PiS, 01.11.2015

 

„Będzie Polska o jaką walczył Lech Kaczyński”. Nowy numer tygodnika „wSieci”!

Będzie Polska o jaką walczył Lech Kaczyński

— scenariusze po wygranych przez PiS wyborach kreślą publicyści tygodnika. Największy konserwatywny tygodnik opinii w Polsce w sprzedaży od 2 listopada.

Tematem tygodnia nowego wydania „wSieci” jest krajobraz po wyborach. O nowej sytuacji politycznej w Polsce piszą: Maciej Pawlicki, Piotr Skwieciński, Robert Mazurek, Piotr Zaremba, Stanisław Janecki, Ewa Wesołowska, Jan Rokita, Marcin Wikło, Łukasz Warzecha, Krzysztof Feusette.

Temat numeru rozpoczyna materiał Macieja Pawlickiego, który wygraną PiS-u przedstawia w bardzo obrazowy sposób:

Dostaliśmy więc ten Złoty Róg. Mamy go w rękach. Trochę drżą z przejęcia, bo chwila podniosła, ale wiemy, że chwycić go trzeba mocno

— ocenia.

Robert Mazurek z kolei przedstawia największych wygranych i przegranych tegorocznych wyborów.

Główny tryumfator jest oczywisty — król Polski ma na imię Jarosław, z zawodu jest Prezesem i pozostanie nim przynajmniej przez jakiś czas, chyba że wymieni zderzak i sam stanie na czele rządu

— komentuje Mazurek.

Wśród pokonanych wymienia natomiast m.in. Romana Giertycha, Michała Kamińskiego czy Piotra Kraśko.

O „drżączce na salonach” w związku z przejęciem władzy przez Prawo i Sprawiedliwość pisze Krzysztof Feusette. Jak ocenia dziennikarz

A jednak naród odpłacił gwiazdom mainstreamu pięknym za nadobne. Dzięki woli Polaków od 25 października media głównego nurtu znowu mogą patrzeć władzy na ręce.

W numerze ponadto – również o tegorocznych wyborach – Jacek i Michał Karnowscy rozmawiają zdr. Tomaszem Żukowskim, socjologiem.

Co przesądziło o wyborczym zwycięstwie PiS?

— już na wstępie pytają dziennikarze.

Przesądził fakt, że to Prawo i Sprawiedliwość najlepiej rozpoznało społeczne oczekiwania i zdefiniowało sens, znaczenie tych wyborów. Zapytało ludzi, czy chcą status quo, trwania tego, co się dzieje w polskiej polityce, czy wolą zmianę, dobrą zmianę

— odpowiada socjolog.

Film „Smoleńsk” już prawie gotowy

— piszą Marek Pyza i Marcin Wikło

wiemy jaki będzie

— ujawniają dziennikarze i podkreślają

Produkcja Antoniego Krauzego to pierwsza fabularna opowieść o tragedii 10 kwietnia. To jednocześnie studium perfidnego medialnego jazgotu, który miał zakrzyczeć prawdę o katastrofie.

W tygodniku również w dziale „Gospodarka” wywiad Macieja Pawlickiego z Marcinem Gomołą, byłym wiceprzewodniczącym Komisji Nadzoru Finansowego. Rozmówca Pawlickiego wyjaśnia m.in. na czym polega ryzyko systemowe związane z tzw. „kredytami frankowymi”.

Pół miliona „kredytów frankowych” generuje ogromne ryzyko dla całego finansowego krwiobiegu państwa, gdyż wiąże wysokość zadłużenia dużej części polskiego społeczeństwa z kursem waluty, na którą ani Polska, ani klient nie mają wpływu. To rodzaj zakrzepu, który krąży w żyłach i nie wiadomo, kiedy i gdzie spowoduje zator

— porównuje Gomoła.

 

 

wPolityce.pl

Halloween to sympatyczne rodzinne święto

Mariusz Zawadzki, 01.11.2015
Halloween jest głównie świętem dzieci - to one zbierają słodycze, często w towarzystwie swoich opiekunów i podopiecznych.

Halloween jest głównie świętem dzieci – to one zbierają słodycze, często w towarzystwie swoich opiekunów i podopiecznych. (STRINGER/PERU / REUTERS / REUTERS)

Amerykanie, gdyby zapoznali się z opinią ks. Śmiecińskiego oskarżającego Halloween o satanizm i okultyzm, zapewne zaczęliby się obawiać o jego zdrowie psychiczne.
Przebieraniu się za czarownice, zombie czy kościotrupy Kościół mówi stanowcze „nie” – dowiadujemy się z wywiadu, jaki ksiądz dr Grzegorz Śmieciński, dyrektor biura prasowego archidiecezji katowickiej, udzielił „Dziennikowi Zachodniemu”. Niechęć do amerykańskiego Halloween jest w Polsce, w szczególności w środowiskach katolicko-patriotycznych, dość powszechna. Owa świecka tradycja uważana jest zarówno za antychrześcijańską, jak i antypolską. Oddajmy jeszcze głos księdzu Śmiecińskiemu: „Halloween wywodzi się z praktyk satanistycznych i jest związanie z okultyzmem. Każdy element tego święta wywodzi się ze sprzecznych obrzędów względem nauki Kościoła. Niesie ze sobą także i pewne zagrożenie. Wydrążone, świecące dynie symbolizują człowieka, który według irlandzkiej legendy paktował z diabłem. Przebranie się za czarownice czy ducha miało zaś zmylić złe demony, szukające ofiar. Dodatkowo Halloween ściśle związane jest z wiarą w rzeczy nadprzyrodzone i magię, a jak wiadomo Kościół potępia wszelkie praktyki ezoteryczne czy okultystyczne. Łączone są one z pogańskimi obrzędami i czarnymi mszami satanistów.”

Znakomita większość Amerykanów, gdyby miała okazję zapoznać się z opinią księdza Śmiecińskiego, zapewne zaczęłaby się obawiać o zdrowie psychiczne polskiego duchownego. Również i ja, który już kilka razy z bliska oglądałem Halloween, mogę zaświadczyć: jest to jeden z najbardziej ciepłych, rodzinnych i budujących wspólnotę obrzędów w Ameryce. W tym sensie, nawet jeśli jego oprawa jest pogańska, to z ducha jest jak najbardziej chrześcijański. Bo przecież rodzina i wspólnota są chyba ważnymi wartościami w chrześcijaństwie?

W zasadzie całe Halloween kręci się wokół dzieci. 31 października wieczorem wychodzą one na ulice razem z rodzicami – to prawda, czasami przebrane za straszydła – i chodzą od domu do domu, czyli po sąsiadach, zbierając cukierki. Każdemu, kto otworzy drzwi, wykrzykują „trick or treat!”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza, „dawajcie słodycze albo psocimy!”. Nie jest to jednak szantaż ani wymuszenie, bo ludzie czekają na dzieci i mają dla nich przygotowane słodycze – przynajmniej ci, którzy wystawili przed domami wydrążone dynie albo inne halloweenowe dekoracje. Są one znakiem rozpoznawczym dla dzieci, że w tym domu są mile wdziane, nikt w nie dostrzeże „znaku paktu z diabłem”.

Całe rodziny tak wędrują po okolicy. Ciepło się pozdrawiają. Żartują. Rozmawiają. Stają się sobie bliżsi. Chyba nigdy nie ma w USA tylu ludzi na ulicach, jak w ten dzień. Niestety ten aspekt Halloween zupełnie umyka polskim – i nie tylko polskim – duchownym. Ksiądz Aldo Buonaiuto, watykański specjalista ds. sekt, uważa, że to amerykańskie święto „stanowi przedsionek do czegoś znacznie bardziej niebezpiecznego”. To rzekomo „najlepsza pora do rekrutacji nowych członków przez różne sekty i na otwarcie się na diabła”. Żeby zatrzymać zło, we Włoszech kościół promuje „holy-ween”, czyli „dzień świętych”. 31 października dzieci mają przebierać sie za świętych i uczestniczyć w czuwaniach modlitewnych w kościołach.

W USA nie pojawiają się głosy – nawet katolickich duchownych – żeby udawać świętych. W sondażu Gallupa sprzed kilku lat 78 proc. Amerykanów ankietowanych przyznało, że tego dnia przebiera swoje dzieci; 83 proc. otwiera domy i rozdaje słodycze; 68 proc. wystawia w oknach albo na ganku wydrążone dynie. Oczywiście jest to wielki biznes. Co roku Amerykanie wydają na Halloween – dekoracje domów, przebrania i słodycze – ponad 7 mld dolarów.

W sobotę w Arlington, gdzie chodziłem przez dwie godziny, nikt nie otworzył się na diabła. Widziałem dzieci przebrane za duszki i kościotrupy, ale także za papugę, supermana, samochód (pewien chłopiec sam zrobił go z kartonu). Była też księżniczka Lea z Gwiezdnych Wojen (w tym stroju paradowała mama). Na halloweenowej imprezie w Białym Domu, gdzie co roku zapraszane są dzieci z całej Ameryki, prezydenowi Obamie najbardziej spodobał się chłopiec, który przebrany był za papieża Franciszka i jechał miniaturowym papamobilem. To dobry znak na przyszłość – okazuje się, że włoskie Holy-ween i amerykańskie Halloween mają jakiś punkt zbieżny.

Czy Halloween jest spłycaniem i trywializacją święta zmarłych? W USA nie, bo tam się nie obchodzi – ani nie obchodziło – święta zmarłych. A w Polsce? Nie wykluczam, że tak. Ale przecież to nie powód, żeby demonizować sympatyczną amerykańską tradycję.

halloweenToSatanizm

wyborcza.pl

 

„Znak krzyża wykonała ze zbyt małą dbałością”. Jedynka w imię wiary, czyli o katechezie w polskich szkołach

Prawo autorskie: dotshock / 123RF Zdjęcie Seryjne
Prawo autorskie: dotshock / 123RF Zdjęcie Seryjne

Moje dziecko we wrześniu rozpoczęło naukę w pierwszej klasie. Wczoraj synek przyniósł do domu swoją pierwszą jedynkę. Nie dlatego, że jest mało zdolny, zapomniał o zadaniu domowym albo nie przygotował się do sprawdzianu. Dostał jedynkę z religii, bo nie umiał odpowiedzieć na proste (według pani katechetki) pytanie – co jest najważniejsze w kościele. Wiara, modlitwa, może przykazania – myślę sobie, ale i ja dostałabym pałę. Odpowiedź zwaliła mnie z nóg – chodziło o tabernakulum.

Zwierzam się koleżance z pracy, a ta jedynie macha ręką i uśmiecha się. Ta mina mówi tylko „wiem coś o tym, też przez to przeszłam”. Opowiada mi, jak jej syn płakał, bo w pierwszej klasie nie znał wszystkich sakramentów i dostał uwagę do dzienniczka i jedynkę. W drugiej klasie problemy miała córka – wyuczyła się wprawdzie wszystkich zadanych jej modlitw, znała sakramenty i pięć przykazań kościelnych (cały weekend powtarzania i nauki!), ale znak krzyża wykonała ze zbyt małą dbałością.Kolega z biurka obok wtrąca się w naszą rozmowę – jego syn wrócił pewnego dnia ze szkoły z płaczem, że w ich domu zamieszkały demony. Gdy już udało im się go uspokoić usłyszeli, że to wszystko przez dynie wystawione przed drzwiami domu (zbliżało się Halloween) – zakonnica na religii powiedziała, że tak zaprasza się diabła i inne złe duchy.

Wieczorem debatuję na ten temat z mężem i wracamy wspomnieniami do naszych szkolnych czasów. Opowiada mi, jak za gadanie ksiądz rzucał kredą i walił dziennikiem po głowie, gdy nie znało się odpowiedzi na zadane właśnie pytanie – dzisiaj pewnie były hitem na You Tubie i gwiazdą programu „Uwaga”. Siostra zakonna, która uczyła mnie w trzeciej klasie niemal wepchnęła głowę koleżanki do kosza na śmieci, aby uświadomić jej, jak brzydka jest czyjaś buzia, gdy mówi przekleństwa.

Takich „kwiatków” od wypytanych przeze mnie znajomych usłyszałam znacznie więcej (księża szczególnie upodobali sobie rzucanie przedmiotami, siostry zakonne natomiast lubowały się w złośliwych komentarzach i stawianiu niskich ocen). Pewnie można by ich jeszcze kilka zebrać i nie jest to sprawa wyłącznie jednej szkoły, dzielnicy, a nawet miasta, bo pochodzimy z różnych stron kraju. Jeśli ktoś chce nauczać o miłosierdziu, miłowaniu bliźniego i życzliwości wobec innych – a o to według mnie chodziło Jezusowi – to czy sam najpierw nie powinien dawać dobrego przykładu?

Jak ma się polityka prowadzenia lekcji religii i metod nauczycieli tego przedmiotu do dbania o dobro i ułatwienie startu w szkole dzieciom sześcioletnim? Z jednej strony wprowadza się dywany w klasach, proste podręczniki, buduje place zabaw, a z drugiej wymaga od nich wiedzy, której niejednokrotnie brakuje dorosłemu katolikowi! Nie jestem zagorzałą katoliczką, ale wiara jest dla mnie istotnym elementem życia. Posyłając dziecko na lekcje religii i podejmując decyzję o chęci kształcenia go w wierze katolickiej, spodziewałam się raczej zachęty do Boga, Jezusa i kościoła, a nie wygórowanych wymagań, obniżania samooceny i podkopywania wiary we własne możliwości. Bo dla takiego sześciolatka, który dopiero uczy się czytać i pisać, tabernakulum, przykazania i sakramenty to coś abstrakcyjnego i niezwykle trudnego do pojęcia.

Powiedziałam synowi, że ma się tym nie przejmować, choć wolałabym nie kształtować w nim przekonania, że zła ocena nic nie znaczy i można ją zlekceważyć. Z mężem, po wyrzuceniu z siebie nerwów, złości i miliona przekleństw, ostatecznie obśmiałam całą sytuację. Umówiłam się na rozmowę z wychowawcą klasy i skrzyknęłam jeszcze kilku rodziców – jedynki za tabernakulum dostała zdecydowana większość pierwszaków. Nie jestem rodzicem, który zamierza mówić nauczycielom, jak mają uczyć moje dziecko i nie zamierzam dyskutować z każdą skargą i złą oceną, ale nie zamierzam też biernie patrzeć na to, jak mój syn traci motywację i radość z nauki. Jeśli będzie trzeba przepiszę go na etykę, a o Bogu i przykazaniach, którymi powinien się kierować, opowiem mu w domu, bez presji i w spokojnej atmosferze.

znakKrzyża

mamadu.pl

Rządu jeszcze nie ma a relacja Szydło – Kaczyński już jest toksyczna. Skład gabinetu podyktuje prezes

01-11-2015

ZOBACZ ZDJĘCIA »Beata Szydło, Jarosław Kaczyński

 fot. Paweł Supernak  /  źródło: PAP

Dzień po ogłoszeniu kandydatury na premiera prezes PiS zapowiedział współpracownikom, że Beata Szydło stanie na czele rządu, ale skład gabinetu ustali on. – Rządu jeszcze nie ma a ich relacja już teraz jest toksyczna – mówi „Newsweekowi” polityk z otoczenia Beaty Szydło.

Kandydatura została ogłoszona publicznie we wtorek późnym wieczorem. Decyzję poprzedziły jednak trwające cały dzień narady, w wyniku których Jarosław Kaczyński był gotowy wycofać rekomendację dla Szydło i wysunąć w jej miejsce prof. Piotra Glińskiego (tę informację jako pierwszy podał portal wpolityce.pl).

W najnowszym „Newsweeku”: Tomasz Lis pyta; Czy III RP można już tylko wypisać nekrolog?

Decyzja o zmianie kandydata miała zostać przypieczętowana na komitecie politycznym zaplanowanym na dwudziestą. Przed rozpoczęciem obrad w siedzibie partii zjawiła się jednak Szydło. – Jej spotkanie z Kaczyńskim tak się przeciągnęło, że komitet rozpoczął się z dwugodzinnym opóźnieniem. Trwał niecałe pięć minut. Prezes wkroczył na posiedzenie w towarzystwie kandydatki i niespodziewanie oświadczył: – Odbyliśmy dobrą rozmowę. W związku z tym proponuję podjęcie dwóch uchwał. Naszym kandydatem na premiera zostaje Beata Szydło a do rozmów z prezydentem na temat powołania nowego rządu partia upoważnia mnie, Adama Lipińskiego, Mariusza Błaszczaka i Joachima Brudzińskiego.

Obie decyzje zostają przyjęte jednogłośnie. Prosto z Nowogrodzkiej Kaczyński pojechał na spotkanie z prezydentem. A nazajutrz, relacjonując współpracownikom swoją wieczorną rozmowę z kandydatkę, stwierdził z satysfakcją: – Ona będzie premierem, ale na moich warunkach.

Mówi człowiek związany z zakonem PC: – Los Szydło naprawdę wisiał na włosku. Gdyby nie ukorzyła się podczas wieczornego spotkania, to byłby jej koniec. Jarosław ją zdominował. Sytuacja na dziś wygląda tak. Beata zostaje premierem, ale nie wie, kto znajdzie się w jej rządzie. Skład gabinetu będzie dyktować prezes.

 

 

Newsweek.pl

Tomasz Lis

Tomasz Lis

Redaktor naczelny Newsweek Polska
Więcej artykułów »

Tomasz Lis: Krajobraz po bitwie

01-11-2015

ZOBACZ ZDJĘCIA »Tomasz Lis newsweek plus paywall

 fot. Marcin Kaliński  /  źródło: Newsweek

Otwarta, tolerancyjna, liberalna, obywatelska Polska może być wkrótce zagrożona. Już teraz trzeba myśleć o tym, jak jej bronić.

Zwycięstwo PiS jest bezdyskusyjne. Choć, niezależnie od uzyskania samodzielnej większości, co jest sukcesem niewątpliwym, nie jest wcale tak imponujące, jak wielu twierdzi. PiS zdobyło o jedną czwartą więcej głosów niż w poprzednich wyborach. Jak na rozsypkę PO i pełną degrengoladę lewicy wcale nie aż tak wiele. Większy odsetek głosów niż PiS, ponad 40 proc., zdobył w 2001 r. SLD, a potem, w 2007 i 2011 r., lepsze wyniki zanotowała PO. Gdyby do głosów oddanych na PiS dodać głosy oddane na ugrupowania Kukiza i Korwina, a do głosów PO dodać głosy Nowoczesnej, Zjednoczonej Lewicy i PSL, mielibyśmy przewagę prawicy, ale minimalną, mniej więcej taką, jaką Andrzej Duda uzyskał w drugiej turze nad Bronisławem Komorowskim.

Nie idzie tu o marne matematyczne sztuczki, które miałyby zrelatywizować sukces PiS i prawicy. Idzie wyłącznie o podkreślenie, że poparcie dla PiS i prawicy jest w Polsce mniej więcej takie, jak poparcie dla anty-PiS i nie-prawicy. Polska nie-PiS-owska i anty-PiS-owska została więc pokonana w wyborach, ale nie ma mowy o jej klęsce.

Powyborcza trauma PiS

Po stronie nie-PiS-owskiej trwa niewątpliwie powyborcza trauma. To zrozumiałe po porażce. Tyle że nie była to zwykła porażka, w ramach naturalnej rotacji zdobywających władzę ugrupowań. Władzę zdobyła bowiem partia, która kwestionuje nie tylko osiągnięcia poprzedników, do czego akurat ma pełne prawo, ale kwestionuje cały porządek stworzony w Polsce po 1989 r. A nazywa się on w największym skrócie liberalną demokracją. Nie mam złudzeń i z odpowiednim dystansem podchodzę do zapewnień pana prezesa, że żadnej zemsty nie będzie. Mniej więcej z takim samym sceptycyzmem, z jakim podchodziłem do zapewnień kandydata Dudy, a potem prezydenta Dudy, o potrzebie odbudowania wspólnoty. Jak owa odbudowa wygląda od jego zaprzysiężenia 6 sierpnia, wszyscy widzimy.
Jeśli PiS przedstawi pomysły rozsądne, należy je poprzeć; jeśli niebezpieczne, należy im się twardo przeciwstawiać.

Brak złudzeń nie przekreśla otwartości na miłe niespodzianki, ale realizm podpowiada ostrożność. Wystarczy przeczytać skrzętnie chowany ostatnio projekt PiS-owskiej konstytucji i uważniej wsłuchać się w deklaracje ważnych polityków tej partii, by wiedzieć, co jest ich celem. Wszystko wskazuje na to, że raczej demontaż państwa, jakie mamy, niż jego w istocie niezbędna naprawa. Będzie więc zmiana. Raczej groźna niż dobra.

Czy PiS okiełzna swe autorytarne ciągotki, zobaczymy. Czy zrealizuje absurdalne obietnice wyborcze – nie wiemy. Trzeba w każdym razie uważnie patrzeć i odważnie nazywać to, co zobaczymy. Jeśli PiS przedstawi pomysły rozsądne, należy je poprzeć; jeśli niebezpieczne, należy im się twardo przeciwstawiać.

 

Newsweek.pl

Po co w PiS wewnętrzny kryzys tuż po wielkim zwycięstwie? „Prezes wie, że Beata ma świetne relacje z Dudą i boi się”

W PiS mówią, że prawdziwe relacje między Beatą Szydło a Jarosławem Kaczyńskim są "toksyczne".
W PiS mówią, że prawdziwe relacje między Beatą Szydło a Jarosławem Kaczyńskim są „toksyczne”. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

– Beata zostaje premierem, ale nie wie, kto znajdzie się w jej rządzie. Skład gabinetu będzie dyktować prezes – mówią „Newsweekowi” najwierniejsi ludzie Jarosława Kaczyńskiego. Wśród których panuje zadowolenie z tego, jak Prezes pokazał Beacie Szydło miejsce w szeregu. – Beata wygrała tę rozgrywkę, bo będzie premierem. W tej chwili to jest najważniejsze. Na dłuższą metę przegraliśmy jednak wszyscy. Zaufania między Szydło a prezesem już nie będzie – przyznają stronnicy przyszłej szefowej rządu.

Michał Krzymowski z „Newsweeka” usłyszał z otoczenia Beaty Szydło jasny komunikat. – Rządu jeszcze nie ma, a ich relacja już teraz jest toksyczna – mówią w tej części Prawa i Sprawiedliwości, której bliżej do nowej liderki niż Jarosława Kaczyńskiego. Informatorzy z PiS pomagają mu też wyjaśnić zamieszanie, jakie kilka dni temu powstało za sprawą portalu braci Karnowskich, który opublikował niespodziewane doniesienia o tym, że na czele nowego rządu stanie prof. Piotr Gliński.

Jak się okazuje, choć portal później zdjął ten artykuł (podobno po nerwowym telefonie z siedziby PiS), nie były to informacje fałszywe. Jarosław Kaczyński rzeczywiście miał podjąć taką decyzję, ale zmienił ją po tym, gdy na Nowogrodzką wparowała poirytowania Beata Szydło. Po długich rozmowach Prezes miał wynegocjować z nią obecny układ, że to ona jest szefową rządu, ale on decyduje o jego składzie.

Do dziś w partii nie wiedzą, czy Jarosław Kaczyński naprawdę chciał premiera Glińskiego, czy tylko posłużył się profesorem, by korzystnie dla siebie rozegrać powyborcze sprawy. – Ci, którzy dobrze znają Jarosława, wiedzą, że on lubi zarządzać przez kryzys. Doprowadza do konfrontacji, eskaluje ją i czeka na przebieg wydarzeń. Obserwuje reakcję otoczenia i decyduje w ostatniej chwili – stwierdził jeden z rozmówców „Newsweeka”.

Po co Jarosławowi Kaczyńskiemu taki kryzys tuż po wielkim zwycięstwie PiS? Bo Prezes nigdy nie odniósł tak wielkiego sukcesu, ale jednocześnie nigdy jego władza w partii nie była tak zagrożona. – Prezes wie, że Beata ma świetne relacje z Dudą i boi się, że po objęciu urzędu będzie chciała z nim grać przeciwko partii. Nie zamierza jej tego ułatwiać – tłumaczą rozmówcy Krzymowskiego.

Źródło: „Newsweek” 45/2015

wPiSchaos

naTemat.pl

Reklamy

%d blogerów lubi to: