Rząd PiS 2, 10.11.2015

 

Wygaszanie z uśmiechem – proces naturalny, miły i serdeczny. Tak będzie rządził PiS

Piotr Pacewicz, 10.11.2015

Jarosław Kaczyński i Beata Szydło

Jarosław Kaczyński i Beata Szydło (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja)

Jako partia nowoczesna, ale sięgająca do chrześcijańskich korzeni, PiS wie, że najważniejsze jest słowo. Trzeba je tylko znaleźć.

– To nie będzie likwidacja gimnazjów, lecz w y g a s z a n i e. Zmiana ewolucyjna, a nie rewolucyjna – mówi w TVN 24 Anna Zalewska, przyszła ministra edukacji. Uczniowie tego nawet nie zauważą – uśmiecha się promiennie.

Czyli tak: dzieciaki z obecnej szóstej klasy zostaną w podstawówce jeszcze dwa lata (nie zauważą, że nie poszli do gimnazjum), a podstawówki będą sobie (hop-siup) realizować dwa programy nauczania jednocześnie. Liceum do roku 2017/18 będzie uczyło po staremu, aż doczeka się dzisiejszych szóstoklasistów. Chyba że – zaraz, zaraz – już za rok zacznie uczyć po nowemu uczniów po wygaszanych gimnazjach? Może oni też nie zwrócą uwagi, że nauka trwa o rok dłużej?

Tego wygaszania nie zauważą oczywiście gminy, zwłaszcza te, które chuchały i dmuchały na swoje gimnazja, ani tym bardziej 100 tys. nauczycieli/nauczycielek, z których wielu/wiele nieopatrznie pokochało swoje szkoły. Po prostu ich miejsca pracy wygasną, część się załapie do podstawówek i szkół ponadgimnazjalnych, a część nie.

Anna Zalewska zapowiada, że są już gotowe kadry wygaszania – zespół, który opracuje nową podstawę programową dla całej edukacji od siedmiolatków (!) do matury. W gotowości czekają też recenzenci nowych podręczników, które muszą powstać. Można być przy tym pewnym, że ich dobór będzie właściwy, po prostu wygasi się współpracę z tymi, którzy nie są wrażliwi na pewne rzeczy, jak np. seksualizacja młodzieży pod pretekstem tzw. edukacji seksualnej. Roboty zresztą ubędzie, bo PiS zapowiada wygaszenie książkowego nadmiaru i chaosu – do każdego przedmiotu będą „po trzy podręczniki do wyboru, wyłonione w otwartym konkursie i dofinansowane przez MEN”. To doprowadzi do likwidacji rynku podręczników, pardon – do wygaszenia tego rynku. Ocaleją dwa-trzy najpotężniejsze wydawnictwa (już tak się dzieje po tym, jak Platforma postanowiła, że teraz rząd będzie wydawał „Elementarz”, i w tym celu zmieniła ustawę oświatową; będę jej to wypominał do śmierci, mojej rzecz jasna).

Na rynku wydawniczym wygaśnie sporo miejsc pracy, ale zatrudnienie pojawi się w pionie ideologicznym, zwłaszcza gdy powstanie Narodowy Instytut Programów Wychowania i Podręczników. PiS wróci też do niesłusznie zarzuconej w III RP roli kuratora – „niezależnego od wojewody przedstawiciela MEN sprawującego rzeczywisty nadzór nad oświatą w terenie”.

Trzeba bowiem jak najszybciej wygasić „dekonstrukcję świadomości narodowej”, która dokonała się w oświacie, i przywrócić w szkołach „funkcję wychowawczą, i to w szerokim sensie tego słowa”.

Wszystko to oczywiście ewolucyjnie, grzecznie i miło. Dzieci też będą grzeczne, bo ocena z zachowania – jak przed laty – „będzie miała daleko idące skutki: zostanie wliczona do średniej, a zbyt niska uniemożliwi promocję do następnej klasy”.

Ktoś myślący po staremu mógłby się zdziwić, że właśnie Anna Zalewska została ministrą edukacji. Ma wprawdzie wykształcenie pedagogiczne i pracowała kiedyś w szkole, ale od dawna oświatą się nie interesuje, a w swej drugiej kadencji przeniosła się z komisji edukacji do zdrowia. W Sejmie wypowiadała się o in vitro, reprezentowała stanowisko PiS w kwestii uzgadniania płci (ostrzegając przed masowym zamienianiem kobiet w mężczyzn i odwrotnie), zwalczała „lewicowy ekstremizm”(Krytyki Politycznej) i pigułkę „dzień po” bez recepty jako „wyraz skrajnie nieprzemyślanych, a przez to niebezpiecznych tendencji liberalizujących”. Z rzeczy przyziemnych – jako była wicestarosta powiatowa zajmowała się odnawialnymi źródłami energii, prawem budowlanym, ochroną łosi i wielokrotnie sprawami zdrowia (podobno miała iść na wice do tego resortu). Oświatą zajęła się bodaj dwa razy. To jej interwencja doprowadziła do tego, że w rządowym „Elementarzu” obok choinki pojawiła się nazwa „Boże Narodzenie”. Dociekliwie pytała wtedy: „Czy w toku prac nad podręcznikiem na zespół redakcyjny wywierane były naciski ze środowisk skrajnie lewicowych lub deklarujących poparcie dla ideologii gender albo innych jeszcze lobby, co doprowadziło do usunięcia nazwy świąt Bożego Narodzenia z treści wskazanego podręcznika?”.

Anna Zalewska nie zna się może na systemach edukacyjnych, zarządzaniu i finansowaniu oświatą czy metodyce nauczania. Ale zna się na tym, co jest solą edukacji a la PiS – na wartościach narodowych i katolickim wychowaniu. Jest kandydatką idealną, jej czujność i bezkompromisowość po prostu rzuca na kolana.

Sądzę, że słowo „wygaszanie” może w Polsce, która szykuje nam PiS, zrobić karierę także poza edukacją. Barbara Bubula nie zlikwiduje audycji Tomasza Lisa w TVP, a w żadnym razie nie przerwie jakiegoś programu na przykład w połowie. „Lis na żywo” zostanie wygaszony wraz ze zmianą ramówki.

Nie będzie likwidacji systemu bolońskiego, lecz co? Wy-ga-sza-nie.

Nie będzie rewolucyjnej zmiany na stanowisku prezydenta Warszawy (i paru innych miast). Kadencja Hanny Gronkiewicz-Waltz wygaśnie po referendum.

Słowo na „w” pomaga też zrozumieć, jak to było z wyborczą obietnicą wiceprezes Beaty Szydło, że ministrem obrony nie będzie Antoni Macierewicz. Faktycznie – mówi pani Szydło – zapowiadałam, że ministrem będzie Jarosław Gowin, ale był on tylko jednym z wielu kandydatów (czego wtedy nie powiedziała). A potem kandydatura Gowina w naturalny sposób wygasła, a on sam wybrał inne stanowisko.

Wygaszanie jest procesem naturalnym, miłym, serdecznym. Nikomu krzywdy nie czyni. Nie wprowadza w błąd. Nowy rząd jest w ogóle bardzo miły. No, może z wyjątkiem wicepremiera Piotra Glińskiego, który wczoraj rozpromienił się do kamery, ale zapytany, jakie ma pomysły na kulturę, po prostu zamilkł i udawał, że dziennikarki nie widzi i nie słyszy.

Z drugiej strony można powiedzieć, że wygasił rozmowę w odpowiedzi na nieludzkie wręcz chamstwo.

(cytaty z programu PiS, dokumentów sejmowych i strony TVN 24)

Zobacz także

pacewiczWygaszanie

wyborcza.pl

Prezes fundacji Jolanty Kwaśniewskiej niewinny. Sprawa wszczęta na polecenie Ziobry

Wojciech Czuchnowski, 10.11.2015

Andrzej Kratiuk

Andrzej Kratiuk (Fot. Sławomir Kamiński / AG)

Sąd całkowicie oczyścił Andrzeja Kratiuka i sześć innych osób z zarzutów prokuratorskich. – Nie wiem, po co w ogóle powstał w tej sprawie akt oskarżenia – mówił sędzia Krzysztof Chmielewski, wydając wyrok uniewinniający.

– Jak pan da coś na Aleksandra Kwaśniewskiego albo od biedy na Wiesława Kaczmarka, to będziemy kwita – tak jesienią 2007 r. katowicki prokurator Jacek Więckowski miał namawiać Kratiuka do składania zeznań przeciwko byłemu prezydentowi i ministrowi skarbu. Wcześniej Kratiuk, wraz z osobami biorącymi udział w zakwestionowanej przez prokuraturę transakcji z 2001 r., zostali zatrzymani przez CBŚ i przewiezieni do prokuratury. Słowa prok. Więckowskiego Kratiuk przypomniał w mowie końcowej, którą wygłosił w ub. tygodniu na zakończenie trwającego pięć lat procesu. Podkreślił, że prokurator nigdy nie zaprzeczył, by próbował wymusić na nim zeznania obciążające Kwaśniewskiego, Kaczmarka i innych polityków lewicy.

Szukanie haków na Kwaśniewskiego

Kratiuk to warszawski prawnik i od lat prezes rady fundacji dobroczynnej Jolanty Kwaśniewskiej. Gdy w 2005 r. politycy partii prawicowych zaczęli w komisji śledczej ds. afery Orlenu polowanie na kończącego kadencję prezydenta i jego żonę, Kratiuk też znalazł się na ich celowniku. Posłowie komisji przekonywali, że przez fundację płyną nielegalne pieniądze. Atakowano jej darczyńców i próbowano wiązać ją z przestępcami. Żadne z tych oskarżeń nie okazało się prawdziwe.

W 2007 r. na osobiste polecenie ówczesnego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry prokuratura w Katowicach podjęła dwa umorzone wcześniej w Warszawie śledztwa gospodarcze w sprawach, w których przewijało się nazwisko Kratiuka. Wytoczono mu też sprawę o to, że przed komisją Orlenu nie przyznał się do współpracy z bezpieką w czasach PRL.

Niewinny po raz trzeci

Prawnik jest rekordzistą w liczbie uniewinniających wyroków. Najwcześniej – w 2011 r. – sąd prawomocnie oczyścił go z zarzutu współpracy z SB. Wydając wyrok, sędzia podkreślił, że posłowie z komisji chcieli „skompromitować Kratiuka”.

Kolejny wyrok uniewinniający zapadł w 2013 r. Sąd we Wrocławiu oddalił zarzuty prokuratora, który dowodził, że Kratiuk brał udział w wyprowadzeniu pieniędzy przy sprzedaży bankowi Santander Dolnośląskiej Grupy Kapitałowej. Już przy tej sprawie ujawniono nadużycia w śledztwie – ukrywanie dokumentów świadczących o niewinności oskarżonych i pomijanie korzystnych dla nich zeznań.

Równolegle prok. Więckowski oskarżył Kratiuka o pranie brudnych pieniędzy przy dokapitalizowaniu Towarzystwa Ubezpieczeniowego Daewoo. To ten proces zakończył się we wtorek w Warszawie. W jego trakcie w podręcznych aktach prokuratora Więckowskiego obrońcy oskarżonych znaleźli ślad działalności specjalnej grupy policyjnej powołanej w 2006 r. przez komendanta głównego policji. Grupa miała prześwietlić majątki ok. tysiąca osób związanych z lewicą. 17 policjantów od przestępczości gospodarczej, zorganizowanej, a nawet narkotykowej miało „ujawnić przestępstwa popełniane przez osoby pełniące funkcje publiczne”. Specgrupa wspierała prokuraturę w Katowicach, której Ziobro zlecał najbardziej polityczne śledztwa.

„Język w stylu Michaela Jaggera”

W obu sprawach sąd całkowicie podważył opinie biegłych, którzy robili ekspertyzy będące podstawą aktu oskarżenia. W sierpniu tego roku sędzia Chmielewski musiał przerwać zeznania biegłego Jerzego Migasa, który na rozprawę przyjechał kompletnie nieprzygotowany i popełnił szkolne błędy. Jego wystąpienie sędzia określił jako „farsę”.

W trakcie rozpraw pomiędzy prokuratorem Więckowskim a Kratiukiem dochodziło do spięć. Prawnik przypominał o politycznej motywacji, jaką jego zdaniem kierował się oskarżyciel. Ubolewał, że gdyby jego nazwisko nie występowało przy transakcjach, w ogóle nie doszłoby do oskarżenia (w obu sprawach przed sądem było po siedmiu oskarżonych). Prok. Więckowski skarżył się, że Kratiuk jest wobec niego „złośliwy”. Na jednej z rozpraw sąd musiał zaprotokołować, że zdaniem prokuratora „oskarżony Kratiuk pokazał mu język w stylu Michaela Jaggera”. Wywołało to polemikę z sędzią, który poprawił, że chodzi o „Micka Jaggera”.

Prokurator idzie na zwolnienie

W ostatnich miesiącach Więckowski wyłączył się ze sprawy, przysyłając do sądu zwolnienia lekarskie. Zastępujący go prokurator z Katowic zdecydował przed wyrokiem, że nie wygłosi mowy oskarżycielskiej. – Na pewno autor aktu oskarżenia wygłosiłby tutaj płomienną mowę końcową, ale ja tego nie zrobię – mówił. Odczytał tylko, że chce uznać oskarżonych za winnych, i domagał się dla nich po roku więzienia w zawieszeniu.

Ale sędzia nie znalazł żadnej winy uczestników transakcji. W krótkim wystąpieniu powiedział we wtorek, że z dokumentów i zeznań świadków wynika, że transakcja uratowała Towarzystwo Daewoo, przed upadłością cena akcji nie była zawyżona, a powstała w miejsce DTU nowa ubezpieczalnia jest jednym z ważniejszych graczy na rynku. W sprawie – mimo nacisków prokuratury – żadna ze stron transakcji nie chciała wystąpić jako pokrzywdzona. – Nie wiadomo, po co był ten akt oskarżenia, komu miał służyć i o co w tej sprawie chodziło. Nie jest zadaniem sądu to rozstrzygać. Można przyjąć, że akt oskarżenia sporządzony był na wyrost i nie powinien mieć w ogóle miejsca – mówił sędzia Chmielewski, ale jak podkreślał, „żadne z działań oskarżonych nie nosiło znamion przestępstwa i nie działali w celu wyrządzenia szkody”.

Wyrok jest nieprawomocny. Od momentu wszczęcia pierwszego śledztwa minęło 12 lat.

Zobacz także

szefundacjiKwaśniewskiej

wyborcza.pl

Byli prezesi TK o decyzji Dudy: To podważanie autorytetu Trybunału

es, 10.11.2015

Andrzej Duda

Andrzej Duda (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Prezydent Andrzej Duda dotąd nie zaprzysiągł wybranych na początku października sędziów Trybunału Konstytucyjnego. „Stan, w którym jeden z najważniejszych organów państwa nie może funkcjonować w składzie przewidywanym przez Konstytucję, musi wywoływać najwyższy niepokój” – piszą czterej byli prezesi Trybunału Konstytucyjnego w przesłanym mediom oświadczeniu.

Marek Safjan, Jerzy Stępień, Bohdan Zdziennicki i Andrzej Zoll oceniają, że sytuacja niezaprzysięgania sędziów przez głowę państwa „prowadzi do podważania znaczenia i autorytetu najwyższego organu kontroli konstytucyjności prawa”.

W zeszły piątek upłynęła kadencja trzech sędziów: Marka Kotlinowskiego, Wojciecha Hermelińskiego i Marii Gintowt-Jankowicz. Na zaprzysiężenie czekają wciąż trzy osoby wybrane na ich miejsce przez Sejm. Prezydent nie wyznaczył daty ich zaprzysiężenia.

„Począwszy więc od dnia 7 listopada, Trybunał Konstytucyjny nie dysponuje składem sędziowskim przewidywanym bezpośrednio przez normy konstytucyjne, w liczbie 15 sędziów. Żadna okoliczność nie może być przywołana jako uzasadnienie dla braku umożliwienia złożenia ślubowania przez sędziów wybranych prze Sejm RP na podstawie obowiązujących przepisów prawnych. Nie jest taką okolicznością fakt wniesienia do Trybunału Konstytucyjnego wniosku o zbadanie konstytucyjności nowej ustawy o Trybunale Konstytucyjnym. Nie ma bowiem żadnej wątpliwości, że ustawa ta – dopóki nie zostanie uznana za niezgodną z Konstytucją przez wyrok Trybunału Konstytucyjnego – korzysta z domniemania konstytucyjności i stanowi w pełni legalną podstawę do uregulowania trybu wyboru sędziów Trybunału Konstytucyjnego, a także dla składania przez nich ślubowania wobec Prezydenta RP” – pisze czterech b. prezesów TK: Marek Safjan, Jerzy Stępień, Bohdan Zdziennicki i Andrzej Zoll.

Rozpatrzenie skargi posłów PiS na przepisy nowej ustawy o TK, na podstawie których wybrano nowych sędziów, Trybunał wyznaczył na 25 listopada. Pozostałe zarzuty posłów do tej ustawy ma rozpatrzyć 20 grudnia.

Zobacz także

byliPrezesiTK

wyborcza.pl

trybunaWskaż10szczegółów

Miesięcznica smoleńska: Beata Szydło wraz z przyszłym rządem uczestniczyła we mszy

TVN24/x-news, 10.11.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,114927,19164793,video.html?embed=0&autoplay=1
Comiesięczne uroczystości upamiętniające ofiary katastrofy smoleńskiej rozpoczęły się rano w kościele seminaryjnym w Warszawie. We mszy uczestniczyła Beata Szydło wraz z kandydatami na ministrów.

pierwszeSpotkanie

gazeta.pl

Katastrofa smoleńska: Wojskowa prokuratura podtrzymuje – to nie był zamach

Agnieszka Kublik, 10.11.2015

Konferencja prasowa NPW

Konferencja prasowa NPW (Fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta)

Wybuchu nie było, to była katastrofa lotnicza, do której doprowadziła polska załoga i rosyjscy kontrolerzy – Naczelna Prokuratura Wojskowa opublikowała dziś wnioski biegłych badających katastrofę smoleńską z 10 kwietnia 2010 r.

NPW zamieściła na swojej stronie internetowej komunikat dziś przed południem, dzień po ogłoszeniu przez Beatę Szydło składu jej gabinetu. Przypadek? Niekoniecznie. Bo w jej rządzie ma zasiąść Wielki Smoleński Śledczy, czyli Antoni Macierewicz (MON) i Witold Waszczykowski (MSZ). Ten pierwszy forsuje hipotezę zamachu i zapowiada nowe śledztwo prowadzone przez prokuraturę cywilną, a ten drugi właśnie ogłosił zaskarżenie rosyjskiego śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu za jego przewlekłość.

– Trzeba poprosić ekspertów międzynarodowych, żeby zrobili audyt raportu Anodiny, audyt raportu Millera, wskazali nam problemy – przekonuje Waszczykowski. – Chodzi o ekspertów przede wszystkim z krajów sojuszniczych, m.in. USA, z których pomocy miałyby skorzystać polskie komisje.

Kilka godzin po tych słowach NPW ujawnia ostatnie wnioski swoich biegłych. To tzw. opinia uzupełniająca do opinii kompleksowej z marca tego roku. Wojskowi śledczy mieli do grupy 24 biegłych jeszcze 81 dodatkowych pytań. Opinia uzupełniająca to dwa tomy, w sumie ponad 400 kart. Prokuratorzy wojskowi zakończyli analizę tych dwu tomów. Biegli potwierdzili swoje wcześniejsze wnioski: do katastrofy doszło, bo polscy piloci i rosyjscy kontrolerzy popełnili błędy. Wykluczyli zamach, bo nie odnaleźli żadnych poszlak, że doszło do wybuchu.

Jak zatem – zdaniem biegłych – doszło do katastrofy?

NPW cytuje biegłego, autora aneksu:

„Zniszczenie samolotu nastąpiło w wyniku zderzeń z przeszkodami terenowymi (drzewami), a całkowite jego zniszczenie nastąpiło po końcowym zderzeniu z ziemią. Szczegółowe badanie szczątków nie wykazało śladów lokalnych ognisk destrukcji konstrukcji samolotu mogących pochodzić z innych źródeł. Co więcej, szczegółowa analiza dowodowa odnalezionych fragmentów prawej burty samolotu w strefie tzw. salonki prezydenckiej wykazała, że nie występują na nich jakiekolwiek osmalenia, nadtopienia materiału wygłuszającego ani opalenia fragmentów konstrukcji. Z kolei identyfikacja fragmentów samolotu odnalezionych wokół brzozy przy tzw. działce Bodina (po zderzeniu i odcinaniu skrzydła przez ww. brzozę) potwierdziła fakt wystąpienia rozprysku w różnych kierunkach tych fragmentów, z oddziaływaniem strumienia gazów zza silników, na odległość dochodzącą do kilkudziesięciu metrów”.

Główne przyczyny katastrofy? NPW wymienia cztery:

– niewłaściwe działanie załogi polegające na zniżeniu samolotu przez dowódcę samolotu poniżej własnych warunków minimalnych do lądowania i niewydanie komendy odejścia na drugie zejście;

– wyznaczenie przez dowódcę 36. specjalnego pułku na dowódcę samolotu niedoszkolonych pilota i nawigatora;

– niewydanie przez rosyjskiego kierownika lotów zakazu lądowania na lotnisku Smoleńsk „Północny” samolotu Tu-154M nr 101 ze względu na niebezpieczne zjawisko pogody na tym lotnisku i nieskierowanie go na lotnisko zapasowe;

– niewydanie przez kierownika strefy lądowania komendy odejścia na drugi krąg w sytuacji, kiedy samolot przekraczał minimalną wysokość zniżania 100 m.

Przypomnijmy, że już zostały postawione zarzuty dwóm osobom z grupy kierowania lotami. Jednemu zarzut nieumyślnego sprowadzenia katastrofy, a drugiemu – umyślnego sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy. Prokuratura wojskowa wysłała wezwania do tych dwóch osób do stawienia się na przesłuchanie w charakterze podejrzanych. Jeśli się nie stawią, niewykluczony jest list gończy za nimi, choć polska strona ma świadomość, że zgodnie ze swoją konstytucją Rosja nie wydaje swoich obywateli.

Zobacz także

dzieńPoOgłoszeniu

wyborcza.pl

„Urban znieważył symbol Polski Walczącej”. Jest doniesienie do prokuratury

mk, 10.11.2015
Kilka dni temu Jerzy Urban opublikował film, na którym – jak twierdzi mieszkaniec Częstochowy, który złożył zawiadomienie do prokuratury – sprofanował symbol Polski Walczącej.

Jerzy Urban

Jerzy Urban (youtube.com/Tygodnik NIE)

 

Znieważenie symbolu narodowego

Na filmie Urban mówi, że „My, Polacy, mamy symbole narodowe w głębokim poważaniu”. Następnie ściąga spodnie, odwraca się i pokazuje przyczepioną do bieliznę biało-czerwoną flagę z symbolem Polski Walczącej.

Jak podaje częstochowska „Gazeta Wyborcza”, jeden z mieszkańców wczoraj zawiadomił Prokuraturę Okręgową w Częstochowie, domagając się kary dla naczelnego tygodnika „NIE”. Jego zdaniem doszło do znieważenia chronionego prawem symbolu narodowego.

Czytaj wiecej o doniesieniu na Jerzego Urbana na Częstochowa.Wyborcza.pl

UrbanZnieważył

gazeta.pl

 

Wydawca „wSieci” zapłaci 20 tys. zł za okładkę z Tomaszem Lisem

Mariusz Jałoszewski, 10.11.2015

Tomasz Lis na okładce tygodnika

Tomasz Lis na okładce tygodnika „wSieci”

Wydawca prawicowego tygodnika „wSieci” i jego redaktor naczelny Jacek Karnowski przegrali dziś proces z Tomaszem Lisem. „wSieci” pokazało Lisa jako SS-mana i napisało o nim: „Prawie jak Goebbels”.

Wydawca Fratria i Karnowski mają przeprosić dziennikarza i redaktora naczelnego „Newsweeka” Tomasza Lisa na trzeciej stronie tygodnika w „wSieci”. Przeprosiny mają też wisieć przez siedem dni na stronie internetowej gazety.

Przeprosiny nakazał dziś Sąd Okręgowy w Warszawie, do którego pozwał Karnowskiego i wydawcę „wSieci” Tomasz Lis.

Chodzi o okładkę z października 2013 r. To był fotomontaż. Lisa ubrano w mundur przypominający mundury, w jakich chodzili niemieccy zbrodniarze. Na głowie miał czapkę z trupią czaszką. Na pierwszym planie była jego rzekoma, zakrwawiona pięść, w której trzymał różaniec, i duży podpis „Prawie jak Goebbels”. Nad zdjęciem był nadtytuł: „Nagonka na Kościół. Czy zatrzymają się dopiero, gdy zaczną ginąć księża”. Tomasz Lis uznał, że okładka narusza jego dobra osobiste w postaci czci, godności i dobrego imienia. Wytoczył cywilny proces o ochronę dóbr osobistych.

Fotomontaż z nazistą narusza godność

– Miałem pewne wątpliwości dotyczące wszczynania procesu, ale wynikały one wyłącznie z organicznej niechęci do spotykania się w jakimkolwiek miejscu z odrażającymi typami, jakimi są bracia Karnowscy – mówił w styczniu 2014 r. Lis portalowi naTemat.pl (Lis jest założycielem portalu). – Wątpliwości jednak wyparowały, gdy kilka tygodni temu opublikowali informację, że Andrzej Turski, który był ciężko chory, według nich wystąpił na wizji pijany, a potem nie tylko nie przeprosili, ale w wybitnie cynicznym, pełnym hipokryzji tekście napisali, że nie dadzą się wciągnąć w polemiki w tej sprawie. To był akt najbardziej ohydnego medialnego bandytyzmu, jaki kiedykolwiek widziałem. Uznaję, że z takim bandytyzmem trzeba wszystkimi możliwymi środkami walczyć, bo inaczej pozwoli się na to, by bandytyzm stał się normą – mówił wtedy Lis.

Wczoraj sąd przyznał mu rację, ale jego żądania uwzględnił tylko częściowo. Sędzia Karol Smaga nakazał przeprosiny wydawcy i Karnowskiemu tylko w papierowej i internetowej „wSieci” (wydawca i redaktor naczelny mają przeprosić oddzielnie). Lis chciał też by były one na innych portalach, które pisały o okładce, ale sędzia uznał, że byłoby to „nadmierne”. Podkreślił, że inne portale pewnie napiszą o wyroku, co powinno wystarczyć. W przeprosinach ma być zawarte, że okładka z fotomontażem uwłaczała jego godności, bo kojarzyła go z nazistami. Sędzia Smaga uzasadniał, że bezsporne jest, że naruszono dobra osobiste Lisa. Podkreślił jednak, że tygodnik nie musiał mieć zgody na wykorzystanie jego wizerunku, bo jego zdjęcie wykorzystano w związku z pełnieniem przez Lisa funkcji dziennikarza. Jednak fotomontaż przedstawiający go w mundurze nazisty, z zaciśniętą, zakrwawioną pięścią z różańcem narusza jego godność i cześć.

„wSieci” zapłaci tylko 20 tys. zł, bo Lis też na okładkach robi fotomontaże

Karnowski i wydawca bronili się, że nie działali bezprawnie. Okładka była ilustracją do tekstu o walce z Kościołem. A oni bronili Kościoła przed nagonką. Przekonywali, że ich tekst był głosem w debacie o Kościele, która wtedy toczyła się w mediach. Odbijali piłeczkę, przekonując, że Lis na okładce „Newsweeka” też robi fotomontaże ze znanymi politykami prawicy.

Sędzia przyznał, że była wtedy debata o pedofilii i wątkach obyczajowych w Kościele. Uczestniczył w niej też Lis. „wSieci” też miało prawo wziąć w niej udział i zająć swoje stanowisko wobec stygmatyzacji księży. Ale jak podkreślił sędzia Smaga, reakcja tygodnika była nieadekwatna. – Okładka była chwytem marketingowym, miała wywołać szok u czytelników. Uczyniono go [Lisa] twarzą kampanii antykościelnej. Nie wyjaśniono czytelnikom, dlaczego wzięto go na twarz tej kampanii – podkreślał sędzia.

Tłumaczył dalej, że nie można porównywać Lisa do Goebbelsa. Nie można też Lisowi przypisać jako celu walki z Kościołem, co przyświecało Goebbelsowi.

Za naruszenie dóbr osobistych Karnowski i wydawca „wSieci” solidarnie mają zapłacić 20 tys. zł na cel społeczny. Lis chciał 250 tys. zł, ale sędzia uznał, że to za dużo. – Nie bez znaczenia jest tu postawa powoda [Lisa], jego udział w debacie publicznej i sposób, w jaki bierze w niej udział – uzasadniał sędzia. Podkreślił, że określając wysokość odszkodowania, brał też pod uwagę cel publikacji „w Sieci” i to, że Lis posługiwał się podobnymi okładkami.

Wyrok nie jest prawomocny. Niewykluczone, że będą od niego apelacje.

Olejnik przegrała, Kopacz pozywa

Za porównanie do nazisty Lisa bronił publicysta Tomasz Terlikowski z Fronda.pl, specjalizujący się w tematyce religijnej.

Pisał wtedy: „Problem polega tylko na tym, że historycznie to chybiony strzał. Rzeczywiście hitlerowcy (ale przed nimi także rewolucjoniści francuscy) sięgnęli po pedofilię i skandale seksualne, by wykorzystać je do walki z Kościołem. Tyle że im to nie wyszło, bo niemal nie udało się znaleźć skandali. Teraz jest zaś nieco inaczej”. Dowodził: „Kilka tygodni pracy mediów wystarczyło, by znaleźć przynajmniej kilka śmierdzących spraw (to więcej, niż znaleziono w Niemczech przez dwa lata, i to przy pomocy odpowiednich służb, a nie dziennikarzy), w części których odpowiedzialność spada na kurie biskupie (..) Nie jest również tak, że to dziennikarze wymyślili sobie niektóre wypowiedzi kurialistów czy arcybiskupów (najlepszym komentarzem do nich jest to, że sami hierarchowie się z nich wycofywali). One, niestety, padły…”.

Tygodnik „wSieci” nie pierwszy raz skandalizował okładką. Proces wytoczyła też znana dziennikarka Monika Olejnik za fotomontaż przedstawiający ją w towarzystwie gen. Wojciecha Jaruzelskiego z podpisem: „Dzieci esbeków i ludzi PZPR rządzą mediami”. Pod koniec października sąd nieprawomocnie oddalił jednak jej pozew. W tym roku we wrześniu – przed wyborami – na okładce pojawiła się Ewa Kopacz w burce i z dynamitem oraz z podpisem: „Ewa Kopacz urządzi nam piekło na rozkaz Berlina”. Kopacz również złożyła pozew.

Zobacz także

lisWygrał

wyborcza.pl

Koniec programu Lisa w TVP? Dziennikarz zabrał głos i przeciął spekulacje

Mkam, 10.11.2015
Tomasz Lis w swoim programie odniósł się do pogłosek, jakoby jego koniec w Telewizji Publicznej zbliżał się wielkimi krokami. W programie „Tomasz Lis na Żywo”, w rozmowie z Robertem Winnickim i Krzysztofem Bosakiem, gospodarz programu przyznał, że to jeden z ostatnich odcinków.

„Tomasz Lis na żywo” (TVP 2)

 

A było tak: gośćmi wieczornego programu „Tomasz Lis na żywo” byli m.in. narodowcy: Krzysztof Bosak i Robert Winnicki. Pierwszy z nich chełpił się, zwracając się do Tomasza Lisa: – Jestem zaskoczony, że pan nas dwóch zaprosił, bo to wychodzi poza standard pańskiego programu. Być może dlatego, że są spekulacje, że to jeden z ostatnich programów – stwierdził Bosak.

I tu Lis zaskoczył, wtrącając: „To nie spekulacje, to prawda”. Dziennikarz przyznał tym samym, że doniesienia, jakoby koniec jego programu w TVP był bliski, są prawdą.

Koniec Lisa w Telewizji Publicznej

Program Lisa był emitowany na antenie TVP 2 od lutego 2008 roku. Doniesienia o możliwym zakończeniu współpracy ze stacją krążyły w mediach już od jakiegoś czasu.Sam nowy prezes TVP, Janusz Daszczyński, zasugerował, że nie zamierza przedłużać umowy z Lisem po jej wygaśnięciu.

koniecProgramuTomaszaLisa

gazeta.pl

Wszystkie szaleństwa Antoniego Macierewicza

09-11-2015

ZOBACZ ZDJĘCIA »Antoni Macierewicz

Wiceprezes PiS Antoni Macierewicz  /  fot. Tomasz Gzell  /  źródło: PAP

Nie tak dawno insynuował, że za Donaldem Tuskiem stało enerdowskie Stasi. Dzisiaj jest nominowany na stanowisko szefa MON. Przeszłość Antoniego Macierewicza pokazuje, że czekają nas emocjonujące cztery lata.

„Lista Macierewicza”

Dzięki niej Macierewicz na trwałe zapisał się w politycznej historii Polski. W latach 1991-92 jako szef MSW w rządzie Jana Olszewskiego Macierewicz wykonywał tzw. sejmową uchwałę lustracyjną. Chodziło o ujawnienie nazwisk prominentnych postaci polskiej sceny politycznej (posłów, senatorów, ministrów, wojewodów, sędziów i prokuratorów), którzy w latach 1945-90 byli tajnymi współpracownikami UB i SB.

4 czerwca 1992 roku Macierewicz doręczył Konwentowi Seniorów listę 64 osób, które według zebranych przez jego resort danych były w PRL-u tajnymi współpracownikami służb. Znaleźli się na niej członkowie rządu, posłowie i senatorowie. Macierewicz sporządził też drugą listę rzekomych współpracowników peerelowskich specsłużb, znalazły się na niej dwa nazwiska „osób o „szczególnym znaczeniu dla bezpieczeństwa państwa”, czyli ówczesnej głowy państwa Lecha Wałęsy oraz marszałka Sejmu Wiesława Chrzanowskiego. Druga z list trafiła na ręce prezydenta, premiera, marszałków Sejmu i Senatu, Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego oraz prezesa Trybunału Konstytucyjnego.

Czytaj też: Rząd Beaty szydło, czyli PiS na trotylu

Problem w tym, że Macierewicz nie zrobił tego, o co prosił go Sejm. Na sporządzonych przez niego listach znalazły się bowiem osoby, które figurowały w ewidencji UB i SB jako tajni agenci. Nie oznacza to jednak, że te osoby rzeczywiście kiedykolwiek współpracowały ze służbami bezpieczeństwa. Rejestry prowadzone przez UB i SB nie są szczególnie godnym zaufania źródłem informacji. Dlaczego? Bo funkcjonariusze często fałszowali notatki służbowe (np. żeby móc nimi później szantażować ludzi, na których im zależało) albo wpisywali do akt osoby, które nigdy nie donosiły. Co gorsza, oba zestawienia błyskawicznie „wyciekły” do mediów i w społecznym odbiorze funkcjonowały jako „listy agentów”, chociaż w praktyce nimi nie były.

– To ja państwu zostawię, żebyście sami po czynach odpowiedzieli sobie na to pytanie – Antoni Macierewicz pytany o to, czy za Donaldem Tuskiem stało Stasi, czyli enerdowska bezpieka

„Noc teczek”

Polityczne tornado wywołane przez publikację „listy Macierewicza” w piętnaście godzin zmiotło rząd Jana Olszewskiego, który został odwołany w nocnym głosowaniu, tuż po północy 5 czerwca 1992 roku. Stąd, zwłaszcza w prawicowej publicystyce, przyjęło się określenie „noc teczek”. Chociaż w rzeczywistości o żadnych teczkach nie było mowy, ponieważ wciąż leżały one w archiwum służb specjalnych, a politycy (konkretnie szefowie klubów parlamentarnych) otrzymali jedynie zalakowane koperty ze wspomnianymi już listami przygotowanymi na podstawie uchwały Sejmu.

Ministrowie-agenci

Kiedy w sierpniu 2006 roku byli szefowie polskiego MSZ krytykowali odwołanie szczytu Trójkąta Weimarskiego przez ówczesnego prezydenta Lecha Kaczyńskiego, Macierewicz (wówczas wiceszef MON) na antenie Telewizji Trwam stwierdził, że większość krytyków „była agentami sowieckich służb specjalnych”. Tymi słowami wywołał w kraju polityczną burzę, ściągając na siebie falę krytyki tak ze strony partii opozycyjnych, jak i koalicyjnych (LPR i Samoobrona) czy sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych. W liście do swojego bezpośredniego przełożonego, szefa MON Radosława Sikorskiego, Macierewicz wyjaśniał sprawę następująco: „Mówiąc o agenturalnej przeszłości byłych szefów MSZ użyłem niewłaściwego skrótu myślowego”. Nigdy nie cofnął jednak rzuconych wobec nich oskarżeń. Skończyło się to pisemnym upomnieniem od Sikorskiego, który tym samym uznał sprawę za zamkniętą.

Wiceprezes PiS Antoni Macierewicz

Tomasz Gzell, PAP
Wiceprezes PiS Antoni Macierewicz

Raport WSI, czyli „druga lista Macierewicza”

W rządzie PiS Macierewicz, jako wiceszef MON, pełnił funkcję likwidatora Wojskowych Służb Informacyjnych (WSI). Odpowiadał za weryfikację ich kadr, był też pełnomocnikiem ds. tworzenia Służby Kontrwywiadu Wojskowego (SKW). W swoją rolę tępiciela pozostałości peerelowskich służb wszedł tak mocno, że pozbawił polskich żołnierzy, będących wówczas m.in. na misjach w Afganistanie i Iraku, ochrony kontrwywiadu wojskowego. Ponadto cały świat poznał sposób działania i strukturę polskich służb specjalnych.

Nie był to jednak jedyny problem z „raportem Macierewicza”. Dokument krytykowano także za niechlujność i nierzetelność w jego przygotowaniu oraz kierowanie się jego twórców „polowaniem na czarownice” .

Ponadto wiele osób, których nazwiska znalazły się w Aneksie 16 – „Zidentyfikowane osoby współpracujące niejawnie z żołnierzami WSI w zakresie działań wykraczających poza sprawy obronności państwa i bezpieczeństwa Sił Zbrojnych RP” – wytoczyło autorom raportu na drodze cywilnej albo karnej procesy sądowe. Powtarzającymi się zarzutami były nadużycie uprawnień, niedopełnienie obowiązku wyjaśnienia faktów przed publikacją dokumentu, a także zniesławienie. Odszkodowania dla osób niesłusznie oskarżonych w raporcie kosztowały budżet państwa już blisko milion złotych.

Mimo tego, znalazły się osoby, które raportu broniły. Przede wszystkim prawicowi dziennikarze i publicyści, ale także niektórzy zagraniczni komentatorzy (m.in. Richard Pipes ze Stratfor). Wskazywali na dużą rolę raportu w kwestii uwiarygodnienia Polski w oczach NATO i pozbycia się z polskich specsłużb pozostałości po rosyjskiej agenturze.

Wydaje się jednak, że rację miał Radosław Sikorski, ówczesny szef MON i przełożony Macierewicza, który po publikacji raportu domagał się u szefa rządu dymisji swojego podwładnego. Zarzucał Macierewiczowi pozbawienia polskich żołnierzy ochrony kontrwywiadowczej, co w jego opinii było efektem nieudolnego procesu przejmowania archiwów WSI i nieefektywnego funkcjonowania nowych służb. Kiedy premier Kaczyński nie wyraził zgody na odwołanie Macierewicza, Sikorski sam podał się do dymisji. Szef rządu dymisję przyjął.

– Katastrofa w Smoleńsku była prawdopodobnie skutkiem zamachu, a nie awarii, i świadczą o tym wszystkie znane nam fakty – Antoni Macierewicz w wywiadzie dla tygodnika „Sieci”, 2013 rok

Smoleńsk – zamach, wojna i… brak dowodów

Osoby mniej zainteresowane polityczną historią III RP Macierewicza znają przede wszystkim jako szefa zorganizowanego przez parlamentarzystów PiS zespołu parlamentarnego ds. wyjaśnienia przyczyn katastrofy rządowego samolotu Tu-154 w Smoleńsku.

W toku prac wspomnianego zespołu, ale także już po ich zakończeniu, Macierewicz niejednokrotnie sugerował, że 10 kwietnia 2010 roku nie miała miejsca katastrofa lotnicza, a intencjonalne działania wymierzone przeciwko państwu polskiemu. – Katastrofa w Smoleńsku była prawdopodobnie skutkiem zamachu, a nie awarii, i świadczą o tym wszystkie znane nam fakty – mówił w wywiadzie dla tygodnika „Sieci” w 2013 roku.

Miesiąc po katastrofie, 10 maja 2010 roku, twierdził z kolei: – Lech Kaczyński wraz z elitą niepodległościową znalazł się w wirze wielkiej rosyjskiej operacji odzyskiwania wpływów na obszarze dawnego imperium i to w uzgodnieniu z Niemcami oraz za zgodą rządu Donalda Tuska. Była to w istocie gigantyczna pułapka, która zatrzasnęła się wraz ze startem Tu-154 10 kwietnia o godzinie 7.20 czasu warszawskiego.

Czy hipotezę zamachu można jakkolwiek udowodnić? Macierewicz od początku przekonywał, że tak i powoływał się w tym zakresie na fachową wiedzę ekspertów w dziedzinie wypadków lotniczych. Kiedy jednak poziom tej „eksperckości” zbadała prokuratura, całość zakrawała na mało śmieszny żart.

Czołowy ekspert „zespołu Macierewicza”, prof. Wiesław Binienda z Uniwersytetu w Akron, pytał prokuratorów o wymiary skrzydła Tupolewa, chociaż jest to wiedza niezbędna do stworzenia symulacji, którą profesor rzekomo przeprowadził.

Inny z profesorów, Jan Obrębski z Politechniki Warszawskiej, na pytanie prokuratorów o swoje kompetencje w zakresie badania wypadków lotniczych, przyznał m.in., że od małego interesuje się lotnictwem, jako młody chłopak sklejał modele samolotów, a kiedyś siedział w kokpicie samolotu myśliwsko-bombowego Su-33. Dodał też, że latając samolotami obserwuje, jak zachowują się ich skrzydła. Kiedy śledczy dopytywali o doświadczenie w badaniu materiałów wybuchowych, odparł, że… kiedyś był świadkiem eksplozji w szopie.

Z kolei prof. Jacek Rońda z AGH nie przedstawił w prokuraturze żadnych obliczeń na poparcie swoich tez o wybuchu we wnętrzu prezydenckiego Tupolewa. Jednak w filmie „Anatomia upadku” Anity Gargas nie przeszkadzało mu to twierdzić, że polska komisja państwowa nie wykryła śladów wybuchu, ponieważ „nie odważyła się wykonać pewnych badań ze względu na miłość do Putina”.

Poza tzw. zespołem Macierewicza żadna inna krajowa czy międzynarodowa instytucja zajmująca się wypadkami lotniczymi nie potwierdziła tezy o tym, że w Smoleńsku faktycznie doszło do zamachu, a nie katastrofy. Natomiast skutki społeczne głoszenia tezy o zamachu doprowadziły do podziałów w polskiej polityce i społeczeństwie, czasem określanych przez dziennikarzy i publicystów mianem wojny polsko-polskiej.

Przewodniczący parlamentarnego zespołu ds. katastrofy smoleńskiej Antoni Macierewicz

Tomasz Gzell, PAP
Przewodniczący parlamentarnego zespołu ds. katastrofy smoleńskiej Antoni Macierewicz

Stasi stoi za Tuskiem?

Najnowszy wyskok Macierewicza miał miejsce podczas spotkania z chicagowską Polonią. Jedno z zadanych na kartce pytań z sali dotyczyło związków enerdowskiej bezpieki Stasi z byłym premierem Polski, a obecnie przewodniczącym Rady Europejskiej, Donaldem Tuskiem. Macierewicz z uśmiechem na twarzy nazwał pytanie „miłym” i skomentował słowami: – To ja państwu zostawię, żebyście sami po czynach odpowiedzieli sobie na to pytanie.

Na tym samym spotkaniu zapowiedział publikację, po objęciu władzy przez PiS, aneksu do raportu WSI oraz konieczność ostatecznego wyjaśnienia sprawy katastrofy smoleńskiej i osądzenia winnych. – Wiele nazwisk, może nie wszystkie, ale większość, jeśli chodzi o zamach, zostało ustalonych – przekonywał zebranych na sali.

Wszystko, co musisz wiedzieć o rządzie Beaty Szydło>>>

wieleNazwisk

Newsweek.pl

Dzis. komunikat NPW z opinii 24 biegłych. Całkowicie druzgocząca(!) dla polskiej załogi i tworcow teorii spiskowych

naczelnaProkuraturaWojskowa

naczelnaProkuraturaWojskowa1

http://www.npw.gov.pl/491-Prezentacjanewsa-63301-p_1.htm#

Powrót upiorów. Witamy w państwie PiS

powrótUpiorów
Wojciech Czuchnowski, 10.11.2015

Mariusz Kamiński, Zbigniew Ziobro, Antoni Macierewicz

Mariusz Kamiński, Zbigniew Ziobro, Antoni Macierewicz (Fot. Agencja Gazeta)

Powrót Ziobry, Macierewicza i Kamińskiego oznacza, że dla PiS nie ma żadnych granic i że wszystko wolno

1. Jesienią 2007 r. Polacy odrzucili wizję państwa, którą proponował im rząd Jarosława Kaczyńskiego. Odsunęli PiS od władzy, bo nie chcieli podsłuchów, tropienia spisków i układu, mieli dość prowokacji, oskarżeń, insynuacji, szczucia na lekarzy, opozycję i biznesmenów, dość tropienia agentów i pomówień w mediach. Nie chcieli państwa, które symbolizował funkcjonariusz w kominiarce walący o szóstej rano do drzwi w towarzystwie kamer telewizji.

2. Symbolem tego państwa byli trzej ludzie: Zbigniew Ziobro – prokurator generalny i minister sprawiedliwości, Mariusz Kamiński – szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego, oraz Antoni Macierewicz – likwidator WSI i wiceminister obrony narodowej.

3. Szybkie, skuteczne i sprawiedliwe rozliczenie ich działalności wydawało się oczywistą konsekwencją wyborów i gwarancją powrotu do normalności.

4. Tak się jednak nie stało. Premier Donald Tusk od razu dał czerwone światło ABW, która zebrała dowody na łamanie prawa przez połączone siły służb specjalnych i prokuratury. Nie powstała „biała księga” nadużywania władzy i nacisków na wymiar sprawiedliwości. Komisja śledcza, która miała ustalić odpowiedzialność Ziobry za śmierć posłanki SLD Barbary Blidy, działała zbyt wolno. Komisja śledcza ds. nacisków na służby i prokuraturę została sparaliżowana przez wewnętrzne spory i brak woli politycznej. W kadencji 2007-11 Platforma uciekała, jak mogła, przed wnioskiem o postawienie Ziobry przed Trybunałem Stanu, lekceważąc głosy, że za chwilę będzie za późno.

Jakoś szło rozliczanie Macierewicza za kłamliwy i niszczący polski wywiad raport z likwidacji WSI. Do czasu gdy prokuratura wydała kuriozalne orzeczenie, że były wiceminister obrony – chociaż winny – nie może odpowiadać przed sądem, bo pełniąc swoją funkcję likwidatora WSI, nie był urzędnikiem państwowym.

Najdalej poszło rozliczanie nadużyć Kamińskiego. Został oskarżony i skazany. Ale surowy wyrok sądu pierwszej instancji zapadł za późno i został odczytany jako akt polityczny.

5. Nieudolne próby osądzenia IV RP trwały tak długo, że część spraw się przedawniła. Zdążyła wyrosnąć generacja wyborców, którzy nie mieli pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi i którym prawica mogła wmówić dowolną bzdurę o odwecie. Ale naprawdę nie było ani odwetu, ani sprawiedliwości.

6. Gdyby Ziobro, Macierewicz i Kamiński mieli dzisiaj prawomocne wyroki, choćby za przekroczenie uprawnień, ich droga do stanowisk publicznych byłaby na lata zamknięta. I nie zmieniłaby tego nawet wola „żelaznego prezesa”.

7. Powrót upiorów IV RP jest bezlitosną konsekwencją błędów, zaniechań i kuriozalnych decyzji.

W 2007 r. nie chodziło o zemstę. Zemsta będzie teraz.

8. Ziobro przeprowadzi „reformę” wymiaru sprawiedliwości. Zacznie od likwidacji urzędu niezależnego od władzy prokuratora generalnego. Sam będzie pełnił tę funkcję. Wrócą naciski i dyspozycyjni prokuratorzy „na telefon”. Będzie weryfikacja niewygodnych sędziów, którym zgodnie z przedwyborczym projektem PiS zbada się mocz i pośle ich na wariograf.

Macierewicz jako szef „zespołu smoleńskiego” przez ostatnie lata oskarżał polskich prokuratorów wojskowych o zdradę. Pluł im na mundur, chociaż rzetelnie prowadzili śledztwo w sprawie katastrofy z 10 kwietnia 2010 r. Teraz jako szef MON będzie jednym z ich przełożonych. Tak jak zapowiadał na wiecu w Chicago, porachuje się z „Polakami odpowiedzialnymi za zamach w Smoleńsku”. Ujawni aneks do raportu z weryfikacji WSI (wstrzymany przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego). Znów poznamy prawdy objawione w głowach Macierewicza i jego ekipy.

Skazany (nieprawomocnie) Kamiński zostaje nadzorcą służb specjalnych, które dewastował jako szef CBA. Jaki sygnał daje to funkcjonariuszom, których zadaniem jest przestrzeganie prawa, działanie w jego granicach? Co oznacza dla nich szef, który wspierał własną partię na rzekomo apolitycznym stanowisku, a po zwolnieniu ze służby stał się posłem i wiceprezesem tej partii? Także jego zastępcy i współpracownicy, na czele z „agentem Tomkiem”, po wyrzuceniu z CBA zasilili szeregi PiS. Apolityczność służb specjalnych staje się kiepskim żartem.

9. Ponadto przypadek Kamińskiego ukazuje obowiązujące w świecie PiS standardy. Gdy został skazany za łamanie prawa w służbach, prezes tej partii ostentacyjnie zlekceważył wyrok sądu i wystawił Kamińskiego tuż po sobie na liście wyborczej. Po wyborach poszedł dalej – Kamiński nie sprawdził się w jednej służbie, więc stanie na czele wszystkich. A nowa władza ustami premier Szydło sugeruje, że w apelacji spodziewa się, iż „sprawiedliwość stanie po stronie Kamińskiego”. Jest to nie tylko nacisk na sąd, ale również autorytarna koncepcja sprawiedliwości, która ma być „po naszej stronie”.

10. Powrót Ziobry, Macierewicza i Kamińskiego oznacza, że dla PiS nie ma żadnych granic i że wszystko wolno. Jarosław Kaczyński zdaje się mówić: „Prawo i zasady nie będą ograniczać naszej władzy, są jej narzędziami. I to my decydujemy, kto i kiedy je łamie”.

Powrót państwa, które tak traktuje prawo, ułatwiła Platforma, nieudolnie i kunktatorsko rozliczając IV RP. Teraz jest już za późno.

Zobacz także

upioryWróciłydziennikGazetaPrawnaRządPiS

wyborcza.pl

Reklamy