Orban, 03.11.2015

 

Orbán odkrywa spisek Zachodu

Michał Kokot, 03.11.2015

Wiktor Orban na spotkaniu z premierem Francji Xavierem Bettelem (po lewej) i premierem Wielkiej Brytanii Davidem Cameronem (po prawej)

Wiktor Orban na spotkaniu z premierem Francji Xavierem Bettelem (po lewej) i premierem Wielkiej Brytanii Davidem Cameronem (po prawej) (YVES HERMAN / REUTERS / REUTERS)

Viktor Orbán właśnie zaczął się posługiwać językiem dotychczas zarezerwowanym w jego kraju dla działaczy skrajnie prawicowego Jobbiku. Kilka dni temu w publicznym radiu Kossuth ogłosił, że napływ uchodźców z Syrii i Afganistanu to wcale nie efekt tego, że ludzie uciekają stamtąd przed toczącymi się wojnami.

To – jak głosi Orbán – misternie utkany „międzynarodowy spisek”. Jego architektem jest Zachód „dysponujący daleko rozbudowaną siatką aktywistów”, którzy z całych sił mają „osłabiać budowę idei państwa narodowego” i czynić wszystko, by zmienić „naturalny sposób życia Europejczyków”.

Jako jednego z takich aktywistów Orbán wymienił George’a Sorosa, węgierskiego Żyda, który ocalał z Holocaustu, wyemigrował do USA i od lat wspiera budowę demokracji oraz ideę tzw. społeczeństwa otwartego. Wskazując na Sorosa, Orbán zrównał się z najbardziej radykalnymi działaczami Jobbiku, dla których tacy ludzie jak ów słynny filantrop są głównymi wrogami na drodze do zaprowadzenia rządów państwa autorytarnego. To teorie spiskowe znane również w Polsce, mówiące o mitycznym „światowym żydostwie”, które tylko czyha, by finansowo zdominować państwo, a później odrzeć jego mieszkańców z tożsamości narodowej. I właśnie za to całe zło mają odpowiadać tacy finansowi spekulanci, do tego jeszcze bezbożni.

Taka retoryka była dotąd zarezerwowana jedynie dla węgierskich faszystów. Orbán przez długi czas wykorzystywał ich istnienie i rosnące poparcie (Jobbik jest dzisiaj drugą siłą polityczną w kraju) do tego, by straszyć nimi społeczeństwo i wzywać do głosowania na mniejsze zło, którym miał być jego Fidesz. – Tak, to prawda, jestem radykalny – dawał do zrozumienia Węgrom. – Ale po- patrzcie tylko, że będzie jeszcze gorzej, jeśli ci faszyści przejmą władzę.

Najwyraźniej ta formuła przestała działać, a Orbán coraz bardziej upodabnia się do tych, którymi sam straszył. Może uznał, że nie ma innego wyjścia, jak połknąć elektorat skrajnie prawicowej partii i rzucić kilka ulubionych przez jej wyborców haseł. Jobbik to wciąż główne zagrożenie dla Fideszu, coraz bardziej kompromitującego się licznymi aferami korupcyjnymi.

Niewykluczone też, że wpływ na radykalizację Orbána miała krytyka jego polityki przez nową amerykańską ambasador USA w Budapeszcie. Colleen Bell kilka dni temu w pierwszym publicznym przemówieniu oskarżyła węgierski rząd o tłamszenie demokracji. Premier Orbán uznał jak zwykle, że najlepszą obroną jest atak. Chodzi o to, by naród postrzegał go nieustannie jako wojownika.

Tylko dokąd taka strategia go doprowadzi? Które europejskie kraje pójdą za nim, gdy będzie odsądzał od czci i wiary Zachód? Orbán nie ma na razie w Europie żadnych sojuszników i nie zyska ich, radykalizując się.

Powinna to być również przestroga dla naszych polityków zapatrzonych w Budapeszt i flirtujących z nacjonalizmem. W nowym Sejmie nie brak tych, którym w głowie kołaczą się spiski, ani tych, którzy chcą decydować o tym, kto jest „prawdziwym Polakiem”. To niebezpieczne, nieprzyzwoite i głupie. Pójście drogą Węgier nic dobrego dla Polski nie oznacza. Nie warto wchodzić w te buty.

Zobacz także

paranojaOrbana

wyborcza.pl

Porozmawiajmy o prezesie. Felieton Andermana z cyklu: A poza tym

Janusz Anderman, 03.11.2015

Jarosław Kaczyński, prezes PiS

Jarosław Kaczyński, prezes PiS (Fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta)

Jak zauważył osiemnastowieczny pisarz niemiecki Lessing, „Wszyscy wielcy ludzie są skromni”. Te słowa jak ulał pasują do prezesa PiS, któremu tylko skromność nie pozwala dowodzić swej skromności.

Ostatnio mogliśmy ją podziwiać w wywiadzie, udzielonym przez prezesa „Magazynowi”, wydawanemu przez Zarząd Regionu Gdańskiego „Solidarności”. Z niemałym wzruszeniem cofamy się do roku 1980, kiedy to w lipcu wybuchły pierwsze strajki. I tu prezes wysuwa na czoło dwie postaci – Antoniego Macierewicza i Piotra Naimskiego, siebie pozostawiając w cieniu. Dwaj wymienieni opracowali genialny plan. „Chodziło o zajęcie jednej z państwowych drukarni i wydawanie codziennego pisma, które byłoby organem, ale być może też ośrodkiem kierowniczym całej akcji. Nic z tego nie wyszło, ale plan w różnych wersjach był aktywny aż do 1989 r.”. Prezes nie wnika w szczegóły i nie opowiada, dlaczego nic nie wyszło z zajęcia państwowej drukarni. Być może zainteresowani nie posiadali przepustki i nie zostali na teren zakładu wpuszczeni.

O swojej szczególnej aktywności, już w sierpniu 80, skromnie opowiada prezes dalej. „Spędzałem urlop we Władysławowie. Spotkałem się oczywiście z Leszkiem, rozmawialiśmy o sytuacji, przygotowałem na jego zlecenie jakąś ulotkę”.

Prawdziwe schody zaczęły się w Warszawie, gdy strzaskany na heban prezes wrócił z plaży. „Rozpoczął się intensywny okres działalności opozycyjnej z ukrywaniem się i wieloma »przygodami «”. Na początek prezes ukrył się w mieszkaniu ciotki i wuja. „Czasem, aby ukryć się przed bezpieką, nocowałem w klasztorze oo. Dominikanów”.

Jednak potem prezes popełnił niechcący fatalny błąd, który mógł go wiele kosztować i naprowadzić na jego ślad wszędobylskich agentów SB. A może to nie był błąd, tylko godna Kmicica brawura? Otóż prezes udał się do Wrocławia i w strajkującej zajezdni MPK uzyskał informacje. Nie zważając na podsłuchy „informacje przekazałem telefonicznie do Warszawy, a później wróciłem pociągiem do stolicy”.

W rodzinnym mieście prezes został zatrzymany, potem zwolniony i od początku września zajął się (tego już nie mógł skromnie pominąć) wspólnie z Janem Olszewskim uruchomieniem punktu konsultacyjno – informacyjnego.

Jednak dla przyszłości „Solidarności” „kluczowe okazało się zebranie przedstawicieli Międzyzakładowych Komitetów Założycielskich z całego kraju 17 września. Wcześniej [ ] ustaliliśmy z Leszkiem i Janem Olszewskim, że będziemy walczyć o powstanie jednego dużego związku. Wałęsa i Kuroń byli przeciw”. Sprzeciw Wałęsy i Kuronia na nic się nie zdał i tak właśnie powstała „Solidarność”.

Niezwykle istotny był dla prezesa rok 1986. „Zdawałem sobie sprawę, że wszystko zmierza do zmiany [ ] ale mało kto to podzielał. Natomiast rozumieli to dobrze Adam Michnik i Bronisław Geremek”. Lecz przecież tym dwóm szło już o coś innego. O ile prezes kombinował, w jaki sposób przywrócić do życia stłamszoną „Solidarność”, to Geremkowi i Michnikowi „chodziło o to, kto będzie partnerem dla władzy [ ] chcieli widzieć siebie w tej roli. Wałęsa też skłonny do ugody, nie zajmował jeszcze stanowiska”. Tak to rękami prezesa wykuwała się niepodległość.

Wywiad z prezesem urywa się niestety na strajkach w roku 1988 i poruszającym wspomnieniu: „Pamiętam młodych stoczniowców z grupy »Dym «, pięknie grających na gitarze”. Ale nie szkodzi. Przecież wiedziony swoją legendarną skromnością prezes i tak by pominął swoją rolę w obalaniu komunizmu podczas obrad przy Okrągłym Stole.

Zobacz także

porozmawiajmyOprezesie

wyborcza.pl

Reklamy