SKOK (24.10.2015)

 

Dzieci nie poszły do szkoły, bo w parafii był odpust. Kuratorium: dyrektorzy działali niezgodnie z przepisami

Kuratorium uznało, że szkoły dopuściły się uchybień
Kuratorium uznało, że szkoły dopuściły się uchybień FOT. Rafał Michałowski / Agencja Gazeta

Rzadko się zdarza, by kuratorium zajmowało się taką sprawą, choć normalna praktyka jest dziś przecież taka, że jak w kościele odbywają się rekolekcje, to w większości szkół dzieci i tak nie mają wtedy lekcji. Tu kuratorium wkroczyło natychmiast, bo alarm podnieśli oburzeni rodzice. Sprawa dotyczy trzech szkół w Janowie Lubelskim. I odpustu, który miał miejsce w parafii Jana Chrzciciela na początku września.

Tego dnia cały Janów Lubelski świętował 30-lecie koronacji Matki Bożej Janowskiej. Do lubelskiej ”Gazety Wyborczej” zadzwoniła wtedy oburzona czytelniczka. – Rozumiem potrzeby duchowe, ale żeby z powodu święta zatrzymywać oświatę na cały dzień, to już przesada. Wiem, że większość mieszkańców to katolicy, ale dlaczego tak traktuje się mniejszość? Ja wcale nie zamierzam świętować. Może od razu zmienić nazwę miasta na Katolicki Janów Lubelski? To zwykła indoktrynacja – mówiła. Pisaliśmy już o tym w naTemat.

Sprawą jednak zajęło się kuratorium. I właśnie ogłosiło wyniki swojej kontroli. Okazało się, że wszystkie szkoły dopuściły się uchybień. By móc zwolnić dzieci z lekcji powinny mieć zgodę samorządu uczniowskiego, rady pedagogicznej oraz rady rodziców. Tymczasem w dwóch szkołach dyrekcja nie konsultowała swojej decyzji z rodzicami, a w trzeciej zabrakło zgody rady pedagogicznej.

Jak pisaliśmy w naTemat, to nie pierwszy przypadek, kiedy wydarzenie o charakterze religijnym koliduje z planem zajęć uczniów. Niedawno w Kielcach przerwano lekcje. Wszystko po to, żeby uczniowie Gimnazjum nr 9 mogli iść na mszę inaugurującą rok szkolny.

Źródło:Gazeta Wyborcza

 

naTemat.pl

Dariusz Michalczewski: Świeża krew dobrze nam zrobi

Maciej Drzewicki, Grzegorz Kubicki, 23.10.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,149044,19074483,video.html?embed=0&autoplay=1
Boję się, że po wyborach znów staniemy się zaściankiem Europy. Przestaniemy się liczyć, wszyscy się na nas wypną. Nawet nie będą się z nas śmiać, po prostu nas oleją. Z Dariuszem Michalczewskim rozmawiają Maciej Drzewicki i Grzegorz Kubicki.

Maciej Drzewicki, Grzegorz Kubicki: Powinniśmy przyjmować uchodźców z otwartymi ramionami?

Dariusz Michalczewski: A co to za pytanie? Weszliśmy do Unii, bierzemy z tego kasę, wybudowaliśmy sobie drogi, stadiony, hale, mamy lepiej… To chyba od siebie też musimy coś dać? Przecież to wszystko w ostatnich latach dostaliśmy nie tylko dlatego, żeby nam było lepiej, ale żeby wszystkim było lepiej. Tak to przynajmniej rozumiem.

Pewnie, że pomocy uchodźcom nie powinniśmy organizować kosztem Polaków, ale przecież nikt tak robić nie zamierza, prawda? A jakąś część odpowiedzialności na siebie wziąć musimy, musimy być solidarni. 10 czy nawet 20 tys. ludzi to tak, jakby mucha na byku usiadła. Drobiazg, nawet tego nie zauważymy.

Czyli pan się uchodźców nie boi?

– A czego miałbym się bać? Dużo bardziej boję się, że jesteśmy tak bardzo zamkniętym społeczeństwem. Homogenicznym. Małe wymieszanie krwi dobrze by nam zrobiło. Boją się ci, którzy „innych” oglądają tylko w telewizorze. Jak pracujesz ramię w ramię z Syryjczykiem, bawisz się wieczorem z Afrykanami, potem rano jedziesz autobusem z Hindusem, od razu na wszystko zaczynasz inaczej patrzeć. Multikulti naprawdę działa. I ma dobry wpływ i na przyjezdnych, i na miejscowych.

W Polsce się straszy, że jak przyjmiemy uchodźców, to nagle sami zostaniemy Syryjczykami albo przyjmiemy prawo szariatu. To absurd totalny, nieporozumienie. Przecież oni nie przyjeżdżają tu po to, żeby nas nawracać, tylko żeby się schronić, uciec przed głodem i wojną. I jeśli myślimy, że przyjadą tylko na chwilę, a potem pojadą do Niemiec, to jesteśmy w ogromnym błędzie. Zobaczycie.

Dlaczego?

– Bo dziś Polska jest lepsza niż wiele innych państw, o których wciąż jeszcze myślimy, że nas wyprzedzają. Mamy superdrogi, piękne osiedla, parki, plaże, jedne z najnowszych w Europie stadiony. To już nie te czasy, kiedy z zazdrością musieliśmy patrzeć na Zachód. Bo tam teraz jest to samo, ale stare. Normalnie paradise. Weźmy choćby moje Trójmiasto – Sopot, w którym jestem niemal codziennie, to Monte Carlo Wschodu, można się zakochać.

A co mają robić w Polsce imigranci?

– Jak to co? Uczyć się języka i iść do pracy. Jak ja kiedyś w Niemczech. Co prawda miałem konkretny cel – chciałem być bokserem najlepszym na świecie, ale na początku, jak trzeba było, to płoty stawiałem.

U nas jest co robić. Zwłaszcza teraz, kiedy tylu Polaków wyjechało za pracą. Akurat jestem na etapie remontu – co sobie wymyślę, to mi spieprzą. Dlatego świeża krew dobrze nam zrobi.

Zresztą my i tak tego nie powstrzymamy. Tak już w Europie jest, że narodowości się mieszają. W reprezentacji Niemiec już od lat grają ciemnoskórzy piłkarze. I nikomu to nie przeszkadza. Ba, są mistrzami świata. Dlatego proszę: bądźmy dumnymi ze swojego kraju Polakami, a nie rasistami. I nie bójmy się.

Ale politycy straszą nas uchodźcami.

– Straszy nas PiS, który gra na emocjach i sumieniach ludzi. I stąd biorą się potem te wszystkie marsze i protesty. Mówią, że jesteśmy tacy i owacy, zasłaniają się wiarą, że niby trzeba bronić „naszej tożsamości”. Ale oszukują nas. Przecież bycie katolikiem polega na tym, aby być bliźniemu swemu jak sobie samemu. Nasz papież, Jan Paweł II, całe życie to powtarzał. I ja się tak wychowałem – nieważne, jaki kolor skóry, wzrost czy wyznanie. Trzeba kochać swojego bliźniego, każdego, nawet innego. A u nas nie, „bo to muzułmanin”, na pewno zły, terrorysta. To tak, jakby wszyscy księża mieli być pedofilami. Znam wielu księży, są bardzo porządni. Dlatego nie można generalizować.

Doświadczył pan zalet multikulti, gdy mieszkał pan w Hamburgu?

– Żyłem tam wiele lat, i to bardzo intensywnie. To wspaniałe miasto. Wokół siebie miałem Turków, Albańczyków, Chińczyków, Ghańczyków, Włochów, Czechów, Polaków, Niemców… I jeszcze by wymieniać. Ten kolorowy, otwarty, wielokulturowy świat naprawdę mnie fascynował. To, że ktoś jest innej narodowości czy inaczej wygląda, to nie był powód do agresji. Nigdy się z czymś takim nie spotkałem.

Polska się zmienia na lepsze. Już w niczym nie odstajemy. Restauracje mamy takie same, whisky czy kawa też są wszędzie takie same, sushi, żarcie chińskie, tajskie, ryby, co tylko chcecie. Tylko ta nasza mentalność, żeby się zamykać przed wszystkimi innymi… Tego nie rozumiem.

Twardy jak Dariusz Michalczewski

W Niemczech nie czuł pan niechęci wobec siebie, swojego pochodzenia?

– W ogóle. Dopiero u nas przeraziłem się tą wszechogarniającą złością na inność – homofobią, marszami przeciwko imigrantom. My generalnie mamy po prostu fobie – na wszystko. Jesteśmy trochę jak ten przysłowiowy chłop, który czego nie zna, tego nie zje. A spróbuj chociaż, a nuż, widelec ci zasmakuje. Ja też krzywiłem się kiedyś na kawior, trufli bym nie zjadł za nic. A dziś – uwielbiam. Czyli warto było spróbować.

Pytamy o uchodźców, bo sam pan był kimś takim – kiedy uciekł pan z PRL-u w 1988 r. I to był pan uchodźcą ekonomicznym – uciekał pan przecież nie dlatego, że coś panu w Polsce groziło, tylko po prostu do lepszego świata.

– Jako sportowiec miałem i tak o wiele lepiej niż reszta społeczeństwa. Doceniałem to, że żona mogła jeździć „na ciuchy” do Rembertowa po futro, które kosztowało tyle co trzy „maluchy”. Ale na Zachodzie był inny świat, który mogłem zobaczyć, gdy zacząłem wyjeżdżać na międzynarodowe turnieje. Te sklepy, samochody, światła miast… Kurcze, młodemu, prostemu chłopakowi nawet trawa wydawała się tam bardziej zielona. Też chciałem tam żyć.

Mówili, że zdradziłem… Ci, którzy dzisiaj wyjeżdżają do pracy do Londynu, Dublina albo Berlina, też zdradzają?

I jak przyjęli Niemcy uchodźcę, który przyjechał do nich w pogoni za lepszym życiem?

– Nie pamiętam, żebym od kogokolwiek usłyszał coś złego. Nie tylko wtedy, kiedy już byłem znanym bokserem, ale też wtedy, gdy stawiałem płoty albo pomagałem rozstawiać towar w warzywniaku. Nigdy nie czułem się dyskryminowany, nigdy. Naprawdę. Za to, kiedy już zostałem mistrzem świata, często mi przypominali ze śmiechem: „Patrzcie, Polaczek z torbą do nas przyjechał, a teraz zasuwa po mieście CL-ką”. Bo ja mercedesa CL miałem jako jeden z pierwszych w Hamburgu. I oni to mówili nie złośliwie, żeby dopiec, pokazać, że jestem inny, gorszy, ale z przymrużeniem oka, serdecznie.

Dostał pan niemieckie obywatelstwo. Kiedy poczuł się pan Niemcem?

– Nigdy. Zawsze czułem się Polakiem.

Myślał pan po niemiecku czy po polsku?

– Najpierw tylko po polsku, po kilku latach zaczęło mi się zdarzać po niemiecku. Nie kontrolujesz tego – jak rozmawiasz z Niemcem, myślisz po niemiecku, a jak z Polakiem – to po polsku. Proste.

Szybko nauczył się pan języka?

– Chwila moment. Głupi nie byłem, a że dookoła po niemiecku mówili, to nawet psa nauczysz. Potem nie bałem się rozmawiać ani z kanclerzem Gerhardem Schröderem, ani z doradcą Helmuta Kohla Hansem-Hermannem Tiedjem, ani z burmistrzem Hamburga…

Pytamy o takie rzeczy, bo to częsty zarzut tych, którzy boją się uchodźców: że przyjeżdżają do nas „tylko po kasę”, nie chcą się asymilować, w głębi duszy pozostaną Syryjczykami, Libijczykami czy Erytrejczykami…

– No i co z tego? Myślicie, że w Niemczech mieli do mnie pretensje, że czuję się Polakiem? Poznałem mnóstwo wspaniałych, niezwykłych, serdecznych ludzi. Wiele lat walczyłem „pod niemiecką flagą”, zawsze z szacunkiem słuchałem niemieckiego hymnu. A że w końcu postanowiłem, że muszę boksować jako Polak? To naprawdę miałoby kogoś zranić?

Gdy wróciłem na niemiecki ring już „pod biało-czerwoną”, jakoś nie zauważyłem, żeby ubyło mi kibiców. I wszyscy na moich pojedynkach – i Niemcy, i Polacy – kibicowali mi tak samo żywiołowo jak wcześniej. Obejrzyjcie sobie na YouTubie reakcję kibiców po mojej wygranej z Richardem Hallem – boksowałem wtedy w Niemczech po raz pierwszy oficjalnie jako Polak – jak się cieszyli, jak wiwatowali. Nieważne było dla nich, czy jestem Polakiem, czy Niemcem. Byłem po prostu ich.

Nie chcę, żeby to brzmiało jak tania przechwałka, ale myślę, że mam swój wkład w to, jak bardzo Niemcy w ostatnich latach zmienili postrzeganie Polaków. Gdy tam trafiłem, byliśmy głównie zbieraczami truskawek i złodziejami samochodów. Dziś żartów o Polakach już nie ma, a przynajmniej są uważane za coś w złym guście.

W bardzo jasnych barwach przedstawia pan niemieckie multikulti. Ale w książce „Tiger bez cenzury” opowiada nam pan o bójkach osiedlowych w Monheim, w których zdarzało się panu brać udział. Np. Polacy na Turków, po kilkudziesięciu przeciwników. Jakoś nie chce nam się wierzyć, że wasi sąsiedzi Niemcy patrzyli na takie „uciechy” z pobłażliwym uśmiechem.

– No tak, bójki się zdarzały. Trochę większe też, ale najczęściej to były rozróby po alkoholu, na dyskotece. Z totalnej głupoty. Ten miał złamany nos, tamten szczękę, temu pękł łuk brwiowy, a inny stracił ząb. To było prymitywne, fakt, ale jedno chcę powiedzieć: zapewniam, że niewinny nigdy nie oberwał. Sam musiał chcieć „stanąć do walki”. Jak ktoś siedział z boku i tylko oglądał, to miał spokój. Tylko łobuzy obrywały – raz my, raz oni.

Co najmniej dwa razy Niemcy dali jednak panu do zrozumienia, że nie jest pan taki do końca ich. Podczas walk z „niemieckim od urodzenia” Graciano Rocchigianim w Hamburgu, a potem w Hanowerze wygwizdali pana strasznie.

– Oj, za pierwszym razem rzeczywiście byłem w szoku. Przecież walczyłem u siebie w domu, w swoim Hamburgu. A oni na mnie gwiżdżą, bo walczę z Niemcem… Zabolało. Cztery lata później to się powtórzyło, ale wtedy byłem już na to przygotowany. Jak to dzisiaj widzę? Cóż, takie życie – zdarza się, kibic ma swoje prawa. Nie mieszajmy do tego polityki. Po prostu wtedy kibicowali temu drugiemu. Wcześniej i później było jednak zupełnie inaczej. To mnie kochali.

Po drugiej, wyraźnie przegranej walce Rocchigiani nazwał pana „głupim Polakiem”.

– Na konferencji prasowej powiedział coś takiego: „Wygrałeś dzisiaj, ale i tak jesteś głupim Polakiem”. Odpowiedziałem mu wtedy: „Ale za to bogatym”(śmiech). Nie ma o czym mówić, z Graciano zostaliśmy później kumplami.

Ja tego wtedy nie przyjąłem do siebie. Można być przecież głupim Polakiem, głupim Niemcem, głupim Francuzem albo Anglikiem. Głupota nie ma narodowości.

Mocno zaangażował się pan w kampanię „Ramię w ramię po równość – LGBT i przyjaciele”. I oberwał pan w internecie. Warto było?

– W ogóle się nad tym nie zastanawiam. Niczego, co robię, nie robię wbrew sobie. Po prostu mówiłem, co myślę. A tej „jazdy” z homoseksualistami nie rozumiem. Pewnie, że wśród nich są normalni i nienormalni. Tak jak w każdej grupie społecznej. Ale przecież powinno liczyć się to, czy człowiek jest fajny czy niefajny, a nie to, z kim śpi. To jego sprawa! Ktoś tu kogoś krzywdzi? No nie. Jako społeczeństwo jesteśmy bardzo nietolerancyjni. Bo tu nie chodzi wyłącznie o homoseksualistów albo – o czym wcześniej rozmawialiśmy – uchodźców. My po prostu nie lubimy innych – grubych, chudych, małych, wysokich, Murzynów, Żydów, Chińczyków. I to jest nasz problem.

Wielka dyskusja się zrobiła, czy geje powinni mieć dzieci, czy nie. Myślałem o tym i powiem, że już wolałbym mieć dwie mamy niż ojca, który mnie leje, molestuje albo nie wiadomo co jeszcze. Jeżdżę dużo po domach dziecka, daję kasę, prezenty. I widzę te dzieciaki. Myślicie, że obchodziłoby je, że mają dwie mamy albo dwóch ojców? One po prostu marzą o fajnym życiu, które takie osoby mogłyby im dać…

I co, myślicie, że potem w szkole będzie problem, bo się inne dzieci będą śmiały? Akurat. To rodzice im powiedzą: „Nie bawcie się z nim, bo to dziecko pedałów”. Z zazdrości pewnie, bo sami nie potrafią sobie życia dobrze ułożyć.

Dariusz Michalczewski o swoim tacie. „Pamiętaj, nie bij młodszych”

Swego czasu olbrzymią karierę zrobiła pana dyskusja w TVN o problemach homoseksualistów z Krzysztofem Bosakiem, byłym posłem LPR. Innym razem starł się pan z posłanką Beatą Kempą w programie Tomasza Lisa.

– Pamiętam, ona kompletnie nie miała argumentów. Dziwiłem się, bo nie wiedziałem, że aż tak niski jest poziom naszej polityki. Są fajni ludzie, z którymi można rzeczowo porozmawiać – np. Rysiu Kalisz czy Władek Frasyniuk, ale wtedy byłem załamany. Lis to wtedy słabo rozegrał, bo ona cały czas gadała i nie dała mi dojść do głosu. Chociaż jej chyba się nie dało przerwać i śpiewała swoje nagranie.

Nie boli pana nic z tego, co przeczytał pan o sobie w internecie?

– Nie zwracam uwagi na to, co piszą. Bardziej mnie zastanawiają ci, którzy takie wpisy robią. Są negatywne, ale czasem pomysłowe. Ktoś musiał dużo wysiłku włożyć, żeby coś takiego stworzyć. Kurcze, przecież on nic z tego nie ma, za darmo się napracował. Żeby oni te swoje pomysły i czas wykorzystali w jakiejś dobrej sprawie, np. żeby mieć lepiej albo coś na tym zarobić…

A o tych naszych awanturach o homoseksualistów jest głośno nie tylko u nas. W Hamburgu znajomi mnie pytają: „Co się tam u was dzieje?”. Widzą, jak się Polska zmienia, są zachwyceni. Dlatego nie mogli pojąć, co my od tych gejów chcemy. Dla nich to już normalne, że każdy sypia, z kim chce. Nie wiedziałem, jak im wytłumaczyć, że mentalność to my mamy jeszcze daleko za Europą.

Cały czas zresztą ludzi kręci ten temat. Ostatnio płynąłem statkiem po Motławie w towarzystwie m.in. Adama Korola, teraz ministra sportu, a jakiś gość z brzegu krzyczy w naszym kierunku: „Ch… w dupę pedałom!”. Co za kretyn. Jakby te „pedały” miały coś przeciwko.

Nie jest tajemnicą, że potrafi się pan dzielić.

– Nigdy nie mam tyle, by wszystkim dać tyle, ile potrzebują. Znajomi to się nawet ze mnie śmieją: „Po co to robisz, w gazetach i tak ci dupę obsmarują”. No i trudno. Robię, co lubię, skoro mnie na to stać.

Skąd pomysł na twoją fundację?

– Volvo, mój przyjaciel, to wymyślił. Celowo zawęziłem w statucie nasz cel – chciałem wspierać takich jak ja kiedyś. Organizujemy dla młodych sportowców obozy, dajemy stypendia, teraz budujemy w Słupsku centrum szkolenia olimpijskiego, są kolejne plany.

Duża część pieniędzy, które wygraliśmy od producenta napoju energetycznego używającego nazwy Tiger – to prawie 16 mln zł – poszła na fundację.

Wszystkie biznesy „Tigera” Michalczewskiego

Nie mówimy tylko o fundacji.

– Jak zgłasza się ktoś po pomoc, staram się pomóc.

Doktor Zaorski kilka lat temu mi nos zoperował, miałem krzywą przegrodę i przez to ciągle nos zapchany. Narobił się chłop przy tym, po tych wszystkich moich ringowych krwotokach i złamaniach. Zapytał niedawno, czy nie pomógłbym mu wyremontować oddział, laryngologię w szpitalu wojewódzkim. Zapytałem, ile potrzeba. Inny lekarz, mój serdeczny kolega, szefuje neurologii. „Darek, potrzebujemy ponad 100 koła”. I zrobiliśmy remont. Kupuję sprzęt na urologię na Zaspie, daję na onkologię w Akademii Medycznej… Nie tyle pewnie, ile by chcieli, ale ile mogę. Wpłaciłem na hospicjum – tak jak obiecałem po śmierci Ani Przybylskiej. Na budowę domu dla autystyków dałem. To przykłady z ostatnich miesięcy.

Z hospicjum cały czas mamy kontakt. Jestem wolontariuszem, z dzieciakami się spotykam. 1 listopada na cmentarzu Łostowickim zbieram pieniądze na hospicjum. Gdy znajomy podchodzi – chłopak z miasta – i dychę wrzuca, to zaraz wołam: „Kolego, pogięło cię? Stóweczkę dawaj”. A na koniec dnia, jak sprawdzają, ile zebrałem, dorzucam od siebie drugie tyle.

Pasjonuje się pan polityką.

– Ciągle oglądam, słucham, interesuję się. Ale ciężko powiedzieć, czy moje serce jest po lewej albo prawej stronie. Jestem po prostu za nowoczesnością, nie za przeżytkami. Na pewno przeciwko wykorzystywaniu wiary w polityce, dążeniu dzięki temu do przejęcia władzy. Tym się brzydzę.

A propos nowoczesności – podobno miał pan propozycję startu w wyborach z listy Nowoczesnej? Miał pan być jedynką w Gdańsku…

– Od prawie wszystkich miałem – od Petru, od PO, od Millera. I wszędzie miałem być na jedynce.

I co pan na to?

Wszystkim odmawiałem, ale nie dlatego, że pękam, tylko po co mi to?

Ja po prostu nie dogadałbym się z tymi ludźmi – mówię generalnie o politykach. Jestem inny – otwarty, szczery, nie można się ze mną układać. Nie mogę się bać spojrzeć w lustro, muszę się czuć dobrze ze sobą. Dlatego nie potrafiłbym pieprzyć bez sensu to, co inni chcą, żebym powiedział, albo co inni chcą usłyszeć.

W Niemczech był pan kiedyś twarzą kampanii Sigmara Gabriela, dziś wicekanclerza…

– Kandydował na szefa landu Dolna Saksonia. Jeździłem z nim po całym regionie, chodziłem na imprezy wyborcze, przemawiałem. To była zupełnie inna kampania niż np. ta nasza ostatnia, prezydencka, kiedy wspierałem Bronisława Komorowskiego. Wtedy więcej było ludzi na wiecach, lepiej to wszystko zorganizowane…

Dariusz Michalczewski: Przeznaczyłem kasę w testamencie z zastrzeżeniem, że na moim pogrzebie mają być balety

Pójdzie pan na wybory 25 października?

– To mój obowiązek.

A powie pan, na kogo pan zagłosuje?

– Na PO. Bo PiS za dużo udaje i przekłamuje. Opowiada, że w Polsce nic nie ma, nic się nie zmieniło. Jak w ogóle można tak mówić?! Przecież każdy ma oczy, widzi, co jest dookoła. Często odwiedzają mnie znajomi – z Niemiec czy innych państw, niektórzy są pierwszy raz, inni częściej – ale wszyscy powtarzają to samo: „Darek, tu jest kosmos! To twoje Trójmiasto jest jak Paryż”. Cała Polska taka jest. A przynajmniej te największe miasta. W każdym razie moi znajomi są zachwyceni, jak ich zabieram na spacer czy do knajpy. I jak wracają do siebie, to opowiadają o nas innym, robią nam superreklamę.

Według sondaży faworytem wyborów jest PiS.

– Boję się, że w razie wygranej PiS znów odgrodzimy się od wszystkich – Zachodu, Wschodu, od Ameryki. I znów staniemy się zaściankiem Europy, przestaniemy się liczyć, wszyscy się na nas wypną. Nawet nie o to chodzi, że będą się z nas śmiać, po prostu nas oleją. Tego się boję, niczego innego.

Powie pan na koniec, jaką walutę warto kupić tuż przed wyborami?

– A dlaczego?

Przed wyborami prezydenckimi kupił pan euro w piątek, sprzedał w poniedziałek i zarobił pan na tym 14 tys. zł. Czyli popierał pan Komorowskiego, a zarobił na Dudzie…

– To była szybka operacja. Wszystkim mówiłem, żeby też tak zrobili, bo po weekendzie, jeśli Komorowski przegra, to kurs złotego spadnie i sporo na tym zarobią. Warto mnie było posłuchać.

Przed wyborami do parlamentu też pan tak zrobi?

– Nie tylko z euro, z innymi walutami też. I sporo w to zainwestuję, bo coś czuję, że po wyborach złotówka znów spadnie, niestety.

Dariusz Michalczewski, rocznik 1968, gdańszczanin z urodzenia. Wychował się na Przymorzu, gdańskim blokowisku. Z rodzicami i dwójką młodszego rodzeństwa – Dagmarą i Tomkiem – mieszkali w małym, dwupokojowym mieszkaniu. Od najmłodszych lat na osiedlu było o nim głośno: a to wybita szyba, a to jakaś awantura. W książce „Tiger bez cenzury”, która 22 października pojawi się w księgarniach, tak wspomina tamte czasy: „Ja chuliganem? Jak ktoś mnie nie znał, to mógł tak mówić. Bo bali się mnie wszyscy. Ale oberwali ode mnie tylko ci, którzy sami szukali zwady. (…) Za to dobrze się uczyłem. W szóstej klasie miałem same piątki, od góry do dołu. Tylko nigdy świadectwa z paskiem nie dostałem, bo miałem najwyżej dobre sprawowanie, a trzeba było mieć co najmniej wyróżniające. Ale co tam. Wiecie, mnie panie w szkole kochały. Naprawdę. Pani Baranowska, wychowawczyni, mówiła, że jestem taki łobuz ze złotym sercem”.

W 1980 r. po długiej chorobie nowotworowej zmarł ojciec Darka. Jego wujek, trener bokserski, zabrał go na zajęcia gdańskiego Stoczniowca. „Jakby niebo się przede mną otworzyło. Już wiedziałem, co chcę w życiu robić”.

Szybko przyszły sukcesy. Świetnie zapowiadający się bokser przeniósł się w 1986 r. ze Stoczniowca do Czarnych Słupsk. Był już wtedy żonaty z Dorotą – szkolną miłością. Mieli po 18 lat, Dorota była w ciąży.

Dwa lata później Michalczewski podczas turnieju w Karlsruhe odłączył się od kadry i został w Niemczech. Szybko dołączyła do niego żona z dzieckiem.

Nikt nie chciał boksera z Polski, nie miał stałej pracy. Wszystko zmieniło się po kilku miesiącach, gdy został sparingpartnerem przygotowujących się do mistrzostw Europy bokserów niemieckiej kadry. Był od nich lepszy i drugi trener kadry, jednocześnie szkoleniowiec Bayeru Leverkusen, zaprosił go do klubu. W Leverkusen boksował jako „amator” i pracował u sponsora klubu, potężnego koncernu farmaceutycznego. „Parkowałem służbowe auta kierownictwa, czyściłem je, tankowałem, takie tam”.

Dostał obywatelstwo i zdobył dla Niemiec tytuł mistrza Europy w Göteborgu w 1991 r. Podpisał zawodowy kontrakt. – Nawet go nie przeczytałem, sprawdziłem tylko, czy faktycznie dostanę za podpis tyle, ile mi obiecano, czyli 150 tys. marek.

Potem było już tylko lepiej – za ostatnie walki o mistrzostwo świata dostawał po blisko 4 mln euro. Był niepokonany przez dziewięć lat. Wygrał z takimi sławami boksu, jak Virgil Hill, Richard Hall, Montell Griffin, Mark Prince czy Graciano Rocchigiani. Od 2001 r. walczył jako Polak. Wrócił też do Trójmiasta.

W 2003 r. stracił tytuł mistrza świata po kontrowersyjnej porażce na punkty z Julio Cesarem Gonzalezem. Wyszedł jeszcze na ring w roku 2005, ale przegrał przed czasem z Fabrice’em Tiozzo i zakończył karierę. Z 50 zawodowych walk wygrał 48. 23 razy bronił tytułu mistrza świata.

W Hamburgu stał się celebrytą, był zapraszany do programów rozrywkowych, seriali telewizyjnych. W Niemczech głośno też było o aferach z udziałem boksera – imprezach, jeździe samochodem pod wpływem alkoholu, licznych kobietach.

Trzykrotnie żonaty. Ma dwóch dorosłych synów z pierwszego małżeństwa oraz syna i córkę z obecną żoną.

 

Tiger bez cenzury
„Tiger bez cenzury”
Maciej Drzewicki, Grzegorz Kubicki
Biblioteka Gazety Wyborczej

 

Wideo „Magazynu Świątecznego” to coś więcej – więcej wyjątkowych tematów, niezwykłych ludzi, najważniejszych wydarzeń, ciekawych komentarzy i smacznych wątków. Co weekend poznasz ciekawy przepis, zasłuchasz się w interpretacji wiersza i przyznasz, że jest cudem, dowiesz się, co w trawie piszczy – w polityce, kulturze, nauce.

 

 

michalczewskiBojęSię

wyborcza.pl

Tak bili za SKOK Wołomin

Mariusz Jałoszewski, 23.10.2015

Wiceszef Komisji Nadzoru Finansowego Wojciech Kwaśniak (z prawej) na posiedzeniu sejmowej podkomisji nadzwyczajnej do spraw ustawy o Spółdzielczych Kasach Oszczędnościowo-Kredytowych, 31 marca 2015 r.

Wiceszef Komisji Nadzoru Finansowego Wojciech Kwaśniak (z prawej) na posiedzeniu sejmowej podkomisji nadzwyczajnej do spraw ustawy o Spółdzielczych Kasach Oszczędnościowo-Kredytowych, 31 marca 2015 r.(BARTOSZ BOBKOWSKI)

– Dobrze by było zabrać mu na parę miesięcy zdrowie, „spacyfikować”, bo bardzo nam szkodzi – miał mówić były oficer WSI oskarżony o zlecenie pobicia wiceszefa KNF. Bo zrobił kontrolę w SKOK Wołomin.

„Wyborcza” poznała szczegóły zarzutów postawionych sprawcom brutalnego pobicia wiceszefa Komisji Nadzoru Finansowego Wojciecha Kwaśniaka. Akt oskarżenia dwa tygodnie temu wpłynął do warszawskiego sądu.

To pierwsza od 1989 r. taka sprawa. Dotąd nie zdarzyło się, by ktoś dokonał zamachu na tak ważnego urzędnika w związku z wykonywaniem przez niego w imieniu państwa ustawowych zadań.

Wojciech Kwaśniak uszedł z życiem być może tylko dlatego, że się bronił. SKOK Wołomin, który kontrolował, okazał się zaś jedną z największych afer finansowych w Polsce.

Bił pałką po głowie

Był 16 kwietnia ubiegłego roku. Dochodziła godzina 19. Kwaśniak podjechał służbowym samochodem pod dom na obrzeżach Warszawy. Wracał z biura KNF w centrum Warszawy. Zamknął furtkę. Gdy dochodził do schodów, zza rogu wyskoczył dobrze zbudowany mężczyzna w kominiarce. Podbiegł do Kwaśniaka i zaczął okładać go po głowie teleskopową pałką. Uderzył kilka-kilkanaście razy w głowę, twarz, szyję, bark. Kwaśniak zaczął się bronić. Zasłonił się ręką. Ściągnął napastnikowi kominiarkę. Nie widział dokładnie jego twarzy, bo ten miał naciągniętą na nią pończochę. Bandyta się wycofał. Uciekł za dom, przeszedł przez dziurę w siatce i pobiegł do lasu. Jedyny ślad po nim to zakrwawiona pałka, którą porzucił w czasie ucieczki.

Napad trwał 1-3 minuty. Nie było świadków. Nic nie słyszał syn wiceszefa KNF, który w tym czasie był w domu z korepetytorem.

Pierwszej pomocy udzielili Kwaśniakowi sąsiedzi. Miał mocno poturbowaną głowę, rozciętą wargę, uszkodzoną rękę.

Biegły lekarz sądowy napisze potem w opinii, że mając na uwadze obrażenia czaszki, jakich doznał poszkodowany, „można stwierdzić, że jedynie dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności oraz podjęciu czynnej obrony” nie miał poważniejszych obrażeń.

Siedem dni po napadzie na polecenie gorzowskiej prokuratury, która prowadzi do dziś śledztwo w sprawie wyłudzania kredytów w SKOK Wołomin, zatrzymano pierwsze osoby z władz tej Kasy. Być może to sprawiło, że Kwaśniak zaczął podejrzewać, iż pobicie może mieć związek z działaniami KNF wobec SKOK Wołomin. Do aresztu trafił wtedy Piotr P., były oficer WSI (wojskowe służby specjalne), według prokuratury najważniejsza osoba w procederze wyłudzania kredytów.

Zlecenie dla „Brzydkiego Krzyśka”

Policja pobicie z wołomińską Kasą powiązała dzięki pracy operacyjnej. Można się domyślać, że tropy podsunął któryś z informatorów. W czerwcu znała już nazwisko bezpośredniego zleceniodawcy pobicia.

To Krzysztof A., ps. „Brzydki Krzysiek”, karany wcześniej przestępca. Dwa miesiące później policja zrobiła oficjalne okazanie, ale wiceszef KNF wskazał inną osobę. Policjanci rozmawiali z bandytą w areszcie, bo akurat trafił tam, aby odbyć kolejną karę. Nie chciał zeznać do protokołu, domagał się najpierw zagwarantowania bezpieczeństwa jemu i jego rodzinie. Poza protokołem powiedział, że pobicie zlecił Piotr P. po kontroli KNF w SKOK Wołomin. Piotr P. przez kilka lat był wiceszefem rady nadzorczej tej Kasy, a potem, choć nie pełnił już żadnej oficjalnej funkcji, często bywał w siedzibie Kasy.

„Brzydki Krzysiek” opowiadał, że zlecenie przyjął na schodach w siedzibie SKOK. Liczył, że dzięki temu wzrośnie jego pozycja w otoczeniu Piotra P. Przestępca wyszukiwał tzw. słupy do brania kredytów w SKOK. Na jednym kredycie miał zarabiać do 120 tys. zł.

Miał kawiarnię Mała Czarna vis-a-vis siedziby SKOK. Piotr P. miał mu sugerować, że osoba wysoko postawiona w instytucji nadzorującej banki sprawia duże problemy, narzucając SKOK nowe dyrektywy, a przede wszystkim ograniczając wysokość udzielanych kredytów z 3,5 mln do 1 mln zł. I miał pytać, czy byłby w stanie na jakiś okres wyeliminować tę osobę z „czynności”. Miał się bać zarządu komisarycznego w Kasie. – Powiedział, że dobrze by było zabrać mu na parę miesięcy zdrowie (…) „spacyfikować”, (…), że jest to bardzo wredna osoba i bardzo nam szkodzi – wyjaśniał „Brzydki Krzysiek”. – Mówił, że nie może tego zlecić kolegom zawodowcom z byłych służb, żeby go z tą sprawą nie można było łączyć.

„Brzydki Krzysiek” zlecenie przekazał swojemu ochroniarzowi „Twardemu” (Krzysztofowi A. – zbieżność inicjałów z szefem przypadkowa). To też wielokrotnie karany przestępca. „Twardy” miał mu mówić, że łatwiej będzie go zlikwidować, niż pobić. „Twardy” tego nie potwierdził. Wyjaśniał, że chciał tylko Kwaśniaka nastraszyć, a ciosy w głowę to przypadek, bo wiceszef KNF zaczął się bronić.

„Brzydki Krzysiek” miał „Twardemu” przekazać egzemplarz „Pulsu Biznesu”, w którym był wywiad z Kwaśniakiem i jego zdjęcie. Oraz kartkę z numerem rejestracyjnym jego samochodu i adresem siedziby KNF. „Twardy” miał jeździć za wiceszefem KNF i obserwować jego dom. Przed napadem „Twardy” przeciął sekatorem siatkę w ogrodzeniu – tędy potem uciekł. „Twardy” się przyznał. Za pobicie miał dostać od „Brzydkiego Krzyśka” 50 tys. zł i motor.

Być może w dniu pobicia pod domem Kwaśniaka była jeszcze jedna osoba, bo logowały się wtedy dwa telefony na kartę. Nie ustalono, czy tak było.

Ostatecznie prokuratura oskarżyła byłego oficera WSI Piotra P. (zleceniodawcę), Krzysztofa A. „Brzydkiego Krzyśka” i „Twardego” o spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu wiceszefa KNF – za co grozi do dziesięciu lat więzienia.

787 mln zł trefnych kredytów

Akt oskarżenia za pobicie Kwaśniaka to jeden z wątków afery SKOK Wołomin. Piotrowi P. postawiono zarzuty stworzenia i kierowania grupą przestępczą, w skład której wchodziły byłe już władze Kasy, w tym prezes, oraz pośrednicy, którzy przygotowywali dokumenty do kolejnych kredytów.

Nie wiadomo, kiedy skończy się śledztwo. Prokuratura na razie kwestionuje kredyty na kwotę 787 mln zł, z czego Piotrowi P. przypisuje 310 kredytów na kwotę 436 mln zł. Zarzuty postawiono 81 osobom. Śledczy ustalają, gdzie trafiły pieniądze, bo słupy dostawały tylko drobne wynagrodzenie. Pieniądze były często wypłacane w gotówce i przekazywane dalej.

Część kredytów posłużyła do spłacania przeterminowanych kredytów, dzięki czemu SKOK Wołomin mógł się wykazywać dobrymi wynikami, a kontrolerzy nie widzieli w sprawozdaniach, że traci płynność finansową. Jeden ze świadków zeznał, że P. chciał wykupić polonijny bank w USA.

Skąd wziął się były oficer WSI w SKOK Wołomin? – Zeznał, że dziesięć lat temu zapoznali go z prezesem SKOK ludzie z kręgu byłych służb specjalnych – słyszymy w prokuraturze.

W jaki sposób osoba z zewnątrz miałaby przejąć kontrolę nad Kasą? – Rozsiewał dookoła czar, był apodyktyczny – mówi nasz rozmówca z prokuratury.

Skąd w SKOK wzięli się przestępcy? Piotr P. wyjaśniał, że „Brzydki Krzysiek” sam się do niego zgłosił. Za brane przez niego kredyty ręczył słowem, bo – jak tłumaczył – jego słowo było ważne, ponieważ „reprezentował grupy członkowskie na walnym SKOK i z tego powodu miał wpływ na wysokość zarobków oraz premie”. Mówił, że gdy ustąpił z rady nadzorczej, doradzał SKOK „pro publico bono”. Nie zerwał kontaktów, bo „nie mógł zamknąć drzwi i zapomnieć, co się działo”.

Potem chciał zerwać współpracę z „Brzydkim Krzyśkiem”, ale bał się świata przestępczego. Przyznał, że korzystał z jego pomocy, by na koniec miesiąca dopiąć bilans SKOK pieniędzmi z nowych kredytów.

Świadkowie zeznali, że „Brzydki Krzysiek” był pod wpływem Piotra P., co przyjęła prokuratura. Miał być w niego wpatrzony jak w Boga, chwalił się, gdy ten uścisnął mu dłoń czy wysłał życzenia na święta. Miał mówić o P. per „kapitan”. A po pobiciu Kwaśniaka miał mówić tak: „Jak generał prosi, to nie ma to tamto”.

SKOK Wołomin to niejedyna sprawa Piotra P. W stolicy trwa proces, w którym jest jednym z oskarżonych o narażenie banku PKO BP na ogromne straty. To sprawa z drugiej połowy lat 90. Przez łańcuszek firm, w tym fundację Pro Civili, z którą był związany P., z banku wyłudzono ponad 100 mln zł.

Piotr P. oficjalnie nie ma majątku. Dom, w którym mieszkał, oficjalnie nie należał do niego. Nie przyznał się do zarzutów w żadnej z tych spraw.

SKOK Wołomin

Zatrudniał 360 osób, miał ok. 100 placówek. Blisko 80 tys. osób ulokowało w nim ponad 2,5 mld zł.

Od Wołomina odcięła się Kasa Krajowa SKOK (wszystkich Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych w Polsce jest ponad 50). Choć do niedawna Kasa Krajowa traktowała SKOK Wołomin jak perłę w koronie. Jeszcze w 2013 r. prezesowi Mariuszowi G. przyznała Feniksa – nagrodę dla menedżera roku. Sąd ogłosił upadłość Kasy w lutym tego roku. Za utracone depozyty klientom SKOK Wołomin Bankowy Fundusz Gwarancyjny wypłacił 2,2 mld zł.

Zobacz także

takBili

wyborcza.pl

Reklamy

%d blogerów lubi to: