PiS 2, 05.11.2015

 

„PiS ma Sejm, prezydenta i… episkopat. To może być za dużo, nie da się wytrzymać”

Anna Siek, 05.11.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,103454,19141299,video.html?embed=0&autoplay=1
Wg prof. Radosława Markowskiego, w parlamencie będą musieli znaleźć się politycy, gotowi do zajmowania się „kwestiami liberalizmu socjo-kulturowego”. – Jak się zobaczy, że do zagospodarowania są dwa-trzy miliony wyborców, to wola się znajdzie – mówił politolog w TOK FM.

 

Według Pawła Wrońskiego z „GW”, Prawo i Sprawiedliwość ma władzę, jakiej nie miła żadna inna partia. – Będą mieli premiera. Mają Sejm, prezydenta i… episkopat. To też ważna struktura władzy w Polsce.

– To może być za dużo, tego nie da się wytrzymać. To jedna z możliwych konkluzji – komentował prof. Radosław Markowski.

Jak przypomniał politolog, choć wśród Polaków dominują osoby z poglądami konserwatywnymi, to „z pogłębionych badań wynika”, że „nawet osoby głęboko wierzące, chodzące co niedzielę na mszę, chcą mieć w kościele spokój od polityki”.

Wola może się pojawić

Zdaniem Adama Szostkiewicza, nie widać dziś w Sejmie kandydatów do zajęcia miejsca lewicy ws. społeczno-obyczajowych. – To problem, bo ludzie o liberalnych poglądach stanowią moim zdaniem około 1/3 społeczeństwa.

Prof. Markowski przyznał, że na razie wśród parlamentarzystów „nie ma woli”, by zainteresować się tego typu problemami. – Ale jak się zobaczy, że są dwa-trzy miliony potencjalnych wyborców, to może się pojawić wola.

Okazja do pokazania przez parlamentarzystów liberalnego oblicza pojawi się zapewne dość szybko. Bo politycy prawicy już zapowiedzieli, że szybko zabiorą się m.in. za zmianę przepisów dotyczących in vitro.

Jarosław Gowin przyznał w rozmowie z „Gościem Niedzielnym”, że „naprawa dewastacji moralnej” to jedno z głównych zadań nowego rządu.

Zobacz także

piSmaSejm

rządBeatySzydło

TOK FM

Samotny tygrys w dżungli. 8 listopada Alain Delon kończy 80 lat

Jacek Szczerba, 05.11.2015

Alain Delon, 1963r.

Alain Delon, 1963r. (Fot. Bert Stern / Cond Nast Archive/Corbis)

Biseksualny uwodziciel, przyjaciel gangsterów i prawicy, zarabiający krocie biznesmen i megaloman mówiący o sobie – Delon zrobił to, Delon myśli tamto

W młodości powiesiłem sobie na ścianie zdjęcie tylko jednego aktora – właśnie jego. W 1995 r. zobaczyłem Delona na festiwalu w Berlinie, gdzie dostał honorowego Złotego Niedźwiedzia. Na jego spotkaniu z dziennikarzami tłum był taki wielki, że 60-letni wówczas Delon wszedł na stół, by każdy mógł go lepiej obejrzeć.

Delon mówi w wywiadach: – W Ameryce zostaje się gwiazdą dzięki udziałowi w trzech klasycznych filmach. Ja zagrałem w 15 filmach uważanych za klasyki. Pokażcie mi drugą taką osobę.

I dodaje: – Jestem aktorem, jak Lino Ventura czy Burt Lancaster, który nie uczył się tego zawodu. Taki aktor przeżywa swoją rolę, nie gra jej. Grać rolę może Jean-Paul Belmondo, który skończył paryską szkołę teatralną – Conservatoire.

Jacek Szczerba: Królowa kryminału Agatha Christie urodziła się 125 lat temu. Czemu pewnego dnia zniknęła? [PORTRET]

Najpiękniejszy mężczyzna świata

Nim odkryto talent Delona, zauważono jego urodę. Jean-Claude Carriere, scenarzysta filmów Luisa Bunuela, tak mówił mi o Delonie: – Jest wielki kontrast między jego sławą, byciem najpiękniejszym mężczyzną świata, a jego prostotą prywatnie. Aktorka Mireille Darc opowiadała mi, że gdy byli razem, budziła się w nocy, by patrzeć na niego leżącego obok. Mówiła sobie: – Nie, to niemożliwe. Gdy Delon rano wychodził z domu, na schodach spotykał kobiety, które spały tam, czekając na niego. Jakieś pięć lat temu jestem w restauracji z irańskimi przyjaciółmi mojej żony. Przy innym stoliku siedzi Delon. Sam, właściwie się ukrywa. Słyszę, że pani z Iranu uwielbia Delona. Mówię: – To mogę cię z nim poznać. – Z kim? – Z Delonem. – Niemożliwe. Poprosiłem, żeby się dosiadł. Spędził z nami dwie godziny. Czaruś absolutny. Nie sposób mu się oprzeć. Dla tej kobiety to było coś takiego, jakby spotkała Matkę Boską.

Delon aktor przez 10 lat walczył o to, żeby udowodnić, że nie jest tylko chłopcem z piękną twarzą: – Zawsze mówiłem operatorowi, żeby sfilmował mnie jak „najbrudniej”. Nie pozwalałem sobie nałożyć żadnego makijażu, chciałem, żeby faktura skóry była ziarnista. Jednak aby zrobić karierę, poza urodą i talentem potrzebował jeszcze pomocy.

Jacek Szczerba: Henning Mankell: Złość mnie napędza [WYWIAD]

Gdy wmiesza się kobieta

Delon do dziś powtarza, że pomogły mu trzy kobiety. Pierwszą była aktorka Brigitte Auber, poznana w roku 1956 w paryskim klubie jazzowym na ulicy Saint-Beno^t. Szybko zamieszkali razem. Ona była już wtedy popularna, wystąpiła w „Złodzieju w hotelu” (1955) Alfreda Hitchcocka. A on był wtedy nikim. To Auger przedstawiła go Michele Cordoue, trzeciej żonie reżysera Yves’a Allégreta. Ich małżeństwo było tzw. wolnym związkiem. Cordoue powiedziała Delonowi: – Wygląda pan dokładnie tak, jak postać, która ma się pojawić w następnym filmie mojego męża. Powinien się pan z nim spotkać.

Po dwóch godzinach rozmowy z Allégretem Delon zgodził się zagrać młodego mordercę Jo, którego szef nocnego klubu (Jean Servais) wynajmuje, żeby zabił faceta dostawiającego się do jego kochanki. Film nazywał się, nomen omen, „Gdy wmiesza się kobieta” (1957).

Delon wspominał później: – Nie byłem specjalnie zainteresowany. To Allégret musiał przekonywać producentów, żeby się na mnie zgodzili. Ja przyjąłem propozycję głównie dlatego, żeby mu sprawić przyjemność. W mojej pierwszej scenie miałem wyjść z Sophie Daumier z cukierni, która jest na rogu alei Victora Hugo. Niosłem pudełko ciastek. Po raz pierwszy widziałem całą tę scenerię: kamerę, szyny travellingu, reflektory, tłum I natychmiast poczułem się jak ryba w wodzie.

Gwiazdą uczynił Delona występ w „W pełnym słońcu” (1960) René Clémenta, wg „Utalentowanego pana Ripleya” Patricii Highsmith. Podczas spotkania w mieszkaniu Clémenta w alei Henri-Martin producenci Raymond i Robert Hakimowie zaproponowali Delonowi rolę bogacza Greenleafa, ale on ją odrzucił, tłumacząc, że pochodzi ze skromnej rodziny, i może tu zagrać tylko Toma Ripleya, który zabija Greenleafa i kradnie jego tożsamość. Ale Hakimowie chcieli, żeby Ripleyem był Jacques Charrier, mąż Brigitte Bardot.

Robert Hakim krzyczał na Delona: – Jest pan głupcem! Powinien nam pan zapłacić za rolę Greenleafa.

Awantura trwała do drugiej w nocy, gdy zapadła cisza, i wtedy odezwała się Bella Clément, żona reżysera, mówiąca po francusku z włoskim akcentem: – Mój drrrogi Rrrené, ten mały ma rrrację. I do czwartej tłumaczyła zebranym, dlaczego Delon powinien zagrać Ripleya.

Delon zapamiętał dzień, w którym wsparła go trzecia kobieta – 7 lipca 1959 r.

Jeśli mam chęć na kozę

– Visconti chce cię widzieć – usłyszał Delon od swej agentki Olgi Orstig, gdy byli na przedstawieniu „Don Carlosa” Giuseppe Verdiego, reżyserowanym przez Viscontiego w londyńskiej Covent Garden. – Gdy patrzę na Alaina, widzę mojego Rocco. Urzekła mnie jego prostoduszność – wyznał Visconti Orstig i zaangażował Delona do filmu „Rocco i jego bracia” (1961). To tragiczna historia sycylijskiej rodziny (matka i czterech synów), która przenosi się do Mediolanu, gdzie urządził się wcześniej piąty syn. Rocco (Delon), który zostaje bokserem, to ktoś w typie księcia Myszkina: odrzuca miłość kobiety, bo ta była dziewczyną jego brata.

Gdy Delon po raz pierwszy odwiedził rzymskie mieszkanie Viscontiego, westchnął na widok jego walizek: – Mistrzu, to wspaniałe mieć walizki ze swoimi inicjałami: LV. Visconti wybuchnął śmiechem, bo skromny Delon nie rozpoznał, że to walizki od Louisa Vuittona.

Jacek Szczerba: Tadeusz Konwicki – życie i śmierć

Jaka była natura ich związku? Przez lata powtarzano plotkę, że Romy Schneider, gdy była narzeczoną Delona, nakryła go w nocy na miłosnych harcach z Viscontim. A biseksualny aktor Helmut Berger („Ludwig”), późniejszy ulubieniec Viscontiego, mówi w wywiadach: „Nigdy nie wybaczę Delonowi, że posługiwał się pięcioletnim synem Anthonym, by dosięgnąć Luchino: kazał mu pisać listy miłosne do Viscontiego. Luchino nigdy nie poznał mnie z Delonem, choć się tego domagałem. Nie wiem, co było między nimi. Ale jasno powiedziałem Viscontiemu: albo Delon, albo ja”.

W marcu 1969 r., zapytany przez dziennikarza „Le Nouvel Observateur” o swój rzekomy homoseksualizm, Delon odpowiedział: „A cóż byłoby w tym złego, jeśli byłaby to prawda? Robię to, na co mam ochotę. Jedyną rzeczą, która się liczy, jest miłość. Zna pan powiedzenie aktora Michela Simona: – Jeśli mam chęć na kozę, przelecę kozę”.

Jednak w roku 2013 Delon ogłosił, że uważa homoseksualizm za przeciwny naturze: – Nie mam nic przeciwko małżeństwom gejów, ale jestem przeciwny temu, by mogli adoptować dzieci.

Jacek Szczerba: Pułkownika chowają, to i pompa być musi! – rozmowa z Danielem Olbrychskim

Chcę umrzeć jak lew

– Gdy nadchodzi Delon, ludzie zamykają gęby – mówi Patrice Leconte, reżyser „Dziewczyny dla dwojga” (1997), w której Delon i Belmondo zagrali emerytowanych bandytów, z których każdy uważa się za ojca Vanessy Paradis. Kręcili to w nadmorskiej wiosce na południowym wschodzie Francji. Gdy na planie pojawiła się Paradis, okoliczna ludność zareagowała aplauzem, gdy pojawił się Belmondo, aplauz był jeszcze większy. – Gdy przybył Delon – wspomina Leconte – zapadła cisza. Żadnego dźwięku, żadnego słowa.

Skąd wziął się ten respekt? Delon tłumaczy: – Potrafię być cholerykiem, czasem niesprawiedliwym. I ta chorobliwa niecierpliwość. Nie znoszę hipokryzji, zawsze mówię wprost, czasem brutalnie. Żebym przestał mówić, trzeba mi obciąć język albo mnie zabić. Wolę umrzeć jak lew, niż żyć jak baran.

Delon wszystko robi z pasją, bez zachowania dystansu i mrugania okiem. Powtarza: – Nie mam błyskotliwego esprit ani poczucia humoru. O Belmondo czy Brialym mówi się, że to tacy kumple, równi goście. O mnie nie.

Sam mówi o sobie w trzeciej osobie: Delon zrobił to, Delon myśli tamto, i z tego powodu jest we Francji przedmiotem kpin. Ale upiera się, że robi to celowo, żeby nie powtarzać ciągle – ja (gram), ja (produkuję), ja (śpiewam), ja (reżyseruję)

Przez lata podkreślał: – Nigdy nie mam wakacji. Po ośmiu dniach nicnierobienia staję się nieznośny. Nie jestem perfekcjonistą. Jestem maniakiem. Mam to po matce, która spędzała cały dzień na sprzątaniu.

Reżyser Joseph Losey, z którym Delon pracował dwukrotnie, dostrzegł w nim skłonności autodestrukcyjne i gwałtowną potrzebę odnalezienia własnej tożsamości. Może dlatego Delonowi tak dobrze wychodzą role osobników o rozdwojonej jaźni – jak Zorro, Czarny Tulipan, bohater „W pełnym słońcu”.

Sfilmowałem go jak drzewo

Delona najpierw obsadzano w rolach cynicznych pięknisiów, a potem widziano w nim romantycznego twardziela. – Żeby kopniakiem rozwalić drzwi albo żeby strzelić z rewolweru, nie muszę się koncentrować – żartował. – Mówią, że ciągle gram oprychów. Jednak za każdym razem, gdy próbowałem grać kogoś innego, obrywałem tak, że z trudem mogłem się pozbierać.

Kiedy próbował? W „Naszej historii” (1984) Bertranda Bliera zagrał właściciela warsztatu samochodowego i drobnego pijaczka, który kupuje sobie (dosłownie!) względy ukochanej (Nathalie Baye), a mimo to ona i tak woli innego, który spuszcza Delonowi manto.

Delon dostał za tę rolę Cezara, ale na ceremonii się nie stawił, rozżalony na branżę, że filmu nie wzięto do konkursu w Cannes. Komik Coluche, robiąc głupie miny, odczytał jego przepraszający list – że coś „zatrzymało go w Szwajcarii”. Delon, z powodów podatkowych, przeniósł się wtedy do Chene-Bougeries koło Genewy.

W „Mr. Klein” (1976) Loseya zagrał handlarza dzieł sztuki, który podczas okupacji wzbogaca się, odkupując za grosze obrazy od prześladowanych Żydów. Pewnego dnia otrzymuje przesyłkę z żydowską gazetą zaadresowaną na jego nazwisko. W odruchu obronnym stara się dowieść, że nie jest Żydem. Potem wszczyna prywatne śledztwo, starając się odszukać człowieka, który się za niego podaje. Kończy, pogodzony z losem, w pociągu jadącym do obozu koncentracyjnego.

A w „Uwaga, dzieci patrzą” (1977) Serge’a Leroy czworo dzieci pod nieobecność rodziców topi na plaży swą despotyczną guwernantkę. Potem pozbywa się także natrętnego świadka zbrodni (Delon, nieogolony, z niedopałkiem cygara w ustach), który próbuje je szantażować.

Delon wystąpił nawet u gardzącego gwiazdorstwem Jean-Luca Godarda, w „Nowej fali” (1990). Godard, doceniając jego wielkość, a jednocześnie jakby z niej kpiąc, powiedział: – Filmowałem go tak, jakby był drzewem.

Jednak Delon najbardziej zaskoczył publikę w roli homoseksualisty i wyrafinowanego estety barona de Charlus w „Miłości Swanna” (1984) Volkera Schlöndorffa, wg Marcela Prousta. Zresztą Schlöndorff wcale nie chciał Delona: „Tuż przed rozpoczęciem zdjęć, gdy role były obsadzone i zaczęliśmy próby, Alain Toscan du Plantier wezwał mnie do siedziby firmy Gaumont i oznajmił, że Delon chętnie wziąłby udział w tym filmie. – Ale w jakiej roli? Do żadnej nie pasuje. – Będzie grał barona de Charlus”. Okazało się, że Michaelowi Lonsdale’owi, który miał grać Charlusa, już wypłacono odszkodowanie.

W swej autobiografii Schlöndorff napisał o Delonie: „Jego pojawienie się na planie, zawsze w asyście ostrego wilczura i dwóch goryli, kojarzyło się raczej z szefem mafii”.

Delon uparł się na Charlusa, bo miał grać rolę Prousta narratora w ekranizacji „W poszukiwaniu straconego czasu” szykowanej przez Viscontiego. Tam na Charlusa był typowany Marlon Brando, ale film nie doszedł do skutku.

Po zakończeniu zdjęć do „Miłości Swanna” w Lasku Bulońskim Schlöndorff zobaczył, że Delon pozuje w dorożce, trzymając w objęciach Ornellę Muti, filmową Odettę.

– To tylko do rodzinnego albumu – uspokoił reżysera Delon. Tydzień później zdjęcie ukazało się na okładce popularnego tygodnika, a wraz z nim żarty, że u Schlöndorffa Charlus nabrał skłonności do płci przeciwnej. Delon osiągnął swój cel, bo pisano o nim, a nie o Jeremym Ironsie grającym główną rolę. Od tej pory Schlöndorff na planie nie zamienił z Delonem ani słowa, karteczki w uwagami przesyłał mu przez asystenta.

Ostatecznie Delon okazał się jednym z niewielu atutów tego filmu.

Nie mruga oczami, nie zaciska nozdrzy

Yves Allégret dał młodemu Delonowi jedną radę: – Mów tak, jak mówisz normalnie, ruszaj się tak jak w życiu. I tak spoglądaj. Proszę cię, bądź sobą, nie graj.

Z Jean-Pierre’em Melville’em, u którego Delon wystąpił trzy razy, rozumieli się instynktownie. Melville opisał, jak w domu Delona czytał mu scenariusz „Samuraja” (1967): – Delon miał łokcie oparte na kolanach, oczy ukryte w dłoniach. Słuchał bez ruchu, nagle wyprostował się, żeby spojrzeć na zegarek: – Czyta mi pan to już siedem i pół minuty i nie padło jeszcze ani jedno słowo dialogu. To mi wystarczy. Zrobię ten film. Jaki nosi tytuł? – „Samuraj”. Delon bez słowa dał mi znak, żebym poszedł za nim. Zaprowadził mnie do swojego pokoju: było w nim tylko metalowe łóżko, samurajska włócznia, samurajski miecz i samurajski sztylet.

Melville mówił o Delonie, że „to jeden z niewielu aktorów, którzy bez ruchu potrafią wyrazić uczucie”. Za to Schlöndorff, asystent Melville’a przy „Samuraju”, kpił, że widział, jak Melville i Delon „stoją godzinami przed lustrem, próbując właściwego ułożenia kapelusza”. Delon zagrał tam płatnego mordercę – w prochowcu i kapeluszu stetson – zdradzonego przez zleceniodawców. W finale jego bohater pozwala się zabić policji, wyciągając pistolet, w którym, jak się później okazuje, nie było nabojów. Delon ma tu twarz niczym maska, bo nauczył się nie mrugać powiekami i nie zaciskać nozdrzy.

„Samuraj” to film o samotności. Delon też cierpiał z jej powodu.

Wychowanie na więziennym podwórzu

– Nie przypominam sobie moich rodziców razem, rozeszli się, gdy miałem cztery lata. To była moja tragedia – wspomina.

Urodził się w podparyskim Sceaux, jako syn Fabiena Delona (1904-77), dyrektora kina Le Régina w Bourg-la-Reine, i Édith Arnold (1911-95), zwanej Mounette, pomocnicy aptekarza. Po rozwodzie rodziców oddano go do mamki, pani Nérot, której mąż pracował jako strażnik w więzieniu Fresnes, gdzie w październiku 1945 r. stracono Pierre’a Lavala, premiera rządu Vichy. Do 11. roku życia Delon bawił się na więziennym podwórzu.

Jego ojciec miał troje dzieci z nową żoną. Alain czuł się niepotrzebny. Był niesforny, sześć razy zmieniał szkołę. Z surowej szkoły katolickiej postanowił razem z kumplem uciec do wujka, do Chicago. W Poitiers zatrzymała ich policja.

Delon nie wrócił już do szkoły. Zabrała go matka, która wyszła za rzeźnika Paula Boulogne. Do 17. roku życia Delon praktykował w tym fachu. Uczył się też gry na pianinie. Ojczym traktował go dobrze, ale Delona skusił kolorowy plakat: „Zostań pilotem w 18 miesięcy. Przejdź staż w Kanadzie”.

Ojciec zaprowadził go do ministerstwa lotnictwa przy bulwarze Victor, ale tam okazało się, że ostatni kontyngent właśnie wyjechał. Następny przewidziano za sześć miesięcy. Delon nie chciał tyle czekać, więc zaciągnął się do marynarki. Pod wpływem kumpli z wojska, którzy wybierali się do Indochin, też tam wyruszył. Ponieważ nie miał jeszcze 18 lat, potrzebował zgody rodziców. Nie stawiali oporu.

Delon mówił potem: – Myślę, że to był najpiękniejszy okres mojego życia. Z powodu poczucia wolności, które mi wtedy towarzyszyło. Dobrze mi było 20 tys. km od domu.

Francuzi zdążyli już przegrać w bitwie pod Dien Bien Phu, więc Delon uczestniczył tylko w walkach ulicznych. – Lubiłem to poczucie, że wszystko może się zdarzyć. Udawanie dorosłego, mieliśmy przecież broń.

W wojsku Delon trochę rozrabiał: przywłaszczył sobie sprzęt radiotechniczny, wracał spóźniony z przepustek, raz bezprawnie zabrał jeepa, którym wylądował w korycie rzeki. W końcu karnie przeniesiono go do rezerwy w stopniu kaprala, odbierając premię demobilizacyjną. Gdy przypłynął do Marsylii, dostał 45 dni aresztu. Za co? Jedna wersja głosi, że nie oddał wojskowego pistoletu, druga, że kupił rewolwer od handlarza, który go wsypał.

– Czy chciał pan zostać aktorem? – pytali go po latach dziennikarze.

– Nigdy.

– Czy kino pana interesowało?

– W ogóle. Moim jedynym wspomnieniem jako widza była wizyta w kinie w Sajgonie, gdzie zobaczyłem „Nie tykać łupu” (1954) z Jeanem Gabinem. Powiedziałem mu o tym, gdy zagraliśmy razem.

Tygrys wśród psów i kotów

W „Samuraju” pojawia się zdanie: „Nie ma głębszej samotności niż ta samuraja, chyba że samotność tygrysa w dżungli”. Melville twierdził, że to cytat z samurajskiego kodeksu „Bushido”, co powtarzano nawet w Japonii, ale w rzeczywistości sam wymyślił to zdanie.

Delon powtarza: – Pasuje mi ono, bo żyję w dżungli i sądzę, że jestem małym tygrysem.

– Czy jest pan szczęśliwy w zawodzie? – pytano go często. – Tak, między momentem, gdy mówią: „Kamera”, a potem: „Cięcie”. Reszta mnie nudzi, żeby nie powiedzieć, że mi się nie podoba. Nie mam przyjaciół wśród aktorów ani wśród producentów. Nie wiem, dlaczego.

Kręcąc „Diaboliquement vetre” (1967) Juliena Duviviera, o facecie wychodzącym z amnezji po wypadku samochodowym, Delon odkrył 56-hektarową posiadłość w Douchy, 100 km na południe od Paryża. Kupił ją, wraz z XIX-wiecznym zamkiem i kaplicą, które odnowił. Wykopał tam też jezioro.

To dziś jego samotnia. Mówi: – Kiedyś nierobienie niczego było dla mnie torturą, teraz świetnie umiem nic nie robić.

Delon żyje w Douchy ze swoimi psami i czarnym kotem Poupoussem, który ma tylko trzy łapy. Delon był z psem u weterynarza, gdy przywieziono tam kota przejechanego przez samochód. Właścicielka kota powiedziała przez telefon, żeby go uśpić, ale Delon zabrał go śmigłowcem do słynnego weterynarza w Boulogne, który kota ocalił. Odtąd Delon i Poupouss śpią razem.

Psy miał przez całe życie. Lubi zwłaszcza dobermany, owczarki niemieckie i belgijskie. W Douchy jest 35 grobów jego psów. Uzyskał już zgodę władz świeckich i kościelnych, by być pochowanym vis-a-vis nich.

Wcześniej otaczały go kobiety.

Nie tak piękny, za to bardziej interesujący

– Marzą o panu miliony kobiet? Czy jakaś odrzuciła kiedyś pańskie awanse? – pytano Delona w wywiadach. – Oczywiście, nawet takie zupełnie nieznane. Wiele cierpiałem z tego powodu. Ale większość mnie akceptowała.

I tu zwykle Delon wybuchał śmiechem.

Chciał kręcić film z Marilyn Monroe, od ponad 50 lat przyjaźni się z Bardot. Często do siebie dzwonią. O wszystkich jego romansach trąbiono w mediach.

20-letnia Romy Schneider dzięki roli cesarzowej Sissy była już gwiazdą, gdy wybrała Delona na podstawie fotosu, by partnerował jej w „Christine” (1958) Pierre’a Gaspard-Huit wg Arthura Schnitzlera. To film o poruczniku armii austriackiej (Delon) zakochanym w śpiewaczce operowej (Schneider). Ich związek zakłóca pułkownik, wyzywający porucznika na pojedynek w związku z dawnym romansem tego drugiego z żoną tego pierwszego.

Najpierw Delon narzekał, że Schneider to smarkula, a ona, że on jest za ładny. Potem przez pięć lat byli sławnymi narzeczonymi. Wreszcie on posłał jej bukiet kwiatów i ożenił się z Nathalie Canovas, która w 1964 r. urodziła mu syna Anthony’ego. Delon z myślą o nim zagrał w „Zorro” (1975) Tuccio Tesariego.

– Nathalie miała temperament zbyt podobny do mojego, często brano nas za rodzeństwo – mówi Delon, tłumacząc rozpad ich związku. A ona powiadała o mężu: – Nie jest tak piękny, jak się o nim mówi, ale dużo bardziej interesujący, niż się o nim myśli.

Podczas kręcenia „Basenu” (1968) Jacques’a Deray Delon znów spotkał się ze Schneider. W willi w Saint-Tropez wypoczywają pisarz Jean-Paul (Delon) i dziennikarka Marianne (Schneider). Idylla pryska, kiedy w ich życie wkracza przystojny playboy Harry (Maurice Ronet), były protektor Jean-Paula i dawny kochanek Marianne, w towarzystwie swej 18-letniej córki (Jane Birkin).

W Saint-Tropez zjawił się niespodziewanie Serge Gainsbourg, zazdrosny o Jane Birkin. Wziął ze sobą pistolet, na wypadek gdyby Delon za bardzo się do niej zbliżył. Ale Delon wybrał wtedy aktorkę Mireille Darc, z którą spędził następne 15 lat. Rozstali się burzliwie – roztrzęsiona Darc miała poważny wypadek samochodowy – bo ona nie mogła mieć dzieci. Wciąż jednak pozostają w przyjaźni, w 2007 r. grali w teatrze Marigny w sztuce „Co się wydarzyło w Madison County”. Po Darc Delon miał krótki romans z Anne Parillaud („Nikita” Luca Bessona), którą obsadził w dwóch swoich filmach.

Gdy w latach 50. Delon mieszkał w małym hotelu przy ulicy Jean-Mermoz, blisko Champs-Elysées, inną mansardę zajmowała w nim Yolanda Gigliotti, miss Egiptu 1954. 10 lat później spotkali się w Rzymie, ją znano już wtedy jako Dalidę. Mieli dyskretny romans, ale gdy producent muzyczny Eddie Barclay i Orlando, brat Dalidy, poprosili ich, żeby nagrali piosenkę „Paroles, paroles”, ich związek stał się oczywisty. Delon żałuje, że w 1987 r. Dalida nie zadzwoniła do niego, gdy decydowała się na samobójstwo.

W tymże roku, podczas nagrywania klipu do piosenki „Comme au cinéma”, Delon spotkał holenderską modelkę Rosalie van Breemen. Młodszą od niego o 31 lat. Ma z nią córkę Anouchkę (ur. 1990) i syna Alain-Fabiena (ur. 1994). W 2001 r. van Breemen zostawiła Delona. Aktor powiedział we włoskiej telewizji, że myślał wtedy o samobójstwie. Natychmiast zadzwoniła do niego zaniepokojona Claudia Cardinale, z którą tańczył na balu w „Lamparcie” (1963) Viscontiego.

W 2011 roku Delon wydał album „Kobiety mojego życia”. Na pierwszym z 200 zdjęć jest w nim matka Delona – Mounette – kąpiąca małego Alaina w miedzianej wannie. Mounette chciała być aktorką. Jej się to nie udało.

Alain Delon przedstawia

Delon zaczął produkować filmy, by zagwarantować sobie wolność twórczą. Jego producencki debiut – „Zemsta O.A.S” (1964) Alaina Cavaliera, o żołnierzu Legii Cudzoziemskiej, który podczas wojny w Algierii najpierw na zlecenie OAS porywa prawniczkę pacyfistkę (Lea Massari), a potem ją ratuje – okazał się katastrofą. Adwokatka Mireille Gaymen, która miała w życiu podobną „przygodę”, pozwała Delona do sądu, który zakazał dystrybucji filmu.

Potem w producenckich zarobkach z Delonem mógł się równać tylko Belmondo. Obaj spotkali się, jako epizodyści, w „Bądź piękna i milcz” (1958) Marca Allégreta, o uciekinierce z poprawczaka (Mylene Demongeot) zaplątanej w kradzież biżuterii. W „Czy Paryż płonie?” (1966) Clémenta, o wyzwoleniu Paryża z rąk Niemców, mieli tylko jedną wspólną scenę. W końcu zagrali główne role w „Borsalino” (1970) Jacques’a Deray, o gangsterach w Marsylii lat 30. Delon był producentem tego filmu, a Belmondo wytoczył mu proces. Poszło o to, że na plakacie pojawił się napis „Alain Delon przedstawia Alaina Delona i Jean-Paula Belmondo”. Tymczasem w kontrakcie było wyraźnie zastrzeżone, że nazwiska obu aktorów pojawiają się na plakacie tylko raz. Sąd przyznał rację Belmondo. Nie zaszkodziło to jednak ich przyjaźni.

Film zgromadził we Francji 4,7 mln widzów. Jego amerykańskim dystrybutorem był Paramount, którego szef Robert Evans chciał Delona do roli Michaela Corleone w „Ojcu chrzestnym”. Coppola wolał jednak Ala Pacino.

Delon powtarza, że wielcy aktorzy nie rywalizują ze sobą, gdyż darzą się zbyt wielkim szacunkiem. Przed zdjęciami do „Skoku na kasyno” (1963) Henri Verneuila spotkał się z legendą francuskiego kina. – Dzień dobry, panie Gabin – przywitał się. – Dzień dobry, chłopcze – odpowiedział Jean Gabin i wstał, choć wcale nie musiał.

Delon mówi: – Pod koniec życia Gabin zarabiał dwa razy mniej niż ja czy Ventura, ale nie było dyskusji, że jego nazwisko musi być pierwsze na afiszu. Gdy 19 listopada 1976 roku prochy Gabina rozsypano w morzu, u wybrzeży Bretanii, wierny Delon tam był.

Na początku lat 80. Delon z powodzeniem wyreżyserował dwa kryminały. Zastrzega jednak, że jako aktor na planie dawał lekcję reżyserii wyłącznie słabym reżyserom. – Gdy pracowałem z Melville’em, wiedziałem, że pracuję z autorem. Nie było mowy, żeby cokolwiek zmieniać. Nie było tak, że kręcąc, zapomnieliśmy w zdaniu o jakimś „i”. Żaden przecinek nie przepadł.

Za to François Truffaut wyznał przewrotnie, że zawsze chciał obsadzić Delona, ale się go bał.

Czy umiałby pan zabić?

W 1969 r. dziennikarz zapytał Delona: – Potrafiłby pan zabić albo kazać zabić człowieka?

– Jeśli odpowiem, że nie, nie uwierzy mi pan. Jeśli odpowiem, że tak, jakie wnioski pan z tego wyciągnie?

Delon zawsze mówił, że gdyby nie aktorstwo, pewnie byłby gangsterem. W październiku 1968 r. został zamieszany w morderstwo swego jugosłowiańskiego ochroniarza Stefana Markovicia, którego trupa znaleziono na śmietnisku w Elancourt, 30 km od Paryża. Delon kręcił wtedy „Basen”.

Marković organizował libertyńskie party w Saint-Tropez, na których robił kompromitujące zdjęcia znanym osobom i je szantażował albo dawał zdjęcia innym szantażystom. Sporo szumu narobił jego notes z adresami sław, które poznał u Delona.

Kilka dni przed śmiercią Marković napisał do brata: „Jeśli coś mi się stanie, trzeba szukać w kręgu Alaina Delona i François Marcantoniego, Korsykanina, prawdziwego gangstera”. Z bratem Marcantoniego Delon służył w wojsku. Marcantoni poznał go z Mémé Guérinim, marsylskim ojcem chrzestnym, w którego lokalach bywali też Yves Montand, Charles Aznavour i Ventura. Prasę obiegło zdjęcie Delona z Guérinim. Delon tłumaczył, że gdy na planie „Zemsty O.A.S”, w Marsylii, złamał nogę, Guérini się tam pojawił i najsprawniej ze wszystkich sprowadził ambulans.

Piosenkarz Johnny Hallyday mówi: – Delon zawsze marzył, żeby być łotrem, dlatego często grywał takie role. Spotkał i poślubił Nathalie, bo była wcześniej kochanką Markovicia. Jego życie jest mroczne.

Nathalie i Delon byli wielokrotnie przesłuchiwani. Sprawa nabrała charakteru politycznego, gdy inny jugosłowiański ochroniarz zeznał, że Marković miał kompromitujące zdjęcia Claude Pompidou, żony ówczesnego premiera, a wkrótce prezydenta Francji. Znajomość ponoć wzięła się stąd, że latem 1968 r. Georges Pompidou, Delon i Marković grywali razem w pokera.

Mordercy Markovicia nie znaleziono, podejrzany Marcantoni wyszedł z aresztu.

Serce po prawej stronie

W 1999 r. Delon oficjalnie wycofał się z kina. Pięć lat później pojawił się w serialu kryminalnym „Fabio Montale”, oglądanym przez 12 mln widzów. Zagrał samotnego policjanta z Marsylii, bohatera trylogii napisanej przez Jean-Claude’a Izzo (1945-2000). Serial wywołał jednak protesty rodziny pisarza. Jego syn Sébastien Izzo stwierdził wprost: „Alain Delon nie podziela politycznych opinii mojego ojca”. Albowiem Izzo był komunistą, zaś Delon to sympatyk prawicy, przyjaciel Jean-Marie Le Pena. Zwolennik kary śmierci. A gdy w 2013 r. cieszył się z sukcesów Frontu Narodowego, wymuszono na nim rezygnację z funkcji przewodniczącego wyborów Miss France.

Sam nazywa siebie gaullistą. Za 300 tys. franków kupił rękopis „Apelu z 18 czerwca 1940 r.”, z którym generał Charles de Gaulle z Londynu zwrócił się przez radio do Francuzów, zachęcając ich do dalszego oporu przeciwko Niemcom. Delon oddał dokument do muzeum.

Tata bije mamę

Dzieci Delona ciągnie do aktorstwa. Anthony, w dzieciństwie krnąbrny niczym ojciec, grał ostatnio w serialu o lekarzach. Z Sophie Clerico, córką szefa kabaretu Lido, Anthony ma dwie córki, ukochane wnuczki Delona. Z ukochaną córką – Anouchką – Delon w 2011 r. grał w teatrze Bouffes Parisiens w sztuce „Une journée ordinaire”, o trudnych relacjach ojciec – córka.

Alain-Fabien Delon wystąpił w zwariowanym filmie „Rencontres d’apres minuit” (2013), u boku byłego piłkarza Erica Cantony. Alain-Fabien lubi prowokować w wywiadach: „Moi rodzice są moimi najgorszymi wrogami. Ojciec dwa razy rozwalił nos matce, ale sobie zasłużyła. Mnie też lał. Mam puste konto w banku. Byłem dilerem, murarzem, myłem samochody „.

W 1962 r. Delon romansował z piosenkarką Nico, która urodziła mu syna. Delon się go wyparł, choć Christian jest do niego podobny, i wychowywała go matka Delona. W 2001 r. Christian, z zawodu fotograf, narobił medialnego hałasu książką „Miłość nigdy nie zapomina”.

Ave, ja!

Delon ma rękę do interesów. W 1973 r. organizował walkę bokserską o mistrzostwo świata w wadze średniej między Francuzem Jean-Claude’em Bouttierem i Argentyńczykiem Carlosem Monzónem. W Douchy stworzył bazę treningową, w której Bouttier przygotowywał się przez dwa miesiące, korzystając z dwóch ringów, basenu i, w wolnych chwilach, z salonu gry z bilardem i automatami. Bouttier jednak walkę przegrał.

Delon zajmuje się też stajnią z końmi wyścigowymi, prowadził kompanię lotniczą. Od 1964 r., posłuchawszy rady Viscontiego, kolekcjonuje dzieła sztuki, m.in. obrazy Jeana Dubuffeta. W roku 1978 w Genewie założył firmę wyrobów luksusowych, która wylansowała kosmetyki sygnowane jego nazwiskiem, ubrania dla mężczyzn, zegarki, okulary, markę szampana i koniaku.

Chyba poczuł się królem.

Scenarzysta Jean Curtelin (1932-2000) napisał: „Alain jest jak Ludwik XIV u schyłku panowania. Nie słucha już nikogo”. Może dlatego Delon odmówił zagrania Ludwika XV w „Marii Antoninie” (2006) Sofii Coppoli. Wylicza: – Ani Sautet, ani Resnais, ani Pialat, ani Polański nie zaproponowali mi roli. A byłem otwarty na ich sugestie.

Idealnym zwieńczeniem jego kariery okazała się rola Cezara w „Asterixie i Obelixie na olimpiadzie” (2008). Bo jego Cezar pozdrawia wszystkich: „Ave, ja!”.

Wideo „Dużego Formatu”, czyli prawdziwi bohaterowie i prawdziwe historie, Polska i świat bez fikcji. Wejdź w intrygującą materię reportażu, poznaj niezwykłe opowieści ludzi – takich jak Ty i zupełnie innych.

W ”Dużym Formacie” czytaj też:

Zatoka świń. Gwałty na dzieciach w Sopocie
Mój kolega prowadzi burdel, rozumiesz? Jak coś napaplasz, pójdziesz tam do świń. Wyślę filmik twojej matce i jeszcze do szkoły. Cykl reporterski Bożeny Aksamit i Piotra Głuchowskiego

Partia Razem. Co zrobią z 14-milionową dotacją?
Wszyscy sobie z nas teraz żartują, czy oddamy te 75 procent z 14 mln dotacji. To głupi żart, ale właściwie tak oddamy

Kto ma lepsze życie: rodzice czy dzieci?
Zapytałem rodziców, kto ma lepiej: oni czy ich dzieci

Roman Bugaj. Mistrz nokautu
Gdy wraca do domu z medalem i staje w drzwiach, mówiąc: „Jestem mistrzem świata!”, rodzice reagują: „O, dobrze”

Wynalazcy. Polak potrafi
Kiedyś jadąc 140 km/godz. zmieniłem pas i omal nie zderzyłem się z innym motocyklistą. Wtedy mną tąpnęło. Postanowiłem wymyślić lusterko, które samo przechyla się w ślad za ruchem tułowia kierowcy

Losy sceptyka. Lizut wspomina prof. Stefana Amsterdamskiego (1929-2005)
Wróciłem z Syberii jako zapalony komunista – mówił mi kiedyś profesor. – Głęboko wierzyłem, że komunizm oznacza postęp, równość i wielki cywilizacyjny skok. Później było mi wstyd

Samotny tygrys w dżungli. 8 listopada Alain Delon kończy 80 lat
Biseksualny uwodziciel , przyjaciel gangsterów i prawicy, zarabiający krocie biznesmen i megaloman mówiący o sobie – Delon zrobił to, Delon myśli tamto

Gruzja. Pamięć wojny jak szczepionka [Fotoreportaż]
Chciałam, żeby to była opowieść o ludziach niepodpiętych pod żadne ideologie. Rozmowa z fotografką Justyną Mielnikiewicz

alainDelon

samotnyTygrys

wyborcza.pl

Gliński o przyszłej roli Kaczyńskiego: „powinien mieć więcej czasu na czytanie książek”

Jarosław Kaczyński to wybitny intelektualista - uważa prof. Robert Gliński.
Jarosław Kaczyński to wybitny intelektualista – uważa prof. Robert Gliński. Fot. Mikołaj Kuras / Agencja Gazeta

Po zwycięskich dla Prawa i Sprawiedliwości wyborach parlamentarnych nie milkną spekulacje co do składu nowego rządu. Naturalne są zatem zachwyty prawicy nad głównym architektem sukcesu – szefem partii Jarosławem Kaczyńskim. W tę retorykę wpisał się także prof. Piotr Gliński, kandydat na wicepremiera.

Prof. Gliński, w rozmowie z Moniką Olejnik w „Kropce nad i”, odnosząc się do dywagacji na temat składu przyszłego rządu, zwrócił uwagę na przez nikogo w PiS-ie niekwestionowaną rolę i pozycję swojego przełożonego. – Prezes będzie szefem partii – zastrzegł gość programu. Podkreślił jednocześnie, że Kaczyński potrzebuje nieco więcej wolnego czasu niż do tej pory.

Daleko Glińskiemu od odsyłania prezesa na polityczną emeryturę, choć zdaniem profesora Kaczyński – jak na „wybitnego intelektualistę przystało” – powinien mieć więcej czasu na czytanie książek. Gliński przypomniał bowiem, że jego polityczny mentor „czyta lektury”. – Trochę z dystansem i humorem mówię o tym wielkim liderze, który doprowadził do wielkiego zwycięstwa partii w zasadzie antysystemowej – podsumował gość red. Olejnik.

Źródło: TVN24

profGlińskiOprzyszłejroli

naTemat.pl

Do przyjaciół dziennikarzy [Sroczyński]

Grzegorz Sroczyński, 05.11.2015

Grzegorz Sroczyński

Grzegorz Sroczyński (Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta)

Powtarzacie poglądy pasujące do świata, który już nie istnieje.

Moi koledzy dziennikarze wymieniają się w necie cytatami z programu Partii Razem. Ciekawa jest zgodność niektórych osób z „Wyborczej”, „Newsweeka” i dziennikarzy niepokornych, kiedy twittują o „kosmicznym lewactwie”, „socjalistycznych idiotyzmach” albo kolportują fotkę Zandberga w koszulce z Marksem. Ktoś pisze: „Partia Razem zawstydza Millera, Kołodkę i innych tuzów lewicy. To po prostu skrajnie lewicowe postulaty”. Albo: „Najgorsze, że oni rzeczywiście w te ekonomiczne głupoty wierzą, mogą być niebezpieczni”. Zgrozę wywołuje pomysł wprowadzenia dużej progresji PIT (górna stawka 75 proc.), podatku spadkowego od fortun oraz stawki godzinowej na poziomie 15 zł. „Co na to Pani Pelagia?” – zastanawia się w felietonie jakiś wesołek.

Koledzy, nie odrobiliście lekcji. Powtarzacie poglądy pasujące do świata, który już nie istnieje. Kiedy ostatnio mieliście w ręku „The Economist”? W 1997 roku? Gdybyście zajrzeli tam dzisiaj, wiedzielibyście, że większość postulatów Partii Razem znajduje się w głównym nurcie ekonomicznych debat. Można się z tymi pomysłami nie zgadzać, poważnie z nimi dyskutować, ale robienie sobie jaj i wypisywanie, że są „kosmiczne”, świadczy o was jak najgorzej. Czy wy w ogóle zaglądacie na strony Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Banku Światowego albo Komisji Europejskiej?

Szefowa MFW Christine Lagarde: „Marks przepowiedział, że kapitalizm zawiera w sobie przesłanki własnego zniszczenia poprzez gromadzenie kapitału w rękach garstki ludzi, co prowadzi do wielkich konfliktów i cyklicznych kryzysów. Dziś zaledwie 85 osób, które mogłyby się zmieścić w londyńskim autobusie, zarządza takim bogactwem jak połowa ludzkości, czyli 3,5 miliarda osób. Słychać dźwięk budzika”.

Lagarde. Sumienie kapitalizmu

Główny ekonomista Banku Światowego Kaushik Basu: „Mamy twarde dane pokazujące, że światowy wzrost gospodarczy został spowolniony przez rosnące nierówności. Jedni rodzą się szokująco biedni, a drudzy szokująco bogaci. Takiej różnicy bogactwa między ludźmi, którzy są od dwóch dni na świecie, nie da się sprawiedliwie uzasadnić. Podatek spadkowy [od wielkich fortun – przyp. mój] stoi na straży publicznej moralności”.

Prezydent USA Barack Obama: „Politykę opanowały potężne interesy. Angażowano armię lobbystów, by udowodnić, że wzrost płac i opodatkowanie bogatych stanowi zamach na zdrowe zasady ekonomii. Tłumaczono, że nierówności są ceną wzrostu gospodarczego, że chciwość jest dobra. Niektórzy praktykowali starą politykę podziałów, wmawiając klasie średniej ów wielki fałsz, że ich ciężko zarobione dolary są rozdawane oszustom wyłudzającym zasiłki. Musimy rozpalić na nowo ducha solidarności”.

Nie żadne „lewactwo”, ale Komisja Europejska zastanawia się obecnie, jak zabrać bogatym. I nie po to, by bogatym zrobić na złość, tylko żeby nakłonić ich do racjonalnych zachowań. Gdyby prezes mBanku Cezary Stypułkowski musiał powyżej miliona pensji płacić 75 procent podatku, to może zadowoliłby się tym milionem (teraz zarabia cztery), a resztę dosypał stażystom w call center w Łodzi. Być może również prezes Comarchu Janusz Filipiak pozostałby przy milionie (obecnie jego pensja to 12 milionów), a resztę przeznaczył na nowe inwestycje. Tak właśnie działają progresywne podatki – zniechęcają do kominów płacowych i przejadania dywidend, a zachęcają do dzielenia się zyskiem z pracownikami i inwestowania (oczywiście pod warunkiem, że nie można uciec z zarobkami do Liechtensteinu, ale na szczęście Unia się ocknęła i zaczyna solidarną walkę z rajami podatkowymi).

Mam nie najlepsze zdanie o dziennikarzach ekonomicznych. Chyba w żadnym środowisku poglądy nie były tak mocno zglajchszaltowane. Powtarzanie obowiązujących „prawd”, bezmyślne podsuwanie mikrofonu rozmaitym „ekspertom” wynajętym przez banki, zwalnianie się z zawodowego krytycyzmu – to wszystko ma poważne konsekwencje. Rozplenienie się w Polsce na niespotykaną skalę instrumentów finansowych wysokiego ryzyka (nazwanych kredytami walutowymi) czy śmieciowych polisolokat jest bezpośrednim efektem takiego kiepskiego dziennikarstwa.

Drodzy koledzy. Postulaty Partii Razem mogą się podobać lub nie. To nie w tym rzecz, żebyśmy się agitowali. Chodzi o traktowanie własnego zawodu poważnie. Warto od czasu do czasu się zastanowić, czy mantra, którą klepiemy w mediach od 25 lat – że PKB jest najważniejsze, obniżanie podatków służy gospodarce, a związki zawodowe jej szkodzą – nie powinna podlegać korektom.

Niezmienność poglądów, szanowni koledzy, jest w Polsce wartością zdecydowanie przecenianą. Zwłaszcza gdy świat tak szybko się zmienia.

Wideo „Dużego Formatu”, czyli prawdziwi bohaterowie i prawdziwe historie, Polska i świat bez fikcji. Wejdź w intrygującą materię reportażu, poznaj niezwykłe opowieści ludzi – takich jak Ty i zupełnie innych.

W ”Dużym Formacie” czytaj też:

Zatoka świń. Gwałty na dzieciach w Sopocie
Mój kolega prowadzi burdel, rozumiesz? Jak coś napaplasz, pójdziesz tam do świń. Wyślę filmik twojej matce i jeszcze do szkoły. Cykl reporterski Bożeny Aksamit i Piotra Głuchowskiego

Partia Razem. Co zrobią z 14-milionową dotacją?
Wszyscy sobie z nas teraz żartują, czy oddamy te 75 procent z 14 mln dotacji. To głupi żart, ale właściwie tak oddamy

Kto ma lepsze życie: rodzice czy dzieci?
Zapytałem rodziców, kto ma lepiej: oni czy ich dzieci

Roman Bugaj. Mistrz nokautu
Gdy wraca do domu z medalem i staje w drzwiach, mówiąc: „Jestem mistrzem świata!”, rodzice reagują: „O, dobrze”

Wynalazcy. Polak potrafi
Kiedyś jadąc 140 km/godz. zmieniłem pas i omal nie zderzyłem się z innym motocyklistą. Wtedy mną tąpnęło. Postanowiłem wymyślić lusterko, które samo przechyla się w ślad za ruchem tułowia kierowcy

Losy sceptyka. Lizut wspomina prof. Stefana Amsterdamskiego (1929-2005)
Wróciłem z Syberii jako zapalony komunista – mówił mi kiedyś profesor. – Głęboko wierzyłem, że komunizm oznacza postęp, równość i wielki cywilizacyjny skok. Później było mi wstyd

Samotny tygrys w dżungli. 8 listopada Alain Delon kończy 80 lat
Biseksualny uwodziciel , przyjaciel gangsterów i prawicy, zarabiający krocie biznesmen i megaloman mówiący o sobie – Delon zrobił to, Delon myśli tamto

Gruzja. Pamięć wojny jak szczepionka [Fotoreportaż]
Chciałam, żeby to była opowieść o ludziach niepodpiętych pod żadne ideologie. Rozmowa z fotografką Justyną Mielnikiewicz

Zobacz także

sroczyńskiDoDziennikarzy

wyborcza.pl

Pisowskie strachy na lachy

Krystyna Naszkowska, 05.11.2015

Politycy PiS zapowiadają, że polską ziemię będą mogli kupić tylko polscy rolnicy. Ich pomysły zaszkodzą jednak także dużym gospodarstwom i spółdzielniom

Politycy PiS zapowiadają, że polską ziemię będą mogli kupić tylko polscy rolnicy. Ich pomysły zaszkodzą jednak także dużym gospodarstwom i spółdzielniom (Fot. Tomasz Waszczuk / Agencja Gazeta)

W czasie kampanii Prawo i Sprawiedliwość z lubością straszyło wyborców uchodźcami z Syrii i cudzoziemcami, którzy wykupią naszą polską ziemię. Teraz te strachy chce ustawowo usankcjonować, choć nie ma po temu żadnych racjonalnych powodów.

Politycy PiS od dawna wmawiali rolnikom, że ich ziemia rolna to łakomy kąsek. A ponieważ 1 maja 2016 r. kończy się okres ochronny i każdy obcokrajowiec będzie sobie mógł zostać polskim rolnikiem, to trzeba jakoś temu zapobiec. PSL, które traciło wpływy na wsi, do tej retoryki postanowiło się dostosować i rzutem na taśmę przepchnęło przez Sejm (przy wsparciu posłów PiS) ustawę, która w praktyce uniemożliwia kupowanie ziemi rolnej przez cudzoziemców. Ustawę podpisał już prezydent Duda. Wejdzie ona w życie 1 stycznia 2016 r.

Ale teraz PiS uznało, że to za mało, i już przygotowało jej nowelizację, która ma obowiązywać od 1 maja 2016 r. Choć chodzą słuchy, że PiS w ogóle wstrzymało wejście w życie ustawy autorstwa poprzedniej władzy i od razu wprowadzi swoją, by zniknął wszelki ślad po tym, że ludowcy też chcieli chronić polską ziemię przed obcymi.

Już ustawa przyjęta przez rząd PO–PSL jest zbyt restrykcyjna i niepotrzebna. Wprowadza dodatkowe kontrole w obrocie ziemią, spowoduje rozrost biurokracji i w rezultacie uderzy w samych rolników. Przekonają się o tym wkrótce, kiedy zechcą sprzedać jakąś część gospodarstwa albo całe.

PiS jednak zamierza jeszcze śrubę dokręcić, ustawę zaostrzyć, handel ziemią utrudnić i wzmocnić kontrolę. Uderzy także w nasze najlepsze, największe gospodarstwa, czyli w spółki dzierżawców, bo wprowadza zakaz sprzedaży ziemi spółkom i spółdzielniom. Ziemia będzie jedynie dla indywidualnych rolników.

Pytanie tylko: po co to wszystko?

Otóż mitem jest twierdzenie, że ziemia w Polsce jest znacznie tańsza niż w innych krajach Unii i dlatego wszyscy rzucą się po 1 maja, by ją kupować. Ziemia to nie tylko gleba, ale też jej wydajność, infrastruktura wokół, klimat, warunki wodne itd. Nie można więc mechanicznie porównywać ceny hektara ziemi na południu Francji z ceną hektara w Polsce. Z tamtego rolnik ma dużo więcej korzyści.

Do tego ciągle słyszymy z ust polityków PiS, że my dostajemy dużo mniejsze dopłaty do hektara niż farmerzy w Unii. A na przykład ziemia rolna położona na terenach byłej NRD jest zwyczajnie tańsza niż u nas. I jest jej tam w bród, do wyboru do koloru. To po co Holender miałby kupować naszą droższą ziemię, do tego z mniejszymi dopłatami niż w dawnej NRD? Ktoś zna odpowiedź?

Jeśli zaś jakiś cudzoziemiec zechce tu przyjechać, kupić grunty od polskiego rolnika, któremu ich uprawa się nie opłaca, i zainwestuje w rozwój, to czy nasz kraj na tym zyska, czy straci?

I zasadnicze pytanie: jeśli na wsi jest tak źle, jak politycy PiS opowiadali w trakcie kampanii, jeśli rolnictwo jest taką ruiną, to jaki zdrowy na umyśle obcokrajowiec by się tu pchał?

Jedno z dwojga: albo rolnictwo jest łakomym kąskiem, bo kwitnie, albo nikt tu się nie pcha, a PiS tylko gra na strachu przed obcymi. Obcymi mogą być uchodźcy, którzy szukają w Polsce azylu przed wojną, którym trzeba zapewnić dach nad głową i wspierać ich finansowo. Mogą też nimi być zachodni farmerzy, którzy przyjadą tu z kieszeniami wypchanymi pieniędzmi, by inwestować w rozwój naszego rolnictwa. Ważne, że jest strach, na którym można budować pozycję polityczną. I to jest jedyne logiczne wytłumaczenie zamieszania wokół ustawy o ziemi.

Zobacz także

piSstraszy

wyborcza.pl

Reklamy

%d blogerów lubi to: