Lublin, 07.11.2015

 

Prawicowi publicyści besztają prezydenta Andrzeja Dudę. „Cały budowany aparat prezydencki zawiódł”

Prawicowi publicyści besztają prezydenta Andrzeja Dudę. "Cały budowany aparat prezydencki zawiódł"
Prawicowi publicyści besztają prezydenta Andrzeja Dudę. „Cały budowany aparat prezydencki zawiódł” Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta

W tytule jest pomyłka? Nie, nawet prawica krytykuje zamieszanie, jakie powstało w związku z decyzją prezydenta. Chodzi o termin inauguracyjnego posiedzenia Sejmu, które Andrzej Duda wyznaczył w czasie ważnego szczytu Unii Europejskiej. – Andrzej Duda się zakiwał – pisze Michał Majewski.

– Prezydent wpadł we własną pułapkę. Powinien teraz lecieć na Maltę i reprezentować Polskę na nieformalnym szczycie Rady Europejskiej w sprawie uchodźców – pisze dziennikarz serwisu Kulisy24 Michał Majewski. Decyzję prezydenta nazywa oczywistym błędem.

MICHAŁ MAJEWSKI

kulisy24.com

Nie sądzę, by zrobił z premedytacją. Widzę w tym raczej niedopatrzenie Andrzeja Dudy i jego współpracowników. Swoją drogą, myślę, że przywiązujący wagę do szczegółów Lech Kaczyński takiego błędu by nie popełnił. Czytaj więcej

Absurdalne kłopoty na własne życzenie
O kłopotach Andrzeja Dudu napisał też Robert Mazurek. Jego zdaniem, prezydent sam kopie się w kostkę. – Wygląda to jak brak instynktu samozachowawczego lub skłonność do masochizmu – pisze publicysta. Szczyt, który z powodu Dudy może odbyć się bez udziału Polski dotyczy ważnej sprawy – uchodźców. Tymczasem jak zauważa Mazurek, Duda nie powiedział kto miałby reprezentować Polskę na maltańskim spotkaniu, jeśli Ewa Kopacz złoży tego samego dnia dymisję swego rządu.

ROBERT MAZUREK

Publicysta

Jedno pytanie ciśnie się na usta i obowiązkiem otoczenia prezydenta jest odpowiedzieć na nie: po co to wszystko? Po kiego grzyba ta awantura, w której pod adresem Andrzeja Dudy i jego współpracowników wytaczane są oskarżenia o nieudolność, amatorszczyznę i szkolne błędy? Zresztą, umówmy się, że zarzuty przynajmniej w części uzasadnione. Czytaj więcej

szczęścieżeTo

Na początku jest chaos
O chaosie wywołanym przez prezydenta Dudę i jego współpracowników pisze też Rafał Ziemkiewicz. Zauważa on, że krótko po wyborczym zwycięstwie PiS zaczął popełniać błędy i tracić punkty.

– Wydawało się, że prezydent RP podjął grę i wyznaczając na ten sam dzień posiedzenie Sejmu, celowo wyeliminował ze szczytu Ewę Kopacz po to, by pojechać tam samemu. Byłoby to ze wszech miar uzasadnione i potrzebne – pisze Ziemkiewicz. Tyle tylko, że prezydent sam na Maltę nie jedzie. – Jego decyzja co do Sejmu straciła sens – ocenia.

sprawaZeSzczytem

Ziemkiewicz zauważa również, że „cały budowany aparat prezydencki zawiódł” i to przy pierwszym, niewielkim w sumie wyzwaniu. – Widać było, że nikt w nim nie wie, o co właściwie prezydentowi chodziło. Co gorsza, nie ma pewności, czy sam szef to wiedział – dodaje publicysta.

maltańskiSzczyt

prawicowiPublicyści

naTemat.pl

Maltański szczyt Unii. Szkodliwa nieobecność Polski

Tomasz Bielecki, 07.11.2015
Ewa Kopacz, Andrzej Duda

Ewa Kopacz, Andrzej Duda (fot. AG)

„Nic o nas bez nas” – taka była od lat, wręcz obsesyjnie broniona, zasada działania Polski w UE. Warszawa wywalczyła sobie nawet prawo, by dosiadać się co jakiś czas do szczytów strefy euro, choć nie wybieramy się do niej w przewidywalnej przyszłości. Nieobecność Polski przy stole obrad na Malcie podczas szczytu UE – Afryka (11-12 listopada) oraz szczytu UE (12 listopada) byłaby sprzeczna z linią wszystkich dotychczasowych rządów po naszym wejściu do Unii.
Data szczytu UE – Afryka dotyczącego uchodźców była znana od lata, a w ostatni wtorek Donald Tusk zwołał szczyt UE – także poświęcony kwestii uchodźców – będący przedłużeniem narady z Afrykanami. Na pierwszy szczyt przywódcy państw mogą wysyłać zastępców, np. szefa MSZ, ale posiedzenia Rady Europejskiej, czyli szczyty UE, są zawsze zastrzeżone dla premierów bądź prezydentów. Ministrowie mogą im towarzyszyć, jednak nie mogą ich zastępować. Jeśli na Malcie nie będzie premiera lub prezydenta, polskie krzesło pozostanie puste.

Polska może co najwyżej poprosić przywódcę innego kraju, by np. odczytał polskie stanowisko. Nasz ambasador jednak będzie musiał czekać pod zamkniętymi drzwiami sali obrad na Malcie na relację unijnych kolegów. Unia przewiduje takie awaryjne procedury, tyle że słabo pasują one do zasady: „Nic o nas bez nas”. Poza tym w Polsce nie ma awaryjnej sytuacji, bo pierwsze posiedzenie nowego Sejmu i związaną z tym wymianę rządu można było wyznaczyć innego dnia.

Nieobecność na szczytach UE zdarza się rzadko, nawet w przypadku tych zwoływanych w ostatniej chwili. W piątek nie było jasne, jak długo na szczycie UE będzie mógł pozostać premier Wielkiej Brytanii David Cameron, ale na Maltę przyjedzie. Natomiast nie wiadomo, czy będzie przedstawiciel Chorwacji – w tę niedzielę odbędą się tam wybory. Może więc nie tylko polską wadą w „Międzymorzu”, do którego tak mocno przywiązany jest prezydent Andrzej Duda, są kłopoty z cywilizowanym okiełznywaniem powyborczych zawirowań.

Na szczęście maltański szczyt UE ma charakter nieformalny, nie mogą na nim zapaść prawnie wiążące decyzje – w przeciwieństwie do posiedzenia Rady Europejskiej z połowy grudnia, które w dużej mierze też będzie poświęcone kryzysowi uchodźczemu. Ale na Malcie – jak zwykle na takich spotkaniach – mogą się wykuwać polityczne decyzje potem formalizowane w unijnych procedurach. Oczywiste więc, że nieobecność którejkolwiek premier bądź – co może na przełomie kadencji sejmowych byłoby najbardziej naturalne – prezydenta będzie szkodliwa dla Polski.

Narady UE dotyczące kryzysu uchodźczego zapewne już nużą wielu obywateli, są jednak bardzo istotne, bo wciąż waży się przyszłość strefy Schengen. Na wokandzie jest reforma mająca zwiększyć rolę UE w ochronie jej granic zewnętrznych, zatem także z Ukrainą. Chodzi również o to, byśmy za parę tygodni nie oglądali zdjęć dzieci uchodźców zamarzniętych gdzieś na Bałkanach.

W dodatku Polska zwykle kręciła nosem na kraje UE, które nie wysyłały przywódców na szczyty Partnerstwa Wschodniego zajmujące się Ukrainą albo Mołdawią. Jeśli nie trzeźwy rachunek, to choćby przyzwoitość nakazywałaby polecieć polskiej delegacji na szczyt UE – Afryka.

Takie zjazdy jak dwa dni na Malcie to świetna okazja, by na boku porozmawiać o innych sprawach niż oficjalny temat narady. Unia już w grudniu zajmie się przedłużeniem – bądź nie – sankcji wobec Rosji. A Londyn w przyszłym tygodniu przedstawi listę postulatów w sprawie zmiany zasad członkostwa Wielkiej Brytanii w Unii. Na temat tych postulatów będzie prowadzona dyskusja na grudniowym szczycie UE. Jednym z głównych żądań Camerona jest ograniczenie prawa do brytyjskich zasiłków dla pracowników z innych krajów UE, czyli głównie z Polski. Cała Bruksela zachodzi w głowę, jakiej ceny Warszawa zażąda za ugodę z Cameronem. Aż trudno uwierzyć, że nowe władze Polski nie chciałyby wysondować unijnych partnerów, mając tak dogodną okazję jak szczyt na Malcie.

Od maltańskiego zamieszania świat się nie zawali, ale może zacząć się psuć opinia o Polsce w Brukseli. Już czuć – nie zawsze nam przychylne – wyczekiwanie, czy aby konsekwencją zmiany władzy nie będą gorszące konflikty między polską premier i Donaldem Tuskiem na szczytach UE. A opinia kraju specjalnej troski czy – inaczej mówiąc – cudaków niepotrafiących dogadać się w prostych sprawach nie pomogłaby Polsce w utrzymaniu czy – obiecywanym przez prezydenta Dudę – wzmocnieniu pozycji w Unii.

Bo tego nie robi się tylko wzniosłymi deklamacjami.

Zobacz także

toMożeByć

wyborcza.pl

Partia Razem nie będzie dyskutować z narodowcami. „Jest granica demokratycznej debaty”

Maciej Orłowski, 06.11.2015

Adrian Zandberg

Adrian Zandberg (Fot. Sawomir Kamiski / Agencja Gazeta)

– Uważamy, że jest granica demokratycznej debaty i tą granicą jest debatowanie z ruchami skrajnie prawicowymi, które dążą do obalenia demokracji – mówi Adrian Zandberg, jeden z liderów partii Razem. Tak skomentował swoją odmowę udziału w programie Tomasza Lisa. Jego rozmówcą miał być Robert Winnicki z Ruchu Narodowego.

Zandberg został zaproszony do poniedziałkowego programu „Tomasz Lis na żywo” w TVP1 – dowiedziała się „Gazeta Wyborcza”. Jego rozmówcą miał być Robert Winnicki, prezes nacjonalistycznego Ruchu Narodowego i świeżo upieczony poseł. Jednak Razem zapowiedziało, że nie będzie z nim rozmawiać.

– Uważamy, że jest granica demokratycznej debaty. Trudno o debatę z ruchami skrajnie prawicowymi, które deklarują, że dążą do obalenia demokracji. To dosyć powszechna w wielu krajach europejskich zasadach, która funkcjonuje pod nazwą „no platform” – mówi Adrian Zandberg. I dodaje:

– Wczoraj na fanpage’u Marszu Niepodległości widzieliśmy festiwal entuzjazmu, związany z pobiciem człowieka. Dla nas to granica, której nie będziemy przekraczać. Dlatego nie wybieramy się do tego programu i poinformowaliśmy o tym redakcję.

Sam Winnicki bagatelizuje stanowisko Razem. – Dla mnie to przyjemne, że nie będę musiał obcować w jednym studiu z komunistą. Natomiast to pokazuje też niezdolność neokomunistycznej lewicy do prowadzenia dyskursu politycznego. W sumie to cieszy, bo oni powinni być marginalizowani i wylądować na śmietniku historii – mówi.

Pobili Syryjczyka. „Brawo Poznań”

We wtorek w centrum Poznania trzech młodych ludzi brutalnie pobiło 31-letniego Syryjczyka. Po opublikowaniu tej informacji na swoim fanpage’u przez Marsz Niepodległości (organizowanego co roku przez Ruch Narodowy) pojawiły się po nią nienawistne komentarze. „W końcu jakieś dobre informacje”, „Okrucieństwo i terror należy stosować rozsądnie”, „Brawo Poznań” – pisali internauci. Po fali oburzenia administratorzy usunęli wpis, a narodowcy odcięli się od komentarzy. – Ruch Narodowy nie pochwala przemocy względem nikogo i nie ponosi odpowiedzialności za komentarze w internecie – mówi Winnicki.

Winnicki został posłem z listy komitetu Kukiz’15. Ma 30 lat, do tej pory funkcjonował na marginesie polityki. Głośno o nim było głównie przy okazji corocznych Marszów Niepodległości na 11 listopada. „Chcemy zbudować siłę, której lewaki, liberałowie, pedały się boją. Chcemy zbudować polską narodową siłę” – mówił podczas wiecu po marszu w 2012 r.

Rok później, na pierwszym kongresie narodowców, Winnicki precyzował swoją myśl polityczną: „Nie chcemy w Polsce żadnego multikulturalizmu. Nie ma naszej zgody na muzułmańskich emigrantów w Polsce. Polska ma pozostać krajem słowiańskim i chrześcijańskim”. Przed wyborami, w Legnicy, szedł na czele antyimigranckiego marszu, który skandował „Je…ać Araba”.

Jak się dowiedzieliśmy, oprócz Zandberga do programu zaproszono również Sławomira Sierakowskiego, założyciela i redaktora naczelnego lewicowego pisma „Krytyka Polityczna”. Jak powiedział „Wyborczej”, odmówił z tych samych powodów, co lider partii Razem. – Nie siadamy z takimi ludźmi do rozmowy. Myślę, że Adrian bardzo dobrze to wytłumaczył – powiedział Sierakowski.

Zobacz także

zandbergOdmówił1

wyborcza.pl

Miejsce przy stole

Adam Szostkiewicz, 06.11.2015

Może to wynik bałaganu i braku doświadczenia w otoczeniu prezydenta Dudy, a może, co byłoby jeszcze gorsze, intryga polityczna mająca upokorzyć premier Kopacz i jej partię. Wyznaczenie inauguracji nowego parlamentu na dzień posiedzenia Rady Europejskiej zwołanej przez Donalda Tuska, jest kolejnym sygnałem, że liderzy PiS będą lekceważyli reguły polityki unijnej.

Kto nie stawia się na naradę dotyczącą największego dziś w Europie wyzwania, jakim jest masowa migracja do UE, zgłasza de facto brak zainteresowania i chęci współpracy. To prosta droga do marginalizacji. Jeśli Polska chce być europejskim ,,graczem’’, nie może nią iść. Trzeba być przy stole.

Nieobecność zostanie zauważona i zinterpretowana jako gest nieprzyjazny. To pociągnie za sobą obniżenie politycznego ,,ratingu’’ naszego kraju. Ekipa PiS powinna pamiętać, że Polacy są wciąż w większości pro-europejscy i takiej polityki europejskiej oczekują od nowego rządu.

Nie tracę nadziei, że zmysł państwowy w Pałacu Prezydenckim zacznie działać. Sprawa jest prosta. Trzeba się wycofać z ogłoszonego terminarza inauguracji parlamentu tak, by premier Kopacz mogła wziąć udział w posiedzeniu Rady Europejskiej. Nieobecność przy tym stole jest sprzeczna z naszymi interesami i racją stanu.

nieobecnośćPrzyStole

szostkiewicz.blog.polityka.pl

Szczerski: „Prezydent nie poleci na szczyt, bo musi otworzyć posiedzenie Senatu”. Okazuje się, że może zrobić to ktoś inny

jagor, PAP, 07.11.2015

Andrzej Duda

Andrzej Duda (Sławomir Kamiński)

– Instrukcja dla prezydenta ws. rządowego stanowiska na szczyt UE ws. migracji będzie gotowa prawdopodobnie w poniedziałek – zapewnia rzecznik rządu. Tymczasem Kancelaria Prezydent mówi, że A. Duda nie poleci na Maltę, bo musi otworzyć posiedzenie Senatu, choć regulamin izby pozwala na inne rozwiązanie.

 

Premier Kopacz zwróciła się w piątek do prezydenta Andrzeja Dudy, by reprezentował Polskę na nieformalnym szczycie UE ws. migracji 12 listopada, tego samego dnia, gdy mają się odbyć pierwsze posiedzenia Sejmu i Senatu. 11 listopada odbędzie się szczyt UE-Afryka również poświęcony kwestii migracji. Według Kancelarii Prezydenta, A. Duda musi zainaugurować obrady Senatu. Na 12 listopada, na godz. 13 prezydent zwołał pierwsze posiedzenie Sejmu, na którym – zgodnie z konstytucją – premier Kopacz musi podać swój rząd do dymisji. Na posiedzeniu ma być też prezydent. O godz. 17. odbędzie się inauguracyjne posiedzenie Senatu.

Klub PiS zapowiedział, że złoży wniosek o ogłoszenie przerwy w pierwszym posiedzeniu Sejmu, by Kopacz „mogła bez przeszkód wziąć udział w szczycie UE i uczestniczyć w pierwszym posiedzeniu Sejmu, aby złożyć dymisję swojego gabinetu”.

Rzecznik rządu Cezary Tomczyk przypomniał, że nieformalne posiedzenie Rady Europejskiej na Malcie poświęcone kryzysowi migracyjnemu rozpocznie się tego samego dnia o godz. 14.30. – Na Maltę leci się cztery godziny, to jakim cudem – po ogłoszeniu przerwy w obradach (Sejmu) – można zdążyć na szczyt? Nie ma takich możliwości technicznych – podkreślił.

„Osiem wersji jak powinna zachować premier”

Według Tomczyka, politycy PiS i przedstawiciele Kancelarii Prezydenta przedstawili w ostatnim czasie 8 wersji, jak powinna zachować się premier Kopacz w kwestii szczytu.

– Najpierw był wersja, że szczyt jest nieważny, potem, że na szczyt może jechać ktoś inny, potem okazało się, że z formalnego punktu widzenia jest to niemożliwe, kolejny pomysł, to że może nas reprezentować inne państwo, potem była wersja, że Tusk zrobił PiS na złość, następna – że UE powinna wiedzieć, że 11 listopada jest w Polsce święto narodowe, potem, że premier nie powinna lecieć na szczyt, bo nie ma mandatu, żeby reprezentować nasz kraj, kolejna, że będzie przerwa w Sejmie – wyliczał rzecznik rządu.

„Kancelaria prezydenta naważyła piwa”

Tomczyk zauważył też, że nowy klub PiS się nie ukonstytuował i nie wiadomo, na jakiej podstawie politycy PiS sądzą, że będzie przerwa w pierwszym posiedzeniu Sejmu. – Kancelaria Prezydenta nawarzyła piwa, z jakichś powodów, albo politycznych, albo przez głupotę wybrali złą datę i teraz jedynym rozwiązaniem tego problemu jest wyjazd prezydenta na szczyt – ocenił.

Rzecznik rządu poinformował, że przygotowanie instrukcji dla prezydenta ws. rządowego stanowiska na szczyt zostało zlecone; będzie ona gotowa prawdopodobnie w poniedziałek.

Prezydent musi otworzyć posiedzenie Senatu?

W piątek prezydencki minister Krzysztof Szczerski przekonywał, że Andrzej Duda musi zainaugurować obrady Senatu i dlatego nie może reprezentować Polski na szczycie, o co prosiła prezydenta premier Kopacz.

Faktycznie, zgodnie z Regulaminem Senatu, pierwsze posiedzenie Senatu otwiera prezydent i powołuje na przewodniczącego najstarszego wiekiem senatora. Jednak w razie niemożności dokonania tej czynności przez prezydenta, pierwsze posiedzenie Senatu otwiera marszałek senior.

Dziś Szczerski powtórzył w radiowej Trójce, że problem polskiej reprezentacji na szczycie UE ws. migracji został „sztucznie wykreowany przez premier Ewę Kopacz”. – Z troską patrzymy na to, w jaki sposób premier Kopacz ustawia strategię Platformy, bo widać, że strategią Platformy będzie permanentna awantura i to nie w Sejmie z większością parlamentarną, ale awantura z prezydentem – podkreślił.

„Polski kalendarz polityczny nie może być dostosowywany do światowego”

Szczerski zapewnił, że data zwołania pierwszego posiedzenia Sejmu 12 listopada jest „bardzo dobra, w samym środku politycznego cyklu 30 dni, które były na zwołanie pierwszego posiedzenia Sejmu”. – Polski kalendarz polityczny nie może być dostosowywany do kalendarza międzynarodowego, bo na świecie za każdym razem coś się dzieje – zaznaczył.

– Prezydent oczekuje, że premier Kopacz pojedzie na szczyt 11 listopada, skoro (premier) mówi, że są to (kwestia migracji) rzeczy bardzo ważne, to nie wyobrażamy sobie sytuacji, w której na szczycie UE-Afryka będzie nas reprezentował wyłącznie ambasador – powiedział Szczerski.

„Premier może złożyć dymisję w każdej chwili”

Jego zdaniem, Kopacz może złożyć dymisję na piśmie. – Nowa większość sejmowa wyciągnęła rękę do zgody do premier Kopacz, proponując przerwę w obradach (…) nikt nie mówi, że pierwsze posiedzenie (Sejmu) ma być jednodniowe – zaznaczył minister. Jak dodał, „premier może złożyć dymisję w każdej chwili, nie musi czekać na pierwsze posiedzenie Sejmu”.

Z kolei w ocenie szefa klubu PiS Mariusza Błaszczaka, premier Kopacz nie chce uczestniczyć w szczycie na Malcie z powodów partyjnych. – Są rozgrywki wewnętrzne w ramach PO, przed rozpoczęciem posiedzenia Sejmu ma być posiedzenie klubu PO, na którym ma być wyłoniony przewodniczący klubu, ma być przedstawiony kalendarz wyborów przewodniczącego partii. Wygląda na to, że tu chodzi o interesy partyjne, które są stawiane w pierwszym rzędzie ponad interesami państwowymi – podkreślił.

 

szczerskiPrezydent

TOK FM

Rząd i Bond

Wojciech Czuchnowski, 07.11.2015

Beata Szydło w drodze na posiedzenie Komitetu Politycznego PiS

Beata Szydło w drodze na posiedzenie Komitetu Politycznego PiS (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Obrazy tygodnia

Poniedziałek. Nowym ministrem spraw zagranicznych będzie Witold Waszczykowski – donosi „Nasz Dziennik”. Z entuzjazmem. Tytuł tekstu: „Powrót do dyplomacji”. No tak, dyplomacja, tak jak cała Polska, jest w ruinie.

Wtorek. Komitet polityczny PiS tworzy rząd, ale przyszła premier Beata Szydło jest na urlopie. – Nie szukajmy problemów tam, gdzie ich nie ma – poucza w „Super Expressie” Ryszard Czarnecki.

Środa. Jarosław Gowin, którego przed wyborami Szydło przedstawiała jako „przyszłego ministra obrony narodowej”, mówi, że „wie, jaką funkcję będzie pełnił w rządzie”. Wie, „ale nie powie”.

Na horyzoncie jako przyszły szef MON pojawia się Antoni Macierewicz. Przed 25 października tak wystraszył wyborców, że Szydło musiała wystawić Gowina.

Jak rozumieć nieobecność Beaty Szydło podczas formowania jej rządu, wyjaśnia Paweł Poncyljusz, dziś poza PiS, lecz spoglądający na partię tęsknym wzrokiem: – Rząd będzie wypadkową rozkładu sił w PiS oraz zależy od decyzji Jarosława Kaczyńskiego. To prezes namaścił Beatę Szydło na kandydata na premiera – tłumaczy „Super Expressowi”. Nie mówi, czy to prezes wysłał ją na urlop.

Czwartek. – Macierewicz to człowiek szalenie odważny. Wojsko wymaga wyrazistego szefa – mówi w TVN 24 Gowin.

Do Macierewicza dołącza Zbigniew Ziobro. Ma wrócić do Ministerstwa Sprawiedliwości i znów ścigać „układ”. Ale „Fakt” ostrzega, że Jarosław Kaczyński „testuje” lojalność kandydatów na ministrów. Obiecuje stanowisko, kandydat wychodzi, a wtedy prezes „uważnie obserwuje, co się stanie, gdzie ta informacja wypłynie albo do kogo trafi”.

A co robi Szydło? Gdy w siedzibie PiS trwają rozmowy o składzie rządu, paparazzi nakrywają ją, jak kupuje w sklepie mięso, słodycze i napoje.

Do wieczora aktualna jest zapowiedź, że w piątek PiS ogłosi skład rządu. Wieczorem zmiana: komitet polityczny partii nie zbierze się w piątek. Jedną z „przeszkód technicznych” jest zaproszenie Beaty Szydło na premierę nowego „Bonda”.

Po premierze reporterzy dopadają Szydło. – To będzie wspaniały rząd – entuzjazmuje się przyszła premier. „Bond” bardzo jej się podobał.

Piątek. Rządu jeszcze nie ma. PiS ogłosi jego skład w poniedziałek. Prawdopodobnie.

Zobacz także

reporterzyDopadają

wyborcza.pl

Fronda ogłasza duchowy detoks po Palikocie. I przypomina… sejmowe egzorcyzmy

Fronda ogłasza duchowy detoks gabinetu po Palikocie. I przypomina... sejmowe egzorcyzmy
Fronda ogłasza duchowy detoks gabinetu po Palikocie. I przypomina… sejmowe egzorcyzmy Superstacja

Prawicowe media wciąż święcą triumfy po wyniku wyborów. Zachwycają się, że w nowym Sejmie nie będzie lewicy. Posłowie Solidarnej Polski i Polski Razem już w marcu przejęli gabinet po Ruchu Palikota. To zaś wymagało prawdziwego, duchowego detoksu, czy nawet egzorcyzmów. Dziś misja oczyszczania Sejmu z Lewica dopełniła się…

– W polityczny niebyt odszeli Leszek Miller, Janusz Palikot, Barbara Nowacka… Cieszymy się z tego, zwłaszcza w tych dniach, gdy pamiętamy szczególnie o polskiej niepodległości. Niepodległości, którą zabrali nam ideologiczny ojcowie polskiej lewicy – piszą dziennikarze Frondy.

toChybaNieJest

Przypominają jednocześnie, w jakich okolicznościach odbywało się przejmowanie gabinetu po Twoim Ruchu. – Poprosimy dokładnie proszę księdza, całość – powiedział jeden z polityków. To właśnie w tych murach Palikot urządzał kontrowersyjne konferencje, „palił marihuanę”. – Jest to lokal po partii Ruch Palikota, to tym bardziej jest to zasadne – mówił „Superstacji” Andrzej Romanek z klubu parlamentarnego Zjednoczona Prawica. Z kolei poseł Beata Kempa tłumaczy, że odbywała się walka dobra ze złem.

– Woda święcona jest tu jak najbardziej wskazana, chcemy w dobrym klimacie funkcjonować – mówił Zbigniew Ziobro. Na ścianach zawisły krzyże, a na półkach pojawiły się wizerunki świętych. Zdaniem dawnych użytkowników, pomieszczenia zaczęły bardziej przypominać kaplicę niż pokój sejmowy.

Dziennikarze serwisu Fronda.pl wyrazili nadzieję, że posłowie lewicy „nie będą już nigdy wieść do piekła Polaków, faszerując ich piekielnymi kłamstwami i odwodząc od katolickiej wiary”.

Źródło: Fronda.pl, Superstacja

zjednoczonaPrawicaOdprawia

naTemat.pl

Kolejny raport potwierdza potrzebę ostrzejszej polityki klimatycznej

Tomasz Ulanowski, 06.11.2015

Namiot na dziedzińcu francuskiego ministerstwa ochrony środowiska, w którym odbędzie się najbliższy szczyt klimatyczny.

Namiot na dziedzińcu francuskiego ministerstwa ochrony środowiska, w którym odbędzie się najbliższy szczyt klimatyczny. (Thibault Camus / AP (AP Photo/Thibault Camus))

Tym razem światowe obietnice redukcji emisji gazów cieplarnianych podliczyli eksperci Programu Środowiskowego Organizacji Narodow Zjednoczonych (UNEP). Oni też ostrzegają, że jesteśmy na „dobrej” drodze do niebezpiecznego ocieplenia klimatu.

Przed grudniowym spotkaniem w Paryżu, podczas którego ma być wynegocjowane nowe porozumienie klimatyczne, obietnice dotyczące redukcji emisji dwutlenku węgla i innych gazów cieplarnianych złożyło na razie 146 ze 196 krajów. Łącznie odpowiadają one za blisko 90 proc. emisji.

Jak obliczają eksperci UNEP, jeśli wszystkie z tych obietnic zostaną wprowadzone w życie, to do końca wieku średnia temperatura Ziemi podniesie się o 3 st. C w porównanu z czasami przedprzemysłowymi. ONZ chciałaby ograniczyć globalne ocieplenie do 2 st. Na razie Ziemia ogrzała się o blisko 1 st.

Według UNEP-u obietnice 146 krajów – wśród których są najwięksi światowi producenci dwutlenku węgla, czyli po kolei Chiny, USA i Unia Europejska – oznaczają, że w 2030 r. (który ma być cezurą w nowym porozumieniu) światowa emisja CO2 wzrośnie do ok. 53 mld ton rocznie. Dzisiaj wynosi 36 mld ton. A żeby utrzymać globlne ocieplenie w limicie 2 st., to w 2030 r. powinna ona oscylować w okolicy 42 mld ton, a w drugiej połowie wieku musi zacząć ostro spadać.

Klimatolodzy ostrzegają, że jeśli przywódcom świata nie uda się zahamować globalnych zmian klimatu, grożą nam ostry wzrost średniego poziomu morza, niebezpieczne dla organizmów morskich zakwaszenie oceanu, wzrost intensywności ekstremalnych zjawisk pogodowych i, w efekcie, wielkie migracje ludzi i wymieranie gatunków.

Zobacz także

klimatolodzyZagrażają

wyborcza.pl

Nauczyciele mają pielgrzymować, lekarze promować anty-in vitro. Czy religijna Lubelszczyzna wyznacza nowe trendy

Lublin
Lublin Fot. I. Burdzanowska/Agencja Gazeta

To bardzo konserwatywny region Polski. Od zawsze mocno prawicowy. To tu w czasie kampanii wyborczej przed kościołami agitowano za PiS. To stąd lokalni włodarze jeździli do Częstochowy, by zawierzyć swoje miasta Matce Boskiej. To tu, w jednej ze szkół dzieci modliły się na stołówce przed jedzeniem. Przykładów jest mnóstwo. Ostatni jest taki, że od teraz całe województwo lubelskie będzie promować leczenie niepłodności metodą naprotechnologii. Zgodnie z duchem Kościoła.

Projekt odpowiedniej uchwały został zgłoszony przez klub PiS od razu w powyborczym tygodniu. I jednogłośnie został przyjęty przez radnych. W praktyce oznacza to, że marszałek województwa ma dać pieniądze na promocję leczenia niepłodności właśnie tą metodą. Chodzi o około 200 tys. zł. Ale to nie koniec.

Jak czytamy w ”Kurierze Lubelskim” przyszła posłanka PiS Agata Borowiec – dziś radna, autorka projektu uchwały – ma plan, by promocją naprotechnologii objąć cały kraj. Już zapowiedziała, że w Sejmie złoży projekt odpowiedniej ustawy.

Naprotechnologia to popierana przez Kościół, a krytykowana przez wielu lekarzy, metoda bazująca m.in. na obserwowaniu cyklu kobiety. Wielu lekarzy ją krytykuje, bo jak tłumaczą, nie leczy ona niepłodności, ale jedynie diagnozuje jej przyczyny. Czytaj więcej

Zamiast talonów na święta – pielgrzymka
Na Lubelszczyźnie wielu już zaciera ręce. Tylko w ostatnich wyborach na PiS głosowało niemal 50 proc. mieszkańców. PO zyskała ledwo kilkanaście procent. A w gminie Chrzanów i sąsiedniej Godziszów na prezydenta Andrzeja Dudę głosowało 95 proc. mieszkańców. To był rekord na całą Lubelszczyznę. Nawet pięć lat temu, gdy wygrał Bronisław Komorowski, na Jarosława Kaczyńskiego głosowało tu ponad 90 proc. mieszkańców.

Dziwić zatem nie powinna również kolejna wieść z samego Lublina. O tym, że nauczyciele w niektórych szkołach mają… modlić się w pracy. Że zamiast talonów na święta ma być – uwaga! – pielgrzymka i zapisy na odmawianie różańca. Brzmi niepoważnie? Wcale nie! ”Nauczyciele z kilku lubelskich szkół skarżą się, że publiczne placówki nie mają już świeckiego charakteru” – czytamy w ”Dzienniku Wschodnim”.

– Nie, rzeczywiście to nie dziwi. Podobne historie w naszych szkołach już się zdarzały – przyznaje w rozmowie z naTemat jedna z lokalnych dziennikarek. Jak się okazuje SP nr 51 im. Jana Pawła II to jedna z największych lubelskich podstawówek. Jakiś czas temu było o niej głośno z powodu tabliczki, jaka zawisła nad wejściem na stołówkę. Oburzenie niektórych rodziców, ale też m.in. Helsińskiej Fundacji Prawa Człowieka, wywołał napis: ”Pamiętam o modlitwie przed i po jedzeniu”. Odbyła się wtedy wielka batalia o jej zdjęcie ze ściany.

Całe powiaty przeciwko UE
To właśnie na Lubelszczyźnie, w Janowie Lubelskim, głośno było niedawno o kilku szkołach, które odwołały lekcje z powodu odpustu w lokalnej parafii.Pisaliśmy o tym w naTemat. A także o tym, jak burmistrz Kraśnika pojechałdo Częstochowy zawierzyć miasto Matce Boskiej (pielgrzymka liczyła 200 osób). Również o tym, że jeden z radnych PiS, Sylwester Tułajew, rozdawał ulotki wyborcze przed kościołem. Dostał się zresztą do Sejmu. To on kilka miesięcy temu głośno domagał się odwołania LGBT Film Festival, którego tegoroczna edycja miała się odbyć w Centrum Kultury w Lublinie. Mówił, że jest sprzeczny z nauczaniem Jana Pawła II.

– To jest teren bardziej związany z Kościołem niż reszta kraju. Im bardziej na wschód, im teren bardziej biedny, tym bardziej poglądy są konserwatywne. Zawsze prawica osiągała tutaj bardzo dobre wyniki – mówi naTemat Mateusz Orzechowski, dziennikarz z Radzynia Podlaskiego. Mówi, że gdy Polska wchodziła do UE na Lubelszczyźnie było wiele takich gmin, gdzie całe powiaty głosowały przeciwko Unii. – Mamy też w dwóch parafiach dwóch księży, którzy bardzo mocno agitują za PiS – przyznaje.

Ulica im. rodziców JPII
Lubelszczyzna zmienia się, jak inne regiony Polski. Mieszkańcy bardzo oburzają się, gdy ktoś mówi, że ta część Polski znajduje się w ruinie. Ale są tacy, którzy przyznają, że Lubelszczyzna, zwłaszcza ta bardziej na południe i na wschód mocno się postarzała. Większość młodych wyjechała za pracą i nie planuje powrotu. Wszędzie jednak słychać o wyjątkowej religijności.

Które miasto w Polsce, oprócz Wadowic, ma ulicę imienia rodziców Jana Pawła II? A w Lublinie radni PiS niedawno wpadli na taki pomysł. Chcieli, by jedna z ulic w dzielnicy Wrotków – prowadząca do kościoła pw. św. Jana Pawła II – nazywała się ”Emilii i Karola Wojtyłów”. Trzy dni przed wyborami miasto zatwierdziło ich pomysł. A w dniu wyborów, podczas uroczystej mszy św. proboszcz parafii poinformował o tym wiernych.

Owszem, słychać w Lublinie głosy oburzenia – a także rozbawienia – choć nie są one bardzo głośne.

• Jeszcze zapomniano o ciotkach i wujkach papieża.
• A może Adama i Ewy?Przecież to za ich sprawą mieliśmy również tych rodziców.
• Niesamowitym skandalem jest projekt PiS – rodzice Jana Pawła II patronami ulicy. Co z dziadkami, ciociami, wujostwem JPII?
• To właśnie pokazuje na czym skupia się PiS. Prawdą jest, że lubelskie to wyjątkowo wierzący region więc radni PiS typu Soboń, Masłowska a nawet Kruk to ludzie którzy dbają o to by ulica miała „odpowiednią nazwę” by most miał „odpowiednią nazwę” oraz by pojawić się w radiu M.
• Zasiedmiogórogrodzie. Czytaj więcej

Faktycznie, most w Kaminiu. Tu rozgorzała prawdziwa wojna o patrona. PSL chciał, by most nosił imię Edwarda Wojtasa, posła PSL, który zginął w katastrofie pod Smoleńskiem. PiS protestował. A mieszkańcy chcieli św. Stanisława. Ostatecznie most nazwy nie ma.

Za to rondo w Białej Podlaskiej zyskało w październiku nazwę ”Lecha Kaczyńskiego i Macieja Płażyńskiego”. Na uroczyste otwarcie przyjechał nawet Jarosław Kaczyński. Niektórzy żartują, że jeszcze trochę rond na Lubelszczyźnie zostało…

lubelszczyznaIdzieZgodnie

naTemat.pl

Reklamy

%d blogerów lubi to: