Krasowski (27.10.2015)

 

Jednak Beata Szydło. Jest decyzja władz PiS. Wcześniej pojawiło się nazwisko „Gliński”

Mateusz Włodarczyk, 27.10.2015
Beata Szydło kandydatką na premiera. Wcześniej portal wPolityce.pl donosił, że w PiS rozważane są dwie propozycje. Obok „premier Szydło” była koncepcja z Piotrem Glińskim.
Beata Szydło w drodze na zarząd polityczny PiS

Beata Szydło w drodze na zarząd polityczny PiS (Fot. Sławomir Kamiński/ Agencja Gazeta)

 


Informację jako pierwszy podał portal TVN24.pl, któremu udało się ją potwierdzić u rzecznik PiS Elżbiety Witek. Komitet polityczny partii zdecydował, że kandydatem na premiera będzie Beata Szydło.

Jeszcze podczas spotkania władz PiS portal wPolityce.pl donosił, że nie tylko Beata Szydło będzie proponowana do urzędu premiera. Obok pomysłu pojawiła się koncepcja z Piotrem Glińskim w głównej roli. Był on już parokrotnie proponowany na to stanowisko, jeszcze za rządów Platformy Obywatelskiej, jako „premier techniczny”.

Skąd wątpliwości?

Pojawiły się one podczas wieczoru wyborczego. W swoim przemówienia Jarosław Kaczyński ani razu nie nazwał Beaty Szydło kandydatką na premiera. Słowo „premier” pojawiło się jednak w wypowiedzi Szydło, gdy zwróciła się ona do prezesa.

Szydło – „personalne wskazanie”

– Beata Szydło jako kandydatka na premiera to personalne wskazanie Jarosława Kaczyńskiego – mówił w „Kropce nad i” Jarosław Gowin. I zaznaczał: – Oprócz tego są statutowe ciała PiS-u, zobaczymy, poczekajmy – dodał polityk.

 

jednakBeataSzydło

gazeta.pl

PiS zaczyna rządy od pustych, ale niebezpiecznych gestów [KOMENTARZ]

Tomasz Ulanowski, 27.10.2015

Andrzej Duda

Andrzej Duda (Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta)

Prezydent Andrzej Duda odmówił ratyfikacji porozumienia międzynarodowego, które przedłużało obowiązywanie protokołu z Kioto z 2012 do 2020 r.

Protokół z Kioto – przypomnijmy – miał walczyć z globalnymi zmianami klimatu, zobowiązując swoich sygnatariuszy do symbolicznej redukcji emisji gazów cieplarnianych. Miał, ale okazał się całkowicie niewystarczający. Dlatego oczekuje się, że w grudniu tego roku 196 państw podpisze w Paryżu nowe porozumienie na temat wspólnej walki z globalnym ociepleniem, które będzie obowiązywać od 2020 r.

A ponieważ ważność protokołu z Kioto kończyła się w 2012 r., jego sygnatariusze zgodzili się przedłużyć go do startu nowej umowy.

Teraz ratyfikacji tej poprawki odmówił prezydent Duda, choć we wrześniu zgodził się na to polski parlament. Jak tłumaczy Kancelaria Prezydenta, „związanie Rzeczypospolitej Polskiej umową międzynarodową, która poprzez nakładane zobowiązania wpływa na funkcjonowanie gospodarki i wiąże się z kosztami społecznymi, powinno być poprzedzone szczegółową analizą skutków prawnych i ekonomicznych, w tym w ramach postępowania ustawodawczego poprzedzającego podjęcie decyzji przez Sejm w sprawie ustawy wyrażającej zgodę na ratyfikację umowy międzynarodowej. W opinii Prezydenta RP w trakcie prac ustawodawczych skutki te nie zostały dostatecznie wyjaśnione”.

Decyzja prezydenta Dudy jest tyleż pusta, co niebezpieczna.

Pusta, bo z powodu załamania gospodarki z czasów PRL-u i późniejszych reform Polska z nadwyżką spełniła to, do czego zobowiązała się, podpisując protokół z Kioto. A nowe polskie plany dotyczące redukcji emisji gazów cieplarnianych, które oficjalnie zaproponujemy w Paryżu, zostały wypracowane i przyjęte w ramach Unii Europejskiej – cała UE chce do 2030 r. ograniczyć emisję dwutlenku węgla o co najmniej 40 proc. w porównaniu z jej wysokością w roku 1990. Co więcej, porozumienie paryskie prawie na pewno nie będzie miało wiążącej mocy prawa międzynarodowego. To m.in. skutek nacisku prezydenta Stanów Zjednoczonych, w których wyrażający zgodę na ratyfikację traktatów międzynarodowych Senat jest zdominowany przez Republikanów – jawnie nieufnych wobec nauki dotyczącej globalnych zmian klimatu. Barack Obama, reprezentujący drugiego po Chinach największego producenta CO2 na świecie, może więc skutecznie podpisać się tylko pod obietnicą, a nie zobowiązaniem.

Nowy polski rząd może więc nawet nie podpisać porozumienia klimatycznego w Paryżu. Nie będzie to miało żadnego znaczenia, gdyż i tak obowiązywać nas będzie wspólna polityka klimatyczna przyjęta w ramach UE.

Dlaczego więc decyzja prezydenta Polski może mieć niebezpieczne skutki?

Bo pokazuje, jak PiS, który przejmuje właśnie władzę w naszym kraju, będzie podchodzić do walki z globalnym ociepleniem. Będzie nadal podważać to, co mówi nam nauka – że zmiany klimatu to obecnie jedno z najpoważniejszych i najgroźniejszych wyzwań stojących przed światem. Zamierza też kontynuować – podobnie zresztą jak PO – szkodliwą dla Polski i świata politykę energetyczną opartą na węglu. I, niestety, będzie kłócić się w tej sprawie z najpotężniejszymi krajami Unii Europejskiej, m.in. Niemcami i Francją.

W sprawie klimatu PiS zamierza więc kroczyć drogą, którą dawno temu w jednym ze swoich przemówień nieporadnie opisał Władysław Gomułka. Stanęliśmy nad przepaścią, a teraz zrobimy krok do przodu.

Zobacz także

piSZaczynaOdPustych

wyborcza.pl

wPolityce: Gliński także jest kandydatem na premiera

look, 27.10.2015

Prof. Piotr Gliński też jest kandydatem na premiera? Zamiast Beaty Szydło

Prof. Piotr Gliński też jest kandydatem na premiera? Zamiast Beaty Szydło (Fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta)

Okazuje się, że PiS nie ma jednego kandydata na premiera. Kandydatem jest także – jak nieoficjalnie dowiedział się serwis wPolityce – profesor Piotr Gliński. Beata Szydło miałaby zostać Marszałkiem Sejmu.

Przez całą kampanię wyborczą oficjalną kandydatką PiS na urząd premiera była wiceprezes partii Beata Szydło. Teraz do głosu dochodzą wewnętrzne rozgrywki w partii Jarosława Kaczyńskiego. Ich efektem jest dzisiejsza publikacja serwisu wPolityce braci Karnowskich, który wieczorem nieoczekiwanie przedstawił nową kandydaturę PiS na szefa rządu. O urząd ma starać się również dotychczasowy kandydat PiS na premiera rządu technicznego – prof. Piotr Gliński.

„O koncepcji by to on, a nie typowana wcześniej Beata Szydło, stanął na czele gabinetu, bardzo głośno w różnych kręgach pisowskich. Informację tę potwierdziliśmy w kilku źródłach, w tym u osób z otoczenia Szydło i Glińskiego. Wedle tej koncepcji Beata Szydło miałaby zostać Marszałkiem Sejmu” – informuje wPolityce.

Pomysł miał pojawić się jeszcze przed wyborami, ale teraz „zaczyna być coraz bardziej prawdopodobny”. WPolityce podaje kuriozalny powód zmiany planów Prawa i Sprawiedliwości. „Powodem jest wyraźne zmęczenie Szydło bardzo długą i wyczerpującą kampanią oraz dobre przygotowanie Glińskiego do przeprowadzenia najpilniejszych zadań rządowych – twierdzą informatorzy wPolityce.

– Także prezes PiS Jarosław Kaczyński ma skłaniać się do tej koncepcji. Jak słyszymy, także Gliński nie musiałby być Prezesem Rady Ministrów na cały okres rządów – dodaje serwis Karnowskich.

Według wPolityce ostateczna decyzja o tym, kto zostanie premierem, ma zapaść w ciągu najbliższych kilkunastu godzin. „Warto zwrócić uwagę, że w czasie wieczoru wyborczego PiS nie padło żadne stwierdzenie dotyczące premierostwa Beaty Szydło” – dodaje serwis.

Czytelnicy wPolityce, pomimo swojej wielkiej sympatii do PiS, nie są zadowoleni z najnowszych informacji. Oto co piszą:

‚Bardzo kiepsko by było… Od razu PiS straciłby wiarygodność w oczach bardzo wielu ludzi… To byłby dramat.’

‚Czy oni oszaleli? Myśmy wybrali Beatę Szydło!!!! Czy PiS chce stracić cale zaufanie? Znowu autodestrukcja jak wtedy z Lepperem? Czy Kaczyński oszalał?

‚Nie wierzę, że mogli oszukać miliony ludzi. To byłby koniec Kaczyńskiego.’

Zobacz także

wpolityceplUjawnia

wyborcza.pl

Krasowski nie boi się PiS: Nic się nie stanie. Prezes? Pogubiony starszy pan. Straszna degradacja

klep, 27.10.2015

Krasowski o Kaczyńskim

Krasowski o Kaczyńskim (Fot. Gazeta.pl)

– Nie boję się PiS, bo wiem, że nic się nie stanie – ocenia Robert Krasowski. W wywiadzie dla „Kultury Liberalnej” publicysta przedstawia swoją bezwzględną diagnozę sceny politycznej.

 

Krasowski to były redaktor naczelny „Dziennika” i autor książek o historii politycznej Polski, dziś wydawca książek, co jakiś czas wciąż publikujący, m.in. gościnnie na łamach „Polityki.” Co powiedział w rozmowie z „Kulturą Liberalną”? Cały wywiad tutaj >>>

My wybraliśmy najciekawsze cytaty.

 

Sam Kaczyński zaszczepił Polakom ten lęk. Antypisizm jest jego dziełem, produktem jego toksycznej osobowości. To nie Tusk stworzył te negatywne emocje. To sam Kaczyński od dwóch dekad straszy miliony, wręcz je hipnotyzuje. Odkąd pojawił się w polityce, nie znał miary i granic

I to oni stanowią jego prawdziwą armię – ludzie, którzy sieją strach przed Kaczyńskim. Każdy, kto ma dość aktualnego establishmentu, zagłosuje na niego, bo czuje, że establishment panicznie się go boi.

Widzieliśmy, jak wyglądała IV RP. Powodów do strachu nie było, jednak ludzie, którzy już byli przestraszeni, dostali gorączki. Ale kiedy teraz na zimno patrzymy na tamte dwa lata, okazuje się, że Kaczyński był niezdarnym władcą, który niczego nie potrafił zrobić, nawet w sprawie dla niego najważniejszej. Bo przecież Ziobro nikogo nie złapał, Macierewicz nikogo nie złapał, Kamiński nikogo nie złapał, cała walka z układem okazała się nieporozumieniem, jedną wielką komedią.

Apostoł politycznego rozumu zamienił się w krzewiciela banałów na temat układu, niesprawiedliwości, narodowego upokorzenia, liberalnego upadku. Straszna degradacja. Oczywiście wciąż jest wielkim liderem partyjnym, to mu przyznaję, ale z kapitalnego technologa władzy, który potrafi wszystko na zimno analizować, staje się pogubionym starszym panem, który nie rozumie współczesnych realiów. A niczego nie pojmując, na niczym nie potrafi odcisnąć piętna.

Lewicowa opinia publiczna uważa, że wpływy Kościoła w Polsce zbudowały prawica oraz biskupi. Nic bardziej mylnego. Oni tego bardzo chcieli, ale całą pracę wykonali ci, co nie chcieli, czyli zwolennicy świeckiego państwa. Oni rządzili częściej, więc im w udziale przypadło uginanie się pod konserwatywnymi realiami. Religię do szkół wprowadził Tadeusz Mazowiecki, konkordat mamy od Hanny Suchockiej, ugoda z Kościołem na poziomie konstytucji i praktyki politycznej to Aleksander Kwaśniewski, zwrócenie majątku Kościołowi to dzieło Leszka Millera, projekty ustaw dopuszczających in vitro blokował Donald Tusk. Ani jeden filar tego, co liberalna lewica nazywa wyznaniowym państwem, nie został zbudowany przez prawicę.

Zostali nawet nie drugoligowcy, ale trampkarze. Donald Tusk wyrzucił z partii wszystkich samców alfa, a potem partię i państwo zostawił Ewie Kopacz, politykowi o niewielkim talencie. Szydło i Duda mają doświadczenie jeszcze mniejsze od niej, a może także mniejsze umiejętności. Nikt nie wywalczył sobie władzy, wszyscy ją dostali w prezencie od graczy silniejszych do siebie. Więc póki co nie potrafią niczego. Poziom gry jest tak niski, że można dołączyć nawet prosto z ulicy. Muzyk, ekonomista, gaduła wiecowy. Wchodzą tu ludzie, którzy w polityce są od kilku dni.

Donald Tusk zostawia po sobie zupełnie nowe doświadczenia, nowe techniki sprawowania władzy. Tusk był w tym wielki, pokazał, w jaki sposób uprawia się politykę dzisiaj, w jaki sposób nic się nie robi, w jaki sposób premier, który ma wzrost gospodarczy, może poniechać wszystkiego i rządzić przez dwie kadencje. Pokazał też, że masy nie chcą, aby je prowadzić ku czemuś lepszemu, tylko aby pozwolić im żyć chwilą.

Cała rozmowa w „Kulturze Liberalnej” >>>

Zobacz także

 

TOK FM

Nastał czas bezkrólewia

Robert Krasowski w rozmowie z Łukaszem Pawłowskim i Tomaszem Sawczukiem

„Państwo jest kompletnie obojętne na ten wynik wyborczy, płynie sobie spokojnie własnym kursem”, przekonuje były redaktor naczelny „Dziennika”.

Tomasz Sawczuk: Boi się pan PiS-u?

Robert Krasowski: Nie.

TS: Wielu się bardzo boi.

Nie boję się, bo wiem, że nic się nie stanie. Państwo jest kompletnie obojętne na wynik wyborczy, idzie sobie spokojnie własnym kursem. Jeżeli spojrzymy na 25 lat historii Polski i nie tylko Polski, zauważymy, że wybory nic nie znaczą. Ani razu w ich wyniku nie doszło do poważnej zmiany kursu.

Inna sprawa to pytanie, czy ludzie mają powody bać się Jarosława Kaczyńskiego. I to jest piekielnie skomplikowana rzecz, bo to sam Kaczyński zaszczepił Polakom ten lęk. Antypisizm jest jego dziełem, produktem jego toksycznej osobowości. To nie Tusk stworzył te negatywne emocje. To sam Kaczyński od dwóch dekad straszy miliony, wręcz je hipnotyzuje. Odkąd pojawił się w polityce, nie znał miary i granic. Największym graczom rzucał się do gardła. Zawsze brutalnie, bez zachowania umiaru, bez szacunku dla prawdy. Jego repertuar oskarżeń był niezwykły – Mazowiecki kryptokomunista, Wałęsa pracuje dla KGB, Kwaśniewski głowa układu, Tusk sługa kondominium i współsprawca zamachu na prezydenta. Kaczyński nieprzypadkowo stał się najważniejszą postacią ostatniej dekady. Widzę, jak w „Kulturze Liberalnej” naigrawacie się trochę z histerii Tomasza Lisa i Adama Michnika, ale jest to histeria zrozumiała. Kaczyński zniszczył Wałęsę, przekonał, że SLD jest grupą przestępczą, rozkręcił smoleńskie szaleństwo.

Ilu_3_Krasowski i Wigura

Łukasz Pawłowski: Niszcząc innych, jednocześnie niszczył sam siebie, kilkakrotnie trwoniąc poparcie.

To odrębna sprawa. Kaczyński się zatracał, przez co tracił możliwości działania. Wszyscy polityczni gracze się go bali, widzieli w nim radykała, człowieka pokroju Macierewicza, tyle że groźniejszego, bo skutecznego. Zawsze szarżował bez umiaru i jego zuchwałość wytworzyła ten dzisiejszy fenomen: jego wrogowie są w niego zapatrzeni jak zając w kobrę, są autentycznie przerażeni, rozhisteryzowani, na granicy amoku. I to oni stanowią jego prawdziwą armię – ludzie, którzy sieją strach przed Kaczyńskim. Każdy, kto ma dość aktualnego establishmentu, zagłosuje na niego, bo czuje, że establishment panicznie się go boi.

TS: Pan twierdzi, że nie ma powodów, by się go bać?

Widzieliśmy, jak wyglądała IV RP. Powodów do strachu nie było, jednak ludzie, którzy już byli przestraszeni, dostali gorączki. Ale kiedy teraz na zimno patrzymy na tamte dwa lata, okazuje się, że Kaczyński był niezdarnym władcą, który niczego nie potrafił zrobić, nawet w sprawie dla niego najważniejszej. Bo przecież Ziobro nikogo nie złapał, Macierewicz nikogo nie złapał, Kamiński nikogo nie złapał, cała walka z układem okazała się nieporozumieniem, jedną wielką komedią. To, że w trakcie pogoni – przez butę i niezdarność – skrzywdzili kilka niewinnych osób, dało im alibi. Wielka pretensja o przelaną krew niewinnych ukryła to, że ani jeden winny nie został draśnięty. Przez dwa lata władzy PiS-u aparat sprawiedliwości po prostu zamarł. Bierność, wręcz zastój, została przesłonięta przez pozorną aktywność. Za rządów SLD trwał festiwal korupcji, ale trwał również festiwal ścigania korupcji.

Wrogowie Kaczyńskiego są w niego zapatrzeni jak zając w kobrę, są autentycznie przerażeni, rozhisteryzowani, na granicy amoku.

Robert Krasowski

Jednak dla wielu osób Kaczyński to postać mityczna, nie patrzą się na jego czyny, lecz wnikają w słowa. Porównuje się go do Putina, lecz gdy Putin poszedł na wojnę z oligarchami, to wziął ze sobą ostre narzędzia, co pokazały na przykład losy Chodorkowskiego. Kaczyński natomiast nie miał odwagi zajrzeć oligarchom w papiery, spytać o źródło majątku, postraszyć, uwięzić. Jedynym pomysłem, który miał, było powołanie komisji śledczej, ale nawet tego nie potrafił zrobić.

TS: Teraz zapowiedzi są mniej awanturnicze. Zaraz po wyborach prezes PiS-u powiedział, że nie będzie żadnej zemsty.

Tego nikt nie wie. Kaczyński różne rzeczy mówił. Gdy miał kłopoty, zwykle rozpętywał swoje polowania, jednak nigdy nie trwały one dłużej niż polityczna potrzeba. I zawsze jego radykalizm był tylko werbalny. Cechował go wandalizm społeczny, ale nie państwowy, podpalał umysły, ale nie podpalał realiów.

ŁP: Nawet jeśli się z tym zgodzić, to trzeba pamiętać, że PiS nigdy nie miał tak mocnej pozycji w sejmie. Partia jest silna, a i przeciwników ma słabych – ugrupowanie Pawła Kukiza jest właściwie do przejęcia, ponieważ pewnie rozpadnie się bardzo szybko. Niektórzy, jak Aleksander Smolar, twierdzą, że Kaczyński będzie się starał o większość konstytucyjną. No i kontroluje prezydenta.

Wtedy też kontrolował, też mógł wziąć pełną władzę. Tuż po zwycięstwie w 2005 r. miał wielkie poparcie i pretekst do rozpisania nowych wyborów, które dałyby mu niepodzielną władzę. Nie zrobił tego, bo wystraszył się, że zwycięstwo nazbyt wzmocni popularnego wówczas premiera Kazimierza Marcinkiewicza.

Ale i bez tego miał wielką władzę, miał gabinet większościowy i brata prezydenta. Miał cały aparat państwa, a i tak nic nie potrafił zrobić. Także dlatego że jego marzenia były niemądre. Chciał na przykład szturmem wprowadzić Polskę do klubu najsilniejszych państw europejskich, które wspólnie rządzą Unią. Pomysł nie z tej ziemi – wizja tego, że w ciągu dwóch–trzech lat państwo, które właśnie dostało największy datek w historii Unii, odbierze swoim sponsorom część władzy nad Europą, była po prostu bajkowa.

Ale był też bardziej zasadniczy powód, dla którego nawet pełna władza w rękach jednego człowieka nie jest szczególnie groźna. Otóż państwo jest obojętne na plany polityków, nawet tak doświadczonych jak Kaczyński. Ciągle u steru państwa pojawiają się nowe twarze, sporo krzyczą, ale nigdy nie zdołały odcisnąć silnego piętna na rzeczywistości. Dlaczego teraz Jarosław miałby je odcisnąć?

TS: Stąd pytanie – czy on z tamtej porażki wyciągnął jakieś wnioski? Zmiany widać gołym okiem: łagodniejszy ton, nacisk na sprawy społeczno-gospodarcze, nominacja Beaty Szydło jako kandydatki na premiera…

To tylko słowa, dla polityki państwa niemające żadnego znaczenia. Polityka ma trzy różne warstwy i trzy różne sensy. Jest własnością społeczeństwa, w tym znaczeniu, że ludzie kibicują jej mocno, a przy okazji wyborów wpadają w amok. Pasje obywatelskie to jedna z najbardziej komicznych form emocjonalności ludzkiej. Druga warstwa polityki – dużo ważniejsza – jest własnością polityków. To oni podejmują polityczne decyzje, kierując się przy tym nie marzeniami mas, ale regułami swojej profesji, czyli interesem partii, walką o własną pozycję, o zniszczenie rywali, o słupki w sondażach. Wreszcie trzecia warstwa – dla panów i dla mnie najważniejsza – to polityka państwa. Otóż to państwo jest absolutnie obojętne na plany Szydło, Dudy czy Kaczyńskiego.

Rzeczywistość państwa jest stabilniejsza niż plany jednostek. Wszystkim wyborom towarzyszyło poczucie przełomu, poczucie równie mocne, co fałszywe. Gdy się patrzy na historię Polski ostatnich 25 lat, nie widać prawicy, nie widać lewicy, nie widać konkretnych partii, ale ciągłość. Każdy z piętnastu premierów miał inne poglądy, każdy z pięciu prezydentów reprezentował inne polityczne obozy. Ale gdy dzierżyli władzę, to wszystko było nieważne. Politykę państwa wyznaczały nie ich poglądy, nie ich biografie, nie ich partie, lecz realia. Teraz słychać lament, że nadejdzie państwo wyznaniowe…

TS: Nie nadejdzie?

Lewicowa opinia publiczna uważa, że wpływy Kościoła w Polsce zbudowały prawica oraz biskupi. Nic bardziej mylnego. Oni tego bardzo chcieli, ale całą pracę wykonali ci, co nie chcieli, czyli… zwolennicy świeckiego państwa. Oni rządzili częściej, więc im w udziale przypadło uginanie się pod konserwatywnymi realiami. Religię do szkół wprowadził Tadeusz Mazowiecki, konkordat mamy od Hanny Suchockiej, ugoda z Kościołem na poziomie konstytucji i praktyki politycznej to Aleksander Kwaśniewski, zwrócenie majątku Kościołowi to dzieło Leszka Millera, projekty ustaw dopuszczających in vitroblokował Donald Tusk. Ani jeden filar tego, co liberalna lewica nazywa wyznaniowym państwem, nie został zbudowany przez prawicę.

TS: Czyli teraz dla kontrastu PiS wprowadzi związki partnerskie?

Gdyby się okazało, że związki partnerskie dają partii rządzącej 50–60 proc. entuzjastycznego poparcia, jestem w stanie to sobie wyobrazić. Politycy idą do wyborów z pewnymi poglądami, jednak realizują to, co narzucają im realia. Leszek Miller chciał rozbudować państwo opiekuńcze, okazało się, że był człowiekiem, który je najsilniej demontował. Politycy mają ambicje, plany, ale one się nie liczą. Zrobią to, do czego zmuszą ich wydarzenia – kryzys na Ukrainie czy dziura w budżecie.

ŁP: Niektórzy twierdzą, że w życiu Jarosława Kaczyńskiego jest osobista pustka po katastrofie smoleńskiej i śmierci brata, a następnie matki. Będzie więc za wszelką cenę walczył o dziedzictwo Lecha, a takie konfliktowe kwestie jak Smoleńsk czy polityka zagraniczna będą dla niego bardzo istotne.

W tym wieku większość ludzi nie ma mamy i taty, więc tej sentymentalnej opowieści nie przyjmuję. Krzywdy osobiste to rzeczy, z którymi politycy radzą sobie w domu. Tuskowi umarła matka w czasie, gdy był premierem, a Polska z tego powodu nie płakała, ani też Tusk nie stał się innym człowiekiem. Dla Jarosława zawsze podstawowym celem było utrzymanie partii. Nawet gdy był premierem, zachowanie przywództwa w partii było ważniejsze niż rządzenie, dzięki czemu zbudował partię prywatną. Nie sądzę, żeby mając ponad 60 lat, zmienił swoje cele. Partia to coś, co kocha i coś, czego potrzebuje.

Dla Jarosława zawsze podstawowym celem było utrzymanie partii. Nawet gdy był premierem, zachowanie przywództwa w partii było ważniejsze niż rządzenie.

Robert Krasowski

Czy w pewnym momencie zdecyduje się iść do władzy, tego nikt z nas nie wie. Wiemy, że poprzednio poszedł do władzy nie z powodu własnej potrzeby, ale dlatego, że Lech go niesłychanie mocno przymuszał.

TS: Czyli uważa pan, że on się nie bije o żadne wielkie sprawy?

Nigdy się nie bił. To jeden z największych mitów, że Kaczyński jest rycerzem jakiejś sprawy. Absolutne nieporozumienie. To wielki, wręcz genialny lider partyjny, który wszystko zawsze robił na potrzeby tej roli. Nie znam żadnej sprawy, w której Jarosław Kaczyński okazałby się rzeczywiście pryncypialny. Niczego konsekwentnie nie bronił. W ciągu dwóch dekad wymienił wszystkie swoje poglądy i zawsze działo się to w rytm politycznego interesu. Nowoczesny, konserwatywny liberał stał się tym, kim dziś jest. Pryncypialny był Lech, nie Jarosław. Dlatego to ten drugi osiągnął tak wielki sukces.

ŁP: Wygrać wybory, zdobyć większość, pełnię władzy – to osiągnął. I teraz co? Chodzi tylko o to, by gonić króliczka?

Donald Tusk był jedynym politykiem, który przed objęciem władzy zdławił w sobie jakąkolwiek ambicję państwową – tak nie wierzył w politykę, społeczeństwo i państwo, że jak Budda usiadł i nic nie chciał robić. Myślę, że u Kaczyńskiego, tak jak u innych polityków, jakieś marzenia się pojawiają. Ale sprawczość w polityce jest rzeczą najbardziej tajemniczą, chociaż powszechnie jest uważana za największą oczywistość. Ja sprawczych polityków w Polsce nie widziałem. Wszyscy co najwyżej sprawnie płynęli z prądem wydarzeń.

ŁP: Nawet jeśli polityk z trudem buduje coś pozytywnego, to zepsuć może bardzo wiele. W przypadku pierwszego rządu Kaczyńskiego była to polityka zagraniczna.

To prawda. Przy tak ogromnej inteligencji Kaczyński jest absolutnym ignorantem w sprawach zagranicznych – niczego z nich nie rozumie. O współczesnym Zachodzie mało wie, za bardzo nim gardzi, zbyt silną czuje obcość wobec jego obyczajowego liberalizmu i ostentacyjnego ateizmu. Był za wejściem Polski do Unii, aby jak najdalej się odsunąć od Rosji, lecz w życiu tej Unii nie chce brać udziału. Ale odcisnąć negatywne piętno na polityce zagranicznej też nie jest łatwo. Rzeczywistość ma gigantyczną siłę, co innego jest wzbudzić niechęć zachodnich stolic, a co innego naruszyć żywotne interesy.

TS: Spośród wielu spraw w czasie tegorocznej kampanii główną zapowiedzią zarówno Platformy, jak i PiS-u była obietnica podniesienia zarobków Polaków.

A od kiedy to politycy decydują o tym, że zarabiamy więcej?! Nie jest tak ani w Polsce, ani na świecie. Bo wtedy okaże się, że przez 30 lat elity japońskie świetnie panowały nad zarobkami Japończyków, a nagle zapomniały tej sztuki i dlatego od dwóch dekad trwa tam stagnacja. Są granice komizmu, to nie tak działa. Wzrost gospodarczy jest sprawą tajemniczą.

TS: Nie zmieniło się zupełnie nic?

Tematy, które się pojawiają w kampanii, zwykle są nieważne. Dzisiaj natomiast są podwójnie nieważne. Nigdy jeszcze nie było tak, że z szachownicy politycznej zginęły wszystkie ważne figury. Niesamowite! Tusk wyjechał za chlebem, Komorowski – co do którego nie wiadomo do końca, czy był figurą – potknął się i nieświadomie abdykował, a Kaczyński z kolei, znając siłę swojej toksyczności, musiał zejść z szachownicy.

Zostali nawet nie drugoligowcy, ale trampkarze. Donald Tusk wyrzucił z partii wszystkich samców alfa, a potem partię i państwo zostawił Ewie Kopacz, politykowi o niewielkim talencie. Szydło i Duda mają doświadczenie jeszcze mniejsze od niej, a może także mniejsze umiejętności. Nikt nie wywalczył sobie władzy, wszyscy ją dostali w prezencie od graczy silniejszych do siebie. Więc póki co nie potrafią niczego. Poziom gry jest tak niski, że można dołączyć nawet prosto z ulicy. Muzyk, ekonomista, gaduła wiecowy. Wchodzą tu ludzie, którzy w polityce są od kilku dni.

Mamy do czynienia z takimi amatorami, że nie ma sensu komentować tego meczu w trybie profesjonalnym. Być może Duda ma potencjał, być może Szydło się zbuduje, ale na to trzeba zwykle kilku lat. Jedyną zatem prawdziwą zmianą, jaką przyniosły wybory, jest scena polityczna, po której biegają amatorzy. Logikę ich ruchów wyznacza chaos. Tacy ludzie nie są w stanie zrealizować żadnego planu, oni walczą, aby się zbyt szybko nie przewrócić. Sytuacja, w której jesteśmy, to klasyczne bezkrólewie.

ŁP: „Newsweek” przedstawił Kaczyńskiego na okładce w królewskiej koronie.

Nie chcę komentować. Wiecie, ja nigdy złego słowa na Kaczyńskiego nie powiem, bo byłem pod jego wielkim wrażeniem na początku lat 90. Warto go było wtedy zobaczyć. Bił innych na głowę. Trochę szalony, ale rześki, świeży, inspirujący. Elity tamtych lat zanudzały banałem, strasznym, bo szczerym. To nie był uspokajający przekaz dla mas, ale szczery wyraz ich refleksji. Jak ludy pierwotne, realne wydarzenia potrafili przeżywać tylko jako mit.

Jeden Kaczyński próbował zrozumieć, co dokoła się dzieje. Szukał sprężyn zmian, ich logiki, ich skutków. Odczarował transformację, opisywał ją nie jako mit, ale jako rzeczywisty proces społeczny, polityczny i gospodarczy. W którym muszą być beneficjenci i ofiary, sukcesy i porażki, zmiany realne i zmiany pozorne, zmiany na dobre i zmiany na złe. Rozumował jak mandaryn, widział, że działają żywioły społeczne, wiedział, że ludziom coś trzeba rzucić. Wiedział, że trzeba realizować plan Balcerowicza, ale też że trzeba Balcerowicza poświęcić, aby mieć kolejne otwarcie.

Ja wciąż pamiętam wielkiego technologa władzy na miarę tych z Kremla. Rześki, zimny, oczytany, bezwzględny, a zarazem nakierowany na polskie interesy. Polski Machiavelli, nie cyniczny, bo oddający cały ten cynizm wspólnej sprawie. On deklasował wszystkich poza Wałęsą.

ŁP: Potem to się zmieniło?

Kaczyński gorzknieje, zafiksowuje się na swojej diagnozie, odsunięty od władzy nie ma tego, co uskrzydla, popada w coraz większą podejrzliwość. Nie potrafi zrozumieć nowych wyzwań, zwłaszcza Unii Europejskiej. Przecież ten człowiek szczerze mówił, że nie powinniśmy wchodzić do Unii, bo mamy fatalne warunki, będziemy płatnikiem netto. Jest pewna granica dopuszczalnego błędu. Apostoł politycznego rozumu zamienił się w krzewiciela banałów na temat układu, niesprawiedliwości, narodowego upokorzenia, liberalnego upadku. Straszna degradacja. Oczywiście wciąż jest wielkim liderem partyjnym, to mu przyznaję, ale z kapitalnego technologa władzy, który potrafi wszystko na zimno analizować, staje się pogubionym starszym panem, który nie rozumie współczesnych realiów. A niczego nie pojmując, na niczym nie potrafi odcisnąć piętna.

Nigdy jeszcze nie było tak, że z szachownicy politycznej zginęły wszystkie ważne figury. Zostali nawet nie drugoligowcy, ale trampkarze.

Robert Krasowski

TS: Co Platforma zostawia nam po ośmiu latach?

Społeczne emocje z nią związane, bo jedni się zawiedli, inni im sprzyjali, czyli zostaną wspomnienia kibiców. Z kolei w tym wymiarze polityki, który jest własnością polityków, czyli w obszarze krążenia elit, Donald Tusk zostawia po sobie zupełnie nowe doświadczenia, nowe techniki sprawowania władzy. Tusk był w tym wielki, pokazał, w jaki sposób uprawia się politykę dzisiaj, w jaki sposób nic się nie robi, w jaki sposób premier, który ma wzrost gospodarczy, może poniechać wszystkiego i rządzić przez dwie kadencje. Pokazał też, że masy nie chcą, aby je prowadzić ku czemuś lepszemu, tylko aby pozwolić im żyć chwilą. Dziedzictwo tej cynicznej dojrzałości Tusk zostawia po sobie i będzie ono dla polityków kompasem. Natomiast z punktu widzenia tego, co się nazywa państwem, Platforma nie zostawia absolutnie niczego. Tusk nie chciał odcisnąć piętna na rzeczywistości i udało mu się.

TS: Jedyny polityk realizujący plany.

Właśnie tak. Natomiast nie sądzę, żeby to była zła ocena Platformy. Czy w czasach prosperity politycy muszą zostawiać po sobie coś? Lepiej by było, żeby Tusk poprawił parę fragmentów państwa, podłubał trochę przy służbie zdrowia czy oświacie. Ale to nie jest rzecz, którą by społeczeństwo doceniło, nawet publicyści by to przeoczyli.

ŁP: Czy po przegranej Platforma się rozpadnie?

Kiedy po szachownicy biegają same pionki, możliwy jest każdy scenariusz.

ŁP: Czyli z wielkiej tezy o zabetonowaniu polskiej sceny politycznej, która towarzyszyła nam przez lata, nic nam nie zostaje?

Te wybory jednak podtrzymały duopol, a może raczej monopol, bo żyjemy w epoce Kaczyńskiego. Nieważne, czy ktoś ma poglądy lewicowe, prawicowe, jest za aborcją czy przeciw aborcji i tak dalej – najważniejsze, czy jest za Kaczyńskim czy przeciw niemu.

Patrzę na tę jego toksyczną charyzmę z podziwem, choć podziw byłby większy, gdyby on nad tym panował. Zresztą ta sytuacja go niszczy, nie może zostać władcą, musiał się usunąć, żeby zacząć wygrywać. Ale wyrósł na ikonę epoki i, podobnie jak Jaruzelski, przez długie dekady będzie budził niekończące się spory.

ŁP: Po co w takim razie Adam Michnik czy Tomasz Lis tak ostro go atakują?

Michnik działa zgodnie z dokładnie tą samą logiką, co Jarosław Marek Rymkiewicz: czuje się odpowiedzialny za całą Polskę, przeżywa wszystko niesłychanie teatralnie, ale myśli politycznej w tym nie ma. Ale po drugiej stronie jest podobnie. Strach przed rządami Platformy był zjawiskiem niezwykłym. Absolutny amok. Wszyscy wiedzieli, że premier nie robi nic, i nagle bierność podniesiono do rangi destrukcji. W ogóle polski problem polega na tym, że kibice są rozpaleni bardziej niż sami piłkarze. Ci drudzy są po prostu w pracy, ci pierwsi w amoku. Najostrzejsze ciosy wyprowadzają przecież nie politycy, lecz ich sympatycy. Chyba głównie za sprawą publicystów – to gatunek w Polsce krzykliwy, nie tyle pozujący na ekspertów, co narodowych wieszczów.

TS: W nowym parlamencie nie będzie lewicy. Po raz pierwszy partia postkomunistyczna jest poza parlamentem.

To mecz trampkarzy, wszystko było możliwe.

TS: Leszek Miller to nie trampkarz.

Niemal nigdy nie udają się powroty. Leszek Miller jest wybitnym politykiem, ale trudno grać z opatrzoną twarzą.

TS: Czyli przegrana lewicy również nic nie zmienia?

Nie zmienia. Gdyby okazało się, że w ramach pojedynku trampkarzy lewica zdobyła 30 proc., nie traktowałbym tego jako sygnał. Ot, kaprys, ludziom w ostatnim tygodniu spodobał się człowiek z brodą.

Wierzymy, że demos jest racjonalny, więc jego decyzja ma poważną przyczynę i przekazuje głęboką mądrość. Nieprawda. Zarówno historia, jak i współczesność uczą nas, że ludzie potrafią być racjonalni na poziomie zachowań indywidualnych, a nie zbiorowych. Wybory to najgorsza sytuacja, bo do ludu, który już jest zagubiony, przybiega tłum demagogów i wszyscy mu serwują nieprawdę. Nic dziwnego, że ludzie głupieją. A my potem na podstawie tego mamy uznać, że coś z tego rozumiemy, że pokazuje nam to jakąś tendencję?

kulturaliberalna.pl

Reklamy