Rokita (21.10.2015)

 

Kraśko tłumaczy premier Kopacz, jak się prowadzi kampanię: Nie lepiej powiedzieć, że…”

Łukasz Woźnicki, 21.10.2015

Piotr Kraśko, Ewa Kopacz

Piotr Kraśko, Ewa Kopacz (fot. ALBERT ZAWADA, AGATA GRZYBOWSKA)

– Jeśli porówna się pierwszą debatę z drugą, to widać, że ktoś sztabie PO zawalił. Wczoraj to wyglądało dużo lepiej. Tłum ludzi uśmiechniętych za panią. Młodych, w koszulkach. Idą, skandują… Tak się powinno robić kampanię – mówił do premier i przewodniczącej PO dziennikarz Piotr Kraśko

Bohaterem środowej rozmowy z premier polskiego rządu w TOK FM właściwie nie była Ewa Kopacz, a dziennikarz TVP Piotr Kraśko. Dociekliwie przepytuje polityków opozycji. A tym razem…

– Dzień dobry, pani premier. Absolutnie pani premier dziękuję, że przyjechała do nas tak rano [7.40 – red.]. Bo o której pani skończyła wieczór po debacie? – zaczął rozmowę na antenie TOK FM.

– Poszłam spać o drugiej w nocy i dosyć wcześnie wstałam, o godz. 5. Trochę się odzwyczaiłam od snu, ale mam organizm przyzwyczajony z czasu, gdy byłam lekarzem i dyżurowałam – odparła premier. W takim mniej więcej tonie przebiegała cała rozmowa.

To Platforma dała Polakom wolność

Kraśko pytał o wątpliwości tych, którzy jeszcze nie wiedzą, czy zagłosować na PO albo „w tej chwili jeszcze myślą, że nie.” Sam odpowiedział skąd ich wahanie.

– To jest dość normalne zmęczenie, zużycie władzy. O tym mówiono w Polsce przez lata, że władza zużywa. Platforma była tą pierwszą partią, która wygrała wybory po raz drugi. Ale wiele osób się zastanawia, czy oni mają w sobie energię? I czasem jej po prostu nie widzą. Bo wszyscy zgodnie mówią: pani premier Kopacz jeździ, zasuwa, walczy, ale dokoła tej energii nie widać. To mówi wielu ludzi, sympatyków PO. I co by im pani odpowiedziała? – pytał premier.

– Odpowiem tym, którzy mają dziś wątpliwości, oczywiście z prośbą w głosie, aby jednak zaufali nam po raz kolejny. To PO zmieniła Polskę w ciągu tych ostatnich lat. Nasi oponenci polityczni mogą marudzić, że Polska to ruina, ale przecież każdy widzi piękne ulice, te piękne drogi, te wszystkie instytucje, które mamy. My daliśmy Polakom to, co najcenniejsze. Daliśmy im wolność, czyli możliwość decydowania o sobie. PO zmieniła Polskę na lepsze – mówiła Kopacz. Dodawała, że ona sama w ciągu ostatniego roku zmieniła na lepsze PO.

– Pani premier, pani mówi o wolności… I zgoda. Nie lubię używać sformułowania „Polacy coś sądzą”, bo każdy Polak sądzi coś sam w sobie. Ale tu się zgodzę. Polacy kochają wolność. Ale moim zdaniem wolność Polakom dał Lech Wałęsa i Solidarność. To hasło „prezydent naszej wolności” Bronisława Komorowskiego”… fajne. Ale to nie było hasło, którym można było wygrać wybory – mówił Kraśko.

– Nie wiem, jaki tu mieć atut w ręku. Coś co powie ludziom: zagłosujcie na nas – zastanawiał się.

Może powinniście powiedzieć ludziom: jesteście najlepsi?

– Ja rozumiem pani argument: nie głosujecie na małe partie, bo to może być stracony głos, a to wzmacnia PiS. Rozumiem – kontynuował.

– Ale czy nie fajniej byłoby powiedzieć ludziom: zagłosujcie na nas nie dlatego, że głos na inne partie to marnowanie głosu, ale dlatego, że mamy najlepszy program, najlepszą wizję, najlepszych ludzi. Może to powinien być główny przekaz? – podsuwał pomysły Kraśko.

– No tak – odparła Kopacz. – Tylko to właśnie wyborcy, właśnie Polacy, którzy tak umiłowali wolność, będą decydować na kogo oddadzą głos. Najprościej odwołać się do tego, co sami widzą. Ludzie nie lubią, kiedy im się narzuca, pokazuje się im jedno i wmawia nieprawdę – mówiła Kopacz.

– Kiedy ludzie widzą, że są wybudowane stadiony, to oni je widzą. Kiedy widzą piękny Stadion Narodowy, to też go widzą i mogą tam realnie pójść. Polacy, którzy umiłowali wolność, dzisiaj muszą decydować o własnym życiu – odparła premier.

Według Kopacz ludzie nie widzą, jaką Polskę szykuje im PiS. A wizję kraju według Jarosława Kaczyńskiego zapowiada projekt zmiany konstytucji, który w ubiegłym tygodniu zniknął ze stron partii. – Ta schowa głęboko konstytucja niestety tą wolność ogranicza. Nie tylko obywatelską ale kwestionuje także prawo do własności, uzależnia je od certyfikatu moralności. Niezależność jest podważana, sędziowie będą powoływani na próbę. Zniesiona ma być zasada domniemania niewinności. To przerażające rzeczy. To jest zamach na naszą wolność. Wiem, że Polacy nie chcieliby żyć pod dyktando polityków PiS – mówiła premier.

Za panią uśmiechniętych ludzi tłum

Kopacz tłumaczyła, skąd wysokie notowania PiS. Porównała obecną sytuację do rozmów rodziców z dzieckiem. – Mama czy tata mówi dziecku, nie bierz jedzenia, jak masz brudne ręce, bo cię rozboli brzuch. Dziecko myśli sobie, co tam, wezmę kanapkę brudnymi rękoma, bo nie pamięta tego bólu brzucha. A potem mówi: tata miał rację, brzuch mnie rozbolał. Dziś ludzie nie pamiętają, co robił Kaczyński, gdy rządził – mówiła premier.

Kraśko wrócił do tematu kampanii. – A w kamapanii bardzo ważne są emocje. Pouczycie „poweru”, jakie ma w sobie partia. PiS bardzo sprawnie tę kampanię prowadzi. Od zwycięstwa Andrzeja Dudy widać, że jest na fali, mają energię – mówił.

Nawiązywał do partyjnych wieców po ostatnich debatach. W poniedziałek po debacie Beata Szydło wystąpiła na wiecu pod siedzibą telewizji. Czekała tam na nią mównica z nagłośnieniem. Kopacz udzielała wówczas wywiadu na korytarzu. Dzień później PO także zorganizowała wiec. „Ewa, Ewa! Dziękujemy!” – skandowała młodzieżówka PO w siedzibie telewizji.

– Jeśli porówna się pierwszą debatę z wczorajszą to widać, że ktoś sztabie PO zawalił. Wczoraj to wyglądało dużo lepiej. Tłum ludzi uśmiechniętych za panią. Młodych, w koszulkach. Idą, skandują. Tak się powinno robić kampanię. W poniedziałek tego nie było. Czy pani czasem tam u siebie nie ma ochoty walnąć pięścią w stół i powiedzieć: kurcze, weźcie się do roboty i ogarnijcie to? – dopytywał Kraśko.

– Oni rzeczywiście ciężko pracują. My większa wagę przykładamy do wyjazdów. Sadziliśmy, że w telewizji robienie zamieszania, wrzasków, krzyków byłoby niewłaściwe. Ale skoro pierwszego dnia okazało się, że można i PiS też to robi, pokazaliśmy, że też mamy młodych ludzi, pełnych energii, którzy chcą z nami pójść do tego studia – odparła Kopacz.

– Jeśli ktoś mówi, że nie mamy energii… wczoraj było najlepiej ją widać. Ci młodzi ludzie, których jest teraz bardzo dużo w PO. Pełni wiary, że wszystko jest możliwe i że wygramy te wybory. Oni chcą dobrych zmian, kontynuacji. Nie chcą ekipy, która przyjdzie i jednego dnia rozwali wszystko, co było budowane przez ostatnie lata – dodawała.

Wybory 2015

kraśkoTłumaczyKopacz

wyborcza.pl

 

Efekt Zandberga

Paweł Wroński Gazeta Wyborcza,21.10.2015

Adrian Zandberg, Partia Razem, podczas debaty liderów

Adrian Zandberg, Partia Razem, podczas debaty liderów (Fot. Sawomir Kamiski / Agencja Gazeta)

Adrian Zandberg z parti „Razem” przyszedł do studia, powiedział co myśli i zakasował politycznych wyjadaczy. Kandydatki na premiera, ćwiczone przez agencje PR -owe wyglądały przy nim, proszę panią Ewę Kopacz i Beatę Szydło o wybaczenie, jak szafy grające z bardzo ograniczonym zestawem płyt.

Na czym polega „efekt Zandberga”? Zobaczyliśmy polityka nieznanego (ci którzy śledzą lewicową scenę znają go od lat choćby ze współpracy z Jackiem Kuroniem i ich manifestu na łamach GW z 2001 r.), który ku powszechnemu zaskoczeniu wygląda na takiego. który po prostu wierzy w to co mówi.

Można się nie zgadzać z jego radykalnymi poglądami, ale jest w nich autentyczny. Ma odpowiednią dawkę luzu i dystansu do samego siebie, czego w nadętej polskiej polityce od lat brakuje. Dodatkowo ma spójne poglądy. Dysponuje wiedzą, i tym rodzajem politycznej inteligencji, która pozwala przekładać skomplikowane kwestie polityczne i ekonomiczne na zwykłe sprawy życiowe. Do tej pory w polskiej polityce mieli ją Donald Tusk i Aleksander Kwaśniewski.

Pod pewnym względem Zandberg przypominał Pawła Kukiza, z okresu kampanii prezydenckiej. Jest postacią nową, autentyczną i radykalną w poglądach. Ma jednak nad nim olbrzymią przewagę, bo zdaje się wiedzieć o czym mówi i nie wygląda na takiego, który zmienia koncepcję co konferencję prasową. Widać zresztą, że „odebrał tlen” nowopasowanemu liderowi „oburzonych”. Kukiz w debacie trochę się miotał. Tradycyjnie psioczył na system, podszczypywał raz to PiS, raz to PO, nadłużej wykłócał się z prowadzącą program Dianą Rudnik o to, o co powinna go pytać. Jednak gdy padały pytania o konkretne rozwiązanie to kończył „zgadzam się z panem Januszem” – chodziło o Janusza Korwin -Mikkego.

Na tle Zadberga traciła także Barbara Nowacka, lekko mdła tego dnia. Jej konkurent był bardziej lewicowy, bardziej radykalny i trzeba przyznać, że sprawniejszy retorycznie. Zyskiwał paradoksalnie jako kompletne przeciwieństwo Ryszard Petru – reprezentanta Polski liberalnej, nastawionej na wzrost gospodarczy. Efekt lustrzanego odbicia dyskurs Petru – Zandberg posłużył obu.

Przyznajmy, że mimo iż liderki obu najważniejszych ugrupowań PO i PiS były w tej debacie bezbarwne, albo wręcz męczące, partia Razem nie zagrozi im w tegorocznych wyborach do Sejmu, bo nie do tego elektoratu się zwraca. Może jednak odebrać głosy Zjednoczonej Lewicy i Kukiz15, co utrudni tym partiom wejście do Sejmu i znacząco zmieni scenę polityczną po wyborach.

Rodzi się jednak pytanie, czy w osobie Adriana Zandberga mamy nowego lidera lewicowej polskiej sceny politycznej na przyszłość. Tej lewicy, której elektoratem będzie pracownik najemny, prekariusz a nie proletariusz? Mam co do tego wielkie wątpliwości. Partia Razem postanowiła nie wchodzić w żadne relacje ze Zjednoczoną Lewicą twierdząc, że zza sympatycznej postaci Barbary Nowackiej wyłania się Leszek Miller, Włodzimierz Czarzasty, czy Janusz Palikot. Oznacza to, że ugrupowanie Zandberga nie jest skłonne do politycznych i programowych kompromisów. To z jednej strony siła, ale z drugiej słabość, bo bez koniecznej elastyczności trudno dotrzeć do szerszego kręgu wyborców.

Poza tym w Zandbergu nie widać cienia wygórowanych ambicji, ciągu do władzy, umiejętności rozgrywania ludzi, wodzowskich manier. Wygląda na pozytywnego człowieka, z którym chętnie każdy spotkałby się na piwie, by pospierać się o polityce. To niestety nie są cechy polityka. Dobrze jednak, że po wtorkowej debacie mamy świadomość, że ktoś taki istnieje.

efektZandberga

wyborcza.pl

Jacek Kuroń i Adrian Zandberg: III RP dla każdego

Jacek Kuroń, Adrian Zandberg, 05.03.2011

Adrian Zandberg, Jacek Kuroń

Adrian Zandberg, Jacek Kuroń (Fot. Agencja Gazeta)

Jacek Kuroń: Jakiej Polski chcemy? Jak sprostać nowym wyzwaniom świata? Trzeba nam debaty i działań – to zadanie dla młodych, dla pokolenia współautora tego tekstu – Adriana. Ja i moi rówieśnicy będziemy służyć pomocą

Tekst Jacka Kuronia i Adriana Zandberga z 14 listopada 2001 roku

Jacek Kuroń: Apel mój, opublikowany 16 października 2001 w „Gazecie Wyborczej” [wzywający do powołania Ruchu Obywatelskiego Obrony Człowieka – red.], spotkał się z żywym zainteresowaniem. Dotychczas napłynęło kilkaset listów z akcesami, zgłoszeń e-mailowych i telefonicznych. Zwracają się do mnie często ludzie wybitni, ale przede wszystkim ludzie młodzi, którzy podzielają moje przekonanie, że w wyborach „społeczeństwo opowiedziało się przeciwko bezwzględnemu, wilczemu kapitalizmowi za państwem, które troszczy się o swoich obywateli i chroni najbiedniejszych przed kosztami przemian”. Wiele osób zgłosiło poparcie dla sformułowanej przeze mnie wizji Polski jako społeczeństwa opiekuńczego. Odezwały się też głosy niepokoju mówiące, że kapitalizm to pełne półki i wolność gospodarcza i temu służą twarde zasady gospodarowania – a zmęczenie społeczeństwa wykorzystują cyniczni politycy.

Pełną odpowiedzialność za obecny stan gospodarki, społeczeństwa i państwa ponosimy oczywiście my, politycy. Mówię to przede wszystkim w swoim własnym imieniu. Chcieliśmy szybko dogonić kraje wysoko uprzemysłowione przez nagłe wprowadzenie bezwzględnych reguł kapitalistycznego gospodarowania słabo łagodzonych przez politykę różnego rodzaju „kuroniówek”. W efekcie otrzymaliśmy kapitalizm tym bardziej dziki, że brak kapitalistów często zastępowano uwłaszczaniem nomenklatury – zarówno PRL-owskiej, jak i tej nowej, którą stworzyła III Rzeczpospolita. Jest więc on nie tylko dziki, ale i państwowy.

Zapomnieliśmy, czy nawet nie wiedzieliśmy, że bezwzględny kapitalizm w społeczeństwach rozwiniętych panował tylko przy wprowadzaniu go w XVIII i XIX wieku, i to od razu w wojnie społecznej. Później ta wojna toczyła się długo, ale na peryferiach rozwiniętego gospodarczo świata. Ład społeczno-gospodarczy, jaki zdecydowanie zapanował w krajach wysoko uprzemysłowionych niemal od początku XX wieku, kształtował się wraz z cywilizacją maszynową w walkach i współpracy przedsiębiorców i robotników formujących – przy znacznym udziale inteligencji – ruchy społeczne, w których te siły społeczne się wyrażały. W tej walce – i współpracy – przez wojny i rewolucje tworzono ład społeczno-gospodarczy stanowiący kompromis między pracą a kapitałem, uformowany w demokrację polityczną, demokratyzację wytwarzania i obrotu towarowego (system umów zbiorowych, prawa pracy, komisji trójstronnych, rad zakładowych) oraz demokrację socjalną (powszechnego nauczania, lecznictwa, gwarancji zatrudnienia, społecznej polityki mieszkaniowej etc.). Tylko w ramach tego ładu społeczno-ekonomicznego – zwanego „socjalizmem skandynawskim”, niemiecką „społeczną gospodarką rynkową” czy z amerykańska „państwem dobrobytu” – możliwa była niezwykła efektywność pracy uznawana u nas za kapitalistyczną. Beneficjentami tego ładu byli wszyscy jego uczestnicy – i tylko w tak zarysowanej całości mógł on funkcjonować.

Nie uważam opisywanego tu ładu społecznego za ideał, o którym zawsze marzyli ludzie dążący do wolności i sprawiedliwości społecznej. W systemie tym występowały liczne deformacje immanentnie związane z jego strukturami formalnymi. Był to jednak najdalej idący w kierunku tego ideału krok zorganizowanych społeczeństw ludzkich. Aby wejść nawet na najwyższą górę, trzeba iść krok po kroku.

Podstawy opisywanego tu ładu minęły wraz z cywilizacją maszynową. Nastaje cywilizacja informatyczna. Zmiana ta powoduje dezintegrację ładu społecznego, gospodarczego i państwowego, która przejawia się w naszych trudnościach jak promienie światła w wodzie (innym środowisku).

Kompromis między pracą a kapitałem przemija – przede wszystkim ze względu na stały wzrost znaczenia kapitału ludzkiego (wykształcenie i kwalifikacje pracownika stały się siłą wytwórczą), który już jest decydujący, a niedługo stanie się wyłączny. Oznacza to niezwykły wzrost efektywności pracy i wymagań edukacyjnych, ale i powoduje, że praca wykonywana przez większość dzisiejszych pracowników traci swoje znaczenie ekonomiczne, staje się niepotrzebna. Albo więc jako ludzkość zginiemy w różnorodnych napięciach wyrastających z bezczynności globalnego bezrobocia, albo – w co osobiście nie wątpię – dokonamy globalnej rewolucji edukacyjnej, a co z tym związane, istotnej przebudowy istniejących struktur społecznych.

W przeszłości współpraca społeczno-gospodarcza, choć też międzynarodowa, realizowała się przede wszystkim w państwach narodowych. Tam też dokonywała się niezbędna dla jej trwałości i stabilności redystrybucja. Wraz z cywilizacją informatyczną nastała dominacja formacji globalnej i jej integralnego elementu – globalnego rynku finansowego. Podstawy samodzielności gospodarek w państwach narodowych szybko się kurczą. Żyjemy w gospodarce globalnej, w której zasadnicze znaczenie ma przewidywana przez dawnych mędrców polaryzacja ludzkości między biegunami nędzy i bogactwa. Z jednej strony rzuca się w oczy nawet nie garstka multimiliarderów, ale niewiele ponad 10 proc. ludzi żyjących w nieznanym dotąd dobrobycie. Z drugiej – blisko 90 proc. żyje w nędzy, poczuciu poniżenia i braku perspektyw. Wszyscy oglądamy to co wieczór w drastycznych obrazkach kolorowej globalnej telewizji. W tym kontekście wybuchają gęsto rozsiane po świecie krwawe konflikty etniczne, religijne i w ogóle kulturowe. Globalna wojna – choć rozproszona, ale intensywna – już się rozpoczęła. Nie umiemy tylko wyróżnić w tych konfliktach zręcznej intrygi profesjonalnych gangsterów. Ta udoskonalona w ostatnim czasie profesja obejmuje przede wszystkim nie sztukę zabijania, ale grę giełdową, służby specjalne, manipulowanie ludźmi, sianie strachu i nienawiści.

Zajmuję się światem, bo jego sytuacja wpływa znacząco na nasze położenie i będzie wpływać w coraz większym stopniu. Nadto, wyznaczając cel naszych działań, musimy uniknąć błędu minionych dziesięciu lat. Jak to starałem się tu wykazać, w różnych ważnych sprawach wciąż gonimy ogon przemijającego kapitalizmu. Musimy zmierzać w przyszłość, a jesteśmy już dziś w cywilizacji informatycznej. Moje wnuki, tak jak współpracujący ze mną nad tym artykułem Adrian, posługują się już narzędziami tej cywilizacji. Ja mogę o niej tylko czytać. Dlatego zwróciłem się o współpracę do Adriana Zandberga – uważam bowiem, że ciężar organizowania ruchów społecznych w przyszłości musi wziąć na siebie jego pokolenie.

Adrian Zandberg: Cele musimy wyznaczać w odniesieniu do doświadczeń globalnych – bo globalne stają się problemy, którym musimy stawiać czoło, z deficytem demokracji i alienacją struktur politycznych na czele. Wzrost znaczenia wielkiego kapitału, który wyrwał się spod demokratycznej kontroli społeczeństw, drastycznie ograniczył zakres władzy w państwach narodowych, a zarazem zasiał w elitach przekonanie o bezalternatywności obranego modelu rozwoju – najjaskrawiej zawierające się w wizji końca historii Fukuyamy.

Bezpośrednim skutkiem przyjęcia tego założenia staje się degeneracja sfery politycznej, która traci zakorzenienie w społeczeństwie, przestaje być miejscem debaty publicznej o kierunku rozwoju. Zamiast tego partie przekształcają się w struktury mające zapewnić swoim uczestnikom miejsce pracy w aparacie biurokratycznym. Samo w sobie jest to oczywiście niezbędne do realizacji jakiejkolwiek polityki i byłoby mechanizmem w pełni uzasadnionym, gdyby przyjąć, że świat jest zorganizowany w sposób najlepszy z możliwych i jedyne zadanie to konserwacja istniejącego systemu. To stwierdzenie jednak jest oczywiście fałszywe.

W Polsce mamy do czynienia z głębokim rozziewem między marazmem w sferze aktywności politycznej obywateli a eksplozją różnorodnych działań w sferze społecznej. Tysiące wolontariuszy angażuje się nie tylko w doraźne akcje pomocowe, ale wręcz w przekształcanie świata, w którym żyją. Można powiedzieć, że taką działalność rozpoczęły fundacje wodne, w ramach których mieszkańcy doprowadzili wodociągi do olbrzymiej ilości wsi, a teraz przystępują do ich kanalizacji. Taką działalność prowadzi właśnie Federacja Inicjatyw Oświatowych, w której rodzice, nauczyciele i uczniowie dążą do uzupełnienia systemu szkolnego o niezbędne wsi małe szkoły. Pojawiają się coraz częściej inicjatywy gospodarcze nastawione na samozatrudnienie. Taka działalność to nie tylko casus naszego kraju i nie tylko konsekwencja cywilizacyjnego zacofania. Najlepszym przykładem wdzierania się aktywności społecznej w sferę tworzenia infrastruktury jest ruch Open Source. Tysiące programistów na całym świecie zorganizowanych w tę społeczność bezpłatnie tworzy i udostępnia światu alternatywne wobec komercyjnego oprogramowanie z systemem operacyjnym Linux na czele.

Powstaje pytanie – jak przenieść ogromny potencjał drzemiący w tzw. sektorze pozarządowym w sferę działalności publicznej i politycznej.

Jacek Kuroń: Pojawiają się próby integracji ruchów społecznych w różnego rodzaju komitety, takie jak choćby właśnie propozycja Ruchu Obrony Człowieka. Są one pożyteczne i potrzebne, ale w żadnym razie nie mogą prowadzić do przekształcania się w partie polityczne czy komitety wyborcze. Nie ma sposobu, by uniknąć wówczas opisywanej wyżej przez Adriana biurokratyzacji formalnych struktur politycznych. Jednak reanimacja sfery politycznej aktywności musi się zaczynać od działalności społecznej. Taka jest ogólna prawidłowość i tej drodze sprzyja obecna sytuacja Polski.

Jacek Kuroń, Adrian Zandberg: Dlatego proponujemy zainicjowanie obywatelskiej debaty – Jakiej chcemy Polski? Przez minione dziesięć lat elity, prowadząc zasadnicze dzieło przebudowy ustrojowej, nie zadały społeczeństwu tego pytania. Współczesne środki informatyczne pozwalają jak nigdy na upowszechnianie wszelkiej debaty społecznej. Oczywiście mówić mogą tylko ci, którzy mają coś do powiedzenia, a jeszcze większe ograniczenie stwarza dostęp do wspomnianych środków (z komputerem na czele). Można jednak te ograniczenia znacząco zmniejszyć.

Tylko niektórzy są w stanie formułować tezy, ale niemal wszyscy mogą je oceniać. Debatę taką trzeba prowadzić także w prasie, radiu i telewizji.

Zarazem pytaniem i warunkiem debaty jest, że ilekroć mówimy: należy zapewnić pełny dostęp np. do edukacji – to trzeba koniecznie powiedzieć, skąd i w jaki sposób zdobyć na to środki. Istnieje wiele prób odpowiedzi na to pytanie. Jedną jest opodatkowanie globalnych obrotów kapitałowych (tzw. podatek Tobina). W naszej lokalnej skali uważamy za konieczne wprowadzenie restrykcyjnej polityki kontroli, czy zyski generowane przez polskie filie międzynarodowych multikorporacji nie są wyprowadzane – nieopodatkowane – poza granice Polski.

Zasadniczym problemem do rozwiązania jest – tak jak w całej historii społecznych kompromisów – w jaki sposób pogodzić efektywność ekonomiczną (zysk, wzrost produkcji) z efektywnością społeczną systemu. Chodzi o to, by wyniki współpracy społecznej służyły całemu społeczeństwu. Stałym wyznacznikiem celu współpracy musi być odwrócenie dotychczasowej tendencji wzrostu rozpiętości między dochodami różnych grup społecznych i dążenie do wyrównywania poziomu życia obywateli. Wyrównywanie to musi dokonywać się na wielu płaszczyznach – nie tylko dochodowej, ale i oświatowej oraz zdrowotnej.

Uważamy, że konieczne jest wznowienie debaty o deficycie demokracji w naszym społeczeństwie. Została ona sprowadzona niesłusznie do parlamentarnych sporów. Zapomnieliśmy o ekonomicznym wymiarze demokratyzacji. W każdym zakładzie pracy, tak jak w każdej sferze życia, istnieje kwestia rzetelnego przedstawicielstwa. Dziś znacząca większość pracowników, zwłaszcza w sektorze prywatnym, jest go pozbawiona. Trzeba wrócić do idei stworzenia w Polsce rad zakładowych wybieranych przez załogi spośród kandydatów zgłaszanych przez związki zawodowe i grupy pracownicze. Takie rady reprezentowałyby ogół pracowników wobec pracodawców w negocjacjach i sporach zbiorowych. Zadaniem ruchu społecznego, o którym mówimy, byłoby nie tylko inicjowanie debaty wokół idei, ale też organizowanie społeczeństwa dla popierania ich i wywierania nacisku na klasę polityczną. Konstytucyjnym narzędziem do prowadzenia takich działań może być ludowa inicjatywa ustawodawcza.

Jacek Kuroń: Temu wszystkiemu, o czym tu mówimy, w nowych warunkach społecznych może podołać tylko pokolenie rówieśników Adriana. Ono musi wziąć na siebie trud organizowania takiego ruchu. Ja i moi rówieśnicy będziemy starali się służyć pomocą, doświadczeniem, jeśli trzeba – osłaniać, ale na pewno nie możemy przewodzić.

Odwaga tworzenia drogi w przyszłość potrzebna była i jest w każdym pokoleniu – i w każdym znajdowali się ludzie, którzy umieli krytycznie myśleć i działać pomimo przeciwności. Jestem przekonany, że wasze pokolenie sprosta niezwykłemu wyzwaniu świata, w którym już żyjemy, a jeszcze nie umiemy go zrozumieć, a tym bardziej oswoić.

JACEK KUROŃ, ADRIAN ZANDBERG

donaldTuskOdchodząc

wyborcza.pl

Dlaczego PiS wstydzi się swojego projektu konstytucji z 2010 r.?

Ewa Siedlecka, 21.10.2015

Prezes PiS Jarosław Kaczyński 18 października 2015 r. podczas partyjnego konwentu w Krakowie mówił, że

Prezes PiS Jarosław Kaczyński 18 października 2015 r. podczas partyjnego konwentu w Krakowie mówił, że „jest potrzeba wyrwania sądów z różnego rodzaju szarych sieci, które oplatają niemałą część tego kraju” (JAKUB OCIEPA)

Projekt konstytucji z 2010 r. odzwierciedla przecież znaną od lat wizję państwa PiS. Ma być ono silne siłą władzy wykonawczej, która dominuje nad innymi.

Stąd nie dziwi, że w konstytucji autorstwa PiS nie ma zasady równoważenia się władz. PiS zawsze stawiał na „bezwzględną walkę z przestępczością”, nie dziwi więc, że „bezwzględne zwalczanie lekceważenia prawa i nadużywania władzy” ma być najważniejszym zadaniem władz publicznych.

Niezależność władzy sądowniczej zawsze była dla PiS solą w oku, a władzę sędziów kwestionował jako niedemokratyczną, bo niepochodzącą z wyborów. Dlatego nie dziwi, że w projekcie konstytucji PiS nie ma zasady niezależności sądów, a sędziowie mogą zostać odwołani przez prezydenta na wniosek zdominowanej przez politycznych nominatów Rady Sądowniczej, jeśli cechują się „niezdolnością lub brakiem woli rzetelnego sprawowania urzędu”.

A jednak PiS tej konstytucji się wypiera. Wbrew głoszonym poglądom.

Nie chce już w konstytucji inwokacji „W imię Boga Wszechmogącego”? Wstydzi się wykreślenia z konstytucji prawa do milczenia w sprawach religii i zakazu przymuszania do praktyk religijnych? Przecież demonstracje PiS roją się od krzyży i haseł religijnych, księża biorą udział we wszystkich miesięcznicach smoleńskich, a członkowie partii lansują się w mediach ojca Rydzyka. Politycy PiS nie chcą już zagwarantować nietykalności raz powieszonych krzyży (art. 28: „Obywatele mają prawo do ochrony obecności symboli i pamiątek kulturalnych i religijnych istniejących w sferze publicznej zgodnie z miejscowymi zwyczajami”)? Przecież bronią krzyży w urzędach publicznych, bronią tego, by posłowie w Sejmie obradowali i głosowali pod krzyżem. Poparli zeszłoroczną deklarację lekarzy, że lecząc, będą się kierować prawem boskim, a nie ludzkim. A może już nie chcą wykreślenia z konstytucji zastrzeżenia, że nauczanie religii w szkole nie może naruszać wolności sumienia innych osób? Przecież wspierają Kościół w tym, by religia była w środku planu lekcji, tak by niewierzące przedszkolaki i niewierzący uczniowie zmuszeni byli na niej siedzieć.

Nie chcą już ochrony życia „od poczęcia do naturalnej śmierci”? To dlaczego popierali obywatelskie projekty zakazu aborcji, a za zapłodnienie in vitro chcieli karać więzieniem, bo ponoć to „wyrafinowana forma aborcji”?

Zmienili zdanie na temat usunięcia z konstytucji prawa do azylu? Przecież rozdzierają szaty, że Polsce grozi „najazd hord emigrantów”, którzy zniszczą chrześcijaństwo, roznoszą choroby i będą wysadzać polskie niemowlęta.

Nie chcą zdefiniowania małżeństwa jako związku „wyłącznie” kobiety i mężczyzny ani wpisania do konstytucji zakazu „regulacji spraw par niemałżeńskich” i „prowadzenia ich ewidencji”? Przecież głosowali przeciw ustawie o związkach partnerskich, a prezydent Duda zawetował nawet ustawę o uzgodnieniu płci, uznając, że może być pretekstem do zawierania homomałżeństw.

Wstydzą się, że usunęli z konstytucji zapis o wolności prasy? To przecież ich intelektualne zaplecze w najnowszym „Do Rzeczy” Rafał Ziemkiewicz postuluje „nadzór merytoryczny” państwa nad mediami, nie tylko publicznymi.

Zmienili zdanie co do ograniczenia ochrony praw i wolności do bliżej nieokreślonych „podstawowych”? Zrezygnowali z otwartego katalogu przyczyn, dla których można je ograniczyć? Przecież to nowatorstwo na skalę światową, żeby prawa i wolności można było ograniczyć z jakiegokolwiek powodu, który ma na celu „dobro wspólne” określone dowolnie przez władzę.

A może żałują, że wykreślili z konstytucji zakaz dyskryminacji? I równość kobiet i mężczyzn? Przecież głoszą, że na równe traktowanie nie zasługują na przykład osoby homoseksualne, a „tradycyjne role” kobiety i mężczyzny już dziś – wedle nich – mają gwarancję konstytucyjną.

Nie chcą już traktować przestępstw urzędniczych na równi ze zbrodniami wojennymi (art. 48)? Walka z korupcją nie będzie już sztandarem PiS? Jakoś trudno w to uwierzyć, choć rzeczywiście w kampanii wyborczej politycy PiS akcentują raczej „500 zł na dziecko” i inne dobrodziejstwa socjalne. Może dlatego obawiają się, że ktoś się dopatrzy braku w ich konstytucji „równego dostępu” do ochrony zdrowia (został tylko goły „dostęp”).

Słuchając dzisiejszych zapowiedzi, m.in. typowanego na ministra sprawiedliwości Janusza Wojciechowskiego, że prezydent powinien mieć prawo do odwoływania sędziów i kasowania wyroków sądowych oraz że należy stworzyć specjalną Izbę Ludową w Sądzie Najwyższym, która weryfikowałaby wyroki pod kątem ich sprawiedliwości, trudno się dziwić, że w konstytucji chcą wrócić do sytuacji z PRL, gdy sędziowie i prokuratorzy nie mieli zakazu przynależności do partii politycznych. PiS nie chciałby im też zakazać łączenia sędziowania (i bycia prokuratorem) z posłowaniem. O ileż prościej będzie dbać o sprawiedliwość wyroków, gdy sędziowie będą realizowali wytyczne Prawa i Sprawiedliwości! O ileż mniej wątpliwości miałby prezydent przy mianowaniu sędziego (pamiętamy, że Lech Kaczyński zwlekał z nominacjami miesiącami, „sprawdzając” sędziów), gdyby mógł po prostu sprawdzić, czy i do jakiej należy partii! I nie trzeba by nawet realizować pomysłów z pobieraniem od takich sędziów i prokuratorów próbek moczu do badania na zawartość narkotyków czy badania wariografem – byliby poza podejrzeniem.

Może PiS wstydzi się pomysłu, by rzecznika praw obywatelskich pozbawić immunitetu, niezależności i gwarancji nieodwołalności? Trudno w to uwierzyć po tym, gdy zwalczali kandydaturę Adama Bodnara na RPO w związku z jego niesłusznymi poglądami.

Natomiast mogę uwierzyć, że chcą przemyśleć część polityczną konstytucji, która ustanawia system prezydencki. Z możliwością rządzenia dekretami, odmowy desygnowania premiera i skracania kadencji Sejmu bez żadnego powodu, jeśli od wyboru prezydenta upłynęło nie więcej niż sześć miesięcy, a Sejm działa ponad rok.

Wiceprzewodnicząca PiS Beata Szydło oświadczyła w poniedziałkowej debacie telewizyjnej, że sytuacja ulega zmianom i zmianom może też ulec projekt konstytucji. Rzeczywiście, jeśli wygra PiS, to system prezydencki, czyli dominacja prezydenta Dudy nad premierem Kaczyńskim czy nad premier Szydło, która wyznaje zasadę, że prezes Kaczyński ma zawsze rację, może już nie być wymarzonym przez PiS układem.

Beata Szydło zapewniła też w tej debacie, że konstytucję przyjmie naród. Czyli obiecała, że zostanie poddana pod referendum. Cóż, takiego obowiązku nie ma. A obietnice wyborcze najczęściej pozostają obietnicami.

Trudno się oprzeć porównaniu projektu konstytucji PiS do Antoniego Macierewicza: oboje chowani są na czas wyborów.

 

Zobacz także

wyborcza.pl

Kwestia równowagi

Jan Rokita, 21.10.2015

Wieczór wyborczy Pawła Kukiza

Wieczór wyborczy Pawła Kukiza (Fot. Kornelia Głowacka-Wolf / Agencja Gazeta)

„W sporze między PO i PiS zawiera się istota polskiej polityki” – mówi w Brukseli Donald Tusk. Bez wątpienia ma rację.

Kiedy w maju – ni z tego, ni z owego – urosła wokół Pawła Kukiza partia protestu, przez moment mogło się zdawać, że gdzieś w oddali widać oznaki schyłku dwupartyjności polskiej polityki. Ale to było tylko złudzenie.

Wkrótce zobaczyliśmy, co znaczy w polityce miażdżąca przewaga doświadczenia, organizacji i pieniędzy. Podczas gdy lewicowi profesorowie z wypiekami na twarzy opowiadali teorie o nadchodzącej „rewolucji prekariatu”, a narodowa prawica już szykowała się do marszu po władzę pod skrzydłami Kukiza, cicho, ale konsekwentnie pracowały młyny partyjnej kontrrewolucji. W efekcie PiS i PO skutecznie obrzydziły ludziom ideę obywatelskiego referendum i odwojowały dla siebie władzę nad zbiorowymi namiętnościami.

Gwiazda charyzmatycznego muzyka rockowego zgasła, nim zdążyła na dobre rozbłysnąć. A stare i zmęczone (jak się zdawało) partie wznowiły swój rytualny spór. Pomógł im w tym zresztą przypadek. Wybuchły nagle poza Polską kryzys imigracyjny dał znów okazję do wszczęcia tego rodzaju konfliktu, który obie partie kochają najbardziej: ideologicznej wojny o nieistniejący realnie w Polsce problem „zalewu imigrantów”.

Co ciekawe, Tusk po raz pierwszy przyznaje, że jeszcze kiedy był premierem, potrzeba politycznej zmiany w Polsce była już dla niego „wyraźna i zauważalna”. Nic w tym dziwnego. Jako polityk z niezłą intuicją Tusk wiedział, kiedy odchodził do Brukseli, że następne wybory wygra PiS. Od czasu tragedii smoleńskiej i żarliwej waśni wewnętrznej, jaka w jej efekcie rozłamała na pół polską wspólnotę polityczną, jedna jej połowa została zepchnięta (albo też sama się wepchnęła, to bez znaczenia) w swego rodzaju „podziemie”.

Odwołując się do etosu podziemnej „Solidarności” albo nawet AK, budowała tam swoją tożsamość odrzuconych, niepokornych, sekowanych przez władzę i w końcu – odmawiających legitymacji nie tylko samej władzy, ale całemu państwu. Zarazem jednak elita tego „podziemia” w ciągu ostatniego pięciolecia z rozmysłem i powodzeniem budowała swoje alternatywne instytucje. Tak powstały politycznie radykalne, ale zarazem coraz bardziej masowe tygodniki, portale internetowe, niezłej jakości think tanki, kluby dyskusyjne i w końcu – całe środowiska. Cała alternatywna sfera publiczna, mająca swoje idee, instytucje, autorytety i kłótnie wewnętrzne.

Dziś jest jasne, że pozostawanie całego tego świata w swoistym „politycznym podziemiu” jest na dłuższą metę zabójcze dla państwa. Odbiera mu bowiem legitymizację, odcina od rzeszy patriotycznie nastawionych obywateli oraz uniemożliwia podjęcie poważnych reform państwa i gospodarki, gdyż każda z nich wywołuje reakcję gwałtownego sprzeciwu i grozi buntem. To dlatego nie od dziś władza w Polsce została skazana na dryf.

Zmiana władzy winna zatem posłużyć temu, aby cały ów potencjał obrócić teraz na pożytek państwa i jego reform. Jej prawdziwy sens to nic innego jak przywrócenie państwu utraconej równowagi.

Jan Rokita – polityk UW i PO; w 2007 r. wycofał się z życia politycznego

Reklamy