Świat, 04.11.2015

 

Kolejne przecieki o składzie rządu. RMF FM: Ziobro ministrem sprawiedliwości. Jest też Macierewicz

AB, 04.11.2015
Zbigniew Ziobro ministrem sprawiedliwości, Antoni Macierewicz szefem MON, a Witold Waszczykowski – MSZ. Jarosław Gowin ma zostać wicepremierem i ministrem nauki i szkolnictwa wyższego – to nieoficjalne ustalenia dziennikarzy RMF FM i nowe spekulacje o składzie rządu PiS.

Antoni Macierewicz

Antoni Macierewicz (Fot. Marcin Stępień/ Agencja Gazeta)

 

Według nieoficjalnych informacji „Faktów” TVN skład nowego rządu poznamy już w piątek. Jeżeli te doniesienia się potwierdzą, politycy partii mają już tylko dwa dni na ogłoszenie ostatecznego składu gabinetu Beaty Szydło.

Nazwiska podane przez dziennikarzy RMF FM to kolejne spekulacje o nazwiskach przyszłych ministrów. Pod koniec października tajną naradę władz PiS i „prawdopodobny” skład nowego rządu opublikował „Super Express”. Wcześniej podobnymi ustaleniami podzielił się też „Fakt”.

Politycy PiS nie chcą rozmawiać o medialnych spekulacjach i jednym głosem zapewniają, że ostateczne decyzje będą należały do Szydło. Jarosław Gowin potwierdził jednak w poniedziałek, że jest namawiany do objęcia nie ministerstwa obrony, ale nauki lub kultury. – Są rożne propozycje, nie ukrywam tego. Rozstrzygnięcie będzie w tym tygodniu – zapowiedział na antenie Radia Kraków.

 

kolejnePrzeciekiOskładzieRżądu

gazeta.pl

Katolik przejmuje władzę

Konrad Sawicki, 04.11.2015

Prezes PiS Jarosław Kaczyński podczas kongresu

Prezes PiS Jarosław Kaczyński podczas kongresu „Stop ateizacji Polski” na Jasnej Górze, 16 czerwca 2013 r.(&Fot. Sebastian Adamus / Agencja Gazeta)

Gdy na kilka tygodni przed wyborami parlamentarnymi było już właściwie jasne, że wygra PiS, a PO będzie musiała po ośmiu latach oddać władzę, w środowiskach konserwatywnych i katolickich pojawiło się interesujące zjawisko.

Wraz z narastającą świadomością możliwego zwycięstwa popieranej przez większość wierzących partii rosła radość, której w pewnym momencie zaczęły towarzyszyć emocje negatywne. Poczucie zbliżającego się sukcesu ustępowało czasami miejsca słabo skrywanej radości z klęski rządzącej formacji. Delektowano się wręcz upadkiem Platformy. Wraz z tym stopniowo tuż obok rosły dwa demony: nienawiści oraz zemsty.

Wszystko to wybuchło ze zdwojoną siłą po 25 października. Początkowo ze zdziwieniem, a potem z zażenowaniem obserwowałem zadeklarowanych katolików, którzy nagle odsłaniali swoje gorsze oblicza. Nieskrywane groźby, złorzeczenia i deklaracje, co takiego powinno się zrobić z przegranymi politykami, w sposób niekontrolowany przerzucano na wyborców PO oraz osoby publiczne, które miałyby być „oczywistymi” sympatykami odchodzącej władzy.

Zauważmy tu, że wielu cieszących się z wygranej partii Jarosława Kaczyńskiego tak bardzo utożsamiło się ze zwycięstwem, iż w swych wypowiedziach bezwiednie przyjęło narrację w formie per my: wygraliśmy, odebraliśmy im władzę, pokonaliśmy ich itp. To z kolei automatycznie przerodziło się w festiwal dywagacji i pomysłów, co i komu „powinniśmy” zrobić po tym sukcesie. Nagle prawicowi wyborcy i publicyści bez zażenowania poczęli snuć plany: tych dziennikarzy wyrzucimy z telewizji publicznej (powstają nawet listy nazwisk), tę stację zamkniemy, do tych przyjdziemy o piątej nad ranem – znamy wasze adresy, a tamtego wsadzimy do więzienia z pedofilem do towarzystwa. Setki tego rodzaju pomysłów deklarowanych w formie per my.

Jeśli już nie dziwią podobne wypowiedzi padające z ust polityków, to przesiąknięte nienawiścią i żądzą odwetu deklaracje ludzi przyznających się do wiary napawają grozą. To nie my – katolicy – przejmujemy władzę, tylko formacja, na którą wielu z nas głosowało. A jeśli nawet, to przecież nasze chrześcijańskie pojęcie władzy jest diametralnie różne od nienawistno-odwetowego stylu. „Dla uczniów Jezusa jedyną władzą jest władza służenia, jedyną mocą jest moc krzyża” – przypomina papież Franciszek.

Poza tym niech wierzący pamiętają o tym, że ugrupowanie, które wygrało wybory, ma na koncie epizody mało katolickie. Gdy Marek Jurek wysunął propozycję całkowitego zakazu aborcji, PiS w większości był przeciwny. Gdy w latach 2005-07 rządziła partia Kaczyńskiego, nie podjęła nawet poważniejszej próby uregulowania rynku in vitro, choć od lat panowała tu wolnoamerykanka. Warto też wspomnieć sympatyzowanie z karą śmierci, której, jak wiadomo, przeciwnikami są wszyscy ostatni papieże.

Ta nienawistno-odwetowa fala dużo mówi o nas, wierzących. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie – mówi przysłowie. Dziś można by je sparafrazować i sformułować w ten sposób: prawdziwych katolików poznaje się przy władzy.

Konrad Sawicki – publicysta, redaktor „Więzi”

Wielki apetyt PiS na Sejm

Dominika Wielowieyska, 04.11.2015

Budynek Sejmu

Budynek Sejmu (Fot. SŁAWOMIR KAMIŃSKI)

Politycy PiS zapowiedzieli, że kluby parlamentarne Nowoczesnej i PSL nie będą miały swoich wicemarszałków Sejmu, bo partia rządząca chce mieć większość we władzach tej izby, oprócz marszałka – dwóch wicemarszałków.

Potem swoje stanowisko złagodzili i uznali, że tylko ludowcy zostaną pominięci, a ugrupowanie Ryszarda Petru będzie miało jednak swojego przedstawiciela w Prezydium Sejmu. Opozycja jest oburzona, uważa, że PiS wprowadza złe praktyki.

Owszem, nie ma twardej reguły, iż każdy klub ma swego wicemarszałka, na przykład w 2001 r. PiS go nie miał, dopiero w trakcie kadencji tę funkcję objął Kazimierz Michał Ujazdowski.

Niemniej w czasie trzech ostatnich kadencji taki zwyczaj był respektowany. Niektórzy politycy prawicy przypominają, że ugrupowania Zbigniewa Ziobry i Jarosława Gowina swojego wicemarszałka nie miały. Ale tu chodzi o zwyczaj stosowany na początku kadencji. A jeśli jakieś kluby potem się dzielą i posłowie zmieniają barwy partyjne, to potem nie mogą liczyć na to, że tylko dlatego, iż się im odmieniło, trzeba będzie robić rewolucję personalną we władzach parlamentu.

W mijającej kadencji Prezydium Sejmu liczyło sześć osób: trzech wicemarszałków miała opozycja, dwóch i marszałka Sejmu – koalicja rządząca. To była dobra równowaga. Uznaję, że koalicja chce mieć największy wpływ na pracę Sejmu, bo nie może być tak, iż opozycja będzie paraliżować poczynania rządu. Jedna partia dostała mandat demokratyczny i musi mieć instrumenty do tego, by swój program realizować. Ale właśnie dlatego ustawodawca zagwarantował szczególne uprawnienia dla marszałka Sejmu, polityka z formacji, która wygrała wybory. Decyzje w Prezydium zapadają większością głosów. W wypadku równej liczby głosów i tak decyduje głos marszałka Sejmu.

Marszałek naprawdę wiele może, na przykład nadaje bieg projektom ustaw i innym wnioskom, a Prezydium wyraża tylko swoją niewiążącą opinię. Ból PiS polega na tym, że jeśli zgodzi się respektować obyczaj, że każdy klub ma wicemarszałka, to w Prezydium będzie musiał liczyć na przyjazny sobie klub Pawła Kukiza. Bo opozycja (łącznie z Kukizem) będzie mieć czterech wicemarszałków, a PiS – marszałka i dwóch wicemarszałków. Tymczasem bez PSL w Prezydium Jarosław Kaczyński nie będzie musiał prosić Kukiza o wsparcie, bo bilans będzie następujący: trzech członków Prezydium z PiS, trzech z opozycji, a przesądzał będzie głos marszałka Sejmu.

No ale takie są skutki uboczne tego, że rządzić będzie tylko jeden klub parlamentarny, a nie – dajmy na to – koalicja dwóch ugrupowań. PO miała trzech reprezentantów w Prezydium, bo miała koalicjanta w postaci PSL.

Jeszcze w kampanii wyborczej i zaraz po wyborach PiS z dumą prezentował swój tzw. pakiet demokratyczny. I głosił, że za jego rządów opozycja będzie miała o wiele większe prawa niż w czasie mijającej kadencji. Nie ma w tym pakiecie zapewnienia, że każdy klub opozycyjny będzie obecny w Prezydium Sejmu, ale jest wiele innych propozycji, choćby koniec z „zamrażarką” marszałka Sejmu. Zmiana wprowadza obowiązek przeprowadzenia pierwszego czytania projektu ustawy nie później niż w ciągu sześciu miesięcy od dnia złożenia projektu do laski marszałkowskiej. Poza tym opozycja będzie miała wpływ na porządek obrad. Kluby parlamentarne miałyby prawo zgłoszenia do porządku obrad każdego posiedzenia po jednym punkcie.

Skoro taka jest filozofia działania PiS, to skąd ta obawa przed respektowaniem dobrego obyczaju z trzech ostatnich kadencji? Jeśli ten obyczaj zostanie złamany, to zaklęcia o większych prawach opozycji zabrzmią jak kiepski żart.

Zobacz także

wyborcza.pl

Ciemna kasa Watykanu

Tomasz Bielecki, 04.11.2015

Mają pojawić się kolejne fakty dotyczące finansowego skandalu w Watykanie

Mają pojawić się kolejne fakty dotyczące finansowego skandalu w Watykanie (ALESSANDRO BIANCHI / REUTERS / REUTERS)

Watykan to finansowa stajnia Augiasza. Franciszek próbuje ją czyścić, ale napotyka wielki opór części podwładnych – taki obraz wyłania się z dwóch nowych książek opartych na przeciekach z Watykanu.

„Via Crucis” Gianluigiego Nuzziego oraz „Chciwość” Emiliana Fittipaldiego ukażą się jutro. Ich zapowiedź wywołuje za Spiżową Bramą wstrząsy sejsmiczne. Gdy gazety opublikowały wczoraj fragmenty książek, Watykan zaczął się szykować na trzęsienie ziemi. Co jeszcze wyjdzie na jaw?

Nuzzi napisał w 2012 r. „Jego Świątobliwość” na podstawie dokumentów wykradzionych przez kamerdynera Benedykta XVI. Oburzyło to Watykan, który jednak nie zanegował prawdziwości materiałów. Teraz swoistym uwiarygodnieniem Nuzziego i Fittipaldiego jest aresztowanie dwojga pracowników Watykanu – hiszpańskiego księdza i świeckiej Włoszki – podejrzanych o dostarczenie materiałów do obu książek.

Watykańscy żandarmi zamknęli księdza Lucia Ángela Vallejo Baldę i Francescę Chaouqui w miniony weekend, ale kobieta wyszła już na wolność. Oboje pracowali w COSEA, powołanej przez Franciszka i już rozwiązanej radzie mającej pomagać w reformie finansów Watykanu. „Ojcze Święty, w księgowości jest kompletny brak przejrzystości” – głosiło wstępne, cytowane przez Nuzziego, sprawozdanie COSEA z 2013 r. Co ma dowodzić, że nie powiodły się wysiłki Benedykta XVI, by uzdrowić kurię rzymską.

Jeśli wierzyć fragmentom książek, doradcy Franciszka bywają sabotowani przez pracowników kurii, którzy czasem nawet odmawiają im udostępnienia dokumentów. Trudno się dziwić, bo są w nich m.in. rachunki płacone przez Fundację Dzieciątka Jezus przy watykańskim szpitalu pediatrycznym nie za leczenie dzieci, lecz na 200 tys. euro za remont liczącego 700 m kw. apartamentu byłego sekretarza stanu kardynała Tarcisio Bertone (Franciszek mieszka na 70 m kw. w Domu Świętej Marty). Jest też rachunek na blisko 24 tys. euro za wynajem śmigłowca, którym Bertone latał w 2012 r. na południe Włoch. Wydatki na remont tłumaczono tym, że mieszkanie Bertone może być w przyszłości oddane fundacji.

Wartość nieruchomości, które posiada Watykan głównie w Rzymie (2,7 mld euro, jak podaje Nuzzi), ma być siedem razy zaniżona w zapisach księgowych. Ponad 150-metrowe mieszkania w centrum Rzymu bywają oddawane w najem – przynajmniej na papierze – za 29 euro rocznie. Włoskie media informowały wczoraj o podejrzeniach watykańskiej prokuratury co do prania brudnych pieniędzy w watykańskim zarządzie nieruchomości.

Komisja COSEA miała też walczyć o przejrzystość poczynań postulatorów w sprawach kanonizacyjnych. Przynajmniej do niedawna nie musieli się oni dokładnie rozliczać, choć wyniesienie na ołtarze to czasem koszt do 750 tys. euro.

Świętopietrze, w Polsce zbierane w kościołach podczas uroczystości św. Piotra i Pawła, to np. 378 mln euro w 2013 r. Nie było ono rozliczane w oficjalnym budżecie. Spora część idzie (lub do niedawna szła) nie na działalność dobroczynną, lecz na finansowanie watykańskich „ministerstw”. W watykańskim banku (IOR) nadal ma być trochę „podejrzanych kont”, choć już Benedykt XVI zwalczał pranie pieniędzy i chowanie ich przed policją i fiskusem.

W 2014 r. ktoś włamał się do biura COSEA i wyniósł dokumenty, co odebrano jako ostrzeżenie, by nie kopać zbyt głęboko w watykańskich finansach. – Jeśli coś zostało zrobione bez kosztorysu, bez zatwierdzenia, to nie zwracać pieniędzy. Tak się robi nawet w zwykłych firmach! – mówił Franciszek swym doradcom. Narzekał, że finanse są „poza kontrolą”. Skąd znamy te słowa? Otóż ktoś potajemnie nagrywał samego papieża! Zdaniem „Corriere della Sera” watykańscy śledczy odkryli niedawno, że watykański system ochrony komunikacji był łamany. Ktoś zaglądał między innymi do danych głównego audytora Watykanu.

Książki Nuzziego i Fittipaldiego są pisane z pozycji obrońców Franciszka i takie intencje mogli mieć ich informatorzy. Ale znawcy Watykanu ostrzegają, że rywalizujące frakcje być może już szykują się do ciężkiej bitwy na kolejne, wzajemnie obciążające przecieki.

Zobacz także

ciemnaKasaWatykanu

wyborcza.pl

Jesteśmy sami, bo Ziemia powstała za wcześnie

Michał Rolecki, 04.11.2015

Słynne zdjęcie Ziemi wschodzącej nad powierzchnią księżyca wykonane przez załogę Apollo 8.

Słynne zdjęcie Ziemi wschodzącej nad powierzchnią księżyca wykonane przez załogę Apollo 8. (NASA)

Ponad 90 proc. planet, które kiedykolwiek będą istnieć we Wszechświecie, dopiero powstanie – szacują naukowcy. Być może jesteśmy pierwszą cywilizacją w kosmosie.

Teleskop Keplera dostarczył danych, które wskazują, że planety wielkości Ziemi krążące w „życiodajnej” odległości od swojej macierzystej gwiazdy (tak aby na ich powierzchni mogła płynąć woda) nie są niczym niezwykłym w naszej Galaktyce. Astronomowie szacują, że Droga Mleczna ma co najmniej miliard planet, z czego znacząca część jest typu ziemskiego.

Aby policzyć planety w całym Wszechświecie, tę liczbę trzeba przemnożyć przez 100 mld – tyle bowiem galaktyk jest w zasięgu naszych obserwacji (cały Wszechświat jest jeszcze większy). Mimo to nie odebraliśmy jeszcze żadnego sygnału, który mógłby świadczyć o istnieniu inteligentnego życia poza Ziemią.

Być może jesteśmy sami, ale wcale nie oznacza to, że pozostaniemy sami. Inteligentne cywilizacje mogą powstać później – wskazują na to astrofizyczne obserwacje.

Teleskopy dostarczają nam obrazów z przeszłości. Galaktyki są tak odległe, że ich światło biegnie do nas setki tysięcy, a nawet miliony lat. W ten sposób naukowcy mają dostęp do kroniki powstawania gwiazd i planet. Analiza zebranych przez nich danych z dwóch teleskopów, Hubble’a i Keplera, wskazała, że tempo powstawania gwiazd było znacznie szybsze 10 mld lat temu, ale w ich powstaniu wzięła udział znikoma część wodoru i helu wypełniających Wszechświat.

Dziś tempo powstawania nowych gwiazd jest znacznie wolniejsze niż miliardy lat temu, ale wodoru i helu, które jeszcze nie zostały wykorzystane, jest bardzo dużo. Wystarczająco dużo, by gwiazdy – a wraz z nimi planety – powstawały jeszcze przez dziesiątki miliardów lat.

– W naszej Galaktyce i poza nią jest wystarczająco dużo materiału, aby w przyszłości powstało jeszcze więcej planet – mówi Molly Peebles ze Space Telescope Science Institute (STScI) w Baltimore, współautorka pracy opublikowanej ostatnio w „Monthly Notices of the Royal Astronomical Society”.

Z przedstawionych tam badań wynika, że większość planet jeszcze nie powstała. Istniejące planety to zaledwie 8 proc. wszystkich, które kiedykolwiek pojawią się we Wszechświecie. Innymi słowy – ponad 90 proc. planet dopiero się narodzi. I to długo po tym, gdy za mniej więcej 6 mld lat nasze Słońce zgaśnie.

– W porównaniu z planetami, które kiedykolwiek powstaną, Ziemia jest stosunkowo wczesna – mówi Peter Behroozi z STScI, współautor pracy.

Nasz glob powstał około 5 mld lat temu. Ostatnie z gwiazd w znanym nam Wszechświecie zaczną dogasać zaś dopiero za 100 bln (sto tysięcy miliardów) lat. To mnóstwo czasu, aby w obłokach pyłowo-gazowych mogły się wykluwać nowe gwiazdy i planety. Według badaczy „przyszłe Ziemie” częściej powstawać będą w wielkich gromadach galaktyk i galaktykach karłowatych. Nasza Galaktyka zużyła już dużo materiału, z którego gwiazdy i planety mogą powstać, ale w innych pozostaje wciąż sporo budulca.

Z tego, że pojawiliśmy się tak wcześnie, mamy jedną korzyść, której nie będą miały cywilizacje, które powstaną miliardy lat po nas. Możemy obserwować echo Wielkiego Wybuchu i początki powstawania gwiazd i galaktyk. Wszechświat bezustannie się rozszerza, a do tego robi to coraz szybciej. W przyszłości sygnały z najodleglejszych obiektów – a więc echa najstarszych kosmicznych wydarzeń – będą miały do pokonania tak wielkie odległości, że nigdy nie dotrą do obserwatorów. Za mniej więcej bilion lat astronomowie i fizycy nie będą mogli dostrzec niczego, co mogłoby im wskazać, jak powstał Wszechświat.

Co najwyżej będą mogli dowiedzieć się tego od nas, jeśli nasza cywilizacja przetrwa, przechowa i rozpowszechni swoją wiedzę.

Zobacz także

wyborcza.pl

Reklamy