29.11.14

 

Węgrom przez korupcję grozi zamrożenie unijnych pieniędzy

Michał Kokot, 29.11.2014
Budapeszt. Demonstracja przeciwko korupcji na Węgrzech

Budapeszt. Demonstracja przeciwko korupcji na Węgrzech (BERNADETT SZABO / REUTERS / REUTERS)

Inspektorzy unijnej instytucji odpowiedzialnej za zwalczanie nadużyć finansowych badają 34 przypadki domniemanych defraudacji i korupcji. Jeśli je udowodnią, to Węgrom grozi kolejne obcięcie dotacji unijnych przez Brukselę. Niejasną przeszłość ma nawet Miklos Sesztak, minister rozwoju narodowego.
Tymczasem to właśnie ten resort jest odpowiedzialny za podział dotacji unijnych. Węgierska prasa kilka miesięcy temu rozpisywała się o skandalu związanym z pięcioma spółkami, które za 12,5 mld forintów (ok. 45 mln euro) miały rozpocząć budowę sieci szerokopasmowego internetu na obszarach wiejskich. Powstały na krótko przed przyznaniem im dotacji. Jak się okazało, nie zbudowały nic, a pieniądze zostały najprawdopodobniej zdefraudowane. Z tego powodu Komisja Europejska zamroziła część planowanych dotacji.Głównym udziałowcem zwycięskich firm w przetargu na internet była spółka matka, której członkiem rady nadzorczej był Miklos Sesztak. Minister tłumaczy się, że nie miał żadnego wpływu na udzielenie im dotacji, bo zostały przyznane w 2013 r., gdy był jeszcze nie szefem resortu, ale jedynie posłem rządzącego Fideszu.Podejrzenia padły na Sesztaka nie po raz pierwszy. Węgierskie media donosiły o dziwnej działalności ministra, który przed laty mógł być zamieszany w pranie brudnych pieniędzy. Kilka lat temu w swoim biurze zakładał setki fikcyjnych spółek, na których czele stali obywatele Rosji i Ukrainy. Spółki bardzo szybko ogłaszały upadłość, a w ich miejsce powstawały nowe. Sesztak założył pod jednym adresem w sumie 800 takich podmiotów gospodarczych.

Urząd kontroli podatkowej, do którego dziennikarze zwracali się w tej sprawie kilka lat temu, w ogóle nie zareagował. W końcu spraw z daleka pachnących korupcją w urzędzie kontroli podatkowej NAV było tak wiele, że zaczęli o nich mówić sami wysocy rangą inspektorzy. O tym, że straty państwa sięgają z tytułu nieodprowadzonych i wyłudzonych zwrotów podatków nawet tryliona forintów (3,2 mld euro), poinformował w ubiegłym roku Andras Horvath, wówczas już były pracownik NAV. Twierdził, że wielokrotnie zwracał się do swoich szefów z prośbą o zajęcie się firmami z branży spożywczej, które fikcyjnie eksportują m.in. olej spożywczy i cukier, po to by uniknąć zapłaty podatku VAT. Przełożeni jednak zamiatali sprawy pod dywan.

Kilka tygodni temu korupcja w NAV stała się na Węgrzech powodem skandalu międzynarodowego. Stany Zjednoczone wpisały na listę osób niepożądanych w tym kraju sześciu obywateli węgierskich, w tym szefową NAV i współzałożycielkę Fideszu Ildiko Vidę. Według węgierskich mediów furię Waszyngtonu wywołało m.in. to, że wysocy rangą pracownicy NAV uporczywie domagali się łapówek od amerykańskich przedsiębiorstw (właśnie z branży spożywczej) w zamian za zwolnienia podatkowe.

Transparency International twierdzi, że korupcja na Węgrzech przybrała charakter systemowy. Wiele przedsiębiorstw zaprzyjaźnionych z politykami może liczyć nie tylko na ulgi podatkowe, ale przede wszystkim na rządowe zlecenia. Najsłynniejszym przypadkiem jest firma budowlana Kozgep, która za rządów Orbana (czyli od 2010 r., gdy Fidesz zdobył konstytucyjną większość w parlamencie) dostała zlecenia na budowę autostrad i sieci kolejowych wartych miliardy euro. Należy ona do najbogatszego Węgra Lajosa Simicski, który kontroluje również media przyjazne szefowi Fideszu.

Z powodu nieprawidłowości przy udzielaniu dotacji unijnych Bruksela wstrzymała w ubiegłym roku wypłatę 100 mln euro. Tymczasem pieniądze z Brukseli są jednym z głównych filarów wzrostu gospodarczego na Węgrzech.

Obecnie inspektorzy OLAF, unijnej instytucji odpowiedzialnej za zwalczanie nadużyć finansowych, badają 34 przypadki domniemanej korupcji. Jeśli ją udowodnią, to Węgrom grozi kolejne obcięcie dotacji unijnych przez Brukselę.

Zobacz także

wyborcza.pl

Nowe rozdanie w unijnych instytucjach

1 grudnia Donald Tusk obejmie stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej i przez 2,5 roku będzie kierować pracami jednej z najważniejszych instytucji UE. Ale w ostatnich miesiącach Unia przeszła też inne zmiany kadrowe. 1 listopada obowiązki przejęła nowa Komisja Europejska, której szefuje Luksemburczyk Jean-Claude Juncker. Włoszka Frederica Mogherini zaczęła odpowiadać za unijną dyplamcję. No a przecież w maju wybraliśmy nowy skład Parlamentu Europejskiego.SŁOWNICZEK PRZETRWANIAPrzewodniczący Rady Europejskiej – przewodniczy spotkaniom szefów państw i rządów krajów UE oraz szczytom państw strefy euro, to jedno z najważniejszych stanowisk w Unii. Kadencja przewodniczącego trwa 2,5 roku i jest jednokrotnie odnawialna. Wcześniej (przed wejściem w życie traktatu lizbońskiego) posiedzeniom Rady Europejskiej szefował przywódca kraju, który pełnił półroczną prezydencję Unii (a więc obowiązywała rotacja). Do zadań przewodniczącego należy kierowanie posiedzeniami Rady i ich przygotowanie. Zapewnia też ciągłość prac Rady Europejskiej i ma pomagać w osiąganiu porozumień w jej łonie. To ostatnie z powodu sprzecznych interesów państw członkowskich nie jest łatwe. Przewodniczący reprezentuje Unię Europejską na zewnątrz. Ale te ostatnie obowiązki musi dzielić z Wysokim Przedstawicielem Unii do Spraw Zagranicznych i Polityki Bezpieczeństwa. Z racji funkcji przewodniczącego trudno na tym stanowisku ugrać coś dla swojego kraju ojczystego.Wysoki Przedstawiciel Unii do Spraw Zagranicznych i Polityki Bezpieczeństwa – a w praktyce Wysoka Przedstawicielka, bo stanowisko to zajęła już druga z rzędu kobieta – po Brytyjce Catherine Ashton Włoszka Federica Mogherini. Urząd ten wprowadził w 2009 roku traktat lizboński. Przedstawiciel jest automatycznie wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej. Bierze udział w określaniu polityki zagranicznej UE, jednak jest to obszar, gdzie bardzo silną rolę odgrywają nadal państwa członkowskie (decyzje zapadają jednomyślnie). Przedstawiciel realizuje ich postanowienia. Reprezentuje też Unię na zewnątrz oraz przewodniczy Radzie do Spraw Zagranicznych (posiedzeniom ministrów spraw zagranicznych krajów UE).

Dzielnica Europejska w Brukseli – dzielnica belgijskiej stolicy, w której znajdują się nowoczesne budynki unijnych instytucji. Główna arteria tej części miasta to ulica Prawa (rue de la Loi) dochodząca do ronda Roberta Schumana. Najsłynniejszym budynkiem jest Berlaymont – pochodząca z lat 60-tych siedziba Komisji Europejskiej w kształcie czteroramiennej gwiazdy. Naprzeciwko znajduje się Justus Lipsius, budynek Rady UE i Rady Europejskiej. Niedługo jednak przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk przeniesie się do gabinetu w nowym budynku. Nieco dalej znajduje sięespace Léopold, budynek Parlamentu Europejskiego.

FRAZA DNIA

Nie zazdroszczę mu. Ja nie miałem łatwego życia i pan Donald Tusk też go mieć nie będzie

– powiedział TVN24 Herman Van Rompuy, pierwszy w historii stały przewodniczący Rady Europejskiej po wyborze Donalda Tuska na kolejnego przewodniczącego. Na osłodę swoich wysiłków Donald Tusk będzie otrzymywał godne wynagrodzenie – aktualny przewodniczący zarabia miesięcznie około 25 000 euro. Do tego dochodzi dodatek na mieszkanie.

Herman Van Rompuy, wcześniej premier Belgii zaledwie przez kilka miesięcy, nie był typem charyzmatycznego przywódcy. Co dla jednych było jego zaletą (jego ambicje nie wchodziły w paradę innym liderom), a dla innych było wadą (Ma pan charyzmę mokrego mopa i wygląd urzędniczyny z banku – powiedział Van Rompuyowi brytyjski europoseł Nigel Farage). Za to okazał się poetą (podczas pełnienia obowiązków przewodniczącego zdążył wydać dwa zbiory swoich wierszy haiku). Jak sam powiedział, prostota haiku dobrze oddaje jego osobowość. Van Rompuy okazał się sprawnym organizatorem i dobrym mediatorem na trudne czasy (zapewne praktyka w niezwykle złożonej belgijskiej federacji była bezcenna). Jak wiadomo, Donald Tusk preferuje piłkę nożną od pisania wierszy. Ma też dużo dłuższy staż na stanowisku premiera i większą przebojowość. Do Brukseli zabiera byłego rzecznika rządu Pawła Grasia oraz Piotra Serafina, który odpowiadał za sprawy europejskie w MSZ. Ale wśród jego współpracowników ma być też grupa obcokrajowców. Jakie oceny zbierze za kilka lat Donald Tusk?

PORTRETY MNIEJ ZNANYCH MĘŻCZYZN I KOBIET

Ur. w 1954 roku Jean-Claude Juncker to nowa-stara twarz Unii Europejskiej. Jego wybór na przewodniczącego Komisji Europejskiej (oficjalnie stanowisko objął 1 listopada br.) to polityczny come backJunckera, po niezbyt długiej zresztą przerwie. Juncker, nałogowy palacz, to wyjadacz unijnych salonów. Przy nim Donald Tusk, a zwłaszcza Federica Mogherini to debiutanci. Był premierem Luksemburga przez 18 lat (1995-2013). Dodatkowo w latach 2005-2013 przewodniczył Eurogrupie, posiedzeniom ministrów finansów państw strefy euro, w najgorętszym momencie kryzysu gospodarczego i finansowego. Jednak jego związki z UE sięgają jeszcze głębiej. Jako minister finansów (był nim w latach 1989-2009) pracował nad zapisami traktatu z Maastricht (1992). Od 1974 roku ten prawnik z wykształcenia związany jest z luksemburską Chrześcijańsko-Społeczną Partią Ludową (CSV), która jest członkiem Europejskiej Partii Ludowej (EPL), europejskiej chadecji. To z nadania EPL Juncker był w ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego oficjalnym kandydatem na stanowisko przewodniczącego Komisji – unijnego rządu (europejskie partie prezentowały swoich kandydatów na przewodniczącego po raz pierwszy w historii wyborów europejskich, co miało zachęcić Europejczyków do głosowania). W kampanii wyborczej obiecywał działać na rzecz wzrostu gospodarczego i zatrudnienia; unii energetycznej w Europie; „rozsądnej i zrównoważonej umowy handlową z USA” (tzw. TTIP); reformy strefy euro i „pracować dla uczciwego porozumienia z Wielką Brytanią” (która chciałaby renegocjować swoje miejsce w Unii). Niestety już w pierwszych dniach urzędowania Junkcer potknął się na aferze Lux Leaks – dziennikarskie śledztwo ujawniło, że międzynarodowe korporacje uzyskiwały w Luksemburgu za czasów jego premierostwa atrakcyjne obniżki podatków. Takie pomaganie w unikaniu podatków, choć praktykowane też w innych państwach, wiele osób uważa za nietyczne.

41-letnia Federica Mogherini to dotychczasowa minister spraw zagranicznych Włoch.
1 listopada objęła stanowisko Wysokiej Przedstawiciel Unii do Spraw Zagranicznych i Polityki Bezpieczeństwa. Francuski „Le Monde” napisał, że jest 5 powodów tej nominacji. 1. Państwa członkowskie, zwłaszcza duże, chcą zachować swoją własną dyplomację, a Włoszce brakuje dyplomatycznego doświadczenia. 2. Przewodniczący Rady Europejskiej jest Polakiem, więc potrzeba było geograficznej równowagi (w dodatku za Mogherini ciągnie się opinia polityk prorosyjskiej). 3. Jest kobietą (Juncker, Tusk i szef Parlamentu Europejskiego Martin Schulz to mężczyźni, a jak wiadomo dla równowagi także i kobiety powinny mieć w UE jakieś wysokie stanowiska). 4. Jest socjaldemokratką (Tusk i Juncker związani są z prawicą). 5. Sprawienie przyjemności włoskiemu premierowi Matteo Renziemu, który lobbował za wyborem swojej rodaczki. Dodatkowo Mogherini to przedstawicielka młodego pokolenia europejskich polityków.

Joanna Różycka-Thiriet

Zapraszamy na Seminarium europejskie 3 grudnia (środa) w godz. 17.00-18.30, w siedzibie Fundacji (Al. Ujazdowskie 37/5). Naszymi gośćmi będą prof. Zbigniew Czachór z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz Ignacy Niemczycki z Polityki Insight. Prowadzenie Joanna Różycka-Thiriet.

naTemat.pl

Jestem za ciszą wyborczą. To wspaniały czas, kiedy możemy odpocząć od polityków

Cisza wyborcza w Polsce obowiązuje od 1991 r.
Cisza wyborcza w Polsce obowiązuje od 1991 r. Fot. Nomad_Soul / http://www.shutterstock.com

„Cisza wyborcza powinna zostać zlikwidowana, bo w czasach rozwoju nowych mediów nie spełnia już swojej roli” – taką tezę postawił serwis WirtualneMedia.pl po zasięgnięciu opinii co bardziej znamienitych osobistości ze świata mediów. Dziennikarzom się nie dziwię. Potrzebę przekazywania informacji mają we krwi. Ale prywatnie, jako przeciętny wyborca, nie mogę się z nimi zgodzić. Cisza wyborcza jest nam potrzebna, a rezygnacja z niej w kraju pozbawionym wysokiej kultury politycznej może jedynie wywołać potężny chaos, w którym ciężko będzie wyborczą decyzję podjąć.

Rzekomo kłopotliwy ostatnimi czasy wynalazek ciszy wyborczej wprowadzono w Polsce dokładnie 13 lat temu. To czas liczony od północy dnia poprzedzającego wybory do momentu zakończenia głosowania.

Zgodnie z zapisem w ustawie podczas ciszy wyborczej zabroniona jest agitacja na rzecz kandydatów oraz komitetów zgłoszonych do wyborów. Sztabom i kandydatom nie wolno m.in. rozdawać ulotek i rozwieszać nowych plakatów, nie wolno też agitować w internecie. Mediom natomiast muszą ograniczyć w programie tematy polityczne, nie wolno im też podawać nawet szczątkowych sondaży wyborczych.

Karą za naruszenie ciszy wyborczej jest grzywna – w zależności od tego w jaki sposób zostanie naruszona, grzywna może sięgać nawet miliona złotych.

Groźna agitacja
Zapis o zakazie agitacji wyborczej nie budzi żadnych moich wątpliwości. Jest jak najbardziej słuszny. Dlaczego? Ano dlatego, że rodzime partie robią wszystko, by ich działalność była maksymalnie intensywna przez kilka długich tygodni poprzedzających wybory. Te dwa dni, w trakcie których nie wolno im już przekonywać do siebie Polaków naprawdę nikomu nie szkodzą. Wręcz przeciwnie – pozwalają nam wreszcie spokojnie pomyśleć nad tym, kto z szacownego grona jest kandydatem najbardziej godnym zaufania i – co za tym idzie – naszego głosu.

Parafrazując więc słowa Bogusława Chraboty, redaktora naczelnego„Rzeczpospolitej” – tym, co z ciszy wyborczej powinno się utrzymać, jest z pewnością zakaz agitacji wyborczej w lokalu i przed lokalem wyborczym w dniu wyborów.

I znów ta wredna PKW…
Problem w tym, że wszyscy mamy skłonności do przesady. Bo chyba inaczej nie można zaklasyfikować przedstawionej podczas majowych wyborów do europarlamentu przez Państwową Komisję Wyborczą opinii o tym, że lajkowanie na Facebooku materiałów związanych z wyborami, a nawet polubienie fanpage’a wybranego kandydata mogą być przez nią uznane za łamanie ciszy wyborczej. – Takie działanie może być przedmiotem postępowania karnego – napominał wówczas odchodzący niedługo szef PKW, Stefan Jaworski.

Ustawa mówi jasno: agitacja wyborcza to publiczne nakłanianie lub zachęcanie do głosowania w określony sposób lub do głosowania na kandydata określonego komitetu wyborczego. Czy zatem można uznać, żePKW ma rację? Otóż nie, nie można. To, o czym mowa nie jest naruszeniem ciszy wyborczej, tylko wolności obywateli. Agitacja to agitacja, lajkowanie to lajkowanie. Idąc tym tropem, za chwilę dojdziemy do wniosku, że rozmowa z przyjacielem toczona na tematy polityczne w kawiarni właśnie podczas ciszy wyborczej czyni z nas co najmniej wywrotowców.

Może więc zamiast likwidować ciszę wyborczą warto zastanowić się nad tym, by odebrać głos politykom, a dać go po prostu Polakom. Nie tylko na Facebooku czy Twitterze. Dyskusja polityczna – pod warunkiem, że jest prowadzona na odpowiednim poziomie – bardzo dobrze nam zrobi. Dyskusja, nie agitacja.

A co z nami?
Dziennikarze narzekają, że w USA jest inaczej, że nie ma ciszy wyborczej, kampanie ciągną się do samego końca, a i w trakcie wyborów można wejść do dowolnego lokalu wyborczego i zrobić stamtąd relację. – Po jednej stronie przy wejściu stał stolik Obamy, po drugiej Romneya, w środku też byli agitatorzy i rozdawali ulotki. Nikomu to nie przeszkadzało, traktowano to bardzo naturalnie – cytują Wirtualne Media Katarzynę Kolendę-Zaleską, reporterkę „Faktów”, niegdyś korespondentkę z wyborów w USA.

Jedna relacja nikomu z pewnością by nie zaszkodziła, ale tu znów pojawia się wątek skłonności do skrajności. Jeśliby w Polsce bowiem – wzorem USA – dać mediom wolną rękę i znieść ciszę wyborczą, to jestem pewna, że jedynym tematem, jaki przez owe dwa dni by w mediach wszelakich poruszano byłyby wybory właśnie. Temat wedle wszelkiego prawdopodobieństwa byłby wałkowany z lewa na prawo i z prawa na lewo. I co jeszcze bardziej prawdopodobne, prędzej czy później do tych relacji dołączyliby rozmaici eksperci i sami politycy. I zabawa w kampanię rozpoczęłaby się na nowo. A tak, nie dość, że mamy od polityki chwilę luzu, to jeszcze z radością odkrywamy, że w serwisie informacyjnym może znaleźć się tyle innych, równie interesujących tematów tak bardzo od polityki dalekich.

Pomidory i pistacje
Wiem, że w mediach społecznościowych cisza wyborcza nie obowiązuje. Wiem, że na Facebooku i Twitterze pod rozmaicie brzmiącymi hasłami kryją się wyborcze wiadomości. Wiem, że „pomidory” oznaczają Platformę Obywatelską, wiem, że „pistacje” to Prawo i Sprawiedliwość. Wiem, że cena i utarg to usłyszane u źródła wstępne wyniki exit pollów. Pytanie – na co to komu? Czy nie lepiej i nie prościej byłoby zaczekać, aż oficjalne i pełne wyniki zostaną nam przedstawione i wtedy dopiero zabierać się do ich komentowania i oceniania? Co z tego, że o godzinie 15.00 w dniu głosowania poparcie dla partii X będzie wynosiło 70 proc. skoro dzień później po obliczeniu wszystkich głosów ta sama partia mogłaby już pochwalić się tylko 30 proc. głosów? Po co ekscytować się tym, że exit poll podaje, że prezydenturę zdobył Iksiński skoro kilka godzin później możemy dowiedzieć się, że sondaż to jednak tylko sondaż i ostatecznie ułamkiem procent wygrywa ktoś zupełnie inny?

Potęga mediów społecznościowych nie polega na tym, by zaśmiecać portale niepewnymi informacjami, które potem wymagają poprawek i sprostowań. Potęga mediów społecznościowych polega na tym, że możemy dzięki nim przekazywać rzetelne informacje w błyskawiczny sposób. I dobrze byłoby gdybyśmy zamiast na sporze o ciszę wyborczą, właśnie na trosce o tą rzetelność się skupili.

naTemat.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: