Duda, 04.11.2015

 

Gdzie jest program gospodarczy PiS?

Witold Gadomski, 04.11.2015

Witold Gadomski

Witold Gadomski (FOT. BARTOSZ BOBKOWSKI / AGENCJA GAZETA)

Mimo że Prawo i Sprawiedliwość zdecydowanie wygrało wybory parlamentarne, program gospodarczy tej partii jest wciąż enigmą. Trudno za taki program uznać obietnice wyborcze, których spełnienie oznaczałoby ruinę finansów publicznych. Niewiele o realnym programie dowiadujemy się też z wywiadu Pawła Szałamachy dla „Dziennika Gazety Prawnej”.

Duża część wywiadu polityka typowanego na szefa któregoś z resortów gospodarczych w rządzie Beaty Szydło jest poświęcona zmianom w ministerstwach. Przyszły prawdopodobny minister mówi, że powstanie resort energetyki, który przejmie nadzór nad spółkami energetycznymi. Obiecuje wsparcie dla przemysłu stoczniowego, który całkiem nieźle radzi sobie dziś, mimo upadku kilku największych stoczni. Zapowiada też powstanie resortu gospodarki morskiej. No i jak to u polityka PiS deklaruje, że teraz rząd będzie twardo walczył o interesy Polski na arenie międzynarodowej.

Ale to nie jest żaden program gospodarczy. Nie dowiadujemy się jaki będzie harmonogram wprowadzania obietnic, co rząd zamierza zrobić, by Polska nie została ponownie objęta procedurą nadmiernego deficytu, jak chce stymulować wzrost produktywności, jak będzie odpowiadał na wyzwania, związane ze spadkiem zatrudnienia, jaki nastąpi w najbliższych latach z przyczyn demograficznych, jak naprawi system emerytalny, itd.

Nieznana przyszłość górnictwa

Paweł Szałamacha nie przedstawia też realnego pomysłu uzdrowienia sytuacji finansowej górnictwa węgla kamiennego. Twierdzi, że wysokie koszty wydobycia węgla w śląskich kopalniach wynikają z „nieprzejrzystych praktyk kontraktowania i zlecania usług i zamówień przez spółki węglowe”. To jakiś absurd. Oczywiście, zawsze można skuteczniej zarządzać zakupami usług, ale wysokie i rosnące koszty wydobycia węgla to skutek nadmiaru zatrudnienia w kopalniach i spadającej w ostatnich latach wydajności pracy. Kopalnie nie mogą sprzedać węgla, zwłaszcza tego o najniższej jakości, więc ograniczają produkcję, nie redukując odpowiednio zatrudnienia. Naprawa górnictwa musi zatem wiązać się ze zwolnieniami i zamknięciem najmniej wydajnych pokładów. Wcześniej czy później rząd PiS będzie musiał realizować taki program, choć pewnie tak jak rządy PO-PSL, będzie starał się tę terapię odłożyć, bojąc się protestów społecznych.

Problemów górnictwa nie rozwiąże też zatrzymanie importu węgla, nawet jeśli Polska skutecznie przeprowadziłaby procedurę antydumpingową, skierowaną przede wszystkim w dostawców rosyjskich. Mam nadzieję, że Paweł Szałamacha i inni politycy PiS zdają sobie sprawę z tego, że może to wywołać kolejną wojnę handlową z Rosją, więc warto zawczasu policzyć, czy będzie się to nam opłacało.

Silna niechęć do banków

Jak przystało na polityka PiS Paweł Szałamacha ma wstręt do banków, szczególnie tych z kapitałem zagranicznym. Twierdzi – nie bardzo wiem w oparciu o jakie informacje – że banki wyprowadzają zyski do swoich zagranicznych central i unikają podatków. W rzeczywistości banki są znaczącymi płatnikami CIT, a zyski które ujawniają i których gros pozostawiają w Polsce są imponujące.

Przyszły minister twierdzi, że rząd PiS zmusi banki, by „obsługiwały gospodarkę, a nie rządziły nią”. To kolejny slogan, w dodatku niebezpieczny. Szałamacha zapowiada, że rząd będzie ręcznie sterował bankami, które kontroluje: PKO BP, BOŚ, Bankiem Pocztowym. Polityczne ingerencje w instytucje finansowe zwykle kończą się potężnym kryzysem, jak w przypadku SKOK-ów, hiszpańskich cajas (kas oszczędnościowych), czy amerykańskich Fannie Mae i Freddie Mac. Polska gospodarka jak dotychczas uniknęła wstrząsów finansowych, głównie dlatego, że mamy dobrze dokapitalizowane banki, prowadzące konserwatywną, czyli ostrożną politykę kredytową. PiS najwyraźniej zamierza to zmienić.

Zobacz także

gdzieJestProgramGospodarczyPiS

wyborcza.biz

 

Wybraliśmy kota w worku

Krystyna Skarżyńska, 04.11.2015

Parlamentarne, Prezydent Andrzej Duda z zona Agata w komisji wyborczej

Parlamentarne, Prezydent Andrzej Duda z zona Agata w komisji wyborczej (Fot. Krzysztof Karolczyk / Agencja Gazeta)

Wielu Polaków nie widzi związku między polityką i tym, kto sprawuje władzę, a jakością swojego życia. Nasza „polityczność” przejawia się w złośliwym komentowaniu potknięć i błędów polityków albo w doraźnym kibicowaniu jakiejś partii czy politykowi w rozgrywce z przeciwnikiem.

Większość widzi w polityce głównie grę o władzę i pieniądze, niekompetencję, egocentryzm; odcina się więc od tej sfery życia. Wybory traktuje jako demokratyczny rytuał, bez znaczenia dla ich aktualnego i przyszłego życia, a kampanię wyborczą traktuje jako widowisko, które wzbudza emocje, a nie skłania do refleksji. Skoro tak, to zwraca uwagę nie na jakość argumentów i programów, ale na elementy kampanii peryferyczne dla racjonalnej oceny.

Dwie ostatnie kampanie, prezydencka i parlamentarna, nie uczyły nas ani szacunku do polityki, ani racjonalnej polityczności. Oparte były nie na analizie i dyskusji o programach, ale na emocjach wzbudzanych wokół kilku wybranych przez PiS zamierzeń, na sentymentach i resentymentach. Obserwowaliśmy przewagę marketingu politycznego nad racjonalną argumentacją, opakowania nad treścią. Traktowanie polityka jako towaru, który odpowiednio opakowany da się w kampanii dobrze sprzedać, konsekwentnie i skutecznie czyniła partia najbardziej moralizatorska. Dzięki temu prezydentem została osoba wcześniej nieznana, która podczas kampanii nie wypowiedziała żadnej własnej myśli. Ale kilka razy dziennie obiecywała „dobrą zmianę”, spełnienie życzeń, które mogą zrujnować polską gospodarkę. Zamiast wyliczać koszty, mówiono: „ludzie tak chcą” albo: „odkręcimy wszystko, co zrobiła ta wredna Platforma”. Towarzyszyły temu baloniki, konfetti, piękne kobiety i wiwatujący zwolennicy czekający zawsze tam, gdzie pojawiał się kandydat PiS. Wygrał z Komorowskim, który miał wprawdzie argumenty, ale zamiast konfetti obrzucano go obelgami. W dodatku obrażający wszystkich w koło, nietrzymający na wodzy swoich emocji muzyk dostał 20 proc. głosów. Ignorancja i polityczny cynizm zostały nagrodzone. To cud, że kilka miesięcy po tym doświadczeniu do urn poszło tak wielu Polaków.

Poszło, choć zobaczyło znowu to samo. „Dobrej zmiany” chciały już wszystkie partie. Bo któż chciałby złej? W retoryce PiS zmiany tej nie chce Platforma, nierozumiejąca ludzkich potrzeb, pazerna, zajadająca ośmiorniczki za pieniądze podatników. Ile ta zmiana kosztuje, nie było ważne, przecież „damy radę”. PiS pozostało przy swoich obietnicach z kampanii prezydenckiej, nie pokazywało innych elementów programu, choć chyba nie szło po władzę tylko po to, żeby zrobić trzy populistyczne ruchy. W debacie telewizyjnej ani kandydatka PiS na premiera, ani jej rywalka z PO poza mglistymi ogólnikami nie powiedziały niczego na temat ich podejścia do poważnych wyzwań, przed którymi stoją Polska, Europa i świat. Dwukrotnie wybraliśmy kota w worku (sorry, w pięknym opakowaniu, grzecznego i bez apetytu na łapanie myszy). A wszystko dlatego, że nie jesteśmy społeczeństwem politycznym, tylko emocjonalnie pobudzonym, politycznie biernym, lekceważącym tę sferę życia.

Krystyna Skarżyńska – prof. psychologii społecznej Uniwersytetu SWPS i PAN

chcąDobrej

wyborcza.pl

większośćWidzi

większośćWidzi1

PiS w 10 dni zniszczył „projekt Szydło”, który budował przez 11 miesięcy. 5 kroków do ośmieszenia przyszłej premier

PiS w ciągu kilku dni zniszczył budowany miesiącami wizerunek Beaty Szydło.
PiS w ciągu kilku dni zniszczył budowany miesiącami wizerunek Beaty Szydło. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Prawo i Sprawiedliwość w ciągu roku wykreowało z dwójki polityków z drugiego szeregu pierwszoligowych graczy. Partia zainwestowała w to ogromne środki. I o ile Andrzej Duda nadal jest czczony, to Beata Szydło dzisiaj nie jest traktowana poważnie. Na własne życzenie PiS przez nieco ponad tydzień zdewastowało budowany przez prawie 11 miesięcy wizerunek Szydło.

W ciągu dwóch kampanii wyborczych Prawo i Sprawiedliwość było jak dobrze naoliwiona maszyna. Partii Jarosława Kaczyńskiego udało się wykreować Andrzeja Dudę i doprowadzić do jego wygranej w wyborach prezydenckich. Jego odbitym światłem świeciła też Beata Szydło, więc władze partii zdecydowały, że to on ona będzie główną postacią kampanii parlamentarnej.

I przez pewien czas tak było. Szydło była bohaterką wielkich konwencji, spotów, billboardów. Plan się udał, Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory, i to uzyskując samodzielną większość. I tutaj zaczęły się kłopoty. Partia zupełnie się pogubiła, jakby była zaskoczona tym, że wygrała i teraz musi sformować rząd. No i się zaczęło.

1. Najpierw prezes

Wieczór wyborczy to ogromne święto partii, ale też moment definiujący to, jak zostaną zinterpretowane wyniki wyborów. Dlatego nawet przegrani próbują się uśmiechać, a wygrani chowają triumfalizm. PiS miało szansę utrwalać przekaz, że Beata Szydło jest prawdziwą, a nie malowaną liderką.

Tymczasem znowu na pierwszym planie był prezes. Zresztą zaczął o sobie przypominać już pod koniec kampanii, kiedy zupełnie zepchnął w cień kandydatkę na premiera. Kampania rządzi się swoimi prawami, ale po jej zakończeniu w interesie PiS było pokazanie Szydło jako samodzielnej premier in spe. Wieczór wyborczy był ku temu pierwszą okazją, tymczasem to prezes jako pierwszy wszedł na mównicę. To pierwszy znak, że Szydło nie jest traktowana poważnie.

2. Gliński zamiast Szydlo

Samodzielność Beaty Szydło była i jest nieustannie kwestionowana. Dlatego na podatny grunt padła podana przez sympatyzujący z PiS serwis braci Karnowskich. We wtorek po wyborach ukazał się tam tekst informujący, że premierem jednak może zostać Piotr Gliński, a nie Szydło. Jak opisywał później w „Newsweeku” Michał Krzymowski jedna z teorii mówi, że prezes chciał przez to pokazać, że Szydło jest od niego całkowicie zależna.

Ostatecznie komitet polityczny partii jednogłośne popiera Szydło. Ale podejmuje też drugą uchwałę: uprawnia Jarosława Kaczyńskiego, Adama Lipińskiego, Mariusza Błaszczaka i Joachima Brudzińskiego do rozmów z prezydentem i jego ludźmi. To tak naprawdę „grupa trzymająca władzę” w PiS.

3. Urlop

W Warszawie tworzy się przyszły rząd Beaty Szydło, a Beata Szydło jest w Małopolsce. Politycy PiS tłumacza, że musi odpocząć kilka dni po wyczerpującej kampanii. Niezbyt szczęśliwe to tłumaczenie, bo tworzenie rządu i przekazywanie władzy to nie czas na odpoczynek. To też sygnał, że Szydło nie jest zbyt odporna, że nie da rady, choć w kampanii wielokrotnie powtarzała „Damy radę!”.

Poza tym politycy PiS mieszają się w zeznaniach, bo rzeczniczka PiS tłumaczy, że to nie był urlop, tylko wizyta na grobach bliskich i że Beata Szydło potrzebowała na to kilku dni. Niezależnie od tego, jaki był powód nieobecności przyszłej premier, faktem jest, że rząd tworzył się bez jej udziału. Nawet jeśli rzeczywiście nie ma nic do powiedzenia w sprawie obsady stanowisk, PiS mógłby zorganizować spektakl pt. kandydaci na ministrów przyjeżdżają na rozmowy kwalifikacyjne do pani premier.

4. Macierewicz i Ziobro wrócili

W kampanii wyborczej Beata Szydło obiecała, że ministrem obrony zostanie Jarosław Gowin. Po wyborach wrócił żelazny kandydat na to stanowisko: Antoni Macierewicz. To uderza w Szydło i to kilkukrotnie. Po pierwsze to będzie pierwsza złamana obietnica wyborcza nowej premier. Po drugie pokaże, że to Kaczyński, a nie Szydło wybiera ministrów. Po trzecie wreszcie potwierdzi, że kreowany w kampanii wizerunek łagodnego PiS był tylko maską.

Złe wrażenie zostanie tylko wzmocnione, jeśli potwierdzą się doniesienia o powrocie Zbigniewa Ziobry do Ministerstwa Sprawiedliwości. Szef Solidarnej Polski ma duży elektorat negatywny i spory bagaż złych doświadczeń. Polityczny konkurenci zaraz zaczną przypominać najsłynniejsze akcje Ziobry, jak chociażby słynna konferencja z dyktafonem, który miał być gwoździem do politycznej trumny Andrzeja Leppera czy kontrowersyjna wypowiedź po zatrzymaniu warszawskiego kardiochirurga dr. Mirosława Garlickiego.

5. Jeśli jesteś cool, nie musisz mówić, że jesteś cool

Kiedy politycy PiS zauważyli, że narracja wymyka im się spod kontroli, zaczęli intensywnie pracować nad naprawieniem wizerunku „premier Szydło”. Dlatego od kilku dni nie ustają w zapewnianiu, że Beata Szydło jest samodzielna, że bierze udział w ustalaniu składu rządu, że ma coś do powiedzenia. A im głośniej słychać takie zapewnienia, tym jaśniejsze staje się, że jest wręcz przeciwnie. To jak z byciem cool – jeśli jesteś cool, nie musisz na każdym kroku powtarzać, że rzeczywiście jesteś cool.

Ale tego nie da się już przywrócić. W ciągu kilku zaledwie dni Prawo i Sprawiedliwość roztrwoniło kapitał, który przez wiele miesięcy zbierała Beata Szydło. Ona włożyła w to ogromną ilość energii, a partia spore pieniądze. Czas po wyborach był doskonałą okazją do wzmocnienia pozycji przyszłej premier. Teraz będzie już tylko trudniej, bo Szydło będzie musiała podejmować realne decyzje i często ustępować Jarosławowi Kaczyńskiemu (dlaczego będzie musiała to robić pisałem tutaj). Na odbudowanie (czy zbudowanie) wizerunku w miarę samodzielnej premier nie ma więc już szans.

szydłoWruinie

naTemat.pl

Waszczykowski na szefa MSZ? „Jestem do dyspozycji”. Macierewicz w rządzie? Zobacz, co nam powiedzieli

Mateusz Włodarczyk, 04.11.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,147963,19138041,video.html?embed=0&autoplay=1
Najważniejsze stanowiska w państwie wciąż do obsadzenia. Kto do rządu, a kto na szefa klubu? W Sejmie pytał o to nasz reporter Mateusz Włodarczyk.

 

– Wiele miesięcy temu żeśmy rozmawiali, a dzisiaj będę wiedział o definitywnych rozstrzygnięciach – Witold Waszczykowski, poseł PiS, którego nazwisko jest na giełdzie kandydatów do nowego rządu. Mówi się, że obejmie on resort spraw zagranicznych. W rozmowie z naszym reporterem przyznał, że ta propozycja złożona została mu już kilka miesięcy temu i dziś ma dojść do ostatecznego rozstrzygnięcia.

Czy w nowym rządzie będzie trzech wicepremierów? Wicerzecznik PiS Krzysztof Łapiński nie wyklucza. I dodaje, że to nic dziwnego: – To nie jest coś, co było niespotykanego.

Nie tylko rząd, zmiany też w PO

Układanka polityczna odbywa się nie tylko w rządzie, ale i w Platformie Obywatelskiej, która przesiada się do ław opozycji. Do wymiany ma dojść na stanowiskach szefów partii i klubu parlamentarnego. Do obu stanowisk ma pretendować Ewa Kopacz. W walce o klub jej rywalem może być Sławomir Neumann, który zwraca uwagę, że skoro Kopacz stara się o przywództwo w partii, to powinna odpuścić sobie przywództwo w klubie: – Klub powinien być dzisiaj oddalony od wewnętrznej rywalizacji Platformy. Łączenie funkcji przewodniczącej partii i szefa klubu centralizuje partię – powiedział i dodał, że jego kandydatura będzie w stanie połączyć różne frakcje wewnątrz klubu.

Według rzeczniczki PiS Elżbiety Witek skład nowego rządu możemy poznać jeszcze w tym tygodniu. Na liście potencjalnych ministrów są m.in. Witold Waszczykowski, Antoni Macierewicz i Zbigniew Ziobro.

WaszczykowskiDoMSZ

TOK FM

Prawica oburzona na Donalda Tuska. „Polska była dla niego jedynie odskocznią, trampoliną”

Donald Tusk stał się bohaterem artykułu tygodnika "The Economist"
Donald Tusk stał się bohaterem artykułu tygodnika „The Economist” Fot. Economist.com

Donald Tusk powiedział tygodnikowi „The Economist”, że przenosiny do Brukseli były jak dotarcie do „raju”. Te słowa co najmniej oburzyły redakcję portalu wPolityce.pl. Według niej Polska była dla urzędującego przewodniczącego Rady Europejskiej jedynie „odskocznią, trampoliną”.

W artykule poświęconym aktualnej sytuacji Tuska, który „The Economist” stworzył na podstawie rozmowy z szefem Rady Europejskiej, wskazano m.in. na nacisk, jaki Tusk kładzie na konieczność bronienia wartości europejskiego liberalizmu przed zakusami populistów pokroju Mariny Le Pen.

Streszczając artykuł, redakcja wPolityce.pl nie wspomniała o tym fragmencie, ani o wzmiance, jaką Tusk poczynił podczas komentowania wyborczych sukcesów PiS.

Można jednak założyć, że uwaga szefa RE nie spodobała się redaktorom sympatyzującego z partią Jarosława Kaczyńskiego serwisu. Tusk wspomniał bowiem o nacjonalistach, którzy odsunęli od władzy PO, a słowo „nacjonalista” w Polsce kojarzy się nie najlepiej.

Według Tuska nierozważne postępowanie ws. uchodźców, czyli kontynuowanie polityki „otwartych drzwi i okien”, sprawi, że Europejczycy nie będą wierzyli w szczelność unijnych granic. Brak tej wiary jest zaś wykorzystywany właśnie przez nacjonalistów oraz innych polityków, przed którymi Tusk chce Europę obronić. – Aby zachować swoją otwartość, Europa musi godzić się na pewien stopień zamknięcia – zaznaczył Tusk.

„Polska była jedynie odskocznią, trampoliną”
Uwaga redakcji wPolityce.pl bardzo ściśle skupiła się jednak na wskazanym przez szefa RE „raju”.

– Premierem Polski był człowiek, który za „raj” uważał i uważa stanowisko w Brukseli. Dla którego Polska była jedynie odskocznią, trampoliną. Dla którego Polska nie była najważniejszym w życiu punktem odniesienia – skonstatowano w redakcyjnym komentarzu.

źródło: wPolityce.pl

prawicaOburzonaNaTuska

naTemat.pl

Czy dobra zmiana dotyczy też PiS

Agata Kondzińska, 04.11.2015

Wieczór Wyborczy w PiS

Wieczór Wyborczy w PiS (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Rządowe układanki i próba sił w PiS pokazują, jak niewiele świeżego powietrza wpadło do tej partii.

Jarosław Kaczyński tak bardzo chciał wygrać wybory, że w kampanii prezydenckiej wycofał się z pierwszej linii frontu. Decyzja była dla niego tym łatwiejsza, że wybory prezydenckie są spersonalizowane i zbyt wielu aktorów na scenie robi tłok, a w elektoracie może powodować rozdwojenie jaźni.

Na fali zwycięstwa w dwutakcie po pełnię władzy powtórzył ten manewr w kampanii parlamentarnej. Ponieważ Platforma proponowała na premiera kobietę, PiS odpowiedział tym sam. Kaczyński pozostał na pozycji pomocnika. I wpadł we własne sidła.

Przez osiem lat w opozycji spoiwem PiS była wierność i lojalność wobec prezesa partii. Po żadnych przegranych wyborach Kaczyński nie dał się zdetronizować, a ci, którzy choć pomyśleli, żeby go rozliczyć i przeanalizować przyczyny porażek, szybko wypadali za pisowską burtę.

Wystawienie Andrzeja Dudy, a potem Beaty Szydło mogło być interpretowane tak, że proponowana „zmiana” dotyczy też partii. Przy słabnącej PO wyjście PiS z prawego narożnika i udany marsz w stronę centrum były spodziewane. Był to dla formacji Kaczyńskiego moment przełomowy i szansa na przemianę w nowoczesną chadecję.

Jednak PiS za słabo uchylił drzwi. Rządowe układanki i próba sił w partii pokazują, jak mało świeżego powietrza tam wpadło. Szybko zapomniano, że tym razem to nie Jarosław Kaczyński wygrał dla PiS te wybory. Prezes PiS zaangażował się w kampanię dopiero na jej finiszu, gdy sondażowy trend dla PiS był korzystny. A jego przyboczni zaczęli przypominać, że PiS to Kaczyński.

Teraz stara gwardia Kaczyńskiego bez Beaty Szydło mebluje gabinet, bo „to nie będzie rząd autorski, to będzie rząd PiS” (Mariusz Błaszczak, TVN 24). Rząd z ośrodkiem lojalności nie w Alejach Ujazdowskich, gdzie siedzibę ma szef rządu, ale przy Nowogrodzkiej, gdzie urzęduje szef partii. Chociaż odpowiedzialność będzie jednoosobowa – premier Beaty Szydło, która zamilkła.

Nikt z PiS nie dementuje doniesień, że ministrem obrony narodowej w świecie tak dziś niespokojnym mógłby zostać Antoni Macierewicz – polityk walki, śledczy na wielu frontach (WSI, lustracja, Smoleńsk). Jarosław Gowin, który w trakcie kampanii, po występach Macierewicza w Chicago, przyjął rolę „najbardziej prawdopodobnego kandydata na szefa MON”, zapewnia teraz, że ma kwalifikacje, by kierować również innymi resortami.

Swoje plany „naprawy” wymiaru sprawiedliwości snuje w mediach – jak dawniej ostry – Zbigniew Ziobro.

Od razu po zwycięstwie PiS wrócił na utarty szlak, wywołał demony. Opadły centrowe maski, a realna stała się pokusa budowy Polski z instytucjami podporządkowanymi jednemu człowiekowi.

A przecież lata rządów PiS mogłyby być testem dla partii, którą drogą podążać. Czy odrzucić tęsknotę za fasadową demokracją premiera Węgier Viktora Orbána, a dostrzec na przykład postępowych brytyjskich konserwatystów? Czy postawić na modernizację, postęp i rozwój nie tylko kraju, ale też partii? I czy pod przywództwem Jarosława Kaczyńskiego jest to możliwe?

piSwróciłNaUtartySzlak

wyborcza.pl

 

Ruch prezydenta

Bianka Mikołajewska, 04.11.2015

Andrzej Duda podczas obchodów piątej rocznicy pogrzebu Marii i Lecha Kaczyńskich na Wawelu

Andrzej Duda podczas obchodów piątej rocznicy pogrzebu Marii i Lecha Kaczyńskich na Wawelu (Fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta)

Czy prezydent Andrzej Duda zachowa niezależność w relacjach z PiS i rządem utworzonym przez tę partię? Odpowiedzią może być historia ruchu, z którego wywodzą się głowa państwa i jego otoczenie.

Ruch nosi imię prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Ale stał się w ostatnich miesiącach zapleczem personalnym dla obecnego prezydenta – Andrzeja Dudy. Sam Duda był jednym z założycieli tego stowarzyszenia i członkiem jego władz. To przede wszystkim zaangażowanie w działalność Ruchu sprawiło, że prezes PiS Jarosław Kaczyński docenił go i wskazał jako kandydata w wyborach prezydenckich.

Po wygranej w wyborach Andrzej Duda powołał na różne funkcje w swojej kancelarii kilku innych współtwórców Ruchu. Prezes stowarzyszenia Maciej Łopiński został ministrem – szefem zespołu doradców prezydenta, wiceprezes Adam Kwiatkowski – szefem gabinetu prezydenta, a związany z Ruchem Krzysztof Szczerski – ministrem odpowiedzialnym za sprawy zagraniczne. Była wiceprezes Ruchu Barbara Fedyszak-Radziejowska jest doradcą prezydenta, a skarbnik Paweł Mucha – doradcą społecznym. W Narodowej Radzie Rozwoju, z którą Andrzej Duda ma konsultować projekty ustaw, zasiedli wiceprezes Ruchu Jerzy Milewski, współzałożycielka tej organizacji Grażyna Ancyparowicz i znów Barbara Fedyszak-Radziejowska.

Powołanie na ważne funkcje osób, które nie należą do PiS lub przynajmniej nie są jego czołowymi politykami, miało być sygnałem, że prezydent Andrzej Duda nie będzie tylko wykonawcą poleceń swojej byłej partii. Że decyzje będzie podejmował samodzielnie, słuchając głosu niezależnych ekspertów.

Ale Ruch Społeczny im. Lecha Kaczyńskiego, z którego wywodzą się prezydent i jego współpracownicy, też miał być niezależną, społeczną inicjatywą. A jest swego rodzaju przybudówką PiS. Tym, co go odróżnia od partii, jest przede wszystkim swoboda w finansowaniu działalności i pozyskiwaniu sponsorów. PiS, tak samo jak inne partie, nie może przyjmować wsparcia finansowego, rzeczowego czy organizacyjnego od firm (złamanie tej zasady grozi odebraniem państwowej dotacji). A Ruch – choć także prowadzi działalność polityczną i choć jego współtwórcami byli politycy – może. Jego działalność finansują więc SKOK-i i tajemniczy sponsorzy.

„Oddolny” ruch

Pomysł założenia Ruchu narodził się w 2010 r. Po katastrofie smoleńskiej powstało wiele stowarzyszeń i nieformalnych klubów, które domagały się ujawnienia „prawdziwych” przyczyn śmierci pasażerów Tu-154 i „godnego upamiętnienia” zmarłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Przed wyborami prezydenckimi w 2010 r. wraz z powstającymi w całym kraju „społecznymi komitetami poparcia Jarosława Kaczyńskiego” wspierały kampanię wyborczą prezesa PiS. W partii uznano, że można z nich stworzyć zaplecze także na kolejne wybory – samorządowe i parlamentarne. – Ruch im. Lecha Kaczyńskiego miał połączyć te wszystkie inicjatywy, koordynować ich działalność, dbać o spójność ideologicznego przekazu. Miał skupić ludzi, którzy chcą działać publicznie, ale nieufnie podchodzą do partii. Jego animatorami zostali więc dawni współpracownicy prezydenta Kaczyńskiego – mówi były polityk PiS.

W mediach Andrzej Duda (występujący wówczas jako eksminister w kancelarii prezydenta Kaczyńskiego) przekonywał, że „idea ruchu jest oddolna” i że „Lechowi Kaczyńskiemu zależałoby, aby był to ruch oddolny, prawdziwie społeczny”.

W grudniu 2010 r. działacze posmoleńskich inicjatyw i społecznych komitetów zaproszeni zostali na zjazd organizacyjny Ruchu, połączony z konferencją nt. spuścizny ideowej Lecha Kaczyńskiego. Impreza – na mniej więcej tysiąc osób – odbyła się w ekskluzywnym centrum konferencyjnym Windsor Palace Hotel & Conference Center w podwarszawskiej Jachrance. Uczestników dowieziono z Warszawy autokarami. Były prezentacje multimedialne i występy artystów, w przerwie słodki poczęstunek, a na koniec – wspólny obiad.

Uczestnicy zjazdu przyjęli deklarację: „Rozpoczynamy integrację aktywnych obywateli podzielających nasze przekonania i przystępujemy do wspólnej pracy”.

Skarbnik Ruchu, mecenas Paweł Mucha (obecnie doradca prezydenta Dudy), pytany, ile kosztowała impreza i kto za nią zapłacił, odpowiedział, nam że „nie ma wiedzy w tej sprawie”. I że z pewnością pieniędzy nie wyłożył Ruch, bo formalnie nie był jeszcze wówczas zarejestrowany a skoro oficjalnie nie istniał, to nie mógł ponosić żadnych wydatków.

Jak w końcu ustaliliśmy, wszystkie koszty zjazdu w Jachrance pokrył PiS.

Później, na spotkaniach związanych z budową Ruchu, Andrzej Duda podkreślał, że Ruch nie jest i nigdy nie będzie partią polityczną. A Maciej Łopiński – były szef gabinetu prezydenta Kaczyńskiego, któremu powierzono kierowanie Ruchem – wyjaśniał: „My partię już mamy. Tą partią jest PiS”.

Gościnny SKOK

Po zjeździe w Jachrance Maciej Łopiński i jego współpracownicy organizowali kolejne, mniejsze spotkania związane z budową Ruchu. Jedno z nich odbyło się w lutym 2011 r. w gdańskim Dworze Artusa. Jak relacjonował „Dziennik Bałtycki”, „przybyły na nie czołowe postacie partii Jarosława Kaczyńskiego ( ) oraz stu lokalnych działaczy PiS i członków komitetów poparcia Jarosława Kaczyńskiego”. Ustalono, że „promocją idei Ruchu” na Pomorzu zajmą się lokalni parlamentarzyści PiS. Najpilniejszym zadaniem dla Ruchu miało być wsparcie PiS w zbliżającej się kampanii parlamentarnej.

Według „Dziennika Bałtyckiego” spotkanie w Dworze Artusa „zaaranżowano niemal konspiracyjnie, bez udziału mediów”.

Zapytaliśmy władze Muzeum Historycznego Miasta Gdańska, które zarządza Dworem, kto i ile zapłacił za wynajęcie sal na spotkanie Ruchu. Według rzeczniczki muzeum Moniki Krygier udostępniono je w ramach umowy ze spółką Media SKOK (obecnie Apella). W zamian za wsparcie finansowe jednej z wystaw SKOK-i mogły za darmo organizować swoje imprezy w Dworze Artusa. Spotkanie organizacyjne Ruchu przedstawiły władzom muzeum jako „konferencję Instytutu Stefczyka” działającego wówczas przy Kasach. W tym czasie stojący na czele Ruchu Maciej Łopiński był etatowym doradcą prezesa Krajowej SKOK – Grzegorza Biereckiego.

Tajemniczy sponsorzy

Zagadką jest, kto sfinansował największą z imprez Ruchu – uroczystą inaugurację jego działalności. Impreza zorganizowana w pierwszą rocznicę katastrofy smoleńskiej zapoczątkowała też de facto kampanię parlamentarną PiS w 2011 r.

Do Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie przybyło 3 tys. działaczy inicjatyw posmoleńskich, społecznych komitetów i działaczy PiS. Audytorium gęsto utkano flagami Polski i patriotycznymi symbolami. Rolę konferansjera powierzono Jerzemu Zelnikowi. Były przygotowane specjalnie na tę okazję prezentacje multimedialne oraz filmy o prezydencie Kaczyńskim. A w prezencie dla wszystkich uczestników imprezy – książki „Lech Kaczyński – pamięć i zobowiązanie”.

Najważniejszym punktem imprezy było jednak pamiętne wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego, który przekonywał, że katastrofa prezydenckiego Tu-154 nie była „zwykłym wypadkiem”, a jej ofiary „zostały zdradzone o świcie”.

W deklaracji Ruchu, która została wówczas przyjęta, zapisano, że to właśnie prezes PiS jest „depozytariuszem spuścizny ideowej, myśli politycznej i działań” patrona Ruchu. Maciej Łopiński tłumaczył potem, że jest to „odpowiedź na potrzeby wyraźnie artykułowane przez tych, którzy byli oddolnymi twórcami ruchu”. „To wołanie z dołu brzmiało: chcemy być autonomiczni, niezależni, ale chcemy, by Jarosław Kaczyński w jakimś sensie to autoryzował, żeby tam była jego sygnatura” – przekonywał.

Nie wiadomo natomiast, czyj podpis widnieje pod rozliczeniami za imprezę w PKiN. Za samo wynajęcie Sali Kongresowej ktoś zapłacił ponad 40 tys. zł. Całość musiała kosztować kilkaset tysięcy złotych. Paweł Mucha zapewnia jednak, że rachunków nie regulował Ruch – bo nadal nie był oficjalnie zarejestrowany. Władze PiS także twierdzą, że nie pokryły kosztów.

Nikt nie przyznaje się również do sfinansowania późniejszych imprez inaugurujących działalność Ruchu w poszczególnych miastach oraz spotkania z udziałem Jarosława Kaczyńskiego w warszawskim hotelu Sofitel, podczas którego powołano koordynatorów regionalnych Ruchu oraz komisje programową i organizacyjną.

Wsparcie SKOK

Przed wyborami parlamentarnymi w 2011 r. Ruch we współpracy z organizacjami posmoleńskimi zorganizował wiele imprez uzupełniających kampanię wyborczą PiS i promujących polityków tej partii.

Na finiszu kampanii z inicjatywy Jerzego Milewskiego (obecnie członka Narodowej Rady Rozwoju) zorganizowano wystawę „Lech Kaczyński w służbie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej”. W centrum Sopotu rozstawiono kilkanaście dużych tablic ze zdjęciami prezydenta i fragmentami jego wypowiedzi. Ekspozycję otwierali Marta Kaczyńska i kandydujący wówczas do Sejmu Maciej Łopiński. Obecni byli także inni kandydaci PiS: Anna Fotyga, Zbigniew Kozak i Andrzej Gwiazda. Później wystawa odwiedzała kolejne mniejsze i większe miejscowości. Wszędzie otwierali ją na nowo, często z wielką pompą, działacze Ruchu i politycy PiS.

Jak ustaliliśmy, przygotowanie wystawy sponsorował SKOK Stefczyka, a jej tour po Polsce – związana z tą Kasą Fundacja im. Franciszka Stefczyka.

Podobnych imprez organizowanych przez Ruch, podczas których promowali się politycy PiS, a które finansowały SKOK-i, było w trakcie kampanii więcej. Gdyby organizował je PiS – za wszystkie musiałby zgodnie z prawem płacić z własnych środków. Gdy jakiś czas temu zapytaliśmy rzecznika Krajowej SKOK Andrzeja Dunajskiego, czy Kasy wspierają Ruch i w jakiej formie, odpowiedział: „Tak, jesteśmy z tego dumni. Dokładamy wszelkich starań, by formy wsparcia były możliwie obszerne i skuteczne”.

Po co ten Ruch

Oficjalne spotkanie założycielskie stowarzyszenia Ruch Społeczny im. Lecha Kaczyńskiego odbyło się już po wyborach parlamentarnych w 2011 r. Prezesem został Maciej Łopiński – świeżo upieczony poseł PiS, a szefem komisji rewizyjnej odpowiedzialnej za kontrolę finansów stowarzyszenia – Andrzej Duda (również wybrany kilka dni wcześniej do Sejmu).

Rejestracja Ruchu niewiele jednak zmieniła w sposobie jego działania. Nadal korzystał z nieoficjalnego wsparcia ze strony SKOK. W marcu 2012 r. – kilka miesięcy przed wyborami samorządowymi – zorganizował dwudniowe spotkanie z udziałem 90 osób: pomorskich samorządowców, posłów PiS i Marty Kaczyńskiej (która później została wiceprezesem, a obecnie jest prezesem Ruchu). Ze sprawozdania Ruchu wynika, że dyskutowano o „spuściźnie Lecha Kaczyńskiego, koncentrując się na samorządowym aspekcie działalności patrona Ruchu”. Spotkanie odbyło się w należącym do SKOK-ów ośrodku Villa Dominik we Władysławowie. Wynajęcie pokoju na dobę dla jednej osoby kosztowało tam wówczas 110 zł, a korzystanie z sali szkoleniowej – kilkaset złotych za godzinę. Skarbnik Ruchu Paweł Mucha zapewnia jednak, że mimo iż był on już zarejestrowany, imprezy nie sfinansowano z jego środków. Prawdopodobnie oficjalnie była kolejną konferencją SKOK-ów. Jak relacjonował „Fakt”, w programie pobytu znalazła się prelekcja prezesa SKOK Stefczyka pt. „Oferta produktowa grupy SKOK”.

Po zarejestrowaniu Ruch organizował również kolejne imprezy, które miały robić wrażenie „oddolnych inicjatyw społecznych”, a faktycznie były inicjatywami PiS.

Tak było z konferencją „Jak być niezłomnym w dzisiejszej Polsce”, która odbyła się w Filharmonii Krakowskiej w drugą rocznicę katastrofy smoleńskiej. Dyskutowano podczas niej o testamencie politycznym Lecha Kaczyńskiego. Jarosław Kaczyński przekonywał, że aby zrealizować jego dziedzictwo, trzeba „zwyciężyć, i to zwyciężyć możliwie szybko”. Oficjalnie organizatorem konferencji był Ruch. Jak ustaliliśmy, jej koszty pokrył jednak PiS.

***

Po wyborze na prezydenta Andrzej Duda zrezygnował z członkostwa w stowarzyszeniu. Dziś dobiera sobie jednak współpracowników spośród jego założycieli. Czy zdołają się wyzwolić spod wpływu, jakiemu podlegali, działając w Ruchu? I przede wszystkim: czy będą chcieli się spod niego wyzwolić?

ruchPrezydenta

wyborcza.pl

Reklamy

%d blogerów lubi to: