Rokita, 11.11.2015

 

józefPiłsudskidoRomanaDmowskiego

Przemówienia na Marszu Niepodległości. Ks. Jacek Międlar: Nie chcemy w Polsce Allaha, nie chcemy gwałtów

Michał Wilgocki
11.11.2015 16:30
A A A Drukuj

Ks. Jacek Międlar przemawia do uczestników Marszu Niepodległości w Warszawie

Ks. Jacek Międlar przemawia do uczestników Marszu Niepodległości w Warszawie (Fot. Marszonline.pl)

Ostatni element Marszu Niepodległości to przemówienia na scenie przed Stadionem Narodowym. Jako pierwszy wystąpił ks. Jacek Międlar, który ze sceny krzyczał: – W 1944 roku wmawiano nam, że Sowieci to są wyczekiwani goście! A w 2015 wmawia się nam i chce się wcisnąć islamski fundamentalizm!

Ksiądz z Wrocławia, przez całe swoje kilkuminutowe wystąpienie krzyczał. W ręku trzymał Biblię, a na sutannę zarzucił bluzę z godłem Polski. Co jakiś czas przerywał i namawiał do skandowania: „Nie islamska, nie laicka, wielka Polska katolicka” albo „Cześć i chwała bohaterom”.

– Wrogowie ojczyzny i wrogowie Kościoła dzisiaj dostają szału, bo widzą wielką, ogromną armię patriotów, narodowców i kibiców, którzy mają Boga, honor i ojczyznę w sercu. Jestem przekonany, że lewacka propaganda dwoi się i troi, żeby nas zniszczyć. Nie możemy na to pozwolić, jesteśmy Kościołem walczącym, jesteśmy Kościołem wielkiej Polski. Im bardziej nas atakują, tym bardziej nasza duma wzrasta! – wykrzykiwał ksiądz. – Chyba wszyscy widzą, że jesteśmy lekceważeni w debacie publicznej. Nikt nas nie chce słuchać. My jesteśmy świadomi swoich korzeni, swojego dziedzictwa narodowo-chrześcijańskiego. Jesteśmy gotowi walczyć o to dziedzictwo do ostatniej kropli krwi.

– Nie możemy, my musimy walczyć. Musimy iść na peryferia wiary, na te peryferia, do których nawołuje papież Franciszek. Musimy iść poza świątynie, poza plebanie, głosić Chrystusa. Bądźcie gotowi na to, że będziecie prześladowani. Ale nasza siła, moc, odwaga jest w Jezusie Chrystusie – przemawiał ksiądz. I zaraz wyjaśnił, kogo i co uważa za główne zagrożenie.

„Nie chcemy nienawiści, która jest w Koranie”

– Historia zatoczyła koło. W 1944 roku wmawiano nam, że Sowieci to są wyczekiwani goście. A w 2015 wmawia się nam i chce się wcisnąć islamski fundamentalizm. Nie pozwolimy na to nigdy. Nie boimy się pokojowo nastawionych muzułmanów. Ale ich jest mniejszość. My się boimy fundamentalizmu. Nie chcemy w Polsce Allaha, nie chcemy gwałtów, nie chcemy samosądów, nie chcemy terroru. Nie chcemy nienawiści, która jest w Koranie, ale chcemy miłość i prawdę Ewangelii! – krzyczał. Tłum skandował: Ewangelia, a nie Koran!

– Lewacka i islamska agresja, wymierzona w to, co chrześcijańskie i narodowe, tworzy w nas obawę. I mamy prawo się bać, mamy prawo się lękać. Ale boimy się, że ten strach, że ta obawa przerodzi się w nienawiść, a my, chrześcijanie, nie możemy sobie na to pozwolić. My chcemy dialogu, ale nikt nie chce z nami rozmawiać. Nazywają nas rasistami, ksenofobami, faszystami. My sobie na to nigdy nie możemy pozwolić. My nie chcemy walczyć młotem nienawiści, ale mieczem prawdy, mieczem miłości, Ewangelii – przemawiał. Swoje wystąpienie zakończył minutą ciszy pamięci „żołnierzy wyklętych”.

Laszlo Toroczkai z Jobbiku: Zatrzymaliśmy inwazję

Potem na scenę został zaproszony Laszlo Toroczkai, poseł Jobbiku i wójt Asotthalom, miejscowości na Węgrzech przy granicy z Serbią. Przywitały go okrzyki „Polak, Węgier dwa bratanki!”

– Męczyliśmy się ponad rok, dziennie napływało bez przeszkód wiele tysięcy imigrantów z Azji Południowej i Afryki. 95 proc. to byli muzułmanie, a 83 proc. to młodzi silni mężczyźni w wieku poborowym. Pozostawiali po sobie śmieci, włamywali się do domów, trzymali mieszkańców w strachu. Jako pierwszy zgłaszałem pomysł budowy ogrodzenia – powiedział i przerwały mu wiwaty.

– Przez miesiące nie byłem wysłuchiwany, dlatego zacząłem zapraszać dziennikarzy z zagranicy. Wreszcie latem węgierski rząd wykonał ruch i zrobił to, czego nikt w Europie nie zrobił. Posłuchali mojej rady. Zbudowaliśmy ogrodzenie i zamknęliśmy granicę – tu znów tłum zaczął bić brawo.

– Imigrantów, chcących wtargnąć siłą, odbiła siłą policja przy pomocy wojska. Bronimy dziś Europy przed inwazją dokładnie tak jak 500 lat temu. Niestety Zachód milczy tak samo jak wtedy. Znamy stare przysłowie, że przyjaciela poznaje się w biedzie. Do nas przyjechali policjanci i straż graniczna z Czech, Słowacji oraz Polski – stwierdził.

– Kraje wyszehradzkiej czwórki są bastionem obronnym Europy. Dziś bronimy całego kontynentu. Dziękuję wam, polscy przyjaciele, że teraz też możemy na was liczyć. Na 19 grudnia zapraszam was do mnie, do miasta, gdzie zatrzymaliśmy inwazję – powiedział Toroczkai.

Andruszkiewicz: Rozliczymy tych zbrodniarzy

Kolejne przemówienie to Adam Andruszkiewicz, szef Młodzieży Wszechpolskiej a od niedawna również poseł ruchu Kukiz’15

– Żyjemy w czasach przełomowych. Nie ma w nowym Sejmie lewactwa, które chciało zdejmować krzyż, które pluło na Polskę. Przyjechaliście tu za własne pieniądze i z własnej woli. Nikt was tu autokarami nie zwoził, jak na wiece SLD czy parady równości – mówił Andruszkiewicz.

– Naszą misją jest odbić Rzeczpospolitą z rąk ludzi, którzy doprowadzili ją do upadku. Codziennie nasze koleżanki i koledzy wyjeżdżają z kraju do Londynu, aby tam zmywać naczynia. Poseł z PO powiedział mi podczas jednej debaty, że to fajnie, że mogą wyjeżdżać. A to jest hańba. My w tym Sejmie jesteśmy po to, żeby osądzić tych zbrodniarzy. Nigdy nie myślcie, że jesteście gorsi od tych starych pijaków, zdrajców, złodziei, którzy rządzą nami. Od tych, którzy w najdroższych hotelach piją najdroższą wódkę – przemawiał narodowiec z Białegostoku.

Mówił też, że w Sejmie zamierza budować kraj „bez żadnych imigrantów”, w miejsce których chce sprowadzać repatriantów.

– Nie mamy żadnego obowiązku wysługiwać się Niemcom i przyjmować imigrantów, bo pani Merkel tak każe. Chcemy powrotu Polaków do naszego kraju. Daję wam słowo honoru, że będziemy o to walczyć. Teraz czeka nas ciężka praca. Dołączajcie do organizacji narodowych. Bez was nie obejmiemy Polski. Brakuje nam kadr. Są wśród was przyszli żołnierze, urzędnicy. Nie wyjeżdżajcie do Londynu – mówił.

Zobacz także

ksJacekMiędlar

wyborcza.pl

 

Rząd, czyli wróg

Jan Rokita, 10.11.2015

Donald Tusk

Donald Tusk (Fot. VINCENT KESSLER / REUTERS)

Tusk wprowadził do polskiej polityki koncept „opozycyjności totalnej”. Partia Kaczyńskiego zradykalizowała ją do granic możliwości, wykluczając nie tylko rządzących, ale nawet ich zwolenników z polskiej wspólnoty.

Upłynęła niemal dekada, odkąd ówczesny lider opozycji sformułował doktrynę, która zrewolucjonizowała samą naturę opozycji w polskim Sejmie. W słynnej mowie wygłoszonej na posiedzeniu rady PO Donald Tusk postulował natychmiastowe odsunięcie od władzy rządu Jarosława Kaczyńskiego, definiując przy tym misję opozycji jako walkę o „wyzwolenie spod panującego zła, którego źródłem są nieudolne, agresywne wobec własnego kraju i obywateli, patologiczne rządy (…), z którymi nikt przyzwoity w Polsce nie będzie się układał i nikt przyzwoity nie powinien współpracować”. Tusk był pierwszym przywódcą partyjnym, który wprowadził do polskiej polityki koncept „opozycyjności totalnej”. Co prawda także wcześniej zdarzało się liderom sejmowej opozycji podejmować ostre szarże przeciwko aktualnej władzy; przykładem może być twarda kampania SLD przeciw rządowi Jerzego Buzka w roku 1997 albo wspólna walka PO i PiS z tzw. państwem Millera na przełomie lat 2003/04. Ale były one krótkotrwałe, niekonsekwentne, a przez to niesystemowe.

Mimo gwałtownych sporów ideologicznych i personalnych toczonych w ciągu pierwszej dekady niepodległości w polskim parlamencie dominował jednak model „opozycyjności selektywnej”. Zwłaszcza pomiędzy rywalizującymi ze sobą obozami „Solidarności” i postkomunistów istniały nici porozumienia oraz pola spraw wspólnych, które obie strony traktowały jako wyraz swego poważania dla instytucji odbudowywanego państwa. Tusk po raz pierwszy uznał prawomocnie wybrany rząd za wroga publicznego, który absolutnie nie może mieć racji niezależnie od tego, co czyni. I z którym wszelkie „układanie się” albo „współpracowanie” musi być uznane za niemoralne.

Owa taktyka totalnej delegitymizacji władzy państwowej przyniosła wtedy PO spektakularny sukces wyborczy. Nastał przeszło dwuletni okres gwałtownej i nieudanej kohabitacji pomiędzy prezydentem z PiS oraz rządem PO zakończony tragedią smoleńską. W ciągu następnych pięciu lat pozostawania w opozycji partia Jarosława Kaczyńskiego mało że zaadaptowała na własne potrzeby doktrynę Tuska, ale w praktyce zradykalizowała ją do granic możliwości, wykluczając nie tylko rządzących, ale nawet ich zwolenników z polskiej wspólnoty („polactwo”) oraz budując – nie bez sukcesu – sieć instytucji publicznych samorozumiejących siebie jako alternatywne „państwo podziemne” dysponujące monopolem na patriotyzm. Dzisiaj w polskiej polityce nie ma więc żadnego wzorca dla takiego modelu opozycji, który w republice parlamentarnej winien być traktowany jako norma. Czyli dla „opozycyjności selektywnej”.

Przez ten czas zmieniła się rola posłów opozycji, którzy z ludzi formułujących samodzielne oceny i krytycznych recenzentów prac rządu stali się bezmyślnymi automatami do produkcji antyrządowych sloganów. Moralne napiętnowanie kontaktów z politykami obozu rządowego zniszczyło sejmową tradycję nieformalnych i zakulisowych konsultacji politycznych, niezbędnych dla prowadzenia dobrej polityki państwowej. W konsekwencji zniknęła nawet wspólna praca posłów nad tekstami ustaw, a robocze komisje sejmowe przekształciły się w gremia, w których jedyną cenioną sztuką parlamentarną stała się umiejętność ośmieszenia posłów z przeciwnego obozu. Nie trzeba tłumaczyć, jak opłakane skutki miało to wszystko dla instytucji państwa, jakości rządzenia, standardu debaty publicznej czy szans na jakiekolwiek poważne reformy kraju.

Moment, w którym po ośmiu latach PO wraca do opozycji, skłania do ponownego namysłu nad samym sensem opozycyjności. W obecnych warunkach najprostszy wydaje się powrót do starej doktryny, w której rząd znaczy po prostu wróg. Czasy się jednak mocno zmieniły, a to, że PiS, by odnieść zwycięstwo wyborcze, musiał w końcu spektakularnie porzucić taktykę partyjnego dżihadu, jest tej zmiany koronnym dowodem. Poza tym aktualna wyborcza mapa kraju jasno pokazuje, że dziś już mało kto gotów jest wierzyć Tuskowi, iż „z Kaczyńskim nie sposób sobie ułożyć życia w jednym państwie”. Znalezienie przez Platformę innej formuły opozycji parlamentarnej leży więc nie tylko w ewidentnym interesie państwa, ale może się okazać także interesem samej partii. Rzecz jasna wiele będzie zależao od sposobu prowadzenia polityki przez nowy obóz rządowy. Ale jedno wydaje się pewne: to w rękach opozycji, a nie rządu, tkwi klucz do racjonalizacji polskiej polityki i obniżenia poziomu panującej w niej histerii.

Jan Rokita – ur. w 1959 r., polityk UW i PO; w 2007 r. wycofał się z życia politycznego

Wideo „Magazynu Świątecznego” to coś więcej – więcej wyjątkowych tematów, niezwykłych ludzi, najważniejszych wydarzeń, ciekawych komentarzy i smacznych wątków. Co weekend poznasz ciekawy przepis, zasłuchasz się w interpretacji wiersza i przyznasz, że jest cudem, dowiesz się, co w trawie piszczy – w polityce, kulturze, nauce.

W Magazynie Świątecznym:

Konstytucja. Z Bogiem i choćby mimo Boga
Konstytucja jest dla nas i o nas. Dlatego zadaliśmy ludziom, których szanujemy, cenimy, słuchamy, jedno pytanie: co w naszej konstytucji jest najcenniejsze? Pisarze, aktorzy, naukowcy, duchowni, przedsiębiorcy opowiedzieli nam, o które gwarancje i obietnice poszliby się bić

Co o nas mówi konstytucja
Kiedyś nie lubiłem sformułowania „zarówno wierzący w Boga, jak i niepodzielający tej wiary”, widząc w nim zgniły kompromis: Kościołowi świeczkę i niewierzącym ogarek. Nie miałem racji. To piękna formuła

Iwan Krastew: Dla wyborców politycy są jak pampersy
Nie wierzę, że możemy mieć prawdziwą demokrację, jeśli nie dopuszczamy do władzy radykalnych opcji z lewej i z prawej strony. Rozmowa Katarzyny Wężyk

Orzeł i stylowy trencz
Marka słynąca z elegancji właśnie wprowadziła nową kolekcję inspirowaną historią „Cichociemnych”. Fasony dwurzędowych marynarek, płaszczy i getrów w militarnych barwach konsultowano z jednostką GROM

Polacy, wolni ptacy. Katalog polskich cnót
Indywidualizm, niezłomność, upór, tolerancja, poczucie humoru. To wyborne cechy charakteru. Nie tylko narodowego

Auschwitz nauczyło nas tylko tego, jak zabijać
Wieża wartownicza i fragment bloku 11, tzw. bloku śmierci, a na odwrocie: „Transport gorących pozdrowień z Oświęcimia z szumem letniego wiatru”

Mowa, dupa i kamieni kupa
Egzamin na państwowca? Proszę, niech czytają: „Ono pło sine, srogie, dokoła czarny las. Zasię w ple onym babrze się dzik, wielgi-wielgachny, oczu dzika nie widać, jeno żółte kły sterczą, długie a zawinięte, a złe”. Z dr. Arturem Czesakiem rozmawia Renata Radłowska

takiPiSSobie

wyborcza.pl

 

Kościół na 11 listopada. Biskupi festiwal żalów do PO

Katarzyna Wiśniewska, 11.11.2015

Kard. Stanisław Dziwisz

Kard. Stanisław Dziwisz (fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta)

Słuchając kazań biskupów na Święto Niepodległości, można było odnieść wrażenie, że nie wszyscy obchodzą radosny dzień wolności, ale żyją w kraju uciemiężonym (przez odchodzący rząd). U większości hierarchów zabrakło też choćby słowa sprzeciwu wobec zawłaszczania święta przez narodowców i ksenofobów.

– Zdajemy sobie sprawę z politycznego sporu dzielącego nasz naród i powinniśmy robić wszystko, aby nie był to spór jałowy, bezproduktywny, marnotrawiący ludzkie energie i możliwości rozwoju kraju – apelował na Wawelu kard. Stanisław Dziwisz. Brzmiałoby to rozsądnie, gdyby nie ciąg dalszy. – Pamiętajmy o bezrobotnych i o ogromnej rzeszy rodaków, którzy za chlebem wyjechali z Polski. Pamiętajmy również, że w ostatnim czasie otrzymaliśmy serię ustaw, które wcale nie budują zdrowych rodzin i zdrowego społeczeństwa, ustaw nieliczących się z Bożym prawem – ubolewał krakowski metropolita. Podtekst jest jasny: odchodząca ekipa PO doprowadziła kraj do ruiny, niszczyła rodzinę. A jeśli ktoś nie ratował się emigracją, siedzi na bezrobociu. Ciekawe, czy kardynał zna statystyki mówiące o spadającym bezrobociu. Tym samym kard. Dziwisz dał do zrozumienia, po której stronie tego „politycznego sporu” stoi on sam.

Zamiast 11 listopada uspokajać nastroje społeczne niektórzy biskupi jeszcze dolewali oliwy do ognia. Katastroficznie zabrzmiało kazanie bp. Libery w Płocku. – Czy kilka milionów naszych rodaków, którzy w poszukiwaniu chleba i pracy musiało opuścić ten kraj, to nie jest forma kolejnego rozbioru naszej ojczyzny? Czy polski rolnik, traktowany jak człowiek drugiej kategorii – nie zasługujący na równie wysokie dopłaty unijne jak rolnicy z innych krajów – to nie forma kolejnego rozbioru? – mówił.

Malowanie czarnego obrazu kraju, z którego Polacy muszą uciekać, może tylko podsycać nastroje na manifestacjach narodowców, które szły pod hasłami „Polska dla Polaków”. Bo jeśli nasz kraj jest w tak fatalnej kondycji, jak twierdzą biskupi Libera i Dziwisz, to jak sobie poradzi z napływem imigrantów z Bliskiego Wschodu?

Bp Libera narzekał także na „próby usunięcia religii ze szkół i innych wymiarów życia publicznego”. Można to odczytać jako znak, że Kościół już wkrótce będzie się domagał od rządu PiS jeszcze więcej przywilejów dla religii w szkole.

Sygnał, że Kościół ma wobec PiS konkretne oczekiwania (do zapisania w ustawach), wysłał też abp Sławoj Leszek Głódź. Prosił od ołtarza, by „służba tych, którzy przejmują ster nawy państwowej, a szerzej tych wszystkich, którzy pełnią służbę publiczną, była służbą w duchu 11 listopada, w duchu wartości i pryncypiów polskich, jakie ten dzień przypomina”. I uściślił: „Mamy prawo jako obywatele pytać: dlaczego przyjęto ustawy nacechowane wrogością do chrześcijaństwa, do porządku społecznego, choćby ustawę o zmianie płci czy wyrosłą z przewrotnej ideologii gender tzw. konwencje antyprzemocową? Dlaczego i w imię czego zakłócono ład społeczny, zlekceważono głos Kościoła?”.

W zupełnie innym duchu biskup polowy WP Józef Guzdek wzywał do „narodowej zgody” – bez ukłonów w stronę polityków. – Tylko wspólne działania mogą przynieść wspaniałe owoce. Tak bardzo nam potrzeba narodowej zgody, abyśmy razem udźwignęli brzemię odpowiedzialności za przyszłość naszego narodu i państwa – podkreślał.

Z kolei Prymas Polski abp Wojciech Polak przestrzegał „przed takim budowaniem [kraju], którego owocem będzie rozkład i destrukcja”. Kazanie Prymasa Polski można odczytywać jako stanowcze „nie” dla ksenofobii. Mówił o patriotyzmie, który „buduje wspólnotę narodu, nikogo z niej arbitralnie nie wykluczając i nie wyłączając. Ma więc w sobie moc integrującą i jednoczącą, pozwalającą każdemu czuć się w świecie u siebie”. – I takiej właśnie postawy nam dziś potrzeba – podkreślał prymas. Wspomniał też wprost o postaci cudzoziemca, który w Ewangelii jest człowiekiem dobrym i wrażliwym.

Tacy hierarchowie jak abp Polak czy bp Guzdek mogą się trochę zdziwić, gdy w mediach przeczytają czy usłyszą kazania pozostałych hierarchów. Bo jak widać, dostrzegają inne problemy w kraju, o których warto wspomnieć 11 listopada niż festiwal pretensji do PO i listę życzeń dla PiS.

Zobacz także

zamiastUspokajaćNastroje

wyborcza.pl

 

dlaczegoGoogle

aWiecie

To zdjęcie mówi wszytko. Prezydent i premier przełamali lody? Lepiej późno, niż wcale…

Prezydent i premier w końcu ze sobą porozmawiali.
Prezydent i premier w końcu ze sobą porozmawiali. Screen z TVP.INFO

Nie jest tajemnicą, że relacje prezydenta Andrzeja Dudy i premier Ewy Kopacz są napięte. Okazuje się jednak, że Święto Niepodległości stało się przyczynkiem do przełamania lodów. Tak przynajmniej wynika z nagrania i ze zdjęcia, które szybko robi internetową furorę. Nic dziwnego – prezydent i premier wymieniają się na nim uwagami. To pierwsza taka rozmowa między zwaśnionymi politykami.

W ramach Święta Niepodległości prezydent Andrzej Duda i przedstawiciele ustępującego rządu pojawili się na uroczystościach przy pl. Piłsudskiego w Warszawie. Prezydent Duda wygłosił tam przemówienie, w którym wspominał o trudnej polskiej historii.

Istnieje jednak duże prawdopodobieństwo, że słowa prezydenta zostaną szybko zapomniane. Wszystko przez to, co stało się już po oficjalnym wystąpieniu prezydenta Dudy. Pod koniec uroczystości prezydent Duda podszedł do premier Ewy Kopacz i zamienił z nią parę słów.

aTłumaczZmigowego

Przez całą uroczystość omijali się wzrokiem, ale w końcu udało im się krótko porozmawiać. Nie wiadomo, o czym rozmawiali, ale zdjęcie, na którym uwieczniono ten moment, z pewnością ma szansę być jednym z bardziej zapamiętanych akcentów obchodów Święta Niepodległości. Uwagę zwraca też niezwykły szczegół u dołu zdjęcia – tłumacz migowy, który relacjonował uroczystość w momencie rozmowy prezydenta i premier obydwa kciuki ma uniesione w górę. Wcześniej prezydent i premier wielokrotnie unikali się podczas uroczystości, nigdy też nie doszło do ich oficjalnego spotkania w cztery oczy, choć premier wielokrotnie o to zabiegała.

 

toZdjęcieMówi

naTemat.pl

Kard. Dziwisz myli ambonę z sejmową mównicą. „Ostatnio otrzymaliśmy ustawy, które nie budują zdrowego społeczeństwa”

Kard. Dziwisz skrytykował ustawy Platformy - jego zdaniem, posłowie nie oglądali się podczas głosowania na prawo Boże/
Kard. Dziwisz skrytykował ustawy Platformy – jego zdaniem, posłowie nie oglądali się podczas głosowania na prawo Boże/ Fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta

Podczas homilii wygłoszonej na Wawelu kard. Stanisław Dziwisz nie mógł się powstrzymać i nawiązał do bieżących wydarzeń politycznych. Po jego słowach nie ma wątpliwości, co myśli o ekipie premier Ewy Kopacz. – Pamiętajmy również, że w ostatnim czasie otrzymaliśmy serię ustaw, które wcale nie budują zdrowych rodzin i zdrowego społeczeństwa, ustaw nie liczących się z Bożym prawem – mówił hierarcha.

W przeciwieństwie do ustępującego rządu, z nową kadencją i nowymi posłami kard. Dziwisz wiąże spore nadzieje. Jego zdaniem, ekipa Jarosława Kaczyńskiego ma szansę pozytywnie wpłynąć na społeczeństwo. Wyniki wyborów i przetasowania na szczytach władzy kard. Dziwisz uważa za przejaw „normalności” wyborców.

– Obywatele polscy w kraju i zagranicą zdecydowali o zmianie władzy, co samo w sobie jest normalne i zdrowe w społeczeństwie demokratycznym. Mamy nadzieję, że nowa rządząca ekipa będzie miała na względzie dobro wspólne, dobro wszystkich obywateli, a zwłaszcza tych, którym niełatwo żyć –zauważył metropolita krakowski.

Kard. Dziwisz zwrócił również uwagę na podziały polityczne wśród Polaków. Metropolita zaapelował, żeby gorące polityczne spory nie były tylko i wyłącznie bezproduktywnym spieraniem się, na które niepotrzebnie tracimy energię. Hierarcha wspomniał również o potrzebie zabezpieczenia i zadbania o los najuboższych i tych, którzy wyjechali za chlebem za granicę. Ani słowem nie zająknął się natomiast o tych przedstawicielach stanu duchownego, którzy często mylą ambonę z mównicą sejmową i którzy sami podsycają polityczne podziały.

Źródło: Gazeta Wyborcza

KardDziwiszMyli

naTemat.pl

Po zwycięskich wyborach przygasły smoleńskie nastroje

Agnieszka Kublik, 11.11.2015

Miesięcznica katastrofy smoleńskiej w Warszawie

Miesięcznica katastrofy smoleńskiej w Warszawie (Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta)

To była pierwsza miesięcznica po zwycięskich dla Jarosława Kaczyńskiego wyborach prezydenckich i parlamentarnych. I pierwsza bez znanych z poprzednich kilkudziesięciu miesięcznic transparentów z okrzykami o „zamachu”, „poległych”, „morderstwie” czy „drugim Katyniu”. Był transparent „Smoleńsk pamiętamy” i „Bóg, Honor, Ojczyzna, Lech, Jarosław”.

To widoczne gołym okiem przygaśnięcie smoleńskich nastrojów. Do tej pory ludzie przychodzący na te comiesięczne marsze byli niezwykle rozgorączkowani, rozemocjonowani, podekscytowani. Przychodzili pod Pałac nie tyle pokazać, że są za czymś, ile przeciwko czemuś i komuś. Czuli się przez ówczesną władzę dyskryminowani, choćby odrzuceniem ich spiskowej wizji dziejów w ogóle, a w sprawie Smoleńska w szczególności. I im silniejsze poczucie bycia odrzuconym przez elity, tym większa skłonność do radykalnych działań i konfrontacyjnych haseł.

Po raz pierwszy uczestniczący w smoleńskiej miesięcznicy nie byli w kontrze do obozu władzy – wierzą, że tak jak oni myślą teraz przecież i prezydent, i prezesPiS, i większość Sejmu oraz Senatu.

Żeby nie było wątpliwości, oni nadal wierzą w zamach smoleński i spisek mający na celu ukrycie zamachowców. Ale widzą, że ci, którzy ich zdaniem dokonali tego zamachu, przegrali wybory, stracili władzę, czyli w pewnym sensie zostali choćby symbolicznie ukarani.

Z badań psychologicznych wiemy, że mentalność spiskowa, czyli gotowość do dostrzegania wszędzie spisku, to efekt m.in. poczucia, że nie mamy wpływu na to, co się dzieje na szczytach władzy. Otóż teraz ta grupa ma właśnie poczucie, że niezwykle silnie przyczyniła się do zmiany władzy, czego symbolem jest zapowiedziany już przez Jarosława Kaczyńskiego powrót krzyża na Krakowskie Przedmieście. To może istotnie osłabiać smoleńską histerię.

A także to, że myślenie spiskowe jest silnie powiązane z postawami autorytarnymi, a autorytaryści marzą o silnej władzy. Takiej dokładnie, o jakiej marzy prezes PiS. I jaką dostał.

To wszystko może sprawić, że tzw. lud smoleński może ochłonąć. Nieco, bo zupełnie to dopiero po oficjalnym uznaniu przez władze RP, że to był zamach.

Zobacz także

wyborcza.pl

Reklamy

%d blogerów lubi to: