Kk (18.10.2015)

 

Ile za pokropek płacą księżom samorządowcy? Co łaska?

MARCIN KOBIAŁKA, 18.10.2015

PATRYK OGORZAŁEK

Ile samorządy płacą księżom za poświęcenie nowej drogi, mostu czy boiska sportowego? Cennika nie ma, faktur też.

– Za darmo, za darmo, za darmo – powtarza Maciej Chłodnicki, rzecznik prezydenta Rzeszowa, gdy go pytamy, ile miasto wydaje pieniędzy na poświęcenie inwestycji, choćby ostatnich: otwarcie parku Papieskiego czy mostu im. Tadeusza Mazowieckiego. Obie poświęcił biskup senior diecezji rzeszowskiej Kazimierz Górny.

– Ani grosza za to nie zapłaciliśmy. Mamy bardzo dobre relacje z Kościołem. Prezydent na otwarcie mostu zaprosił bp. Górnego, bo jest jego przyjacielem – zapewnia Chłodnicki. Dziwi się, że w ogóle pytamy, ile miasto płaci za tzw. pokropek. – To pytanie jest niestosowne – twierdzi Chłodnicki.

„Wiemy, ile trasa kosztowała, ile stali zużyto, ale nie wiemy, ile kosztowało poświęcenie. A mnie to bardzo interesuje, kto za to płaci i jak to się księguje” – pyta jeden z internautów „Wyborczej” na forum w wątku poświęconym inwestycjom.

Ani grosz z pieniędzy podatników

Obecność księży na otwarciu drogi, mostu, nowej hali sportowej czy wyremontowanego szpitala to stały obrazek polskich miast. Na Podkarpaciu trudno znaleźć inwestycję czy jakąkolwiek publiczną uroczystość organizowaną z pompą, by odbyła się bez udziału duchownych.

I zawsze się pojawiają pytania, ile ksiądz czy biskup wziął za to, że przyjechał na pół godziny i pokropił kawałek mostu czy drogi. Miejscy urzędnicy twierdzą że ani grosz z pieniędzy podatników nie idzie na „pokropek”. Pytamy o to samo w Podkarpackim Urzędzie Marszałkowskim w Rzeszowie.

– Samorząd województwa nie wydaje pieniędzy na święcenie przez duchownych nowo oddawanych inwestycji. Nie jest to zadanie samorządu, nie ma takiej możliwości prawnej ani możliwości zaksięgowania takiego wydatku – twierdzi Tomasz Leyko, rzecznik urzędu.

– Czyżby? – zastanawia się wójt jednej z podkarpackich gmin. – Jasne, że nie da się tego „pokropku” rozliczyć, co nie oznacza, że się nie płaci. U mnie w gminie rozwiązuję to w inny sposób. Kierownicy, dyrektorzy, generalnie osoby, które zarabiają więcej niż szeregowi urzędnicy, zrzucają się na zapłatę dla proboszcza. Stawki są różne. Niedawno oddawaliśmy 200 m nowego chodnika. Proboszcz dostał 2 tys. zł. Zrzutka była po 200 zł. Nikt nie grymasił. Najwięcej – 10 tys. zł – zapłaciliśmy, gdy otwieraliśmy nową halę sportową. Nie sądzę, żeby gdzie indziej nie było podobnie. „Pokropka” w wydatkach oficjalnie nie ma. W papierach pan go nie znajdzie – mówi wójt. Prosi jednak, by nazwiska ani nazwy gminy nie podawać.

Hojność ofiarodawcy

Próbujemy się czegoś więcej dowiedzieć w diecezji rzeszowskiej. Może tam mają zestawienie, ile, kto i za co zapłacił i jak to rozliczył. Ks. Tomasz Nowak, rzecznik kurii, chętnie pomoże. Próbuje sprawdzić, jakie są praktyki.

– Dotykamy problemu składania różnych ofiar za posługi religijne. Nie ma taryfikatora. To pozostaje w gestii ofiarodawcy, na ile jest hojny – mówi ks. Nowak. O żadnych kwotach diecezja nie jest w stanie powiedzieć.

– Często „pokropek” jest ukryty w opłatach za zamówioną mszę, która nierzadko się odbywa przed jakąś uroczystością. Albo zawyżane są koszty danej uroczystości. O wynagrodzeniu dla księdza wszyscy wiedzą, nikt się temu nie dziwi, a może przestał dziwić. To normalne, choć normalne nie jest. Księżom płacą też firmy, które wygrały przetarg w gminie. Przedsiębiorcom daje się do zrozumienia, że muszą ponieść ten wydatek, jeżeli chcą wygrywać kolejne przetargi – mówi wójt jednej z podrzeszowskich gmin. Oczywiście też anonimowo.

Mur, jaki napotykam, by się dowiedzieć, jakie są „stawki za pokropek”, nie wyrasta tylko na Podkarpaciu. Oficjalnie wszyscy zaprzeczają, że duchowni na „pokropku” zarabiają. Co też jest charakterystyczne, wszyscy się dziwią, że w ogóle o to pytam. – 14 lat pracuję w samorządzie i nie spotkałam się, żebyśmy płacili za wizyty księży na oddawaniu inwestycji. Nie ma na to pieniędzy w budżecie – przekonuje mnie Anna Ciulęba z Urzędu Miasta w Kielcach.

– Bo jak to rozliczyć? – zastanawia się jeden z urzędników większego miasta na Podkarpaciu. – Faktura? Umowa-zlecenie? Faktura w grę nie wchodzi, bo ksiądz nie prowadzi działalności gospodarczej. Umowa-zlecenie też nie przejdzie. My nie płacimy. W dużych miastach tego problemu nie ma, w małych gminach jest. Tam jeszcze pokutuje pogląd, wójt z proboszczem musi dobrze żyć.

Bali się „czerwonej”?

Więc dzwonimy do gmin. – Przez 15 lat wójtowania nie zapłaciliśmy księżom ani złotówki. W mojej gminie księży wita się z honorem i szacunkiem, ale nie na początku drogi – twierdzi Renata Szczepańska, wójt bieszczadzkiej gminy Cisna. – Jestem burmistrzem od roku. Nie wydaliśmy ani grosza za poświęcanie inwestycji – zapewnia mnie Bartosz Romowicz, który rządzi w Ustrzykach Dolnych.

I taki jest oficjalny głos samorządowców.

Anna Kowalska z SLD, która była wójtem podrzeszowskiej gminy Dynów, mówi, że w podziękowaniu za udział duchownych w poświęceniu inwestycji dawała im np. książkę. – Koperty z pieniędzmi nie było. Też nie oczekiwali. Może dlatego, że jestem „czerwona” i się mnie bali? – zastanawia się Kowalska.

rzeszow.wyborcza.plileSamorządy

Reklamy