Lis, 13.11.2015

 

Naciski na parlamentarzystów. Szef polskiego Episkopatu gratuluje i zaleca

Katarzyna Wiśniewska, 13.11.2015
Abp Stanisław Gądecki

Abp Stanisław Gądecki (Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta)

Przewodniczący Episkopatu złożył gratulacje parlamentarzystom z okazji nowej kadencji Sejmu. Na ręce marszałka Marka Kuchcińskiego – co jest naturalne, i za pośrednictwem „Naszego Dziennika” – co jest już mniej oczywiste.
Jeśli abp Stanisław Gądecki szukał medium neutralnego, przez które może dotrzeć do posłów i senatorów wszystkich opcji politycznych, mógł wybrać np. stronę internetową Episkopatu, należącą do biskupów Katolicką Agencję Informacyjną albo Polską Agencję Prasową. Lub zamieścić gratulacje w kilku gazetach codziennych.

Jednak dokładna lektura owych gratulacji pomaga w zrozumieniu, dlaczego szef Episkopatu wybrał akurat „Nasz Dziennik”.

Abp Gądecki prosi, aby nowym posłom towarzyszyła na co dzień „rzetelność i sumienność w wykonywaniu obowiązków”, a także o dar „odwagi i roztropności, aby obie izby parlamentu strzegły suwerenności i interesów naszej Ojczyzny”. Problem w tym, że przewodniczący Episkopatu dość specyficznie pojmuje rzetelną pracę parlamentarzystów i bronienie interesów ojczyzny. Bo akapit dalej znajdziemy apel arcybiskupa, „aby prawo stanowione nigdy nie stało w sprzeczności z Prawem Bożym powszechnym i uniwersalnym”, które to prawo zdaniem arcybiskupa jest „fundamentem godności i szczęścia ludzi wierzących i niewierzących”.

Nie bardzo rozumiem, w jaki sposób prawo boże miałoby być podstawą szczęścia obywateli, którzy nie wierzą w Boga. Niewierzący – ale, jak sądzę, także wielu katolików – oczekuje raczej od posłów, by rzetelnie zajęli się stanowieniem prawa w państwie świeckim, a nie analizowali je pod kątem rzekomej zgodności z prawem boskim. Zwłaszcza że pod tą ogólnikowo wspomnianą przez przewodniczącego Episkopatu „zgodnością” kryją się konkretne sugestie. Wszak Episkopat wiele razy wprost krytykował niektóre ustawy – np. o in vitro czy związkach partnerskich – jako „sprzeczne z prawem Bożym”.

Okolicznościowe gratulacje dla Sejmu można więc odczytywać raczej jako pierwszą próbę wpływania przez Kościół na politykę. Teraz, gdy władzę przejął PiS, może być to bardziej skuteczne niż do tej pory.

Zobacz także

szefPOlskiegoEpiskopatu

wyborcza.pl

Petru w BBC: Młodzi Polacy porównują Polskę nie z komunizmem, ale z Niemcami i Hiszpanią. Stąd chęć zmiany

wah, 13.11.2015
Ryszard Petru

Ryszard Petru (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

– Młodzi ludzie w Polsce porównują Polskę nie do lat 80., ale do dzisiejszych Niemiec albo Hiszpanii, i widzą różnicę. Stąd chęć zmiany i protest przeciwko establishmentowi – mówił Ryszard Petru w BBC.
Lider Nowoczesnej Ryszard Petru był gościem radia BBC Worldservice o 7.30 czasu lokalnego, które poświęciło dzisiejszy poranek na opis sytuacji imigrantów i uchodźców w Polsce oraz wzrost siły skrajnej prawicy i ugrupowań nacjonalistycznych. Na temat uchodźców wypowiadał się także Petru, który potwierdził, że „Polska powinna przyjąć uchodźców, a liczba 7 tys. nie jest duża dla 38-milionowego kraju”.

– Należy jednak zrozumieć ludzi, którzy się boją. Polska była przez 40 lat zamknięta na świat i nie przyjmowała uchodźców. Ale to się zmienia. Przyjęliśmy 20 tys. uchodźców z Gruzji, w kraju mieszka pół miliona Ukraińców – mówił.

– Jednak mimo strachu wielu chciało ich przyjąć. Dlatego straszenie przez Jarosława Kaczyńskiego uchodźcami w kampanii wyborczej nie poprawiło, według mnie, notowań jego partii. Większość ludzi z centrum nie zgadzała się z jego zdaniem, dlatego PiS nie zdobył poparcia wielu osób w centrum, a obecna większość w parlamencie wynika z braku w nim lewicy – tłumaczył Petru.

Mówiąc o nastrojach w Polsce, stwierdził też, że „młodzi ludzie w Polsce porównują Polskę nie do lat 80., ale do dzisiejszych Niemiec albo Hiszpanii, i widzą różnicę”. – Stąd chęć zmiany i protest przeciwko establishmentowi, które rozumiem, bo sam, wychowując się w latach 80. w Polsce, nie chciałem słuchać moich rodziców, którzy mówili, jak źle było w czasie II wojny światowej.

– Przez ostatnie siedem lat polska gospodarka rosła, ale ludzie chcą, by zmiany zachodziły szybciej – dodał.

Zobacz także

petruWbbC

wyborcza.pl

 

100 straconych dni

Pan prezydent Duda wygłosił wczoraj dwa wystąpienia, w Sejmie i w Senacie. Można powiedzieć, że oba były poprawne i koncyliacyjne. Ale żadne ze słów, które wypowiedział, nie mogą przesłonić tego co w pierwszych stu dniach swej prezydentury zrobił, a przede wszystkim czego nie zrobił. Nie mogą więc przesłonić dość smutnego faktu, że z punktu widzenia Polski, są to dni stracone.

Prezydent Duda mówił wczoraj o potrzebie dialogu. Apelował o to, by naturalny spór, był sporem cywilizowanym. By po sejmowych debatach nikt nie miał poczucia, że jego godność została naruszona. Apelował do senatorów, by poprawiali prawo, zasugerował nawet, że fakt, iż większość w Senacie ma PiS, jest zobowiązaniem. Niby wszystko jak trzeba. Niby.

W obu wystąpieniach znalazły się bowiem akcenty niepokojące. A przede wszystkim akcenty, z których wynika, że Pan Prezydent jest prezydentem PiS-u czy Polski PiS-owskiej, ale nie całej Polski, że jest bardziej prezydentem jednej partii niż wszystkich Polaków.

Pan prezydent w wystąpieniu sejmowym czynił aluzje do wyborów samorządowych. Dziękując PKW za sprawne przeprowadzenie wyborów powiedział, że przywróciły one obywatelom wiarę, że demokracja jest realna. Czyli wybory samorządowe, które PiS przegrał w tym sensie, że poza jednym wyjątkiem, nie był w stanie przejąć władzy w sejmikach wojewódzkich, demokrację podważały. Ale już wybory, które PiS-owi dały władzę, były demokratyczne. Dość prymitywną zaserwował Pan Prezydent miarę demokratyczności wyborów. Wygrywa jego partia, wybory są demokratyczne, przegrywa, demokratyczne nie są.

W wystąpieniu senackim prezydent Duda stwierdził, że wybory pokazały dojrzałość polskiej demokracji, bo jedna partia uzyskała większość. Aha, skoro PiS zdobywa większość, demokracja jest dojrzała. Gdyby lewica wzięła o kilka dziesiątych procent głosów więcej, i PiS większości by nie miał, byłaby niedojrzała. Demokrację mamy więc dojrzałą. Aż strach pomyśleć co się stanie, gdy PiS znowu przegra. Demokracja zapewne przestanie być dojrzała.

11 listopada, w Święto Niepodległości, prezydent Duda też dał dość intrygujące dowody tego jak wyobraża sobie państwo oraz tego jakie wartości zamierza promować. W swym wystąpieniu w Warszawie stwierdził, że wyrok na kogoś, kto walczył z przestępczością, jest w oczywisty sposób niesprawiedliwy. Prezydent oczywiście mówił o wyroku na byłego szefa CBA, przyszłego koordynatora służb specjalnych, pana Kamińskiego. Skoro Kamiński walczył z przestępczością, to zapewne miał prawo popełniać przestępstwa. Skoro sąd stwierdził, że Kamiński popełnił przestępstwo, to sąd złamał zasady sprawiedliwości. Gdyby sąd Kamińskiego uniewinnił, sprawiedliwości stałoby się zadość. Jasna instrukcja dla sędziów. Wydajecie wyroki, jakich chce PiS, respektujecie prawo, wydajecie wyroki, które PiS-owi się nie podobają, naruszacie zasadę sprawiedliwości. Cóż, chciałoby się od głowy państwa oczekiwać pojmowania sprawiedliwości w wersji odrobinę bardziej subtelnej, niż ta, w jakiej pojmowali ją Kali, Kargul i Pawlak.

Pan prezydent ładnie wczoraj mówił o potrzebie wzajemnego szacunku w polityce, także między oponentami. Niestety trudno nie uznać tego za frazesy i komunały, biorąc pod uwagę, że przez 100 dni dawał wyłącznie przykłady tego, jak politycznych oponentów traktować nie należy. Prezydentowi Dudzie przez 100 dni udało się nie spotkać z premier rządu RP. Trudno nie potraktować tego inaczej, niż za manifestację skrajnej pogardy.

Gdy pojawiła się kwestia obecności przedstawiciela Polski na szczycie na Malcie, prezydent Duda zrobił wszystko, by obecność premier Kopacz na szczycie, uniemożliwiła jej wystąpienie w Sejmie, w dniu inauguracji nowej kadencji. Prezydent Duda nie wykonał żadnego gestu, który sytuację by załagodził. Nie przedstawił żadnego rozwiązania, które ambarasującej sytuacji pozwoliłoby uniknąć. Tak się zachowuje prezydent „wszystkich” Polaków.

Wczoraj prezydent Duda przyjął w Pałacu Prezydenckim ustępujący rząd. Czy podziękował mu za pracę dla Polski? Nie. Na to rząd nie zasłużył. Prezydent Duda podziękował członkom rządu za obecność i życzył im udanej pracy, oraz, ogólnie, powodzenia. Małostkowość? Małość? Brak klasy? Niech Państwo sami ocenią.

W dniu Święta Niepodległości Pan prezydent wręczał ordery. Order dostał między innymi przedstawiciel Kościoła. Kardynał Macharski? Arcybiskup Gocłowski? Arcybiskup Muszyński? Kardynał Nycz? Nie, arcybiskup Hoser, najbardziej znany twardogłowy przedstawiciel kościelnej hierarchii. Jego największe osiągnięcia to uciszenie księdza Lemańskiego i krycie księdza pedofila z praskiej diecezji. Można się jednak pocieszyć, że orderu nie dostał ojciec dyrekotr z Torunia. Zapewne dostanie order w przyszłości.

Pomijam już tutaj wypowiedzi prezydenta w Londynie, że Polacy wracać do Polski nie powinni, bo nie czas. Pomijam jego wystąpienie w Berlinie, gdzie prezydentowi Niemiec skarżył się na niesprawiedliwość w Polsce. Pomijam nagonkę ludzi z kancelarii prezydenta Dudy na prezydenta Komorowskiego i zarzuty o jego niegospodarność. Gdy Bronisław Komorowski został prezydentem zachował klasę. Opinia publiczna nie dowiedziała się, że na etatach w Kancelarii Prezydenta były dwie pielęgniarki zajmujące się mamą prezydenta Kaczyńskiego. Komorowski po prostu miał klasę. Albo ją się ma albo się jej nie ma. Pomijam też tu audiencję prezydenta Dudy u pana prezesa Kaczyńskiego. Choć to była rzecz niebywała.

Prezydentowi Dudzie od wielu tygodni udaje się odmawiać zaprzysiężenia wybranych przez Sejm nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Dlaczego? Bo Trybunał Konstytucyjny był w latach 2005 – 2007 być może najważniejszą przeszkodą na drodze PIS-u do władzy absolutnej. A przecież PIS chce władzy absolutnej i obsadzenia trybunału swoimi ludźmi. Teraz prezydent Duda, paraliżując Trybunał, łamie konstytucję i prawo, na co zwracają uwagę byli prezesi Trybunału. Robi to człowiek, którego najważniejszym zadaniem jest stanie na straży konstytucji. Po cóż Polsce prezydent, który ze swego najważniejszego zadania nie jest w stanie, nie chce się wywiązywać?

W swym wystąpieniu inauguracyjnym prezydent Duda mówił o potrzebie odbudowania wspólnoty Polaków. Przez 100 dni udało mu się jednak nie uczynić najmniejszego gestu znamionującego klasę. Żadnego gestu skierowanego w stronę ludzi, którzy na niego nie głosowali.

Niektórzy komentatorzy zastanawiają się czy w którymś momencie prezydent Duda nie przeciwstawi się prezesowi Kaczyńskiemu. Te spekulacje wydają mi się niemądre. Nie przeciwstawi się. Po pierwsze dlatego, że jest na to za słaby. Po drugie dlatego, że myśli mniej
więcej tak jak prezes.

Andrzej Duda, dość brawurowo, zapowiadał w swym inauguracyjnym orędziu, że jest niezłomny. Na razie niezłomnie stoi na straży interesów PIS-u. A zamiast być prezydentem wszystkich Polaków, jest prezydentem Polaków głosujących na PIS. I tylko w tym sensie jest niezłomny.

Tak fatalnego początku prezydentury nie wyobrażali sobie nawet ludzie, którzy generalnie są pozbawieni złudzeń. Andrzej Duda przegrał sto pierwszych dni swej prezydentury. Niby to tylko
początek, ale jest to początek absolutnie fatalny.

100straconychDni

naTemat.pl

Rosati: Straciliśmy śmiałość reformowania

PRZEGRALIŚCIEbo1
Paweł Wroński rozmawia z Daiuszem Rosatim, 13.11.2015

Prof. Dariusz Rosati

Prof. Dariusz Rosati (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Jedną z najważniejszych przyczyn porażki PO było zatrzymanie się w realizowaniu głównego hasła Platformy – „modernizacji Polski”. Było to szczególnie widoczne w drugiej kadencji rządu PO-PS – mówi Dariusz Rosati europoseł PO, ekonomista

Paweł Wroński: Co się stało 25 października 2015 roku?

Dariusz Rosati: Przegraliśmy wybory. PiS ma absolutną większość, co się nie zdarzało, a dodatkowo prezydenta. Nie ma w Sejmie lewicy. A duża część wyborców zagłosowała na ugrupowanie radykalno-anarchistyczne, którego głównym hasłem jest ogólne rozbicie obecnego porządku. Mam na myśli ugrupowanie Kukiz’15.

A PO przegrała, bo?

– Było wiele takich kamyczków i kamieni, które utworzyły lawinę. Był problem stylu sprawowania władzy. Nieumiejętność wytłumaczenia się z tego, co nazwano „aferą podsłuchową”, co zostało odebrane jako pycha i arogancja władzy.

Ważniejsze jest jednak to, co nazywamy „treścią rządzenia”. Jedną z najważniejszych przyczyn porażki było zatrzymanie się w realizowaniu głównego hasła Platformy – „modernizacji Polski”. Właśnie modernizacja to była nasza podstawowa wartość i to nadawało sens naszemu rządzeniu. Było to szczególnie widoczne w drugiej kadencji rządu PO-PSL.

Oczywiście Polska się zmieniała, budowane są autostrady, ale w warstwie reformy instytucjonalnej, reformy państwa widać było zastój. Mam na myśli reformę podatkową, reformę ochrony zdrowia, sądownictwa. Straciliśmy śmiałość reformowania, którą mieliśmy na początku i która była źródłem naszego sukcesu wyborczego w 2007 r. To ona stworzyła nasz elektorat. Równocześnie nie potrafiliśmy wytłumaczyć elektoratowi decyzji o podniesieniu wieku emerytalnego, a szczególnie zmian w OFE.

Wspomniał pan o reformie zdrowia. Wszyscy próbowali, nikomu nie wyszło.

– Ludzie mimo naszych obietnic tak jak osiem lat temu czekali w kolejkach, tak czekają i teraz. Nie jestem specjalistą, ale mamy przykłady Belgii czy Francji. To państwa, gdzie służba zdrowia funkcjonuje względnie dobrze.

Oczywiście wiemy, że odbywa się to pewnym kosztem. U nas nakłady na zdrowie wynoszą około 4,5 proc. PKB, średnia europejska wynosi 8-9 proc. PKB, ale przecież można było skierować tam dodatkowe środki albo choćby zdjąć część ciężaru z systemu powszechnego poprzez wprowadzenie ubezpieczeń prywatnych.

My jednak zamiast wprowadzania generalnych rozwiązań postanowiliśmy reformować odcinkowo. Dyskutować o wycenach procedur medycznych, listach leków refundowanych. Premier stawiał ministrowi zdrowia ultimatum, do kiedy mają być skrócone kolejki do lekarza. Potem pojawił się pakiet onkologiczny. A kolejki pozostały.

Mieliśmy swojego czasu taką ciekawą dyskusję w PO: czy ludzie czekają na wielkie projekty, czy wystarczy im ciepła woda w kranie. To było zaraz po tym, jak Donald Tusk zaczął głosić tę filozofię. Otoczenie premiera przekonało nas i jego, że teraz wielkie reformy są niepotrzebne. Był w tym jakiś sens. W ich mniemaniu dzięki rozwiązywaniu prostych spraw, likwidowaniu uciążliwości codziennego życia PO zbliży się do elektoratu.

Te wybory pokazały jednak, że każdemu ugrupowaniu potrzebne są wielkie projekty. W końcu PiS wygrało pod hasłem „wielkiej zmiany” i radykalnych rozwiązań, choć nie wiem, czy sensownych. A to wszystko zostało okraszone ideami wielkimi, takimi jak „patriotyzm”, „odzyskanie godności”.

A jaki jest najważniejszy wielki projekt Platformy? Czemu ma służyć ta modernizacja?

– Najważniejsze jest zmniejszanie luki cywilizacyjnej, luki rozwojowej, która praktycznie od początku dziejów Polski istnieje między nami a szeroko rozumianą Europą Zachodnią. To jest zadanie o znaczeniu historycznym.

Po raz pierwszy dysponujemy możliwościami, wsparciem finansowym, którego nie mieliśmy od tysiąca lat. Wokół panuje względny spokój, choć sytuacja na Ukrainie budzi niepokój, mamy skuteczne sojusze, prowadzimy dobrą politykę zagraniczną.

W ciągu ośmiu ostatnich lat udało nam się zmniejszyć lukę rozwojową w ten sposób, że PKB w Polsce per capita wzrosło z 53 proc. średniej Unii Europejskiej do 68 proc. Wystarczy jedna generacja podobnego rozwoju, by ta fundamentalna różnica zniknęła. Bardzo się boję, że zamiast kolejnych lat rozwoju będziemy mieli lata zamętu. Jestem przekonany, że za jakiś czas, gdy opadnie wyborczy kurz, te osiem naszych lat jednak zostanie docenione. Uważam też, że wizja państwa Platformy Obywatelskiej zwycięży.

A jaka jest wizja państwa Platformy Obywatelskiej?

– To wizja państwa otwartego, nowoczesnego, prozachodniego, dającego szansę indywidualnego rozwoju z solidarnym społeczeństwem.

Wyobrażam sobie pana, jak wychodzi pan na stadion i mówi: „Ludzie, potrzebujemy jeszcze 15 lat stałego wzrostu PKB, by dogonić Europę!”. A zaraz potem wychodzi przedstawiciel drugiej strony z cytatem: „Bić k… i złodziei”. Które przesłanie się przebije?

– Tu mówimy o czymś bardzo ważnym. Po prostu nie rozumiem, w jaki sposób udało się partii, której minister konstytucyjny został skazany na więzienie za ordynarne łapówki, narzucić narrację, że wszyscy wokół to złodzieje, a najgorsi to PO, mimo że żaden z ministrów jej rządu nie został skazany przez sąd.

Ja jednak mam wrażenie, że doszło do zdarzenia głębszego niźli przegrane przez PO wybory. Został właśnie zakwestionowany model zmian, z którymi PO się utożsamiała. Ich wzorem była Unia Europejska. Unia ma nieustanne kłopoty albo kryzys finansowy, czego przykładem jest Grecja, i problem euro albo instytucjonalny – czego dowodem jest niemożność rozwiązania problemu uchodźców.

– Nie zgadzam się. Unia dla Polski nie jest źródłem tych problemów, o których mówimy. Pan mówi „kryzys finansowy”, ale czerpiemy stamtąd kolosalne pieniądze. Tak samo z uchodźcami. Kryzys z uchodźcami pojawiłby się, obojętnie, czy Unia by istniała czy nie.

Tylko że w narracji jej przeciwników Unia zmusza nas do przyjęcia uchodźców, którzy są źródłem obcej, zagrażającej nam cywilizacji. Gdyby nas nie zmuszała, tobyśmy zamknęli granicę i ich nie przyjęli.

– Gdybyśmy ich nie przyjęli, to oni i tak by się u nas zjawili. Gdybyśmy zamknęli granicę, stracilibyśmy korzyści, które wynikają z otwarcia granic w ramach UE. Jesteśmy częścią Europy ze wszystkimi korzyściami i ze wszystkimi obowiązkami, które z tego wynikają. Pomijając humanitarne względy, jest to kwestia wyciągnięcia ręki i pomocy Włochom, Hiszpanom, Węgrom, do których nagle napłynął strumień uchodźców. Zresztą uważam, że PO wcale nie przegrała przez problem uchodźców. Elektorat nastawiony negatywnie do uchodźców i tak na PO wcześniej nie głosował.

Czytał pan na przykład wywiad z prof. Marcinem Królem w „Gazecie Wyborczej”, który stwierdza, że elity były po prostu głupie, przyjmując neoliberalny i zachodni model rozwoju Polski?

– Bardzo cenię prof. Króla i zupełnie się nie zgadzam. Krytykowanie teraz Leszka Balcerowicza, że wybrał zły model rozwoju, jest pozbawione sensu. Popełniał błędy, ale kierunek zmian był słuszny. Zdaje się, że Marcin Król w ogóle nie rozumie gospodarki wolnorynkowej. Nie rozumie, że nie mamy lepszego sposobu alokacji zasobów niż wolny rynek. Inna sprawa, że obok wolnego rynku powinniśmy mieć politykę społeczną, która odpowiada za wyzwania, która powinna się troszczyć o tych, którzy wylatują za kolejnym zakrętem.

Proponowany przez PO model rozwoju krytykuje nie tylko prawica, ale i lewica. Na przykład cała dyskusja o prekariacie – czyli osobach o niskich dochodach. To ci, co wylatują za zakrętem.

– Cała dyskusja o prekariacie jest moim zdaniem wyolbrzymiona przez ludzi, którzy nie do końca rozumieją globalizację. Bardzo szanuję na przykład red. Jacka Żakowskiego, ale coraz bardziej z nim się nie zgadzam. Wprowadziliśmy tzw. umowy śmieciowe za rządów Leszka Millera w latach 2001-02. Dlaczego? Bo wówczas mieliśmy 20-proc. bezrobocie. Być może one wymknęły się trochę spod kontroli, ale spełniły swoją funkcję.

Mamy cykl koniunkturalny, stałe umowy o pracę ograniczają możliwości dostosowawcze przedsiębiorstwa. Umowy-zlecenia dają możliwość pozbycia się pracownika, gdy nie ma dla niego pracy, umowy o pracę gwarantują prawa pracownicze, ale utrudniają zwolnienie. Platforma przedstawiała bardzo dobry projekt jednolitego kontraktu, w którym łączy się elastyczność zatrudniania – czyli możliwość zwolnienia z gwarancjami socjalnymi. To słynna formuła „flexicurity”. Niestety, obawiam się, że ta dobra idea nie zostanie zrealizowana.

PiS mające zobowiązania wobec związków zawodowych będzie realizowało ich postulaty, czyli będzie dążyć do usztywnienia rynku pracy zgodnie z zasadą, że kopalnie nie służą do wydobycia węgla, ale do zatrudniania górników.

Nie powinniśmy psuć wolnego rynku i wkraczać w zbyt dużym zakresie w relacje pracownik – pracodawca. Pomagajmy, ale poza rynkiem, wtedy gdy pracownik straci pracę, poprzez szkolenia, pożyczki na przesiedlenie do innego miasta.

Inny teoretyk, mający tym razem duże poważanie po prawej stronie sceny politycznej, prof. Andrzej Zybertowicz twierdzi, że model integracji Polski z Unią Europejską ma charakter imitacyjny i kolonialny. Polska stała się, szczególnie dla Niemiec, poddostawcą, a za unijne fundusze polskie władze sprzedają narodowe wartości, np. chrześcijaństwo.

– Moim zdaniem prof. Zybertowicz to autorytet, ale raczej od teorii spisków i układów. Niemcy są rządzeni przecież przez chrześcijańską demokrację. Chadecy chcieliby nas pozbawić chrześcijańskich wartości?

W Polsce nie ma zewnętrznego zagrożenia dla wartości chrześcijańskich, to my, Polacy, możemy być dla nich największym zagrożeniem, poprzez międzyludzką nienawiść, konflikty społeczne.

A co do modernizacji imitacyjnej. Jesteśmy gospodarką, która przechodzi fazy rozwoju. Faza poddostawcy jest naturalnym etapem. Przez ten etap przechodzili Koreańczycy, przechodzili Chińczycy. Oburzanie się na to, że w Polsce są montownie, że w Polsce są centra usługowe, to nonsens. My moglibyśmy się odgrodzić, gdybyśmy mieli kapitał jak Szwajcaria, Norwegia czy Szwecja, ale go nie mamy. Rozwój dokonuje się także przez import i imitację technologii zagranicznych. Po co wymyślać od nowa koło, skoro już je ktoś wymyślił? Można je tu sprowadzić, a najlepiej doprowadzić do tego, by było ono produkowane w Polsce.

Powiedział pan, że w przyszłości zwycięży model państwa PO. Ale to nie znaczy, że Platforma.

– Uważam, że zwolenników tych samych wartości: wolności, wolnego rynku, neutralnego światopoglądowo państwa, można znaleźć w różnych miejscach. Na lewicy, w centrum. Jest w Sejmie partia Nowoczesna Ryszarda Petru. To są nasi dawni wyborcy. To wszystko są ludzie, którzy myślą o modernizacji Polski. Za jakiś czas Platforma może być zupełnie inną Platformą, ale te wartości mają charakter uniwersalny.

Prof. Dariusz Rosati – europoseł PO. Urodzony w rodzinie polsko-włoskiej w Radomiu w 1946 roku. Profesor ekonomii, specjalista od makroekonomii i polityki integracji. Ukończył SGPiS, ale równocześnie na Uniwersytecie Warszawskim studiował matematykę. Obecnie wykładowca m.in. na SGH, visiting profesor na Uniwersytecie Princetown. Członek PZPR, SdRP. W latach 1995-97 minister spraw zagranicznych w rządzie SLD, członek Rady Polityki Pieniężnej. Był ekspertem m.in. UNIDO, Banku Światowego, Komisji Europejskiej.Poseł Platformy Obywatelskiej, wybrany do Parlamentu Europejskiego z ramienia tej partii. Członek rady krajowej PO

Zobacz także

przegraliścieBo

wyborcza.pl

 

Kustosz Kaczyński

Monika Olejnik, „Kropka nad i”, TVN 24, „Gość Radia Zet”, 13.11.2015

Jarosław Kaczyński zwrócił się do prezydenta Andrzeja Dudy, by

Jarosław Kaczyński zwrócił się do prezydenta Andrzeja Dudy, by „zgodził się na umieszczenie przed Pałacem Prezydenckim krzyża” (Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta)

Wydawało się, że sprawa krzyża z Krakowskiego Przedmieścia została wygaszona. Krzyż został postawiony w 2010 r. przez harcerzy, kilka dni po katastrofie.

Pamiętamy żenujące sceny, które miały miejsce na Krakowskim Przedmieściu, zarówno wśród zwolenników, jak i przeciwników. Awantura trwała miesiącami.

Kiedy kardynał Nycz zadecydował razem z prezydentem Komorowskim o przeniesieniu krzyża do kościoła św. Anny, z nienawiścią na księży rzucili się obrońcy krzyża, wykrzykując „Gestapo” i inne wyzwiska. Długo to trwało, nim krzyż znalazł się w kościele św. Anny. Przeniesienie musiało się odbyć z zaskoczenia, by znowu nie dochodziło do gorszących scen.

W tamtym czasie Episkopat apelował, by krzyż przestał być traktowany jak narzędzie w sporze politycznym. Przedstawiciele Episkopatu mówili, że krzyż nie może być zakładnikiem nawet w słusznej sprawie. Biskupi apelowali do polityków, a politycy swoje. Wreszcie krzyż znalazł swoje miejsce w kościele św. Anny.

Nie mógł tego przeboleć ani prezes Jarosław Kaczyński, ani PiS.

Mimo wszystko wydawało się, że po pięciu latach sprawa krzyża została zamknięta. Niestety nie. Prezes Kaczyński podczas obchodów 67. miesięcznicy oświadczył, że krzyż powinien wrócić przed Pałac Prezydencki. Nie zapytał o to Episkopatu Polski, choć kilka lat temu domagał się jasnego stanowiska polskiego Kościoła w sprawie krzyża.

Czy prezes Kaczyński znowu chce, byśmy byli świadkami awantur przed Pałacem Prezydenckim?

Żenujące jest to, że niektórzy z polityków, obrońcy krzyża, nawet nie wiedzą, gdzie ten krzyż się teraz znajduje, no i jakoś nie widać było pielgrzymek do kościoła św. Anny. Prezes Kaczyński nie zaprzestanie obchodów miesięcznic, choć ma swojego prezydenta, ma swojego marszałka, ma swój rząd.

Do kogo teraz podsycana będzie co miesiąc nienawiść? Kto będzie odpowiedzialny za to, że Rosjanie nam do tej pory nie wydali wraku? Czy będą pretensje do Beaty Szydło, do ministra spraw zagranicznych Waszczykowskiego, do ministra Ziobry?

Prezes Kaczyński przed wyborami mówił, że powinna być specjalna ustawa wyjaśniająca katastrofę smoleńską, powinna być komisja międzynarodowa, niektórzy posłowie PiS mówili o komisji śledczej w Sejmie. Teraz prezes powiada, że wystarczy polskie śledztwo. Ale z tą samą prokuraturą?

Prokuratura parę dni temu wydała oświadczenie, że 10 kwietnia to nie był zamach, tylko katastrofa.

Jak Antoni Macierewicz udowodni, że to był zamach? Przecież przez kilka lat powtarzał nam, że na pokładzie samolotu był wybuch, były bomby.

Na pewno w śledztwie smoleńskim wesprze go Jarosław Kaczyński. Już to zapowiedział, że przypilnuje, aby wyjaśnić sprawę zamachu do końca.

I choć nie jest premierem, nie jest prezydentem, to jest od nich ważniejszy.

Jest kustoszem pamięci.

obrońcyKrzyża

wyborcza.pl

Reklamy

%d blogerów lubi to: