak Putin odpowiedziałby na pytanie o prawa gejów w Rosji, Łukaszenko o demokratyczną opozycję na Białorusi, a Edroğan o Kurdów i ich kulturę.

 

Co jest tu stawką? Nie chodzi tu tylko o pognębienie ludzi niepasujących do homogenicznej polskości (choć wielu działaczom i sympatykom PiS ich gnębienie sprawi wiele radości). Kaczyński nie jest jednak osobą tak prymitywną jak bulterierzy jego medialnego zaplecza czy niektórzy konstytucyjni ministrowie, już retorycznie „walczący z lewactwem”. Stawką jego projektu jest co innego – coś, co określiłbym jako „modernizację bez emancypacji”. Prezes zresztą wprost wyłożył to w środę w Sejmie. Przedstawiając wszystkie gnębiące Europę zagrożenia, dodał: „Jest mitem, że Polska musi się cywilizacyjnie rozwijać, przyjmując wszystkie te negatywne tendencje”.

 

Innymi słowy, projekt PiS to modernizacja na poziomie bazy, bez nadbudowy. Budowa polskich marek, czeboli, blockbusterów o żołnierzach wyklętych i gier komputerowych o wojach księcia Mieszka Plątonogiego bez społecznych przemian, które – do tej pory – wszędzie towarzyszyły modernizacji. Bez sekularyzacji, wyzwolenia kobiet, obyczajowej liberalizacji. Co znów zbliża projekt Kaczyńskiego do tego Putina czy Edroğana.

 

W przemówieniu Kaczyńskiego widać też, jakimi siłami klasowymi chce budować taką zmianę. Z jednej strony Kościół, z drugiej ambitna drobna burżuazja (przedstawiciele małych i średnich firm), z trzeciej inteligencja techniczna i humanistyczna, która ma obsługiwać ten projekt. Zapłacą dawne liberalne elity (zwłaszcza te związane z kulturą, które stopniowo zadusi się ekonomicznie, oraz te budujące swoją pozycję w wielkich, międzynarodowych korporacjach) i pewnie także klasa ludowa – drobni przedsiębiorcy długo nie będą mogli sobie pozwolić, by naprawdę dobrze jej płacić. Gdyby faktycznie udało się Kaczyńskiemu przeprowadzić taki projekt, związać Kościół, drobnych przedsiębiorców i część inteligencji węzłem interesów materialnych i symbolicznych, byłby w stanie na długi czas zapewnić hegemonię swojej formacji i zmarginalizować nie tylko elitę, ale i liberalne centrum.

 

Gdy w trakcie tzw. odwilży sewastopolskiej delegacja Polaków udała się do cara-liberała Aleksandra II z propozycjami liberalizacji sytuacji na polskich ziemiach, usłyszała tylko „point de rêveries, messieurs” – żadnych mrzonek, panowie! (car wolał komunikować się po francusku, nie w żadnym słowiańskim narzeczu). Dziś wszystkim tym, którzy liczyli na socjalną korektę PiS wobec polityki PO, na to, że PiS realizować będzie bardziej miękki kurs, że nauczyło się na błędach z lat 2005-2007, wszystkim przekonanym, że to normalna chadecka partia, a nie rodzima wersja Fideszu, Prezes dobitnie mówi: „żadnych mrzonek rodacy!”.

 

Cała nadzieja w tym, że nad Wisłą wszystkie ambitne polityczne plany na ogół wychodzą jak zawsze.

 

majmurekŻadnychMrzonek

**Dziennik Opinii nr 324/2015 (1108)

 

O Polsce decyduje teraz jeden pan z Nowogrodzkiej. I nie są to żarty
Słyszeliśmy w ostatnich latach, że straszenie PiS stało się niemodne, było nudne. No to teraz jest wesoło.

 

Senat przyjął zmienioną ustawę o Trybunale Konstytucyjnym, która zamyka ciąg technologiczny władzy Prawa i Sprawiedliwości, a ściślej mówiąc: władzy Jarosława Kaczyńskiego.

Na ten ciąg składa się większość w Sejmie i większość w Senacie, jednolity partyjnie rząd oraz prezydent, który także jest jednolity partyjnie, i wreszcie zmieniony Trybunał Konstytucyjny, którego podporządkowanie woli Jarosława Kaczyńskiego stało się gwarantowane.

Tak oto maszyna może już pracować na pełen gaz, właściwie bezkolizyjnie, gdyż opozycja nie ma żadnych instrumentów, by zablokować jakąkolwiek decyzję rządu czy parlamentu. No, może wyjść na znak protestu z sali podczas głosowań (tak zrobiła właśnie podczas głosowania nad ustawą o Trybunale Konstytucyjnym), może odwoływać się do Trybunału Konstytucyjnego, tyle że on za chwilę będzie inny, bo o jego składzie, o wyborze prezesa decydować będzie jeden pan z ulicy Nowogrodzkiej. I tyle.

A że nie są to żarty i że mamy do czynienia z dopracowanym projektem zmian i z ekipą, która jest zdecydowana na wielką rewolucję wedle własnego nadania, widać od pierwszego dnia urzędowania prezydenta Andrzeja Dudy, a jeszcze bardziej od pierwszego dnia funkcjonowania rządu pani premier Beaty Szydło. Premier technicznej, bo prawdziwa władza, powtórzmy, należy do kogo innego.

Każdy dzień przynosi fakty i słowa, które rysują nam nową Polskę, urządzoną i kierowaną tak, jak zapowiadał Jarosław Kaczyński już w 2005 r. i których to planów nie zmienił, ewentualnie je ubogacił i doprecyzował, dopełnił mistyką smoleńską.

Z ostatnich dni: ułaskawienie przez prezydenta Mariusza Kamińskiego, rewolucja kadrowa w służbach specjalnych i w ministerstwach, przyjęcie Jacka Kurskiego i Krzysztofa Czabańskiego do ministerstwa kultury, do „specjalnych misji” uzdrowienia mediów publicznych; obiecywanie wielkich zmian w edukacji i w szkolnictwie wyższym, zapalenie zielonego światła dla nowej polityki historycznej i kulturalnej…

Każda z tych decyzji i każda z zapowiedzi niesie za sobą tysiące konsekwencji i decyzji pochodnych, które niedługo się objawią. A jeszcze nie ruszył na dobre Zbigniew Ziobro ani też minister spraw zagranicznych, który jednak już obiecał, że będzie odwoływał i powoływał. Wiadomo też, że do kompletu władzy jak na razie brakuje PiS wszechwładzy w samorządach, w województwach, ale i o to się zadba, spokojna głowa.

Dzisiejsze osaczanie i dezawuowanie PSL przez PiS ma właśnie na celu ostateczne wypchnięcie partii chłopskiej ze wsi i z władz lokalnych, ewentualnie jej całkowite ubezwłasnowolnienie aż do samego końca.

Słyszeliśmy w ostatnich latach, że straszenie PiS-em stało się niemodne, było nudne. No to teraz jest wesoło.

oPolsceDecyduje

polityka.pl

Prezydent sięgnął po władzę, która do niego nie należy
Stworzyła się bardzo poważna sytuacja. Nie chodzi tylko o wybór sędziów TK czy łaskę dla Mariusza Kamińskiego. To może być równia pochyła, bo skoro prezydent łamię jedną ustawę, to dlaczego ma nie łamać innej?

 

W sprawie ułaskawienia Mariusza Kamińskiego i trzech byłych funkcjonariuszy CBA wiele już powiedziano. Opinia publiczna może się jednak ciągle czuć zagubiona, zwłaszcza że są profesorowie prawa, którzy twierdzą, że prawo łaski jest tradycyjne, królewskie i niczym nieograniczone.

Pamiętam z odległych już w czasie studiów prawniczych, że były podręczniki prawa, w których tak rzecz ujmowano. Tyle że królowie polscy nigdy nie ułaskawiali przed wydaniem wyroku (widocznie z powodu ich nadmiernego do sądów szacunku).

Taka interpretacja prawa łaski nie dotyka jednak istoty rzeczy. Nie ma sporu o to, czy prezydentowi przysługuje prawo łaski czy nie. Oczywiście, że przysługuje. To jego prerogatywa. Co innego jednak kompetencja prezydenta, a co innego sposób jej wykonania. Otóż ułaskawienie w Polsce odbywa się w sposób dokładnie opisany w ustawie: w rozdziale 59. kodeksu postępowania karnego.

Normalnie prośbę o ułaskawienie opiniują najpierw sędziowie, którzy wydali wyrok, potem Prokurator Generalny, któremu akta sprawy sąd przesyła, i dopiero prokurator przekazuje akta prezydentowi ze swoim wnioskiem.

Może też być inaczej, kiedy prezydent działa bezpośrednio, jak ostatnio. Art. 565 § 2 kpk brzmi: Prośbę o ułaskawienie skierowaną bezpośrednio do Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej przekazuje się Prokuratorowi Generalnemu w celu nadania jej biegu zgodnie z art. 561 albo art. 567 (to znaczy sądowi itd.). Prezydent nie zwrócił się do Prokuratora Generalnego ani też nie nadał przewidzianego biegu prośbie skazanych. Prezydent wcale nie musi liczyć się z opinią sądu czy prokuratora, ale musi się z nią zapoznać. Tak stanowi ustawa.

Prezydent nie może ignorować ustawy, działa na podstawie konstytucji i ustaw, czyli – jak każdy organ państwowy – na podstawie i w ramach prawa. Rozróżnienie kompetencji i sposobu jej wykonania jest bardzo istotne. Prezydent nie może działać, jak sobie chce. Mianuje sędziów, ale nie może, dla przykładu, poprosić kilku znajomych prawników do Pałacu i obdarzyć ich taką łaską. Powinien mianować tych, których mu przedstawia Krajowa Rada Sądownictwa. Prezydent powołuje Prezesa Trybunału Konstytucyjnego, ale nie z ulicy, lecz spośród konkretnych kandydatów, których przedstawia sam Trybunał. Każda kompetencja jest „oprzyrządowana” prawem. Stanowi o tym sławny art. 7 naszej konstytucji: nie tylko prezydent, ale w ogóle wszyscy urzędnicy działają na podstawie i w ramach prawa. Tak działa demokratyczne państwo prawa, które ogranicza samowolę dygnitarzy.

Dla najwybitniejszych prawników kraju – na przykład prof. Zolla czy prof. Stępnia – nie ulega wątpliwości, że prezydent popełnia delikt konstytucyjny. I że stworzyła się bardzo poważna sytuacja. Nie chodzi tylko o tych czterech skazanych czy wybranych sędziów Trybunału, których prezydent odsuwa od sądzenia. To może być równia pochyła, bo skoro prezydent łamię tę ustawę, to dlaczego ma nie łamać innej? A to, ze jacyś tam profesorowie prawa albo dziennikarze będą protestować, to co z tego? Prezydent zdaje się z uśmiechem pytać: „I co mi zrobicie?”.

Widziałem wezwania, by bezprawny stan powierzyć Sądowi Najwyższemu do rozwikłania. Tymczasem przypominam, że tenże Sąd Najwyższy z procedurą ułaskawienia miał do czynienia i na przykład w postanowieniu z 9 czerwca 2006 r. (WO 7/06) uznał, że przedmiotem podejmowanych czynności w ułaskawieniu może być tylko wyrok prawomocny. Sądy powinny więc kontynuować postępowanie w sprawie Mariusza Kamińskiego. Ale nie wyobrażam sobie tak odważnych sądów.

Prezydent za delikt konstytucyjny może odpowiadać przed Trybunałem Stanu, ale PiS przecież krok taki skutecznie zablokuje i zresztą nie wyobrażam sobie również, by opinia publiczna taki krok zrozumiała i to na początku kadencji oraz w sprawie – niesłusznie – uważanej za jednostkową.

Pozostają nam tylko ludzie zobowiązani do czuwania na straży prawa. Głos powinny zabrać Krajowa Rada Sądownictwa, Naczelna Rada Adwokacka, Rady Wydziałów Prawa. Jeśli na pytanie: „I co mi zrobicie ?” odpowiedzią będzie tylko kłopotliwe milczenie, obudzimy się w demokraturze.

prezydentSięgnął

polityka.pl

Reklamy