Islandia, 14.11.2015

 

14.11.2015, 03.00

zamachyWparyżu

TOK FM

czyZaCzteryLata

Na to pytanie nigdy nie poznamy odpowiedzi, a ja wcale się nie upieram, że byłaby ona pozytywna. Zawsze chciałam mieć w jakimś akwarium czy terrarium zminiaturyzowane i oczywiście wirtualne „społeczeństwo do badań”, na którym można by sprawdzać rozmaite alternatywne warianty, regulować dowolnie parametry… Myślę, że każdy socjolog w głębi duszy o tym marzy. Nie mam niestety takiego terrarium. Natomiast politycy pracują na żywej tkance społecznej, a do tego trzeba mieć szczególne predyspozycje, których ja nie posiadam, więc tchórzliwie pozostaję w roli obserwatorki i komentatorki; nie ma to większego znaczenia, ale też nie obarcza odpowiedzialnością. Za to można stawiać pytania, na które odpowiedzi znajdą się w przyszłości. Na przykład: czy za cztery lata zagłosuję na Razem?

 

To pociąga za sobą wiele innych pytań. Czy Razem za cztery lata będzie istniało? Jest dotacja, to będzie trwanie i warunki sprzyjające utrzymaniu integralności partii. Czy za cztery lata będzie to jedyna formacja lewicowa? SLD też dostanie dotację, ale czy potrafi zbudować atrakcyjny wizerunek? Mocno wątpię. TR pójdzie siedzieć za długi, a inne ugrupowania raczej nie przebiją się nagle do serc i głów.

 

Czy Razem uda się utrzymać markę – nowych, autentycznych, ideowych, socjalnych, „nareszcie lewicy” i zdobyć jakiś większy niż kilkuprocentowy elektorat?

 

Zapewne Razem, w istocie ostrożna socjaldemokracja, nieźle artykułuje interesy pracujących i mniej zamożnych, przede wszystkim żyjącej poniżej swoich aspiracji klasy średniej.

 

To teoretycznie spory lektorat, ale też nieźle przeorany przez myślenie liberalne. Czy uda się im dotrzeć do klasy ludowej, do rolników? Tu nie wróżę wielkiego sukcesu.

 

Poza tym „artykułowanie interesów” wcale nie jest warunkiem wystarczającym do tego, aby odnieść sukces. Chodzi też o wizerunek. O tę markę właśnie – „nareszcie lewicy”. I nareszcie skutecznych. Atrakcyjność partii nie wynika tylko, ani nawet przede wszystkim, z ich programu, trzeba jeszcze wzbudzić wiarę w to, że będzie się skutecznym. Nikt nie lubi popierać skazanych na porażkę – czegokolwiek by obiecywali.

 

Na razie jednak Razem odniosła sukces przede wszystkim medialny, jako nowa siła. Dla zwykłych ludzi dzisiaj jeszcze nic z tego nie wnika, może poza „promykiem nadziei”. Doraźne konsekwencje polityczne sukcesu ZL byłby wyraźniejsze. A relatywny sukces Razem to trend, który może szybko napotkać na swoje granice. Za pochwałami –  nareszcie nie komunistyczna, nie kawiorowa, nie niszowa lewica – pójdą też łatki: lewacy, radykałowie, złodzieje naszych podatków. Wypominanie, że nie jest znowu taka nowa, że działacze tej formacji to nie tylko dziewice polityczne, ale ludzie z dotąd niszowych, kawiorowych i nieskutecznych organizacji. Poza tym w świecie krótkotrwałych wydarzeń i tabloidyzacji wszystkiego zainteresowanie szybko mija. Szczególnie dla mantry o sprawiedliwości społecznej, to naprawdę nikogo nie ekscytuje i słabo nadaje się na niusy. To nie program Razem jest wydarzeniem, tylko samo Razem, jako nowy aktor polityczny, któremu niespodziewanie coś sie udało. A dla liberalnych i centrowych mediów jego zaletą jest też to, że nie jest Kukizem.

 

No i jest jeszcze internet. Co się tam najlepiej sprzedaje? Oczywiście hejt. Albo dystynkcja – jeśli ma być bardziej elegancko. Wizerunek świeżości, autentyzmu, entuzjazmu, ideowego zaangażowania wymaga tła w postaci tych, którym już tego brakuje albo nigdy tego nie mieli (postkomunistyczne złogi). Po ćwierć wieku odkopuje się więc „antykomunizm”. To prawda, SLD ma korzenie PRL-owskie, podobnie jak PSL, ale jak długo można uznawać to za istotne? Narosły już na tym całkiem nowe układy i zależności, powstał establishment III RP, a elity, które – tu zgoda – pora wymienić, wszystkie już są post-post. Dawne podziały stały się motywami rytualnych zaklęć, plemiennymi totemami.

 

Kolejne hasło do rozegrania to: na pierwszym miejscu „socjalność”, czyli jak nie dać sobie przykleić łatki tych, którzy troszczą się jedynie o nieistotne sprawy obyczajowe, jakichś gejów czy transseksualistów. W innym języku nazywa się to „cywilizowane liberalne minimum”, czyli zapewnienie miejsca w społeczeństwie wszystkim obywatelom bez względu na płeć, orientację psychoseksualną, wyznawaną religię itp. Tutaj jednak konsekwentną obronę tego minimum nazywa się „wszczynaniem wojen kulturowych”. I trzeba się nagimnastykować, żeby nie wszczynać.

 

Poza kreowaniem pozytywnego wizerunku kampania Razem była też kampanią negatywną, skierowaną właściwie wobec całej pozostałej lewicy – nieudolnej, przyklejonej do centrum. Nawet tak wykluczona cyfrowo osoba jak ja zdaje sobie sprawę z tego, że internetowe hejterskie wpisy wobec „Zlewu”, innych ugrupowań czy konkretnych osób nie musiały wcale być twórczością spontaniczną. To była zapewne świadoma kampania prowadzona w sieci. Coś się pojawiało, a coś nieoczekiwanie w tajemniczy sposób znikało, brawa dla informatyków! Na przykład list w sprawie wspólnego startu lewicy w wyborach, który – kiedyś tak się mówiło – zainicjował powstanie Razem. Na pewno gdzieś jest, ale odnalezienie go dzisiaj wymaga większych kompetencji niż moje. A podpisało go wiele różnych osób, w tym takie, które znalazły się na listach ZL, a więc niepotrzebnie przypominałby o nadziejach na mniej ekskluzywny projekt.

 

To odcięcie się od reszty lewicy propagandowo jest i będzie potrzebne. Jest atutem, który może być rozgrywany w liberalnym mainstreamie, będzie podchwytywany przez prawicę, bo chwaląc jednych, będzie można skopać innych. Dlatego żadnego szerszego porozumienia na lewicy już nie będzie i nawet nie warto o tym wspominać. Nie powstanie szeroka, klejąca się do centrum formacja, która miałaby szanse odegrać istotna rolę w polityce parlamentarnej.

 

Razem będzie podtrzymywało narrację o budowaniu partii złożonej jedynie ze zwykłych ludzi (to taka mityczna konstrukcja) i ewentualnie anonimowych działaczy społecznych. Nie twierdzę, że ogranicza się to tylko do narracji, ale trzeba pamiętać, że praktyka polityczna bez symboli i opowieści nie może się obyć. A taka narracja zamyka drogę do szerszych porozumień czy inkorporacji znanych postaci.

 

„Efekt Zandberga”, który przypomniał, że polityką rządzą siły niekoniecznie racjonalne, pewno nie pojawił się jako element z góry zaplanowany. Jednak, ogólnie rzecz biorąc, cała ta symboliczna kreacja Razem była świadomą akcja pijarową. I nie zamierzam nikomu czynić z tego zarzutu, polityka to nie jest miejsce dla naiwnych i wrażliwych, chociaż dobrze jest za takich uchodzić. Liczą się cele i efekty.

 

Sposób gry Razem okazał się stosunkowo skuteczny – na dziś. Czy daje nadzieję na przyszłość?

 

Jestem raczej pesymistką, ale na pytanie, czy zagłosuje za cztery lata na Razem, odpowiem – pewno tak. Bo to może być jedynie dostępny estetyczny wybór. Razem, które dowiodło, że wie, jak zarejestrować listy, będzie miało szansę na… No właśnie, na co? Kilku posłów w sejmie to przecież za mało. Oczywiście ludzie zawiodą się na PiS, ale też umocni się on w realu, sięgając po jeszcze więcej władzy – media, samorządy, instytucje publiczne i wszystkie związane z tym posady, zmiany prawne. Natomiast po niezadowolonych sięgnie nie tylko lewica, lecz także jeszcze bardziej radykalna prawica, pojawi się nowy Kukiz…

 

Ja zagłosuję na Razem, ale czarno to widzę.

 

Wasza Kasandra.

 

**Dziennik Opinii nr 317/2015 (11001)

 

 

bendykPoCoKaczyńskiemu

Ja bym jednak zaproponował zacząć od analizy materialnych podstaw reprodukcji dyskursu, czyli bardziej wprost: co stoi u podstaw sukcesu PiS? Czy rzeczywiście Jarosław Kaczyński omotał ciemny lud populistyczną demagogią, a ten podążył ku swej zgubie za charyzmatycznym Wodzem? Tak to mogło z grubsza wyglądać, jednak już rządowe nominacje pokazują rzeczywistą stawkę projektu PiS, czyli po co Prezes walczył o władzę.

 

Po pierwsze więc, wbrew częstym etykietom, projekt ten na pewno ma charakter narodowy, nie ma w nim jednak nic z socjalizmu. To klasyczny, nowoczesny projekt budowy narodowego kapitalizmu. Władza w nim jest potrzebna, żeby zapewnić warunki konsolidacji rodzimego kapitału i związanych z nim klas społecznych: rodzącej się burżuazji, mieszczaństwa oraz niezmiennie, taka jest bowiem polska wyjątkowość, inteligencji. Warunkiem tej konsolidacji jest zapewnienie możliwości akumulacji, czyli prawna ochrona krajowych monopoli oraz zapewnienie środków produkcji po najniższych kosztach.

 

Ponieważ strukturalnie nasza gospodarka ciągle daleko jest od granicy technologicznej, więc nasza pierwotna akumulacja musi się odbyć i odbywa kosztem siły roboczej oraz pracy darmowej (choćby praca dziadków przy wychowaniu dzieci). Demontaż gimnazjów i rezygnacja z obniżenia wieku obowiązku szkolnego do 6 lat doskonale przyspieszy odtwarzanie struktury klasowej i podział społeczny na burżuazję i klasę średnią, którą stać na zapewnienie edukacji, oraz proletariat. Bo wiele można mówić o gimnazjach złego, ale jedno jest faktem – doprowadziły one do likwidacji funkcjonalnego analfabetyzmu, który jeszcze w latach 90. przekraczał 20% uczniów.

 

Zapowiadana polityka oświatowa, choć nie znamy jeszcze jej szczegółów, ma znamiona polityki antyludowej; ewidentnie nastawiona jest na interes inteligencji i klasy średniej.

 

Nominacja Jarosława Gowina na stanowisko ministra nauki i szkolnictwa wyższego też nie wskazuje, by celem nowego rządu był większy egalitaryzm systemu, przeciwnie.

 

PiS nie wymyśla nic szczególnie nowego, proces rekonstrukcji klasowej odbywał się w Polsce, tylko że w sposób żywiołowy, więc budzący lęki i niepokój, zwłaszcza klasy średniej, która w ciągu ostatniej dekady rozwinęła się i drży, że może stracić, co zdobyła. Nadszedł czas na próbę całościowej kontroli tego procesu w ramach projektu narodowego, gdzie pokawałkowaną sferę społeczną ma zintegrować jednolita sfera symboliczna. To w narodowej narracji, karmionej sentymentalnym patriotyzmem oraz mniej lub bardziej jawną ksenofobią mają sublimować naturalne dla społeczeństwa klasowego antagonizmy. To projekt do bólu nowoczesny (i antyoświeceniowy zarazem), doskonale wpisujący się w moment dziejowy: stary świat się wali, nie wiadomo, czy i jak długo przetrwa Unia Europejska, nie wiadomo, co dalej z globalizacją, więc integrujmy narodową substancję wokół zasobów materialnych, jakie zdobyliśmy w ciągu ćwierćwiecza.

 

To oczywiście projekt niebezpieczny, bo polega na samospełniającej się prognozie – jeśli zaczniemy grać na rozpad Unii, to w końcu się rozpadnie. Tymczasem tylko odnowiony europejski projekt, polegający na silniejszej integracji kontynentu i mocniejszej jego demokratycznej legitymizacji, daje szansę na odzyskanie przyszłości. Suwerenizacja nie przyniesie suwerenności, tylko zamknięcie podobne jak w XVII wieku. Wtedy też elita polityczno-kulturowa w ramach konsolidacji własnych zasobów wypracowała oryginalny model społeczno gospodarczy w pełni zgodny z potrzebami kapitalistycznego centrum. I nawet wygraliśmy pod Wiedniem. Tylko że to nie my odcięliśmy kupony od tego zwycięstwa.

 

To projekt niebezpieczny, bo jego realizacja wymagać będzie nie tylko nieznośniej mobilizacji symbolicznej w ramach patriotycznego wzmożenia. Potrzebna będzie ciągła mobilizacja polityczna, której stawką jest sama demokracja. Stawkę tę przypomina oświadczenie czterech byłych prezesów Trybunału Konstytucyjnego, którzy wskazują, że prezydent Andrzej Duda nie miał prawa nie przyjąć ślubowania od nowych członków Trybunału. Czyżby Prezydent Rzeczpospolitej, strażnik Konstytucji, włączył się do partyjnej walki mającej osłabić system instytucjonalnych zabezpieczeń dla demokracji? Czy to tylko niekompetencja podobna jak ta, jaka ujawniła się w związku ze szczytem Unii na Malcie? Wołałbym, żeby to drugie, widząc jednak logikę projektu PiS, której nigdy ta partia nie ukrywała, mam obawy, że bliższa prawdzie jest pierwsza odpowiedź.

 

Jeśli zaś chodzi o lament Ziemowita Szczerka – nie, nie daliśmy się zrobić, tylko przespaliśmy sprawę.

 

 

Jest to skrócona wersja tekstu, który ukazał się na blogu autora Antymatrix II. Tytuł i skróty od redakcji.

 

 

 

**Dziennik Opinii nr 317/2015 (1001)

 

 

koniecPlatformy

W Platformie zwycięża przekonanie, że następczyni Tuska szczyt swoich politycznych umiejętności osiągnęła w kampanii i niczego więcej już z siebie nie wykrzesze. A na pewno nie da partii tego, czego potrzebuje natychmiast – świeżości i nowej siły. Niektórzy działacze, szczególnie młodzi, wypluwają z siebie żal, że zmiana dokonuje się za późno. Bo – mówią – gdyby stało się to tuż po wyborach prezydenckich, może udało by się uratować więcej. Te frustracje będą narastać z każdym dniem i podmywać pozycję Kopacz.

W Sejmie rolę lidera przejął odchodzący wiceminister zdrowia, co jest dość symptomatyczne biorąc pod uwagę różnicę w politycznym doświadczeniu między nim a byłą premier, wcześniej – marszałek Sejmu i minister zdrowia. Zadanie stoi przed nim karkołomne – ale o tym za chwilę. Kto weźmie władzę w partii? Na razie pretendentów do detronizowania Kopacz jest dwóch – Grzegorz Schetyna i Borys Budka. Żaden dziś nie daje jednak gwarancji, że wyciągnie partię z tarapatów. Rok po odejściu hegemona, czyli Donalda Tuska, w PO panuje bezkrólewie i ideowe bezhołowie.

Dla Schetyny to chyba ostatnia szansa, by coś jeszcze znaczyć w Platformie. Pewnie będzie próbował zdobyć zwolenników wizją skonsolidowania poobijanej formacji i zachowaniem status quo w samorządach. Ale wielu obawia się zemsty z jego strony za ostatnie lata upokorzeń. Inni pamiętają mu, że wycofał się z rywalizacji z Donaldem Tuskiem podczas ostatnich wyborów przewodniczącego partii, co nie jest postrzegane bynajmniej jako akt odwagi. Poza tym nie jest to typ frontmana, raczej speca od zakulisowej roboty.

37-letni Borys Budka to projekt zupełnie nowy i mało znany, ale popierany przez wielu młodych, którzy widzą w nim nadzieję na porządny lifting pogniecionej partii. Jego szanse w starciu z tuzami – Kopacz i Schetyną – dziś nie wyglądają imponująco, ale za kilka tygodni może się to zmienić. Budka zamierza ostro ruszyć w teren, by przekonywać do siebie działaczy. Kompetencji na pewno trudno mu odmówić, ale jego główna wada jest taka sama jak u Schetyny, czyli deficyt charyzmy. Choć to w jego przypadku cecha, która może jeszcze się objawić, jeśli Budka odnajdzie się w roli pretendenta.

Ale wróćmy do Sejmu i Sławomira Neumanna, bo do czasu wyboru przewodniczącego partii, to na nim spocznie główny ciężar walki o przyszłość Platformy. Powiedzieć, że będzie to bardzo trudna walka, to jakby nic nie powiedzieć. Wystarczy wymienić tych, z którymi szef klubu PO będzie się pojedynkował na sejmowej sali.

Wygrywać z Jarosławem Kaczyńskim, Pawłem Kukizem czy Ryszardem Petru może tylko rasowy polityk z cechami trybuna. Czy Neumann takim jest? Czy nie stanie się tylko tłem w parlamentarnych rozgrywkach i wojenkach? Czy jest zdolny rozruszać klub, w którym dominują znani i zgrani gracze? Jeśli nie, partia może stać się masą upadłościową, z której inni będą brać to, co im odpowiada.

Zmęczona i rozleniwiona, syta i nieruchawa, pobita i zdezorientowana – w takim stanie Platforma musi wykrzesać z siebie nowe siły, by przetrwać i w ogóle marzyć o powrocie do władzy. A to oznacza, że partia, którą do tej pory znaliśmy, powinna odejść w przeszłość. Inaczej zginie.

 

polityka.pl

polskaIslandia

http://www.gazeta.tv/plej/19,136510,19185729,video.html?embed=0&autoplay=1
Bezradni w pierwszej połowie i rozjuszeni w drugiej. Polacy pobili Islandię 4:2 (0:1) w meczu towarzyskim otwierającym przygotowania do Euro 2016. Ale swoją lekcję dostali i to surową.

Kiedy Stadion Narodowy rozbrzmiewał śpiewem 56 tys gardeł o niezwyciężonych barwach biało-czerwonych, polscy piłkarze przeżywali swój najlepszy moment. Kanonada, którą zaczął Kamil Grosicki, podtrzymał Bartosz Kapustka i spuentował Robert Lewandowski, rzuciła Isladczyków na deski. W 28 minut. Drużyna Adama Nawałki dostała nagrodę za ambicję i hart ducha, wcześniej musiała jednak przeżyć poważne kłopoty, które zamaskowało okazałe zwycięstwo. Przez 50 minut drużyną lepszą byli goście.

Nawałka eksperymentuje przed Euro. Wczoraj dał szansę gry Piotrowi Zielińskiemu z ligi włoskiej, który miewa zadatki na dobrego rozgrywającego. Na wejściu 21-letniego pomocnika miał zyskać polski atak pozycyjny, bo selekcjoner ma ambicje, by na francuskich mistrzostwach jego zespół nie czaił się, nie czekał na okazję do kontry, ale wykazywał jak najwięcej inicjatywy. Do tego sparing z Islandią okazał się idealnym egzaminem. Jeśli gracze Nawałki chcieli poznać własne słabości i ograniczenia, rywal z wyspy liczącej 325 tys mieszkańców dawał im przez długi czas lekcję poglądową.

 

My uznajemy Nawałkę za trenera, który zastał kadrę drewnianą, a stworzył murowaną, ale co Islandczycy mają powiedzieć o Szwedzie Larsie Lagerbacku? Że jest piłkarskim magiem. Po nieudanym epizodzie w Nigerii zaczął w 2011 roku pracę z Islandczykami, by wydźwignąć ich o 100 miejsc w rankingu FIFA. Z drużyny ambitnej, ale amatorskiej stali się rywalem niewygodnym dla najlepszych. O wysokiej organizacja i kulturze gry, której mogą im zazdrościć wszystkie średniaki. Takie jak Polska.

Ten sparing był na początku jak strumień zimnej wody na rozpalone entuzjazmem głowy po wywalczeniu awansu. Rywal punktował słabości drużyny Nawałki konsekwentnie, bezlitośnie i od pierwszego gwizdka arbitra.

Już w 3. min Łukasz Szukała z Kubą Wawrzyniakiem tak głupio i beztrosko wymieniali piłkę, że skończyło się stratą tuż przed polem karnym, a potem jedenastką (faul Wawrzyniaka) wykorzystaną przez największą gwiazdę rywali Gylfi Sigurdssona. W 9. min kolejny przykry moment dla Polaków – Kuba Błaszczykowski zderzył się z rywalem, złapał za mięsień w okolicy kolana i poprosił o zmianę. Zastąpił go Maciej Rybus. W 39. min 57-tysiącom kibiców na Stadionie Narodowym wyrwał się jęk trwogi, gdy lider defensywy Kamil Glik skręcił kolano przy wybiciu piłki. Przez chwilę wydawało się, że to poważny uraz, na szczęście to facet z żelaza, więc wrócił do gry.

W 15. min Polacy przeprowadzili pierwszą dobrą akcję, taką o jakich marzy Nawałka. Rozpoczął ją podaniem cofający się Piotr Zieliński. Ale młodzian za mało brał udziału w grze, za często się chował, polscy stoperzy wymieniali piłkę pod bramką Szczęsnego patrząc bezradnie jak ich koledzy z pomocy i ataku zakleszczali się w potrójny rygiel islandzki. Trzy linie defensywne rywala zniechęcały ich do rozegrania akcji, trzeba było zagrać długą piłkę, licząc, że Robert Lewandowski poradzi sobie w walce wręcz z dwoma, lub trzema Islandczykami. Zwykle było to ponad siły gwiazdy Bayernu.

Ale lekcja dla Polaków na tym się nie kończyła. Kontry graczy Lagerbacka były bardzo groźne. W 29. min bezrobotny Wojciech Szczęsny omal nie skapitulował drugi raz. Sześć minut później goście mieli rzut wolny z prawej strony pola karnego i drużyna Nawałki mogła przećwiczyć stały fragment gry w defensywie. I znów był kłopot, bo Islandczyk doszedł do główki z pozycji bezpośrednio zagrażającej Szczęsnemu. Strzał był jednak niecelny.

W drugiej połowie marazm i bezradność przełamał Kamil Grosicki w 51. min zdobywając bramkę strzałem z lewej nogi w krótki róg bramki Kristinssona. Po rozegraniu z Lewandowskim, asystował Zieliński.

Grosicki to w kadrze Nawałki swoisty ewenement. Gra własny mecz, biega jak rączy jeleń by potem często fatalnym podaniem doprowadzać do szału kolegów i kibiców. Ale raz na jakiś czas odpala i staje się graczem absolutnie kluczowym. Po jego golu Polacy wydobyli się z marazmu i niemocy, wyglądali jak zapaśnik, który poczuł, że bezradnym szamotaniem zmęczył rywala luzując jego stalowy uścisk. Tylko na trochę, bo po świetnych akcjach Polaków i szansach na gola, Szczęsny dwa razy musiał ratować gospodarzy.

W 65. min Bartosz Kapustka i Krzysztof Mączyński weszli za Zielińskiego i Wawrzyniaka. Ten pierwszy, wciąż 18-latek

staje się talizmanem drużyny. Drugi gol w drugim meczu w kadrze, tuż po wejściu na boisko. Milik z Lewandowskim walczyli w polu karnym, a gracz Cracovii dopadł do odbitej piłki i zdobył bramkę. Euforia trwała trzy minuty, do kolejnego kiksu Szukały, który kosztował Polaków gola Finnbogasona, który biegł z piłką sam na sam i strzelił obok Szczęsnego.

Ale to nie był koniec wielkiego strzelania na Stadionie Narodowym. Wymiana ciosów trwała, mocniejh uderzali Polacy. W 75. min po rzucie rożnym Glik wygrał główkę, Kapustka strzelił na bramkę, a w tłoku na linii bramkowej najprzytomniejszy był Lewandowski. Niczym John Wayne w szczytowym okresie rozwoju westernów, strzela, gdy inni zaledwie sięgają po kolty. A że strzelać raz to dla niego za mało, w 79. min dostał piłkę jeszcze raz i pogrążył Kristinssona. 4:2, rywal nie miał już szansy się podnieść. Feta na Narodowym zakończyła mecz trudniejszy niż wskazuje wynik. Jeśli piłkarze Nawałki chcą zwyciężać i uczyć się, wczoraj była okazja do jednego i drugiego.

 

sport.pl

Reklamy