Tusk, 01.11.2015

 

31 października 2015

Andrzej Duda do ewangelików: Potrafiliście zachować polskość obok wiary, kiedy Polski tutaj nie było

TELEWIZJA REPUBLIKA/MATERIAŁ WŁASNY/CG

 

Dzisiaj prezydent wziął udział w nabożeństwie z okazji 498. rocznicy Reformacji w Kościele Ewangelicko-Augsburskim Jana Chrzciciela w Parafii w Starym Bielsku.

 

Po nabożeństwie w parafii w Starym Bielsku prezydent skierował do zebranych ewangelików krótkie wystąpienie.

Andrzej Duda podziękował na zaproszenie na nabożeństwo oraz możliwość wspólnej modlitwy. – Dziękuję za możliwość tego modlitewnego spotkania (…) za przygarnięcie mnie do waszej wspólnoty, bo wszyscy razem jesteśmy chrześcijanami – podkreślił prezydent.

– To dla mnie najważniejsze, że przede wszystkim jesteśmy chrześcijanami, Polakami i tworzymy tę wielką polską wspólnotę i za to też – patrząc w pokolenia waszych rodzin na Śląsku Cieszyńskim – powinniście usłyszeć „dziękuję” od prezydenta. Bo potrafiliście zachować polskość obok wiary, kiedy Polski tutaj nie było. Przetrwał język i to, co najważniejsze, co pozwoliło Polskę odbudować – mówił dalej Duda.

Goszcząc w ewangelickiej parafii prezydent wspomniał też postać ks. biskupa Bursche. – Ten wielki człowiek, wspaniały duchowny, wielki Polak, choć jego rodzina miała niemieckie korzenie, oddał życie za wiarę i Polskę, został zamordowany przez Niemców – mówił prezydent.

– Dziękuję i zobowiązuje się dla państwa polskiego i dla państwa, jak tutaj jesteście, że będę was odwiedzał, że będę tu bywał – podziwiał góry, waszą pracę. Możecie liczyć na wsparcie ze strony prezydenta – zapewnił na koniec swojego wystąpienia Andrzej Duda.

 

telewizjarepublika.pl

O miłości Jarosława Iwaszkiewicza i Jerzego Błeszyńskiego

Anna Król, 31.10.2015

Jarosław Iwaszkiewicz na fotografii podpisanej

Jarosław Iwaszkiewicz na fotografii podpisanej „Dionizje” (1921 r.). (Fot. Archiwum muzeum w stawisku/foton/fotonowa)

Już nie było pożądania. Były tylko czułość i żal, że wszystko tak strasznie się kończy. Bał się go dotknąć. Bał się, że zrobi mu krzywdę, że tamten jest za słaby, a on sam zbyt duży, ciężki, niezgrabny.
Anna Król
Ur. w 1979 r., z wykształcenia krytyk teatralny, pomysłodawczyni i dyrektor literackiego Big Book Festival. Autorka książek „Spotkać Iwaszkiewicza. Nie-biografia” i „Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie”.
Jerzy Błeszyński, ukochany Jarosława Iwaszkiewicza, umarł w niewielkim szpitalu w Turczynku w czwartek 28 maja 1959 r. Miał 27 lat. Zabiła go gruźlica.

„Na drewnianej ławie [w kostnicy] leżał zupełnie nagi trup Jurka (…). Był bardzo chudy, wyschnięty, ręce i ramiona jak u świętego Franciszka, nogi wychudzone, a stopy spuchnięte. Twarz wyglądała lepiej niż w wigilię. Górę korpusu miał czystą i pięknie rzeźbioną, nogi smukłe i bardzo obrośnięte czarnym włosem. Na przeponie miał dwa czarne znaczki, o których często mówiliśmy. (…) Zbliżyłem się do ławki i patrzyłem na to nieruchome, bardzo piękne ciało, podobne do krucyfiksu ze słoniowej kości. (…) Był bardzo, okrutnie zimy – jak lód. (…) Objąłem go przez plecy, odczuwając ich szerokość, ich masyw, obciągnąłem koszulę i dotknąłem tego miejsca u nasady kości pacierzowej, wgłębienia nad kością ogonową, która jest najbardziej intymnym miejscem męskiego ciała” – notował pisarz w „Dziennikach” pięć miesięcy później.

„Dzienniki” Iwaszkiewicza. Ostry ból w sercu

***

W sobotę 23 maja rano Iwaszkiewicz wracał ze zjazdu pisarzy radzieckich. Hania, jego żona, czekała na niego na warszawskim Okęciu przed wyjściem z lotniska. Sama. Długą siwą grzywkę szarpał wiatr, chociaż starała się ją osłonić, zawiązując pod brodą lekką, kremową chustkę. – Jeszcze żyje – powiedziała.

Szybko wyjechali z miasta, prosto na drogę grodziską. Nikt nic nie mówił, a jednak było jasne, że jadą do Turczynka, do szpitala, w którym od kilku dni leżał Jerzy.

Pokój był wąski jak kiszka, miał może cztery metry długości. Jurek zajmował łóżko w głębi, pod oknem. Jarosław odliczył wzrokiem pozostałych pięciu pacjentów.

Jerzy siedział z nieruchomym wzrokiem, trzymając szpitalną nerkę przy zniekształconej twarzy. Miejsca było akurat tyle, żeby postawić na podłodze stopy i przecisnąć się do wąskiego przejścia między pozostałymi łóżkami. Nocnych szafek już nie dałoby się wstawić. Jerzy swoje rzeczy trzymał na parapecie okna. Miał tam mały, biały, metalowy kubek szpitalny z odpryśniętą emalią, zeszyt, z którego wystawały rozdarte koperty, i zielony grzebień. Nie poruszył się, kiedy do pokoju weszli kolejno: jego była żona Halina, opiekująca się nim od kilku dni, Jarosław i Szymon, jego sekretarz i przyjaciel.

Jarosław od razu zauważył, że Jerzy jest jeszcze chudszy niż kilka dni wcześniej, kiedy żegnał go przed wylotem do Moskwy. Miał na sobie bordową piżamę z cienkiego płótna, tę, którą kupił dla niego w Monachium. W tym niepasującym do okoliczności zbyt dobrym ubraniu i w tej nieruchomej pozie, którą przyjął, było jakieś dramatyczne staranie. Żeby za wszelką cenę wyglądać porządnie. Jasne było, że do końca będzie udawał, że on, pan życia, nic sobie nie robi z tego starego szpitala.

Z trudem oderwał kawałek papieru i coś powoli pisał. Potem podał kartkę Szymonowi: „Nie chcę, żebyście mnie takiego oglądali. Idźcie sobie. Wy nie rozumiecie, jak mnie denerwuje, że wy mnie tak widzicie”.

Lekarz, z którym rozmawiali w drodze powrotnej na korytarzu, powiedział, że chory „zamówił sobie pogrzeb na czwartek”.

28 maja wypadało Boże Ciało, a w szpitalu dzień odwiedzin. Zanim weszli do sali, uprzedzono ich, że pan Błeszyński tak się rano awanturował, że trzeba go było związać. – Związać? – Jarosław nawet bał się wyobrazić sobie, co to mogło oznaczać.

Jerzy leżał na brzuchu, gwałtownie łapiąc powietrze. Ciało zmieniło proporcje, ramiona miał bardzo chude i plecy wydawały się przy nich wyjątkowo szerokie. Przez środek kręgosłupa był przewiązany prześcieradłem, jego zakończenia tworzyły jakby materiałowe kajdanki, którymi dłonie płasko przytwierdzono do łóżka. Brakowało mu siły, żeby samemu się z nich wyplątać, i leżał tak, dysząc.

Jarosław zbliżył się do łóżka i zaczął gładzić Jurka po mokrych, zmierzwionych włosach. – Ciiiii. Już dobrze. Ciiiii – szeptał do niego jak do chorego dziecka. Jurek powoli się uspokajał i oddychał teraz ciszej. Przymknął oczy i tylko unoszące się regularnie plecy zdradzały, że oddycha.

Iwaszkiewicz: pieszczoch władzy, twórca niezłomny

***

Zgodnie z „zamówieniem” Jerzy umarł jeszcze tego samego dnia o 21.30. Pochowano go na cmentarzu w Brwinowie. Jarosław włożył mu do trumny różowe lewkonie. Długo żegnał kochanka w szpitalnej kostnicy. Ale na sam pogrzeb nie poszedł. Przez wiele następnych miesięcy nie przyjmował do wiadomości, że Jurek nie żyje. Nadal pisał do niego listy, jak do kogoś, kto wyjechał w daleką podróż.

***

Sześć miesięcy wcześniej, w listopadzie 1958 r., z podróży do Włoch przysyłał Jurkowi długie listy, w których opowiadał o wszystkim, co robił.

„Byłeś dzisiaj ze mną w kościele Santa Maria Sopra Minerva. Jest tam wspaniała postać Chrystusa Zmartwychwstałego, takie wielkie marmurowe chłopisko, z dojrzałym wspaniałym ciałem, rzeźba Michała Anioła (pamiętasz ten wiersz Michała Anioła?). Dawniej był ten Chrystus nagi, potem pruderia późniejszych wieków przykryła jego członek miedzianą draperią, tak bardzo nie pasującą do wspaniałego ciała. Porównywałem to ciało do Twojego, ale Ty to jesteś jak św. Jan Chrzciciel na pustyni. Ty jesteś zupełnie inny. Ale Michał Anioł wyrzeźbił tak cudownie to przejście z brzucha do piersi, z taką miłością oddał każdy muskuł, że mimo woli nakazało mi to myśleć o jego modelu. Kościół wspaniały, marmurowy, gotycki, zimny, a było mi w nim ciepło, jasno, bo Ty stałeś tu obok mnie i oglądałeś ten posąg, i byłeś tak blisko, i nie gniewałem się na Ciebie ani trochę” (26 listopada).

Przez kilka lat w różnych utworach pisał o śmierci młodych, pięknych mężczyzn i bezsilności tych, którzy zostawali sami – starzejących się i zakochanych. Pisząc o bohaterach własnych utworów – Bogusiu, pani Marcie, Janku, Oli i Arku – pisał o sobie i o Jurku.

***

Czytając „Tatarak” czy „Kochanków z Marony”, zastanawiam się nad tym samym – oglądam po raz kolejny starą pocztówkę z czarno-białym Chrystusem, którą Iwaszkiewicz wysłał do Jerzego, i rozmyślam o tym, kiedy pojawia się w naszym życiu granica, za którą młode zaczyna być stare, a życie akceptuje wizję śmierci. Kiedy nasze ciało daje nam znać? Czy wtedy, gdy coraz mniej chętnie oglądamy w lustrze swoją nagość? Kiedy gasimy światło, rozbieramy się w pośpiechu? Iwaszkiewicz odpowiadał na te pytania z okrutną szczerością.

Pisał o własnych kompleksach i strachu przed odrzuceniem przez młodszego, piękniejszego mężczyznę. Intymny zapis tego, co czuje Jarosław przy Jerzym, zamienił w „Tataraku” w literacki opis tego, co dzieje się z doktorową Martą, kiedy jest blisko Bogusia:

„Mimo różnicy wieku pani Marta, siedząc obok Bogusia, poczęła myśleć o swoim ciele. Czy on by mógł znaleźć przyjemność w jej rozkwitłej i przekwitłej urodzie? Odczuła nagle, a tak dawno o tym nie myślała, swoje biodra, uda; pomyślała o swoich piersiach. On nawet nie wie, jak ja wyglądam . I przypomniała sobie, że nałogowa po prostu mania gimnastykowania się pozwoliła jej zachować do dojrzałego wieku piękność muskułów i elastyczność skóry. Piersi miała zawsze nieduże, stąpała szybko i równo. Czy to by się jeszcze podobało? Zawstydziła się swoich myśli, panowało między nimi chwilowe milczenie”.

Iwaszkiewicz próbował sobie wytłumaczyć wzajemne przyciąganie niepasujących do siebie starzejącej się doktorowej i pięknego chłopaka, a przede wszystkim siebie i Jerzego. Ciało Bogusia to ciało Jurka. Dwudziestokilkuletniego mężczyzny, świadomego własnej męskości, pachnącego słońcem i potem. A także nieświadomego zbliżającej się śmierci.

Portretując Jerzego w postaci Bogusia, a siebie jako Martę – odwracał role. Pozwolił umierającemu chłopakowi być beztroskim i głupim, a Marcie chorować i spodziewać się rychłej śmierci. Brał odwet za cierpienie i przedwczesną śmierć przyjaciela. Bawiła go możliwość dowolnego przestawiania elementów tej układanki: Boguś zdrowy – Jerzy chory, Jarosław zdrowy – Marta stara, Jarosław przekwitły – Boguś umierający. Boguś z pięknie wymodelowanym ciałem i barbarzyńską twarzą – Jerzy idealny jak z marmuru. Śmierć – życie, starość – młodość, brzydota – piękno, ulotność – wieczność, czystość – grzech, tik-tak, tik-tak. Szach-mat.

W rzeczywistości pozostaje bez wyboru, twarzą w twarz z brzydotą umierającego, rozkładającego się za życia kochanka. W literaturze może wziąć odwet za zbrodnię na miłości, za własny ból i tęsknotę za przemijającą młodością.

Młody i piękny Jerzy wysiadający z kolejki na stacji w Pruszkowie, odurzający zapach lasu w dniu śmierci kochanka, dotyk młodej skóry pod palcami. Obsesyjne myśli nie dawały Iwaszkiewiczowi spokoju. Pisał do Jurka listy miłosne:

„Zasnąłeś nad ranem dopiero, kiedy wróciłem do Ciebie o szóstej, spałeś twardo położony na prawym boku. Twój profil wydawał się jak marmur na białej poduszce, ręce trzymałeś dziwnie, bo złożone łokciami i złożone na piersi w kształcie litery V. Wyglądały takie jak w trumnie, jak ręce Chrystusa na jakim krucyfiksie. Twoje ręce są najpiękniejszymi rękami, jakie w życiu u mężczyzny widziałem. Chociaż Twój oddech krótki przypominał mi o chorobie, byłem szczęśliwy. To chyba najdroższy obraz, który przychodzi przed oczy, gdy Ciebie przypominam” (12 września 1958).

Dzienniki Jarosława Iwaszkiewicza w 30. rocznicę jego śmierci. Uspokój się, stary, nie warto się przejmować

***

Przyjęcie w ambasadzie radzieckiej miało się rozpocząć o 20. Ustalili z Hanią, że pojadą razem. Jarosław zdecydował, że zostanie w Warszawie i przygotuje się do wyjścia w ich mieszkaniu na Szucha. Hanię, już ubraną i gotową, z Podkowy miał przywieźć Szymon.

Po południu pisarz zdrzemnął się, potem wziął prysznic. Do przyjazdu żony i wyjścia pozostała niecała godzina. Nie miał ochoty nigdzie iść. To ostatni wieczór w domu przed męczącym wyjazdem do Moskwy i z pewnością jeden z ostatnich wieczorów, które spędzi z Jerzym. Przez chwilę stał w kąpielowym szlafroku przy oknie. Wyczulony na każdy najdrobniejszy ruch słyszał, że Jerzy krząta się za ścianą, a potem kładzie się na tapczanie. Coś skrzypnęło. Nie musiał go widzieć, żeby rozpoznać po dźwiękach, co się dzieje w drugim pokoju. Najpierw Jurek kilkakrotnie zmieniał pozycję, uklepywał łokciem poduszkę, później wstał i długo nalewał wodę do szklanki.

Jarosław spojrzał niechętnie na zegarek tykający na regale, a potem wyjął z szafy przygotowane wcześniej ubranie. Zrzucił na ziemię szlafrok i sięgnął po świeżą białą koszulę. Wtedy otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł Jerzy. Jarosław stał przy oknie, w samych slipach i kąpielowych pantoflach. Zawahał się, czy nie sięgnąć po leżący na podłodze płaszcz. Ale wtedy tamten uśmiechnął się do niego miękko i podszedł bardzo blisko. – Nigdy wcześniej cię takiego nie widziałem – wyszeptał.

Obaj byli trochę zażenowani tą niespodziewaną intymnością. Mieli za sobą tyle zbliżeń, sypiali w jednym łóżku, dotykali najintymniejszych miejsc. A jednak rzeczywiście – nigdy wcześniej nie pokazywał się Jerzemu nagi. Nigdy nie przepadał za swoim ciałem, a teraz, w wieku 65 lat, zwyczajnie się go wstydził. Stali naprzeciw siebie bez ruchu. W końcu to Jurek podszedł jeszcze bliżej, tak że mógł poczuć na twarzy jego świszczący i ciepły oddech. Niespodziewanie wyciągnął rękę i pogłaskał Jarosława po plecach, po łopatce. Znów popatrzyli na siebie znacząco, a potem Jerzy bardzo powoli wysunął rozgrzaną i miękką dłoń do przodu i oparł na piersi mężczyzny. Nie trwało to długo, ale kiedy cofnął w końcu rękę, Jarosław poczuł, że włoski na szyi i karku delikatnie mu się podniosły. Był trochę podniecony. Poczuł ten charakterystyczny prąd idący w dół, wzdłuż kręgosłupa, a potem pulsowanie w dole brzucha. Raz jeszcze pomyślał z żalem, że wolałby zostać blisko tego pięknego, smutnego chłopca w nagrzanym majowym słońcem pokoju.

Napisał mu w jakimś liście, że czuje przy nim swoją intymną nieudolność. I jeszcze, że nie miał zbyt dużo doświadczenia w „tych sprawach” i zawsze, kiedy dochodziło między nimi do zbliżenia, niepotrzebnie się spieszył. Jurek śmiał się z tych wyznań. Nie mówił tego głośno, ale był dumny, że może czegoś nauczyć starszego i doświadczonego mężczyznę. Dobrze wiedział, że bez trudu mógłby zaciągnąć do łóżka prawie każdą kobietę i wielu mężczyzn. I nawet teraz, w tym pokoju, kiedy tak patrzyli na siebie wyczekująco, widział, że ma nad Jarosławem władzę.

Po chwili stał już z powrotem przy drzwiach. Jarosław go nie zatrzymywał. W pisanym dwa tygodnie po śmierci ukochanego liście do Jerzego wspominał dalszą część tej nocy:

„Nigdy Ci tego nie zapomnę. Wobec tego gestu blednie nasza ostatnia, naprawdę już ostatnia rozmowa. Kiedy wróciwszy z Ambasady, zastałem Cię w łóżku i przykląkłem przy Tobie, a Ty włożyłeś Twoje długie zimne palce daleko za kołnierz i głaskałeś mnie po plecach z czułością i potem pozwoliłeś mi się pocałować cały . Czuję jeszcze dzisiaj dotyk Twoich palców na moich plecach, pieszczotę Twojej najpiękniejszej na świecie ręki. (…) Między nami stała czarna i okropna łódź, która Cię zabrała w podróż na świetliste oceany”.

Wrócił późno i od razu poszedł do chorego, który leżał w rozkopanej pościeli, z zamkniętymi oczami. Nie spał. Bez słów przesunął się powoli na prawą część łóżka, by zrobić miejsce dla Jarosława, ten szybko się rozebrał i położył obok. Jurek przez chwilę wciskał głowę w plecy kochanka, łaskocząc włosami delikatną skórę na szyi. Szybko jednak zaczął się dusić i musieli się od siebie odsunąć, żeby ułatwić mu oddychanie.

W ciemności oplatające Jarosława nogi i ręce wydawały się jeszcze chudsze niż w świetle dziennym. „Zupełnie jakby rozpadał się na moich oczach”.

Rzadko zdarzało mu się odczuwać pożądanie przy tym jeszcze niedawno urzekająco pięknym chłopaku. Teraz to były już tylko czułość i żal, że wszystko tak strasznie się kończy. Bał się go dotknąć. Bał się, że może mu zrobić krzywdę, że tamten jest za słaby, a on sam za duży, za ciężki, zbyt niezgrabny.

Usnęli nad ranem. Kilka godzin później Jerzy wstał zbyt energicznie jak na swoje osłabienie, ogolił się i ubrał starannie. Był bardzo blady.

Pociąg, którym Jarosław jechał do Moskwy, odjeżdżał o 12.30. Bagaże spakowane, paszport i bilet leżały na stole w kuchni.

Na dworcu byli za wcześnie. Tuż po 12 wmieszali się w tłum, były jakieś delegacje, odprowadzający. Wymienili zdawkowe słowa i trzeba było się żegnać. Jarosław już w pociągu zatrzymał się w korytarzu, otworzył okno i stanął przy szybie. Jerzy zdążył podać mu paczkę z papierosami i szklanymi lufkami oraz gazety. Przełożył rzeczy przez szybę i przelotnie musnął go zimną ręką. Jarosław przytrzymał ją w swojej przez bardzo krótki moment. – Trzymaj się, Jerzy. I proszę cię, nie zapieraj się tak – krzyknął przez okno. – Wiesz, że to teraz jedyne wyjście… – powiedział ciszej, bardziej do siebie. Ale Jurek już nic nie odpowiedział.

„Nie zapieraj się tak” – to mają być jego ostatnie słowa? Parę minut później przy wejściu zrobił się ruch, wsiadał jeszcze ktoś bardzo spóźniony. Zamknięto drzwi i pociąg zaczął wytaczać się z peronu. Jerzy nie spuszczał z niego wzroku. „Gdy pociąg odjeżdżał, patrzyłem tylko na niego. Stał niezmiennie chudy, w ciemnych okularach. Nie machał dłonią. (…) Był strasznie blady i nieruchomy. Tak mi został w oczach na zawsze”.

Czego dowiemy się z nowej książki o Jarosławie Iwaszkiewiczu

***

Tylko pamiętaj, pochowaj mnie na jakimś wiejskim cmentarzu… .

Milczałem. Po chwili dodał: I żebyś mi posadził na grobie… . Ostatniego słowa nie zrozumiałem. Spytałem: Co?. Zniecierpliwił się. Narcyzy, żebyś mi posadził narcyzy. Milczałem znowu”.

Tekst przygotowany na podstawie rozdziału książki Anny Król „Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie” (Wilk & Król Oficyna Wydawnicza, 2015). Skróty – „Wyborcza”.

Wykorzystane źródła: Jarosław Iwaszkiewicz, „Dzienniki 1956-1963”, t. II, wpis „Śmierć Jurka”, październik 1959 (oprac. i przypisy Agnieszka i Robert Papiescy, Radosław Romaniuk, Czytelnik, 2010); Iwaszkiewicz, opowiadanie „Tatarak”; niepublikowane listy Iwaszkiewicza do Jerzego Błeszyńskiego z 12 września i 26 listopada 1958 r. oraz 14 czerwca 1959 r., rękopisy w zbiorach biblioteki Zamku Królewskiego w Warszawie, oprac. Anna Król).

 Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie
„Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie”
Anna Król
Wilk & Król Oficyna Wydawnicza, 2015

Wideo „Magazynu Świątecznego” to coś więcej – więcej wyjątkowych tematów, niezwykłych ludzi, najważniejszych wydarzeń, ciekawych komentarzy i smacznych wątków. Co weekend poznasz ciekawy przepis, zasłuchasz się w interpretacji wiersza i przyznasz, że jest cudem, dowiesz się, co w trawie piszczy – w polityce, kulturze, nauce.

W Magazynie Świątecznym:

Oskarżam!
Oskarżam, bo jestem przerażony wizją, w której za kilka lat jedyną realną alternatywą dla PiS-u będzie jeszcze bardziej histeryczna i szowinistyczna prawica

Razem. Pięć minut sławy i co dalej
Adrian Zandberg z Razem dostał cztery lata i 14 milionów złotych na zbudowanie partii, która zrobi z Polski Skandynawię

Timothy Snyder: W stanie wyjątkowym zabijamy
Jeśli zwykli policjanci z Bremy jadą do Kijowa i ot tak zabijają Żydów – to najpierw zabijają na rozkaz czy z posłuszeństwa, a dopiero potem szukają ideologii. To dotyczy Niemców, Polaków, Litwinów, wszystkich. Z Timothym Snyderem rozmawia Maciej Stasiński

Akcja „Znicz”
Wypadków śmiertelnych widziałem około 600. Nad zwłokami tych, którzy zginęli z powodu lekkomyślności czy nadmiaru fantazji, zastanawiam się, co by ich powstrzymało. Świadomość, że kiedy zginą, na serce umrze ich matka?

Czteromilionowy Liban coraz gorzej radzi sobie z milionem uchodźców
Syn Eidy ma 34 dni i jutro mógłby być wypisany do domu. Ale szpital nie odda go matce, dopóki nie dostanie 2,3 tys. dol.

O miłości Jarosława Iwaszkiewicza i Jerzego Błeszyńskiego
Już nie było pożądania. Były tylko czułość i żal, że wszystko tak strasznie się kończy. Bał się go dotknąć. Bał się, że zrobi mu krzywdę, że tamten jest za słaby, a on sam zbyt duży, ciężki, niezgrabny

Niedziela będzie dla nas. Franciszek Walicki (1921-2015)
Spod jego ręki wyszli: Niemen, Stanek, Rusowicz, Nalepa, Skrzek. Przekonał PRL-owskich cenzorów, że Jimmy Page, gitarzysta Led Zeppelin, to słynna wokalistka i dlatego na okładkowym zdjęciu ma włosy niżej ramion

Monty Python. Im głupiej, tym lepiej
Największe osiągnięcie Pythonów? Szkolne zabijaki, które obejrzały program, uznały, że fajniej jest być przygłupim niż niebezpiecznym

Nie grajmy w telenoweli Kremla
Dzisiejsza konfrontacja Zachodu i Moskwy na pewno nie jest zimną wojną. Opisywanie tej sytuacji za pomocą starych terminów kończy się tym, że tańczymy tak, jak nam Putin zagra

iwaszkiewiczIbłeszyński

wyborcza.pl

Ziemowit Szczerek: Oskarżam!

Ziemowit Szczerek, 31.10.2015

Rys. Adam Quest

Oskarżam, bo jestem przerażony wizją, w której za kilka lat jedyną realną alternatywą dla PiS-u będzie jeszcze bardziej histeryczna i szowinistyczna prawica.

Ziemowit Szczerek

Ur. w 1978 r., dziennikarz, pisarz, tłumacz. Autor m.in. „Rzeczypospolitej zwycięskiej. Alternatywnej historii Polski” i reportażu literackiego z Ukrainy „Przyjdzie Mordor i nas zje” (za tę książkę dostał Paszport „Polityki”). W tym roku wydał „Siódemkę”, „polską powieść drogi na szosie nr 7”.

Pamiętacie jeszcze te czasy, gdy polska debata publiczna polegała na debatowaniu, nie na przerzucaniu się gnojem, a w najlepszym razie klepaniu sformatowanych formułek? Cudów koncyliacji, oczywiście, nie było, ale dopóki w mainstreamie tej debaty nie pojawił się PiS, jakoś to wyglądało. Tak, PiS przyszedł i pożarł polski dialog. Pojawiło się upraszczanie rzeczywistości do formuły „my kontra zdrajcy”. Pojawiło się wulgarne wzywanie do linczu na niedolinczowanych postkomunistach. Pojawiła się histeria. Słowem – pojawił się wyrób debatopodobny, którym do tej pory jesteśmy karmieni i który, nie wiadomo po co, pożeramy łyżkami.

Jasne, nie tylko PiS jest winny. TVN 24 i inne całodobowe kanały informacyjne również walnie przyczyniły się do spaprania polskiej debaty publicznej przez efekciarskie zderzanie ze sobą skrajnych tez, co zmieniło dyskusje polityczne w zapasy w kisielu – ku uciesze gawiedzi i wzroście oglądalności.

Ale to PiS wprowadził do mainstreamu coś, co wcześniej trzymane było głęboko w lochu i co powinno tam zostać: prymitywny nacjonalizm i religijny fanatyzm. PiS swoją nieodpowiedzialną retoryką otworzył puszkę Pandory i wprowadził bestię na salony. A przez uchylone przez PiS drzwi wepchnęło się tych bestii więcej: od LPR-u po Frondę, z których surrealistycznym programem i odjechanymi ideami nagle trzeba było zacząć poważnie dyskutować – gdy już Huntington zauważył, że pragmatyk za skarby świata nie dogada się z jurodiwym mistykiem.

I w końcu niepostrzeżenie środek debaty publicznej przesunął się tak daleko na prawo, że jej centrum znalazło się – ku zaskoczeniu wszystkich – pomiędzy dwiema prawicami: PiS-em i PO. A na horyzoncie zaroiło się od Arturów Zawiszów, Marcinów Bosaków, Marianów Kowalskich, Tomaszów Terlikowskich i tym podobnej ekstremy.

Tomasz Lis: Mogą wygrać wybory, ale nie mogą nam zabrać Polski

***

Więc tak, oskarżam! Oskarżam Prawo i Sprawiedliwość o zepsucie polskiej debaty publicznej. Ale to nie koniec oskarżeń.

PiS do spółki z Radiem Maryja w podły sposób zaczęli żerować na najbardziej upośledzonej grupie społecznej, ludziach, którym – o co też za chwilę będę oskarżał – „liberalne” media przykleiły pogardliwą łatkę „moherów”.

Ludzie starej, często przedwojennej daty, którzy nie rozumieli krytyki nacjonalizmu mylonego z patriotyzmem, których wystraszyło nagłe wtargnięcie nowych, liberalnych idei, wywracających ich konserwatywny siłą rzeczy światopogląd do góry nogami – zostali użyci przez PiS jako mięso armatnie. PiS huczał, tumanił, przestraszał, z pełną świadomością popełnianej podłości wpychał im do głów brednie o eksterminacji narodu, o „nierządnicy brukselskiej”, o zamachu na polskość, słowem – podtrzymywał wszystkie ich irracjonalne fobie i lęki. Zamiast w sposób odpowiedzialny uspokajać, gasić niepotrzebne strachy, doprowadzał ludzi do palpitacji. Zahukiwał, straszył diabłami na brukselskich rejestracjach, meldował w ciemnogrodzie.

Tak, znów: oskarżam! Oskarżam o podłość najwyższego rzędu, jaką jest wykorzystywanie naiwności starszych najczęściej, zagubionych ludzi. To nie tylko brak minimum klasy i zmysłu honorowej walki. To zwykłe, oślizgłe obrzydlistwo. Oskarżam tę część polskiego Kościoła, która brała i nadal bierze w tym haniebnym procederze aktywny udział. Gdybyście naprawę wierzyli w piekło, tobyście wiedzieli, że będziecie się w nim smażyć.

***

Ale oskarżam również i drugą stronę, tę, nazwijmy ją w skrócie, „liberalno-lewicową”, która zamiast ratować tych ludzi przed bredniami, wpychała ich jeszcze głębiej do prawicowego ciemnego wora, zamiast zrozumieć ich konserwatyzm. Bo skąd, do diabła, kilkudziesięcioletni ludzie wychowani trochę w II RP, a trochę w PRL-u mieli z marszu zrozumieć i zaakceptować, dajmy na to, adopcję dzieci przez pary homoseksualne, rozmontowywanie kultu bohaterów, na których się wychowali, czy legalizację marihuany?

Jak mieli się w mgnieniu oka przystosować mentalnie do liberalnej światopoglądowo narracji? Jak mieli nie dać się podejść cynicznym macherom wmawiającym im, że ich emerytury nie wystarczają na lekarstwa, bo ktoś z zewnątrz – jakaś Unia, Niemcy, Rosja, żydokomuna, ktokolwiek – doi Polskę ile wlezie i czeka tylko, aż się Polska odwróci, żeby ją zgwałcić i opluć?

Tak, niestety. Również tutaj, po tej „światlejszej” stronie, narracja została ustawiona w sposób: „Kto nie z nami, ten przeciwko nam”. Nie kumasz, o co nam chodzi? Jesteś moherem, ciemnogrodzianinem, idiotą. Oskarżam!

Państwo to my

***

Oskarżam centrum, które ignorowało wezwania tej rozsądniejszej części prawicy (i nowej lewicy) do przepracowania debaty o transformacji, o porządne rozliczenie transformacyjnych przekrętów i skandali – bo przecież, jasne, demonicznego „układu” wymyślonego przez Jarosława Kaczyńskiego nie było, ale to nie znaczy, że wszystkie deale w latach 90. były bez zarzutu, a III RP – czysta jak łza. Owszem, dogadanie się przy Okrągłym Stole było jednym z największych i najmądrzejszych polskich zwycięstw, ale później przestało być specjalnie różowo.

Jednak dla politycznego centrum i centrowych mediów każdy, kto „kalał pamięć o bohaterach transformacji”, był oszołomem i rewanżystą. Owszem, oszołomy i rewanżyści w tej debacie dominowali, bo tak jest – z jakiegoś powodu – polska prawica skonstruowana, że więcej w niej szczucia niż dialogu. Ale uprzedzenie centrystów do każdego krytyka III RP oraz to, że centrum nigdy nie podjęło tej sprawy na poważnie, sprawiły, że po prawej stronie stwierdzono (i nic dziwnego): no proszę, centrum („salon”) uznaje temat za „zakazany”! A debata publiczna niczego tak nie kocha jak zakazanych tematów. Do odbrązowiania lat 90. rzuciła się zatem cała prawica do spółki z lewicą – i sytuacja jest taka, że z centrum nie ma co zbierać. Oskarżam!

***

Oskarżam PO o to, że wolała pieścić słupki gospodarczego wzrostu, zamiast wykorzystać ów wzrost do postawienia porządnie działającego państwa. Takiego, w którym obywatele czują ze strony tego państwa wsparcie. Które nie zapomina, że regułami życia społecznego i zawodowego nie rządzą tylko i wyłącznie prawa rynku. Państwa, które ma na siebie pomysł i które faktycznie działa – długoterminowo planuje i realizuje te plany, a nie wyłącznie obwiesza się błyskotkami symbolizującymi dobrostan. Które ma jakiś pomysł na to, żeby ten wzrost zachować i nie wpaść w groźną pułapkę średniego rozwoju.

***

Oskarżam też prawicę. O to, że nie jest w stanie wytworzyć w sobie politycznego nurtu, który byłby dialogowy i rzeczowy. Który w sposób racjonalny, a nie irracjonalny i histeryczny oceniałby sytuację – tak zewnętrzną, jak wewnętrzną – i którego nieodpowiedzialności nie bano by się od Paryża po Berlin. Bo czym innym jest „delegowanie do centrum” Andrzeja Dudy i Beaty Szydło, chowanie po kątach Antoniego Macierewicza i samokneblowanie się Jarosława Kaczyńskiego, a czym innym – zagryzienie takich rozsądnych prawicowych ruchów jak, powiedzmy, Polska Jest Najważniejsza, które ośmielały się krytykować Wielkiego Maga Prawicy i prowadzić rzeczowy dialog z liberalną „zdradziecką” stroną.

Lista przebojów Antoniego Macierewicza

Oskarżam prawicę o to, że sama, latając na wybuchających parówkach i rozsiewając brednie o agentach, eksterminacji Polaków, Komoruskim, kondominium i trotylu, ma czelność wypominać drugiej stronie Palikota czy Lisa, którzy przy tym całym prawicowym otumanieniu i szaleństwie są oazami spokojnego przekazu, nie wspominając już o rzeczowości. Nawet Niesiołowski, który, notabene, najpewniej tylko przypadkiem znalazł się po tej stronie frontu, jest niczym w porównaniu z rzeszą Krystyn Pawłowicz, Joachimów Brudzińskich albo prawicowych publicystów od wSasie do wLesie.

Oskarżam PiS, że bredząc od rzeczy o zdrajcach i firmując radiomaryjno-gdziejestkrzyżowe obrzucanie gnojem centrowych polityków, śmie mówić o „przemyśle pogardy”. Oskarżam o cyniczne podbijanie chamskich i wulgarnych nastrojów, które owocuje falą prawicowego hejtu w internecie wylewającego się z forów na głównych portalach jak wybite szambo. Tak mocno, że nikt normalny nie widzi sensu włączania się w śmierdzącą fekaliami dyskusję i z tego powodu uczestnictwo w tzw. debacie obywatelskiej przypomina kąpiel w kloace.

Oskarżam PiS o to, że strasząc Platformą Obywatelską ile wlezie i przypisując jej niestworzone zbrodnie, miał czelność odwrócić kota ogonem, żeby wyszło, że to PO „straszy PiS-em”. Owszem, straszyła, ale przy straszeniu Platformą owo peowskie straszenie PiS-em było rzetelną analizą. Jeśli tak nikczemny manewr nazywacie „skuteczną strategią polityczną”, to oznacza, że jesteście w stanie posunąć się do najgorszej podłości, byle tylko osiągnąć sukces. Zupełnie jakby nie wystarczyło oprzeć się na rzeczowych argumentach, jak liczne afery, w których umoczona była PO.

Andrzej Duda, człowiek z mgły

***

Oskarżam też centrum, że pozwoliło się zahukać. Że zbaraniało i pozostało wobec tych idiotyzmów zupełnie bezradne.

Oskarżam Donalda Tuska, że w takim momencie poszedł za karierą do Brukseli, pozostawiając państwo w rękach ludzi bez politycznego zmysłu, charyzmy i umiejętności. Że gdy z partii wyleciała – zasłużenie czy nie – znakomita większość zdolnych polityków, nie pozostał na stanowisku, czekając, aż PO znów zapełni się ludźmi, z którymi można będzie cokolwiek budować i – przede wszystkim – nie pozwolić wygrać wyborów oczadziałej prawicy. Że ustąpił pola w najgorszym możliwym momencie, gdy nacjonalizm w całej Europie podnosi łeb i gdy niedługo już tylko na plecach Niemiec pozostanie cały europejski projekt. I w czasie gdy Putin gra na rozpad NATO i UE, ułatwił podstawienie mu pod nos histerycznej partii, która zacznie wrzeszczeć zawsze, gdy rezydent Kremla będzie tego chciał, i która skutecznie zniechęci do Polski wszystkich zachodnich sojuszników, umacniając w przekonaniach tych, którzy od dawna już nie chcą umierać za Gdańsk.

Oskarżam więc Platformę Obywatelską o doprowadzenie do dramatycznej sytuacji, w której centrum trzeba odbudować właściwie z niczego, w skrajnie niesprzyjających warunkach burackiego hejtu, który wylewa się na nie z prawa, a i, niestety, z lewa.

***

Oskarżam, bo jestem przerażony wizją, w której za kilka lat jedyną realną alternatywą dla rządzącego PiS-u będzie jeszcze bardziej histeryczna i jeszcze bardziej szowinistyczna prawica, która najprawdopodobniej wytworzy się w ramach sprzeciwu wobec „zgniłej i kompromisowej partii władzy”, którą za chwilę stanie się dla nacjonalistów PiS.

Oskarżam PiS, że wprowadziwszy nacjonalizm do publicznej debaty, straszy teraz, że jest jedynym w Polsce przedmurzem racjonalizmu i jeśli nie on, to za chwilę do gardeł rzucą się nam faszyści z prawdziwego zdarzenia.

Oskarżam prawicę również o to, że nie widzi antysemickich, hejterskich i w wymowie wręcz nazistowskich wpisów na ścianach i wallach i nie bierze za nie odpowiedzialności. Bo to ona otworzyła tę puszkę Pandory i niebezpiecznie pogrywa z ekstremistycznymi nastrojami, ale gdy przychodzi co do czego, odwraca oczęta i mówi: „O co wam chodzi, Jarosław Kaczyński wielokrotnie podkreślał, że antysemitą nie jest”. Zgoda, Kaczyński nie, ale wielu jego wyznawców – już tak, i nie jest to, jak próbuje wmówić nam PiS, zbieg okoliczności.

Oskarżam prawicę również o to, że próbuje wmówić wszystkim największy idiotyzm pod słońcem, że nazizm z prawicowością nie ma nic wspólnego, jeśli już – to z lewicą; przecież Hitler był narodowym socjalistą. Socjalistą, rozumiecie! Tak jakby to właśnie ów „socjalizm” nazistów był w nich najgorszą rzeczą, a nie zamordyzm zbudowany na bazie nacjonalizmu i całe to, tak dobrze znane z prawicowych polskich wieców i retoryki, uznaniowe dzielenie ludzi na „patriotów i zdrajców”.

Z drugiej strony – zdemonizowano PiS, który, owszem, wykorzystuje obrzydliwe metody i zamienia debatę w łupanie kamieni, ale ma jednak jakiś program, który warto by było przeanalizować. Ale, jak mawiał Tewje Mleczarz, z trzeciej strony – oskarżam PiS o to, że się głupio dziwi, dlaczego to nikt z nim nie chce dyskutować o programie, za to każdy chce pogadać na temat insynuacji i atmosfery końca świata.

Mimo wszystko, myślę, ktoś tu powinien być mądrzejszy – i oskarżam centrum, że nie jest.

***

Chciałbym w końcu oskarżyć lewicę i centrum o zdemonizowanie Jarosława Kaczyńskiego, który, być może, jest sprawnym partyjnym macherem (choć jego styl władania PiS-em przypomina raczej działalność toksycznego szefa osiedlowej mafii, któremu ze strachu wszyscy czapkują albo podlizują się żałośnie), ale jest w gruncie rzeczy borciuchem, który mentalnie ledwo się wygramolił z lat 80. do 90., głową tkwi w latach 30., a o sprawach związanych z szerszą polityką, w tym międzynarodową, wydaje się zielonego pojęcia nie mieć.

Oskarżam prawicę (a i trochę lewicę też), że z lemingów, czyli klasy średniej, ludzi, na których barkach, ciężkiej pracy, odpowiedzialności powstaje siła gospodarcza tego kraju i jego jaka taka stabilizacja, zrobili pogardy godnych bezmózgich frajerów, którym da się opchnąć każde gówno i których szczytem aspiracji jest superpłaski elcedek, meble na wymiar, BMW oraz korzystny kredyt na mieszkanie w nowym budownictwie lub dom pod miastem.

Ziemowit Szczerek: Lemingi zapewnią światu pokój

Oskarżam o mniej więcej to samo środowiska artystyczne i intelektualne, te lewicowo-liberalne. Z nowych mieszczan w nowych polskich miastach, z tej ledwie kiełkującej w Polsce klasy zrobiliście filistrów, zapomniawszy, że tylko w stabilnym systemie podtrzymywanym przez to „straszne mieszczaństwo”, cieszące się, o zgrozo, z Pendolino i ośmielające się zauważyć, że Polska jednak przeżywa najlepszy ekonomicznie okres w historii, możecie funkcjonować w swoich wygodnych gettach, hipsterskich knajpach i artystycznie podniszczonych barach ulokowanych w uroczo rozpieprzających się kamienicach pokrytych graffiti.

Do tej listy oskarżonych włączam również siebie, bo i sam nie jestem bez winy (a i lubię knajpy w rozpieprzonych kamienicach pokrytych graffiti). Też zapewne, nieraz, wiedziony baranim pędem, śmiałem się z moherów, demonizowałem PiS, potępiałem prawicę w czambuł, chichotałem z lemingów – żeby wymienić tylko te grzechy, które mi aktualnie przychodzą do głowy.

Oskarżam w końcu lewicę, która szukając – i słusznie – dobrego miejsca do przyłożenia, pomogła pogrzebać to centrum, strzelając do niego jak do bekasa. Bo co innego trafnie punktować, że zamiast Pendolino przydałoby się więcej połączeń na lokalnych liniach, co innego – zrobić z centrum pajaca, którego nie wiedzie żaden instynkt poza tym najprostszym, populistycznym. Bo aż tak proste to znowu nie jest.

Wideo „Magazynu Świątecznego” to coś więcej – więcej wyjątkowych tematów, niezwykłych ludzi, najważniejszych wydarzeń, ciekawych komentarzy i smacznych wątków. Co weekend poznasz ciekawy przepis, zasłuchasz się w interpretacji wiersza i przyznasz, że jest cudem, dowiesz się, co w trawie piszczy – w polityce, kulturze, nauce.

W Magazynie Świątecznym:

Oskarżam!
Oskarżam, bo jestem przerażony wizją, w której za kilka lat jedyną realną alternatywą dla PiS-u będzie jeszcze bardziej histeryczna i szowinistyczna prawica

Razem. Pięć minut sławy i co dalej
Adrian Zandberg z Razem dostał cztery lata i 14 milionów złotych na zbudowanie partii, która zrobi z Polski Skandynawię

Timothy Snyder: W stanie wyjątkowym zabijamy
Jeśli zwykli policjanci z Bremy jadą do Kijowa i ot tak zabijają Żydów – to najpierw zabijają na rozkaz czy z posłuszeństwa, a dopiero potem szukają ideologii. To dotyczy Niemców, Polaków, Litwinów, wszystkich. Z Timothym Snyderem rozmawia Maciej Stasiński

Akcja „Znicz”
Wypadków śmiertelnych widziałem około 600. Nad zwłokami tych, którzy zginęli z powodu lekkomyślności czy nadmiaru fantazji, zastanawiam się, co by ich powstrzymało. Świadomość, że kiedy zginą, na serce umrze ich matka?

Czteromilionowy Liban coraz gorzej radzi sobie z milionem uchodźców
Syn Eidy ma 34 dni i jutro mógłby być wypisany do domu. Ale szpital nie odda go matce, dopóki nie dostanie 2,3 tys. dol.

O miłości Jarosława Iwaszkiewicza i Jerzego Błeszyńskiego
Już nie było pożądania. Były tylko czułość i żal, że wszystko tak strasznie się kończy. Bał się go dotknąć. Bał się, że zrobi mu krzywdę, że tamten jest za słaby, a on sam zbyt duży, ciężki, niezgrabny

Niedziela będzie dla nas. Franciszek Walicki (1921-2015)
Spod jego ręki wyszli: Niemen, Stanek, Rusowicz, Nalepa, Skrzek. Przekonał PRL-owskich cenzorów, że Jimmy Page, gitarzysta Led Zeppelin, to słynna wokalistka i dlatego na okładkowym zdjęciu ma włosy niżej ramion

Monty Python. Im głupiej, tym lepiej
Największe osiągnięcie Pythonów? Szkolne zabijaki, które obejrzały program, uznały, że fajniej jest być przygłupim niż niebezpiecznym

Nie grajmy w telenoweli Kremla
Dzisiejsza konfrontacja Zachodu i Moskwy na pewno nie jest zimną wojną. Opisywanie tej sytuacji za pomocą starych terminów kończy się tym, że tańczymy tak, jak nam Putin zagra

wiedzionyBaranimPędem

wyborcza.pl

PiS „wyciszy” kopalnie węgla. Jaki scenariusz dla górnictwa?

Ireneusz Sudak, 30.10.2015

Sytuacja spółek energetycznych i węglowych

Sytuacja spółek energetycznych i węglowych (Gazeta Wyborcza)

Budowa nowych elektrowni na węgiel i renegocjacja pakietu klimatycznego. Energetyka pod rządami PiS-u się zmieni, ale bez „wyciszenia” kopalń się nie obędzie.

Prawo i Sprawiedliwość uważa, że rozmycie kompetencji nad energetyką i górnictwem między różnymi resortami to zaniedbanie koalicji PO-PSL. Dlatego zapowiada likwidację Ministerstwa Skarbu i stworzenie nowego resortu energetyki, który będzie nadzorował spółki elektroenergetyczne, paliwowe i gazowe. Resort może objąć Piotr Naimski. Wczoraj nie udało nam się z nim skontaktować.

Ale zdaniem PiS jest coś jeszcze gorszego niż nieudolność PO – to polityka klimatyczna Unii Europejskiej. Renegocjacja pakietu klimatycznego, czyli porozumienia krajów UE w sprawie ograniczenia emisji CO2, jest jednym z pięciu strategicznych celów PiS. „Specyfika polskiej gospodarki, w której ponad 90 proc. energii uzyskuje się z własnych zasobów węgla, w pełni uzasadnia takie żądanie” – głosi program partii.

Pozostałe to maksymalne wykorzystywanie węgla, dywersyfikacja dostaw surowców energetycznych, unowocześnienie polskich elektrowni, a także inwestycje w nowe źródła energii.

Tym samym spełnia się czarny sen unijnych polityków, którzy chcieli ograniczyć ocieplenie. W ubiegłym roku UE zgodziła się ograniczyć emisję CO2 o 40 proc. do 2030 r. (względem 1990 r.). Wtedy premier Ewa Kopacz wynegocjowała, że Polska będzie dostawać aż do 2030 r. darmowe uprawnienia do emisji tego gazu. Jak relacjonowała „Wyborcza”, niemieccy negocjatorzy dyplomaci półżartem wyjaśniali, że woleli pójść na ustępstwa Ewie Kopacz i zgodzić się na „gorszy pakiet klimatyczny, niż przyczynić się do upadku rządu i wygranej PiS-u z powodu CO2”. Na czym ta renegocjacja miałaby polegać? Piotr Naimski mówił jeszcze przed rokiem, że Polska powinna zostać w ogóle wyłączona z polityki klimatycznej UE (tak jak Wielka Brytania jest wyłączona z reguł dotyczących wspólnej waluty).

Czy umowy klimatyczne mogą być renegocjowane? – Zdziwiłbym się, gdyby nowemu rządowi udało się skutecznie renegocjować pakiet klimatyczny – mówi Maciej Bukowski, prezes Warszawskiego Instytutu Studiów Ekonomicznych. – Pragmatyka polityczna, traktatowe zobowiązania Polski, a także sama logika działania Unii Europejskiej mówi, że nie można być członkiem UE i liczyć, że otrzymamy z niej tylko te rzeczy, które nam odpowiadają, nie dając od siebie nic w zamian – mówi Bukowski.

Kopalnie lepsze i gorsze

A sytuacja w górnictwie jest dramatyczna. – W ubiegłym roku sektor górniczy miał 2,5 mld zł straty na sprzedaży węgla. Stan górnictwa oceniam jako najgorszy od 1989 r. – mówił niedawno na Kongresie Nowego Przemysłu Janusz Steinhoff, minister gos-podarki w rządzie Jerzego Buzka, a obecnie doradca w firmie PwC. Dlatego nawet PiS zdaje sobie sprawę, że na obecnych warunkach górnictwo nie może dalej funkcjonować. Grzegorz Tobiszowski (wieloletni poseł PiS, nr 1 na katowickiej liście partii) w rozmowie z reporterem Radia TOK FM tak opisał pomysł na górnictwo: „Mówimy o procesie restrukturyzacji, który ma zakładać tzw. wyciszenie kopalń. Czyli te kopalnie, które mają mniejszy czas żywotności, chcemy przygotować do tzw. sczerpania złoża”. Kopalnia sczerpana to taka, w której skończył się węgiel. Sczerpanie to podstawowe kryterium tego, czy daną kopalnię likwidować, czy nie. Ale Tobiszowski łagodzi swoją wypowiedź i tłumaczy, że „nie planujemy zamykania kopalń” i że taką „wyciszoną” kopalnię można po kilku latach znowu uruchomić. Chodzi o to, żeby w ramach danej kopalni spółki wskazać, które szyby i jak długo można jeszcze eksploatować.

Wydawanej na Śląsku gazecie „Dziennik Zachodni” poseł mówił, że „kopalnia jest tylko narzędziem eksploatacji złoża. Dlatego trzeba ustalić żywotność złoża i powiedzieć zarówno załodze, jak też lokalnym władzom, kiedy się ono skończy”.

Zdaniem ekspertów właśnie selektywne zamykanie kopalń jest jedyną receptą dla górnictwa. – Z węgla nie zrezygnujemy. Mamy go na następnych kilkadziesiąt lat. Ale trzeba powiedzieć górnikom wprost, że nie wszystkie kopalnie mogą dalej działać – mówi nam Włodzimierz Ehrenhalt, wiceprezes Stowarzyszenia Energii Odnawialnej. Obecnie w górnictwie węgla kamiennego pracuje 99,7 tys. osób. Według najnowszych prognoz Warszawskiego Instytutu Studiów Ekonomicznych w 2030 r. ta liczba ma spaść do 4-16 tys. osób.

Co z atomem?

To wielka niewiadoma. Z jednej strony Polski może po prostu nie być stać na budowę elektrowni atomowej, z drugiej strony Piotr Naimski wielokrotnie mówił, że jest zwolennikiem jej budowy. Również Henryk Kowalczyk, typowany na ministra finansów, mówił wczoraj, że jest ważne, aby Polska miała energię atomową, ale „ostatecznej decyzji nie ma”.

Do realizacji polityki energetycznej będą służyć państwowe spółki PGE, Tauron, Energa i Enea – to notowane na GPW owoce rządów PiS-u, który w 2006 r. połączył niezależne do tej pory państwowe elektrownie i firmy sprzedające prąd. Dzięki temu firmy mają więcej pieniędzy na budowę bardzo potrzebnych nowych elektrowni i remonty sieci przesyłowych. W sumie wartość inwestycji w energetykę wyniesie do 2020 r. ponad 120 mld zł. Inwestycje są potrzebne, bo eksperci policzyli, że wystarczy 20 dni z temperaturą 30 st. i w Polsce znowu zabraknie prądu.

O tym, że zmiany w polityce energetycznej już się zaczęły, może świadczyć wtorkowe weto prezydenta Andrzeja Dudy wobec ustawy o ratyfikacji poprawki dauhańskiej przedłużającej obowiązywanie w Polsce protokołu z Kioto do 2020 r. Mimo że poprawka nie miała wpływu na funkcjonowanie przemysłu, to jest to sygnał, że Polska może być wielkim hamulcowym na grudniowym szczycie klimatycznym ONZ w Paryżu ws. ograniczenia wzrostu temperatury na Ziemi.

Zobacz także

wyborcza.biz

 

WTA Finals. Poznajcie Radwańską w wersji 3.0

Jakub Ciastoń, 01.11.2015

Agnieszka Radwańska w meczu z Petrą Kvitovą

Agnieszka Radwańska w meczu z Petrą Kvitovą (EDGAR SU/REUTERS)

Pewność siebie i wiara w to, że może sięgać po największe trofea – to główna zmiana, jaką zobaczyliśmy u Agnieszki Radwańskiej w Singapurze. Polka w cztery dni pokonała po kolei trzy zawodniczki z czołowej piątki światowego rankingu. Dokonała czegoś, co nie udało jej się nigdy przedtem. I nie ma już chyba żadnych wątpliwości, że może powtórzyć to samo w turnieju Wielkiego Szlema.

W czwartek wygrała z wiceliderką rankingu WTA Simoną Halep, w sobotę w półfinale kończącej sezon imprezy w Singapurze po bajecznym meczu zwyciężyła Hiszpankę Garbinę Muguruzę (nr 3), finalistkę Wimbledonu, a w niedzielę w nerwowym i emocjonującym finale – Petrę Kvitovą, byłą dwukrotną mistrzynię Wimbledonu, do wczoraj piątą rakietę świata.

To był idealne cztery dni terapii dla wszystkich tych, którzy z różnych powodów w Agnieszkę nie wierzyli. Radwańska w Singapurze obaliła chyba wszystkie stereotypy na swój temat

 

Czy jest słaba psychicznie? Raczej nikt nie ma prawa tak powiedzieć, po tym, co zrobiła w starciu z Muguruzą, gdy wygrała mecz po przegranym pechowo tie-breaku. I po tym, jak rywalka odrobiła w trzecim secie straty na 5:5 od 1:4, 15:30. Albo po tym niesamowitym tie-breaku z Halep, gdy przegrywała już 1-5, ale nie poddała się i wyszarpała zwycięstwo. Albo po niedzieli, gdy w trzeciej partii było już 0:2. Wtedy znów zobaczyliśmy w oczach Agnieszki błysk i wolę walki. Do końca.

Czy gra pasywnie, defensywnie, nie ma „czym przyłożyć”?

Czasami gra defensywnie, to fakt. Tak naprawdę jest nawet królową defensywy, bo jeśli ktoś popełnia w finale turnieju Masters pięć niewymuszonych błędów (!), to jest to wynik kosmiczny. Ale Radwańska przestała okopywać się wyłącznie na linii końcowej, przestała się cofać, gdy wynik jest bezpieczny. W meczach z Halep i Muguruzą pokazała, że gdy trzeba, potrafi zagrać inaczej – odważnie, z wykorzystaniem długich piłek, z ostrymi, ryzykownymi returnami. Zapewne wiedziała, że grając „normalnie”, przegrałaby te mecze 2:6, 2:6. Więc zastosowała lepszą taktykę. I ta taktyka zadziałała.

Czy gra tenis mało atrakcyjny? To akurat największa bzdura, bo jak się niemal miesiąc w miesiąc wygrywa plebiscyt „Shot of the month” na stronie WTA, to o czym my mówimy? W te kilka dni „shots of the month” Aga zagrała chyba wystarczająco na cały przyszły rok.

Czy wygrywa tylko, jak rywalki pomagają? Stawką w półfinale było 590 tys. dol., w finale – 1,75 mln dol! W oczach trenera Muguruzy Sama Sumyka, ani w oczach trenera Kvitovej Davida Kotyzy widziałem, że przed nami walka na całego, na serio, na 100 procent. Być może Hiszpanka i Czeszka były nieco zmęczone, obolałe i zdenerwowane, ale wierzcie mi, Agnieszka też była już bardzo zmęczona (na korcie spędziła więcej czasu niż Kvitova) i musiała opanować stres. Przygotowanie fizyczne i mentalne to element tego sportu, po prostu.

Po Wimbledonie 2012, gdy Agnieszka przegrała finał z Sereną Williams, pisałem o tym, że oto zobaczyliśmy Radwańską w wersji 2.0. Nieco agresywniejszą, nieco waleczniejszą i odważniejszą.

Ale potem nastała stagnacja, tej agresji było jednak za mało, determinacji i woli walki też. Dopiero jesienią tego roku, gdzieś między triumfami w Tokio i w Tiencinie, w Radwańską wstąpiła nowa energia. I jak to często bywa, sportowca wewnętrznie silniejszego stworzyły dość przewrotne okoliczności – ten sezon zaczął się bowiem dla Agnieszki fatalnie, od serii porażek, wpadek, zakończonej przedwcześnie współpracy z Martiną Navratilovą. Ale to wszystko na koniec roku Radwańską wzmocniło wewnętrznie. Na tyle, że zobaczyliśmy Agnieszkę w wersji 3.0.

I bardzo mi się podoba ta wersja Agnieszki. Myślę, że zaszła w niej zmiana mentalna, że w głowie w końcu otworzyła się szufladka z napisem: „Przecież ja potrafię wygrać z każdą z tych dziewczyn! Nawet w półfinałach, nawet w finałach, nawet z Sereną, mogę wszystko!”.

Agnieszko, nie zamykaj już nigdy tej szufladki!

sport.pl

WTA Finals. Radwańska: to najpiękniejszy dzień w mojej karierze

Łukasz Jachimiak, 01.11.2015

Agnieszka Radwańska

Agnieszka Radwańska (zrzut ekranu z relacji)

– To dla mnie najpiękniejszy, najważniejszy dzień w karierze. Kilka tygodni temu nie sądziłam, że się tu znajdę – powiedziała Agnieszka Radwańska, odbierając trofeum za wygranie turnieju masters. W niedzielnym finale w Singapurze 26-letnia krakowianka pokonała Petrę Kvitovą 6:2, 4:6, 6:3.
W tradycyjnej przemowie Radwańskiej przeszkadzały ogromne emocje. Polka miała w oczach łzy, bardzo łamał się jej głos. – To był niesamowity dzień i turniej. Kilka tygodni temu nie sądziłam, że się tu znajdę. To dla mnie najpiękniejszy dzień w karierze, dziękuję wszystkim, którzy mi pomogli – zaczęła Polka.

 

Całe nieoficjalne mistrzostwa świata Radwańska opisała krótko jako świetny turniej. Podziękowała organizatorom i kibicom, nie zapomniała też o swoim trenerze Tomaszu Wiktorowskim i sparingpartnerze Dawidzie Celcie. – Bardzo dziękuję mojej drużynie, wykonaliście dobrą robotę, doprowadzając mnie do tego sukcesu – zakończyła Radwańska.

Radwańska seksowna i roześmiana podczas WTA Finals [ZDJĘCIA]

radwańskaPróbowała

sport.pl

Agnieszka Radwańska najlepszą kobiecą rakietą!

Radwańska wygrała mecz z Kvitovą.
Radwańska wygrała mecz z Kvitovą.

Nasza najlepsza tenisistka zmierzyła się w finale prestiżowego turnieju WTA Finals w Singapurze z Czeszką Petrą Kvitovą. Do tej pory bilans ich spotkań był wyrównany, ale tym razem Agnieszka Radwańska nie dała przeciwniczce żadnych szans. W rewelacyjnym stylu pokonała Kvitovą na korcie. Krakowska tenisistka wraca w wielkim stylu i pokazuje, że w światowym tenisie znowu trzeba się z nią liczyć.

Już w pierwszym secie Radwańska potwierdziła, że jest w świetnej formie. Jako pierwsza przełamała przeciwniczkę i do końca pozostała skoncentrowana. Mimo tego, że Kvitova posiada mocną broń w postaci silnego uderzenia zza linii końcowej, tym razem popełniała mnóstwo niewymuszonych błędów, co skrzętnie wykorzystywała nasza zawodniczka. Ostatecznie pierwszy set zakończył się miażdżącą wygraną Radwańskiej 6:2.

W drugim secie walka na korcie nabrała rumieńców. Wymiany zrobiły się dłuższe, a Radwańska nie panowała już niepodzielnie na korcie. Kvitova pokonała kryzys i zaczęła grać na najwyższym poziomie. Wróciły mocne zagrania i serwis. Radwańska zaczęła ustępować pola Czeszce. Kvitova wygrała ten set 6:4.

Trzeci set był emocjonujący i nerwowy. Radwańskiej udało się jednak przełamać czeską tenisistkę. Przewagę szybko udało się powiększyć, a wynik końcowy mówi sam za siebie. Radwańska wygrała decydujący set 6:3 i wygrała prestiżowy turniej, w którym co roku walczą tylko tenisistki z najwyższej półki. – To najważniejsza wygrana w moim życiu – mówiła wyraźnie wzruszona Radwańska po zakończonym meczu.

agnieszkaRadwańskaWygrywa

naTemat.pl

WTA Finals: Agnieszka Radwańska pokonała Petrę Kvitovą w finale, Polka najlepsza w Singapurze

01.11.2015

Polska złota jesień w Singapurze! W finale WTA Finals Agnieszka Radwańska po dramatycznej końcówce pokonała Petrę Kvitovą 6:2, 4:6, 6:3 i zwyciężyła w najbardziej prestiżowej po wielkim szlemie imprezie. W nagrodę za zwycięstwo najlepsza polska tenisistka odebrała czek na ponad 2 mln dol. i gwarancję miejsca w top 5 rankingu na koniec sezonu.

Agnieszka Radwańska

Foto: PAP Agnieszka Radwańska

– Ty już nie musisz się przebierać, ty już możesz iść prosto na Halloween – żartował w sobotę spiker zawodów, nawiązując do plastrów, którymi Radwańska była cała oklejona jak mumia w półfinale z Garbine Muguruzą.

Cały tydzień w Singapurze był dla krakowianki nieludzko wyczerpujący zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym. Po porażkach w dwóch pierwszych miejscach w grupie Agnieszka Radwańska była zdana na łaskę Marii Szarapowej. Z nożem przy gardle krakowianka wspięła się na wyżyny swoich umiejętności, dając popis w meczach z drugą na świecie Simoną Halep i trzecią Muguruzą. Do finału awansowała ostatkiem sił, ale zapowiedziała, że jeszcze ten jeden mecz wytrzyma.

Pierwszy w historii finał z dwiema tenisistkami z ujemnym bilansem meczów w grupie nie był już taką wyśmienitą ucztą, jaką Radwańska zaserwowała w dwóch ostatnich przypadkach.

Decydowało to, która z tenisistek była dalej od tego, by paść z wyczerpania na korcie. Od początku lepsze wrażenie sprawiała Radwańska, która po sobocie miała w nogach jednego seta więcej. Kiedy przełamała Kvitovą na 5:1, było pewne, że pierwszego seta Radwańska już nie wypuści.

Polscy kibice zacierali ręce, ponieważ 15 z 16 finałów, w których Radwańska wygrywała pierwszego seta, kończyło się po jej myśli. Szanse Kvitovej zmalały do 6,25 procent.

Małą zadyszkę Radwańska złapała w szóstym gemie drugiego seta, kiedy przegrała swój serwis na sucho. W trzech gemach od stanu 3:1 do 3:4 polska tenisistka wygrała tylko trzy piłki.

Rozgrywająca półtora seta w trybie uśpienia Kvitova w końcu zaczęła trafiać. Leworęczna Czeszka, której życie w turnieju uratowała koleżanka z Pucharu Federacji Lucie Safarova, wyszła na 5:4 i znów skutecznie zaatakowała serwis Radwańskiej. Tym razem było to już jednak przełamanie na wagę seta.

Kvitova wysłała sygnał ostrzegawczy, a potem było już tylko trudniej. Mimo breakpointa Radwańskiej nie udało się rozpocząć decydującej partii breakiem tak jak dwóch pierwszych. Na domiar złego Kvitova przełamała Radwańską na 2:0. Kolejny gem mógł przyprawić o palpitacje serca, kiedy przy pierwszym breakpoincie dla Radwańskiej Polka zagrała krosa, ale został wywołany aut. Rzadko korzystająca z hawk-eye nie zdecydowała się sprawdzić decyzji sędzi liniowej, a challenge na potrzeby telewidzów pokazał, że piłka była dobra. Na szczęście oliwa okazała się sprawiedliwa i w kolejnej akcji Radwańska wygrywającym returnem odrobiła breaka.

Już wtedy napięcie sięgało zenitu, a to cały trzeci set był ostrą jazdą bez trzymanki. Aż sześć z dziewięciu gemów kończyło się przełamaniami. O tego jednego breaka w bezprecedensowym finale lepsza była Radwańska, która została pierwszą w historii, która wygrała WTA Finals, wychodząc z grupy z większą liczbą porażek niż zwycięstw.

Najlepsza polska tenisistka zdobywa najważniejszy tytuł w karierze i kończy sezon w top 5. Parę miesięcy temu wydawało się to marzeniem ściętej głowy, tak jak trudno było uwierzyć, że krakowianka może wygrać WTA Finals. Najważniejsze, że w siebie uwierzyła Agnieszka Radwańska.

 

wielkieZwycięstwo

agnieszkaRadwańska

eurosport.onet.pl

TYLKO W FAKT24.PL

Staniszkis: Szydło zna swoje granice

01.11.2015

Jadwiga Staniszkis
Prof. Jadwiga Staniszkis m.in. o tym, czy Szydło powtórzy los Marcinkiewicza.

Szydło ma zupełnie inną osobowość niż Marcinkiewicz. Będzie kierować rządem bardziej profesjonalnym od siebie samej. To dobra organizatorka, która zna swoje granice. Nie będzie tak prezesowi działała na nerwy – mówi w rozmowie z Fakt24.pl socjolog prof. Jadwiga Staniszkis.

To historyczny moment. Po raz pierwszy po 1989 r. w polskim parlamencie nie tylko samodzielnie rządzić będzie jedna partia, ale nie będzie też ugrupowania lewicowego. Czy to zdrowy układ?

 

Prof. Jadwiga Staniszkis: Sami sobie na to zasłużyli. Tkwili w intelektualnym letargu, nie potrafili być nowoczesną lewicą. Gdyby SLD startowało samodzielnie, a Leszek Miller był „twarzą” tej kampanii, na pewno by weszli do parlamentu.

To już wcześniej była walka o przeżycie, dlatego lewica podjęła ryzykowną decyzję o starcie pod wspólnym szyldem. Barbara Nowacka miała być „mesjaszem w spódnicy”. Zbawienie jednak nie nadeszło. Co poszło nie tak?

– Nowacka jest bardzo dobra, ale w tej kampanii, zwłaszcza w debacie ośmiu liderów, wypadła blado. Ukryła swoje zalety: autoironię, abstrakcyjne myślenie. Wydawała się spętana w hasłach socjalnych, dotyczących np. płacy minimalnej, które zostały lepiej zagospodarowane przez PiS. Adrian Zandberg też był bardziej efektowny, przejął głosy młodych ludzi.

Przedtem sukcesu SLD nie przyniosła Magdalena Ogórek. Jej start w wyborach prezydenckich okazał się klapą. Nie wyciągnięto wniosków?

– Pani Ogórek jest znacznie bardziej interesującą osobą, niż to wynikało z kampanii prezydenckiej. Stała się ofiarą aparatu, który źle sformatował jej kampanię, przed czym prawdziwy przywódca by się potrafił obronić. Na lewicę głosują ludzie starsi i w średnim wieku, to przejaw resentymentu wobec transformacji – tym konserwatywnym wyborcom nie spodobał się sojusz z Januszem Palikotem, nie pasowała im marihuana i związki partnerskie. Zobaczyli, że Nowacka też zmierza w tym kierunku, dlatego nie zyskała ich poparcia.

Jakie ma pani rady dla lewicy?

– To dla nich czas przemyśleń. Muszą działać na niższych szczeblach i czekać na kolejne wybory. Młode pokolenie, Krzysztof Gawkowski czy Dariusz Joński, powinno zaznaczyć swoją odrębność. Ważne by bardziej nowocześnie definiowali problemy. Udział płac w PKB w Polsce wynosi 46 proc., co jest jednym z najgorszych wyników w Europie, wydajność pracy rośnie, a płace nie, zróżnicowania są bardzo duże, szanse rozwojowe także są niszczone, bo gospodarka nie jest w stanie wchłaniać innowacji, które powstają – lewica naprawdę ma, o czym mówić.

Czy Joanna Szczepkowska mogłaby wystąpić i powiedzieć: „proszę państwa, dziś w Polsce skończył się postkomunizm”?

– Nie, bo to pewna struktura, a nie tylko ludzie. Postkomunizm polega na niesformalizowanej, nieczytelnej władzy, nieprzejrzystej roli służb specjalnych, nie wiadomo, kto decyduje o uruchomieniu ataku na jakąś grupę osób, tak jak to było z taśmami.

Nie tylko lewica liże rany po wyborach. Co z PSL? Jakoś się z tej klęski otrząśnie?

– Wynik ludowców i niewejście do parlamentu niektórych czołowych polityków tej partii, jest ogromnym zaskoczeniem, choć Janusz Piechociński jako wicepremier i minister gospodarki nie robił dobrego wrażenia, a Stanisław Żelichowski to postkomunizm pełną gębą. W PSL nastąpiła wymuszona zmiana pokoleniowa, ale odbuduje się w nowym pokoleniu działaczy.

Nie ustają spekulacje na temat kształtu nowego rządu Beaty Szydło. Jakich ma pani faworytów, jeśli chodzi o nowych ministrów?

– Stanisław Kluza jako minister finansów, Paweł Szałamacha, odpowiedzialny za resort gospodarki, Konrad Szymański jako minister spraw europejskich – to świetne wybory. Nie wiemy jednak nic na pewno, niektóre kandydatury to wyłącznie fakty medialne. To może być jednak gabinet na naprawdę wysokim poziomie. Wierzę, że czekają nas solidne i skuteczne rządy.

Mariusz Kamiński miałby zostać koordynatorem służb specjalnych, ciąży jednak na nim wyrok 3,5 lat więzienia, jaki dostał za łamanie prawa, gdy w latach 2006-09 kierował CBA. To może rodzić problemy.

– To bardzo dobra kandydatura. Wyrok jest nieprawomocny, dlatego Kamiński może być traktowany jak osoba niekarana. Bardzo go cenię, jest kompetentny w sprawach służb i bardziej zorientowany na państwo niż na partię.

Wciąż nie cichną głosy, że Szydło podzieli los Kazimierza Marcinkiewicza. Może się tak skończyć?

– Jestem za daleko PiS, by to wiedzieć z całą pewnością, ale ona ma zupełnie inną osobowość niż Marcinkiewicz. Będzie kierować rządem bardziej profesjonalnym od siebie samej. To dobra organizatorka, która zna swoje granice. Nie będzie tak prezesowi działała na nerwy, jak Marcinkiewicz.

Jarosław Kaczyński nie jest osobą, która potrafi być w cieniu. Szydło będzie marionetką w jego ręku?

– I bardzo dobrze, że Kaczyński nie trzyma się na uboczu. Gdyby nie jego wyjście pod koniec kampanii, wynik PiS nie byłby tak dobry. Szydło na pewno jest bardziej typem wykonawcy niż lidera. To Kaczyński podejmuje decyzje personalne, cały złożony układ prezydencki, rządowy i parlamentarny, jest spajany jego wizją i inteligencją. Ma bardzo wiele do zrobienia jako koordynator tych trzech ośrodków.

Czy nie lepiej więc, żeby to on był premierem i brał odpowiedzialność za wszystkie decyzje?

– Być może Jarosławowi Kaczyńskiemu zwyczajnie już się nie chce, zwłaszcza, że premierostwo wiąże się także z masą biurokratycznej mitręgi. Może woli czuwać nad przebudową PiS, który też musi przejść wymianę pokoleniową. Szydło jako dobra organizatorka będzie na swoim miejscu.

– Panie prezydencie, melduję wykonanie zadania – mówił Jarosław Kaczyński po ogłoszeniu wyników wyborów. Stwierdził, że bez jego barta, Lecha Kaczyńskiego, wygrana nie byłaby możliwa, w ogóle nie byłoby PiS. To było bardzo symboliczne wystąpienie.

– Tragedia smoleńska i to, że Jarosław Kaczyński został sam, sprawiło, że miał więcej determinacji, by wygrywać. Pamięć o Lechu, chęć wyjaśnienia tej sprawy, to z pewnością coś, co napędza Kaczyńskiego w jego aktywności.

Na ile szczere są zapowiedzi, że „żadnej zemsty, żadnych negatywnych emocji, żadnych osobistych rozgrywek. Żadnego kopania tych, którzy upadli” nie będzie?

– Niezależnie od woli Kaczyńskiego, pewne procesy uruchamiają się automatycznie. To oczywiście jest niedobre, ale rewanżyzm w mediach i innych instytucjach i tak będzie miał miejsce. W Polsce służba cywilna nie działa właściwie, państwo jest upartyjnione, zmiana ekipy rządzącej to zawsze sygnał, że administracja się przeorientowuje, ludzie z kręgu zwycięskiej partii oczekują, że teraz oni dostaną posady.

Dopiero co zakończył się maraton wyborczy, a tymczasem wygląda na to, że w przyszłym roku czekają nas nowe wybory samorządowe. Tak się stanie, jeśli na mapie Polski pojawią się dwa nowe województwa: warszawskie i środkowopomorskie. Pierwszy możliwy termin to wiosna, ale najbardziej prawdopodobne są jednak wybory jesienią. To dobry pomysł?

– Nie należy tego robić. PiS dobrze wypadł w tamtych wyborach i lepiej, żeby tak zostało, niż by miała wygrać Platforma. A taki wariant byłby możliwy, bo oczekiwania wobec nowej władzy są ogromne, a realizacja obietnic może się odwlec. W 2006 r. PiS zrobił błąd doprowadzając do wcześniejszych wyborów, więc teraz niech lepiej nie majstruje, tylko rządzi.

Skoro wspomniała pani o obietnicach, czy Polskę stać na 500 zł na dziecko? Czy wkrótce PiS nie będzie musiał się z tych zapowiedzi wycofywać rakiem?

– Sytuacja rodzin wielodzietnych czy dzieci samotnych rodziców, jest bardzo ciężka i trzeba ją poprawić. Według danych GUS 800 tys. dzieci żyje w skrajnej nędzy. 500 zł na dziecko to trudny logistycznie projekt, który ma kosztować 200 mld. To bardzo duża suma, ale ok. 15 mld zł można uzyskać od zagranicznych firm, które nie płacą w Polsce podatków. Przy większej gospodarności dałoby się te pieniądze wyskrobać. Można się zastanawiać, czy nie lepsze byłoby zorganizowanie tego na poziomie gminy, gdzie informacja o sytuacji rodzin jest rzetelniejsza, na zasadzie dożywiania w szkole, albo deklaracji matki, że wolałby, np. żeby jej spłacić kredyt czy opłacić światło, bo ma męża pijaka, który by to przepił.

Jaki będzie los ruchu Pawła Kukiza? Wielu wieszczy jego szybki rozpad.

– Dobrze zorganizowana grupka narodowców może użyć amorficznego i zanarchizowanego ruchu Kukiza jako wehikułu swoich poglądów. Krytykuję narodowców za to, że są antyeuropejscy, ich rozumienie interesu narodowego jest zbyt staroświeckie, ale trzeba uszanować ich determinację i konsekwencję. Narodowcy wiedzą, czego chcą w przeciwieństwie do reszty posłów Kukiza i jego samego.

Zdaniem Marka Migalskiego Jarosław Kaczyński będzie potrzebował zaledwie kilku-kilkunastu tygodni do rozmontowania i „wrogiego przejęcia” klubu Kukiza. Zgadza się pani z tą tezą?

– Po co miałby to robić, skoro PiS ma większość? Kukiz zadeklarował przecież, że będzie się przyłączał w głosowaniach tam, gdzie mu to będzie pasować. Kaczyński to uszanuje. Zresztą, uważam, że PiS powinien wziąć całą odpowiedzialność za rządzenie.

Kto jest winny tak dotkliwej porażki PO po ośmiu latach rządów?

– Ludzie byli tak do Platformy zniechęceni, że cokolwiek by Ewa Kopacz z Michałem Kamińskim nie zrobili, wyborcy i tak, by nie zmienili zdania na temat partii rządzącej. Kampania była oparta na Kopacz, co było ponad jej możliwości, front powinien być szerszy, chociaż pod koniec zachowywała się coraz bardziej swobodnie, robiła lepsze wrażenie. Należało bardziej umiejętnie, a mniej emocjonalnie mówić o osiągnięciach i problemach, które jednak nad dokonaniami dominowały. Na pewno mogli przedstawić lepszą ofertę. Ich kampania nie była zbyt profesjonalna.

W Platformie już zaczęła się wojna o przywództwo. Niektórym wyraźnie puszczają nerwy. Jak to się skończy?

– Jeśli w tym starciu wygra Kopacz, Platforma się rozpadnie, bo Grzegorz Schetyna ze swoimi ludźmi wyjdzie z Platformy i stworzy własną formację. Są też inne osoby pretendujące do przywództwa, np. Radosław Sikorski. Pewnym jest, że te walki będą zacięte.

To były szczególne wybory także dlatego, że z list .Nowoczesnej startowała w nich pani córka, Joanna, z czego pani nie do końca była zadowolona. Nie chciała pani, by córka traciła czas i nerwy dla polityki, która od dawna pozostaje na jałowym biegu. Ostatecznie nie udało się jej dostać do Sejmu, tym lepiej dla niej?

– Zdziwiłam się, że zdecydowała się startować, bo ten świat jakoś nigdy jej nie pociągał. Aktywnie prowadziła kampanię, dostała 10 tys. głosów, a to naprawdę niezły wynik, jak na kogoś, kto dotąd w polityce nie funkcjonował.

Niezły wynik uzyskała także sama .Nowoczesna. Pani mówiła, że woli Petru od zdemoralizowanej do szpiku kości Platformy.

– Mógł bardziej błyszczeć. Niezbyt swobodnie czuł się w mediach, wygłaszał drętwe teksty. Powinien był wypowiadać się w sposób bardziej precyzyjny i fachowy, mocniej punktować PO, np. ich pomysły emerytalno-podatkowe, ale on nie chciał krytykować przyszłego koalicjanta. Zdołał jednak przejąć wyborców PO. I dobrze.

Rozmawiała Joanna Stanisławska

fakt.pl

Niemiecki tygodnik: przegrana Platformy to skutek kryzysu Unii Europejskiej, a nie sytuacji wewnętrznej Polski

Niemiecki tygodnik: przegrana Platformy to skutek kryzysu Unii Europejskiej, a nie sytuacji wewnętrznej Polski
Niemiecki tygodnik: przegrana Platformy to skutek kryzysu Unii Europejskiej, a nie sytuacji wewnętrznej Polski Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta

Warszawski korespondent tygodnika w swoim tekście, który ukazał się w niedzielę na łamach „Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung” analizuje przyczyny porażki PO w wyborach. Zdaniem dziennikarza wpływ na tę porażkę miał kryzys Unii Europejskiej, nie zaś sytuacja wewnętrzna Polski.

PO zaliczyła „bezprecedensowy upadek, pomimo mocnego wzrostu gospodarczego i niewielkiej korupcji” – pisze Konrad Schuller, warszawski korespondent gazety. Jego zdaniem Platforma została dosłownie „zmieciona” przez PiS, a jako że po roku 1989 tak „totalnego zwycięstwa (obozu) protestu jeszcze nie było”, niemiecki dziennikarz zastanawia się nad możliwymi przyczynami takiej sytuacji.

Schuller uważa więc, że porażka PO jest skutkiem kryzysu całej Europy, bo to właśnie proeuropejskość stanowiła główny trzon narracji Platformy. A jako że cały Stary Kontynent był w ostatnim czasie targany wieloma kryzysami – od walutowego po migracyjny – to przestał się on jawić jako „róg obfitości, a raczej jako zdradliwy wir”. – Europa przestała być ziemią obiecaną, a stała się źródłem kryzysów – pisze Schuller.

Zdaniem niemieckiego dziennikarza Europa stała się dla Polaków (lecz nie tylko dla Polaków) źródłem potencjalnego ryzyka, a na jej miejsce „powracają dawne mity, a wraz z nimi prorocy”.

„Dawniej mówiono, że Europa będzie się rozwijać wokół swojego centrum grawitacyjnego. Obecnie UE kruszy się na obrzeżach, ponieważ centrum straciło siłę przyciągania” – podsumowuje Schuller.

„FAS” jest niedzielnym wydaniem dziennika „Frankfurter Allgemeine Zeitung„.

Źródło: Interia

niemieckiTygodnik

naTemat.pl

 

Polscy astrofizycy wykryli kręgi na niebie. Mogą być echem kataklizmów sprzed… Wielkiego Wybuchu

Piotr Cieśliński, 01.11.2015

Sir Roger Penrose

Sir Roger Penrose (Festival della Scienza from Genova)

Praca opublikowana w serwisie Arxiv.org relacjonuje wyniki poszukiwania wzorów w kształcie pierścieni na mapie kosmicznego promieniowania tła. Poszukiwania zakończyły się sukcesem! A to może oznaczać, że Wielki Wybuch nie był absolutnym początkiem i przed nim już istniał kosmos, gwiazdy i galaktyki.

Kosmiczne promieniowanie mikrofalowe tła, które zewsząd dobiega do Ziemi, to najstarszy świadek dawnych dziejów naszego Wszechświata. Pochodzi z okresu kilkuset tysięcy lat po Wielkim Wybuchu. To promieniowanie plazmy, rozpalonej do kilku tysięcy stopni, która wypełniała w tamtym czasie przestrzeń kosmiczną.

Do obecnych czasów to promieniowanie ostygło – stanowi dziś mikrofalowy „szum” o temperaturze ledwie 2,7 stopnia powyżej zera absolutnego, wypełniający całą przestrzeń kosmiczną. Odkryto go przypadkiem w latach 60. zeszłego wieku. Niesie najstarszy obraz, czy też zdjęcie kosmosu, jakim dziś dysponujemy.

Mikrofale są tłumione w atmosferze, więc najlepiej rejestruje się je z balonów stratosferycznych lub satelitów. Na początku lat 90. zeszłego wieku odkryto drobne różnice temperatury w tym mikrofalowym szumie. Pierwotna plazma wypełniająca kosmos nie miała jednakowej temperatury – w jednych miejscach była gęściejsza i gorętsza, a w innych rozrzedzona i zimniejsza. Kiedy się narysuje obszary chłodniejsze i cieplejsze, powstanie mapa nieba przypominająca cętkowaną skórę leoparda. To z tych zagęszczeń powstały późniejsze struktury – galaktyki i gromady galaktyk.

Tajemnicze kręgi

Od niedawna dysponujemy najdokładniejszą mapą pierwotnych mikrofal, którą wykonał europejski satelita Planck. Trzech astrofizyków – Daniel An z Uniwersytetu Stanowego Nowego Jorku, Krzysztof Meissner z Uniwersytetu Warszawskiego oraz Paweł Nurowski z Centrum Fizyki Teoretycznej PAN w Warszawie – wykryli teraz na tej mapie niespodziewany wzór. To kręgi (czy też pierścienie), których standardowe teorie nie potrafią wyjaśnić.

Oto mapa mikrofalowego promieniowania tła i 149 kręgów wykrytych przez polsko-amerykański zespół badaczy:

.

Cykliczna kosmologia

Według standardowej teorii Wielkiego Wybuchu nic takiego nie powinno się tworzyć. Takie kręgi przewiduje natomiast teoria brytyjskiego uczonego sir Rogera Penrose’a, zgodnie z którą Wszechświat nie miał początku, ani nie będzie miał końca. Przechodzi wieczne cykle, a każdy z nich zaczyna się Wielkim Wybuchem.

Sir Roger Penrose jest emerytowanym profesorem uniwersytetu w Oksfordzie, jednym z najwybitniejszych matematyków i fizyków naszych czasów. Największe zaszczyty – Nagroda Wolfa (1988 r.), także tytuł szlachecki od angielskiej królowej (1994 r.) – spotkały Penrose’a za prace z ogólnej teorii względności Einsteina. Jako pierwszy wykazał, że we wnętrzu czarnej dziury pojawia się osobliwość – punkt, w którym gęstość materii staje się nieskończenie duża. Potem wspólnie ze Stephenem Hawkingiem udowodnił, że nieodłączną cechą równań Einsteina jest także to, że w dalekiej przeszłości Wszechświat musiał być w podobnie ekstremalnym stanie, nieskończenie gęsty i gorący, jak środek czarnej dziury. Można by więc rzec, iż matematycznie dowiódł, że Wszechświat miał początek.

W swej nowej teorii, którą nazywa modelem – CCC, czyli cyklicznej kosmologii konformalnej – sir Penrose dokonuje jednak dramatycznego zwrotu. Twierdzi, że Wielki Wybuch był początkiem, ale tylko jednego z cykli Wszechświata, których zapewne jest nieskończenie wiele. Penrose nazywa te cykle eonami.

Szalona teoria Penrose’a

Co ta teoria mówi? Jak już wiadomo, przestrzeń kosmiczna zamiast spowalniać – zaczyna coraz szybciej się rozszerzać. Źródłem tego jest tajemnicza ciemna energia, o której wciąż mało wiemy. Jedno jest tylko coraz bardziej pewne – kosmos staje się coraz większy i zimniejszy, gromady galaktyk coraz bardziej samotne, a promieniowanie rozrzedzone. Wszystkie gwiazdy, w tym Słońce, z czasem wypalą się i ostygną. Cała materia stopniowo wpadnie do czarnych dziur, które też będą powoli znikały, gdyż – zgodnie z teorią Hawkinga – zamienią się w promieniowanie.

W końcu całą przestrzeń wypełni tylko ocean promieniowania, którego temperatura będzie się zbliżała do zera bezwzględnego.

To niezwykle odległa perspektywa, dzieli nas od niej niewyobrażalna liczba lat. – Ale czas nie ma tu żadnego znaczenia – mówi Penrose. – Bo dla promieniowania czas nie istnieje.

To jeden z zadziwiających wniosków teorii względności Einsteina. Im szybciej się poruszamy, tym bardziej nasz wewnętrzny zegar zwalnia. Dla poruszającego się z prędkością światła promieniowania – czas po prostu staje w miejscu. Zegar przestaje tykać. A ponieważ w tym odległym kosmosie, oprócz promieniowania nie będzie nic innego, nie będzie też czasu.

Wraz z czasem straci także sens pojęcie odległości – pamiętajmy, że nie będzie żadnych materialnych obiektów, a więc żadnego wzorca metra, a także zegara, który by odmierzał odległość pokonaną przez promień światła (tak jak dziś definiuje się jednostkę metra).

Ściślej rzecz biorąc, geometria przestrzeni kosmicznej nie będzie miała określonej skali. Cały monstrualnie wielki Wszechświat nagle straci miarę dla swojej wielkości. Prof. Penrose dowodzi, że rozdęty i wypełniony zimnym promieniowaniem kosmos stanie się w gruncie rzeczy bardzo podobny do tego, który istniał tuż po Wielkim Wybuchu, kiedy też dominowało promieniowanie, ale gorące. Różnica tkwi tylko w skali. Gdyby go nagle przeskalować, tj. sprasować tryliony razy, to z matematycznego punktu widzenia dostaniemy zupełnie to samo.

Naukowiec więc sugeruje, że rozszerzanie się kosmosu i wynikła z tego bezbrzeżna, zimna pustka mogą w dalekiej przyszłości przerodzić się w ponowny… Wielki Wybuch. I tak w koło będą przebiegały kolejne cykle, zwieńczone czy też zaczęte Wielkimi Wybuchami, zwane eonami.

To można sprawdzić!

– Zaletą mojej teorii jest to, że można ją potwierdzić albo obalić pewnymi obserwacjami – mówił dwa lata temu „Wyborczej”. – Jeśli będziemy analizować promieniowanie mikrofalowe tła, zgodnie z moją teorią powinniśmy w nim zaobserwować pewne sygnały.

Według Penrose’a w mikrofalowym promieniowaniu tła, tym szczątkowym promieniowaniu z niemowlęcego okresu Wszechświata, powinno zapisać się echo wielkich kataklizmów, np. zderzenia galaktyk, które wydarzyły się w poprzednim eonie przed Wielkim Wybuchem. Byłby to ślad fal grawitacyjnych, które rozchodzą się koncentrycznie od miejsca, w którym nastąpił taki kataklizm. W mikrofalowym szumie powinniśmy dostrzec koncentryczne pierścienie, dokładnie takie, jakie teraz znaleźli astrofizycy.

W ubiegły czwartek opowiadał o tym prof. Marek Abramowicz w warszawskim Centrum Nauki „Kopernik” na cotygodniowym wykładzie z cyklu „Drogi do rzeczywistości”. Prof. Abramowicz, który kieruje katedrą astrofizyki w Chalmers University of Technology w Göteborgu, przed każdym wykładem krótko relacjonuje, co nowego dzieje się w astrofizyce. Artykuł o znalezieniu kręgów na mikrofalowej mapie nieba uznał za najciekawszą z prac, jakie się ukazały w poprzednim tygodniu na świecie. – Ale wątpię w to, czy jej wnioski są prawdziwe – zaznaczył uczony.

Analizowanie mikrofalowej mapy nieba kryje w sobie pułapkę, o której także wspominają astrofizycy w cytowanej pracy. Mamy tylko jeden Wszechświat i jedną taką mapę. Wszelkie wzory, jakie na niej wykryjemy, mogą być po prostu przypadkiem – statystyczną fluktuacją. I jak na razie nie bardzo wiadomo, jak można rozstrzygnąć, czy kręgi są rzeczywiste, czy tylko statystyczną fatamorganą. Wprawdzie astrofizycy w swojej pracy wyliczają, że prawdopodobieństwo tego, że są one fluktuacją, wynosi mniej niż 5 proc., ale może akurat nasz Wszechświat należy do takich 5-procentowych wyjątków.

Niezależnie od tego, czy to prawda, fascynująca jest wizja, że możemy żyć teraz w jednym z kolejnych eonów, które wiecznie następują po sobie. Historia, jak wiadomo, lubi się powtarzać.

Zobacz także

polscyAstrofizycy

wyborcza.pl

 

„Cela ze stalowymi kratami i pedofilem dla Tuska” – za taki wpis pracownik naukowy KUL może stracić pracę

Oto wpis dra Janowskiego, za który może stracić pracę
Oto wpis dra Janowskiego, za który może stracić pracę Twitter/ Paweł Janowski

Dr Paweł Janowski z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego może stracić pracę. Wszystko przez to, że w czasie obowiązywania ciszy wyborczej opublikował na swoim Twitterze niewybredny wpis, dotyczący Donalda Tuska. Władze uczelni są zaskoczone.

„Wyszykujemy Tuskowi celę ze stalowymi kratami i pedofilem do towarzystwa” – napisał w sobotę 24 października na swoim Twitterze dr Paweł Janowski – historyk, teolog, pracownik naukowy KUL.

Niewybredny post był jednym z głosów w dyskusji, dotyczącej tego, co może się zmienić w Polsce po wyborach parlamentarnych. Wpis szybko został wychwycony przez dziennikarzy i przekazany władzom uczelni.

– Jesteśmy zaskoczeni zarówno formą, jak i treścią opublikowanych komentarzy, które w naszej ocenie są niedopuszczalne, a zachowanie ich autora w tym zakresie naganne. Jest nam bardzo przykro, że autorem tych komentarzy jest pracownik naszego uniwersytetu – mówi „Gazecie Wyborczej” Lidia Jaskuła, rzecznik prasowy KUL.

Sam dr Janowski swój kontrowersyjny wpis szybko usunął i również na swoim Twitterze przeprosił wszystkich, którzy poczuli się dotknięci postem. Jak wyjaśniał były to sformułowania „umieszczone w trakcie spontanicznej i emocjonalnej rozmowy z innymi twitterowiczami”.

wzwiązkuZ
wzwiązkuz1

Obecnie sprawę dra Janowskiego rozpatruje rzecznik dyscyplinarny uczelni, który może wydać decyzję o umorzeniu postępowania, bądź przekazać je wyżej – do komisji dyscyplinarnej, która wydaje ostateczną decyzję. Najlżejszą karą dyscyplinarną przewidzianą przez ustawę jest upomnienie, zaś najcięższą pozbawienie prawa do wykonywana zawodu nauczyciela akademickiego na stałe.

Przypomnijmy, że to nie pierwszy raz gdy wpisy w internecie mogą skutkować realnymi konsekwencjami w prawdziwym świecie. 2 miesiące temu głośno było o sprawie bibliotekarki z Tomaszowic, która za swój antyimigrancki wpis straciła pracę.

Źródło: Gazeta Wyborcza

 

naTemat.plcelaZeStalowymi

Reklamy

%d blogerów lubi to: