Sopot, 07.11.2015

 

Władysław Kosiniak-Kamysz nowym szefem PSL

mk, 07.11.2015
Podczas Rady Naczelnej PSL partia wybrała nowego szefa – został nim Władysław Kosiniak-Kamysz. Ze swojej funkcji zrezygnował Janusz Piechociński.

Władysław Kosiniak-Kamysz

Władysław Kosiniak-Kamysz (Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)

 

Chętnych do objęcia stanowiska szefa PSL było dwóch – Władysław Kosiniak-Kamysz, minister pracy i polityki społecznej oraz Mirosław Augustyniak, radny sejmiku mazowieckiego.

Nie chciał być prezesem

Podczas piątkowej naradzy władz PSL większość uczestników przekonywała, że Piechocińskiego powinien zastąpić właśnie Kosiniak-Kamysz, który zapowiedział, że ostateczną decyzję podejmie do dzisiejszego posiedzenia Rady Naczelnej.

„Jeszcze na początku Kosiniak-Kamysz zadeklarował, że nie chce być prezesem, pod wpływem licznych głosów za jego kandydaturą stanęło na tym, że ma jedną noc na zastanowienie. Będzie się naradzał z rodziną. Oceniamy szanse jego startu na 40 procent” – relacjonował jeden z uczestników piątkowej narady władz PSL.

Lekarz, poseł, minister

Kosiniak-Kamysz urodził się w 1981 roku w Krakowie. Ukończył studia na Wydziale Lekarskim Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego, po czym rozpoczął pracę nad rozprawą doktorską. W listopadzie 2011 roku został kandydatem PSL, a następnie ministrem pracy i polityki społecznej w rządzie Donalda Tuska. We wrześniu 2014 ponownie objął to stanowisko w rządzie Ewy Kopacz. W minionych wyborach parlementarnych był „jedynką” na liście PSL w okręgu tarnowski, gdzie otrzymał 12 171 głosów i uzyskał mandat posła na Sejm VIII kadencji.

Pomysł zmiany szefa ludowców na reprezentującego młode pokolenie w partii obecnego ministra pracy jest wynikiem najsłabszego od 1989 roku wyniku PSL w październikowych wyborach (w skali kraju stronnictwo uzyskało – 5,13 proc.). Za kandytaturą Kosiniak-Kamysza opowiedziało się 92 członków Rady Naczelnej PSL.

WładysławKosiniakKamysz

gazeta.pl

Nie chcemy długich rządów PiS? Czas dokończyć rewolucję!

Michał Danielewski, 07.11.2015

RYS. PATRYK SROCZYŃSKI

Wejście do Unii Europejskiej uznaliśmy za nadwiślański koniec historii. Fatalny błąd, bo to był dopiero początek.

Skarleliśmy, nie sądzicie? Być może z lenistwa i samozadowolenia. Znajdą się pewnie i tacy, którzy powiedzą, że z nadmiaru luksusu. Prawdopodobna jest również teoria, że wszystkiemu winna jest apokaliptyczna dekadencja; tak jak panna Nicola Six z powieści „Pola Londynu” Martina Amisa zawsze wiedziała, że jest ofiarą morderstwa, tak i w nas z roku na rok rozkwitało poczucie, że jako kibice w „odwiecznej” polskiej wojnie między PO a PiS jesteśmy w epilogu skazani na porażkę. I że jedyne, co można zrobić, to odwlekać ten moment, ile się da: o rok, o trzy lata, o pięć.

Przez wszystkie te lata fałszywie przekonani o uniwersalności prymitywnego partyjnego sporu kurczyliśmy się w tempie geometrycznym. Aż zostało to, co jest teraz. Nasz namysł nad światem i rzeczywistością został zredukowany do poziomu psa Pawłowa: ślinimy się (gdy tłuczemy Kaczyńskiego) albo szczekamy (gdy Kaczyński tłucze nas). My, obrosłe w wiele mitów „środowiska lewicowo-liberalne”.

Ziemowit Szczerek: Oskarżam, bo jestem przerażony wizją, w której za kilka lat jedyną realną alternatywą dla PiS-u będzie jeszcze bardziej histeryczna i szowinistyczna prawica

***

Przestaliśmy planować, marzyć, kombinować, jak poprawić świat. Wejście do Unii uznaliśmy za nadwiślański koniec historii. Fatalny błąd, bo to był dopiero historii początek.

Fałszywa diagnoza o polskim końcu historii jest niebezpieczna w dwójnasób. Po pierwsze, dlatego że napędzany resentymentem chaotyczny populizm PiS jest rzeczywiście groźny dla jakości polskiej demokracji. Po drugie – ważniejsze! – dlatego że jesteśmy wobec niego, i jego nieuchronnych następców w kolejnej dekadzie, intelektualnie bojaźliwi i bezradni. Jesteśmy w gruncie rzeczy bezbronni niczym dzieci, które w piaskownicy krzyczą: „Chyba ty!”. A potrzeba nam odwagi w myśleniu i wyjścia poza przetarte już do szwów schematy. Musimy znów przyjąć europejską perspektywę i sformułować pozytywny plan dokończenia rewolucji 1989 roku. Bo przekonanie, że jest już dokończona, że już można świętować i pić szampana, to – jak widać m.in. po wyniku wyborów parlamentarnych – jedynie złudzenie.

***

Chodzi o tę odwagę, którą podziwiałem jako dziecko we wczesnych latach 90. Oto opozycjoniści wywodzący się z egalitarnego, pracowniczego ruchu „Solidarności”, ludzie w sporej części przywiązani do lewicowych ideałów, zdecydowali się na radykalne rynkowe reformy sygnowane przez Jeffreya Sachsa i Leszka Balcerowicza. Nie w imię własnych interesów, nie w niecnym spisku, ale w gorącym przekonaniu – zbyt naiwnym, jak się później okazało i zostało już na wiele sposobów opowiedziane – że tylko rynek i twarde neoliberalne reformy skierują Polskę ku Zachodowi i sprawią, że w nieodległej przyszłości staniemy się pełnoprawnym europejskim krajem. Był w tym plan, była perspektywa napędzana paliwem górnolotnej idei, było wszystko to, czego nam obecnie brakuje. Była też skuteczność, bo jednak wyznaczony cel został osiągnięty: dopłynęliśmy do europejskiego portu.

Marcin Król: Byliśmy głupi

Emblematem tamtego czasu jest Jacek Kuroń, który w imię wyższych racji schował do kieszeni swoją przeszłość oraz przekonania i stał się społeczną twarzą radykalnych rynkowych reform rządu Tadeusza Mazowieckiego. Kuroń pisał w książce „Moja zupa” z 1991 r.: „Byłem przekonany, że właściwie nie ma innego wyjścia. Ludzie są zniecierpliwieni, rozeźleni i próba utrzymania istniejącego stanu rzeczy doprowadzi do całkowitego rozpadu. Należy wykonać skok, do którego nie jesteśmy przygotowani”.

Dlaczego o tym wspominam? Bo od osób z mojego środowiska zafascynowanych niewidzialną ręką rynku bezczelnie wymagam odwagi podobnej do tamtego heroizmu lewicowca Kuronia: wzięcia w nawias swoich przekonań w imię wyższego dobra. Bo ludzie są znów coraz bardziej rozeźleni, ale – w przeciwieństwie do 1989 roku – do skoku jesteśmy w miarę przygotowani i wiemy, jakiego elementu brakuje polskiej codzienności, by dostać certyfikat „made in UE”.

By dokończyć rewolucję „Solidarności”, trzeba pod wolny rynek podłożyć socjalną poduszkę bezpieczeństwa na wzór europejski. Bez tego nasz wkład w zjednoczoną Europę wciąż będzie przypominał „Łuk Unii Europejskiej”, który stoi w podwarszawskim Raszynie: z daleka efektowny, ale z bliska jednak paździerz. Bez tego kolejne wybory w Polsce – tak jak wszystkie przez ostatnie osiem lat – będą się toczyły między „nami” a „nimi”, zaś teatralny spór między „demokracją” a „aksamitnym autorytaryzmem” skończy się nieuchronnie wieloletnią władzą miejscowych Orbanów i Jobbików.

Węgry wysokim murem podzielone

***

Co robić? Przede wszystkim należy rozwiązać kwestię mieszkaniową w Polsce, problem, który trawi nasz kraj od zawsze: czy to II RP, czy to PRL, czy to III RP. Bez jego rozwiązania tracą sens właściwie jakiekolwiek spory o gospodarkę i model społeczny między lewicą a prawicą, bo trudny i horrendalnie drogi dostęp do mieszkań wpływa destrukcyjnie w zasadzie na każdy segment polityki.

– Na rynek pracy, bo obciążony gigantycznym kredytem pracownik jest w praktyce zupełnie ubezwłasnowolniony przez pracodawcę. Zwolnienie oznacza perspektywę życiowej klęski i utratę mieszkania. To demoralizuje szefów – bo mogą wszystko, frustruje pracowników – bo harują ponad siły. Elastyczny rynek pracy jest giętki tylko dla jednej, silniejszej strony.

– Na politykę społeczną, bo wydający gigantyczne pieniądze na mieszkania młodzi są podatni na kolejne rzucane chaotycznie populistyczne hasła typu 500 zł na dziecko. I trudno im się dziwić. Miesięczny koszt (bez prądu, gazu etc.) 50-metrowego mieszkania na peryferiach Warszawy kupionego na teoretycznie preferencyjny kredyt w ramach programu „Mieszkanie dla młodych” to ok. 2,2 tys. miesięcznie. Koszt najmu jest podobny. To rujnuje jakiekolwiek nadzieje na stabilizację: zostaje życie od pierwszego do pierwszego. Na tym interesie tracą wszyscy oprócz jednej ze stron: dewelopera.

– Na politykę rodzinną, bo na dziecko w wyżej wymienionych warunkach decydują się jedynie niepoprawni optymiści, miłośnicy sportów ekstremalnych albo kamikadze. Czyli mniejszość.

Wielki program budowy mieszkań na wynajem zmieniłby Polskę na kilka dekad. Drastycznie obniżyłby ceny rynkowe, zostawiłby spore sumy w kieszeniach mniej zamożnych obywateli i uwolniłby budżet od absurdalnych wydatków typu becikowe albo 500 zł na dziecko. Zwiększyłby też naszą innowacyjność, bo pracownik, który nie boi się codziennie niszczącego życie zwolnienia, pracuje lepiej. Zmniejszyłby się nacisk na natychmiastowy wzrost płac, co pozwoliłoby odsapnąć polskim firmom, które wciąż konkurują tanią siłą roboczą i szybko się to nie zmieni. Straci tylko jedna grupa: deweloperzy. Za to „wkurwiony miejski autobus”, który w godzinach szczytu przemierza polskie miasta od wschodu na zachód, będzie trochę bardziej zadowolony. Co w zamian? Wolnorynkowi puryści musieliby się pogodzić z interwencją państwa w rynek mieszkaniowy i odłożyć ad acta wizję obniżki podatków.

***

Z danych Eurostatu wynika, że ponad 43 proc. Polaków w wieku 25-34 lat mieszka z rodzicami. Jeśli dołożymy tych, którzy mieszkają po kilka osób w – jak to określa antropolożka Maria Świetlik – mieszkaniach studencko-absolwenckich, wyjdzie nam grubo ponad połowa młodych dorosłych, którym sytuacja mieszkaniowa nie pozwala wieść normalnego życia. Kolejne kilkanaście procent zgina kark pod jarzmem kredytów. Rozwiązanie? Wielki program budowy mieszkań na wynajem. Na przykład w Danii (z danych HousingEurope.eu – co piąte mieszkanie dostarczane jest przez organizacje non profit. Budują one czynszówki, przy czym zaledwie 2 proc. kosztów budowy pokrywają najemcy, 7 proc. dodaje gmina w formie nieoprocentowanej pożyczki, zaś pozostała kwota pochodzi z kredytu gwarantowanego przez gminę) czynszówki zadziałały jak szczepionka: trawiąca Polskę wielka choroba cywilizacyjna jest tam właściwie nieznana. Jeszcze inaczej jest w Wiedniu – ponad 200 tys. lokali jest własnością miasta, drugie tyle miasto dofinansowało, ceny za metr kwadratowy w lokalach komunalnych (między 3 a 10 euro) są kilkakrotnie niższe od cen rynkowych.

Tymczasem polityka mieszkaniowa to u nas na razie coś pomiędzy kiepskim żartem, raportem pokontrolnym NIK a sprawą dla prokuratury. Najnowszy hit to rozkręcany przez Bank Gospodarstwa Krajowego Fundusz Mieszkań na Wynajem. Długa i obiecująca nazwa, ale ja znam lepszą i krótszą: skandal. Oto BGK skupuje budynki od deweloperów i oferuje je za… wyśrubowane rynkowe stawki. W Poznaniu do wynajęcia jest np. 26-metrowa kawalerka za blisko 1150 zł, a 50-metrowe mieszkanie za mniej więcej 2 tys. zł. Podobnie w Gdańsku – tam ceny najmu również są skierowane do zamożniejszych mieszkańców.

Czy to można zmienić? Tak, możemy stworzyć wielki program mieszkaniowy. Gdy priorytetem stały się autostrady, w latach 2009-13 wydaliśmy na drogi ponad 100 mld zł. Kolejne 107 mld rząd Ewy Kopacz zaplanował wydać w latach 2014-23. Cokolwiek będzie mówiło lobby deweloperskie, jakimi plagami straszyło, jak mocno groziło mediom obcięciem budżetów reklamowych, konstatacja jest prosta: kryzys mieszkaniowy to zapóźnienie cywilizacyjne większe niż brak dróg, stadionów i orlików. Jeśli państwo uzna budowę tanich mieszkań na wynajem za priorytet, jest w stanie w ciągu siedmiu lat przeznaczyć na ten cel (z pomocą funduszy UE) – tak jak to było z autostradami – ok. 100 mld zł.

***

Kontaktuję się z Jarosławem Puckiem, byłym szefem Zarządu Komunalnych Zasobów Lokalowych w Poznaniu. Specjalnie wybieram kogoś, kto nie jest kojarzony z lewicą. Pucek, na cenzurowanym u większości działaczy lokatorskich za postawienie kontenerów socjalnych dla tzw. trudnych lokatorów, swoje poglądy określa jako chadeckie. No i jest ekspertem od mieszkaniówki. Proszę go o oszacowanie liczby mieszkań, które można zbudować.

– Moje założenia. Koszt budowy metra kwadratowego lokalu komunalnego to 2 tys. zł; to kwota, za jaką budowaliśmy w Poznaniu. To jak najbardziej do osiągnięcia w praktyce, bo nie ma tam parkingów podziemnych, budynki są niskie, zatem jest to lekka konstrukcja do czterech kondygnacji. Nie ma wind, za to są to mieszkania wykończone powyżej standardu deweloperskiego. Jako koszt budowy mieszkania pod wynajem z dojściem do własności przyjąłem 3 tys. zł za m kw. Zakładam nieco bardziej wymagającą architekturę, być może garaże podziemne. TBS-y budują za 3,5 tys. za m kw. Zakładam, że wielkość mieszkań, o jakiej mówimy, to 50 m kw. – wylicza Pucek. – Przy wydatkach rzędu 12 mld rocznie w ciągu siedmiu lat można zbudować ponad 700 tys. mieszkań (320 tys. lokali komunalnych, 212 tys. mieszkań na wynajem z dojściem do własności, 184 tys. w ramach TBS-ów). Rzecz jasna to pobieżne wyliczenia, ale koszty budowy są bardzo realne, a nie wzięte z sufitu. Oczywiście deweloperzy nigdy się nie przyznają, że za takie pieniądze można budować, ale to już inna historia – kończy były szef poznańskiego ZKZL.

Powtórzę jeszcze raz: ponad 700 tys. tanich mieszkań na wynajem w ciągu siedmiu lat. Uczcijmy tę liczbę minutą namysłu.

***

Powiecie: w Polsce to się nie uda, nie ta mentalność, świadomość, nie jesteśmy Skandynawią, a już na pewno nie Wiedniem. Wybaczcie, ale to – posługując się udatnym bon motem pewnego polityka – szkodliwy imposybilizm. To polityka i działanie kształtują mentalność – nie odwrotnie. Dowodem ofensywa wolnorynkowego frazesu, dzięki której przywiązane do egalitaryzmu społeczeństwo w znacznej mierze uwierzyło, że każdy jest kowalem swego losu w oderwaniu od innych. Jeśli przez 26 lat wolnej Polski utarło się, że mieszkania komunalne są dla meneli/nieudaczników/cwaniaków (niepotrzebne skreślić), nie zmieni się tego z dnia na dzień – ale w ciągu dekady? Dzięki mądrej polityce jest to możliwe. Zresztą nawet obecnie popyt na lokale komunalne jest duży, czego paradoksalnie dowodzą… afery wokół TBS-ów: kombinowanie ze sprzedażą praw do wynajmu, obchodzenie kryterium dochodowego. To wszystko świadczy o tym, że Polacy chcą za mieszkania płacić mniej, nawet za cenę braku aktu własności. A ponieważ z podażą krucho, stąd obłędne machinacje.

Warto zacisnąć zęby i zagrać o lepszą Polskę, kraj, który trochę bardziej będzie przypominał państwo dobrobytu, a trochę mniej – dżunglę. Warto o tym pisać, walczyć, w tej sprawie lobbować. Bo to ciekawsze niż walka na maczugi z PiS-owcami, bo to inspirujące, bo to zmiana cywilizacyjna, której Polska potrzebuje.

Lobbysta nie gryzie. Polacy w sieci zmienią kraj

Wideo „Magazynu Świątecznego” to coś więcej – więcej wyjątkowych tematów, niezwykłych ludzi, najważniejszych wydarzeń, ciekawych komentarzy i smacznych wątków. Co weekend poznasz ciekawy przepis, zasłuchasz się w interpretacji wiersza i przyznasz, że jest cudem, dowiesz się, co w trawie piszczy – w polityce, kulturze, nauce.

W ”Magazynie Świątecznym czytaj:

Wody! [Europa. Projekt 6 gazet europejskich]
3,5 mln ludzi umiera rocznie z powodu braku lub zanieczyszczenia wody. Według Światowego Forum Ekonomicznego w 2030 r. susza dotknie 40 proc. planety

W oku cyklonu. Czy grozi nam klimatyczna wojna? [Europa. Projekt 6 gazet europejskich]
Największych zniszczeń powodowanych zmianami klimatu nie widać gołym okiem. Od huraganów, susz i powodzi o wiele gorsze jest to, że rozpadają się społeczeństwa. Z Koko Warner rozmawia Maciej Jarkowiec

Marcin Dorociński. Do ostatniej kropli krwi
Zewsząd słyszę, że stajemy się pokoleniem obrazkowym, że ludzie przestają czytać. Tylko czy bloger albo publicysta z Fejsa potrafi demaskować polityków, odkrywać afery, stawiać trudne pytania? Z Marcinem Dorocińskim rozmawia Paweł Smoleński

Marcin Wicha: Już nie jestem prawdziwym amiszem
Świat, w którym można było coś ludziom narzucić w kwestii gustu, już się skończył. Z Marcinem Wichą, grafikiem, autorem książki „Jak przestałem kochać design”, rozmawia Aleksandra Boćkowska

Nie chcemy długich rządów PiS? Czas dokończyć rewolucję!
Wejście do Unii Europejskiej uznaliśmy za nadwiślański koniec historii. Fatalny błąd, bo to był dopiero początek

Nędza nasza mieszkaniowa. To nie jest kraj dla lokatorów
Dlaczego wolny rynek nie rozwiąże problemu braku mieszkań w Polsce? Bo nigdy i nigdzie tego nie zrobił

Niemcy, sanitariusz Europy
Na frankfurcki dworzec hitlerowcy przywozili robotników przymusowych, powstańców warszawskich. Dziś Niemcy to kraj skrajnie odmienny od tamtego sprzed 70 lat. Na ten sam dworzec trafiają ci, którzy szukają tu ratunku

Prezes sieci Rossmann: Frajerzy płacą największe podatki
2 proc. podatku od obrotu to 100 mln zł. Skąd je wziąć? Zwolnić część ludzi, a reszcie kazać pracować ciężej? Obniżyć pensje? Skończy się podwyżkami. Z Markiem Maruszakiem rozmawiają Piotr Miączyński i Leszek Kostrzewski

Piotr Matywiecki: Wiersz to list do człowieka [ROZMOWA]
– Na naszych oczach zanika umiejętność rozmowy twarzą w twarz. A także umiejętność rozmowy człowieka z samym sobą. Czyjś wiersz, przeczytany i przeżyty, naprowadza na wewnętrzną rozmowę – z Piotrem Matywieckim rozmawia Jarosław Mikołajewski

Marek Kondrat: Chodzi o to, żeby ocalić siebie
Nie tracić energii i czasu. Unikać nieprzemyślanych ruchów. Robić to, co cieszy. Odpuszczać – sposób na życie. Z Markiem Kondratem rozmawia Katarzyna Kubisiowska

skarleliśmy

wyborcza.pl

Gra nerwów w klubie PO

Renata Grochal, 07.11.2015

Ewa Kopacz i Grzegorz Schetyna

Ewa Kopacz i Grzegorz Schetyna (Fot. Jan Rusek / Agencja Gazeta)

Na pierwszym posiedzeniu Sejmu klub PO wybierze nowego szefa. To będzie pierwsze starcie w znacznie ważniejszej rozgrywce – o stanowisko przewodniczącego partii.

Najprawdopodobniej w czwartek posłowie Platformy wybiorą nowego szefa klubu. Na razie kandydaci są dwaj: premier Ewa Kopacz i wiceminister zdrowia Sławomir Neumann. Wybory szefa klubu będą okazją do wysondowania partyjnych nastrojów przed znacznie ważniejszym starciem – o stanowisko przewodniczącego PO.

Kopacz uważa, że partią i klubem powinna kierować jedna osoba. Liczy, że wygra wybory na szefa klubu dzięki temu, że tak ułożyła listy wyborcze, by w klubie mieć wielu zwolenników. Według naszych rozmówców ostatnie dni były dla premier i jej współpracowników pracowite, spotykali się z posłami i przekonywali, by oddali na nią głos. Stawka jest wysoka, bo przegrana w wyborach w klubie znacznie osłabiłaby Kopacz w starciu o przywództwo partii.

Grzegorz Schetyna – główny rywal premier w walce o stanowisko przewodniczącego Platformy – sam nie wystartuje w wyborach na szefa klubu, by nie narazić się na porażkę. Wspiera wiceministra Neumanna, szefa pomorskiej Platformy. Tuż po przegranej Neumann zaatakował Kopacz, obarczając ją winą za porażkę. Według niego nowy klub PO nie może być odwzorowaniem kancelarii premiera, czyli „rządem na uchodźstwie”.

– Musimy zbudować zespół ekspercki, który przygotuje projekty ustaw, bo nie będziemy mieli już do dyspozycji rządowego zaplecza. Naszym głównym zadaniem w opozycji będzie bój z PiS o wolności gospodarcze, obywatelskie i w sprawach światopoglądowych. To nam pomoże odzyskać nasz elektorat – mówi Neumann.

Obie strony przekonują, że mają przewagę nad konkurentem. Współpracownicy Neumanna twierdzą, że zebrał on ponad 100 podpisów pod swoją kandydaturą w 138-osobowym klubie. Jednak stronnicy Kopacz w to nie wierzą. Ich zdaniem Neumann próbuje dodać sobie politycznej ważności. Mówią, że na razie zebrali pod kandydaturą Kopacz ponad 70 podpisów, ale to nie koniec, bo wielu posłów i senatorów było poza Warszawą i przyjadą dopiero na posiedzenie Sejmu. Nasi rozmówcy przyznają, że to będzie gra nerwów do ostatniej chwili, bo głosowanie jest tajne i wiele osób może zagłosować wbrew deklaracjom.

Oprócz Schetyny (szacowanego na 20-30 szabel w klubie) Neumanna wspiera część partyjnych baronów, którzy uważają, że PO potrzebuje wymiany przywództwa. – Jeśli Ewa Kopacz dalej będzie szefową partii, to za kilka miesięcy Petru nas przykryje liść-mi. Notowania już spadają, a za pół roku nas nie będzie – przewiduje jeden z nich.

Stronnicy Kopacz odpowiadają, że wybór Neumanna nie będzie żadnym nowym otwarciem, tylko wzmocni partyjnych baronów. Ich zdaniem PO przegrała nie z winy Kopacz, ale dlatego że partia w terenie nie istnieje, za co winę ponoszą baronowie.

Poparcie baronów dla Neumanna wcale nie oznacza poparcia przez nich Schetyny w rozgrywce o przywództwo PO. Część naszych rozmówców uważa, że na czele partii powinien stanąć ktoś z pokolenia 40-latków. Dlatego wolałaby, żeby Kopacz się wycofała, a do rywalizacji ze Schetyną stanął szef MON Tomasz Siemoniak lub wiceminister spraw zagranicznych Rafał Trzaskowski. Wtedy szanse Schetyny by spadły.

– Jeśli Kopacz się nie wycofa, zrobi Schetynie autostradę do przejęcia PO – uważa jeden z platformersów.

Część baronów wspiera 37-letniego Borysa Budkę, który także zamierza startować w wyborach szefa PO.

Zobacz także

graNerwówwPO

wyborcza.pl

A gdyby to była twoja córka…

Piotr Stasiński, 07.11.2015

Krystian W., czyli

Krystian W., czyli „Krystek”, bawi się w Dream Clubie, najmodniejszym obok Zatoki Sztuki klubie Art Investu w Sopocie (Dream Club)

Przez nocne życie pięknego miasta płynie rzeka gnoju. Karmi i poi zbiorowego alfonsa, organizatorów nocnego życia.

Prokuratura postawiła w piątek 38-letniemu Krystianowi W. zarzuty usiłowania zgwałcenia i gwałtu na 15-latce. Późnym wieczorem sąd zdecydował o trzymiesięcznym areszcie dla podejrzanego. – To sukces tych wszystkich dziewcząt, które odważyły się złożyć zeznania – komentuje Joanna Tutghushyan, której upór doprowadził do jego zatrzymania.

Mają być łatwe i tanie. Ze „złych domów” albo takich, gdzie nie ma ojca, matki czy tylko pieniędzy. Łatwe i tanie, bo to „głupi wiek”, bez wyobraźni, która ostrzeże przed ryzykiem. A młodość i uroda dadzą szansę na fajną pracę, lekkie życie, imponowanie błyskotkami lub choćby doładowanie komórki.

Dają się poderwać na blichtr, furę, modny lokal, „ze mną wejdziesz wszędzie”. Wiele nie warto im obiecywać, same dużo nie dostaną, starczy, że otrą się o gości z grubą kasą. I mają nie podskakiwać, posłusznie zrobić loda – „żebyś, mała, wiedziała, że jesteś nic niewarta, jesteś zwykłą tanią dziwką, świnią”. Jak raz się ją o tym przekona, to potem będzie grzecznie robić, co trzeba. A jak bryknie, to wyśle się filmik z komórki do mamusi, tatusia, chłopaka. Albo wrzuci na Fejsa.

Tanie dziwki, dzięki którym się żyje drogo: drogie auta, drogie lokale, droga koka, a jak trzeba – drodzy prawnicy. Intratny interes, klientów z kasą pod dostatkiem, a skoro rekrutacja tania, to i marża bajeczna.

Nie ma co się przejmować gliniarzami, oni nie takie rzeczy widzieli, ot, zwykłe galerianki, same chciały, same się prosiły. No i ma się znajomości. Gliniarz dorobi sobie na bramce, a może i się skusi na mojito gratis i laseczkę. Nie poleci z tym do prokuratora, a on też niezbyt gorliwy, przecież to „zwykłe kurewki”, jakich pełno. Zresztą – jakie dowody? Nawet na filmie widać, że nie miała oporów. A jak potem płacze i chce się zabić – tego już na filmie nie ma.

Zwykła rzecz, piękne miasto to też miasto grzechu, goście z kasą lubią prestiż i dreszczyk, tanie laseczki świetnie ozdabiają lokale, kluby, hotele, imprezy. Wszyscy zarobią. I co to komu szkodzi?

Jak się ktoś oburzy, coś napisze w sieci albo w gazecie, pokaże w telewizji, to od czego nasz mecenas, a jeszcze lepiej – profesor prawa. Marże, jako się rzekło, bajeczne, starczy hajsu dla wszystkich. Pismaków się postraszy sądem i pogoni. Ogłosi się światu, że wredna nagonka, układ chce zniszczyć życie kulturalne pięknego miasta. Jakie gwałty, jaki alfons, jakie „świnie” – my nic nie wiemy, odcinamy się, nie pozwolimy nas obwiniać, wszystko kłamstwa, żeby nam zaszkodzić w interesach. A tych szczekaczy się podliczy i nieźle bekną. Mecenas i profesor dobrze wiedzą, co mają robić.

+++

Zanim wzruszysz ramionami – że o co tyle krzyku, przecież te małe dziwki same się pakują w kłopoty, wsiadają do tych merców, audi i beemwic, pchają się do klubów, lgną do dzianych gości – pomyśl, proszę: a gdyby to była twoja córka, siostra, przyjaciółka…

Zobacz także

przezNocne

wyborcza.pl

Reklamy