Aborcja, 13.11.2015

 

PiS rozwala speckomisję

Wojciech Czuchnowski, 13.11.2015
Bez niezależnej komisji nie będzie komu kontrolować działań Antoniego Macierewicza czy Mariusza Kamińskiego

Bez niezależnej komisji nie będzie komu kontrolować działań Antoniego Macierewicza czy Mariusza Kamińskiego(Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Sejmowa komisja ds. służb specjalnych byłaby jedynym organem zdolnym jeszcze kontrolować Macierewicza, Ziobrę i Kamińskiego. Już nie będzie. Nowa władza chce, by ci polityczni awanturnicy mieli pełną swobodę w kierowaniu aparatem przymusu
Przez całe lata sejmowa komisja ds. służb specjalnych była ważnym elementem chroniącym demokrację. W czasach rządów SLD speckomisja wykryła nadużycia ABW i prokuratury w aferze Orlenu. Za rządu PiS, Samoobrony i LPR to właśnie przed tą komisją udało się ujawnić przypadki nielegalnej inwigilacji opozycji oraz mediów. Również przez osiem lat rządów PO-PSL komisja często zabierała głos w sprawie nadużyć w służbach, skutecznie domagając się np. ograniczenia uprawnień do śledzenia obywateli.

Było to możliwe, bo przez cały ten okres w komisji reprezentowane były wszystkie siły polityczne w Sejmie, a półroczna rotacja na stanowisku przewodniczącego gwarantowała, że co jakiś czas na czele komisji stawał ktoś z opozycji.

Ten zdrowy mechanizm rozwala teraz PiS. Nie tylko bierze w komisji większość, ale ogranicza liczbę jej członków, wyrzuca jeden z opozycyjnych klubów, a przede wszystkim zrywa z zasadą wymiany przewodniczącego.

W tej sprawie nie chodzi o zwykłą polityczną pazerność, o to, że PiS ma wszystko, ale chce jeszcze więcej, bo mu wolno. Nie jest przypadkiem, że na pierwszy ogień idzie właśnie komisja ds. służb specjalnych. To jedyny organ, który może jeszcze kontrolować Macierewicza, Ziobrę i Kamińskiego, politycznych awanturników nominowanych przez PiS na stanowiska w wojsku, prokuraturze i służbach. Nowa władza chce, by mieli oni pełną swobodę w kierowaniu aparatem przymusu. By mogli do woli podsłuchiwać, stosować prowokacje i na wszystkie sposoby ścigać przeciwników jedynie słusznej partii.

Skok na speckomisję to tylko przedsmak tego, co państwo Jarosława Kaczyńskiego szykuje nam w najbliższych latach.

Zobacz także

taKomisja

wyborcza.pl

 

IV konferencja smoleńska w sobotę. „Unieważnić raport Millera”. Co zrobi Macierewicz?

Agnieszka Kublik, rim, 13.11.2015
Nowy raport ma udowodnić, że w Smoleńsku miał miejsce zamach. A Antoni Macierewicz może unieważnić raport Jerzego Millera

Nowy raport ma udowodnić, że w Smoleńsku miał miejsce zamach. A Antoni Macierewicz może unieważnić raport Jerzego Millera (fot. Jakub Ocierpa / Agencja Gazeta)

Przyczyną katastrofy samolotu Tu -154 M w Smoleńsku mogły być tylko wybuchy około 35 metrów nad ziemią – pisze pięciu naukowców, uczestników konferencji smoleńskich w raporcie „Co wiemy o przyczynach Katastrofy Smoleńskiej”. I chcą unieważnienia raportu rządowej komisji Jerzego Millera. A mógłby to zrobić przyszły szef MON Antoni Macierewicz
Tych pięciu naukowców to: prof. dr hab. Włodzimierz Klonowski, dr n. matem. Ryszard Kopiecki, emer. prof. zw. dr hab. inż. Jan B. Obrębski, dr hab. inż. emer. prof. Politechniki Warszawskiej Jan Pawlikowski , prof. zw. dr hab. inż., Jacek Rońda.

Żaden z nich nie jest specjalistą od wypadków lotniczych, żaden z nich nigdy nie miał dostępu do wraku czy czarnych skrzynek. Prof. Rońda zasłynął za to z tego, że podczas rozmowy w TVP wyjął dokument mający świadczyć, że załoga tupolewa nigdy nie zniżyła się poniżej bezpiecznej wysokości 100 m (czarne skrzynki zarejestrowały, że nawigator odliczał pułap do 20 m). Nie chciał go jednak przekazać dziennikarzowi, a potem w Telewizji Trwam sam przyznał, że to był blef i że nigdy takiego dokumentu nie było.

Jak Macierewicz mógłby wznowić prace

Ich tekst publikuje niezależna.pl pod tytułem: „TYLKO U NAS – nowy smoleński raport polskich naukowców: to był zamach”. Czyni to w przeddzień IV Konferencji Smoleńskiej.

Motto raportu brzmi „Dajmy świadectwo prawdzie”. To aluzja do badania przyczyn tej katastrofy – naukowcy związani z konferencjami smoleńskimi od lat dowodzą, że raport rządowej komisji Jerzego Millera, która badała przyczyny katastrofy, fałszywie przedstawił jej przebieg.

Piątka autorów pisze wprost w podsumowaniu, że „wyniki badań Konferencji Smoleńskich wskazują, że przyczyną katastrofy samolotu Tu -154 M mogły być tylko wybuchy wewnątrz konstrukcji”. Ich zdaniem „stwierdzenia podane w Raporcie Komisji Millera nie znajdują potwierdzenia faktycznego i naukowego”. Zapowiadają „konieczność podjęcia kroków prawnych w celu unieważnienia Raportu Komisji Millera”. I ustalenie prawdziwych przyczyn: „wskazane jest prowadzenie dalszych badań, w celu wyjaśnienia wszystkich okoliczności katastrofy. W świetle dotychczasowych ustaleń Konferencji Smoleńskich nie ma przesłanek naukowych i faktycznych, aby wyniki takich badań podważyły stwierdzenie, że przyczyną katastrofy samolotu Tu-104 M były wybuchy w powietrzu”.

Pytamy prof. Marka Żylicza, eksperta międzynarodowego prawa lotniczego i członka komisji Millera, jak można unieważnić raport Millera. – Nie ma takiej możliwości, prawo unieważnienia raportu o przyczynach katastrofy nie przewiduje. Można tylko prace Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego wznowić, gdy pojawią się nowe fakty, nowe dowody ważne dla ustalania przyczyn katastrofy – mówi prof. Żylicz

Kto może doprowadzić do wznowienia prac? – KBWLLP podlega ministrowi obrony narodowej.

Czyli przyszły szef MON Antoni Macierewicz będzie mógł wznowić prace komisji? – Nie, nie może szefowi Komisji wydać takiego polecenia, bo Komisja jest funkcjonalnie niezależna od władzy. Ale może go do tego zachęcić. Albo nawet zmusić, przedstawiając mu nowe dowody, bo w takiej sytuacji szef Komisji powinien wznowić prace.

Czy może nimi być np. raport z IV konferencji smoleńskiej? – Tak, jeżeli zostaną tam przedstawione nowe dowody.

>> Prof. Żylicz: PiS brnie w fałsz smoleński. Powoła nową komisję z własnymi ekspertami

„Raport Millera sprzeczny z zasadami fizyki”

Autorzy raportu stwierdzają, że „jednym z głównych, w chwili obecnej, źródeł informacji na temat różnych aspektów wyjaśnienia przyczyn katastrofy są referaty przedstawione na trzech Konferencjach Smoleńskich”. I dodają, że „żaden z referatów nie spotkał się z merytoryczną krytyką”. Należy to chyba tak rozumieć, że krytyka, która je spotkała, a było jej sporo, nie była „merytoryczna”.

Sami natomiast ostro atakują raport komisji Millera: „przeważająca część Raportu Komisji Millera poświęcona jest arbitralnej ocenie procedur przygotowania i przebiegu lotu oraz sylwetek psychologicznych pilotów itd., podczas gdy zagadnieniom technicznym, najważniejszym dla odtworzenia przyczyn katastrofy i wniosków końcowych poświęcono tylko znikomą uwagę”.

Autorom raportu Millera zarzucają m.in. „pominięcie i niejednokrotnie błędna interpretacja całego szeregu danych, wykresów i analiz przedstawionych”. I stwierdzają, że „ustalenia przyjęte w Raporcie Komisji Millera nie znajdują potwierdzenia naukowego i faktycznego. Są one sprzeczne z zasadami fizyki, mechaniki lotu i mechaniki zniszczenia”.

Przypominają zdarzenia omawiane wiele razy – np. rozrzucenie szczątków samolotu czy złamaną brzozę, jako dowody na wybuch. W sprawie brzozy pojawia się nowy szczegół – że „sposób zniszczenia wskazuje na zniszczenie charakterystyczne dla wiatrołomów a nie ścięcie skrzydłem samolotu”.

Twierdzą wreszcie, że „nie ma dowodów na to, że w kabinie pilotów w czasie podchodzenia do lądowania były inne osoby”.

Z prac komisji Millera i wojskowych śledczych wynika, że nic nie potwierdza tezy o wybuchu: na żadnym z ekshumowanych ciał biegli nie znaleźli śladów charakterystycznych dla eksplozji (nie było m.in. uszkodzeń błony bębenkowej, czyli nagle nie skoczyło ciśnienie atmosferyczne; gdyby był wybuch, musiałoby wzrosnąć). Gdyby coś na pokładzie eksplodowało, towarzyszyłaby też temu fala cieplna o temperaturze ok. 3 tys. st. C. Nie ma śladów, że temperatura wzrosła. Nie znaleziono też śladów materiałów wybuchowych, ani na ciałach ofiar, ani na wraku. A zapisy z odnalezionych trzech skrzynek są identyczne, żadna nie zarejestrowała wybuchu.

Prokuratura przypomina: to nie był zamach

10 listopada Naczelna Prokuratura Wojskowa opublikowała komunikat podsumowujący ostateczne ustalenia biegłych. Potwierdzili, że zamachu nie było, a do katastrofy doszło, ponieważ samolot leciał za szybko, za nisko, w gęstej mgle, bez kontaktu wzrokowego załogi z ziemią. A brzoza nie była przyczyną katastrofy, zderzenie z nią to był skutkiem tego, że samolot leciał zbyt nisko. Winią za spowodowanie katastrofy członków polskiej załogi i rosyjskich kontrolerów.

Autorzy raportu „Co wiemy o przyczynach Katastrofy Smoleńskiej” zaatakowali też media: „Przekazy medialne, wspierające wersję przyczyny katastrofy wg Raportu Komisji Millera, bez komentarzy kompetentnych specjalistów, mogą być traktowane tylko jako próby wprowadzania w błąd opinii publicznej z pominięciem debaty merytorycznej. Jest to przykład bolesnej dla obywateli arogancji, ignorancji i bezkarności w operowaniu nieprawdziwymi argumentami, akceptowania bezczynności władz oraz często lekceważącego stosunku do Ofiar tej wielkiej tragedii narodowej”.

Zobacz także

4kONferencjasmoleńska

wyborcza.pl

 

Kapelusz Tuska za duży dla Kopacz

Wojciech Szacki, 12.11.2015

Ewa Kopacz to czas przeszły dokonany. Nie może być liderem opozycji ktoś, kto nie umie wygrać rozgrywki o przywództwo klubu z własnym wiceministrem; ktoś, kto nie wykazał się elementarnym choćby instynktem politycznym.

Kopacz nie przegrała przecież dlatego, że jeden z jej zwolenników zatrzasnął się w toalecie, przegrała na tyle wyraźnie, że można mówić o klęsce. Nie powinna w ogóle stawać do walki o szefostwo klubu, gdy wynik tej potyczki był niepewny.

Kopacz wciąż nie przeszła żadnego testu wyborczego we własnej partii – wszystko co ma, dostała od Donalda Tuska. Jego kapelusz spadł jej na buty.

Dla Platformy zaczyna się czas walki o przywództwo. Byłoby dla niej najlepiej, gdyby zaczęła się od dołu, od kół, powiatów i regionów, bo partia potrzebuje wstrząsu. W strupieszałe struktury – jak słusznie pisali w Polityce Mariusz Janicki i Wiesław Władyka – musi wstąpić nowy duch. Inaczej o żadnej rywalizacji z PiS mowy być nie może. Za cenę kilku miesięcy konfliktów może się wówczas wykuć układ sił na resztę kadencji, a przyszły lider będzie silniejszy, bo jego pozycja będzie budowana od fundamentów.

Z kolei szybkie wybory lidera i pozostawienie reszty partii w obecnym stadium grożą konfliktami bardziej długotrwałymi i groźniejszymi dla całej formacji.

szacki.blog.polityka.pl

 

Schetyna nigdy nie był tak blisko przejęcia PO

Renata Grochal, 13.11.2015

Ewa Kopacz kontra Grzegorz Schetyna? To prawdopodobne

Ewa Kopacz kontra Grzegorz Schetyna? To prawdopodobne (Fot. Jan Rusek / Agencja Gazeta)

Premier Ewa Kopacz ogłosiła w piątek, że nie będzie kandydować na stanowisko szefa PO. Największe szanse, by przejąć przywództwo w partii ma Grzegorz Schetyna.

Kopacz ogłosiła decyzję na zamkniętym posiedzeniu Rady Krajowej PO, dzień po przegranych wyborach na szefa klubu parlamentarnego Platformy. Rada, w skład której wchodzą parlamentarzyści i działacze z terenu, zebrała się, by ustalić kalendarz wyboru przewodniczącego Platformy.

Według relacji uczestników posiedzenia, Kopacz podziękowała za rok pracy i dodała, że teraz przyszedł czas nowych wyzwań dla PO.

– Premier tłumaczyła się ze swojego przemówienia inaugurującego nową kadencję Sejmu, które było mocno krytykowane, nie tylko przez opozycję, ale także w partii. Mówiła, że chociaż słyszała opinie, że jej wystąpienie było zbyt ostre, to jest przekonana, że to była cała prawda o tym, co nas czeka pod rządami PiS – opowiada uczestnik posiedzenia. Dodaje, że Kopacz przywołała projekt PiS dotyczący unieważnienia wyboru do Trybunału Konstytucyjnego pięciu sędziów, który właśnie został złożony w Sejmie.

Po wystąpieniu Kopacz głos zabrało kilku jej zwolenników, m.in. wicemarszałek Senatu Bogdan Borusewicz. Bronił Kopacz, mówiąc, że bardzo ciężko pracowała w kampanii. Winą za przegrane wybory parlamentarne i wybory prezydenckie obarczył regionalnych baronów, którzy pozwolili, by struktury terenowe nie pracowały w kampanii. Borusewicz mówił, że powinny się odbyć wybory nowych władz w regionach, ale – jak dodał – zdaje sobie sprawę, że tak nie będzie, bo baronowie są temu przeciwni. Ewy Kopacz broniła także gdańska posłanka PO Agnieszka Pomaska.

Z kolei szef wielkopolskiej Platformy Rafał Grupiński, zwolennik Grzegorza Schetyny, wzywał, by Platforma łączyła siły, bo dziś zagrożeniem dla Polski jest PiS i ograniczanie wolności obywatelskich przez tę partię – opowiada inny uczestnik rady krajowej.

Nastroje próbowała także łagodzić wicemarszałek Sejmu Małgorzata Kidawa-Błońska, która wzywała do jedności PO, co przez niektórych zostało odebrane jako zapowiedź, że może ona wystartować na szefową partii. Ewa Kopacz mówiła po posiedzeniu, że jej nadrzędnym celem było utrzymanie jedności Platformy.

Na razie start w wyborach na przewodniczącego zadeklarowało dwóch kandydatów – ustępujący szef MSZ Grzegorz Schetyna i minister sprawiedliwości Borys Budka. Schetyna nigdy nie był tak bliski przejęcia partii. Po wycofaniu się Kopacz, to on jest faworytem partyjnego aparatu. Baronom podoba się to, że Schetyna powtarza, że PO powinna być zarządzana w sposób bardziej kolegialny. Jednak przewodniczący partii jest wybierany w wyborach powszechnych, czyli głosowaniu wszystkich członków partii.

Także ustępujący szef MON Tomasz Siemoniak zadeklarował po posiedzeniu rady krajowej, że poważnie rozważa start w wyborach na przewodniczącego. Wcześniej Siemoniak mówił, że jeśli Kopacz nie wystartuje, to on jest gotów kandydować. – Na pewno w ciągu najbliższego czasu podejmę decyzję – powiedział Siemoniak. Według naszych źródeł kandydaturę Siemoniaka wspiera Donald Tusk, chociaż czwartkowa porażka Kopacz jest dowodem, że ma on coraz mniejszy wpływ na partię.

– Siemoniak to koło ratunkowe Tuska, żeby nie stracić kontroli nad partią – mówi polityk PO. Dodaje, że jeśli szefem Platformy zostanie Schetyna, którego Tusk marginalizował, to jego ewentualny powrót do PO – po zakończeniu pracy na stanowisku szefa Rady Europejskiej – może być utrudniony.

Według przyjętego kalendarza wyborów, do 30 listopada członkowie PO mogą zgłaszać kandydatów na przewodniczącego Platformy wraz z wymaganą liczbą 10 podpisów członków Rady Krajowej. Do 20 grudnia członkowie partii mają otrzymać pakiety wyborcze, a dzień później rozpocząć się głosowanie korespondencyjne (być może także internetowe). Wyniki głosowania mają być ogłoszone 24 stycznia. Gdyby konieczne było przeprowadzenie drugiej tury wyborów, ogłoszenie wyników nastąpi 12 marca.

Zobacz także

KULISYrADYkrajowejPO

kopaczKomentuje

wyborcza.pl

PiS dorżnął ludowców. A opozycja to potulnie przełknęła

Krystyna Naszkowska, 13.11.2015

Szef klubu PSL Władysław Kosiniak-Kamysz podczas przemówienia na inauguracyjnym posiedzeniu Sejmu VIII kadencji. W tle posłowie PiS z prezesem partii Jarosławem Kaczyńskim

Szef klubu PSL Władysław Kosiniak-Kamysz podczas przemówienia na inauguracyjnym posiedzeniu Sejmu VIII kadencji. W tle posłowie PiS z prezesem partii Jarosławem Kaczyńskim (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Prawo i Sprawiedliwość wbrew swoim zapowiedziom o nowym, demokratycznym ładzie, jaki zamierza w Polsce wprowadzić, wbrew hasłom o szanowaniu opozycji robi coś wręcz przeciwnego. I to już pierwszego dnia, w którym przejęło władzę ustawodawczą.

Oto PiS postanowił dorżnąć ludowców i ich marginalny klub jeszcze bardziej zmarginalizować, nie dając mu miejsca w prezydium. Trudno właściwie zrozumieć dlaczego, bo przecież nie z powodu oszczędzania parlamentowi wydatków, skoro jednocześnie dodaje sobie dodatkowego wicemarszałka Senatu. Mówienie o oszczędnościach to mydlenie oczu, i to mocno nieudolne. Wyraźnie upojony pełnią zdobytej władzy PiS postanowił pokazać, kto teraz w kraju rządzi, a na pierwszy ogień wybrał ludowców, jako najsłabsze ogniwo w Sejmie. Upokorzył więc PSL, a reszta polityków partii opozycyjnych spokojnie to przełknęła.

To wielki i niezrozumiały błąd Platformy i Nowoczesnej, bo ugrupowanie Kukiza do opozycji trudno zaliczyć. Błąd, za który już płacą, bo tracą wizerunek partii stojących na straży demokracji i dobrych, parlamentarnych obyczajów. Źle to wróży na przyszłość.

To, co się stało, trudno wytłumaczyć inaczej niż jakąś niesłychaną krótkowzrocznością polityków. Platforma kompletnie straciła polityczne wyczucie. Zajęta sama sobą, wyborem szefa klubu i rozgrywkami personalnymi, nie pomyślała, że właśnie zdaje test z solidarności i mądrości. W tym Sejmie, zdominowanym przez jedną partię, opozycja powinna jak nigdy trzymać się razem, bronić słabszych i reagować na każdy przejaw autorytaryzmu.

PSL jest słabszy, a jako wierny przez osiem lat współkoalicjant PO zasługiwał na więcej uwagi i przyzwoitości ze strony Platformy.

Politycy naprawdę mogą zachowywać się przyzwoicie. W tym wypadku jasno granice określił Stefan Niesiołowski. Kiedy rozeszły się pierwsze pogłoski o możliwym wyrzuceniem poza nawias Prezydium Sejmu klubów PSL i Nowoczesnej, apelował o solidarny bojkot wyborów na wicemarszałków. To byłby nie tylko ładny gest wobec słabego dziś PSL. To byłby gest pokazujący wyborcom, że nie ma zgody na ciche łamanie demokracji, na ciche wprowadzanie autorytarnych rządów. A to właśnie już dzieje się na naszych oczach. Przecież właśnie przed tym ostrzegała na tym samym sejmowym posiedzeniu Ewa Kopacz. Jej słowa żałośnie harmonizowały ze zgodą PO na ustalony przez PiS skład prezydium.

Równie mało zrozumiała jest postawa Ryszarda Petru i jego ugrupowania. Lider Nowoczesnej tak się chyba koncentruje na odbieraniu elektoratu Platformie, że zabrakło mu czasu na przejmowanie się losem ludowców. A przecież właśnie Nowoczesna powinna okazać ludowcom najwięcej empatii, wszak do ostatniej niemal chwili ważyły się losy ich wicemarszałka, też miała stracić miejsce w prezydium. Ocaliła go zapewne dzięki Jarosławowi Kaczyńskiemu, który uznał, że nie ma co otwierać naraz zbyt wielu frontów walki. Spokojnie, na Petru przyjdzie czas później, na razie wykończymy PSL.

Co takiego zrobił nowy klub PSL, że zasłużył sobie na całkowitą samotność w trudnej dla siebie chwili? Obrzydliwa jest ta postawa całkowitej obojętności na innych, braku solidarności, a także zrozumienia sytuacji politycznej, na którą właśnie daliście przyzwolenie. Można było oręż PiS obrócić przeciwko tej partii, bojkotując wybór Prezydium Sejmu, ośmieszyć władcze zapędy Prawa i Sprawiedliwości i podbudować swój wizerunek partii demokratycznych, a nie potulnie wziąć udział w grze narzuconej przez prezesa Kaczyńskiego.

Głupota i wstyd, panowie i panie z opozycji!

Zobacz także

piSDorżnałLudowców

wyborcza.pl

 

PiS zmienia ustawę o Trybunale Konstytucyjnym. Eksperci: to droga do totalitaryzmu

piSZmieniaUstawę!
Michał Wilgocki, Ewa Siedlecka, 13.11.2015

Prof. Andrzej Zoll

Prof. Andrzej Zoll (Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)

– To pójście śladem Białorusi. Podobnie zrobiono w Kazachstanie czy Azerbejdżanie. Próbujemy teraz iść taką przerażającą drogą – tak o projekcie ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, zgłoszonym wczoraj w nocy przez PiS mówi prof. Andrzej Zoll, były prezes TK. Po południu przedstawiciel wnioskodawców ogłosił, że projekt zostanie wycofany. Ale tylko po to, by wprowadzić drobne poprawki.

Jak dowiedzieliśmy się około 15.00, PiS wycofał nowelizację ustawy o Trybunale Konstytucyjnym z Sejmu. Stanisław Piotrowicz, przedstawiciel wnioskodawców powiedział „Wyborczej”, że „projekt powinien być dopracowany”. Na pytanie, czy to oznacza, że PiS może się wycofać z pomysłu unieważnienia wyboru do Trybunału pięciu sędziów przez poprzedni Sejm odpowiedział jednak niejasno: „To czas pokaże”. Jaki czas? – Może będzie to wiadomo w przyszłym tygodniu.

Nieco więcej mówi szef klubu PiS Ryszard Terlecki. – Wycofaliśmy projekt. Wprowadzimy drobne poprawki techniczne. Te poprawki nie zmienią meritum projektu.

Prezydent nie zaprzysiągł sędziów, PiS chciał wybrać nowych

Trybunał Konstytucyjny składa się z 15 sędziów, wybieranych na 9-letnie kadencje. 6 listopada upłynęła kadencja trojga z nich. W grudniu – dwojga kolejnych. Ich następców wybrał jeszcze poprzedni Sejm, ale prezydent Andrzej Duda do tej pory ich nie zaprzysiągł.

– W państwie o ugruntowanej demokracji ten ciąg wydarzeń nie powinien mieć miejsca – kwituje prof. Ewa Łętowska, sędzia TK w latach 2002-2011, a także była rzecznik praw obywatelskich.

W czwartek wieczorem PiS złożył własny projekt ustawy o Trybunale, który unieważnia tamten wybór. Nowego ma dokonać parlament, w którym PiS ma większość. Nowa ustawa zakłada także, że w dniu jej wejścia w życie wygasa kadencja prezesa TK, prof. Andrzeja Rzeplińskiego, a 45 dni później – wiceprezesa prof. Stanisława Biernata.

Prof. Rzepliński: Byliśmy bardzo mocnym sądem. W ciągu jednego dnia ma się to zmienić

O komentarz poprosiliśmy prof. Rzeplińskiego:

– Ta propozycja jest sprzeczna z art. 173. konstytucji, który mówi, że „Sądy i Trybunały są władzą odrębną i niezależną od innych władz”. Jest również niezgodna z prawem unijnym W tym projekcie chodzi o zmianę systemu konstytucyjnego, wprowadzenie mechanizmów, które będą trwale osłabiały Trybunał od zewnątrz. Chodzi tu również o trwał uzależnienie Trybunału od prezydenta poprzez instytucje prezesa i wiceprezesa – mówi „Wyborczej”

– Pomysł polega również na wprowadzeniu ustawicznej nieufności sędziów wobec siebie. Za mojej bytności w Trybunale Konstytucyjnym sędziowie orzekali poza polityką. Był to sąd, w którym nie miało znaczenia, kto z którego Sejmu został wybrany. Sędziowie różnili się od siebie, wygłaszali zdania odrębne, ale one były wygłaszane w poprzek podziałów politycznych – dodaje. – W relacji do innych sądów konstytucyjnych na Zachodzie miałem poczucie, że jesteśmy sądem, bardzo mocnym partnerem tych największych sądów, które nadają ton. Nagle w ciągu jednego dnia to wszystko ma się odmienić – kończy prof. Rzepliński.

Prof. Zoll: To zamach na demokrację

Dużo ostrzej pomysł PiS krytykuje prof. Andrzej Zoll, prezes TK w latach 1993-1997:

– Za pomocą ustawy nie można unieważnić wyborów dokonanych przez Sejm. Takie wsteczne unieważnienie to pójście śladem Białorusi. W latach 90. prezydent Łukaszenka też tak zmienił ustawę, żeby wprowadzić do Trybunału Konstytucyjnego na Białorusi swoich sędziów. Podobnie zrobiono w Kazachstanie czy Azerbejdżanie. Próbujemy iść taką drogą, to przerażające. Prowadzi to do dyktatury! To jest najprostsza droga do totalitaryzmu! – mówi prof. Zoll.

I dodaje: – To samo zrobił Orban na Węgrzech. Węgierski Trybunał Konstytucyjny był bardzo silny. Zostało sprowadzony do zupełnie nieistotnego organu. To zamach na demokrację. Jeżeli PiS nie cofnie tego projektu, będziemy napiętnowani przez opinię międzynarodową. W obronie naszego Trybunału stanie na pewno Komisja Wenecka. To jest bardzo niebezpieczna gra, w którą chce grać Prawo i Sprawiedliwość.

Ale przyznaje również, że Platforma Obywatelska mogła zostawić wybór dwojga sędziów nowemu parlamentowi. Chodzi o tych, których kadencje kończą się w grudniu.

– Platforma przesadziła. Niewątpliwie wyboru trzech sędziów powinien dokonać stary Sejm, ale pozostałą dwójkę należało odpuścić. Byłaby pewna zwłoka z wyborem ich przez nowy Sejm, ale byłoby bardziej zgodne z zasadami kultury parlamentarnej – mówi prof. Zoll.

Nowy projekt ustawy PiS może zostać przyjęty bardzo szybko. Dlaczego?

– Bo PiS chce jak najszybciej opanować Trybunał. Jeżeli nie uda się zmienić konstytucji, to może chcieć uchwalać ustawy niezgodne z ustawą zasadniczą i tylko Trybunał Konstytucyjny stałby na przeszkodzie. A ten, opanowany przez PiS, nie będzie oponował – kwituje prof. Zoll.

Zobacz także

piSZmieniaUstawę

wyborcza.pl

Łudziliście się, że Duda będzie niezależnym prezydentem? Dziś pokazał, jak jest naprawdę

Aneta Bańkowska, 13.11.2015
To miał być dzień Beaty Szydło – dzień, w którym kandydatka PiS wreszcie obejmie funkcję premiera. Ale prezydent laudacją na cześć Jarosława Kaczyńskiego sprawił, że Szydło została zepchnięta na drugi plan – zresztą nie po raz pierwszy. I chyba ostatecznie udowodnił, kto tak naprawdę będzie sprawował władzę w Polsce.

Jarosław Kaczyński i Andrzej Duda w Pałacu Prezydenckim

Jarosław Kaczyński i Andrzej Duda w Pałacu Prezydenckim (Fot. Sławomir Kamiński/ Agencja Gazeta)

 

Pałac Prezydencki, godz. 13. Za moment nową prezes Rady Ministrów zostanie Beata Szydło. – To ważna i niezwykła chwila – zapowiada prezydent. Ale w jego słowach dla nowej premier nie znajdzie się wiele miejsca.

Przede wszystkim chcę pogratulować i złożyć wyrazy szacunku i podziwu panu premierowi Jarosławowi Kaczyńskiemu, prezesowi PiS (…). Każdy, kto z uwagą obserwuje scenę polityczną nie ma dzisiaj wątpliwości co do jednego: otóż z całą pewnością jest pan wielkim politykiem i wielkim strategiem. Ale ja muszę dodać jeszcze jedno: z całą pewnością jest pan także wielkim człowiekiem – podkreśla Andrzej Duda.

Duda do Kaczyńskiego: Świadectwa pana wielkości są jednoznaczne

– Podjął pan wielkie ryzyko, kiedy wraz z władzami PiS zdecydował pan, że ja będę kandydatem na prezydenta. A potem podjął pan kolejne ryzyko, wystawiając na kandydata na premiera panią Beatę Szydło. Trzeba wielkiej odwagi i determinacji; żeby czegoś takiego dokonać, trzeba być rzeczywiście wizjonerem – przekonywał Duda, by chwilę później powtórzyć: wszyscy w Polsce wiedzą, że pan jest liderem PiS.

Choć prezydent zauważył, że w Polsce są też ludzie, którzy nie zgadzają się z Kaczyńskim lub wręcz go nie lubią (sic!), zdaniem Dudy „zdecydowana większość Polaków” myśli tak, jak on. Dowód? – Świadectwa wielkości są jednoznaczne – zapewnił wzniośle gdzieś między słowami o pełni podziwu a kolejnymi gratulacjami dla prezesa.

Prezes skradł Szydło jej show

To, co Duda mówił o Szydło – że zna ją od lat, że pracowali w jednym regionie, że na rządzie będzie spoczywać teraz wielka odpowiedzialność – to wszystko nie ma znaczenia. Jeszcze nigdy żaden prezydent nie ukorzył się w ten sposób przed prezesem partii, z której pochodzi – ani chyba przed żadnym innym politykiem.

Choć PiS z Jarosławem Kaczyńskim na czele na każdym kroku powtarza, że zarówno Duda jak i Szydło są politykami całkowicie samodzielnymi, dzisiejsza uroczystość po raz kolejny udowodniła, że jest inaczej. To Kaczyński przemawiał pierwszy po ogłoszeniu wyników wyborów, to on w ustach prezydenta jest „wizjonerem” i „panem premierem” – podczas gdy Szydło pozostaje „drogą Beatą”.

Po tym, co dziś usłyszeliśmy, trudno spodziewać się, by któreś z nich było w stanie sprzeciwić się swojemu prezesowi. Zwłaszcza, że już w pierwszych słowach Duda przypomniał o swoim rodowodzie politycznym – a chwilę, w której władze objęło PiS, nazwał „niezwykłą” i „historyczną”.

prezydentZłożyłHołd

gazeta.pl

 

Hołd PiSki Dudy. Prezydent wreszcie może przestać udawać, że nie jest człowiekiem Kaczyńskiego w Pałacu

Andrzej Duda złożył hołd lenny Jarosławowi Kaczyńskiemu.
Andrzej Duda złożył hołd lenny Jarosławowi Kaczyńskiemu. Fot. S.Kamiński/AG

To miał być dzień Beaty Szydło, która w piątek 13. została desygnowana na premiera. Ale dla prezydenta Andrzeja Dudy najważniejszy tego dnia był Jarosław Kaczyński. – Jest pan wielkim politykiem, wielkim strategiem. Jest pan także wielkim człowiekiem – mówił. Żaden z prezydentów z takim uwielbieniem, czy wręcz ukorzeniem nie wypowiadał się o polityku jakiejkolwiek partii.

– Jest pan wielkim strategiem, bo podjął pan ogromne ryzyko, kiedy ostatecznie z władzami PiS zdecydował, że to ja będę kandydatem na prezydenta – mówił Andrzej Duda do Jarosława Kaczyńskiego, którego nieustannie tytułował „panem premierem”, choć kilka chwil wcześniej wręczył nominację na ten urząd Beacie Szydło.

Szydło na drugim planie
Ale nowa szefowa rządu była tego dnia na drugim planie. Na pierwszy Duda wysunął prezesa. – To było z jednej strony ryzyko polityczne – mówił o mianowaniu jego i Szydło do dwóch ważnych wyścigów wyborczych. – Trzeba i wielkiej odwagi, i determinacji, by czegoś takiego dokonać. Trzeba być wizjonerem – dodawał.

– Ale jest druga strona tego medalu. Wszyscy w Polsce wiedzą, że to pan jest liderem PiS. Trzeba być wielkim człowiekiem, wielkim patriotą, absolutnie przekonanym do realizacji swojej idei, budowy silnej Polski, idei którą ma PiS, żeby mimo oczywistych, jak u każdego człowieka własnych ambicji, oddać pałeczkę władzy w ręce ludzi, z którymi do tej pory pan blisko współpracował – mówił Andrzej Duda.

W cieniu prezesa
Mało? Prezydent postanowił pokłonić się jeszcze głębiej. – Jestem dla pana pełen podziwu, myślę nie tylko ja. Myślę, że tak uważa zdecydowana większość Polaków – perorował prezydent wyraźnie wzruszonym głosem. – Świadectwa wielkość są jednoznaczne – ocenił. – Z całego serca panu gratuluję tego zwycięstwa. Proszę o przekazanie moich gratulacji koleżankom i kolegom posłom i senatorom – zakończył Andrzej Duda.

Trudno sobie wyobrazić, aby po takich słowach prezydent był w stanie przeciwstawić się prezesowi w jakiejkolwiek sprawie. Jest po prostu jego człowiekiem w Pałacu Prezydenckim, tak jak wysyła się swoich ludzi do spółek, komisji sejmowych czy ministerstw. Duda po raz kolejny, ale pierwszy raz tak wyraźnie udowodnił, że jest prezydentem PiS i prezesa, a nie prezydentem wszystkich Polaków.

 

każdyKtoObserwuje

toCoZrobił

desygnacjaSzydło

naTemat.pl

 

Położna nie może odmówić aborcji, powołując się na klauzulę sumienia – uznał szwedzki sąd

Maciej Czarnecki, 13.11.2015

Badanie USG

Badanie USG (Fot. Agnieszka Sadowska/Agencja Gazeta)

Sąd okręgowy w Jönköping rozpatrywał skargę położnej, która z powodów religijnych odmówiła asystowania przy usuwaniu ciąży, więc nie dostała stałego kontraktu.

W 2013 roku 36-letnia wówczas kobieta była na stażu w szpitalu w Jönköping. Przełożeni zaoferowali jej pracę, ale gdy powiedziała, że jest chrześcijanką i wiara nie pozwala jej przykładać ręki do aborcji, cofnęli propozycję. W Szwecji czy Finlandii – inaczej niż w Polsce i wielu innych europejskich państwach – pracownicy służby zdrowia nie mogą odmówić takiego zabiegu, powołując się na swoje sumienie.

Mimo to położna podała samorząd do sądu, domagając się 280 tys. koron odszkodowania (prawie 130 tys. zł). Wcześniej bezskutecznie zabiegała o poparcie ombudsmana i szwedzkiego stowarzyszenia pracowników służby zdrowia. Rzecznik uznał, że nie była dyskryminowana, bo skreślono ją nie z uwagi na wiarę, ale dlatego, że nie była gotowa wykonywać swoich obowiązków.

Wiceprzewodnicząca stowarzyszenia Pia Arndorff oświadczyła: – Pacjent musi mieć jasność, jakiej opieki może oczekiwać – bez względu na to, kogo napotka.

Podobnie zawyrokował sąd. Uznał on, że asystowanie przy aborcji jest częścią obowiązków służbowych położnej. – Pomoże to uzmysłowić ludziom, że nie mogą wybierać sobie, których zadań się podejmą, a których nie. To nie szwedzki stół, tylko poważna praca – powiedziała szwedzkiemu radiu Catharina Zätterström z rady etyki stowarzyszenia położonych.

Zgodnie z wyrokiem kobieta ma ponieść koszty postępowania, które przekroczyły kwotę wnioskowanego odszkodowania. Wynoszą one 900 tys. koron. Zapewne pomogą jej organizacje katolickie ze Szwecji i Stanów Zjednoczonych, które zaangażowały się w sprawę. „Państwo musi szanować wiarę i moralne przekonania bez względu na to, jak je drażnią” – przekonywał Amerykański Sojusz w Obronie Wolności (ADF) w oświadczeniu opublikowanym po rozpoczęciu procesu.

Prawnik położnej zapowiedział apelację, a jeśli ta nie odniesie skutku – skierowanie sprawy do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.

W Szwecji dokonuje się 37-38 tys. aborcji rocznie. Są dostępne na żądanie do 18. tygodnia. Między 18. a 22. tygodniem potrzebna jest zgoda rządowej agencji ds. zdrowia i opieki społecznej.

Zobacz także

PołożnAnIEmOŻEodmówić

wyborcza.pl

Skąd ta agresja wobec Kopacz

Agnieszka Kublik, 13.11.2015

Ewa Kopacz przemawia podczas inauguracyjnego posiedzenia Sejmu VIII kadencji

Ewa Kopacz przemawia podczas inauguracyjnego posiedzenia Sejmu VIII kadencji (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Kopacz nikogo nie sponiewierała, nikomu nie ubliżyła, z nikogo nie szydziła. Ale uznano ją za agresywną.

Pożegnalne, czwartkowe wystąpienie premier Ewy Kopacz spotkała totalna krytyka. Z prawa i z lewa. Od polityków i publicystów.

Elżbieta Witek, PiS: „Była agresja. To jest właśnie twarz Platformy Obywatelskiej. My takiej twarzy się w parlamencie boimy. Szkoda, że na zakończenie tych ośmioletnich rządów i roku pełnienia tej misji Ewa Kopacz nie potrafiła się zdobyć na to, żeby po prostu podziękować, złożyć dymisję i z klasą zejść dziś ze sceny politycznej. W moim odczuciu, jak i posłów z innych partii Ewa Kopacz swoim wystąpieniem zniszczyła podniosłą atmosferę w parlamencie”.

Ryszard Petru, Nowoczesna: „Nie rozumiem, czemu było aż tak agresywne. Na tym tle przemówienie prezydenta Dudy to był sympatyczny lajcik”.

Małgorzata Wassermann, PiS: „Jestem zażenowana poziomem tego wystąpienia, jestem zaskoczona, że odchodzącej premier nie było stać na jakieś konstruktywne słowa chociaż w takim dniu jak dziś”.

Małgorzata Gosiewska, PiS: „Można się było tego spodziewać – pani premier zaprezentowała tymi słowami jeszcze raz wszystko to, co reprezentował jej rząd przez osiem lat; ignorancję i kompletny brak zrozumienia tego, co się stało i dlaczego się stało”.

Jacek Żakowski: „Słowa Ewy Kopacz zabrzmiały jak zły sen przypominający najgorsze chwile wojny polsko-polskiej od lat toczonej przez PiS i PO. Jeszcze raz mieliśmy więc okazję przekonać się, że PO przegrała te wybory nie dlatego, że popełniła jakieś zasadnicze błędy w zarządzaniu państwem, co szło jej ogólnie dobrze, ale dlatego, że jej najważniejsi liderzy z panią premier na czele, stracili polityczny słuch, poczucie rytmu i wyczucie chwili”.

Komentarz Niezaleznej.pl, portalu propisowskiej „Gazety Polskiej”: „Jej wystąpienie było na tym samym poziomie co rządy ekipy PO-PSL. Czyli żałosnym, bo nawet w tak szczególnym dniu nie wyzbyła się złośliwości pod adresem PiS i osobistych »wycieczek «. Tuż po rozpoczęciu pierwszego posiedzenia Sejmu VIII kadencji prezydent Andrzej Duda apelował o kulturalny język debaty publicznej. Po dwóch godzinach na mównicę wyszła jednak premier Ewa Kopacz. I wygłosiła przemówienie na żenującym poziomie”.

Co takiego powiedziała odchodząca pani premier? Że „demokracja na tym polega, że co jakiś czas następuje zmiana władzy”. Że „wynik wyborów szanujemy”. Że „życzy nowej władzy powodzenia” i by „zrobiła wszystko lepiej niż PO”, by „nie zaprzepaściła stabilności finansów publicznych”.

Przypomniała niektóre sukcesy ośmiu lat rządów PO, np. że „kiedy w 2005 r. przyjęliście władzę, było 371 żłobków. Kiedy ją oddawaliście, było 373. Przybyło ich raptem dwa. Teraz mamy 1,8 tys. Wydatki na ochronę zdrowia w 2007 r. wynosiły 40 mld zł, a w tym roku to ponad 66 mld zł. Pensja minimalna w 2007 r. wynosiła 900 zł. My ją prawie podwoiliśmy”.

Zapowiedziała, że PO „nie będzie totalną opozycją”, jaką był PiS, bo „nie będziemy mówić, że Polska przestała być Polską”. Ale „zapamiętaliśmy każdą waszą obietnicę i z każdego słowa was rozliczymy”.

Wytknęła Kaczyńskiemu i Szydło, że wbrew ich przedwyborczym zapewnieniom to nie Gowin, ale Macierewicz został szefem MON: „Patrzę tu z całą sympatią na posła Macierewicza – mówiła – i powiem szczerze, nie jest to na pewno Jarosław Gowin”.

Wreszcie ostrzegła „przed niszczeniem fundamentów demokratycznego państwa”: „Jeśli będziecie niszczyć to, co budowali Polacy przez ostatnie ćwierć wieku, zrobimy wszystko, żeby was powstrzymać. Jeśli spróbujecie zlikwidować niezależność sądów, wolność osobistą, święte prawo własności; jeśli zamachniecie się na prawa kobiet, to bądźcie pewni, że nie będzie na to zgody. Nawet jeśli nas przegłosujecie, to na pewno nie uda wam się zniszczyć polskiej demokracji po cichu. Nie pozwolimy na to. Usłyszy o tym każdy Polak, każda Polka”.

Nie było żadnego obrażania, postponowania. Nikogo nie zgnoiła, nie lżyła. Z nikogo się nie naśmiewała, nie nabijała, nie naigrywała, nie ośmieszała. Nikomu nie ubliżała, nie wymyślała. Nikogo nie upodliła.

Nic z tych rzeczy, choć sama ich doświadczyła, np. całkiem niedawno, przy okazji rocznicowych obchodów „Solidarności” Piotr Duda, szef „S”, wysyłał ją do lekarza („Prosi się jednego Dudę, czyli prezydenta, żeby ją zaprosił na Radę Gabinetową. Drugiego Dudę prosi, żeby ją zaprosił na obchody. Ona ma jakieś problemy, niech się uda do psychologa, naprawdę”).

„Gazeta Polska” piórem swoich autorów tak pisała o szefowej rządu: „Chytra baba na światowych salonach”; „Ciotka od loda”; „Jest już tak naciągnięta za uszami, że z powodu skośnych oczu zaczyna przypominać Japonkę”; „Jest dramatycznie niewydolna intelektualnie, ograniczona umysłowo, płytka, a na szacunek zasługuje w takim samym albo mniejszym stopniu co wiejski głupek aspirujący do roli prezydenta” (Łukasz Warzecha).

I jeszcze: „Jakaś Kopacz zostaje premierem mojego kraju. Rządziły tu już takie kreatury jak Bierut czy Gomułka, więc i Kopacz się zmieści”; „Gminna maniera, przaśne, ubogie słownictwo, kurzy móżdżek”; „Jej tępa folwarczność sprawia, że Polak wstydzi się za swój kraj” (Witold Gadowski, Stefczyk.info).

„Czy nasza premier jest sexy? Nie wiadomo, ale o zewnętrzne walory stara się, jak może. W końcu jest szczupła, wcięta w talii, a teraz jeszcze ten lifting. I te wybałuszone oczy, a za uszami poorana czacha”. To z kolei Stefan Truszczyński na portalu Wpolityce.pl pro-Kaczyńskich braci Karnowskich.

A jak niepokorni pisali o prezydencie RP Bronisławie Komorowskim? „Mamy za prezydenta buraka, troglodytę, nieokrzesańca, pozbawionego kultury, taktu i rozumu”. „Co publiczna ekspozycja Bronisława Komorowskiego – jawi się obraz ćwierćinteligenta. Nieważne, w kraju czy zagranicą”. „Cham, prostak i agent WSI”. To cytaty z Wpolityce.pl i Niezaleznej.pl.

Który z tych zestawów wypowiedzi jest wulgarny, chamski, agresywny? To chyba oczywiste. Szacunek do państwa rujnują nie tylko takie wypowiedzi. Ale także agresja, która spotyka Kopacz po czwartkowym wystąpieniu.

Zobacz także

kopaczNikogoNieZgnoiła

wyborcza.pl

Reklamy

%d blogerów lubi to: