Wybory (22.10.2015)

 

O. Rydzyk w Krakowie o strasznych siłach i ratowaniu Polski

Małgorzata Skowrońska, 22.10.2015
Sanktuarium Jana Pawła II w Krakowie: msza św. koncelebrowana przez o. Tadeusza Rydzyka

Sanktuarium Jana Pawła II w Krakowie: msza św. koncelebrowana przez o. Tadeusza Rydzyka (MICHAŁ ŁEPECKI)

Kościół katolicki 22 października wspomina św. Jana Pawła II. Uroczystości odpustowe w sanktuarium przy Centrum „Nie lękajcie się!” zaczęły się już w niedzielę, ale ich kulminacja przypadła na czwartek. Południowej mszy św. przewodniczył redemptorysta, o. Tadeusz Rydzyk.
Głównym punktem czwartkowej uroczystości będzie suma o godz. 17, którą odprawi metropolita krakowski, kard. Stanisław Dziwisz. Po mszy św. z sanktuarium do ogrodu różańcowego wyruszy Procesja Światła z relikwiami Jana Pawła II, w czasie której odmawiane są tajemnice światła różańca świętego. Po niej, o godz. 20.15, w kościele górnym zostanie zaprezentowana światowa premiera orkiestrowej wersji mszy F-dur księcia Józefa Poniatowskiego.

Trzeba uratować Polskę

Jednym z zaproszonych na uroczystości księży był właśnie dyrektor Radia Maryja, o. Tadeusz Rydzyk. W południe koncelebrował mszę św. z kilkunastoma duchownymi. Uczestniczyło w niej ok. 2 tys. osób. Pojawili się słuchacze i widzowie mediów redemptorysty, z m.in. Nowego Sącza, Bochni, Limanowej, Tychów i Krakowa.

Czego się dowiedzieli? Z kazania, które wygłosił szef toruńskiej rozgłośni, wybrzmiała diagnoza sytuacji społecznej w Polsce i zagrożeń, przed którymi trzeba się bronić. – Idzie na nas straszne. Jaka ideologia idzie do Polski? Mówią: genderyzm, nowa lewica, ale to jest walka z rodziną. To, co idzie na nas, jest straszne. Jeżeli się temu nie przeciwstawimy, już po Polsce. Trzeba uratować Polskę. Ratując Polskę, ratujemy cywilizację chrześcijańską – wołał duchowny i sypał przykładami działania „wrogich sił”.

Oto w jednym z krajów europejskich (o. Rydzyk nie podał którym, podobnie jak nie wyjaśnił, na jakie badania się powołuje) 50 proc. młodzieży nie potrafi określić, czy jest kobietą, czy mężczyzną. – To dramat! Tak im wyprali mózgi. Ojciec Święty wyraźnie mówił, że na świecie istnieją centrale antyewangelizacyjne. Szatan jest bardzo zorganizowany, a jak się nazywa, to już bez znaczenia – mówi ojciec dyrektor.

Dostało się też rządowi i Sejmowi za wprowadzenie pigułki „dzień po” dostępnej dla 15-latek i minister edukacji, która – zdaniem duchownego – wpuściła do szkoły organizacje „deprawujące i seksualizujące dzieci”.

O. Rydzyk odniósł się też do zarzutu partii lewicowych, że Kościół chce państwa wyznaniowego. – A ma być republika bolszewicka, ateistyczna, gangsterska czy złodziejska? – pytał.

Dobrze wybierzcie

O. Rydzyk tłumaczył też, dlaczego nie będzie obecny na głównych dzisiejszych uroczystościach odpustowych o godzinie 17. Zgromadzonym w świątyni zakomunikował, że musi być w radiu, bo będzie miał gości. – Wiecie, jak ona się nazywa. Kopacz? – ironizował. – Szydło! – odkrzyczał tłum. I dostał polecenie pójścia na wybory. – Idźcie na wybory. I innych zabierzcie. Tylko dobrze wybierzcie – pouczał.

Wyraźnie zadowolony z obecności w krakowskim sanktuarium duchowny zaczął wspominać swoje spotkania z Janem Pawłem II i pięć pielgrzymek słuchaczy toruńskiego radia do Watykanu. – Gdyby nie Ojciec Święty, tego radia by chyba nie było. Może kiedyś trzeba to będzie napisać. A tak ujadali, że szkodzimy Kościołowi, nawet tacy w koloratkach. Gorszyć się? Dziwić? Nie – mówił o. Rydzyk. Przy okazji dostało się mediom: telewizja kłamie, a dziennikarze to „funkcjonariusze kłamstwa”.

krakow.wyborcza.pl

Tusk: Straciliśmy zdolność do ochrony granic UE. Zakończmy ten haniebny spór

kb, pap, 22.10.2015
Donald Tusk ogłosił, że Unia straciła zdolność ochrony swoich granic

Donald Tusk ogłosił, że Unia straciła zdolność ochrony swoich granic (FRANCOIS LENOIR / REUTERS / REUTERS)

UE straciła zdolność do ochrony swoich granic – ocenił przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk w czwartkowym wystąpieniu na kongresie europejskiej centroprawicy w Madrycie. Zaapelował też o zakończenie „haniebnego sporu” o podział uchodźców.
Zdaniem Tuska przywrócenie porządku na zewnętrznych granicach Unii jest obecnie najważniejszym zadaniem rządzących. – Solidarność wymaga siły i skuteczności. Jeśli chcecie pomóc innym, to musicie być w stanie pomóc sobie i swoim bliskim. Europa, która będzie naiwna, bezradna i niezorganizowana, nie zdoła być solidarna na dłuższą metę. Musimy natychmiast skończyć z tą niepotrzebną kłótnią między zwolennikami ochrony granic a adwokatami solidarności i otwartości – powiedział Tusk na spotkaniu Europejskiej Partii Ludowej, która zrzesza 75 centroprawicowych ugrupowań z 40 krajów Europy.

Tusk: Nasz cel? Obrona Europy przed prawicowymi ekstremistami

Dodał, że potrzebne jest powiązanie obu tych sposobów myślenia. – Nie możemy dłużej udawać, że wielki napływ migrantów to coś, czego chcemy, i że prowadzimy przemyślaną politykę otwartych granic. Prawda jest inna: straciliśmy naszą zdolność do ochrony granic i w tym kontekście nasza otwartość nie jest naszym wyborem, ale dowodem słabości – ocenił.

Ale zastrzegł, że nie można poddać się populizmowi i ksenofobii, bo naszym celem powinna być obrona Europy przed prawicowymi ekstremistami, a nie upodobnienie się do nich.

W ocenie szefa RE „wspólna odpowiedzialność za granice pozwoli na solidarność między krajami Unii i zakończenie tego haniebnego sporu o relokację” uchodźców.

Merkel: Jesteśmy przecież wystarczająco silni

Niemiecka kanclerz Angela Merkel także opowiedziała się za wzmocnieniem ochrony granic oraz stworzeniem europejskich służb ochrony granic. Jednocześnie powtórzyła swój apel o sprawiedliwy podział między kraje UE ciężarów związanych z napływem uchodźców. – Musimy podzielić się obciążeniami – powiedziała. – Jeśli będziemy solidarni, uda nam się sprostać wyzwaniu. Jesteśmy wystarczająco silni. Merkel przyznała, że UE jest podzielona w tej sprawie i „wymaga to jeszcze trochę dyskusji”.

Niemcy opowiadają się za utworzeniem stałego unijnego mechanizmu podziału uchodźców między kraje UE, wzorowanego na dotychczasowych dwóch nadzwyczajnych programach relokacji w sumie 160 tysięcy uchodźców docierających do Grecji i Włoch. Prawie połowa państw UE, w tym Polska, sprzeciwia się takiemu obowiązkowemu mechanizmowi.

Orban: Europa jest obecnie bogata i słaba

Z kolei premier Węgier Viktor Orban wzywał polityków, by skończyli z hipokryzją w sprawie kryzysu migracyjnego i przekonywaniem, że podejmowane działania są odpowiedzią na nadzwyczajną sytuację. – Musimy zebrać się na odwagę, odrzucić polityczną poprawność i rozpocząć wielką debatę na temat naszych zamiarów, ale bez hipokryzji. Co myślimy o naszym dziedzictwie cywilizacyjnym? Czy zmiana wzorców kulturowych może być narzucana z zewnątrz? Czy zgadzamy się na równoległe społeczeństwa? Albo czy bronimy naszego tolerancyjnego sposobu życia i praworządności? – mówił Orban.

– Europa jest obecnie bogata i słaba. To bardzo niebezpieczne połączenie – dodał.

Kryzys migracyjny zdominował dwudniowy kongres Europejskiej Partii Ludowej, który zakończył się w czwartek wieczorem.

Zobacz także

straciliśmyZdolność

wyborcza.pl

„Studio Wyborczej. Sprawdzam”: Grochal rozmawia ze Smolarem o rozliczeniu Smoleńska, szansach lewicy i stawce najbliższych wyborów

RENATA GROCHAL, ALEKSANDER SMOLAR; ZDJĘCIA I MONTAŻ: JAROSŁAW TOKARSKI, KINGA KENIG, DOROTA HALICKA, 22.10.2015http://www.gazeta.tv/plej/19,148673,19071449,video.html?embed=0&autoplay=1

– Dla Jarosława Kaczyńskiego, moim zdaniem, problem Smoleńska to podstawowa sprawa. I jeśli on mówi, że nie będzie rewanżu, należy z pewnym dystansem odnosić się do tych słów – zaznacza Aleksander Smolar w rozmowie z Renatą Grochal w ‚Studiu Wyborczej. Sprawdzam’.

Według prezesa Fundacji Batorego, Aleksandra Smolara, problem Smoleńska i problem upamiętnienia Lecha Kaczyńskiego niewątpliwie nasili się po wyborach parlamentarnych: – Będziemy mieli nazywane ulice, place, będą budowane pomniki i będziemy mieli elementy rewanżu, to nie ulega wątpliwości – zaznacza gość ‚Studia Wyborczej. Sprawdzam’. Jego zdaniem zapowiedzi Jarosława Kaczyńskiego z konwencji w Warszawie, podczas której mówił ‚musimy zapomnieć o odwecie’, należy traktować z dużym dystansem. Prawo i Sprawiedliwość ma zdaniem Smolara duży problem. – Ten problem ma imię i nazwisko: Donald Tusk. Oni naprawdę chcieliby postawić przed Trybunałem Stanu wielu ludzi, którzy odpowiadali za rządy w ciągu 8 lat. Postawienie Tuska oznaczałoby zantagonizowanie całej Europy, a tu PiS czegoś się nauczył. Aleksander Smolar podkreśla również, jak duża jest stawka tych wyborów. Uważa, że Polacy stoją w obliczu wyboru, który może być dramatyczny. – Choć ja nie lubię języka, w którym traktuje się PiS jako partię autorytarną, to jednak jest to partia, która od początku hołduje projektowi demokracji nieliberalnej. Tzn. demokracji, w której sam proces polityczny nie jest ograniczony przez czynniki liberalne. Innymi słowy to jest koncepcja, w której zwycięzca bierze wszystko. W ‚Studio Wyborczej. Sprawdzam’ Aleksander Smolar ocenił również ostatnie debaty i zaznaczył, że mogą one jeszcze wiele zmienić w wynikach wyborów, zwłaszcza jeśli chodzi o małe partie. Smolar za zwycięzcę debaty uważa Adriana Zandberga, który jego zdaniem może być znakiem tego, że polska lewica idzie w dobrym kierunku i że następuje pewna zmiana pokoleniowa.

W ramach ‚Studia Wyborczej. Sprawdzam’ redaktorzy ‚Gazety Wyborczej’ wspólnie z gośćmi omawiają szczegóły toczącej się i nabierającej tempa kampanii wyborczej. Wyborcza.pl zaprasza internautów do oglądania kolejnych odcinków programu. Tomasz Prusek, Dominika Wielowieyska, Agnieszka Kublik, Renata Grochal i Paweł Wroński z redakcji ‚Gazety Wyborczej’ rozmawiają w nich z zaproszonymi gośćmi na gorące i bieżące tematy. Kolejne wydania będą emitowane na żywo poprzez aplikację Periscope na Twitterze o godz. 17.30, jak również będą publikowane w serwisie Wyborcza.pl.

Obejrzyj pozostałe odcinki ‚Studia Wyborczej. Sprawdzam’

BedzieRozliczenieSmoleńska

wyborcza.pl

 

WAŁĘSA: Zanim oddacie głos

22.10.2015

Nie zamierzam w tym miejscu namawiać Państwa do określonego wyboru politycznego. Celowo nie wymieniam ani jednej nazwy partii politycznej. Chcę jedynie zaapelować, żeby przed podjęciem decyzji uwzględnili Państwo kilka istotnych – moim zdaniem – kryteriów oceny

Po pierwsze, gospodarka. 25 października będziecie Państwo wybierać nie tylko posłów, posłanki i senatorów, ale także ich poglądy na gospodarkę. Różnice między poszczególnymi ugrupowaniami są duże. Oceniając każdą propozycję i obietnicę, warto przyjrzeć się metce z ceną.

Bo że taka cena jest, to pewne. Podniesienie kwoty wolnej od podatku do ośmiu tysięcy złotych to uszczuplenie dochodów budżetu państwa o około siedem miliardów złotych. Skorzystają na tym tylko osoby najlepiej zarabiające, stracą wszyscy.

Obietnica pięciuset złotych na każde drugie i kolejne dziecko – to ponad 22 miliardy złotych. Przywrócenie poprzedniego wieku emerytalnego – to dodatkowe obciążenie dla finansów publicznych rzędu 26 miliardów złotych już w 2018 roku! I, na dokładkę, głodowe emerytury w przyszłości, w przypadku kobiet niższe nawet o 70 proc.

Warto też pamiętać o obietnicy „dodrukowania” przez Narodowy Bank Polski dodatkowych 350 miliardów złotych, by urzeczywistnić obiecywany przed wyborami ponad bilionowy „program inwestycyjny”. Raz, że łamie to konstytucyjną zasadę niezależności banku centralnego, dwa, że rodzi niespotykane wcześniej ryzyko wybuchu inflacji.

W gospodarce nie ma darmowych obiadów. Można obiecywać „uproszczenie podatków” i wprowadzenie jednej, 16-procentowej stawki PIT, CIT i VAT – ale trzeba pamiętać, że to oznacza podwyżkę podatków (tak, podwyżkę!) dla tych rodzin z dziećmi, które zarabiają przeciętną płacę. Nie do wiary? A jednak. Liniowy PIT oznacza likwidację ulg na dzieci, dzięki którym takie rodziny dziś PIT-u nie płacą wcale lub prawie wcale. Z kolei liniowy 16-procentowy VAT na pewno spodoba się osobom planującym zakup nowego mercedesa, ale będzie dość przerażająca wiadomością dla tych rodzin, które relatywnie najwięcej pieniędzy ze swojego budżetu wydają na żywność.

Oczywiście obietnica jednolitego podatku, powiązanego z jednolitym kontraktem o pracę – zgłaszana przez jedno z ugrupowań politycznych – także ma swój koszt. Ale jest to koszt 10 miliardów złotych. Wciąż znaczący, ale nieporównywalny z bilionami i setkami miliardów z innych programów.

Po drugie, wizja i organizacja państwa. 25 października będziecie wybierać Państwo nie tylko partie polityczne, ale także ich pomysł na organizację państwa, ustroju politycznego i – w dużym stopniu – także stosunków społecznych.

Tu także podejmowane decyzje będą miały koszt, być może nie zawsze dający się zmierzyć w pieniądzach – ale potencjalnie dotkliwy.

Jedna z partii startujących w wyborach miała uporządkowaną wizję państwa, że przedstawiła ją nie tylko w programie wyborczym, ale także w projekcie nowej konstytucji. Nie znajdziecie Państwo w tym projekcie zapisu o równości kobiet i mężczyzn (a taki zapis jest w art. 33 obecnie obowiązującej Konstytucji RP). Znajdziecie natomiast zamach na niezależność sędziów (prezydent będzie mógł „składać z urzędu” tych sędziów, których, tu cytat, „dotychczasowe postępowanie świadczy o niezdolności lub braku woli rzetelnego sprawowania urzędu”). Znajdziecie też zapisy wykluczające możliwość wprowadzenia związków partnerskich oraz zrywające kompromis aborcyjny, jaki udało się przez lata w Polsce utrzymać.

Inne propozycje, składane przez inne ugrupowania, mogą się wydawać dalece mniej groźne – choć w rzeczywistości będą rodzić przykre konsekwencje. Oto bowiem w programie jednej z partii pojawia się obietnica dalszego „uelastycznienia rynku pracy”. Tłumacząc na prosty język: to oznaczałoby jeszcze więcej „śmieciowych” umów o pracę, dalsze ograniczanie przywilejów pracowniczych (płatne urlopy, płatne zwolnienia lekarskie) i, długofalowo, jeszcze gorsza sytuacja systemu emerytalnego. „Uelastycznienie rynku pracy” dobrze brzmi na papierze, w praktyce oznacza społeczną degradację setek tysięcy pracowników.

Alternatywa jest możliwa. Uważny wyborca znajdzie partię polityczną, która proponuje więcej praw pracowniczych nie mniej, jednocześnie nie strasząc przedsiębiorców natychmiastowym zrujnowaniem ich biznesów. Tak samo znajdzie ugrupowanie polityczne, które nie zapowiada radykalnych zmian w kwestiach światopoglądowych, nie zapowiada pospiesznego „odkręcania” reform. I które chce bronić dotychczas zawartych kompromisów społecznych, krok po kroku wzmacniając świeckość państwa i przyjazny, ale jednak stanowczy rozdział kościołów od instytucji państwa. Także na polu finansowym.

Jest czymś naturalnym w demokracji, że wyborcy mogą chcieć zmiany politycznej, zwłaszcza w sytuacji gdy jedno z ugrupowań rządziło długo. I to jeszcze w czasach światowego kryzysu gospodarczego, wymuszającego podejmowanie mało popularnych decyzji. Już sama wizja zmiany, jakiejkolwiek zmiany, może wywołać pozytywne emocje. Zanim jednak tym emocjom się poddamy, powinniśmy pamiętać, że emocje ze swej natury są krótkotrwałe. Przychodzą i odchodzą. Natomiast efekty błędów w polityce społecznej i gospodarczej zostają z nami na lata, niekiedy nawet dziesięciolecia. Zmiana jest dobra tylko wtedy, gdy mamy pewność, że jest to zmiana na lepsze. A o tym co jest lepsze warto decydować nie pod wpływem emocji, ale chłodnej kalkulacji.

*Jarosław Wałęsa – dyrektor Instytutu Obywatelskiego, poseł PO do Parlamentu Europejskiego

Tekst opublikowany na: instytutobywatelski.pl

 

TOK FM

Ryszard Petru: Koalicja wszyscy przeciw PiS? Stawiam cztery warunki

rozmawiał Michał Wilgocki, 22.10.2015

Ryszard Petru

Ryszard Petru (Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta)

– Wolność gospodarcza, proste i niskie podatki, państwo neutralne światopoglądowo, ale przyjazne Kościołowi i proeuropejski kurs – takie warunki stawia Ryszard Petru ewentualnej powyborczej koalicji wszystkich przeciw PiS.

Michał Wilgocki: Telewizja Republika opublikowała kolejną porcję podsłuchów kelnerów – tym razem z udziałem Jana Kulczyka, Piotra Wawrzynowicza, Radosława Sikorskiego i Krzysztofa Kwiatkowskiego. Jak pan ocenia fakt, że taśma wypływa tuż przed wyborami?

Ryszard Petru, założyciel partii Nowoczesna: – To, co jest na taśmach, bardzo źle świadczy o obozie władzy. Z drugiej strony – ci, którzy podsłuchują i dysponują podsłuchami, kierują się metodą polityki haków. Tego typu publikacje są na rękę Prawu i Sprawiedliwości, a emitują je prawicowe kanały. Tak dziś wygląda w Polsce polityka – jedni się kompromitują w rozmowach, drudzy je nagrywają i publikują. To obrzydliwa forma sporu o Polskę, która nie dotyczy meritum.

Co pan zrobi w sprawie afery podsłuchowej, jeżeli zostanie posłem?

– Trzeba szybko wyjaśnić, dlaczego rozmawiano o sprawach państwowych poza gabinetami. Nie może być tak, że w Polsce każdy może każdego posłuchać, gdy rozmawia o sprawach istotnych dla państwa. To świadczyłoby o tym, że obce wywiady wiedzą o nas jeszcze więcej, niż nam się wydaje i wszystko mają nagrane. Jestem bardziej przerażony poziomem sporu między PO a PiS-em.

Pan protestował przeciwko nierównemu traktowaniu przez TVP, która najpierw zorganizowała debatę tylko PO i PiS. Ale obie debaty – zarówno Kopacz-Szydło, jak i z udziałem wszystkich komitetów – pokazały, że duopol w Polsce powoli się wyczerpuje i że mniejsze komitety mają dużo ciekawego do zaoferowania. Warto było protestować?

– Pamiętajmy o tym, że niektórzy widzowie mogli nie oglądać drugiej debaty. W poniedziałek każda z kandydatek miała po 35 minut, u nas każdy zaledwie po 9. Ta pierwsza debata miała sugerować, że są główni rozgrywający i pozostali – to jest nie fair. Dobrze, że obie panie pokazały się w telewizji także drugiego dnia, ale z punktu widzenia demokracji stało się coś niedobrego.

Wielu ludzi, którzy nie chcą już głosować na PO, mówi, że waha się między Nowoczesną a partią Razem. Co by pan im powiedział?

– My podkreślamy potrzebę wolności gospodarczej, niższych podatków. Natomiast to, co robi partia Razem, to socjalizm w czystej postaci. Trochę w stylu tego, co było przed 1989 rokiem – rozdawnictwo i duży udział państwa w gospodarce. Z tego punktu widzenia nasze propozycje programowe są fundamentalnie różne. Widzę bardziej problem na lewicy. Zjednoczona Lewica będzie miała problem z Adrianem Zandbergiem i Razem, bo odwołują się do tego samego elektoratu.

Partia Razem ma rozbudowany program socjalny. Pan mówi o kontach socjalnych dla najbiedniejszych. Na czym polega ten pomysł?

– Upraszczając – pomoc społeczna byłaby dopasowana do potrzeb. Proponuję utworzenie kont dla najbiedniejszych, na które byłyby wypłacane pieniądze na podstawie informacji o ich potrzebach. Taki system funkcjonuje w Australii.

Barbara Nowacka zarzuca panu, że wprowadzając 16-procentowy VAT, uderzy pan w najbiedniejsze rodziny, które na jedzenie wydają dużą część rodzinnego budżetu. W „Kropce nad i” pokazywała paragon i udowadniała, że jeżeli VAT wzrośnie z 8 do 16 procent, to dla takiej rodziny oznacza to dodatkowy wydatek kilkudziesięciu złotych miesięcznie.

– Mówiłem o tym już podczas debaty – jednolita stawka VAT oznacza, że jedzenie będzie wyżej opodatkowane, ale np. benzyna – niżej. I to spowoduje obniżenie cen, a nie ich podwyżkę. Zakupy spożywcze też będą tańsze, bo producent mniej zapłaci za półprodukty czy transport.

Skąd pewność, że producent, który oszczędzi na benzynie czy produkcji obniży ceny, a nie zatrzyma nadwyżki?

– Obniżamy podatki na większość dóbr i usług. Koszty wytworzenia żywności wiec spadną. Dzięki obniżeniu i uśrednieniu składek życie nie będzie droższe, ale na pewno prostsze. Trzeba też pamiętać, że produkty, na które spadnie VAT z 23 proc. do 16 proc. stanowią dużą cześć wydatków przeciętnej rodziny. To ponad 400 zł oszczędności rocznie na osobę.

Jak pan rozwiąże kryzys mieszkaniowy?

– Można to zrobić bez dodatkowego zastrzyku pieniędzy ze skarbu państwa. Proponuję, żeby mieszkania na wynajem budowały firmy prywatne. W całej Europie jest to bardzo popularny biznes. Deweloperów nie trzeba będzie specjalnie do tego nakłaniać, trzeba tylko zmienić regulacje, które ich blokują. Po pierwsze, należy przyspieszyć amortyzację, co pozwoliłoby na szybszy wzrost dochodów z inwestycji. Po drugie – musi być ograniczona ochrona lokatorów. Tak, żeby nie dochodziło do sytuacji, że ludzie nie płacą czynszu i nie chcą się wyprowadzić.

W debacie nie wykluczał pan również, że Nowoczesna przystąpi do koalicji „kordonu sanitarnego” przeciw PiS. Ale pod warunkiem że takiej koalicji uda się ustalić minimum programowe. Pana warunki?

– Są cztery. Wolność gospodarcza, proste i niskie podatki, państwo neutralne światopoglądowo, ale przyjazne Kościołowi i proeuropejski kurs.

W układzie PO-ZL-Nowoczesna-PSL mogłoby się to udać.

– Mam wrażenie, że nie byłoby to łatwe.

Z powodu PO czy lewicy?

– Nie wiem, jaki naprawdę program ma Zjednoczona Lewica. W deklaracjach jest bardzo socjalna, ale nie wiem, czy ta lewica to jest pani Nowacka, czy Janusz Palikot, czy Leszek Miller.

petruKoalicja

wyborcza.pl

 

„PiS zabierze się za rozliczanie katastrofy smoleńskiej, będą mnożyli pomniki Lecha Kaczyńskiego. Oby nie doszło do zmian nazw miast”

Anna Siek, 22.10.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,103454,19062461,video.html?embed=0&autoplay=1
– Dramat z PiS polega na tym, że wszystko rozgrywa się w głowie jednego człowieka i od tego wszystko zależy. W 2005 roku Jarosław Kaczyński wziął do rządu liberałkę z PO, ale nie sądzę, żeby dziś PiS poszło drogą liberalizmu – ocenił prof. Aleksander Smolar. Zdaniem gościa TOK FM, jeśli PiS obejmie władzę, na pewno trzeba spodziewać się m.in. „skoku na media publiczne”.

 

– Oni tego nie mówią, ale zabiorą się za rozliczanie sprawy smoleńskiej. Nie mogą postawić przed sądem Donalda Tuska, na przeszkodzie stoi to, że pełni on ważną funkcję w UE. Ale szybko dojdą do tego, żeby postawić przed sądem np. Tomasza Arabskiego. Będą mnożyli pomniki poświęcone Lechowi Kaczyńskiemu, zmieniali nazwy ulic. Oby nie doszło do zmian nazw miast – mówi prof. Aleksander Smolar w TOK FM.

Jak podkreśla szef Fundacji Batorego, dla liderów PiS „to nie są igrzyska”. – Wiedzą, że jeśli chodzi o gospodarkę czy politykę zagraniczną, mają znacznie mniej do powiedzenia, do zaproponowania.

 

Zobacz także

 

 

TOK FM

Ostrzeżenie Jarosława Kaczyńskiego: Każdy, kto się nie sprawdza, może być odwołany

Jarosław Kaczyński podkreśla, że po wygraniu wyborów "o zemście nie może być mowy"
Jarosław Kaczyński podkreśla, że po wygraniu wyborów „o zemście nie może być mowy” Fot. Mikołaj Kuras / Agencja Gazeta

Podczas czwartkowej konwencji PiS Jarosław Kaczyński przedstawił członkom swojej partii zasady, według których należy sprawować władzę. Po wygraniu wyborów politycy PiS powinni m.in. odrzucić uzasadnioną niekiedy chęć dokonania zemsty. – Będziemy egzekwować prawo, dążyć do prawdy, ale o odwecie, o zemście nie może być mowy – podkreślił Kaczyński.

Przemawiając podczas konwencji PiS, Kaczyński zastrzegł, że niektóre osoby mają prawo do żywienia emocji skłaniających do przeprowadzenia odwetu, ponieważ zostały dotkliwie skrzywdzone. Niemniej „o zemście nie może być mowy”.

Najważniejszą z wymienionych przez prezesa PiS zasad jest zasada nominowania na stanowiska zgodnie z kompetencjami. – Nasze nominacje będą nominacjami na próbę. Każdy, kto się nie sprawdza, może być odwołany – oświadczył Kaczyński.

Były premier zaznaczył również, że sprawujący władzę muszą odznaczać się uczciwością. Ich podstawową motywacją do prowadzenia działalności publicznej nie może być zaś chęć zarabiania pieniędzy. Z tym wiąże się kolejna zasada – zasada odrzucania lobbistycznych nacisków. – O każdym takim akcie musimy informować władze Sejmu, władze klubu, instytucje rządowe – zaznaczył były premier.

Ponadto sprawujący władzę powinni być pracowici i sumienni. – Polska niech się bawi, ale ludzie władzy muszą pracować – oznajmił Kaczyński, który podkreślił jednocześnie kluczową rolę lojalności i zgodnej współpracy na rzecz osiągnięcia wspólnego celu, czyli pomyślności Polski.

– Musimy być drużyną, współpracować ze sobą. wiedzieć, że każdy powinien być na tym odcinku, na którym ma być najbardziej przydatny i że te miejsca mogą się zmieniać. Ktoś może być przydatny tu, a później gdzieś indziej – powiedział Kaczyński.

 

naTemat.pl

PiS rusza na państwo prawa

Jan Woleński, 22.10.2015

Jarosław Kaczyński na konwencji wyborczej PiS w Bydgoszczy

Jarosław Kaczyński na konwencji wyborczej PiS w Bydgoszczy (ARKADIUSZ WOJTASIEWICZ)

Perspektywa objęcia rządów przez PiS jest groźna z uwagi na to, że będzie się on karmić rewanżem na poprzedniej ekipie, i tylko tym. To będzie ta wielka zmiana

Należałoby właściwie powiedzieć, że PiS znowu rusza. Wszelako w latach 2005-07 był to atak w ramach ówczesnego systemu prawnego, który polegał na praktycznych przedsięwzięciach w rodzaju nielegalnych lub niezbyt legalnych prowokacji, natomiast obecny – na razie zapowiadany, ale mający być rychło wdrożony w wypadku zwycięstwa wyborczego PiS w dniu 25 października 2015 r. – jest, by tak rzec, wszechstronny.

Ma być gwarantowany stosownymi zmianami prawa z konstytucją włącznie. Nie jest zaskoczeniem. Jarosław Kaczyński wygłosił wykład w auli UJ w 2010 r. Jednym z punktów jego wywodów było wskazanie, że prawo niekiedy wymusza na administracji powstrzymanie się od pewnych działań, które byłyby wskazane w celu realizacji zasady sprawiedliwości. Kaczyński w gruncie rzeczy sformułował postulat decydowania przez urzędników niezależnie od przysługujących im kompetencji. Jest to jednak jaskrawo sprzeczne z fundamentalną zasadą państwa prawa powiadającą, że organ państwowy ma tyle kompetencji, ile mu przyznają przepisy prawne.

Co to jest państwo prawa

Państwo prawa może być scharakteryzowane przez (co najmniej) następujące postulaty:

a) działania państwa mają być oparte na koherentnym systemie prawa;

b) prawo ma strukturę hierarchiczną z konstytucją jako elementem najwyższym;

c) niższe akty prawne muszą być zgodne z wyższymi;

d) władza ustawodawcza, wykonawcza i sądownicza są rozdzielone;

e) ustawy wydawane są przez parlamenty, a inne akty prawne mają na celu wykonanie ustaw;

f) sądy są niezawisłe;

g) działania organów państwowych, przede wszystkim administracyjnych, podejmowane są na podstawie wyraźnie sformułowanych przepisów;

h) działania te są poddane kontroli, także sądowej (sądownictwo administracyjne, trybunały konstytucyjne);

i) obowiązuje zasada, że co nie jest zakazane, jest dozwolone;

j) prawo wyszczególnia i gwarantuje rozmaite wolności obywatelskie, stanowiące nieprzekraczalną granicę interwencji państwa w życie obywateli;

k) jeśli niezbędne są ograniczenia swobód, powinny być one ściśle przewidziane przez system prawny i traktowane jako wyjątki dopuszczalne tylko w stanie wyższej konieczności.

Postulaty te dzielą się na dwie grupy. Pierwsza (obejmująca punkty od a do h) formułuje wymagania wobec prawa i agend państwowych, natomiast druga (obejmująca trzy ostatnie punkty) dotyczy statusu obywateli we wspólnocie państwowej.

Powyższe zasady określają pewien model państwa prawa. Nie należy mieć, rzecz jasna, złudzeń, że wzorzec ten jest zrealizowany w stu procentach w jakimkolwiek kraju.

Niemniej jednak państwo prawa stało się normą w sporej części świata, przede wszystkim w Europie i Ameryce Północnej. Polska aspiruje do tego właśnie kręgu cywilizacyjnego. Nie znaczy to, że polska rzeczywistość związana z punktami a-k nie wymaga krytyki i ulepszeń. Jest wręcz przeciwnie i zapewne zawsze tak będzie. Notabene, wiele obecnych trafnych zastrzeżeń wobec funkcjonowania sądów ma u podstaw bezmyślną deregulację wymiaru sprawiedliwości autorstwa Jarosława Gowina, nowej gwiazdy PiS (teraz być może zaproponuje rozregulowanie armii).

Prawdziwe PiS-owskie państwo prawa

PiS nie zmierza jednak do ulepszenia stanu urzeczywistnienia państwa prawa w Polsce, ale do jego zastąpienia czymś zgoła innym, w znacznej mierze przeciwnym. Janusz Wojciechowski, jeden z aktywniejszych polityków tej partii, z zawodu sędzia, europoseł i być może przyszły minister sprawiedliwości, sformułował wizję sądownictwa w IV RP (wywiad dla „Gazety Wyborczej”, 17 lipca).

Ograniczając się do najogólniejszych punktów, Wojciechowski proponuje sprawiedliwość ludową i społeczną kontrolę nad wymiarem sprawiedliwości. Ma to się odbywać za pośrednictwem ministra sprawiedliwości i Izby Wyższej Sądu (lub Nadzwyczajnej) Sądu Najwyższego. Miałaby ona rozpoznawać sprawy zakończone prawomocnymi wyrokami, o ile byłaby w nich ludzka krzywda. Na razie nie wiadomo, kto miałby powoływać sędziów owego specjalnego gremium i kto miałby oceniać, czy ludzka krzywda ma miejsce czy nie (wskazuje się na ministra sprawiedliwości, rzecznika praw obywatelskich lub nawet grupę obywateli w liczbie kilku tysięcy). Jednakże, znając praktyki PiS, można zasadnie przypuścić, że byłoby to ciało zależne od władzy wykonawczej, a więc jednoznacznej pod względem politycznym.

Sędzia Wojciechowski chciałby także, aby prezydent mógł uchylać wyroki w ramach wykonywania prawa łaski. Od razu widać, że rozdział władz i niezawisłość sądów mają być wyraźnie ograniczone. Rzeczone pomysły PiS nie są nadmiernie oryginalne. Apelują do jakiejś ludowo-rewolucyjnej świadomości w sposób podobny, jak to czynił Lenin, gdy krytykował tzw. kretynizm prawniczy, tj. niezawisłość sądów i kierowanie się przez sędziów prawem, a nie krzywdą proletariatu artykułowaną przez kierownictwo partii bolszewickiej. Nie inaczej wypowiadali się rzecznicy stanu wojennego w roku 1981 i w latach następnych, co wyraźnie pokazuje, kto dzisiaj stoi tam, gdzie kiedyś stało ZOMO.

Projekty PiS w sprawie funkcjonowania państwa, zwłaszcza wymiaru sprawiedliwości, są wkomponowane w stosunek tej partii do swobód obywatelskich i pluralizmu światopoglądowego. Wystarczy przypomnieć kwestie in vitro, tzw. obywatelski projekt przewidujący całkowity zakaz aborcji, konwencję o przemocy w rodzinie, związki partnerskie czy uzgadnianie płci. Do tego można dodać wyjątkowo obraźliwy język Jarosława Kaczyńskiego wobec uchodźców czy fragment projektu nowej konstytucji powiadający o tym, że jednostka ma się rozwijać w ramach wspólnoty narodowej. Tak więc stosowanie prawa wedle PiS ma zakładać swobodne uznanie tego, co wolno, a co nie, przez państwo kierujące się nieokreślonymi kryteriami sprawiedliwości (vide: krzywda ludzka) i interesami wspólnoty narodowej.

A co z tymi, którzy mają inne zdanie niż PiS? I na to znajduje się rada. Jerzy Zelnik szczerze wskazał, kogo posłać na wcześniejszą emeryturę. Na portalu wPolityce można przeczytać: „Znane grono tych, którzy zawsze są gotowi stanąć na baczność i kpić z oburzenia na PiS i Jarosława Kaczyńskiego. Smutny ich los „.

A może koniec prognozuje los sygnatariuszy listu przeciw słowom prezesa PiS o uchodźcach („Wyborcza”, 20 października), gdy Izba Wyższa (Nadzwyczajna) Sądu Najwyższego zacznie rozpatrywać prawomocne wyroki sądów w sprawach o przywrócenie do pracy, a prezydent Duda być może uchyli wyroki skazujące za groźby wobec Olgi Tokarczuk lub obelgi wobec rodziny Tomasza Lisa.

Prawicowe blogi są pełne wpisów wieszczących koniec bezkarności przeciwników IV RP i odesłanie ich w stan spoczynku, także w miejsca odosobnienia. Propagandziści PiS nazwą swój nowy wspaniały świat prawdziwym państwem prawa. Wszelako, parafrazując powiedzenie Mrożka, że prawdziwa sprawiedliwość jest tam, gdzie nie ma zwykłej, prawdziwe państwo prawa funkcjonuje wtedy, gdy nie ma zwykłego.

Groźna zmiana

Realizacja absurdalnych obietnic ekonomicznych PiS zapewne zostanie zawieszona z uwagi na brak środków z wytłumaczeniem, że zawiniły poprzednie rządy. Oczywiście z wyjątkiem tego działającego w latach 2005–07 (PiS), bo trwał zbyt krótko.

Z drugiej strony budowa państwa prawa inaczej, tj. prawdziwego wedle Jarosława Kaczyńskiego i jego akolitów, nie wymaga specjalnych środków. Wystarczy nieco zmian w dotychczasowych przepisach prawnych. Ewentualna nowa władza uczyni to tym chętniej, że będzie miała alibi dla krachu swych obietnic socjalnych i nadzieję, że „ciemny lud to kupi”.

Perspektywa objęcia rządów przez PiS jest groźna z uwagi na to, że będzie się karmić rewanżem na poprzedniej ekipie, i tylko tym. To będzie ta wielka zmiana, którą wieszczy ten najbardziej Prawy i Sprawiedliwy.

Wybory mające się odbyć 25 października są ważne przede wszystkim dlatego, że zdecydują, czy Polska pozostanie w gronie cywilizowanych państw, czy też zrealizuje wizję Jarosława Kaczyńskiego, który stwierdził, że „nawet jeśli mamy być wyspą wolności w Europie, to musimy nią pozostać”. Tylko że będzie to wolność prawdziwa, a nie zwykła, a także odwrócona od europejskiego (i światowego) uniwersum.

Jeśli tego nie chcemy, nie głosujmy na PiS lub jego potencjalnych koalicjantów. Każda inna alternatywa – poza nieuczestniczeniem w wyborach – jest lepsza.

Postscriptum

Ważne uzupełnienie koncepcji prawdziwego państwa prawa (inaczej) zasugerował Rafał A. Ziemkiewicz w słowach: „Państwo musi czuwać tu nad przestrzeganiem zasad [dotyczących mediów – J.W.] – choć raczej przez nadzór merytoryczny, a nie właścicielski”. Autor tych słów aktualizuje tezę Saint Justa, że nie ma wolności dla wrogów wolności. I słusznie, bo był przez lata okrutnie gnębiony przez wiadome siły stojące na straży tzw. michnikowszczyzny. Nadzór merytoryczny państwa na pewno zniesie szykany wobec Rafała A. Ziemkiewicza, wprowadzając prawdziwą, a nie udawaną wolność słowa.

Jan Woleński, emerytowany profesor UJ, profesor Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie, członek czynny PAU, członek korespondent PAN

Wybory 2015
Wybory parlamentarne 2015
Już 25 października – wybory parlamentarne. Wszystko o wyborach – w naszym serwisie wyborcza.pl/wybory. Znajdziesz w nim aktualne informacje o kampanii wyborczej, kandydatach, najnowsze sondaże oraz komentarze publicystów „Gazety Wyborczej”

* Nakręć się na wybory. Powiedz, co dla Ciebie Ważne!
* Obejrzyj rozmowy z ekspertami w programie STUDIO WYBORCZEJ

Zobacz także

profWoleński

wyborcza.pl

 

Jak Tusk radzi sobie w Brukseli? Politico analizuje: Nie wygląda, jakby był tu szczęśliwy

klep, 22.10.2015
Tuskowi łatwiej było nauczyć się od podstaw angielskiego, niż tego, jak poruszać się po brukselskich korytarzach – pisze portal Politico.eu.

 

W grudniu minie rok od powołania Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej. Jak Polak radzi sobie na tym stanowisku? Portal Politico.eu przygotował obszerną analizę. Co z niej wynika?

1. Tuskowi nie jest lekko. – Nie wygląda, jakby był tu szczęśliwy – powiedział „Politico” wyższy urzędnik w Brukseli. Portal zwraca uwagę na długą i trudną aklimatyzację byłego polskiego premiera, który dopiero latem, po kilku miesiącach od rozpoczęcia urzędowanie, zaczął pewniej poruszać się po unijnych korytarzach.

 

2. Tusk trzyma się na uboczu. „Politico” podkreśla, że były polski premier nie angażuje się w brukselskie ploteczki i polityczne intrygi. – Tak naprawdę Tusk nie jest częścią brukselskiego towarzystwa – mówi jeden z urzędników. To pozwala polskiemu politykowi na pewną dozę niezależności. Z drugiej jednak strony Tusk nie spotyka się, ani na gruncie formalnym, ani nieformalny, z unijną administracją i ambasadorami państw członkowskich. Van Rompuy robił to regularnie.

3. Tusk walczy o wspólny język w Unii. – Jest jedynym z trzech przewodniczących Rady, którzy walczą o wspólne stanowisko wszystkich 28 krajów Unii – powiedział „Politico” dyplomata z jednego z krajów wschodniej Europy. Jego zdaniem Jean Claude Juncker i Martin Schulz swoimi politycznymi ambicjami niweczą jego starania.

4. Tusk chce coś znaczyć… W przeciwieństwie do swego poprzednika, Hermana van Rompuya, Tusk nie zamierza poprzestać na roli szarej eminencji w Brukseli. Przykład? Jean Claude Juncker, szef Komisji Europejskiej, forsował kwoty przyjęcia imigrantów, które dla wielu państw UE były nie do przyjęcia. Kiedy Tusk zauważył, że nie ma szans na porozumienie, postanowił przedstawić swoje własne propozycje w liście zapraszającym unijnych liderów na posiedzenie Rady Europejskiej. Wcześniej nikt czegoś takiego nie robił, a list był raczej kurtuazją. Tusk użył go do tworzenia polityki. – To nie jest coś, co robi negocjator – przyznał jeden z europejskich dyplomatów.

5. …i powoli nabiera znaczenia. Jako dowód „Politico” przytacza jego potyczki z Junckerem. Szef Komisji Europejskiej to weteran, który Brukselę zna na wylot. Był o wiele aktywniejszy (zdaniem niektórych wręcz nadpobudliwy) w czasie kryzysu greckiego czy migracyjnego, kiedy Tusk pozostał nieco na uboczu. Na ostatnim szczycie UE, podczas zwyczajowego briefingu prasowego, role się jednak odwróciły. Po pierwszym pytaniu Tusk i Juncker spojrzeli na siebie, chcąc zbadać, kto będzie mówił pierwszy. – Ty jesteś szefem – stwierdził wreszcie Juncker. I to Tusk odpowiadał pierwszy.

 

 

 

TOK FM

Pokaż się na cmentarzu

Izabela O’Sullivan, 22.10.2015

Rys. Marcel Wojdyło

Nieraz człowiek sobie chleba nie kupi, a znicz kupi.

Lisiec Wielki. Waldek Duczmal, miejski aktywista z Konina, kiedyś pracownik kantoru: – Możesz podać moje imię i nazwisko. To będzie dla mnie forma terapii. Jestem z rodziny mentalnych nekrofilów. Cmentarz zawsze odgrywał w niej centralną rolę. Imieniny, urodziny, święta – na cmentarzu trzeba było być. Myśmy tu przyjeżdżali przed świętami, żeśmy czyścili. Dla mnie to była masakra.

Szymanowice. Barbara, gospodyni w fioletowym fartuchu, o dźwięcznym głosie: – Jak byłam młoda, to gdzie tam kto poszedł na groby? A teraz, niedziela w niedzielę, po każdej mszy, samochody z kościoła jadą na cmentarz. Ktoś mi się pytał: „Czy to pogrzeb jest?”. A u nas tak stale.

Rychwał. Rencistka Alina o rubinowych włosach: – Codziennie z okna widzę pełno lampek.

Lisiec Wielki. Julian, na emeryturze, dorabia jako ochroniarz: – Nieraz mówiłem żonie, że może mnie pochować w ogródku. A ostatnio zmieniam zdanie, bo mi się zaczyna podobać na cmentarzu.

Lisiec Wielki. Waldek Duczmal: – Zawsze było: „Jedziemy do dziadka”. Nikt go nie znał, bo umarł miesiąc przed narodzinami mojej matki, a jednak jechało się „do niego”, nie na cmentarz. Moja mama ma taką nekrościeżkę: przed 1 listopada było tydzień wcześniej sprzątane, w sam dzień Wszystkich Świętych robiliśmy rundę po cmentarzach, gdzie leżą bliscy. Do dziadka jechało się z samego rana, a po całym objeździe grobów wracało się jeszcze raz tutaj, żeby odpalić te znicze, które zgasły.

Sławsk. Józefa, na cmentarzu codziennie, niby przejazdem: – W sobotę prawie każdy sprząta, żeby na niedzielę było czysto, bo wtedy przychodzi najwięcej ludzi. I żeby może ktoś nie zobaczył, że jest bałagan na grobie.

Julian: – Teraz każdy, i w domu, i na cmentarzu, prowadzi takie życie zadbane. Nie tyle, że człowiek zawsze jest w środku czysty, ale się stara być taki na zewnątrz. I to potem się przenosi na obiekty w domu, na obiekty te sakralne, na cmentarz. To wszystko świadczy o nas.

Rychwał. Urszula, prowadzi kwiaciarnię naprzeciwko cmentarza: – Mówią na mnie Ula z cmentarza. Kiedyś byłam księgową. Mam ponoć jakieś tam fluidy, że ludzie się przede mną otwierają. A to przyjdzie po wodę, a to załatwić się i taka komunikacja. Ja też się otwieram. Fajne to jest. Taka była tu rodzina. Mieli pięcioro dzieci, ojciec pił, matka piła i poumierali. Rok po roku. I ja normalnie jestem pełna podziwu: dwójka dzieciaków została takich najmłodszych, w gimnazjum, a codziennie jest palony znicz. Mnie się serce kroi.

Grodziec. Marta, tuż po trzydziestce, na cmentarzu codziennie: – O grób trzeba dbać tak, jak dba się o dom, mama mi zawsze wpajała. Tata mnie tyle lat wychowywał, a ja mu teraz nawet nie zapalę znicza, nie posprzątam?

Alina: – Nieraz mi mąż mówił: „Przyniesiesz mi kwiatka?”.

Marta: – Ma się czyste sumienie. Później by się chciało, żeby ktoś o nas też tak dbał.

Barbara: – Wiara też odgrywa rolę.

Witnica. Anna, 79 lat, nigdy nie była chora: – W tygodniu raz muszę być. Ja blisko cmentarza mieszkam, ale dbam jeszcze o groby trzy kilometry od nas. Tam jest dużo takich znajomych, co nie mają rodziny, nikogo. Ze Wschodu jeszcze ich znam. Żal mi tych ludzi. Dzisiaj nawet byłam, za wioskę pojechałam rowerem, trzy groby obrobiłam. Mam dobry uczynek.

Przepych na grobach. Dla zmarłych czy sąsiadów?

Twój grób zadbany

Rychwał. Ewa, sześć lat temu pochowała matkę: – Dla niektórych cmentarz jest babskim targiem. Panie po półtorej godziny rozmawiają w alejce.

Alina: – Sobie nieraz usiądziemy i porozmawiamy. I śmiejemy się, że na cmentarz powinny przychodzić i wdowy, i wdowcy, żeby się namówić.

Ula z cmentarza: – Na cmentarzu pary się tworzą. Bo przychodzi żona do męża na grób, mąż do żony i się spotykają. Są dwie pary, jeżdżą sobie na kawę.

Alina: – Żeby sobie zafundować kawę, to nie każdego stać. Wiem po sobie, że nie można się tak rozrzucać, nie jest za wesoło. Być może, że teraz ten Duda coś poprawi.

Ewa: – Pierdół się można dowiedzieć najprędzej z cmentarza.

Rychwał. Halina, do męża na grób przychodzi codziennie: – Jest trochę zawiści.

Alina: – Ktoś stawia pomnik, to gadają: „za szybko”, „skąd ma pieniądze?”.

Halina: – I komentują: „Ale twój grób zadbany, ale czysty, ten ma to, ten ma tamto”.

Janina: – Są takie kobity, co oblecą cały cmentarz: „Gdzie ona te kwiaty kupiła, cholera? Też bym chciała takie”.

Józefa: – My się tu wszyscy znamy. I jak wiemy, że jest komu posprzątać, a nie przyjdzie, to nie bardzo świadczy.

Lisiec Wielki. Bronisława, nerwowo zwija ścierkę podczas rozmowy: – Komentują, ale nie będziemy wnikali w takie sprawy.

Świecą całodobowo

Lisiec Wielki. Albina, członkini rady parafialnej: – Na grobie powinno być zawsze czysto. I zapalona lampka. Ale jak jest gorąco, to wosk się roztapia i rozlewa. A te na bateryjki to się mogą palić i palić.

Ewa: – Nie cierpię tych małych zniczy na baterie, które się świecą całodobowo. Dla mnie to jest herezją, bo albo idę i palę zwykły znicz na znak, że myślę, albo robię to dla oka, dla ludzi.

Anna: – Zawsze się staram, żeby chociaż postawić ten kwiatek.

Alina: – Jak już nie mam kwiatów w ogródku, to wsadzam sztuczne i mówię do męża: „Pilnuj, żeby ci nikt nie zabrał”. Bo jak tujki takie małe posadziliśmy z synem, to ktoś ukradł.

Halina: – Ale czemu, pani, posadziłaś tujki? Tu przecież korzenie wejdą, to się wszystko do góry podniesie. Powietrza chcesz, żeby dostał?

Ewa: – Nigdy nie liczyłam, ile kosztuje utrzymanie grobu. Znicz palę jeden, ale duży – za 25 złotych. Raz na dwa-trzy dni wymieniam wkład. Od maja do października mam żywe kwiaty. Co dwa tygodnie trzeba kupić świeży bukiet za około 10 złotych. Potem do połowy listopada są chryzantemy i wrzosy – 5 złotych jeden. Zimą kupuje się małe cisy albo się robi stroik. I to przetrzymuje do Bożego Narodzenia. Jakby tak podliczyć, to za wszystko wyszłoby pewnie między siedemset a tysiąc złotych rocznie. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam.

Barbara: – Nieraz człowiek sobie chleba nie kupi, a znicz kupi.

Ula z cmentarza: – Cmentarz to jest sposób na to, żeby się pokazać. Ludzie na bogato chcą. Czy wiązanki, czy stroiki, to im więcej kwiatów, tym lepiej. I jak największe.

Barbara: – Jeden na drugiego się patrzy. Ten ma tak zrobione, to ja też muszę.

Albina: – Miałam zawsze wizję taką, że na Wszystkich Świętych stawiałam donicę chryzantem, a w wazonie piękne bordowe róże. „O, odważyłaś się róże? A one ci zmarzną”. „To niech zmarzną”, odpowiadałam. Teraz co druga osoba ma te bordowe róże w wazonie. Ale niech mają.

Waldek Duczmal: – Zawsze się dziwię: po co to? Przecież tam już nikogo nie ma.

Ewa: – Presja jest, żeby się paliło, żeby były kwiaty. Jak ktoś umiera i są bukiety, wieńce ze sztucznych kwiatów, to się je wyciąga i potem coś z nimi kombinuje. To wynika z oszczędności. Nawet jak te kwiaty nie wracają na ten sam grób, to lokuje się je na tych opuszczonych.

Alina: – U męża znicze są tylko po prawej stronie. Na mojej części nie każę kłaść, bo mówię: mama jeszcze chodzi.

Ewa: – Śmieszy mnie tradycja, że jak ktoś umrze, to kwiaty muszą leżeć sześć tygodni minimum. Katolicy, a zabobon na cmentarzu rzecz pierwsza.

Choinki i bombki

Ewa: – Przed Wszystkich Świętych są cyrki, widać rywalizację. Jeżdżą z tymi wiaderkami i pastują.

Piotr, właściciel zakładu pogrzebowego i kamieniarskiego w okolicach Konina: – Najlepiej czyścić zwykłą wodą, ewentualnie z płynem do naczyń.

Robert Martynowicz, zakład kamieniarski Martbud w Koninie: – Ludzie pastują, bo chcą mieć lepiej niż sąsiadka. Ale jak wypastują granit nieodpowiednią pastą nabłyszczającą, to zostawią plamy.

Alina: – Naprawdę jest u nas w Rychwale przepych i takie wrażenie, że ludzi na to stać. Tak piękne kwiaty, tak dużo. A moja córka mieszka w Gnieźnie i mówi, że tam trzy znicze to góra, jeden kwiat i koniec.

Barbara: – W październiku męża brat zmarł we Wrocławiu. Jak weszłam na cmentarz, mówię do córki: nasz to wygląda schludnie. A widzisz, jak tu? Liście, wszystko, zaniedbane po prostu.

Ula, kwiaciarka: – U nas na Boże Narodzenie choinki i bombki nawet niektórzy stawiają. Mnie to przeraża. A na Wielkanoc są jajka, zajączki.

Konin. Damian Kruczkowski, fascynują go stare cmentarze: – Oprócz tego, że sąsiedzi rywalizują między sobą, kto bardziej zniczami grób obstawi, to czasem rywalizuje rodzina na jednym pomniku. Córka ustawia znicze po swojemu, w swoich kolorach, ale zaraz po niej syn ze swoją rodziną zsuwają je na jedną połowę grobu, a na drugiej ustawiają swoje według własnego uznania. W Lądzie są dwa groby. W jednym leżą rodzice, w drugim – syn z żoną. Ci rodzice to są dziadkowie dzisiaj dorosłych wnuków. Grób dziadków kiedyś był takim zwykłym grobem, porośniętym mchem, no i jedna z wnuczek wymyśliła, że postawi dziadkom pomnik. I postawiła. Na co druga wnuczka się obraziła, bo ona też miała w planach postawić dziadkom nagrobek. I od kilkunastu lat, w ogóle nie zapala im zniczy, nie ograbia ani nie podlewa kwiatów, bo uważa, że powinna to robić tamta, co to postawiła.

Pożyczki z banku

Robert Martynowicz, Martbud: – Najdroższy grobowiec, jaki robiłem, kosztował kilkadziesiąt razy tyle co standardowy. Dla Cyganów. Oni chcą, by w środku były posadzki, sufity, ściany, wszystko z granitu. Nawet półka na trumnę.

Konin. Andrzej, Rom, po 20 latach w Stanach wrócił do Polski: – Jak kiedyś była u was w Polsce szlachta, to u nas do tej pory to jest. I jeśli kogoś stać, to właśnie takie grobowce stawia. To też jest rodzaj pokazania swojego statusu. Ale jak ktoś ma mniej pieniędzy, to się mobilizujemy, dorzucamy.

Robert Martynowicz, Martbud: – U Cyganów też jest rywalizacja. Tak jak między sąsiadami. A co oni – inni ludzie?

Andrzej: – Ten grobowiec to ojciec robił dla siostry, bo zmarła w 1996 roku. Szwedzki granit, najdroższy. Wzór pomnika był wzięty z Powązek, taka tam hrabina była. Ojciec szukał różowego kamienia, ale nie mógł znaleźć, więc zrobił z takiego, że mieni się na niebiesko.

Janina: – Niektórzy to przesadnie robią te pomniki.

Andrzej: – Wszystkie te grobowce tutaj są praktycznie nasze. Większość robimy ciemnych, bo szlachetniejsze. Po śmierci zmarłemu trzeba oddać jeszcze lepszy szacunek niż za żywota.

Piotr: – Są osoby, które lubią się wywyższyć, i za nagrobek dają nie wiadomo ile pieniędzy. W Sławsku stoi taki pomnik po prawej stronie. Udziwniony, kawał kamienia wycięty. Nie wiem, kto go montował. Chyba dźwigi.

Robert Martynowicz, Martbud: – Mieliśmy taki przypadek zza Konina, gdzie stawialiśmy nagrobek, przykładowo, za 7 tysięcy. Przyjechała druga rodzina i pyta, ile znajomi wydali. Mówię: „Chyba siedem”. „A nam powiedzieli, że dziesięć”.

Piotr: – Niektórzy się przyznają: „Sąsiad ma taki pomnik, to ja chcę lepszy”. Zdarza się, że ktoś przychodzi, bo wie, że robiliśmy nagrobek sąsiadowi. Pyta: „A ile kosztował?”. Mówię na przykład: „5,5 tysiąca”. „Aha, a coś lepszego trochę?”. „Za siedem”. „To za siedem niech będzie”.

Anna: – Biorą pożyczki w banku i robią takie drogie pomniki. Mamciu, po co zmarłemu takie?

Piotr: – Znajomy teraz robił figurkę Pana Jezusa. Specjalnie ją zawozili do Rzeszowa, żeby artyści wyrzeźbili. Tylko za nią dała 5 tysięcy. Pani z Niemiec. Chciała mieć indywidualny pewnie, żeby nikt takiego nie miał.

Robert Martynowicz, Martbud: – Albo przychodzi człowieczek i mówi: „Ma być wyżej od sąsiada i lepszy kamień”.

Piotr: – Wiek w rywalizacji nie gra roli. Babcia chce zwykły pomnik, a przychodzi młody facet i wymyśla.

Waldek Duczmal: – W małych parafiach ksiądz się cieszy z drogich pomników, bo za wpuszczenie na cmentarz bierze 10 procent ich wartości.

Alina: – Mnie się podoba amerykański styl. Tylko tablica i trawa zasiana.

Halina: – Ale to by się trzeba było kazać spalić.

Alina: – Przecież nie wszyscy się tam palą.

Halina: – To co, chodzą po nich?

Alina: – Po nogach niech sobie chodzą. Co to przeszkadza?

Albina: – Spytałam księdza, czy dzieci mogą mi postawić taki duży krzyż przy pomniku. Powiedział, że czemu nie. Marzę o takim. To jest najważniejsze, bo jak nie ma krzyża, to mi się wydaje, że jakoś nie tak. Dlaczego taki duży, na półtora metra? Żeby był widoczny.

Każdy, ale nie chiński

Damian Kruczkowski: – Na grobach jest też chęć podkreślenia, kto co zrobił. Pojawiają się tabliczki: „Fundował syn Zygmunt”, „Od zakonnika Artura” albo „Syn Czesław z żoną Jadwigą”. Na cmentarzu komunalnym w Koninie była kiedyś taka belka, centralnie na tablicy: „Ukochanemu mężowi i ojcu – żona i córka”. A ja wiem, że ten człowiek miał więcej niż jedno dziecko.

Piotr: – Dużo ludzi się kłóci o kostkę wokół grobu. Że jeden ma wąską, a drugi sobie założył na metr.

Ewa: – Często się słyszy: „Ten to ma pomnik z chińskiego granitu, kiepski”.

Robert Martynowicz, Martbud: – Do nas też przychodzą: „Panie, bo to się lasuje, rozlatuje”, „Każdy, ale nie chiński”. To ja mówię: „Niech pani weźmie kawałek kamienia i go ugryzie albo nie wiem, ściśnie, i zobaczy, czy się rozleci”. Głupoty opowiadają.

Anna: – Na temat pomników nigdy nie wchodzę, bo nie chcę grzeszyć.

Damian Kruczkowski: – Znam przypadki, gdzie ludzie zmieniają pomniki nawet po dosyć krótkim czasie. Stwierdzają, że wszedł nowy kamień na rynek, bardziej mi się podoba, więc walimy taki.

Janina: – Jak ktoś ma pieniądze, to czemu ma nie zmieniać? Ja nie zazdroszczę nikomu.

Codziennie, czasem nawet kilka razy

Alina: – Powinnam mieć taką funkcję, że opiekuję się cmentarzem. Bo jestem tu codziennie, czasem nawet po kilka razy. Przewrócony wazon podniosę, kwiatka położę na opuszczonym grobie. Ja to lubię.

Waldek Duczmal: – Dwa, trzy razy w miesiącu, po 10 minut na jednym, 20 na drugim grobie. Jakby tak policzyć, to pełne dwa dni rocznie z ludźmi, których już nie ma.

Ewa: – Od śmierci mamy minęło sześć lat, ale cała ziemia na cmentarzu parzy. Nie zostaję przy grobie dłużej niż pięć minut. Ograbię, zapalę znicz, zmienię kwiaty. Ale jestem codziennie.

Halina: – Nie ma dnia, żebym nie przyszła. Tyle lat żyłam z mężem. Raz było lepiej, raz gorzej, jak to w życiu. Dbanie o jego grób to też takie zadośćuczynienie.

Janina, mama Marty: – Jakby było daleko, tobym tak nie latała.

Barbara: – Jak człowiek nie idzie, to się przykrzy. Obiad ugotuję, sprzątnę i potem co z tym czasem?

Autorka jest studentką Polskiej Szkoły Reportażu

Wideo „Dużego Formatu”, czyli prawdziwi bohaterowie i prawdziwe historie, Polska i świat bez fikcji. Wejdź w intrygującą materię reportażu, poznaj niezwykłe opowieści ludzi – takich jak Ty i zupełnie innych.

W ”Dużym Formacie” czytaj:

Grzegorz Płonka – niepełnosprawny geniusz z Murzasichla
Szkoła muzyczna w Krakowie odmówiła, jak tylko nauczyciele dowiedzieli się, że Grzegorz jest niepełnosprawny. Nie chcieli nawet posłuchać, jak gra

Kto się pakuje przed wyborami w firmach i urzędach państwowych?
Matka dziennikarza: – Synku, ponoć się obawiasz, że jak PiS wygra wybory, to stracisz pracę? Dziennikarz: – Tak, tego się właśnie boję, mamo. – Martwię się o ciebie. Bo masz kredyt, rodzinę. – To nie głosuj na PiS, mamo. – Nie no, tak to zrobić nie mogę

Robotnik Pana Boga. Francuscy księża pracują i ewangelizują
Chrześcijan we Francji jest coraz mniej. To dla nas wielka szansa. Może staniemy się bardziej pokorni

Więźniowie i staruszkowie: kto się kim opiekuje
Do mnie w ostatnie święta nikt ze znajomych nie przyszedł. Tylko te dziewczyny z więzienia

Nierząd w bardzo małym mieście
Ja zarobki tu mam porównywalne do spożywczego, a tak ciężko nie tyram

Pokaż się na cmentarzu
Nieraz człowiek sobie chleba nie kupi, a znicz kupi

Polak, który buduje Sztokholm
Wyjechałem jako polski patriota, który chciał poznać inną architekturę, czegoś się nauczyć i z tą wiedzą powrócić, by w Polsce budować fajne rzeczy. Rozmowa z architektem Aleksandrem Wołodarskim

Sól ziemi. Zdjęcia Sebastiao Salgado
Z tysięcy uchodźców, którym towarzyszył z aparatem, nikt nie przeżył. Rozmowa z Juliano Salgado, synem fotografa Sebastiao Salgado i współautorem filmu dokumentalnego „Sól ziemi”

Ten fajny Hitler, czyli patent na sukces [VARGA]
Sięgnąłem po tę książkę dopiero rok po polskiej premierze, a impulsem do zakupu powieści Timura Vermesa „On wrócił” – w ramach empikowej przeceny o 30 procent – była informacja, że do niemieckich kin weszła jej ekranizacja pod tytułem „Er is wieder da”

ksiądzSięCieszy

wyborcza.pl

Prezydent Lublina chce sprzedać Kościołowi działki za 10 proc. ceny. Mieszkańcy się postawili

klep, 22.10.2015
Na dwóch działkach na lubelskim Rudniku biskup chce postawić kościół i dom pomocy – podaje „Dziennik Wschodni”. Jednak mieszkańcy wolą szkołę. I zaczęli protestować.

Kuria lubelska chce kupić od miasta działki za 10 proc. ceny

Kuria lubelska chce kupić od miasta działki za 10 proc. ceny (Gazeta.pl)

 

We wrześniu prezydent Lublina poprosił miejskich radnych o zgodę na sprzedaż dwóch działek na obrzeżach miasta miejscowej kurii – podaje „Dziennik Wschodni”. Biskup zamierza tam postawić kościół i dom pomocy.

Ludzie chcą szkoły, nie kościoła

Lublinianie byli oburzeni. Po pierwsze, kuria miałaby kupić działki za 10 proc. ceny. Po drugie, Kościół ma już w okolicy ziemię. Na niej chce jednak postawić bloki mieszkalne i zwrócił się już do miasta z prośbą o stosowne zezwolenia. Po trzecie, mieszkańcy bardziej niż kościoła potrzebowali szkoły. I zażądali jej budowy od prezydenta.

 

Ratusz błyskawicznie zapowiedział, że szkoła będzie, ale tuż obok. Radni przyjęli nawet w tej sprawie uchwałę, ale nie jest ona wiążąca. Jeśli placówka powstanie, to najwcześniej za dwa i pół roku.

W miejscu stanęła też kwestia sprzedaży działek Kościołowi. Prezydent poprosił kurię, by pisemnie zobowiązała się do zwrotu bonifikaty, gdyby na ziemi chciała stawiać coś innego niż świątynię. Jak na razie takie pismo do ratusza nie dotarło.

Więcej w „Dzienniku Wschodnim” >>>

 

prezydentLublina

gazeta.pl

Wybory 2015. Ostatnia konwencja Prawa i Sprawiedliwości przed wyborami. „Ostatnia prosta – damy radę” [RELACJA LIVE]

mk, 22.10.2015
O godzinie 11 startuje ostatnia duża konwencja PiS w tych wyborach parlamentarnych. Politycy spotkają się w tym samym miejscu, w którym spotkali się ostatni raz przed wyborami prezydenckimi.

Konwencja PiS w Warszawie

Konwencja PiS w Warszawie (twitter.com/Sebastian Tałach (foto: Piotr Witwicki))

 

Tym, co będzie przykuwać uwagę najbardziej, może być polska flaga, której powierzchnia wynosi ponad kilometr kwadratowy.

Konwencja odbędzie się w Warszawie przy ulicy Mińskiej. Przyświecać będzie jej hasło „Ostatnia prosta – damy radę”. Za jej przygotowanie odpowiada zespół z Marcinem Mastalerkiem na czele.

 

Transmisja live z ostatniej przedwyborczej konwencji Prawa i Sprawiedliwości. Relację naszego reportera Patryka Strzałkowskiego na Periscope ZOBACZ TUTAJ>>

Kaczyński: czas pomyśleć, co o zwycięstwie

Podczas swojego wystąpienia na konwencji Jarosław Kaczyński powiedział, że priorytetem jest dla niego uczciwość. – Do władzy nie idzie się dla pieniędzy – powiedział prezes PiS.

Następnie stwierdził, że czas, w którym jego partia będzie u władzy, będzie czasem ludzi pracy. – Polska niech się bawi, ale władza musi pracować. Musimy powoływać ludzi na stanowiska zgodnie z ich kompetencjami. Te nominacje będą jednak nominacjami próbnymi, bo jeśli ktoś się nie sprawdzi i nie da sobie rady, to zostanie odwołany.

– „Jeden z drugim, a nie jeden przeciw drugiemu”. To musi być nasza zasada – to kolejne słowa z przemówienia Kaczyńskiego.

Prezes powiedział także, że czas powoli myśleć o tym, co będzie po zwycięstwie. – Jeżeli chcemy, żeby to było zwycięstwo dla Polski solidarnej i sprawiedliwej, to te zasady muszą być fundamentem. Tylko wtedy to będzie prawdziwe zwycięstwo – powiedział Jarosław Kaczyński.

konwencjaPiSZaczął Kaczyński

gazeta.pl

Największy niemiecki dziennik obawia się „orbanizacji” Polski. „Zależy to od mniejszych partii”

Pap, wah, 22.10.2015

Ewa Kopacz, Beata Szydło

Ewa Kopacz, Beata Szydło (fot. RAFAŁ MALKO, PATRYK OGORZAŁEK)

Niemiecki dziennik „Frankfurter Allgemeine Zeitung” pisze w czwartek, że zmiana władzy w Polsce „wisi w powietrzu”, lecz kto obejmie władzę po wyborach, zależy od mniejszych partii. Gazeta ocenia krytycznie obie główne rywalki – Ewę Kopacz i Beatę Szydło.

Jak pisze korespondent „FAZ” w Polsce i na Ukrainie Konrad Schuller, są one przedstawicielkami dwóch partii, które w minionych latach „pogrążyły kraj w głębokiej walce kulturowej (kulturkampf)”.

Pisząc o Szydło, Schuller zaznacza, że jest ona kandydatką „narodowo-katolickiej partii PiS”, kierowanej przez Jarosława Kaczyńskiego, który „z niegasnącym gniewem walczy przeciwko wszystkiemu, co uważa za zagrożenie dla ojczyzny: z gejami, liberałami, Niemcami, uchodźcami i innymi zamachowcami”.

Zmiana władzy wisi w powietrzu

„Zmiana (władzy) wisi w powietrzu” – ocenia komentator. „Obóz rządowy dał Polsce pomimo światowego kryzysu finansowego osiem lat nieprzerwanego wzrostu gospodarczego, ale historia nauczyła Polaków, by nie dowierzać żadnej władzy” – twierdzi Schuller.

Jak pisze, rządząca Platforma Obywatelska ustrzegła się wielkich afer, lecz zanotowała wiele mniejszych wpadek, a na prowincji nie widać śladów boomu, który jest charakterystyczny dla wielkich miast.

„FAZ” wyraża pogląd, że pomimo przewagi „narodowych katolików Kaczyńskiego” w sondażach, to nie wiadomo, kto będzie rządził po wyborach. Mniejsze partie walczą o przekroczenie progu wyborczego i od nich będzie zależało, kto pokieruje Polską – czytamy w „FAZ”.

Zdaniem Schullera zarówno Kopacz, jak i Szydło „mają ten sam problem – pochodzą z partii, których twardy elektorat nienawidzi lub pogardza drugą stroną”. Z punktu widzenia konserwatystów liberałowie są „lokajami Niemiec i bezbożnej UE”; z punktu widzenia liberałów konserwatyści są „klerykalną sektą pragnącą polowania na czarownice i inkwizycji”. Aby być wybieralnymi dla politycznego centrum, obie kandydatki muszą „zacierać kontury” swojej bazy – wyjaśnia komentator.

Autor zwraca uwagę, że wskutek tej taktyki obie rywalki „pozbawione są wyrazistości” i upodabniają się do siebie, a najlepszym przykładem na to była poniedziałkowa debata telewizyjna.

Nawet wizualnie były niemal nie do odróżnienia – podkreśla Schuller. Jak pisze, Szydło „wystrzegała się wszystkiego, czym Kaczyński straszy centrowych wyborców – nie było żadnych teorii o morderstwie, żadnego niemiecko-rosyjskiego kondominium, żadnych pasożytów roznoszonych przez uchodźców”. Zamiast tego Szydło obiecywała prezenty – dodatek na dzieci o równowartości 118 euro miesięcznie, obniżenie wieku emerytalnego, podwyżkę płacy minimalnej. Skąd wziąć na to pieniądze? – pyta dziennikarz „FAZ”. Zdaniem Szydło to proste – trzeba tylko „przepędzić z Warszawy złodziei”.

Kopacz kluczy w sprawie uchodźców

Zdaniem Schullera Kopacz także zaciera ślady swego politycznego pochodzenia. Jej poprzednik Donald Tusk był, przynajmniej na początku kariery, „radykalnym liberałem w stylu (Margaret) Thatcher”, co spowodowało, że „paternalistyczni i wierzący w państwo konserwatyści” przekuli słowo liberalizm na wyzwisko o tak pejoratywnym wydźwięku jak komunizm. Kopacz odsunęła na bok liberalną tradycję swojej partii – stwierdza autor.

Schuller wytyka Kopacz, że w kwestii uchodźców „kluczy”. „Podczas gdy Kaczyński straszył dyzenterią i pasożytami, Kopacz zgodziła się co prawda w Brukseli na przyjęcie ograniczonej liczby (uchodźców), broniła jednak tej decyzji w Polsce tak defensywnie, jakby została przyłapana w szkolnej toalecie na paleniu papierosów” – czytamy w „FAZ”. To lawirowanie osłabiło jej pozycję we własnej partii.

Pani premier pozostał tylko jeden argument wyborczy – straszenie powrotem Kaczyńskiego – stwierdza niemiecki dziennikarz.

Schuller zwraca uwagę, że oprócz dwóch głównych rywali jest jeszcze pięć mniejszych partii walczących o przekroczenie progu wyborczego. To właśnie one jego zdaniem zdecydują ostatecznie o tym, kto będzie rządził w Polsce. Jeżeli do Sejmu dostanie się tylko jedna mniejsza partia lub żadna, PiS może być „niemal pewny absolutnej większości”.

Należy zaczekać z oceną, czy dojdzie do „orbanizacji” Polski

Schuller pisze, że nawet w tej sytuacji należy zaczekać z oceną, czy doprowadzi to do „orbanizacji” Polski. PiS – rządząc w Polsce w latach 2005-07 – był „pomimo krzykliwej retoryki, gotowy do europejskich kompromisów i wspierał nawet europejską konstytucję”.

Jeżeli do Sejmu wejdzie więcej partii, to PO będzie mogła zachować władzę, tworząc koalicję „wszyscy przeciwko Kaczyńskiemu”. Będzie to możliwe, jeśli „prawicowo-populistyczni awanturnicy” poniosą porażkę, a zamiast nich miejsca w parlamencie wywalczą Zjednoczona Lewica, PSL i liberałowie Ryszarda Petru.

Jeżeli sytuacja po wyborach będzie niejasna, decydująca rola przypadnie prezydentowi Andrzejowi Dudzie, „konserwatywnemu wychowankowi Kaczyńskiego” – konkluduje Schuller.

dużyNiemieckiDziennik

wyborcza.pl

 

Podziękowania dla Donalda Tuska

Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta

Po wtorkowej debacie partyjnej wszyscy, jak jeden mąż, powinniśmy podziękować Donaldowi Tuskowi. Za to, że z sukcesem wyprowadził się z Polski do Brukseli. Za to, że fotel premiera podsunął Ewie Kopacz, a dzięki temu Jarosław Kaczyński niczym w „Seksmisji” zawołał ustami Beaty Szydło „ja też jestem kobietą”.

Co prawda obie panie reprezentują słabość polskiej polityki i państwa, ale dzięki ich obecności lewica zdecydowała się postawić na rewelacyjną Barbarę Nowacką. Podziękujmy Donaldowi Tuskowi, gdyż dzięki jego nieobecności po raz pierwszy od dawna pojawiła się w Polsce szansa na powrót do korzeni demokratycznych.

Wreszcie słuchamy i słyszymy głos mniejszych partii. Mogę zgadzać się z Ryszardem Petru i nie zgadzać z Adrianem Zandbergiem, ale obaj niosą to, czego nam wyborcom najbardziej potrzeba. Zmianę merytoryczną i zmianę pokoleniową.

Od dłuższego już czasu apeluję, aby głosować zgodnie z własnymi przekonaniami i kręgosłupem ideowym. Zasada „mniejszego zła” doprowadziła do absolutnego zepsucia na scenie politycznej. Zostały nam trzy dni do wyborów. To nie jest czas na kalkulacje. Ostatni raz przyjrzyjmy się programom i ofertom wszystkich partii. Zignorujmy obrażające nas apele Ewy Kopacz i Beaty Szydło, żeby nie głosować na „małych”.

Dziś marnotrawstwem głosu będzie kalkulacja. Dzisiaj mamy realną szansę na zmianę. Dzisiaj głosujemy „za”, a nie „przeciw”! I za tę krótką refleksję serdecznie dziękuję Donaldowi Tuskowi.

 

naTemat.pl

Sondaż dla „Wyborczej”. Wiadomo, kto wygra. Ale kto stworzy rząd? Wejdą trzy partie czy siedem?

Agnieszka Kublik, 22.10.2015

Sondaż TNS dla

Sondaż TNS dla „Wyborczej”

PiS wygrywa (32,5 proc.), druga PO (26,3 proc.), reszta to wielka niewiadoma. No i ogromne emocje. Jednak trendy, które analizujemy na podstawie badań TNS, mówią już nieco więcej.
Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej

Tak emocjonującej sytuacji przedwyborczej nie było od dawna. Tym razem zwycięzca jest znany. Po raz pierwszy od 2005 r. PiS wygra wybory parlamentarne. Wcześniej PO i PiS szły w sondażach łeb w łeb, teraz Platforma ma pewne drugie miejsce. A dalej? Konia z rzędem temu, kto przewidzi, ile partii zasiądzie w Sejmie VIII kadencji: cztery, pięć, sześć, a może siedem? Wejdzie lewica, a Kukiz nie? Czy odwrotnie – będziemy mieli pierwszy parlament bez lewego skrzydła, za to ze skrajnym Korwinem?

TNS przez dwa dni pytał Polaków o to, jak zagłosują. Zaczął w poniedziałek po południu, czyli przed debatą Kopacz – Szydło, a skończył w trakcie wtorkowej debaty ośmiorga liderów. Jeśli więc te dwie debaty jakoś wpłynęły na decyzje wyborcze, to to badanie jeszcze tego nie zmierzyło.

Platforma wyhamowała spadek?

PiS niezmiennie prowadzi w sondażach, ale przewaga nad Platformą nieco zmalała. Według najświeższego badania TNS dla „Wyborczej” z początku tego tygodnia Prawo i Sprawiedliwość wyprzedza Platformę o niecałe 6 pkt proc., a jeszcze na początku października ta przewaga sięgała 11 pkt!

Ale uwaga: to, co opisujemy, to sondażowa fotografia z początku tygodnia. Każdego dnia może być nieco inna. Zwłaszcza że całkiem spora grupa wyborców (nawet do 40 proc.) decyduje się dopiero w ostatnim tygodniu, a co piąty z nich nawet w wyborczy weekend. TNS pokazuje, że nawet wśród wyborców PiS są tacy, którzy nie są pewni, którą partię wybiorą w niedzielę.

Dlatego trzeba śledzić trendy. Przeanalizowaliśmy dane czterech pracowni sondażowych: TNS, CBOS, IPSOS i Millward Brown. I tak: PiS wyprzedza PO od 6 do 10 pkt proc., Platforma wyhamowała trend spadkowy z lata, kiedy miała nieco ponad 20-proc. poparcie. Teraz jest bliżej 25 proc., a czasami ma i więcej (jak w naszym sondażu lub w CBOS).

Zjednoczona Lewica wyraźnie poprawiła notowania, co najpewniej zawdzięcza temu, że Leszek Miller i Janusz Palikot uczynili Barbarę Nowacką – jak sama mówiła w wywiadzie dla „Wyborczej” – „liderką wszystkich liderów”. Nadal balansuje na progu, ale wcześniej nie sięgała nawet jego.

Coraz lepiej radzi też sobie Nowoczesna Ryszarda Petru, a coraz gorzej Kukiz. Trendy pokazują, że w tej kampanii tak szybko traci, jak w prezydenckiej zyskiwał.

Co pokazuje nasza wyborcza fotografia zrobiona sześć dni przed wyborczą niedzielą? Poparcie dla PiS wynosi 32,5 proc. W ostatnim tygodniu spadło o 3 pkt proc. To być może efekt „wypuszczenia” dwóch najbardziej kontrowersyjnych liderów PiS (bo wg CBOS z najwyższym wskaźnikiem nieufności) – Jarosława Kaczyńskiego (mówił o pasożytach i pierwotniakach, które żyją w organizmach uchodźców) i Antoniego Macierewicza (mówił o okupacji Polski przez ludzi poziomu Bieruta).

Spadło i Platformie – teraz ma 26,3 proc. poparcia, w połowie października – 28 proc.

Wielką niewiadomą jest skok Kukiza – jeszcze w połowie października był poniżej 5-proc. progu (miał ledwo 4 proc.), teraz ma dwa razy wyższe poparcie, bo aż 10,5 proc.

Poparcie dla partii

Z naszego sondażu wynika, że aż cztery ugrupowania mają notowania zbliżone do progu: Zjednoczona Lewica, Petru, PSL i Korwin.

TNS oszacował podział mandatów. Przeliczył je, biorąc pod uwagę rozkład głosów wśród tych, którzy „zdecydowanie” i „raczej” pójdą na wybory (to aż 80 proc.) oraz już wiedzą, kogo chcą poprzeć (czyli pominął 6 proc. niezdecydowanych, komu dać głos). Przy takim przeliczeniu głosów mandaty trzeba dzielić między siedem partii (PiS, PO, ZL, PSL, Nowoczesna, Korwin i Kukiz ponad progiem).

W takiej konfiguracji możliwa jest tylko jedna koalicja większościowa – Kaczyński i Kukiz mieliby razem 239 mandatów.

Kukiz czarnym koniem?

Więc jeszcze raz: Mamy 32,5 proc. dla PiS, 26,3 proc. dla PO, Kukiz’15 – 10,4 proc., Zjednoczona Lewica – 7,5 proc., Nowoczesna – 6,1 proc., KORWiN – 5,3 proc., PSL – 4,8 proc., Razem – 0,3 proc. Nie wie, na kogo odda głos, 6,1 proc. Aż cztery ugrupowania mają notowania zbliżone do progu, bo błąd pomiaru to ok. 2 pkt proc.

Co do niedzieli może się zmienić? W procentach niewiele. Ale to właśnie niewielkie procenty mogą dać władzę partii Kaczyńskiego.

30 proc. dopuszcza zmianę zdania odnośnie do tego, kogo poprzeć. W tej grupie 21 proc. teraz wskazało na PiS, 26 proc. – PO, a 15 proc. – ZL, i 8 proc. – na Nowoczesną. Czyli tych głosów te partie do końca nie mogą być pewne.

Kukiz ma 10,4 proc. To skok w ciągu tygodnia aż o 6 pkt proc. Czyżby odwróciła się jego spadkowa tendencja? Dotychczas poważne pracownie badawcze zgodnie pokazywały sondażowy zjazd Kukiza. Prof. Mikołaj Cześnik, politolog, Uniwersytet SWPS: – To może być wynikiem aktywności medialnej Kukiza, która dla jego zwolenników może brzmieć jak najpiękniejsza muzyka, to bo frontalny atak na system.

Gdzie ta większość?

Gdyby PiS dostał w niedzielę 33 proc., to raczej nie ma szans na sejmową większość, chyba że pod progiem wyląduje większość małych ugrupowań. Wtedy zwycięzcy przypadnie większa pula mandatów – im mniej partii, tym większa premia dla największego ugrupowania.

Trudno spekulować, ile partii wejdzie do Sejmu – cztery czy siedem. Ciekawe, jak na wyniki wpłynie wtorkowa debata. Dla wielu komentatorów jej zwycięzcą jest Adrian Zandberg z Razem. W sondażach Razem ma nie więcej niż 1 proc. Czy tzw. efekt Zandberga odbierze ZL tyle głosów, że lewicowa koalicja spadnie poniżej progu i nie wejdzie do Sejmu?

Frekwencja zdecyduje?

Im niższa frekwencja, tym większe szanse na lepszy wynik PiS – jego wyborcy są lojalni i zmobilizowani. Wszystko zależy od tego, na ile zmobilizowani będą ci, którzy pójdą zagłosować na konkurentów PiS.

Aż 59 proc. deklaruje, że pójdzie na pewno, a 21,8 proc. – że raczej. Jeszcze nie wie 4 proc. Na rekord frekwencji nie ma co liczyć, ale też może nie będzie tak źle jak w 2005 r. – 40 proc.

Wyborcy PiS zdają test z lojalności – spośród tych, którzy cztery lata temu poparli Kaczyńskiego, teraz na niego chce głosować 79,9 proc. Reszta przechodzi do PO (3,6 proc.), partii KORWiN (2,3 proc.) i PSL (1,6).

PO chce poprzeć połowa elektoratu sprzed czterech lat – 54 proc. Co dziesiąty przepłynął do Nowoczesnej, 8,4 proc. do PiS, 8,2 do Kukiza, 6,3 proc. do lewicy Nowackiej, a 5,4 do PSL.

Wyborcy Andrzeja Dudy z I tury wyborów prezydenckich w 74,9 proc. teraz zagłosują na PiS. Komorowskiego w 62,7 proc. – na PO. A Kukiza? Połowa (47,3 proc.) pozostanie mu wierna. 16 proc. odda głos na PiS, a 14 proc. – na PO.

TNS Polska, 19-20 października 2015 r., próba ogólnopolska, reprezentatywna 1003 dorosłych Polaków, telefoniczna (60 proc. komórek, 40 proc. stacjonarnych)

wyborcza.pl

 

Jak metoda d’Hondta* dzieli miejsca w Sejmie. Sprawdzamy dla 6, 4 i 3 partii w parlamencie

Dominika Wielowieyska, 22.10.2015

Sejm RP

Sejm RP (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Ordynacja wyborcza przy podziale mandatów w Sejmie premiuje największe komitety wyborcze, a karze tych, którzy nie chcą się jednoczyć mimo zbliżonych programów.

Sondaż dla „Wyborczej”. W nowym Sejmie trzy czy siedem partii? Kto padnie na progu?

Według jakich reguł obliczana jest liczba mandatów na podstawie wyników wyborów? To bardzo skomplikowana operacja matematyczna oparta na metodzie d’Hondta.

Sześć ugrupowań w Sejmie. Jak będzie wyglądał podział mandatów?

Aby wyjaśnić, jak to działa, na naszą prośbę dr Jarosław Flis przyjął poniższe dane dotyczące możliwych wyników partii w wyborach i wspólnie zanalizowaliśmy, jak by wyglądał Sejm w różnych wariantach. Doktor Flis stworzył przybliżoną średnią z różnych sondaży – IBRiS, MillwardBrown, TNS, Ipsos – z 13 października tego roku.

http://datawrapper.dwcdn.net/hN4KF/3/

Wszystkie partie obowiązuje 5-proc. próg wyborczy. Z jednym wyjątkiem: Zjednoczona Lewica zarejestrowała się jako koalicja, wobec tego musi przekroczyć pułap 8 proc., aby znaleźć się w Sejmie.

Dziś notowania partii są tak niestabilne, że należy to traktować jedynie jako roboczą bazę, na podstawie której policzyliśmy, ilu posłów będą miały poszczególne komitety wyborcze. I oto ten podział:

http://datawrapper.dwcdn.net/Sji5I/2/

Wyborcy wybrali największe partie, małe są poza Sejmem. Jak wygląda wtedy Sejm?

Załóżmy, że głosowanie wyborców byłoby inne niż w naszych bazowych założeniach: Platforma zyskałaby 5 proc. głosów więcej, dochodząc do wyniku 28,2 proc., przejmując np. wyborców Nowoczesnej Ryszarda Petru. Nowoczesna wówczas nie wchodzi do Sejmu, bo jest poniżej progu 5 proc. Wtedy Platforma zyskuje – w wyniku obliczenia według reguły d’Hondta – 28 dodatkowych mandatów. A tymczasem w poprzedniej wersji Nowoczesna miała 23 mandaty. Jeżeli uznać Platformę i Petru za partie zbliżone ideowo, to przy przerzuceniu 5 proc. z partii Petru na PO cały obóz centrowy zyskiwałby pięć dodatkowych mandatów. Dlaczego tak się dzieje? Bo ordynacja premiuje duże partie: im większa partia, tym bardziej korzystne jest dla niej przeliczanie głosów na mandaty.

Innymi słowy, metoda d’Hondta zachęca partie do jednoczenia się, daje premię w postaci dodatkowych mandatów za to, że różne partie stworzyły jeden komitet wyborczy. Jeżeli idą osobno, tracą część miejsc w Sejmie na rzecz innych ugrupowań.

Gdyby np. założyć, że Platforma przejęła 5 proc. wyborców PSL, a ludowcy nie weszliby do Sejmu, i jeżeli uznalibyśmy, że PO i PSL tworzą zbliżony ideowo obóz centrowy, to wtedy ta różnica w mandatach jest jeszcze większa. W naszej symulacji PSL jest bowiem słabsze od Nowoczesnej. I w sumie Platforma i PSL miałyby mandatów 150, a Platforma sama bogatsza o 5 proc. zabrane ludowcom miałaby mandatów 166. Premia wzrosłaby więc do 16 mandatów.

A teraz przyjmijmy scenariusz, że Nowoczesna Ryszarda Petru otrzymuje 4,9 proc., a pozostałe partie mają takie samo poparcie jak przy naszym podstawowym założeniu. Wtedy podział mandatów wyglądałby tak:

http://datawrapper.dwcdn.net/K2OI0/2/

PO zyskuje z tej puli osieroconych mandatów po Petru tylko sześć, obóz centrowy zamiast 157 mandatów miałby 140. Straciłby 17 mandatów, dlatego że Nowoczesna byłaby tuż pod kreską.

A teraz przeanalizujmy rezultaty komitetów PiS i ruch Kukiz’15.

Gdyby PiS przejęło 5 proc. wyborców Kukiza, miałoby 245 mandatów zamiast 226 mandatów. Gdyby uznać, że PiS i Kukiz to jeden obóz prawicowy, to w wariancie, gdy oba ugrupowania są w Sejmie, jako koalicja mają w sumie 249 mandatów, a więc więcej o cztery mandaty, niż gdyby stanowiły jeden komitet wyborczy. I akurat w tym wypadku jednoczenie nie byłoby korzystne, bo Kukiz w naszym badaniu jest zbyt silny. Premii nie ma.

Premia za zjednoczenie w postaci większej liczby mandatów jest więc największa, jeśli jedna z partii jest bardzo słaba, a druga nie jest tą najmocniejszą.

Kto najwięcej zyskuje na tym, że maluchy są pod progiem? Zwycięzca wyborów.

A teraz spróbujmy pokazać, jak zmieniałby się Sejm i podział mandatów w różnych wariantach: gdy próg 5 proc. przekroczą trzy albo cztery ugrupowania. Przy założeniu, że poparcie dla tych, które do Sejmu weszły, pozostaje takie samo. Chodzi o to, by zobaczyć, jak wygląda podział pomiędzy szczęśliwców tej osieroconej puli mandatów

Rozkład mandatów w Sejmie

Jeśli w Sejmie byłyby tylko trzy partie, to największą premię z tego tytułu zgarnęłoby PiS – 35 mandatów. PO dostaje 19 mandatów więcej.

Przy czterech partiach w Sejmie PiS zyskuje 20 mandatów, a PO – 12.

Im mniej partii w Sejmie, tym bardziej rośnie przewaga zwycięzcy nad drugim ugrupowaniem na mecie, na przykład przewaga PiS nad PO.

Dlatego każdy lider rankingu będzie się tym bardziej cieszył, im więcej partii pozostanie pod progiem, bo zwiększa to jego szanse na samodzielne rządy.

Jeżeli dla wyborcy głównym celem byłoby osłabienie potencjalnego zwycięzcy, to zgodnie z tą kalkulacją powinien wybierać partie, które w sondażach mają w miarę stabilne ponad 7-proc. poparcie, a w przypadku koalicji partii – ponad 8-proc.

Wniosek jest jednak jasny: jeśli jakakolwiek koalicja z poparciem w okolicach 8 proc. znajdzie się tuż pod progiem – oznacza to wielką premię dla komitetu, który na mecie jest pierwszy.

*Victor d’Hondt (1841-1901), belgijski profesor prawa i matematyki na Uniwersytecie w Gandawie. Najbardziej znany dzięki stworzonej w 1878 r. procedurze podziału mandatów między kandydatów z list partyjnych w wyborach o ordynacji proporcjonalnej.

wyborcza.pl

Reklamy

%d blogerów lubi to: