Rydzyk (31.10.2015)

Zebrali podpisy pod „Świecką Szkołą”. Teraz chcą się na nich zemścić

Wioletta Gnacikowska, 31.10.2015

W Trójmieście podpisy pod obywatelskim projektem ustawy

W Trójmieście podpisy pod obywatelskim projektem ustawy „Świecka szkoła” zbierane są m.in. pod Galerią Bałtycką w Gdańsku (RENATA DĄBROWSKA)

Inicjatywa „Świecka szkoła” zebrała podpisy w sprawie zaprzestania finansowania lekcji religii z budżetu. Teraz Fundacja Stypendialna „Dzieło Świętej Kingi” zbiera podpisy przeciwko finansowaniu z budżetu miesięcznika „Liberté!”, którego redaktorem naczelnym jest Leszek Jażdżewski, pełnomocnik komitetu inicjatywy ustawodawczej „Świecka szkoła”.

Celem inicjatywy „Świecka szkoła” jest doprowadzenie do tego, by państwo przestało finansować lekcje religii, a płacił za nie Kościół. Na rzecz „Świeckiej szkoły” zebrano 150 tys. podpisów.

Teraz Fundacja Stypendialna „Dzieło Świętej Kingi” rozpoczęła zbiórkę podpisów pod petycją do Ministerstwa Kultury, Ministerstwa Finansów i Urzędu Miasta Łodzi. Autorzy petycji wzięli na cel Leszka Jażdżewskiego, łodzianina, redaktora naczelnego pisma „Liberté!”.

„Środowisko związane z pismem » Liberté! «, z którego wywodzi się komitet inicjatywy ustawodawczej » Świecka szkoła «, samo zasilane jest regularnie pieniędzmi polskich podatników. Domaganie się zaprzestania finansowania lekcji religii przez osoby korzystające ze środków publicznych wskazuje na ich hipokryzję” – napisali.

Zdaniem fundacji pismo „Liberté!” w latach 2013 i 2015 dostało od resortu kultury w sumie 123 tys. zł.

Fundacji nie podoba się profil pisma: „Już pobieżny przegląd tematów poruszanych przez pismo wskazuje, że promuje ono lewicową ideologię ze wszystkimi typowymi dla niej wynaturzeniami, jak ateizacja przestrzeni publicznej, promocja aborcji i oswajanie z homoseksualizmem, próby redefiniowania małżeństwa i rodziny”. Inicjatywę poparło 22 tys. 352 osób.

Co na to Jażdżewski? – Wygląda to na nieudolną próbę odegrania się za to, że 150 tys. osób nie poparło internetową petycję, ale podpisało się pod projektem ustawy zakazującym finansowania katechezy ze środków publicznych. Próbie zupełnie chybionej, bo akcję „Świecka szkoła” z „Liberté!” łączy wprawdzie moja osoba, ale są to byty zupełnie oddzielne.

I dodaje: – Żadnej dotacji na kolejne lata nie mamy zagwarantowanej, nie można więc nam jej odebrać. Każdorazowo przyznawana jest ona w otwartym konkursie. Raz taką dotację otrzymywaliśmy, a raz nie (to było wtedy, kiedy złożyłem zawiadomienie do prokuratury w sprawie przyznania środków przez Ministerstwo Kultury na Świątynię Opatrzności Bożej). To zabawne, że porównuje się dotację na „Liberté!” z przeszło 1,5 mld zł, które rok rocznie otrzymuje od polskiego państwa Kościół katolicki, i to nie w żadnych konkursach, ale na podstawie konkordatu z Watykanem. Samo uzasadnienie petycji świadczy o głębokim problemie autorów z pluralistycznym społeczeństwem. Sama obecność poglądów innych od ich katolicko-narodowej wizji świata budzi ich głęboki sprzeciw. Takie poglądy prezentuje również nowa władza. Żadne petycje do walki ze światopoglądowym pluralizmem nie będą jej potrzebne – uważa Jażdżewski.

Zobacz także

zebraliPodpisy

wyborcza.pl

The Krasnals: Oni portretują politykę. I to dosłownie

30-10-2015 , ostatnia aktualizacja 30-10-2015 20:17

The Krasnals to zespół anonimowych artystów sztuki współczesnej, którzy w prowokacyjny sposób komentują obecną rzeczywistość społeczno-polityczną. Ich dzieła często publikujemy na łamach „Newsweeka”. Dziś patronujemy wystawie prac Krasnali, którą od 3 listopada do 3 grudnia za darmo można zobaczyć w galerii Izby Adwokackiej w Krakowie. Polecamy!

ZOBACZ ZDJĘCIA » The Krasnals

 fot. The Krasnals

1/17 zdjęć

 

Newsweek.pl

// https://tpc.googlesyndication.com/pagead/js/r20151027/r20110914/expansion_embed.js

Ojciec Rydzyk: Musimy uratować w sobie normalność

30.10.2015
WIKIPEDIA/ JACEK 767/ C BY-SA 3.0

 

Słyszałem, jak pewna osoba mówiła, że gdy wygra PiS, będziemy mieli „republikę wyznaniową”. A przecież gdy odrzucimy Pana Boga, możemy mieć republikę bandytów, złodziei, zboczeńców – powiedział w wywiadzie dla Naszego Dziennika ojciec Tadeusz Rydzyk.

 

Zakonnik zapytany o ocenę tego, co wydarzyło się w minioną niedzielę, wyraził wiarę w to, że Bóg ma plan zarówno wobec poszczególnych ludzi, jak i narodów. Wskazywał, że naród nasz mimo dużego powiązania z Kościołem nie jest wolny od zła. Ojciec Rydzyk przyznał, że najbardziej boi się tego, co obecnie dotyka Polskę, „tej antycywilizacji życia, antycywilizacji miłości, wbrew naturze, wbrew prawu naturalnemu”.

– Najpierw po komunizmie oszukano „Solidarność”, ale wtedy był Ojciec Święty. A później wybory po strasznej katastrofie smoleńskiej – walka z krzyżem to był początek – potem satanistyczne orgie na Krakowskim Przedmieściu. To było dla mnie straszne. A później raz po raz ustawy, niedbanie o wychowanie dzieci i młodzieży, edukację, niszczenie rodziny. Są już w Polsce miliony ludzi żyjących poniżej progu ubóstwa, a więc w nędzy. W sercu Europy głodne dzieci. Sprawa m.in. prof. Bogdana Chazana, czyli działanie przeciwko komuś, kto walczy o życie. I na koniec podpisanie ustawy o in vitro – wymieniał.

W jego ocenie było to pokazanie w jakim kierunku zmierzamy, czyli „wbrew naturze, wbrew naszej cywilizacji, wbrew tysiącletniej kulturze polskiej”. – My musimy uratować w sobie po prostu normalność. Mam nadzieję, że Polska odrodzi się, ale tylko z Panem Bogiem – powiedział.

– Zachód jest słaby duchowo, stąd wynika brak siły do przeciwstawienia się współczesnym zagrożeniom. To teraz widać bardzo jasno, obserwując inwazję świata islamu. Nie dają sobie rady, pogubili się – ocenił ojciec Tadeusz.

Kończąc, stwierdził że Polska może dokonać wiele dobrego. Musimy tylko pozbierać siły, bo cały świat czeka na nasze świadectwo.

 

TV Republika

Smoleńska myślozbrodnia [POLEMIKA]

28-10-2015

wrak Tu-154M Tupolew

Wrak Tu-154 w Smoleńsku  /  fot. Maxim Shemetov/ITAR-TASS  /  źródło: PAP

Odpowiadam Piotrowi Skwiecińskiemu: PiS mógł wygrać już cztery lata temu, wystarczyłoby nie wygadywać bredni o zamachu smoleńskim.

Zabawny jest nawyk niepokorszczyzny polegający na skanowaniu wrogich tekstów pod kątem wynajdywania smoleńskich myślozbrodni. Nieważne o czym tekst traktuje i jaką stawia tezę – słowo „Smoleńsk”, choćby użyte incydentalnie i poza głównym wywodem, natychmiast stymuluje niepokorną przysadkę. Prowokując jej właściciela do wyrazów oburzenia, drwin bądź insynuacji.

Zaczepił mnie w ten deseń na portalu wPolityce.pl Piotr Skwieciński. Z obszernego artykułu rozliczającego klęskę PO, który popełniłem w ostatnim „Newsweeku”, wyciągnął mianowicie jedno zdanie o tym, że „katastrofa smoleńska, która mogła wstrzymać dalszy rejs [czyli rządy PO], po wybuchu spiskowej histerii na prawicy służyła już tylko Platformie”. Dalej Skwieciński docieka, co takiego chciałem przez to powiedzieć i jakież to na myśli miałem kompromitujące zachowania PO, które mogłyby doprowadzić do „depopularyzacji tej partii”. I skoro takowe dostrzegałem, to czemu wcześniej o nich nie pisałem? Wszystko to ma rzecz jasna dowodzić „specyficznego traktowania opinii publicznej” przez moją skromną osobę.

Nie pozostaje mi nic innego, jak specyficznie potraktować samego Skwiecińskiego i wytłumaczyć mu jak krowie na rowie to, co czytelnikom „Newsweeka” pozostawiłem jako sprawę oczywistą i nie wymagającą rozwinięcia.

Cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak specyficznie potraktować samego Skwiecińskiego i wytłumaczyć mu jak krowie na rowie to, co czytelnikom „Newsweeka” pozostawiłem jako sprawę oczywistą i nie wymagającą rozwinięcia. Otóż po 10 kwietnia widziałem w działaniach ówczesnego rządu wiele chaosu, improwizacji oraz niedostateczną asertywność wobec Rosji. Lecz biorąc pod uwagę szok wywołany katastrofą, skalę tragedii oraz jej symboliczne okoliczności, nie uważałem tego (i nie uważam nadal) za coś szczególnie kompromitującego. W każdym razie nie na tyle, aby mogło to wpływać na załamanie się notowań PO. Tym bardziej nie widziałem wtedy (i nie widzę nadal) podstaw do zarzucania rządowi zdrady narodowej, współudziału w zamachu, krwi na rękach Tuska, zacierania śladów przez Kopacz i tym podobnych bzdur od lat lansowanych przez politycznych kolegów Skwiecińskiego. Jeśli bowiem Smoleńsk mógł wywołać „depopularyzację” Platformy, to z zupełnie innych powodów.

 

Otóż w tamtych dniach przede wszystkim widziałem na Krakowskim Przedmieściu wylewającą się ponad politycznymi barykadami falę społecznego współczucia. Widziałem na pogrzebie pary prezydenckiej w Krakowie powszechnie odczuwany narodowy charyzmat smoleńskiej ofiary. Widziałem postępujący w błyskawicznym tempie proces uwznioślenia kiepskiej prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Widziałem odwrót od „ciepłej wody w kranie” na rzecz wspólnotowego przeżywania polskości – wtedy refleksyjnego i dojrzałego, dalece przekraczającego infantylne prawicowe natręctwo. Widziałem też godnie przeżywaną przez Jarosława Kaczyńskiego żałobę w kampanii prezydenckiej 2010 roku, kiedy ten jeden, jedyny raz on wezwał do zasypania podziałów i odnowy polskiej polityki. Taki Kaczyński przegrał wybory o włos. Lecz odsłonił przy okazji kamień węgielny swej odnowionej formacji, która miała szansę przerwać hegemonię PO już przy okazji wyborów parlamentarnych 2011. Eksplozja spiskowej histerii obaliła jednak ów kamień, wzmacniając rządy Platformy na kolejne pięć lat.

Widziałem postępujący w błyskawicznym tempie proces uwznioślenia kiepskiej prezydentury Lecha Kaczyńskiego.

Dorzucę jeszcze na koniec osobiste wspomnienie. Nie miałem pewności, czy pojednawczość prezesa z kampanii 2010 roku była autentyczna. Uważałem jednak, że w tamtych okolicznościach należało udzielić mu kredytu zaufania i zaakceptować zaproponowany przez niego ton kampanii wyborczej. W redakcji „Gazety Wyborczej”, w której wtedy pracowałem, przeważała jednak opinia, iż mamy do czynienia z zakłamaną kreacją – którą należy zdemaskować. Moja niezgoda na uprawiane na łamach demaskowanie miała zresztą jakiś wpływ na podjętą przeze mnie kilka tygodni później trudną decyzję o odejściu z „Gazety”. Tyle, że to przecież ja wyszedłem w końcu na frajera, gdy natychmiast po ogłoszeniu zwycięstwa Komorowskiego prezes znienacka „odstawił proszki” i wydał z siebie oszczerczy bluzg o wielkiej zbrodni popełnionej przez Tuska. Nie wiem jak Skwieciński, być może mój adwersarz cieszył się wtedy z odzyskania pisowskiego pionu, ja jednak – choć PiS nigdy nie popierałem – poczułem się, jakby napluto mi w twarz. Co na szczęście ma tę dobrą stronę, że zwykle człowieka immunizuje. Takoż i ja od tamtej pory nie jestem już w stanie uwierzyć w żadne przemiany Kaczyńskiego. Nie wierzę dziś, gdy udaje dobrego wujaszka baczącego, aby Beata Szydło spełniła obietnice i dała każdemu należne pięć stów na dziecko. I nie uwierzę też w przyszłości. Bo człowiekowi, który był w stanie kupczyć osobistym sacrum, wierzyć nie wolno. Co Piotr Skwieciński, na tle reszty „skoczków” z drużyny Karnowskich mimo wszystko typ spod jasnej gwiazdy, powinien przyjąć ze zrozumieniem.

 

Newsweek.pl

Polska polityka po wyborach. Pięć dni zamętu

HO, 30-10-2015

Beata Szydło, Jarosław Kaczyński

Jarosław Kaczyński i wiceprezes PiS, kandydatka na premiera Beata Szydło (L) podczas wieczoru wyborczego Prawa i Sprawiedliwości  /  fot. Paweł Supernak  /  źródło: PAP

Przypominamy najważniejsze wydarzenia powyborczego tygodnia.

PO, czyli 3,2,1 start!

Nie minął nawet tydzień od wyborów a politycy przegranej Platformy już żądają rozliczeń. Niektórzy idą zresztą krok dalej i ogłaszają gotowość do objęcia fotela szefa partii zamiast Kopacz. Najpierw, jeszcze w niedzielę, o potrzebie zmiany przywództwa zaczął mówić Radosław Sikorski. Zamiar kandydowania zgłosił szybko szef MSZ Grzegorz Schetyna. Jego kandydatura spotkała się zresztą z entuzjastycznym przyjęciem… posłów PiS. Schetyna będzie mieć jednak silną konkurencję – na stanowisko lidera opozycyjnej PO wydaje się też mieć chrapkę Borys Budka. Choć to minister sprawiedliwości, to tak naprawdę mało kto o nim słyszał. Polityk twierdzi jednak, że zwraca się do niego wiele osób i namawia do kandydowania.
Start w wyborach zapowiedziała też oczywiście sama Ewa Kopacz, ale ambicji dwóch ministrów swego gabinetu jeszcze nie skomentowała.

Nocne spotkanie prezesa z prezydentem. Kolejne

Dziennikarz „Newsweeka”, Michał Krzymowski, odkrył, że prezes PiS po raz kolejny spotkał się z prezydentem Andrzejem Dudą. Tym razem jednak to Kaczyński udał się do pałacu prezydenckiego a nie Duda na Żoliborz do byłego premiera. Wiadomość o wizycie po raz kolejny podsyca plotki na ile Beata Szydło będzie niezależnym szefem rządu. Bo na razie wygląda na to, że skład jej gabinetu nie będzie jej dziełem, a wynikiem negocjacji, w których nawet nie bierze udziału.

Kto w rządzie Szydło?

A spekulacje na temat nowych ministrów nie ustają. Przykład? Jarosław Gowin, którego Szydło jeszcze przed wyborami namaściła na ministra obrony (aby przeciąć spekulacje, że szefem MON zostanie Antoni Macierewicz). Teraz okazuje się, że Gowin na resort obrony nie ma raczej co liczyć, ale może zostanie ministrem edukacji albo nauki.

Mariusz Błaszczak, o którym spekulowano, że mógłby zostać nowym marszałkiem Sejmu, teraz jest przymierzany na szefa MSWiA. Dyplomacją miałby zająć się Witold Waszczykowski bądź Kazimierz Ujazdowski.Z kolei ministerstwem gospodarki i finansów zająłby się szykowany od dawna do tej roli Paweł Szałamacha. Nowym ministrem sprawiedliwości zostałby Janusz Wojciechowski.

Ale prawdziwą bombą będzie wielki powrót na scenę Antoniego Macierewicza. Mimo przedwyborczych zapewnień, że tak się nie stanie, jest on szykowany na ministra obrony bądź ma zająć się służbami specjalnymi.

Kukiz’15 już się dzieli?

Narodowcom obecnym w ruchu Pawła Kukiza nie podoba się Liroy – gruchnęła wieść w środku tygodnia. – Jego obecność jest dla nas dość problematyczna – przyznał Robert Winnicki. I to była wypowiedź dość dyplomatyczna. Inni narodowcy w ugrupowaniu muzyka (jest ich dziesięciu) byli bardziej dosadni. – Jeśli on będzie w klubie, to go opuścimy – mówili, oczywiście anonimowo. Sprawa rozwiązała się po jednym dniu. Już nie było mowy o opuszczeniu klubu, ale o wspólnym piwie „z panem Liroyem” (to poseł Sylwester Chruszcz) i konieczności współpracy. Sam poseł Liroy w swoim stylu skomentował, że plotki o konflikcie to „niezła beka”.

Zjednoczona Lewica nieudolnie robi porządki

Działacze ZL wyraźnie nie mogą zebrać się po wyborczej porażce. Najpierw Leszek Miller zaczął opowiadać o możliwości skrócenia przez PiS kadencji obecnych samorządów ze względu na „liczne nieprawidłowości” zaistniałe podczas ubiegłorocznych wyborów. Komentatorzy ocenili to bezlitośnie, jako uporczywą próbę ratowania pozycji i podtrzymywania zainteresowania mediów przez byłego premiera.

Potem trzej młodzi posłowie ZL, to jest Krzysztof Gawkowski, Marek Bałt i Dariusz Joński przed kamerami TVN24 na wyścigi przekonywali, że czas Millera na lewicy się skończył, gdy wtem zza ich pleców wyskoczył… sam obgadywany. Posłowie byli wyraźnie zmieszani. A Miller? Przywołał swoich młodych pretorianów porządku gromkim: „Idziecie?!”. – „Idziemy, idziemy!”, odpowiedzieli równie dziarsko ci, którzy wcześniej go krytykowali i posłusznie podążyli za swoim liderem.

Tak czy inaczej przyszłość Zjednoczonej Lewicy stoi pod dużym znakiem zapytania – Miller już zadeklarował, że odejdzie ze stanowiska przewodniczącego SLD, a inne partie koalicji też muszą rozliczyć wyborczą porażkę.

 

Newsweek.pl

Kaczyński pisze list do posłów PiS. „Nie wolno nam osiąść na laurach”

HO/PAP, 30-10-2015

Jarosław Kaczyński

 źródło: Newsweek.pl

Prezes PiS Jarosław Kaczyński skierował list do nowo wybranych parlamentarzystów PiS. Prosi ich o pokazanie, że można rządzić uczciwie oraz aby nie spoczywali na laurach i działali dla dobrej zmiany dla Polski.

Kaczyński w liście, do którego dotarła PAP, dziękuje za „piękną walkę i trud” w trakcie kampanii, które umożliwiły PiS zdobycie samodzielnej większości w Sejmie i Senacie.

„To świetne zwycięstwo jest nie tylko powodem do zasłużonej dumy i radości, ale także zobowiązaniem, wezwaniem do jeszcze cięższej pracy. Nie możemy spocząć na laurach. Nasze zadanie nie skończyło się na wygraniu wyborów. Nie szliśmy do nich po to, żeby przejąć władzę dla niej samej, ale po to, by doprowadzić do dobrej zmiany dla Polski” – podkreśla prezes PiS.

Według Kaczyńskiego PiS ma „dobry program i znakomitych ludzi”. Szef PiS dodaje, że część z posłów „będzie pełniła różnego rodzaju funkcje wykonawcze”, a reszcie przypadnie przywilej stanowienia prawa i pracy w okręgach.

„To wy swoją pracą i zaangażowaniem będziecie na co dzień udowadniać waszym wyborcom, że warto było oddać głos na listy Prawa i Sprawiedliwości. To wy będziecie przekonywać nieprzekonanych do naszej partii i programu. Wreszcie to wy będziecie pokazywać obywatelom, że można rządzić uczciwie i +swoich pożytków zapomniawszy+ służyć dobru wspólnemu. I o to, jeszcze raz gratulując sukcesu oraz dziękując za piękną walkę chciałbym prosić” – napisał prezes do parlamentarzystów PiS.

Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory parlamentarne, zdobywając większość w Sejmie (235 mandatów na 460) oraz w Senacie – 61 na 100 senatorów.

 

Newsweek.pl

Przegraliśmy. My, młodzi liberałowie

26-10-2015

PO przegrała już dawno. Przegraliśmy my – młodzi Polacy, którzy wierzą w liberalne wartości. Nie ma już rasistów, są tylko „wolnomyśliciele nieskrępowani polityczną poprawnością”.

Oddaliśmy te wybory walkowerem. Uznaliśmy, że to nie nasza sprawa. My – ci, których odrzuca PO pogrążona w bezideowej malignie, ale równie mocno obrzydza nas cynizm PiS i nihilizm narodowców uosabiany w tych wyborach przez Ruch Kukiza.

Jest takie zdjęcie z 2007 r. Uśmiechnięte twarze w zadymionym pomieszczeniu. To fotografia zrobiona podczas wieczoru wyborczego (!) organizowanego przez klubokawiarnię Chłodna 25 – w tamtych czasach jedno z najbardziej gorących miejsc w Warszawie. Właśnie padła wiadomość, że PiS został odsunięty od władzy.

Prawica zapełniła pustynię ideową

Politycznie wygrała PO, którą gremialnie poparliśmy, ale tak naprawdę to było nasze zwycięstwo. Młodych, którzy chcieli, by Polska była otwarta, tolerancyjna. Kolorowa. Którzy wierzyli w wielkie europejskie wartości, ale jednocześnie nie mieli kompleksów wobec Zachodu. Dla których Niemcy nie kojarzą się z odwiecznym wrogiem, ale z weekendowym wypadem do Berlina albo znajomymi z Erasmusa.

Minęło osiem lat. Nic z tamtej atmosfery w nas nie zostało. Prawica powiedziała, że teraz to będzie nasza Polska. A bierzcie ją sobie w cholerę! – odpowiedzieliśmy. To nie jest do końca nasza wina. Tusk postawił na pragmatyzm i powiedział, że kto ma wizje, ten powinien udać się do lekarza. Nie dostrzegaliśmy w tym niebezpieczeństwa. Po dwóch latach IV RP nawet i to wyznanie przyjęliśmy z ulgą. Ale nie zdawaliśmy sobie sprawy z konsekwencji – pustyni ideowej, którą zapełniła teraz skrajna prawica.

Proces postępował powoli. Zamiast budowy wspólnej Europy, dostaliśmy „wyciskanie brukselki”. Zamiast wielkich projektów, „ciepłą wodę w kranie”. Były wreszcie wymarzone autostrady i obwodnice, ale my już wiedzieliśmy, że świat przesiada się na rowery, a szerokie ulice w miastach to przeżytek.

 

Rasiści – wolnomyśliciele

Jeszcze cztery lata temu potrafiliśmy się zmobilizować. Zablokowaliśmy Marsz Niepodległości narodowców. Było nas prawie 10 tys. Śmialiśmy się potem we własnym gronie z płaczliwych gestów narodowców, którzy narzekali, że sprało ich kilku członków antify z Niemiec. Bo byliśmy wtedy na Marszałkowskiej i przeżywaliśmy falowe ataki nacjonalistycznych bojówek, o których się w mediach kompletnie nie mówiło. Nie przejmowaliśmy się tym, bo wierzyliśmy, że prawda się obroni.

Myliliśmy się. Po czterech latach od tych wydarzeń nie ma już rasistów, są tylko „wolnomyśliciele nieskrępowani polityczną poprawnością”. A ksenofobiczne komentarze dotyczące uchodźców to nie obciach, tylko mainstream.

Dla nas z kolei obciachem staje się np. pamięć o Powstaniu Warszawskim. Bo to co raz bardziej „ich” święto. Pozwoliliśmy im nim zawładnąć. A oni doprowadzili do tego, że o przejmującej epopei stolicy można mówić tylko dobrze. Pamiętamy wszakże, jak Radosław Sikorski, jeszcze jako szef MSZ, powiedział o Powstaniu jako o „narodowej tragedii”. Prawica wybuchła agresją i świętym oburzeniem. Przyglądaliśmy się temu z obojętnością, mając za pewnik, że każdy logicznie myślący człowiek powinien mieć na uwadze niewiarygodne bohaterstwo AK i jednocześnie kwestionować samą decyzję o rozpoczęciu walki – choćby po to, by wyciągnąć wnioski na przyszłość, o których mówił wtedy Sikorski. Nie przejmowaliśmy się tym, bo bagatelizowaliśmy histerię prawicy, do której zdążyliśmy już przywyknąć.

W tych wyborach nie istnieliśmy. Albo zagłosowaliśmy na Razem, albo zostaliśmy w domu. Bo to nie „nasza sprawa”. Bo część z nas jest już zagranicą – i to nie tylko w mitycznym, „Londku”, ale w Toronto, Montrealu, Sydney, Vancouver i Nowym Jorku. Czyli wszędzie tam, gdzie oddycha się pełną piersią i jednocześnie ze ściśniętym gardłem ogląda się wiadomości z rodzinnego miasta. Bo większość z nas ma już rodziny i kredyt i „polityka ich nie interesuje”.

No to teraz polityka zainteresuje się nami.

 

Newsweek.pl

Reklamy