TVN (27.10.2015)

 

Bober: Nie wiem, czy w PO zdają sobie sprawę, ile stracili przez Kamińskiego, Dorna i Giertycha

klep, 27.10.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,145400,19094625,video.html?embed=0&autoplay=1
– Kiedy słyszałem, że na listy PO trafiają Michał Kamiński, Ludwik Dorn, że popierany jest Roman Giertych, zastanawiałem się czy u mnie w głowie się coś poprzewracało, czy coś się przewraca tym, którzy kręcą interesem zwanym Platformą – mówił w Poranku Radia TOK FM Andrzej Bober, były dyrektor TVP i szef „Życia Warszawy”.

 

– PO przegrała przez zarozumialstwo, nadmierną pewność siebie, arogancję. Oni uważali, że kogokolwiek wstawią na listę, ten musi wygrać – mówił Bober.

Wspomniani przez gościa Radia TOK FM Ludwik Dorn i Roman Giertych nie dostali się do parlamentu. Michał Kamiński miejsce w Sejmie wywalczył.

 

Zobacz także

 

czyWPO

TOK FM

Binienda opowie na uczelni o Smoleńsku. Rektor oburzony: Nie miałem pojęcia

Tomasz Nyczka, 27.10.2015
Profesor Wiesław Binienda w 2012 r. podczas posiedzenia zespołu Macierewicza

Profesor Wiesław Binienda w 2012 r. podczas posiedzenia zespołu Macierewicza (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Dwa dni po wyborach Politechnika Poznańska organizuje seminarium nt. katastrofy smoleńskiej. Przyjedzie prof. Wiesław Binienda, ekspert zespołu Macierewicza. – To niedobry pomysł. Nie miałem pojęcia, że ktoś organizuje takie spotkanie – oburza się rektor prof. Tomasz Łodygowski.
Prof. Wiesław Binienda to absolwent Wydziału Samochodów i Maszyn Roboczych Politechniki Warszawskiej. Obecnie jest wykładowcą Wydziału Inżynierii Cywilnej amerykańskiego Uniwersytetu Akron. Binienda to także główny ideolog Zespołu Parlamentarnego ds. Zbadania Przyczyn Katastrofy w Smoleńsku, kierowanego przez posła PiS Antoniego Macierewicza.

Skrzydło nie odpadło?

Binienda jest autorem symulacji zderzenia prezydenckiego samolotu z brzozą. Profesor twierdzi, że podczas katastrofy samolotu prezydenta RP 10 kwietnia 2010 r. w Smoleńsku (w której zginęła para prezydencka i 94 członków delegacji polskiej do Katynia), skrzydło tupolewa gładko przecięło brzozę i nie mogło zostać urwane. Dzięki temu, zdaniem Biniendy, samolot mógł lecieć dalej – więc upadek maszyny nie był zwykłą katastrofą. O dane wyjściowe, których Binienda użył do stworzenia swojej symulacji, poprosiła go Komisja Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego i wojskowa prokuratura. Prof. Binienda nigdy tych danych nie udostępnił.

Tymczasem raport komisji dr. Macieja Laska, szefa państwowej komisji badającej katastrofę, nie pozostawia wątpliwości, że skrzydło samolotu ścięło brzozę, ale zostało złamane, co doprowadziło do rozbicia maszyny i śmierci pasażerów. W drzewie znaleziono wbite fragmenty lewego skrzydła samolotu. Taką wersję potwierdza też analiza zapisów rejestratorów lotu i rejestratorów rozmów. Na tej podstawie dokładnie określono miejsce zderzenia Tu-154 z brzozą. Wersję zespołu Laska potwierdziła też Prokuratora Wojskowa i naoczni świadkowie na miejscu katastrofy.

” Seminarium naukowe”

We wtorek swoje badania prof. Binienda zaprezentuje w Poznaniu. Prowadzone w języku angielskim seminarium „Eksperymentalne i numeryczne badania przyczyn katastrofy Tu-154 M w Smoleńsku” planowane jest na godz. 12.30. Spotkanie odbędzie się w Centrum Wykładowym Politechniki Poznańskiej przy ul. Berdychowo. Seminarium organizuje Zakład Teorii Algorytmów i Systemów Programowania, który podlega Instytutowi Informatyki.

– Po raz pierwszy zaprosiliśmy prof. Biniendę. To seminarium naukowe – mówi „Wyborczej” prof. Jacek Błażewicz, szef zakładu.

– Prof. Binienda przekonuje, że skrzydło samolotu podczas katastrofy nie odpadło. A jak było pana zdaniem? – pytamy prof. Błażewicza.

– Jutro się dowiemy. A ja wcale nie muszę z panem rozmawiać. Zapraszam na spotkanie – odpowiada prof. Błażewicz.

Prof. Tomasz Łodygowski, rektor Politechniki Poznańskiej, nie ukrywa zaskoczenia. – Miałem urlop. Od pana dowiaduję się, że na politechnice jest organizowane takie spotkanie. Nikt mnie też na to spotkanie nie zaprosił. Może dlatego, żebym nie zadawał trudnych pytań? – zastanawia się rektor. I dodaje: – Nie uważam, żeby takie seminarium w murach naszej uczelni to był dobry pomysł. Będę o tym rozmawiał z profesorami Błażewiczem i Węglarzem [prof. Jan Węglarz to dyrektor Instytutu Informatyki Politechniki Poznańskiej, członek komitetu naukowego 1. i 2. Konferencji Smoleńskiej, organizowanej przez PiS – red.].

” Za zamachem stoją służby”

Ale wtorkowy wykład na politechnice to nie wszystko: po wizycie na uczelni prof. Binienda wygłosi wykład w Pałacu Działyńskich w Poznaniu. Na ten sam temat. Oprócz profesora wykład „Kontekst katastrofy smoleńskiej” wygłosi też dr Maria Szonert-Binienda, małżonka profesora. Szonert-Binienda to prawniczka zaangażowana w sprawę katastrofy smoleńskiej. Podobnie jak mąż lansuje tezę o zamachu w Smoleńsku. Niedawno została wiceszefową Kongresu Polonii Amerykańskiej.

– Uważam, że zamach w Smoleńsku przygotowały polskie i rosyjskie służby specjalne – mówiła Szonert-Binienda w tygodniku „wSieci”.

Spotkanie z prof. Biniendą i jego żoną organizuje prawicowy Akademicki Klub Obywatelski im. Lecha Kaczyńskiego w Poznaniu. – Zarówno wykład na politechnice, jak i wykłady w Pałacu Działyńskich to była nasza inicjatywa. Choć oczywiście ten pierwszy organizujemy razem z uczelnią – komentuje prof. Stanisław Mikołajczak, przewodniczący AKO w Poznaniu.

biniendaOpowie

poznan.wyborcza.pl

Wybory 2015. Kiedy powstanie nowy rząd? Trzy kroki od ogłoszenia wyników wyborów

Ewa Siedlecka, 27.10.2015

Sejm po wyborach

Sejm po wyborach (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

PKW dziś ogłosi oficjalne wyniki wyborów. Co będzie się działo dalej z Sejmem i rządem?

Prezydent Andrzej Duda zwołuje pierwsze posiedzenie nowo wybranego Sejmu. Może natychmiast po ogłoszeniu wyników przez Państwową Komisję Wyborczą, a może też poczekać maksymalnie 30 dni od dnia wyborów, czyli do 24 listopada. Prawdopodobnie poczeka z decyzją, jeśli PiS będzie musiał szukać koalicjanta. W przeciwnym razie Sejm może się zebrać już w przyszłym tygodniu.

Na pierwszym posiedzeniu Sejmu dotychczasowy rząd podaje się do dymisji, którą przyjmuje prezydent, choć nie jest do tego zobligowany. Zdymisjonowany rząd pełni obowiązki administracyjne do czasu powołania nowego gabinetu.

Krok pierwszy: prezydent

Prezydent desygnuje premiera – powinien to zrobić niezwłocznie po przyjęciu dymisji rządu. Najczęściej wyznacza osobę uzgodnioną przez zwycięską partię i jej ewentualnych koalicjantów. Choć formalnie nie jest do tego zobligowany.

W ciągu 14 dni od pierwszego posiedzenia Sejmu lub przyjęcia dymisji poprzedniego rządu desygnowany premier (czy to będzie Beata Szydło?) przedstawia skład rządu, a prezydent go powołuje i zaprzysięga.

Kolejne 14 dni mają powołany premier – na przedstawienie Sejmowi programu rządu – i Sejm na udzielenie wotum zaufania rządowi. Sejm uchwala je bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów.

W tym wariancie rząd powstanie najpóźniej w połowie grudnia.

Krok drugi: Sejm

Gdy w Sejmie nie będzie poparcia większości dla nowego rządu, inicjatywę przejmuje Sejm. W ciągu 14 dni sam wybiera premiera i proponowanych przez niego członków Rady Ministrów, bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów. Prezydent powołuje tak wybraną Radę Ministrów i odbiera przysięgę od jej członków.

Krok trzeci: prezydent

Jeśli Sejm nie zdoła wybrać premiera i rządu, prezydent, w ciągu 14 dni, powołuje i zaprzysięga premiera i wskazanych przez niego ministrów. Sejm udziela im wotum zaufania w ciągu 14 dni.

Nowe wybory

W razie nieudzielenia wskazanej przez prezydenta Radzie Ministrów wotum zaufania przez Sejm prezydent rozwiązuje Sejm i zarządza nowe wybory – najpóźniej taka decyzja mogłaby być pod koniec lutego.

Zobacz także

nowySejmJuż

wyborcza.pl

Wybory 2015. Kto będzie rządził Polską? W PiS rozpoczęły się podchody

Agata Kondzińska, 27.10.2015

Prezes PiS jest namawiany, aby wycofał rekomendację Beacie Szydło i sam stanął na czele rządu. Na zdjęciu: Jarosław Kaczyński oddaje głos w niedzielnych wyborach parlamentarnych w komisji wyborczej w Warszawie

Prezes PiS jest namawiany, aby wycofał rekomendację Beacie Szydło i sam stanął na czele rządu. Na zdjęciu: Jarosław Kaczyński oddaje głos w niedzielnych wyborach parlamentarnych w komisji wyborczej w Warszawie(SŁAWOMIR KAMIŃSKI)

W rządzie PiS nic nie jest przesądzone. Niektórzy mówią, że włącznie z tym, kto będzie premierem. Gabinet mebluje Jarosław Kaczyński.

W wieczór wyborczy w siedzibie partii świętowano do późnych godzin nocnych przy winie i szampanie, jednak pełną radość ze zwycięstwa mąciło wyczekiwanie na oficjalne wyniki wyborcze. Bo w ostatecznym rozrachunku dla polityków partii Jarosława Kaczyńskiego znaczenie mają dwa elementy: czy PiS będzie mógł rządzić samodzielnie i jak silne w klubie parlamentarnym będą sojusznicze ugrupowania – Solidarna Polska i Polska Razem. – To będzie ważne w rządowych negocjacjach, ale też później, gdy będziemy potrzebowali stabilnej większości dla naszych projektów – mówi nam jeden z polityków PiS.

A z obu partii, które orbitują wokół PiS, już słychać głosy, że i jedni, i drudzy chcą być traktowani równorzędnie. Prześcigają się na podstawie nieoficjalnych wyników, kto wprowadził więcej posłów. Chcą w ten sposób podbić swoje akcje w Prawie i Sprawiedliwości. – Bez nas większości PiS na pewno nie będzie miał – zacierają ręce.

PiS nauczony doświadczeniem z lat 2005 i 2007, gdy rządził z Samoobroną i LPR, bardziej niż silnych sojuszników obawia się rządów koalicyjnych. Stąd w partii nastawiają się bardziej na podbieranie posłów z klubu Pawła Kukiza niż na tworzenie z nim wspólnego gabinetu.

W PiS plotkują o grupie przeciwników nominacji Beaty Szydło na premiera. Kilku polityków PiS ma namawiać Kaczyńskiego, żeby wycofał jej rekomendację i sam stanął na czele rządu. Mieli go do tego przekonywać podczas wieczoru wyborczego i suflować, że Szydło sobie nie poradzi. Wśród tych polityków ma być Joachim Brudziński, ale wiemy to tylko z jednego źródła.

Publicznie politycy PiS, mimo że sondażowe wyniki dają im zwycięstwo, kluczą przy pytaniach dziennikarzy o to, czy Szydło zostanie szefem rządu. Wczoraj szef klubu PiS Mariusz Błaszczak enigmatycznie mówił w TVP Info: – Beata Szydło jest kandydatką na premiera. Nie można dziś udzielić odpowiedzi na pytanie, czy będzie premierem, bo nie znamy ostatecznego wyniku wyborów.

W partii nie brakuje chętnych do rządu. Wiemy, że w najbliższych dniach Jarosław Kaczyński będzie prowadził rozmowy z kandydatami do rządu, ale też z sojusznikami PiS. Najpierw spotka się z Jarosławem Gowinem, potem ze Zbigniewem Ziobrą. Pierwszy typowany jest na ministra obrony narodowej, jednak niektórzy politycy PiS w to wątpią. Europoseł Ryszard Czarnecki wychwalał wczoraj Antoniego Macierewicza, że świetnie by się sprawdził w tym resorcie. Do resortu miałby też wejść Tomasz Szatkowski, były doradca Zbigniewa Wassermanna.

Ziobro raczej teki ministra nie dostanie. Ziobryści będą jednak naciskać, żeby do rządu weszli Beata Kempa (jako wiceminister sprawiedliwości) i Patryk Jaki (jako wiceminister sportu).

Stanowisko wicepremiera Kaczyński obiecał Piotrowi Glińskiemu, który według naszych rozmówców mógłby zostać ministrem nauki i szkolnictwa wyższego.

Nie ma pewnego kandydata na ministra sprawiedliwości. Typowana przez media Małgorzata Wassermann mogłaby być wiceszefową resortu, a europoseł Janusz Wojciechowski, którego nazwisko pada przy tej okazji, nie chce wrócić z Brukseli.

W kuluarach wśród osób, które PiS chciałby ściągnąć do resortu, wymienia się nazwisko b. wiceministra sprawiedliwości Michała Królikowskiego. Ministrem – według rozmówców z PiS – miałby zostać jakiś profesor od prawa.

Nie jest przesądzone, że ministrem gospodarki zostanie Paweł Szałamacha. Nieoficjalnie politycy PiS wskazują, że widzieliby na tym stanowisku Mateusza Morawieckiego, prezesa Banku Zachodniego, syna Kornela Morawieckiego. Nie wiadomo jednak, czy ten się zgodzi. Nazwisko Morawieckiego wymieniane jest też w kontekście prezesury Narodowego Banku Polskiego.

Takie spekulacje powodują kolejne: Szałamacha mógłby wtedy dostać Ministerstwo Skarbu Państwa, ale do tej funkcji od lat przygotowywał się europoseł Dawid Jackiewicz. Od skarbu potencjalnych kandydatów odstrasza też zapis z programu PiS, że ten resort ma być zlikwidowany. Powstać ma Ministerstwo Energetyki, do którego wskazywany jest Piotr Naimski (za rządów PiS wiceminister gospodarki).

Wysokie notowania w PiS ma Elżbieta Rafalska typowana na minister pracy i polityki społecznej. W kampanii Beaty Szydło dołączyła do sztabu PiS, a w latach 2005-07 była wiceministrem pracy.

Ministrem zdrowia miałby zostać lekarz Konstanty Radziwiłł. W wyborach zdobył mandat senatora.

Zobacz także

kaczyńskiMeblujeGabinet

wyborcza.pl

Wybory 2015. Horror na lewicy: Zjednoczona Lewica poza Sejmem

Sebastian Klauziński, 27.10.2015

Barbara Nowacka na wieczorze wyborczym Zjednoczonej Lewicy

Barbara Nowacka na wieczorze wyborczym Zjednoczonej Lewicy (Fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)

W poniedziałek przez kilka godzin wydawało się, że koalicja minimalnie, ale przekroczy magiczne 8 proc. i wejdzie do Sejmu. Ale im bliżej wieczoru, tym bardziej wynik ZL topniał.

Przed godz. 23 było już jasne. Państwowa Komisja Wyborcza podała ostateczne wyniki – lewicowa koalicja zdobyła tylko 7,55 proc. głosów.

Dwie partie wchodzące w skład Zjednoczonej Lewicy – SLD i Twój Ruch – cztery lata temu miały łącznie ponad 18 proc. poparcia i 67 mandatów w Sejmie.

Teraz nie będą mieć żadnego. Nie pomogli ani młodzi politycy na czele z Barbarą Nowacką, ani zjednoczenie, ani granie na jedyną lewicową siłę, która „może zatrzymać pochód prawicy”.

Kilkadziesiąt sekund ciszy i wymuszone brawa. Tak wynik ZL przyjęli jej działacze podczas wieczoru wyborczego, kiedy o godz. 21 na ekranie pojawiło się 6,6 proc. Politycy ZL rozeszli się do domów pogodzeni z tym, że w Sejmie się nie znajdą.

Jednak kiedy w poniedziałek pojawiły się wyniki z late poll, nadzieja wróciła. 7,5 proc. – tyle pokazywały słupki poparcia dla ZL nad ranem. – Od wczoraj nie zmrużyłem oka. To jakiś horror – opowiadał mi przed godz. 17 jeden z liderów ZL.

Jak informował portal Ewybory.eu, z głosów zliczonych z 24 okręgów wynikało, że ZL ma 7,93 proc. – Wszyscy ci, którzy nie głosowali na PiS, powinni trzymać kciuki za ZL. Jeśli wejdziemy, to PiS nie rządzi sam – komentował inny polityk lewicy. Z danych z godz. 16 wynikało, że ZL znów nieznacznie spadło. – Zrobiliśmy wszystko, co było można. W Łodzi zdobyłem trzeci wynik, ponad 22 tys. głosów. Czy w skali całego kraju dobijemy do 8 proc.? Mam nadzieję – mówił chwilę po godz. 17 Dariusz Joński w TVN 24.

Niestety dla lewicy, im bliżej godz. 18, tym bardziej wynik zbliżał się z powrotem do 7,5 proc.

Konferencja PKW, początkowo zapowiadana na godz. 18, była kilkakrotnie przesuwana.

Jak wynika z danych z late poll, Zjednoczona Lewica nie potrafiła przekonać do siebie młodych wyborców. Wśród grupy wiekowej 18-29 ZL zdobyła zaledwie 3,6 proc. głosów. Dla porównania: Razem poparło 5,2 proc. głosujących z tej grupy wiekowej. Jedynie w grupie 60+ poparcie dla ZL wyniosło więcej niż próg wyborczy dla koalicji, bo 9,9 proc. Wynika z tego, że na SLD głosował przede wszystkim żelazny jego elektorat.

To zapewne dlatego na wieczorze wyborczym ZL ze starszych polityków Sojuszu obecny był tylko Tadeusz Iwiński. Starzy od początku byli przeciwni koalicji. To młodzi, przede wszystkim sekretarz generalny SLD Krzysztof Gawkowski oraz wiceszefowa Sojuszu Paulina Piechna-Więckiewicz, działali na rzecz zjednoczenia.

Dlaczego Zjednoczonej Lewicy nie wyszło? Politycy koalicji wymieniają kilka przyczyn. Zbyt późne namaszczenie Nowackiej na lidera, wtorkowa debata i sukces Adriana Zandberga, balast w postaci Leszka Millera i Janusza Palikota oraz spóźniona kampania wyborcza. ZL wydała na kampanię ok. 6 mln zł, z czego 1,5 mln z kredytu. Kampania Partii Razem kosztowała 300 tys. – 20 razy mniej.

Wygląda więc na to, że jedynym przedstawicielem lewicy w parlamencie będzie były lider SLD, a po odejściu z Sojuszu jeden z twórców partii Biało-Czerwoni Grzegorz Napieralski. Ten, nie oglądając się na swoich nowych partyjnych kolegów, dołączył do drużyny PO i z jej poparciem wszedł do Senatu ze Szczecina.

Prof. Kazimierz Kik: Lewicę zgubił rozłam

Kazimierz Kik, politolog z Uniwersytetu Kochanowskiego w Kielcach, tak komentuje wyniki lewicy: – To, że w przyszłym Sejmie nie będzie lewicy, to nie jest wielka tragedia. Jeśli policzyć wynik Zjednoczonej Lewicy i Razem, to łącznie uzyskały ponad 10 proc. Lewicę zgubił rozłam. Jeśli te wstępne dane się potwierdzą, to znaczy, że na lewicy następuje zmiana warty. Partia Razem przejmuje inicjatywę. Dostaną pieniądze z budżetu na działanie i przejmą inicjatywę przed przyszłymi wyborami. Widać, że lewica musi się zreformować. Odbudować ideologiczną wiarygodność. To korzystne dla lewicy. Może na tym skorzystać PO, której lewe skrzydło zacznie działać aktywniej. To jednak może doprowadzić do rozłamu w PO i przejścia konserwatywnego skrzydła do PiS.

Wyraźnie widać, że dla lewicy przełomowa była wtorkowa debata. Przed nią Razem miało poparcie w okolicach 1 proc., a ZL powyżej 8 proc. Debata pokazała, że lepszym liderem na lewicy okazał się Zandberg, a nie Nowacka.

Nie sądzę, żeby Zjednoczona Lewica – wbrew zapewnieniom ich liderki – przetrwała po wyborach. Tam jest kilka partii, zapewne niektórym z nich, np. Zielonym czy młodym politykom z SLD, bliżej będzie do Razem. Połączyli się w ZL tylko po to, żeby wejść do Sejmu. Myślę, że niedługo młodzi z tych partii się połączą z Razem, ale to będzie na warunkach tych drugich. Starzy, skompromitowani politycy lewicy w końcu muszą odejść na emeryturę.

Sądzę, że lewica w Polsce ma bardzo duży potencjał, szczególnie ta lewica socjalna, czyli lewica ludzi biednych.

Zobacz także

horrorNaLewicy

wyborcza.pl

Wybory 2015. Platforma zlekceważyła ważne sygnały. Sześć błędów do przegranej

Renata Grochal, 27.10.2015

Wybory parlamentarne 2015. Ewa Kopacz na wieczorze wyborczym w sztabie PO

Wybory parlamentarne 2015. Ewa Kopacz na wieczorze wyborczym w sztabie PO (KACPER PEMPEL / REUTERS / REUTERS)

Platforma przegrała wybory z PiS ponad 13 punktami procentowymi. To wielka porażka. Partia Ewy Kopacz zafundowała ją sobie na własne życzenie.

Platforma Obywatelska nie potrafiła zdefiniować stawki tych wyborów. PiS jasno określił, że chodzi o dobrą zmianę. Czy będzie ona dobra i na ile – to się okaże. Ważne, że partii Kaczyńskiego udało się narzucić temat kampanii i zagospodarować społeczne emocje Polaków rozczarowanych rządami PO-PSL bądź zmęczonych ośmioma latami tych rządów.

Platforma nie potrafiła znaleźć odpowiedzi na kolportowaną przez PiS wizję Polski w ruinie. Dominującym tematem w jej kampanii było straszenie PiS, mimo że już wybory prezydenckie pokazały, iż to nie działa albo działa w ograniczonym zakresie. Dodatkowym obciążeniem dla PO było podniesienie wieku emerytalnego i różne afery, na czele z podsłuchową.

Nie można być anty-PiS z głównymi twarzami rządów PiS. PO wzięła na listy lub wsparła polityków, którzy współtworzyli IV RP lub autoryzowali ją. Roman Giertych, Ludwik Dorn i Michał Kamiński byli w tej kampanii twarzami PO w mediach. Dla wielu wyborców Platformy to było nie do zaakceptowania. Dowodem są wyniki Dorna i Giertycha, którzy nie weszli do parlamentu.

Platforma zaniedbała młodych. Od wielu miesięcy było widać, że młodzi wyborcy odchodzą od PO. W eurowyborach w 2014 r. w grupie 19-25 lat wygrał Korwin-Mikke. Było wiadomo, że w wyborach parlamentarnych głosować będzie aż osiem roczników młodych wyborców, którzy nie pamiętają rządów PiS. Wystarczyło przeczytać raport Michała Boniego „Młodzi 2011”, z którego jasno wynika, że bunt wśród młodych narasta, bo nie widzą dla siebie perspektyw. Gdyby Platforma rozwiązała w ostatniej kadencji problem umów śmieciowych lub tanich mieszkań na wynajem (nad ustawą o czynszówkach rząd pracował wiele miesięcy), być może młodzi nie odpłynęliby do PiS, Kukiza czy Korwin-Mikkego.

PO nie wyciągnęła wniosków z wyborów samorządowych. Partia Kopacz straciła w wyborach parlamentarnych większość regionów na rzecz Prawa i Sprawiedliwości – także swoje mateczniki: Dolny Śląsk, Śląsk czy Wielkopolskę. Już w wyborach samorządowych widać było, że wielu prezydentów z PO słabnie, a rozleniwionym strukturom nie chce się prowadzić kampanii. Zabrakło reakcji na czas.

Słabe listy. Demobilizację w terenie pogłębił kształt list wyborczych. W kilku regionach na fali odmładzania partii lub osłabiania wewnętrznej konkurencji jedynki dostali anonimowi działacze lub osoby spoza PO. Zepchnięci na dalsze miejsca liderzy regionów nie mieli motywacji do walki.

Sama Kopacz to za mało. W kampanii wyborczej widać było tylko Ewę Kopacz. Owszem, ciężko pracowała, ale nie jest Tuskiem, który w pojedynkę wygrywał wybory. Premier nie miała wokół siebie drużyny, a po drugiej stronie był zwarty front PiS w składzie Szydło, Kaczyński i Duda.

Przegrana w wyborach pokazała, że Platforma musi się wymyślić na nowo. W przeciwnym razie przez długie lata będzie grzać ławy opozycji.

Zobacz także

coZlekceważyłaPO

wyborcza.pl

Wybory 2015. Kolenda: Kampanijna ściema

Katarzyna Kolenda-Zaleska, „Fakty” TVN, 27.10.2015

Jarosław Kaczyński i Beata Szydło na wieczorze wyborczym w sztabie PiS

Jarosław Kaczyński i Beata Szydło na wieczorze wyborczym w sztabie PiS (PAWEL KOPCZYNSKI / REUTERS / REUTERS)

Jarosław Kaczyński przez ostatnie dni kampanii zapewniał, że nie będzie żadnego odwetu. Ciekawa konstatacja – bo właściwie dlaczego miałby być. I za co? Dlaczego w ogóle mówić o jakimś odwecie w demokratycznym państwie. Prezes PiS wspomniał o jakichś skrzywdzonych osobach, ale jak zwykle nie podał szczegółów. Nie wiadomo więc, o jaką krzywdę chodzi.

Nie ma wątpliwości, że tuż przed głosowaniem Kaczyński chciał osłabić obawy podsycane także przez konkurentów, iż po ośmiu latach w opozycji i po wielu przegranych wyborach PiS będzie się chciał odegrać na dotychczas rządzących.

Także Beata Szydło na wszystkie sposoby odmieniała słowo „wspólnota”. „Trzeba iść wspólną drogą – przekonywała tuż przed północą w piątek. – Nasze marzenia zrealizujmy wspólnie. To, co powinno być dla nas najważniejsze, to budowanie, a nie burzenie; łączenie, a nie dzielenie; wspólna droga dla rozwoju Polski”.

Czy można w to wierzyć? Te słowa brzmią niemal tak samo jak deklaracje z kampanii prezydenta. A czy Andrzej Duda już zaczął budować wspólnotę? Trudno to zauważyć, bo Narodowa Rada Rozwoju z paroma osobami z innej niż prezydent opcji to jeszcze za mało.

Prezydent Duda twierdził, że w kampanię parlamentarną się nie angażuje. Ale jak w takim razie ocenić jego pojawienie się w piątek na wiecu w towarzystwie polityków kandydujących z list PiS? Nikt nie ma złudzeń, że prezydent nagle stał się pozbawioną politycznych przekonań neutralną głową państwa. Nikt też tego nie oczekuje. Ale po pełnej wzniosłych słów kampanii można było oczekiwać od prezydenta większego otwarcia na środowiska inne niż te, z których się wywodzi.

Skoro Andrzej Duda na razie nie spełnił obietnic o budowaniu wspólnoty – to jak oczekiwać, że jego polityczni koledzy będą inni. Jak Beata Szydło chce budować wspólnotę? I z kim?

Politycy PiS musieli być w kampanii ostrożni – w końcu zależało im na głosach umiarkowanych wyborców. Prawicowa publicystyka zaś nie podlegała już tym zasadom. Emocje, nerwy, pełne niecierpliwości drżenie przed przejęciem władzy nie pozostawiało wątpliwości, co się szykuje i jak to teraz ma wyglądać. Ot, taki przykład retoryki: „Zbiorowe siły oszukańców z organizacji PO wsparte najemnikami z mediów”. Słowo „organizacja” powtarzane nagminnie jest tu kluczowe, bo ma się kojarzyć z mafią.

Język został wprzęgnięty przez publicystycznych wyznawców PiS w polityczną walkę.

I tak: Szydło przemawiała, Kopacz zaś perorowała histerycznie. Wassermann (PiS) „miażdżyła” „infantylnego” Trzaskowskiego (PO). „Miażdżenie” to zresztą ulubione ich słowo. Naimski też miażdżył argumenty. Lubowano się w podważaniu kompetencji Ewy Kopacz: „Ona naprawdę rządzi naszym krajem?”; „paniczny strach Ewy Kopacz”; „kłamstwa Ewy Kopacz”; „opary absurdu i opary pijaru”; „komedia”; „amok”; „Polska to papuga berlińskich i brukselskich elit”. I tak na okrągło.

Do tego dochodziły już nawet nie subtelne, lecz jednoznaczne zapowiedzi, których to osób trzeba się będzie pozbyć na przykład z mediów publicznych. Zastraszano je i ich rodziny, grożono im wsadzaniem do więzień. Co nie doczekało się żadnej reakcji ze strony cenionych przez nich polityków. Tak jakby pisowscy politycy przyklaskiwali prezentowanej w prawicowej publicystyce filozofii odwetu. I jeszcze te donosy pisane na dziennikarzy TVN do amerykańskich właścicieli stacji. To nie wróży dobrze.

Można raczej przypuszczać, że to prawicowi publicyści wyrażali to, co ma naprawdę nadejść, a wzniosłe słowa polityków o wspólnocie i braku odwetu były wyłącznie kampanijną ściemą.

Zobacz także

donosyNaDziennikarzy

wyborcza.pl

Koniec mediów publicznych – będą narodowe, abonament z PIT-em lub w rachunku. PiS szykuje nową ustawę medialną

jagor, 27.10.2015

Siedziba telewizji publicznej

Siedziba telewizji publicznej (Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

TVP i PR nie będą miały przymusu zarabiania pieniędzy, zmieni się ich kierownictwo i będą finansowane z powszechnie ściąganego abonamentu. Tak ma wyglądać nowa ustawa medialna przygotowywana przez PiS – zapowiada Krzysztof Czabański, nowy poseł tej partii, b. prezes Polskiego Radia.

 

Zgodnie z założeniami nowej ustawy medialnej, którą przygotowuje zwycięski PiS, Telewizja Polska i Polskie Radio przestaną być spółkami prawa handlowego. „Wirtualne media” cytują wypowiedź Krzysztofa Czabańskiego dla Polskiego Radia PiK.

– Nie będą miały na sobie przymusu zarabiania pieniędzy. Ten przymus często działa na szkodę programu. Chcemy, żeby media publiczne zajmowały się tylko i wyłącznie realizacją misji określonej w ustawie. Komercja tę misję podważa albo wręcz rozbija – powiedział Czabański.

 

Zamiast mediów publicznych będą narodowe

Były prezes Polskiego Radia, obecnie nowy poseł PiS, przyznał też, że kończy się era mediów określanych jako publiczne. Od tej pory będą Mediami Narodowymi opłacanymi z nowego abonamentu. – Ma on być o połowę mniejszy niż w tej chwili, za to będzie powszechnie ściągalny, albo w rachunkach za energię, albo przy Picie . Raczej w tym pierwszym wariancie, ale to nie jest jeszcze przesądzone – mówił poseł PiS.

Wiadomo też, że PiS chce wymienić prezesów TVP i Polskiego Radia, ale jak podkreślił Czabański, formuła wymiany szefostwa nie jest jeszcze znana.

Zobacz także

koniecMediów

TOK FM

Reklamy