30.11.14 (2)

 

Ewa Wójciak oskarża miasto Poznań o dyskryminację. Bo została zwolniona za poglądy

Piotr Żytnicki, 01.12.2014
Odwołana szefowa Teatru Ósmego Dnia domaga się 30 tys. zł odszkodowania. Dowodzi, że została zwolniona z powodów politycznych.
Informację o złożeniu pozwu podała w sobotę Helsińska Fundacja Praw Człowieka, która wspiera Ewę Wójciak. Na prośbę fundacji jej sprawę prowadzi pro bono warszawski adwokat Maciej Ślusarek.

– W tej sprawie doszło do nierównego traktowania oraz dyskryminacji ze względu m.in. na wyrażane osobiste poglądy – poinformował dr Adam Bodnar, wiceprezes HFPC.

Teatr Ósmego Dnia był od dziesiątków lat jednym z najważniejszych polskich teatrów alternatywnych. Kilka miesięcy temu władze Poznania odwołały jego dyrektorkę Ewę Wójciak (teatr należy do miasta). Urzędnicy tłumaczyli to wynikami kontroli w teatrze, niesubordynacją dyrektorki i utratą do niej zaufania. Poszło przede wszystkim o to, że na początku roku Wójciak przestała zwracać się do urzędu o akceptacje urlopów i wyjazdów, a wnioski zaczęła akceptować jej zastępczyni.

Ale adwokat przekonuje, że dyrektorka nie musiała zwracać się o akceptację do urzędu miasta, bo formalnie nie była jego pracownikiem. Wcześniejsze informowanie urzędu miało wynikać z jej dobrej woli, a nie prawnego obowiązku.

Od decyzji o zwolnieniu Wójciak odwołała się do sądu pracy – ten proces rozpocznie się w styczniu. Ale w osobnym pozwie domaga się 30 tys. zł za naruszenie „zasady równego traktowania w zatrudnieniu”. Zabrania ona dyskryminować pracowników nie tylko ze względu na płeć, wiek czy niepełnosprawność, ale także ze względu na religię, przekonania polityczne czy wyznanie.

Wójciak dowodzi, że zwolniona została ze względów politycznych. Najpierw prezydent Poznania dał jej naganę za wpis na jej profilu na Facebooku w dniu wyboru papieża Franciszka, w którym napisała: „No i wybrali ch…, który donosił wojskowym na lewicujących księży”. Wycofał ją, gdy Wójciak poszła do sądu pracy, przekonując, że to dyskryminacja za prywatne poglądy.

O zwolnieniu miało – jej zdaniem – zadecydować jej kandydowanie w eurowyborach z listy Twojego Ruchu. Gdy Wójciak i jej koledzy z zespołu zaczęli publicznie prezentować swoje poglądy, miasto obcięło o ponad połowę budżet teatru. „To dyskretna próba narzucenia cenzury oraz ograniczenia prawa do wolności wypowiedzi i zrzeszania się” – pisze w pozwie adwokat.

Z zarzutami nie zgadza się Robert Kaźmierczak, szef miejskiego wydziału kultury. – Dyskryminacja ze względów politycznych? To absurdalne oskarżenia. Gdyby prezydent chciał zwalniać panią Wójciak za poglądy polityczne, to nie powierzyłby jej dwa lata temu dalszego kierowanie teatrem bez konkursu. Przecież jej poglądy są znane od wielu lat – mówi Kaźmierczak.

– Dwa lata temu prezydent Ryszard Grobelny miał inne poglądy. Ale potem skręcił mocno w prawo – odpowiada Wójciak. I dodaje: – Jego podwładni to wyczuli, kurs wobec teatru się zaostrzył.

Zespół ogłosił, że nie uznaje odwołania Wójciak i nie zaakceptuje nowego dyrektora. Nowy szef teatru ma być wybrany po wyborach.

wyborcza.pl

Wybory 2014. Prezydent Jacek Jaśkowiak, czyli powiew świeżości w Urzędzie Miasta

Piotr Bojarski, 30.11.2014
Jacek Jaśkowiak, nowy prezydent Poznania

Jacek Jaśkowiak, nowy prezydent Poznania (PIOTR SKÓRNICKI)

Jacek Jaśkowiak zapowiada, że będzie prezydentem tylko przez dwie kadencje. Jego zdaniem osiem lat u władzy to wystarczający okres, by zrealizować swój program w Poznaniu.
TUTAJ nasza relacja NA ŻYWO z nocy wyborczej w Poznaniu

Nowy prezydent ma 50 lat. Z wykształcenia prawnik, prowadzi firmę doradztwa inwestycyjnego. Żona Joanna jest notariuszem. Mają dwóch synów (26 i 11 lat). Starszy ukończył Viadrinę na kierunku prawo polsko-niemieckie. Choć syn dostał propozycję pracy w Berlinie, dał się przekonać ojcu, że powinien pracować w Poznaniu. – Od niedawna jestem dziadkiem, mam wnuczkę. Jaka fajna jest ta mała! To już szóste pokolenie na Jeżycach – chwali się Jaśkowiak.

Filantrop, mecenas kultury, przyjaźnił się z Jackiem Kaczmarskim. Biegacz narciarski, mors (kąpie się w przerębli). Dwa lata temu założył się z synem o czeskie piwo, że przejedzie w jeden dzień rowerem trasę Poznań – Szklarska Poręba (gdzie ma willę). – Nie pojechałem, żona zaprotestowała ze względu na ruch na drogach. Zamiast tego wjechałem rowerem na Śnieżkę. Zakład przegrałem, musiałem postawić synowi coca-colę – opowiada.

Dzięki jego staraniom w 2012 r. do Szklarskiej Poręby zawitały zawody narciarskiego Pucharu Świata. – Te zawody to zasługa Jacka i jego zdolności negocjacyjnych – nie ukrywał burmistrz miasta Grzegorz Sokoliński.

Ale praca dla sudeckiej gminy była też powodem prawnej wpadki Jaśkowiaka. W czwartek opisaliśmy w „Wyborczej”, że jako prezes miejskiej spółki w Szklarskiej Porębie miał też udziały w swoich firmach, czego zabrania ustawa antykorupcyjna. Jaśkowiak tłumaczył się, że był to tylko „błąd formalny”. – To kiks, który nie powinien się zdarzyć. Nie ukrywałem swoich dochodów – wyjaśniał. Złamanie ustawy przez konkurenta (bez konsekwencji prawnych) podnosił w debacie Ryszard Grobelny, ale sprawa nie zaszkodziła notowaniom Jaśkowiaka.

Skąd Jaśkowiak wziął się w miejskiej polityce? Gdy w lutym 2008 w Poznaniu zawiązało się stowarzyszenie My-Poznaniacy – pierwszy w Poznaniu ruch miejski z prawdziwego zdarzenia (społecznicy, zirytowani autorytarnymi decyzjami prezydenta Grobelnego domagali się nowoczesnego miasta i władzy otwartej na mieszkańców), Jaśkowiak był wśród nich. Przed miejskimi wyborami w 2010 r. to on został ich kandydatem na prezydenta. Mówił, że chce, by Poznań był jak Zurych: nowoczesny nie tylko infrastrukturą, ale również mentalnie.

My-Poznaniacy mimo 9 proc. poparcia cztery lata temu nie dostali się do rady miasta, ale Jaśkowiak stał się znany – z 7 proc. głosów zajął wysokie, czwarte miejsce, wyprzedzając m.in. kandydata SLD Jacka Bachalskiego. W stowarzyszeniu My-Poznaniacy doszło jednak do niesnasek i podziałów, Jaśkowiak odszedł z organizacji.

W 2013 r. Jaśkowiak zapisał się niespodziewanie do Platformy Obywatelskiej. Wtedy jednak podkreślał, że woli działać z drugiego szeregu i „nie zamierza ponownie stawać do boju z Ryszardem Grobelnym”. Ale latem 2014 r. doszło do kolejnej niespodzianki: Jaśkowiak został kandydatem Platformy na prezydenta. Trochę z braku innych chętnych: wcześniej w gronie potencjalnych kandydatów PO wymieniano Grzegorza Ganowicza czy Mariusza Wiśniewskiego, ale zdeterminowany był tylko Jaśkowiak. – Podziwiam jego determinację, zaraża nią członków partii – chwalił go Filip Kaczmarek, szef miejskiej Platformy, gdy władze PO namaściły Jaśkowiaka na kandydata.

W pierwszej turze wyborów Jaśkowiak zdobył 21,5 proc. głosów – i awansował do drugiej tury. To, że przed dogrywką tracił do prezydenta tylko 7 procent, było największą niespodzianką wyborów w Poznaniu, choć powszechnie tłumaczono to słabym wynikiem Grobelnego (28 proc.).

Na tle prezydenta Grobelnego, który ubiegał się o piątą kadencję, Jaśkowiak wydaje się powiewem świeżości w poznańskim Urzędzie Miasta. W trakcie kampanii wyborczej zapowiadał, że chce być prezydentem na dwie kadencje. Jego zdaniem osiem lat to wystarczający czas, by zrealizować swój program. Zadeklarował, że zmienić wszystkich wiceprezydentów. Wśród potencjalnych jego zastępców w trakcie kampanii wymieniało się młodych radnych PO: Łukasza Mikułę, Mariusza Wiśniewskiego i Jakuba Jędrzejewskiego. Skład zarządu być może uzupełni radny SLD Tomasz Lewandowski, który przed drugą turą mocno wspierał Jaśkowiaka podczas publicznych debat.

W trakcie kampanii wyborczej Jaśkowiak zapowiedział też, że jeśli zostanie prezydentem, przekaże firmę synowi: – To oczywiste, przede mną będzie przecież nowe wyzwanie.

Zobacz także

poznan.gazeta.pl

 

Oto sondażowe wyniki wyborów w największych miastach

Oto wyniki exit polls przeprowadzone przez pracownię Ipsos, które podajemy dzięki uprzejmości telewizji TVN24:

Warszawa:

Hanna Gronkiewicz Waltz (PO) – 56,8

Jacek Sasin (PiS) – 43,2

Gdańsk:

Paweł Adamowicz (PO) – 59,4

Andrzej Jaworski (PiS) – 40,6

Poznań:

Jacek Jaśkowiak (PO) – 57,6

Ryszard Grobelny – 42,4

Kraków:

Jacek Majchrowski – 56

Marek Lasota (PiS) – 44

Wrocław:

Rafał Dutkiewicz – 52,7

Mirosława Stachowiak-Różecka (PiS) – 47,3

Katowice:

Marcin Krupa – 69,7

Andrzej Sośnierz (PiS) – 30,3

gazeta.pl

gadowski3

Gadowski: Nikt nie wstawi się za Polską, jeśli nie uczynią tego sami Polacy. Potrzeba nam zawiązania konfederacji

Fot. wPolityce.pl
Fot. wPolityce.pl

Potrzeba nam dziś zawiązania konfederacji, zaprzysiężenia jej członków i uchwalenia programu odbudowy Ojczyzny. To najbardziej palące zadanie, jakie stoi przed wolnymi Polakami

— pisze Witold Gadowski w swoim felietonie na portalu Stefczyk.info.

Musimy przestać oglądać się na zdegenerowany świat „polskiej polityki”, przestać mieć złudzenia, że w ramach obecnego systemu, zdołamy wywalczyć dla siebie jakiś obszar Polskości. To się nie powiedzie. Zdrajcy, kolaboranci i obcy mają w rękach wszelkie narzędzia, mają też poparcie obcych mocarstw, które zainteresowane są jedynie tym, aby na obszarze Polski panował względny spokój

— dodaje i przestrzega:

Nikt nie wstawi się za Polską, jeśli nie uczynią tego sami Polacy. Konfederacja Narodu musi stać się dynamiczną elitą Polskości i pchnąć nasz żywioł do działania, wyrwać go z wygodnego dla zdrajców marazmu. Ich nie jest jeszcze tak wielu. Rządzą często dzięki wirtualnemu sterroryzowaniu naszej świadomości przez media. Konfederacja musi nas poderwać do rozumnego działania, a jeśli na końcu tej drogi ma być Wielki Zajazd na Warszawę, to przecież się nie cofniemy. Wierzcie mi – nadeszła pora aby wstać z foteli i ruszyć na spotkania z innymi Polakami. Polska jest w opresji, ale my żyjemy!

Cały felieton na portalu Stefczyk.info.

wPolityce.pl

Klątwy, czary i uroki. Jak leczą szeptuchy z Podlasia

Usługi podlaskich szeptuch cieszą się niemałym zainteresowaniem
Usługi podlaskich szeptuch cieszą się niemałym zainteresowaniem Fot. Shutterstock

W wioskach i miasteczkach Białostocczyzny żyje około 30 kobiet, które uzdrawiają za pomocą modlitwy. Do „szeptuch’, bo tak się je tam nazywa, ciągną pacjenci z całej Polski. Pracy z duchami i urokami w tle przyjrzał się dziennikarz „Newsweeka”.

„Osada Rutki, około 20 kilometrów od Hajnówki, kilkanaście drewnianych domków. Tu mieszka 83-letnia Anna Bondaruk, szeptucha tak znana, że niektórzy posądzają ją o uprawianie magii. (…) Opaka Duża, osada w świerkowym lesie. Za drewnianą świetlicą w środku wsi kolczaste druty i białoruskie słupy graniczne. Szeptucha Eugenia przyjmuje w blaszanej przyczepie obok parterowego domu, umawiać trzeba się telefonicznie” – pisze w tygodniku Wojciech Cieśla.

Bohaterki jego reportażu to specjalistki, które mają pomagać w niewytłumaczalnych chorobach. Cytowany przez dziennikarza antropolog kultury Tomasz Sulima mówi, że do niedawna pełniły funkcję znachora, który schorzenia przezwyciężał przede wszystkim siłą sugestii. „Dziś szeptucha to ktoś, kto modlitwą pośredniczy między chorym a Bogiem. Jeśli przychodzą do nich regularnie pacjenci, to pewnie widzą jakieś efekty” – stwierdza.

Jak wygląda takie pośrednictwo? Jedna z szeptuch, którą odwiedził Cieśla, to Anastazja z Czeremchy. Ponoć pomaga i na bóle, i na gorączkę, i na wiatry. Ma 90 lat. W domu trzyma ksero z prawosławnymi modlitwami na konkretne choroby.

„NEWSWEEK”

– Co sprowadza? – stawia na stołku świeczkę, paczkę z ciastkami, zapałki i spodeczek. – Jak masz na imię? – pyta i kładzie mi ciepłą rękę na głowie. Modli się cicho, z przejęciem. Chwilami odrywa dłoń, kreśli znak krzyża. Modlitwa jest długa, śpiewna, monotonna. – Ale przeżegnaj się, przeżegnaj – napomina. Siadamy. Szeptucha zapala świecę. Wstaje, odmawia długą i szybką modlitwę, spluwa na trzy strony świata. Bierze nóż i oskrobuje świeczkę. Objaśnia, z jaką modlitwą i co trzeba robić, żeby żyć w zdrowiu.

Ta opowieść może śmieszyć, ale ludzie z Podlasia szanują takie kobiety. „Najmądrzejsze są te, które przestały miesiączkować. Po menopauzie” – komentuje dla „Newsweeka” Katarzyna Majak, artystka, która z nimi pracowała.

Z tamtejszymi szeptuchami wiąże się też tajemnicza historia sprzed kilku lat. W wypadku samochodowym pod Hajnówką zginął 38-letni ksiądz Tomasz. Rozbił się o drzewo, bo ktoś na szosie postawił… sedes. „Zanim w 2011 r. policja umorzyła dochodzenie, mieszkańcy Hajnówki i okolic sami ustalili, że w sprawę zamieszana jest jedna z szeptuch. Podobno jakaś kobieta chciała męża oduczyć pić. Poszła więc do szeptuchy, a ta poradziła, żeby na drodze postawić sedes z wódką” – pisze Cieśla.

M.in. ze względu na takie kontrowersje Kościół prawosławny odżegnuje się od szeptania, choć szeptuchy posługują się przecież prawosławnymi modlitwami. „Wiedźmy to, jak sama nazwa wskazuje, kobiety mądre. Te, które wiedzą. Posiadają także wiedzę opartą na intuicji i czerpaną z kontaktu z naturą. Ich obrzędy, choć związane z prawosławiem, zahaczają o pogaństwo” – stwierdza Katarzyna Majak.

Źródło: „Newsweek”

naTemat.pl

Wybory 2014. Proboszcz podczas mszy „podpowiadał”, na kogo głosować

bs, 30.11.2014

Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta

WYBORY 2014. Trwa II tura wyborów samorządowych. W całym kraju Komenda Główna Policji odnotowała ponad 100 incydentów związanych z naruszeniem trwającej ciszy wyborczej. W znanej z eurosceptycznych nastrojów wsi Godziszów niedaleko Janowa Lubelskiego proboszcz sugerował wiernym, na kogo głosować
W 78 gminach Lubelszczyzny w niedzielę odbywa się dogrywka, która zadecyduje o tym, kto przez następne cztery lata zostanie prezydentem, burmistrzem lub wójtemDo naruszenia ciszy wyborczej doszło w Godziszowie, niedaleko Janowa Lubelskiego. – Tamtejszy proboszcz podczas mszy świętej sugerował wiernym, na kogo powinni oddać swoje głosy. Zgłoszenie w tej sprawie złożyła kobieta, która uczestniczyła we mszy. Poza tym jednym incydentem wybory przebiegają spokojnie – informuje Janusz Wójtowicz z Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie.”Sugestia” dotyczyła kandydata na wójta.Godziszów jest znany przede wszystkim z wyników referendum akcesyjnego w 2003 roku. W całej Polsce za przyłączeniem do Unii Europejskiej było 77,45 proc. uczestników referendum. W niespełna siedmiotysięcznej gminie w powiecie janowskim 3082 uprawnionych do głosowania było przeciw zjednoczeniu. Aż 88 proc. wyborców. To był rekord w skali kraju. – Sytuacja wsi jest tragiczna. Żaden rząd nie potrafił jej zmienić, to i Unia nie pomoże – mówili nam wtedy mieszkańcy.Z kolei w wyborach prezydenckich w 2010 r. w Godziszowie padł rekord frekwencyjny na Lubelszczyźnie. Do urn poszło 74,63 proc. uprawnionych. Zdecydowanie wygrał tam wtedy Jarosław Kaczyński, zdobywając przeszło 84 proc. kresek, ale prezydentem RP został Bronisław Komorowski.

lublin.gazeta.pl

Wardęga uśmiercony. Kto i dlaczego to zrobił?

Justyna Suchecka, 30.11.2014
Artykuł o śmierci Wardęgi na portalu Wawa-info.pl

Artykuł o śmierci Wardęgi na portalu Wawa-info.pl (Fot. Wawa-info.pl)

Informacja (fałszywa) o tragicznej śmierci popularnego youtubera Sylwestra Wardęgi od kilkunastu godzin krąży w sieci. I wcale nie chodzi o makabryczny dowcip. Internauci, którzy chcieliby poznać okoliczności (rzekomej) śmierci, nagranej (rzekomo) przez kamerę, powinni – (rzekomo) dla bezpieczeństwa – podać swój numer telefonu. I to jest właśnie to, na co polują scamerzy.
Scamerzy, którzy próbują wyłudzić informacje od internautów, nie mają żadnych skrupułów. „Z przykrością informujemy, iż dnia 29 listopada o godz. 22.18 zginął znany wszystkim youtuber Sylwester Adam Wardęga” – zaczyna się nieprawdziwa informacja na stronie głównej serwisu wawa-info.pl.Nad nią czarno-białe zdjęcie vlogera, opatrzone czarną, żałobną wstążkę. Adres strony do złudzenia przypomina domenę serwisów informacyjnych. Na stronie wyświetlają się banery reklamowe, znajdziemy też zakładki do informacji z różnych dziedzin dotyczących stolicy. Adres uwiarygodniają też fałszywe komentarze, przypominające te z Facebooka.Ten straszny film, po którym ludzie płaczą, nie istniejeWiele osób nabrało się na informację serwisu o rzekomym tragicznym wypadku Wardęgi. I zwykle, nieświadomi fałszu, kolportują tę informację dalej. Przeczytali w niej, że „do śmierci mężczyzny doszło w centrum Warszawy podczas nagrywania nowego filmu na YouTube”. Tragiczne wydarzenie miało mieć miejsce w sobotę i zostać zarejestrowane przez kamery. I na to dają się nabrać internauci.By zobaczyć film z sobotniej nocy, powinni podać swój numer telefonu.Internauci, którzy numer podali przekonują się, że taki film w ogóle nie istnieje.Nie dajcie się zatem nabrać komentarzom, których autorzy twierdzą, że numer telefonu należy podać tylko dla bezpieczeństwa. A także osobom, które rzekomo widziały nagranie i piszą np.: „Po co ja włączałam to wideo, teraz chce mi się płakać, straszny widok. Wyrazy współczucia dla rodziny”. Nie istnieją ani takie osoby, ani wideo.Za wszystkim stoją tylko scamerzy wyłudzający dane od internautów. Po co? Scenariusze są różne. Jedni je sprzedają, inni wykorzystują do rozsyłania reklam, a jeszcze inni np. SMS-ów, za których odbieranie (!) płaci się zwykle kilkanaście złotych. Często równie kosztowny jest SMS, który ma odblokować dostęp do fikcyjnego materiału.

Na co chcą was naciągnąć tym razem?

Jeśli zjedziecie na dół strony wawa-info.pl zobaczycie informacje małym drukiem o tym, że znajdujecie się w serwisie, który jest „usługą subskrypcyjną”. Jeśli zaakceptujecie regulamin (a wielu internautów ich nie czyta) i podacie swój numer telefonu dostaniecie kod PIN. Ten SMS będzie jeszcze darmowy. Ale za pomocą PINu uruchomicie płatną usługę – będziecie dwa razy w tygodniu we wtorki i piątki ok. godz. 10 otrzymywać płatne SMSy.

Jakie? „Wiadomości będą zawierały cytaty motywacyjne .Koszt za każdy SMS przychodzący to 4,92 zł z VAT.” Na koniec dowiecie się jeszcze, że „strona ma charakter rozrywkowy, informacje podane w serwisie niekoniecznie są prawdziwe.”

Pomysły scamerów: rosyjska armia pod Warszawą, lekcje w sobotę i dużo seksu

Sylwester Wardęga w łatwy sposób przyciąga uwagę intenautów, szczególnie po międzynarodowym rozgłosie, który przyniósł mu film o Spider Dogu (wyświetlono go już 111 mln razy). Dziś na Facebooku ma 1,4 mln fanów, a na YouTubie jego filmy wyświetlono łącznie ponad 393 mln razy. Vloger przez cały niedzielny poranek zasypywany był pytaniami od przestraszonych fanów, czy wszystko z nim w porządku.

Ostatnio w podobny sposób scamerzy próbowali zarobić na tragicznej śmierci Anny Przybylskiej. Podawali wówczas fałszywą informacje o rzekomym pożegnalnym filmie nakręconym przez aktorkę.

Ale scamerzy żerują nie tyle na popularności pewnych osób, co na naiwności i nieuwadze innych. Zawsze działają tak samo – wybierają temat, który wzbudza olbrzymie zainteresowanie – „pokazują” wypadki w okolicy („pięć osób zginęło w wypadku karuzeli”), seksualne ekscesy albo straszą tym, że „gimnazjaliści będą musieli powtórzyć egzamin”.

Tylko w ostatnich tygodniach oszukiwali internautów, podając informacje o tym, że minister edukacji chce, by lekcje odbywały się w soboty, rosyjska armia jest już pod Warszawą, a w Poznaniu zarejestrowano przypadki zarażenia ebolą.

Uważaj, w co klikasz, nabrać się łatwo

Mechanizm, którym posługują się scamerzy, też jest zwykle podobny. Nieprawdziwe informacje rozprzestrzeniają się w portalach społecznościowych jak wirus, bo ciekawscy i nieostrożni internauci poprzez kliknięcie w link udostępniają go na swoich tablicach np. na Facebooku, tym samym dzielą się nim ze swoimi znajomymi. Po kliknięciu w link do złudzenia przypominający serwis informacyjny, zostajemy przekierowani na kolejne strony, które próbują wyłudzić od nas dane osobowe, numer telefonu lub pieniądze.

Zobacz także

wyborcza.pl

SN: dziennikarz może użyć tajnych dokumentów do artykułu

SN: dziennikarz może użyć tajnych dokumentów do artykułu

Foto: Przemysław Jahr / Wikimedia Commons – Praca własna

Nie jest bezprawnym działaniem dziennikarza obrona uzasadnionego interesu społecznego i napisanie artykułu krytycznego na podstawie wiarygodnych dokumentów, choćby nawet były opatrzone klauzulą tajności – stwierdził Sąd Najwyższy rozstrzygając spór między spółką Agora a SKOK-ami.

Kasa Krajowa Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych im. Stefczyka dopatrzyła się w artykułach Macieja Samcika z „Gazety Wyborczej” treści naruszających ich dobre imię. Chodziło o trzy artykuły, które ukazały się w „Gazecie” 3 i 5 listopada 2010 roku oraz 9 grudnia 2010 r. , w których autor pisał o niejasności i niejawności finansów kas, obniżaniu odpisów na kredyty przeterminowane oraz postulował objęcie kontrolą państwa tego typu aktywności finansowej.

Materiał nierzetelny

SKOK-i zażądały od dziennika i wydawcy (Agora) opublikowania sprostowania, przeprosin i wpłacenia 50 tys. zł na rzecz organizacji charytatywnej. Zdaniem strony powodowej red. Maciej Samcik naruszył zasady rzetelności dziennikarskiej, napisał nieprawdę i posłużył się tajnymi dokumentami z kontroli skarbowej SKOK-ów, zdobytymi bezprawnie. Dotykały one tak ważnych dla Kas problemów, jak prawidłowe prowadzenie ksiąg rachunkowych, bezpieczeństwo depozytów obywateli czy kondycji finansowej SKOK.

Gazeta opublikowała wyjaśnienia Kas, lecz autor przyznał się tylko do jednego błędu i przeprosił.

SKOK-i złożyły powództwo w Sądzie Okręgowym w Gdańsku, a sąd 2 sierpnia 2012 r. oddalił powództwo. Uznał bowiem, że pozwany zabierał głos w debacie publicznej, w istotnych dla społeczeństwa sprawach, analizując kondycję finansową kas  i działając w interesie publicznym. Sąd stwierdził zasadność przedstawionych przez dziennikarza ocen.

Sąd uznał, że dobra strony powodowej zostały naruszone tylko w jednym artykule, ale pozwany ją za to przeprosił.

Nie było naruszenia prawa

Sąd Apelacyjny w Gdańsku 7 czerwca 2013 r. oddalił apelację SKOK. Wskazał, ze w myśl art. 306 i art. 294 par. 4 Ordynacji podatkowej do przestrzegania tajemnicy skarbowej zobowiązane są wyłącznie urzędnicy, a wiec zachowanie dziennikarza, który ujawnił dokumenty było bezkarne.  Pozwany w trakcie weryfikacji uzyskanych informacji kontaktował się z rzecznikiem prasowym SKOK i to w ocenie sądu odwoławczego świadczy  o rzetelności redaktora ( nie naruszył wiec art. 12 prawa prasowego).

 

Skargę kasacyjną wniósł pełnomocnik SKOK – radca prawny Marek Kowalski, który twierdził, że sąd błędnie pojmuje zagadnienie wolności prasy. Dziennikarz – zdaniem skarżącej – dopuścił się paserstwa, czyli zdobył dane z urzędu skarbowego i skorzystał z nich osiągając korzyść osobistą i majątkową.

Sąd Najwyższy nie zgodził się z  tym poglądem i oddalił skargę.

Dziennikarz działał w interesie społecznym

Sąd Najwyższy stwierdził , że istotą sprawy jest fakt, że wszystkie informacje podane w artykułach  red. Samcika okazały się prawdziwe oraz że działał on w interesie publicznym.

Bez wątpienia w okresie wskazanym przez autora artykułu nastąpiło zaniżenie rezerw na kredyty przeterminowane.
– Brak staranności dziennikarza jest niesłuszny. Nie ma wątpliwości, że nie nawiązanie osobistego kontaktu przez Macieja Samcika z władzami spółki nie było działaniem niestarannym – stwierdziła sędzia Elżbieta Fijałkowska. – Umożliwienie wypowiedzi rzecznikowi Krajowej Kasy wystarczyło, a poza tym dziennikarz nie ma ustawowego obowiązku kontaktowania się z podmiotem, o którym pisze – dodała sędzia.

Sąd zwrócił uwagę, że artykuł był oparty na dokumencie p.t. Sprawozdanie z kontroli prawidłowości rozliczeń SKOK z budżetem państwa  z tytułu podatku dochodowego, opatrzonym klauzulą tajności.

Sąd uznał, że ten dokument powiązany ze sprawozdaniem biegłego rewidenta zawartym w „Przeglądzie Spółdzielczym” uzupełnia te informacje. Mówienie, że dziennikarz skorzystał bezprawnie z materiału objętego klauzulą tajności –  nie odpowiada prawdzie.

To nie był czyn zabroniony – dodała sędzia. Dziennikarz działał w obronie uzasadnionego interesu społecznego na podstawie wiarygodnych dokumentów, więc nie można stwierdzić bezprawności działania – podkreślił SN.

Finał sprawy

Warto zaznaczyć, że Maciej Samcik za cykl artykułów dotyczących SKOK-ów otrzymał, wspólnie z Bianką Mikołajewską z tygodnika „Polityka”, prestiżową nagrodę „Grand Press”. Artykułami tymi zwrócił uwagę opinii publicznej na stan finansów Kas i doprowadził do wprowadzenia ustawowej kontroli Kas przez KNF. W konsekwencji –  Komisja Nadzoru Finansowego 17 lipca br. skierowała do Sądu Rejonowego Gdańsk-Północ wniosek o upadłość SKOK Wspólnota z powodu braku perspektyw poprawy sytuacji Kasy. W lipcu Kasa Krajowa podała, że SKOK Wspólnota jest jedną z 55 Kas funkcjonujących na rynku usług finansowych w Polsce i jej sytuacja nie przekłada się na sytuację finansową pozostałych Kas. Obecnie prezes i wiceprezes SKOK Wołomin mają postawione przez prokuraturę  zarzuty za działanie w grupie przestępczej.Sygnatura akt IV CSK 174/14, wyrok z 27 listopada 2014 r.
Lex.pl

Obeserwator Konstytucyjny

Prokurator generalny Dominikany: Najważniejsze, żeby abp Wesołowski w końcu stanął przed sądem

WB, 30.11.2014
Akta

Akta (Fot. Tomasz Kamiński / Agencja Gazeta)

Prokurator Francisco Dominguez Brito przyleciał do Polski w związku ze śledztwem ws. księdza Wojciecha G., oskarżonego o molestowanie nieletnich m.in. na Dominikanie. Brito ma przedstawić polskiej prokuraturze dokumenty, które pomogą w prowadzeniu sprawy.
Prokurator generalny Dominikany po przylocie do Warszawy udzielił wywiadu reporterowi TVN24. Wizyta w Polsce jest związana ze sprawą Wojciecha G., wobec którego prokuratura skierowała do sądu akt oskarżenia. Brito mówił jednak również o abp. Józefie Wesołowskim, który jest sądzony w Watykanie w związku z oskarżeniami o pedofilię, której miał się dopuścić także na Dominikanie.Prokurator tłumaczył, że dominikańscy śledczy prawdopodobnie nie będą brali udziału w procesie księdza Wojciecha G. – Przed polskim sądem wystąpią polscy adwokaci reprezentujący pokrzywdzonych nieletnich z Dominikany. Jesteśmy z tego faktu zadowoleni i mam nadzieję, że rodziny ofiar też będą – mówił w rozmowie.

Jego zdaniem najlepszym rozwiązaniem byłoby postawienie Wojciecha G. i abp. Wesołowskiego przed sądem na Dominikanie. – Byłoby to naturalne ze względu na to, że właśnie w naszym kraju dopuścił się przestępstw – stwierdził i dodał, że nie jest to możliwe, bo Dominikana nie ma podpisanych umów ekstradycyjnych z Polską i Watykanem.

Śledztwo Watykanu

Z informacji, jakie przekazano prokuratorowi generalnemu Dominikany, wynika, że Józefowi Wesołowskiemu ograniczono swobodę poruszania się i „ma być jeszcze bardziej ograniczana”. – Dla nas najważniejsze jest to, żeby stanął w końcu przed sądem, tak jak ks. Wojciech G., ponieważ mówimy o skrzywdzeniu nieletnich przez osoby, w których pokłada się szczególne zaufanie. Oni tego zaufania nadużyli, co jest niedopuszczalne – mówił w wywiadzie Brito.

W sprawie byłego nuncjusza apostolskiego prokuratura jest w stałym kontakcie z Watykanem, a Francisco Dominguez Brito ma zaplanowaną podróż do Rzymu w przyszłym tygodniu. Prokuratorowi zostaną przedstawione wyniki prowadzonego przez Watykan śledztwa.

Gazeta.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: