Kiszczak, 05.11.2015

 

Prezydent zwołał Sejm tak, że polski rząd nie poleci na ważny szczyt UE ws. uchodźców

Renata Grochal, Agata Kondzińska, 05.11.2015
Prezydent zwołał posiedzenie Sejmu na 12 listopada. Tego dnia premier Ewa Kopacz miała reprezentować Polskę na szczycie Rady Europejskiej na Malcie. Nie poleci, bo w kraju musi podać swój gabinet do dymisji

Szefowa Kancelarii Prezydenta Małgorzata Sadurska ogłosiła dziś, że prezydent Andrzej Duda zwołał pierwsze posiedzenie Sejmu na 12. listopada na godzinę 13, a Senatu na godz. 17. Tego samego dnia na Malcie spotkają się przywódcy krajów europejskich, żeby rozmawiać o kryzysie imigracyjnym w Europie. Decyzję o zwołaniu szczytu szef Rady Europejskiej Donald Tusk ogłosił dwa dni temu.

Rzecznik rządu Cezary Tomczyk mówi, że termin pierwszego posiedzenia Sejmu jest wyjątkowo niefortunny, bo posiedzenie, na którym rząd ma podać się do dymisji, wyznaczono w czwartek na godzinę 13, a szczyt Rady Europejskiej rozpoczyna się o 14.30.

– To oznacza, że polski premier – ani ten ustępujący, ani przyszły – nie będzie mógł wziąć udziału w szczycie. Po pierwsze obie panie składają o tej porze ślubowanie, a po drugie prezes Rady Ministrów składa na pierwszym posiedzeniu Sejmu dymisję – mówi „Wyborczej” Tomczyk. Zgodnie z konstytucją do momentu powołania nowego rządu, obowiązki pełni stary rząd. Technicznie można by sobie wyobrazić sytuację, że zaraz po złożeniu dymisji prezydent zaprzysięga nowy rząd i to Szydło leci na szczyt, ale Beata Szydło tak jak Ewa Kopacz, składa w tym czasie ślubowanie poselskie.

Tomczyk podkreśla, że w tej sytuacji na szczyt może lecieć prezydent, ale jest on związany instrukcjami rządu. – Tylko nie wiadomo, którego PO-PSL, czy PiS-owskiego – zastrzega rzecznik. Tematem szczytu będzie kwestia uchodźców. PO i PiS mają rozbieżne stanowiska w tej sprawie.

– Albo jest to niedopatrzenie ze strony prezydenta, który nie zauważył, że w tym dniu jest szczyt Rady Europejskiej, albo jest to rywalizacja prezydenta z nową premier, bo to ona powinna polecieć – mówi Tomczyk.

Nasi rozmówcy z Kancelarii Prezydenta w nieoficjalnych rozmowach przyznają, że prezydent na szczyt nie poleci. – Ale to, że nie będzie pani premier też nie jest dramatem, bo gorzej byłoby gdyby podjęła jakieś decyzje, które potem w życie musiałby wprowadzać nowy rząd – mówi nasz rozmówca.

prezydentZwołałSejmTak

wyborcza.pl

Już wiadomo: pierwsze posiedzenie nowego Sejmu 12 listopada

mar, 05.11.2015
Wiadomo już, kiedy posłowie rozpoczną pracę Sejmu. Prezydent Andrzej Duda podał oficjalny termin pierwszego posiedzenia tej kadencji.
http://www.gazeta.tv/plej/19,114871,19090952,video.html?embed=0&autoplay=1

 

Starzy i nowi posłowie wkroczą na salę Sejmu 12 listopada. Wtedy też złoży dymisję rząd Ewy Kopacz i zaprzysiężony zostanie gabinet Beaty Szydło.

W ławach sejmowych zasiądzie 235 posłów PiS, 138 poslów PO, 42 posłów ruchu Kukiz’15 i 28 posłów .Nowoczesnej. Spośród nich 130 sprawuje funkcję posła po raz pierwszy.

Marszałkiem seniorem Sejmu został Kornel Morawiecki, a marszałkiem seniorem Senatu – Barbara Borys-Damięcka.

 

prezydentDudaPodał

jakMożnaByło

prezydentZwołałSejm

polacyPolacy

gazeta.pl

Partia Razem. Co zrobią z 14-milionową dotacją?

Grzegorz Szymanik, 05.11.2015

Od lewej: Weronika Samolińska, Marcelina Zawisza, Justyna Samolińska, Zofia Smełkówna, Radosław Koba, Katarzyna Paprota, Wojciech Kuśmierek

Od lewej: Weronika Samolińska, Marcelina Zawisza, Justyna Samolińska, Zofia Smełkówna, Radosław Koba, Katarzyna Paprota, Wojciech Kuśmierek (Fot. Bartosz Bobkowski)

Wszyscy sobie z nas teraz żartują, czy oddamy te 75 procent z 14 mln dotacji. To głupi żart, ale właściwie tak – oddamy.

Jeśli polityka jest teatrem, to o Razem można by opowiedzieć w jednej scenie. Po wyborach, w biurze partii na Lwowskiej w Warszawie, członkowie partii pozują do zdjęcia. Fotograf, prosi, by ustawili się pod plakatem Adriana Zandberga, którego akurat w biurze nie ma. – Nie ma mowy! Jak pod Matką Boską? W zarządzie krajowym jest dziewięć osób, Adrian jest tylko jedną z nich – odpowiadają.

Z tym porównaniem jest jednak pewien problem – wszyscy członkowie Razem są zgodni, że polityka teatrem być nie powinna.

Razem. Pięć minut sławy i co dalej

W Mordorze

W Warszawie przy ulicy Domaniewskiej znajduje się miejsce, które warszawiacy nazywają Mordorem. Zamiast orków i nazguli zagnieździły się w nim korporacje. W agencji reklamowej pracuje tu Zofia Smełkówna (wcześniej niezwiązana z polityką). W Razem zajęła się tym, na czym zna się zawodowo – pomagała w przygotowywaniu ulotek i pisaniu scenariuszy do klipów wyborczych. Osiem lat temu zaczęła zarabiać pieniądze, które pozwoliły jej wygodnie żyć. Miała szczęście do pracodawców szanujących prawo pracy i nie musiała prosić o etat. Jak wszyscy znajomi kupiła mieszkanie na kredyt.

– Wydawało mi się, że to zwieńcza żywot korposzczura i możemy przystopować. Ale niewielu ludzi, których znam, było w stanie powiedzieć o zarobkach: dobrze jest, jak jest. Byli nieutuleni. A przecież nasze potrzeby były spełnione z górką, mieliśmy na wszystko. Jednocześnie coraz bardziej odrywaliśmy się od polskich realiów. Patrzyłam na rodziców. Moja mama jest nauczycielką, a ojciec zaczynał od kariery aktora teatralnego, potem został pedagogiem. Za swoje pensje żyli bez fanaberii. Dotarło do mnie szybko, że wykonując zawód obciążony o wiele mniejszą odpowiedzialnością, zaczęłam zarabiać sporo więcej niż oni razem wzięci. Zrozumiałam, że całe to gadanie: „Zasługujesz na tyle, na ile rynek cię wycenia”, to bzdura.

– Co w programie Razem jest najważniejsze?

– Odbudowa społecznej solidarności. Żebyśmy przypomnieli sobie, że istnieje coś takiego jak społeczeństwo i powinniśmy działać dla wspólnego dobra. Zastanawialiśmy się ostatnio, czy w korporacjach możliwe jest istnienie związków zawodowych. Raczej nie. Nawet w ramach jednej firmy pracowników nie łączy wspólny interes. Ci z dolnej skali, którzy przeszli ze stażysty w juniora, a wciąż nie mają umowy o pracę, marzą o etacie, by móc zachorować, pomyśleć o dziecku. A z drugiej są ci na samozatrudnieniu, bo im się to opłaca. Jakbyś powiedział, że od dziś wszyscy na etat, to część rzuciłaby ci się do nóg z podziękowaniem, a inni byliby niezadowoleni, bo obciąłeś im 2 tysiące netto.

Adrian Zandberg z Partii Razem: Wielki biznes i najbogatsi odmawiają współpracy. Trzeba to zmienić

Prekariusze łączą się

Osteosarcoma, mięsak kości. Marcelina Zawisza (wychowała się na Śląsku, w konserwatywnym domu rodziny górniczej, jedna z założycielek Razem, wcześniej m.in. Zielonych, zebrała 8316 głosów) zachorowała 14 lat temu. Wycięli część uda, kolano, fragment piszczeli, włożyli endoprotezę. Podczas choroby zmienia się perspektywa. Chorujesz, oglądasz inne cierpiące dzieciaki i nabierasz empatii, która prędzej czy później przełoży się na zewnątrz. Marcelina szukała jej najpierw w Kościele. Zapisała się do Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży, jeszcze szybciej wypisała.

– Przeszkadzały mi dogmaty, zakłamanie, brak dyskusji. Kiedy na religii oglądaliśmy „Pasję”, a ja nie byłam w stanie patrzeć, powiedziałam to księdzu. Chwycił moją głowę i zmusił, żebym patrzyła – opowiada.

Empatię skierowała w stronę lewicy. Na studiach, w Demokratycznym Zrzeszeniu Studenckim, pomagała zwalnianym ze stołówek szkolnych kucharkom zakładać związek zawodowy. Sama pracowała na śmieciówce w kawiarni.

– Mam 26 lat, ale gdyby na zajęciach z polityki społecznej nie pokazali nam umowy o pracę, nie wiedziałabym, jak wygląda – opowiada. – W pracy w kawiarni szkoda było mi zrezygnować choć z jednego dnia, by pójść do lekarza. Mama mnie zmusiła. Dowiedziałam się, że znowu mam raka. To był wczesny etap i udało mi się wyzdrowieć. Denerwuje mnie, jak ktoś mówi „zasługa Boga”. Nie, to zasługa ciężkiej pracy – pielęgniarek, lekarzy i salowych. Nie było w Polsce prawdziwie lewicowej partii, która mogłaby reprezentować ich interesy, więc ją założyliśmy.

Seweryn Prokopiuk (30 lat, jedynka Razem w Białymstoku, bez doświadczenia politycznego, związkowiec, zebrał 4079 głosów) uczy w policealnej szkole zawodowej, gdzie zarabia 1700 zł. Żeby się utrzymać, wcześnie rano idzie do drugiej pracy – jako magazynier.

– Z doświadczenia wiem, co ludzi dotyka. Ja pierwszą składkę emerytalną zapłaciłem w wieku 27 lat. Sam mieszkam kątem w wynajętym mieszkaniu, u rodziny. Lewicowe kwestie światopoglądowe? Są ważne. Ale może dajmy ludziom chleb, a potem zajmiemy się resztą?

Wioletta Krysiak (25 lat, zebrała 4049 głosów, jedynka w okręgu Piotrków Trybunalski, wcześniej w Zielonych) zawsze doświadczała tego, że Polska nie daje równych szans. Pochodzi z Bolimowskiej Wsi, która nie ma nawet stu mieszkańców.

– Żeby dojechać do gimnazjum, musiałam wstawać przed szóstą. Od studiów pracuję jako pomoc w biurze i w call center.

Pierwszą umowę o pracę dostała w tym roku – przez agencję pracy tymczasowej, z krótkimi umowami na trzy miesiące. Kiedy idzie na zakupy, szuka po najniższych półkach.

Mateusz Mirys (jedynka w Sieradzu, 5138 głosów) był jednym z organizatorów bojkotu korporacji LPP (m.in. Reserved), która wyprowadzała zyski do rajów podatkowych. Wcześniej działał w Młodych Socjalistach. Pracuje w organizacji pozarządowej, a one opierają się na grantach. Jeśli się nie uda go zdobyć, ma perspektywę pół roku bez pieniędzy. – Wygrywają wnioski, w których najbardziej obniża się koszty. Żyłujemy więc do granic. Staramy się autowyzyskiwać. Nie zabieramy tym, którym płacimy.

Justyna Samolińska (27 lat, w Razem od początku) pochodzi z konserwatywnego domu, rodzice związani są z zakonem dominikanów. Pracowała w lodziarni i dorabiała jako niania (to lubiła najbardziej, bo mały człowiek nie ma jeszcze żadnych uprzedzeń), teraz jest dziennikarką portalu Strajk. Blokowała eksmisje, chodziła na sesje rady miasta w sprawie zamykania szkół i wkurzała się, że kiedy matki dzieci protestowały i płakały, radni sprawdzali w laptopach wyniki sportowe. W wyborach w okręgu podwarszawskim zdobyła więcej głosów (8817) niż wicepremier Janusz Piechociński (8005).

Program wyborczy Razem. Lewicowa lewica

Zrzutka na 50 groszy

W dzielnicy Biała Wschód w Bielsku-Białej, wśród zapyziałych podwórek i zaniedbanych kamienic, czuć było zapach smutku, przygnębienia i braku perspektyw. Tak przynajmniej pamięta to Szymon Kania (25 lat, trzeci na liście Razem w Bielsku, bez doświadczenia politycznego, zebrał 1187 głosów). Pochodzi z rodziny prawniczej, ale na Białej Wschód się wychował, chodził tam do podstawówki nr 10.

– Potem, szanowny kolego, poszedłem do prywatnego gimnazjum i zobaczyłem, jak skrajne są nierówności w szkole. Bo w podstawówce chłopaki składali się na gumy Mino za 50 groszy, a w prywatnym gimnazjum był wypasiony sklepik i wszyscy mieli komórki. Moi znajomi z gimnazjum głosują dziś na Nowoczesną. Mnie w domu niczego nie brakowało, ale nikt też mnie nie rozpieszczał. Pracowałem jako barman (piątka za godzinę) i przy ładowania tirów. Za długo byłem prekariuszem, żeby nie stanąć teraz w interesie słabszych. Bo kto ich obroni, szanowny kolego? Ładowałem tiry z takim Krzysiem, który opowiadał mi, że musi mieć dwie prace, by utrzymać dziecko. Nie wiem, kiedy ten człowiek spał.

Dziś Kania pracuje w kancelarii radcowskiej, pomaga też ludziom, których nie stać na profesjonalnego pełnomocnika. – Do partii też zapisałem się z powodów prawniczych. Bo lubię mówić, że nasz program jest realizacją niezrealizowanych postanowień konstytucji. Na przykład artykułu 2 o sprawiedliwości społecznej.

Doradca wychodzi z bańki

– Jak to? Zawodowo doradza pan, jak obniżać podatki, a zapisał się pan do partii, która chce je podwyższać? – dopytuję Jarosława Soję (35 lat, jedynka okręgu częstochowskiego, bez doświadczenia politycznego, zebrał 3380 głosów).

– Jestem doradcą podatkowym. Nie pracuję w dużej firmie doradczej, ale sam. Przez to zarabiam mniej, ale mam swobodę działania i mogę sobie zachowywać się przyzwoicie. Nie mówię, że nie doradzam, jak obniżyć podatki, bo doradzam. Ale staram się być etyczny. Mam na przykład klienta, który zatrudniał wszystkich na czarno, choć płacił dobrze. Zatrudniał na faktury i miał dziurę w kosztach. Wytłumaczyłem mu, że jak zatrudni na umowach, to będą koszty dodatkowe, które zmniejszą podatek. Teraz firma się rozwija, wszyscy mają umowy – no, nie powiem, że same etaty – ale ubezpieczenia zdrowotne są. Poznałem od środka polski system podatkowy i wiem, że jest niesprawiedliwy. Frustracja narastała we mnie od dawna. Pochodzę z domu solidarnościowego, więc na SLD i tak nie mogłem głosować. Zacząłem chodzić na parady równości, mam znajomych LGBT i wiem, jak im się żyje. To wypchnęło mnie z mojej bańki. Mam swój wkład w program Razem – jestem jednym z twórców programu podatkowego i programu progresji. Dzięki mnie głośno mówimy o problemie unikania opodatkowania. Przygotowałem też kilka projektów zmian w ustawach podatkowych, które ukrócą niektóre mechanizmy optymalizacji, a nie uderzą w przedsiębiorców.

– A straciłby pan na progresji podatkowej, którą pomógł pan stworzyć?

– Niedużo, ale tak.

Edward Korbel (49 lat, czwórka w okręgu opolskim, wcześniej niezwiązany z polityką, z zawodu socjolog, 291 głosów) wyliczył, że po wprowadzeniu progresji podatkowej proponowanej przez Razem też płaciłby więcej o 165 zł. – Ale zamiast patrzeć, ile zostanie w mojej kieszeni, wolę spojrzeć na zysk społeczny. Co z tego, że płaciłbym większy podatek, jeśli miałbym dzięki temu lepszą i doinwestowaną służbę zdrowia?

Katolicy i komuniści

Do niedawna działalność polityczna Martina Irzyka (30 lat, jedynka w okręgu rzeszowskim, zebrał 4400 głosów) ograniczała się do zebrań wiejskich. Tymczasem w wyborach zdobył w swojej wsi drugi wynik – 50 głosów. Pierwszy miał kolega z podstawówki, który startował z listy PiS – 200 głosów. – O problemach wsi mówi się tylko przez pryzmat rolnictwa. Tymczasem są inne – tłumaczy Irzyk. – Wieś jest odcięta od transportu publicznego. Wiem, bo moja siostra codziennie jeździ 30 kilometrów do pracy do Rzeszowa. Likwidowane są szkoły i biblioteki. Mieliśmy we wsi bibliotekę publiczną, ale już jej nie ma. Państwo ze wsi się wycofuje.

– A jak wieś reaguje na lewicowe kwestie światopoglądowe?

– Konserwatyzm wsi to trochę mit. Tydzień przed wyborami na mszy ksiądz powiedział, że katolik powinien głosować na katolika, a komunista na komunistę. Miałem spotkanie następnego dnia i mieszkańcy byli oburzeni, że takie rzeczy wygaduje się na mszy. Wieś nie siedzi pod butem Kościoła.

Sens solidarności

Stefan Jerzy Adamski, działacz opozycji demokratycznej w PRL, który w roku 1980 współredagował pierwszy historyczny biuletyn MKS NSZZ „Solidarność”, nigdy nie należał do żadnej partii. Ta będzie pierwsza.

– Przynajmniej nie można mi zarzucić, że to niedojrzała decyzja – żartuje. W 1980 miał 26 lat. Dziś w podobnym wieku jest jego syn, od którego dowiedział się o Razem. W III RP zajmował się m.in. produkcją filmów instruktażowych i dokumentalnych, prowadził firmę informatyczną.

– Uważałem, że spotkała mnie i tak fortunna odmiana losu, bo w latach 80. pracowałem fizycznie w wytwórni lizaków, obsługiwałem wtryskarkę hydrauliczną i inne roboty bez poczucia jakiejkolwiek stabilizacji, co pozwala mi dość dobrze rozumieć sytuację dzisiejszych prekariuszy.

W nowej Polsce związał się z ruchem alterglobalistycznym. Do Razem przyłączył się z tych samych powodów, z których był w pierwszej „Solidarności”. Przed wyborami zamieścił w internecie list: „Stare powiedzenie pyta retorycznie: kto bogatemu zabroni? A odpowiedź jest prosta: my wszyscy, ale tylko – razem. Bo żadna zbiorowość, żadne państwo nie przetrwa jako suma egoizmów. Polska jest na przedostatnim miejscu w Europie pod względem poziomu wzajemnego zaufania. Pojęcie solidarności, które tak wiele dla nas znaczyło, stało się pustym dźwiękiem. Jednak można mu przywrócić dawny sens”.

Państwo to my

Od dołu

– Muszę powiedzieć szanownemu koledze, że to fantastyczne – mówi Szymon Kania z Bielska-Białej, którego pytam o oddolne budowanie struktur, którym Razem się chwali. – Na przykład 11 kwietnia zostałem wybrany na koordynatora w głosowaniu, nikt mnie nie powołał. Jako okręg możemy też zawsze przygotować projekt uchwały, który będzie głosowany przez radę krajową. Była sytuacja, że Ryszard z Pszczyny, 75-latek od nas, wysunął pomysł alfabetycznych list wyborczych. Stworzyliśmy taką uchwałę.

– I co dalej?

– Leciutko, ale została jednak odrzucona przez radę krajową.

Edward Korbel: – Poczucie wpływu na partię polega na tym, że jak w przyszły weekend będzie rada krajowa, to gdybym miał czas i ochotę, mogę pojechać, wejść i zadawać pytania.

Barbara Brzezicka (32 lata, asystentka na uczelni, do tej pory niezwiązana z polityką, jedynka w okręgu elbląskim, 3240 głosów): – Internet daje wielkie możliwości tworzenia demokratycznego ruchu. Mamy zamknięte internetowe forum. Teraz na przykład dużo jest na nim zgłoszeń do przygotowana oficjalnego stanowiska w sprawie praw kobiet.

Zofia Smełkówna: – Jako nowa długo nosiłam się z napisaniem, że uważam sformułowanie „najwyższa stawka dla zarabiających powyżej 500 000 złotych rocznie” za niefortunne, że ludzie go nie rozumieją i uważają, że chodzi o zabranie procentu od całego dochodu. Bałam się, że zrobię z siebie idiotkę. Tymczasem dyskusja, która się zaczęła, trwała kilka tygodni i ewoluowała w pierwsze prototypy kalkulatora podatkowego umieszczonego potem na stronie partii.

Martin Irzyk: – Mamy oddolną inicjatywę członków, którzy są ze wsi albo na wsi mieszkają. Bo nikt nam niesamowitego programu nie wymyśli, pomysły i diagnoza muszą wyjść oddolnie. A zaplecze eksperckie nam sprawdzi.

Marcelina Zawisza: – W sposób oddolny powstaje program transportowy i edukacyjny. Tak stworzyliśmy Kartę LGBT. Bardzo intensywnie działa grupa ds. kultury wyższej. Ostatnio dostępu do forum domagają się urbaniści. Chcą tworzyć projekt miasta przyszłości.

Miller nas nie obchodzi

Biuro Razem, ul. Lwowska w Warszawie. Na biurkach kubki z kawą, a na środku pokoju łóżko polowe. Zostało po kampanii wyborczej.

– Bywałem tak zmęczony, że kładłem się na godzinę, a budziłem rano – mówi Radosław Koba, hispanista, tłumacz, bez doświadczenia politycznego.

Do Razem przyszedł jako jeden z pierwszych. Zajął się robieniem grafik, choć wcześniej nie miał o tym pojęcia.

Jest czwarty dzień po wyborach. Próbuję pytać o Zjednoczoną Lewicę, ale wszyscy przewracają oczami.

Marcelina Zawisza: – Dlaczego media pytają nas o rzeczy, które zupełnie nas nie obchodzą?

Nie obchodzi nas, co będzie z Millerem, naprawdę. My robimy swoje.

Partia Razem: Wyborcy nie dali się nabrać, widzieli, że za projektem „Zjednoczona Lewica” stali Miller i Palikot

Wojciech Kuśmierek (skończył psychologię informatyki, kiedyś był w młodzieżówce Unii Wolności, potem głosował na PO, a jeszcze później zauważył, że rzeczywistość nie chce się dopasować do liberalnych recept): – Jest tam sporo fajnych ludzi, których widzielibyśmy w Razem. Ale gdybyśmy powiedzieli teraz, że zasiadamy do rozmów, to 80 procent osób, na barkach których stała ta kampania, odeszłoby od nas. Przyrzekliśmy im normalną lewicę, nie będziemy wchodzić w konszachty z tymi, którzy lewicę pogrzebali.

– Ludzi interesuje, czy przez te cztery lata nie znikniecie, jak sobie poradzicie.

Wojciech Kuśmierek: – To tylko siedem razy dłużej niż do tej pory istniejemy.

Radosław Koba: – Wolelibyśmy rozmawiać o podatkach, zarobkach, mieszkaniach. Pensja adiunkta na uczelni to 3900 brutto. Mało? A i tak 82 proc. Polaków zarabia mniej od niego.

Marcelina Zawisza: – Bo gdyby pensje były jawne, gdybyśmy wiedzieli, ile zarabia sąsiad, nie żylibyśmy w fałszywym przeświadczeniu, że tylko nam powinęła się noga. Patrzymy na sąsiada, a nie wiemy, że wziął kredyt na 40 lat. Chcemy rozmawiać o inwestycjach w edukację, o mieszkaniach czynszowych.

– A o związkach partnerskich, świeckości państwa?

Zawisza: – To dla nas tak samo ważne. Ale kiedy przychodzą do nas starsze panie i mówią, że miały głosować na PiS – nie dlatego, że są konserwatywne, tylko czują się niepewnie ekonomicznie ze swoimi rentami i emeryturami – a teraz zagłosują na nas, to mamy je zarzucać projektem związków partnerskich?

Świetlice, gremia i think tanki

3,62 procent głosów w wyborach dało Partii Razem prawie 14 milionów dotacji od państwa.

Wojciech Szymański (31 lat, jedynka Razem w Łodzi, niezwiązany wcześniej z polityką, zebrał 7975 głosów) chciałby, żeby pieniądze pomogły partii okrzepnąć. Wynająć biura w innych miastach, bo do tej pory Razem stać było jedynie na lokal w Warszawie. Będą mogli zlecać badania i analizy – do tej pory korzystali z ogólnodostępnych.

Jakub Danecki (28 lat, budował ule, ratował park, protestował przeciwko igrzyskom w Krakowie, jedynka w Sosnowcu, 5697 głosów) inspiracji szuka w II RP: – Kiedyś partie robotnicze angażowały ludzi, organizowały życie. Fabryka, związki zawodowe miały swoje kluby sportowe i biblioteki. Partia polityczna nie może być tylko maszynką do głosowania.

Szymon Kania z Bielska-Białej chciałby się zająć pracą u podstaw, zorganizować świetlice, bezpłatne porady prawne, zajęcia dla seniorów, kursy obsługi komputera i wspólne czytanie konstytucji.

Edward Korbel: – Inni uważają, że sukcesem jest wprowadzenie partii do Sejmu, a nasz horyzont czasowy jest dalszy niż kolejne wybory. Osobiście uważam, że powinniśmy lepiej poznać zasady państwa, wyłaniać gremia, think tanki. I nauczyć się rozmawiać z ludźmi o podatkach.

Mateusz Mirys: – Jedyna moja obawa jest taka, że nie jesteśmy jednak zawodowcami. Dopiero się uczymy. Tymczasem po wyborach ludzie zasypują nas zgłoszeniami. Niedługo przekroczymy pewnie 10 tysięcy członków.

Marcelina Zawisza: – Wszyscy z nas teraz żartują, czy oddamy te 75 procent dotacji. To głupi żart, bo proponowany przez nas podatek dotyczy osób fizycznych, nadwyżki powyżej 500 tysięcy. Ale wiesz co? Mogę właściwie tak powiedzieć – oddamy. Bo zorganizujemy darmowe centra społeczne i świetlice. I jeśli nawet nie oddamy w bezpośredniej formie, to dzięki pieniądzom będziemy działać tak, żeby ludziom się poprawiło. No, naprawdę oddamy im wszystko.

Wideo „Dużego Formatu”, czyli prawdziwi bohaterowie i prawdziwe historie, Polska i świat bez fikcji. Wejdź w intrygującą materię reportażu, poznaj niezwykłe opowieści ludzi – takich jak Ty i zupełnie innych.

W ”Dużym Formacie” czytaj też:

Zatoka świń. Gwałty na dzieciach w Sopocie
Mój kolega prowadzi burdel, rozumiesz? Jak coś napaplasz, pójdziesz tam do świń. Wyślę filmik twojej matce i jeszcze do szkoły. Cykl reporterski Bożeny Aksamit i Piotra Głuchowskiego

Partia Razem. Co zrobią z 14-milionową dotacją?
Wszyscy sobie z nas teraz żartują, czy oddamy te 75 procent z 14 mln dotacji. To głupi żart, ale właściwie tak oddamy

Kto ma lepsze życie: rodzice czy dzieci?
Zapytałem rodziców, kto ma lepiej: oni czy ich dzieci

Roman Bugaj. Mistrz nokautu
Gdy wraca do domu z medalem i staje w drzwiach, mówiąc: „Jestem mistrzem świata!”, rodzice reagują: „O, dobrze”

Wynalazcy. Polak potrafi
Kiedyś jadąc 140 km/godz. zmieniłem pas i omal nie zderzyłem się z innym motocyklistą. Wtedy mną tąpnęło. Postanowiłem wymyślić lusterko, które samo przechyla się w ślad za ruchem tułowia kierowcy

Losy sceptyka. Lizut wspomina prof. Stefana Amsterdamskiego (1929-2005)
Wróciłem z Syberii jako zapalony komunista – mówił mi kiedyś profesor. – Głęboko wierzyłem, że komunizm oznacza postęp, równość i wielki cywilizacyjny skok. Później było mi wstyd

Samotny tygrys w dżungli. 8 listopada Alain Delon kończy 80 lat
Biseksualny uwodziciel , przyjaciel gangsterów i prawicy, zarabiający krocie biznesmen i megaloman mówiący o sobie – Delon zrobił to, Delon myśli tamto

Gruzja. Pamięć wojny jak szczepionka [Fotoreportaż]
Chciałam, żeby to była opowieść o ludziach niepodpiętych pod żadne ideologie. Rozmowa z fotografką Justyną Mielnikiewicz

czyRazem

wyborcza.pl

Nowicka dla „Superstacji”: Do mojego gabinetu wtargnęło 3 mężczyzn i pan Bosak. Ten odpowiada: Oglądaliśmy

kk, 05.11.2015
Wanda Nowicka o całej sytuacji opowiedziała na antenie „Superstacji”. I żaliła się: Jeżeli takie zwyczaje mają panować w nowym Sejmie, to nie są to zmiany na lepsze”. Do zdarzenia odniósł się też sam zainteresowany – Krzysztof Bosak.

Wanda Nowicka

Wanda Nowicka (&Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta)

 

– Doszło do powiedziałabym szokującego incydentu w Sejmie, z którym nie miałam do czynienia przez 4 lata. Grupa trzech młodych mężczyzn pod wodzą pana Krzysztofa Bosaka wtargnęła do mojego gabinetu – powiedziała „Superstacji” Wanda Nowicka, ustępująca wicemarszałek Sejmu.

Zdaniem Nowickiej grupa narodowców bezpardonowo próbowała dostać się do jej pokoju. – Gdyby nie fakt, że na ich drodze stanęli pracownicy mojego sekretariatu, a także remont w pokoju, to oni weszliby. Jeżeli takie zwyczaje mają panować w nowym Sejmie, że narodowcy hulają po gabinetach i wchodzą gdzie im się podoba, to nie są zmiany na lepsze – żaliła się.

 

Co na to Bosak?

On widzi całą sprawę inaczej. A co robił w Sejmie? Cały czas pomaga ruchowi Kukiz’15 w stworzeniu klubu parlamentarnego. Bosak twierdzi, rozmowa z Nowicką i jej współpracownikami przebiegała spokojnie, a on z kolegami tylko oglądał pokoje.

– Jedyna rzecz, którą w tym zakresie możemy zrobić, to rozmawiać z Kancelarią Sejmu, aby ta dopilnowała terminowego opuszczenia wszystkich pomieszczeń przez przedstawicieli lewicy. Jeżeli lewica będzie się opierać, to żeby wykorzystać Straż Marszałkowską, aby ten budynek przedstawiciele lewicy jak najszybciej opuścili – powiedział „Superstacji” Bosak.

 

nowickaDoMojego

gazeta.pl

Czesław Kiszczak nie żyje. Komunista, który likwidował komunizm

 czesławKiszczak
Adam Leszczyński, 05.11.2015

Komunista Czesław Kiszczak

Komunista Czesław Kiszczak (SŁAWOMIR KAMIŃSKI / Agencja Gazeta)

Generał Czesław Kiszczak w czasie stanu wojennego był powszechnie znienawidzonym szefem aparatu bezpieczeństwa. W drugiej połowie lat 80. odegrał jednak istotną rolę w demontażu komunizmu w Polsce.

Czesław Kiszczak był komunistą od wczesnej młodości: wstąpił do PPR w 1945 r. jako dwudziestolatek. Po skończeniu szkoły partyjnej trafił najpierw do wojska, a potem do kontrwywiadu wojskowego. Zarzucano mu, że w czasie stalinowskich czystek w wojsku w latach 50. wskazywał „nieprawomyślnych” oficerów.

W latach 60. i 70. piął się po szczeblach kariery wojskowo-wywiadowczej. W 1972 r. został szefem wywiadu wojskowego. W 1978 r. był zastępcą szefa Sztabu Generalnego, w 1979 r. – Wojskowej Służby Wewnętrznej.

Przyspieszenie kariery zawdzięczał gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu, z którym przyjaźnił się do końca życia i wobec którego był bezwzględnie lojalny. „On mówi do mnie na ty, ja do niego nadal Panie generale albo obywatelu generale” – opowiadał w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” w 2009 r. W latach 70. Kiszczak i Jaruzelski spędzali z rodzinami wczasy (był jeszcze wtedy, jak mówił, „mało znanym pułkownikiem”).

Nadzorca represji

W marcu 1981 r. gen. Kiszczak został ministrem spraw wewnętrznych odpowiedzialnym m.in. za Służbę Bezpieczeństwa, w tym za inwigilacje i represje wobec „Solidarności” i Kościoła.

Kierował przygotowaniem i wprowadzeniem stanu wojennego 13 grudnia 1981 r. Był członkiem Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (WRON), organu, który przejął wtedy władzę w PRL. Szybko stał się symbolem zamordyzmu, powszechnie znienawidzonym i pogardzanym przez zwolenników opozycji.

12 grudnia 1983 r. Adam Michnik (dziś naczelny „Gazety Wyborczej”, a wówczas jeden z najbardziej znanych dysydentów) napisał z aresztu śledczego sławny „list otwarty”, w którym odrzucał propozycję emigracji złożoną mu przez Kiszczaka (generał oferował „wczasy na Lazurowym Wybrzeżu” w zamian za wyjazd z Polski). „Ma Pan duszę jak step ukraiński, Panie Generale! Tytułem rewanżu ofiaruję Panu przeto, śladem pana Zagłoby podążając, tron w Niderlandach! » Monarcha Niderlandów, król Kiszczak I «- czy nie znajduje Pan urody w tym sformułowaniu? – kpił Michnik. – Dla mnie, Panie Generale, karą byłoby, gdybym musiał na Pańskie polecenie szpiclować, machać pałką, strzelać do robotników, przesłuchiwać uwięzionych i wydawać haniebne wyroki skazujące”.

Rola Kiszczaka w represjach okresu stanu wojennego jest przedmiotem sporów i (była) procesów sądowych. W wypowiedziach po 1989 r. starał się ją umniejszać.

Kiszczak zaakceptował np. prowokację na Chłodnej w latach 1983-1984 przez Departament IV MSW (zajmujący się opozycją i Kościołem). Grzegorz Piotrowski, później jeden z zabójców ks. Jerzego Popiełuszki, przygotował wtedy plan tajnego wejścia do mieszkania kapłana przy ul. Chłodnej w Warszawie. Esbecy mieli podrzucić tam przedmioty, które stałyby się dowodem nielegalnej działalności ks. Popiełuszki w planowanym przez władze procesie. 12 grudnia 1983 r. „znaleziono” podczas oficjalnego przeszukania m.in. trzy granaty łzawiące, materiały wybuchowe, amunicję i wydawnictwa wychodzące poza cenzurą.

Na planie „prowokacji na Chłodnej” gen. Kiszczak dopisał własnoręcznie: „Dusza mi się śmieje, ale pielgrzymka papieża…” (władze PRL szykowały się wtedy na pielgrzymkę Jana Pawła II).

Nie ma jednak dowodów, że generał wiedział o kierowanej przez Piotrowskiego akcji MSW wymierzonej w Popiełuszkę, która zakończyła się brutalnym zamordowaniem księdza jesienią 1984 r. Zabójstwo było niewygodne dla władz PRL. Po latach Kiszczak mówił o możliwości prowokacji wymierzonej w rząd Jaruzelskiego, zorganizowanej przez jego „twardych” przeciwników w partii.

Oddawanie władzy

Od września 1986 r. na wniosek Kiszczaka amnestionowano większość działaczy opozycji. Generał wspierał politykę Jaruzelskiego i jego otoczenia, które zdawało sobie sprawę, że w obliczu narastającego kryzysu gospodarczego i politycznego PRL utrzymanie pełni władzy przez PZPR nie jest możliwe.

31 sierpnia 1988 r. Kiszczak zaproponował Lechowi Wałęsie i bp. Dąbrowskiemu 161 miejsc w Sejmie, wolne wybory do Senatu, wybór prezydenta PRL, reformy polityczne i gospodarcze. Był jednym z głównych aktorów rozmów Okrągłego Stołu, na schodach przed wejściem do sali obrad w Pałacu Namiestnikowskim uścisnął wówczas rękę Michnikowi.

Nadzorca represji stanu wojennego okazał się zdecydowanym zwolennikiem pojednania z opozycją – m.in. w styczniu 1989 r. pomógł Jaruzelskiemu wymusić na partyjnych twardogłowych zgodę na to, by dopuścić opozycję do udziału we władzy.

W 1989 r., po wyborach 4 czerwca, został na krótko premierem, ale gdy jego rząd nie zdołał uzyskać większości, ustąpił. Został ministrem spraw wewnętrznych w pierwszym niekomunistycznym rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Zachowywał się lojalnie wobec nowej władzy – ale równocześnie nadzorował niszczenie teczek SB.

Premier Mazowiecki sugerował potem, że został oszukany – i że według Kiszczaka niszczenie teczek miało być „rutynowym paleniem duplikatów”.

Potem Kiszczak mówił, że w 1989 r. opozycjoniści przychodzili po swoje teczki agentów i niszczyli je na zapleczu jego gabinetu. „Porządni ludzie – działacze, politycy. Niektórych do dziś oglądam w telewizji”. Twierdził, że MSW miało pełną kontrolę nad opozycją i wszystko o niej wiedziało (czego nie potwierdzają historycy badający archiwa służb) – np. o przysyłanych z Zachodu pieniądzach: „Podwładni mnie namawiali, żeby te pieniądze zbierać na skarb państwa. Ale po co? Wiedzieliśmy, ile pieniędzy przychodzi, do kogo idą, na co są rozdzielane”.

Ministrem spraw wewnętrznych przestał być w 1990 r. i od tego czasu jego aktywna rola polityczna się skończyła. Większą część 20 lat III RP spędził jako emeryt na Mazurach („800 m2 na Mazurach z dostępem do jeziora i drewnianym domkiem. Skromnie. Dostałem w czasach, w których mogłem sobie przyznać kilka kilometrów kwadratowych. Miejsce zostało wybrane z myślą o moim hobby, myślistwie” – mówił) albo na sali sądowej.

Procesy Kiszczaka

Od lat 90. ciągnęły się procesy Kiszczaka o przyczynienie się do śmierci górników w czasie pacyfikacji kopalni „Wujek” w 1981 r. Kiedy w lipcu 2008 r. sąd I instancji orzekł przedawnienie w trzecim procesie w tej sprawie, przewodniczący komisji zakładowej „Solidarności” Andrzej Kempczyński krzyczał na sali „Hańba!”, podnosząc zdjęcie dziewięciu zastrzelonych górników.

Warszawski sąd okręgowy raz uniewinnił Kiszczaka, raz skazał, raz umorzył sprawę – ale proces zawsze wracał.

W 1981 r. Kiszczak wydał tajny szyfrogram, w którym bezprawnie przekazał w dniu wprowadzenia stanu wojennego swoje uprawnienia do podejmowania decyzji o użyciu broni dowódcom zwartych pododdziałów ZOMO (Zmotoryzowanych Oddziałów Milicji Obywatelskiej, w PRL służących do tłumienia ulicznych protestów).

Sąd roztrząsał m.in., czy przestępstwo było nieumyślne, czy się przedawniło i czy Kiszczak mógł przewidzieć skutki użycia siły (w tym śmiertelne ofiary). W czwartym procesie Kiszczak został uniewinniony.

IPN zarzucał Kiszczakowi przekroczenie uprawnień i utrudnianie śledztwa w sprawie Grzegorza Przemyka, maturzysty pobitego na śmierć w komisariacie milicji w Warszawie w nocy z 12 na 13 maja 1983 r. Według IPN gen. Kiszczak „inicjował czynności, wydawał polecenia oraz akceptował realizowane czynności, w celu spowodowania uniknięcia przez funkcjonariuszy MO odpowiedzialności karnej za popełnienie tego przestępstwa”. Kiszczak nie przyznał się.

Gdy w 1984 r. skazano za pobicie Przemyka sanitariuszy, gen. Kiszczak odznaczył 13 funkcjonariuszy MO za „wysiłek, pełne zaangażowanie, inicjatywę i osiągnięte efekty” w związku ze sprawą. Winnych zabójstwa ostatecznie nigdy nie skazano.

W 2007 r. dwóch działaczy gejowskich zarzuciło Kiszczakowi kierowanie w latach 80. operacją „Hiacynt”, w której bezpieka zastraszała homoseksualistów i – grożąc ujawnieniem ich orientacji seksualnej – zmuszała do współpracy.

W 2009 r. IPN oskarżył generała o dyskryminację wyznaniową i przekroczenie uprawnień. Chodziło o Tadeusza M., milicjanta z drogówki w Tucholi, którego w 1985 r. zwolniono ze służby, bo wziął ślub kościelny, a w jego rodzinie było trzech księży. Sąd uznał, że Kiszczak podpisał rozkaz zwolnienia (generał zaprzeczał), ale sprawę umorzono, bo według prokuratora obejmowała ją amnestia z 1989 r.

W 2012 r. Kiszczak został skazany za udział w nielegalnym „związku zbrojnym” (czyli WRON), który wprowadził stan wojenny. Wyrok – nieprawomocny i w zawieszeniu – budził kontrowersje, bo sąd wykorzystał przepisy stosowane wcześniej głównie wobec mafii i gangów, a w tym przypadku chodziło o ludzi piastujących legalnie najwyższe urzędy w PRL.

Przed sądem generał bronił się, że działał w „stanie wyższej konieczności”, broniąc Polski przed nieuniknioną (jego zdaniem) radziecką inwazją, która i tak zdławiłaby „Solidarność”.

Procesy często utrudniał zły stan zdrowia generała. W 2009 r. lekarze orzekli, że mógł spędzać na sali sądowej nie więcej niż dwie godziny dziennie.

Niekiedy wypowiadał się w sprawach publicznych. W apogeum sporów o lustrację przyznał np. że SB manipulowała zawartością teczek własnych agentów, wobec czego nie można bezkrytycznie ufać znajdowanym w nich przez historyków z IPN dokumentom.

Często mówił o swojej historycznej roli w zakończeniu komunizmu w Polsce. Jego przemiana była radykalna, np. o Lechu Wałęsie powiedział, że należy mu się pomnik, chociaż w 1982 r. nazywał go na posiedzeniu Biura Politycznego „żulikiem”.

Ubolewał, że nie zaproszono go do Sejmu na uroczystość dwudziestolecia rządu Mazowieckiego w 2009 r. Dostał tylko zaproszenie na uroczysty koncert.

nadzorcaRepresji

wyborcza.pl

Reklamy