Lis (17.10.2015)

 

Platforma w pułapce

Rafał Matyja
politolog, publicysta
17.10.2015
Platforma Obywatelska, fot. Fot. Michał Łepecki/Agencja Gazeta

Platforma Obywatelska, fot. Fot. Michał Łepecki/Agencja Gazeta

Platforma Obywatelska nie wyciągnęła wniosków z porażki w wyborach prezydenckich. Nie zmieniła ani przywództwa, ani strategii politycznej. Zadziałała w myśl hasła „więcej tego samego”. Wszystko wskazuje na to, że jest partią nieświadomą pułapek, w które sama brnie, lekceważąc zmiany, do których doszło w maju tego roku.

Strategia sprzecznych celów

W nadchodzących wyborach Platforma Obywatelska walczy o dwa sprzeczne ze sobą cele: zdobycie maksymalnej liczby mandatów i stworzenie większościowej koalicji. Jeżeli PO uda się zmniejszyć stratę w stosunku do PiS, to prawdopodobnie kosztem poparcia dla którejś z formacji będących potencjalnym koalicjantem PO. Wyobraźmy sobie, że Platforma używa w ostatnim tygodniu kampanii kilku celnych argumentów, adresowanych do wyborców lewicy. Gdyby poparcie dla PO wzrosło z 25 do 28 procent, a poparcie dla ZL spadło z 10 do 7 proc. to wprawdzie PO zdobyłaby kilkanaście, może nawet 20 nowych mandatów, ale cała koalicja antypisowska straciłaby większość.

Gdyby stratedzy PO zrozumieli tę sprzeczność odpowiednio wcześnie, być może walczyliby raczej o elektorat centroprawicowy. Wówczas każdy punkt procentowy zdobyty przez Platformę zwiększałby równocześnie szansę na konstrukcję skutecznej, większościowej koalicji. PO wpadła jednak w pułapkę własnej wieloletniej retoryki, polegającej na tym, że najskuteczniejsza obrona przed „powrotem PiS” to głosowanie na partię Tuska. Po 10 maja (I tura wyborów prezydenckich) ten argument przestał działać. Okazało się, bowiem, że sama koalicja PO-PSL do „zablokowania PiS” nie wystarczy.

Wśród rozsądniej kalkulujących zwolenników zachowania status quo pojawiło się przekonanie, że należy wzmocnić Nowoczesną i Zjednoczoną Lewicę, nawet ryzykując znaczące osłabienie PO. Partia Ewy Kopacz znalazła się nagle w sytuacji wieloletniego prymusa, którego nauczyciele nagle zaczęli traktować z obojętnością, niekiedy nawet z lekką niechęcią. I zamiast zmienić swoje zachowanie, postanowiła dograć tę rolę do końca. Angażując się w spory obyczajowe z PiS, szkodzące obu dużym partiom, strasząc Macierewiczem, próbując postawić przed Trybunałem Stanu Zbigniewa Ziobrę.

Ewie Kopacz i jej doradcom zabrakło politycznej wyobraźni, prostego przekalkulowania tego co mówiły wyniki z 10 i 24 maja. Straszenie PiS, wzmacnianie sporów wokół spraw obyczajowych, to gry które przestały dawać pewne zwycięstwo. Zamiast jednak strategicznego zwrotu i zmiany kierunku, wciśnięto mocniej pedał gazu, oddając kierownicę w ręce Michała Kamińskiego. Jego kariera lepiej niż wszystko inne symbolizuje klincz, w który wpakowała się PO. Polityk wyjątkowo antypatyczny dla wyborców centrolewicy został zaangażowany do tego, by jeszcze sprawniej antagonizować PO z wyborcami centrum i centroprawicy. Co więcej, nie robi tego z pozycji sztabowca partii, ale wysokiego urzędnika państwowego. Tak postępuje tylko formacja o słabym przywództwie lub tracąca instynkt samozachowawczy. Albo cierpiąca na jedno i drugie.

Zawieszona kwestia przywództwa

Pozytywnym elementem reakcji PO na majową porażkę była osobista dzielność przewodniczącej partii, która postanowiła walczyć o jej notowania i możliwie dobry wynik wyborczy. Ewie Kopacz udało się powstrzymać spadek notowań PO latem 2015 roku. Udało się zbudować listy wyborcze i nie dopuścić do rozpadu struktur. Ale to zwycięstwo może okazać się pyrrusowe. Konflikty w PO zostały jedynie na chwilę wyciszone. Sprawa przywództwa, sukcesji po Donaldzie Tusku nie została rozstrzygnięta. Być może oddzielenie funkcji premiera od funkcji lidera partii na czas wyborów dałoby PO nową siłę, zwłaszcza gdyby partią zaczął kierować układ wyraźnie odmłodzony.

Platforma nie zrozumiała, iż specyficzny sposób postrzegania sytuacji kraju przez polityków z pokolenia Bronisława Komorowskiego i Ewy Kopacz nie pozwala dziś na zbudowanie przekonującego i świeżego przesłania. Nie zauważyła przewagi, jaką Andrzejowi Dudzie i Barbarze Nowackiej daje inny pokoleniowy punkt widzenia, inny sposób mówienia o polityce. Inny wizerunek. I nie chodzi tu wyłącznie o metrykę. Gdyby po porażce w wyborach prezydenckich uznano, że wizerunek partii powinni w większym stopniu tworzyć Tomasz Siemoniak czy Rafał Trzaskowski, także jako ludzie w mniejszym stopniu uwikłani w konflikt z PiS, świadczyłoby to o zrozumieniu zmieniających się trendów. PO nie zareagowała na wyraźny sygnał pokoleniowy, jaki dostała w majowych wyborach. Raczej się na niego obraziła.

Druga pułapka w jakiej tkwi dziś PO – to zatem pułapka nierozstrzygniętej kwestii przywództwa. Jeżeli po wyborach 25 października uda się skonstruować koalicję antypisowską Ewa Kopacz zapewne zechce je utrzymać i przedstawić wynik wyborów jako własny sukces. Bez względu na wynik PO. Jeżeli Platforma znajdzie się w opozycji – rozliczenia będą nieuchronne. Paradoksalnie zatem politycy Platformy, którzy chcą utrzymania się przy władzy, odepchnięcia po raz kolejny PiS, a zarazem rozumiejący potrzebę zmiany przywództwa będą mieli trudny orzech do zgryzienia. Zwłaszcza, gdy koalicjanci postawią warunek innego niż Ewa Kopacz szefa wspólnego gabinetu.

Wizerunkowa nijakość

Ostatnia pułapka dotyczy kwestii wizerunku partii. W Sejmie, w którym obok PO i PiS znajdzie się być może nowa formacja Ryszarda Petru dojdzie do zmiany reguł gry. Platforma będzie musiała albo podjąć liberalną licytację z Nowoczesną, albo pogodzić się z trwałą utratą poparcia ze strony wolnorynkowego skrzydła swoich wyborców. Konflikt z PiS uniemożliwi jej „chadecki lifting”. Czym więc zostanie ?

Jako partia władzy przyzwyczaiła się do ideowego nihilizmu. To dzięki niemu do PO pasował i lewicowy Bartosz Arłukowicz i prawicowy Michał Kamiński. To dzięki niemu można było flirtować z Markiem Borowskim, Włodzimierzem Cimoszewiczem i Grzegorzem Napieralskim z jednej strony, a z Romanem Giertychem i Ludwikiem Dornem z drugiej. Nie było i – jak sądzę – nie będzie partii o równie szerokim spektrum „ideowej otwartości”. To jednak sprawiło, że Platforma zupełnie pozbyła się jakichkolwiek właściwości, tak ważnych zarówno w warunkach bycia opozycją, jak i współrządzenia w koalicji, zbudowanej na zasadzie równorzędnych partnerów.

PSL przyzwyczaił Platformę do specyficznych form koalicyjności. W zasadzie nie upierał się przy kwestiach programowych, uważnie pilnując jedynie granic własnych wpływów personalnych. Ale trudno się spodziewać podobnych zachowań u Millera, Petru czy Nowackiej. Co więcej, także przewaga arytmetyczna Platformy nad potencjalnymi koalicjantami będzie mniejsza i wymusi bardziej partnerskie relacje w takiej koalicji. Jaki zatem wizerunek PO pozwoli funkcjonować w opozycji lub w nowej formule koalicji i przyciągać utraconych zwolenników?

Najprostsze byłoby nastawienie się na część potencjalnie rozczarowanych rządami PiS zwolenników tej partii. Ale PO pod rządami Ewy Kopacz i z wizerunkiem kształtowanym przez Michała Kamińskiego nie będzie do tego zdolna. Nie stanie się też konkurencyjną wobec Petru formacją liberalną, ani tym bardziej – lewicową. Prawdopodobnie wybierze łatwą nijakość, ukrytą pod kilkoma nowymi hasłami, które wzbudzą entuzjazm tylko najmniej samokrytycznej części aktywu. Tej części, która licznie zajmuje dziś pierwsze miejsca na listach, chętnie bierze się za obejmowanie funkcji powyżej własnych kompetencji, ale nie będzie zdolna prowadzić partii w trudnych czasach. Te trudne dla PO czasy nie nadejdą po 25 października. One zaczęły się pięć miesięcy wcześniej.

 

Onet.pl

Wybory 2015. Petru znów „kruszy partyjny beton”. Oglądaj na żywo happening Nowoczesnej.pl

Mateusz Włodarczyk, 17.10.2015
Ryszard Petru z Nowoczesnej.pl znów „kruszy partyjny beton”. W podwarszawskim Nowym Koniku był reporter Gazeta.pl Mateusz Włodarczyk. Zobacz relację z tego wydarzenia w aplikacji Periscope.

Petru znów

Petru znów „kruszy partyjny beton” (Mateusz Włodarczyk)

 

Relacja naszego reportera Mateusza Włodarczyka z happeningu Nowoczesnej w podwarszawskim Nowym Koniku na Periscope ZOBACZ TUTAJ>>

Kruszenie betonowego muru to kolejne wydarzenie Nowoczesnej, które ma symbolizować nowe otwarcie Sejmu, bez starych partii. Ryszard Petru w swoim programie postuluje o maksymalnie dwie kadencje dla posłów.

 

– Stary układ jest w wielu miejscach: w Sejmie – mówił Petru. – Muszą przyjść nowi ludzie, którzy nie byli zaangażowani zawodowo w politykę, którzy wiedzą, jak wygląda rzeczywistość. Od 10 lat mamy zabetonowaną scenę polityczną. Mamy wybór jedynie między PiS i PO, i to dlatego polska scena polityczna się nie rozwija. I to trzeba rozbić, proszę państwa – mówił lider Nowoczesnej na konferencji prasowej w podwarszawskim Nowym Koniku.

Dźwig, młoty i trąbki

Potem dobył się happening. Udział w nim wzięli działacze i sympatycy ugrupowania Ryszarda Petru. Zawyły trąbki (to odpowiedz na trąbki partii KORWiN, którymi zakłócono wystąpienie Petru 14 października), wjechał dźwig, który rozwalił betonową ścianę z napisami: PO, PiS, PSL. Na koniec podbiegli wolontariusze z młotami w rękach i w kaskach na głowach, żeby dokończyć dzieła.

Wśród działaczy panowała atmosfera zwycięstwa i przekonanie, że Nowoczesna wejdzie do Sejmu. I, jak mówią, będą o to walczyć wszelkimi sposobami – Trzeba zaklejać plakaty partii Razem. – mówili młodzi działacze i cieszyli się z happeningu – Fajnie młotkiem waliłam – gratulowali sobie.

Petru: „Tylko takie akcje przebijają się do mediów”

Nasz reporter, Mateusz Włodarczyk, zapytał Petru, dlaczego po raz kolejny kruszy betonową ścianę. – Robimy wiele merytorycznych rzeczy, ale tylko takie przebijają się do mediów – odpowiedział Petru.

To nie pierwsza taka akcja Ryszarda Petru. Na wcześniejszych takich akcjach Petru tłumaczył: – Pora zburzyć stare układy i odpolitycznić instytucje państwowe – mówił. – Czas na ludzi młodych nie tylko wiekiem, ale podejściem i zaangażowaniem – oświadczył.

petruZnów

gazeta.pl

Bendyk: W Polsce panuje demokracja sondażowa. Jeśli to nie jest skandal, to co?

klep, 16.10.2015

Edwin Bendyk

Edwin Bendyk (Fot. Dominik Sadowski / Agencja Gazeta)

Edwin Bendyk pisze w serwisie Polityka.pl o triumfie demokracji sondażowej. Wskazuje, że jej ofiarą jest choćby lewicowa Partia Razem, która startuje w wyborach, ale w mediach niemal jej nie widać. „Jeśli nie jest to skandal, to na pewno jest to naruszenie demokratycznych standardów” – podkreśla publicysta.

 

Edwin Bendyk pisze na swoim blogu w serwisie Polityka.pl, że polska scena polityczna osuwa się w „wirtualność rzeczywistą”. To termin ukuty przez hiszpańskiego socjologa Manuela Castellsa, opisujący świat, w którym coraz więcej sfer życia funkcjonuje głównie za pośrednictwem mediów.

Demokracja sondażowa w Polsce

W praktyce „wirtualność rzeczywista” przyjmuje formę demokracji sondażowej. Bendyk wskazuje, że tylko w takich realiach mógł się pojawić pomysł debaty telewizyjnej liderów dwóch czołowych partii, bez uwzględnienia pozostałych komitetów startujących w wyborach. Zdaniem publicysty argument, że PO i PiS to partie najsilniejsze w sondażach, jest „od rzeczy”.

 

demokracjaTelewizyjna1

Działacze Razem wskazywali też na inne sytuacje, w których ich partia – jako jedyna w stawce – nie była uwzględniana w przedwyborczych sondażach czy zestawieniach.

„Jeśli nie jest to skandal, to na pewno jest to naruszenie demokratycznych standardów przez publikujących niepełne wyniki. Najwyraźniej jednak takie są standardy demokracji sondażowej” – zaznacza Bendyk. I dodaje: „Demokracja sondażowa wydała już wyrok na III Rzeczpospolitą”.

Cały wpis w serwisie Polityka.pl >>>

Zobacz także

TOK FM

 

Gorzki smak aksamitnej dyktatury

Adam Michnik, 17.10.2015

Rys. Jacek Gawłowski

Jeśli ktoś jest ciekaw, jak może wyglądać Polska pod rządami Kaczyńskiego i Macierewicza, niech spojrzy na Rosję rządzoną przez Putina.

Otrzymałem list od czytelniczki zaniepokojonej biegiem rzeczy w Polsce. Czytam w nim: „Czekam na pana mocny głos. Brakuje mi pana głosu w sprawach polskich dotyczącego zarówno kwestii uchodźców, jak i tego, ku czemu zmierza Polska i co nas najprawdopodobniej czeka po najbliższych wyborach.

Życie publiczne jest obecnie zakrzyczane przez wstrętny, zakłamany, grający na lęku i niskich instynktach jazgot polityków, którzy nie mają już żadnych zahamowań. Powiedzą, obiecają wszystko, a także naplują na wszystko, co po drugiej stronie wspólnej przecież ulicy. Rozum i elementarna przyzwoitość zasnęły na dobre. Ten obrzydliwy język i argumentacja, ta właśnie kultura polityczna są na wznoszącej się fali.

Może jest obecnie tak, że rozumna argumentacja, najbardziej nawet alarmistyczne teksty to nie są środki na dzisiejszy zły czas? A może właściwą bronią mógłby być humor – ostry, prześmiewczy, szyderczy, dotkliwy? Humor to siła, która najpotężniejsze zwali drzewo. Wyśmianie Polski w ruinie podziałało bardzo studząco na głosicieli tej bzdury.

Panie redaktorze, bardzo chciałabym przeczytać pana mocne słowa, brakuje mi ich”.

Hanna K., Toruń, 23.09.2015

Polityka w ruinie

I

Szczerze mówiąc, nie mam dzisiaj w sobie energii szyderców. Oczywiście ośmieszanie myśli polityków PiS-u czy przemyśleń Pawła Kukiza może być niezłą rozrywką, tak jak ośmieszanie deklaracji Władimira Putina o „zielonych ludzikach”, które kupowały w sklepach czołgi i karabiny maszynowe. Pamiętam jednak, że aneksja Krymu spotkała się z entuzjastycznym poparciem w społeczeństwie rosyjskim – narkotyk nacjonalizmu okazał się skuteczny.

Nie obawiam się dziś inwazji putinowskich „zielonych ludzików” na wzór operacji krymskiej. Obawiam się inwazji putinowskiego ducha i modelu państwa.

To masowe poparcie dla Putina jest może najbardziej niepokojące. Wokół Putina uformował się obóz, którego ideologowie powtarzają uparcie, że „Rosja powstała z kolan”. Ci ideologowie nie olśniewają ani inteligencją swych analiz, ani przenikliwością projektów. Schematyzm ich myśli, ubóstwo dyskursu politycznego, demagogia haseł programowych zniechęcają do starannej lektury ich myśli.

Niech się nas boją i szanują

To nie są ludzie idei. Ideami pogardzają lub je lekceważą. O intelektualistach – jajogłowych – myślą jak o salonowych marzycielach. Odwołują się do uczuć i emocji, a nie do idei i rozumu. Podsycają niezadowolenie swych elit, podjudzają obywateli i wykorzystują każdy powód, by obwiniać wroga w swych prostackich dyskursach. Putinizm łączy z faszyzmem instrumentalne zespolenie haseł narodowych z socjalnymi; taka jest retoryka – praktyka rządów to korupcja, centralizacja władzy, dyktatura i polityka knebla. Państwo mafii – tak reżim Viktora Orbána, który w Budapeszcie stosuje putinowski model władzy, nazwał węgierski socjolog. Zaiste to, co nam obiecują, to rządy politycznej mafii.

Kiedy zapytałem moich moskiewskich przyjaciół, kim są ci entuzjaści polityki Putina, pokazano mi wiersz Belli Achmaduliny.

O, słowo ścisłe – szumowiny!
Jak się gotują, jak się burzą!
Mroczne są twarze ich i czyny,
i rządzi mrok szumowin duszą.

Ja sama – w ich kolisku ciasnym,
nie umiem ukryć się przed zgrają,
ich lepkie dłonie, jakby ciastem
wysmarowane, mnie chwytają.

Co dotykalne, co jadalne –
ich nieprzeparte budzi żądze.
Takie łaskawe są dziś dla mnie,
takie są dziś obiecujące.

Lecz spadnie cios i będzie bolał
zadany spętanemu ciału,
i jadowitym wzrokiem boa
popatrzą na mnie z piedestału.

Drewnianą ręką sędzia skinie
i wargi skrzywi prorok mroczny:
– Ten dar roztrwoni się i zginie! –
zawyrokuje sąd zaoczny.

Ale i ja znam los szumowin
i wiem, że mu się nie wywiną.
(Choć tyle dusz ich podstęp złowił,
zdradził i zbrukał szumowiną).

Oto, co w księdze ich pisane:
że mącąc chciwie i zawzięcie,
na same siebie są skazane,
na swoje mroczne beztalencie.

(Przeł. Wiktor Woroszylski)

Szumowiny u władzy i wokół władzy raczej smucą, niż rozśmieszają. To one w umysłach setek tysięcy ludzi rozbudzają uczucia niskie i niegodziwe: zawiść, wrogość, agresję, pogardę, ksenofobię. O tych setkach tysięcy ludzi zaczadzonych mową nienawiści, retoryką podejrzliwości i strachu myślę ze smutkiem i niepokojem. Wsparcie dla reżimu nowego putinowskiego systemu przywodzi mi na myśl słynne słowa z wyklętego dziś klasyka:

„Nie wystarcza powiedzieć, jak to czynią Francuzi, że naród został zaskoczony. Narodowi i kobiecie nie wybacza się owej chwili nieopatrzności, kiedy lada awanturnik może na nich dopuścić się gwałtu. (…) Wypadałoby jeszcze wyjaśnić, w jaki sposób mogło trzech szalbierzy zaskoczyć 36-milionowy naród i bez oporu wziąć go do niewoli” (Karol Marks, „18 brumaire’a Ludwika Bonaparte”).

Zastanawiamy się przeto: dlaczego szalbierstwo ludzi niepohamowanych ambicji, egoizmu, brutalności i obłudy zwycięża w sporze ze zdrowym rozsądkiem? To nie są specyficznie polskie pytania, choć przecież dotyczą również Polaków.

II

Powtórzmy banał – wbrew nadziejom sprzed ćwierćwiecza nasz świat stał się chaotyczny. Znów – jak powiadał przed laty polski humanista – historia została spuszczona z łańcucha. W wielu miejscach świata. Mnie jednak teraz zajmuje mój świat – Polska i Europa.

Barbara Włodarczyk („Nie ma jednej Rosji”) opisała scenę z moskiewskiej ulicy w 2001 r. godną zapamiętania. Młody chłopak ogolony na zero przylepił na czole chudego Uzbeka nalepkę z napisem „Rosja dla Rosjan” i objaśniał polskiej dziennikarce: „Przecież to nie człowiek, ale gówno”. Należał do jednej z rozlicznych, choć marginalnych grup faszystowskich. Od tego czasu tych grup się namnożyło – w rosyjskim powietrzu jest coraz więcej faszyzmu. Autorka cytuje ich pieśń kultową: „Rosyjska siła, rosyjska moc/ Może przegonić Żydów precz!/ Zaprowadzić porządek, brudasów wytłuc/ I zmusić wrogów, by ze strachu drżeli”.

Śpiewają tak i powtarzają: „Rosja dla Rosjan”, a ich retoryka i symbolika otwarcie nawiązują do hitleryzmu. Jeden z liderów tych młodzieńców tłumaczy: „Hitler szedł na Rosję jako wyzwoliciel. Uważamy, że należało Hitlera przepuścić aż do Kamczatki. I jego rękami rozwiązać tzw. problem żydowski w Rosji”. I dalej powtarzają : „Chwała Rosji!”.

W Budapeszcie na rzecz wielkich Węgier dla Węgrów skandują aktywiści faszystowskiej partii Jobbik; z tą partią Orbán walczy o elektorat.

III

Polska nie jest krajem tak rozległym jak Rosja, a więc tendencje faszyzujące, tzw. marsze narodowe, protesty przeciw przyjmowaniu uchodźców wydają się bardziej lilipucie, miniaturowe; podobnie Węgry.

Toteż należy zachować ostrożność, przywołując kontekst rosyjski. Putin głosi hasła antyfaszystowskie, jednak jest to antyfaszyzm szczególnego rodzaju. Putin i jego oprycznina widzą faszystów w rządzie ukraińskim, lecz uparcie nie dostrzegają ich na ulicy rosyjskich miast. Sami za to organizują karne i agresywne organizacje młodzieżowe, które moskiewscy demokraci nazywają „Putinjugend”. Putin rozpoczynał od deklaracji demokratycznych i od odwołań do wartości liberalnych, ale dziś już nazywa się konserwatystą, obrońcą wartości tradycyjnych, głosi chwałę rodziny i Cerkwi prawosławnej, tępi homoseksualizm i feminizm, wspiera kulturę fizyczną i rozmaite skrajne formacje nacjonalistyczne w Europie (np. Front Narodowy we Francji). Wspiera też wszelkie tendencje, które osłabiają Unię Europejską. Stąd jego osobliwa sympatia do Orbána, wcześniej znanego z fobii antyrosyjskiej.

Sondaże opinii wskazują na możliwy sukces wyborczy partii Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza. To będzie z pewnością oznaczało wielki zwrot w polityce wewnętrznej, na wzór tego, co widzieliśmy w latach 2005-07, w epoce tzw. IV RP. Czy będzie temu towarzyszył także zwrot w polityce zagranicznej? Czy Kaczyński za cenę nieistotnych gestów ze strony Putina (zwrot wraku samolotu z katastrofy smoleńskiej) rozpocznie antyeuropejską krucjatę na wzór Orbána? Spoglądając na Rosję i Węgry, można ostrożnie przewidywać, co może czekać Polskę rządzoną przez Kaczyńskiego i Macierewicza.

Węgierski przepis na władzę absolutną

IV

Początki były prawie niewinne. Putin, naznaczony przez Borysa Jelcyna, mający przeszłość oficera KGB, ale też bliski współpracownik Anatolija Sobczaka, demokratycznego mera Petersburga, wydawał się pragmatykiem. Jednak swój pierwszy sukces polityczny zawdzięczał rozpętaniu wojny czeczeńskiej. Obiecywał topić czeczeńskich wrogów nawet w kiblu. Ten gangsterski język naznaczył jego politykę, choć nie dla wszystkich stało się to oczywiste. Wielu – także piszący te słowa – chciało wierzyć, że te słowa to wyraz gniewu polityka wstrząśniętego aktami terroru ze strony czeczeńskich partyzantów.

W aksjologicznej próżni ówczesnej Rosji, wśród nostalgii za stabilizacją i potęgą sowieckiego imperium, wśród pazerności skorumpowanych oligarchów i odradzającego się szowinizmu Wielkorusów Putin sprawiał wrażenie polityka, który chce Rosję stopniowo modernizować, cywilizować, zbliżyć do demokracji Zachodu. Wszelako putinowska stabilizacja państwa była konsekwentnym unicestwianiem demokracji.

Najpierw zniszczono pluralizm w mediach elektronicznych. Pod hasłem walki z oligarchami administracja kremlowska przejęła niezależne stacje telewizyjne. Oligarchów istotnie niszczono, ale tylko tych, których podejrzewano o związki z polityczną konkurencją. Tym związanym z obozem władzy ułatwiano życie w świecie postsowieckiego rynku, pod warunkiem że będą się dzielić pieniędzmi i pozostaną w pełni posłuszni Kremlowi.

Moment historyczny był zaiste specyficzny – po klęsce ideologii komunistycznej i odrzuceniu marksizmu-leninizmu w tej pustce aksjologicznej pojawił się chaos wartości. Dwie postawy ujawniły się wtedy z wielką dynamiką: absolutyzacja rynku, biznesu i gloryfikacja zysków oraz powrót do radykalnego nacjonalizmu zespolonego z wielką promocją Cerkwi i tęsknotą za wielkorosyjskim imperium. Obóz Putina zdawał się ucieleśniać świat tych idei i wartości, a także przekonanie o odrębności rosyjskiej drogi rozwojowej. Toteż wokół Putina organizowano młodzież, by uczynić ją wylęgarnią języka nienawiści, ślepej wierności władzy i polityki przemocy wobec odmienności: etnicznej, religijnej, obyczajowej.

Jednocześnie w języku Kremla pojawił się wątek solidarności z Rosjanami (bądź rosyjskojęzycznymi), którzy żyją poza terytorium Federacji Rosyjskiej. Putin precyzował swą myśl, deklarując politykę nakierowaną na obronę tych ludzi; nazywał ten projekt polityką „rosyjskiego świata” ( russkij mir ). Ta obrona miała uzasadniać interwencje wojskowe poza terytorium Rosji. W ten sposób złamany został fundament ładu europejskiego po 1945 r. – nienaruszalność granic, a mówiąc ściślej – aneksja cudzych terytoriów.

Rosyjski historyk Andriej Zubow wskazał po agresji na Ukrainę na podobieństwo z retoryką i technologią polityczną Hitlera, który tak właśnie – troską o Niemców żyjących w Austrii, Czechosłowacji czy Gdańsku – uzasadniał prowadzoną przez III Rzeszę politykę podbojów.

Jednak putinizm nie jest hitleryzmem. Myślę, że jest pewną specyficzną formą populizmu, który w postkomunizmie łączy część elit z dużą częścią społeczeństwa. Dopóki ten populizm jest w opozycji, oskarża rządzący obóz o zdradę narodową i służalstwo wobec bogatych elit, banków i salonów; ma wtedy w sobie rys wielkiej obietnicy wielkiej zmiany. Populizm u władzy to system autorytarny, który marginalizuje instytucje państwa prawa (parlament, trybunał konstytucyjny, niezależne media, opozycję polityczną), i wykorzystywanie polityki zagranicznej dla celów polityki wewnętrznej. Putinizm z jednej strony obiecuje powrót do potęgi imperialnej Rosji i do uzyskania nowego znaczenia w świecie poprzez montowanie antyamerykańskich i antyeuropejskich koalicji.

Wydaje się jednak, że polityka zagraniczna Putina jest po prostu sposobem rozładowywania napięć wewnętrznych poprzez stwarzanie tych zewnętrznych. Imperialny nacjonalizm ma cementować wspólnotę narodu rosyjskiego z Kremlem. Stąd Putin i jego adoratorzy mówią o „interesach, kryteriach, klikach, wiadomych kręgach, które chcą trzymać naród rosyjski na uwięzi i pozbawić owoców własnej pracy”. Putin powtarza, że jego reżim chroni lud i naród przed agenturami amerykańskimi i zachodnimi konspiracjami, które przez piątą kolumnę i zdrajców chcą zapanować nad Rosją. Daje wzór, jak zdobywać serce narodu, pozbawiając go praw obywatelskich.

V

Putin nie jest jedynym politykiem, który uzasadnia nacjonalizm i imperializm troską o rodaków rozsianych po świecie. Jeśli dla niego rozpad ZSRR był „największą katastrofą geopolityczną XX wieku”, to dla premiera Orbána z pewnością największą katastrofą był traktat w Trianon po I wojnie światowej; Węgry utraciły wtedy wielką część swego terytorium, a duże skupiska Węgrów pozostały na terenie Rumunii, Czechosłowacji czy Jugosławii. Gdy Orbán deklarował, że chce być premierem wszystkich Węgrów, odwoływał się wprost do resentymentów patriotycznych.

Oczywiście niewielkie Węgry – tak jak i Polska pod ewentualnymi rządami Kaczyńskiego i Macierewicza – nie mogą aspirować do roli supermocarstwa. Jednak wirus szowinizmu jest analogiczny w każdym z tych krajów. „Rosja dla Rosjan”, „Węgry dla Węgrów” – to niczym się nie różni od swojskiego wrzasku: „Polska dla Polaków”. Te hasła godzą w pluralizm kulturowy, a więc w demokrację, ale są też prostą drogą do unicestwienia niezależnych mediów i konstytucji, która mówi, że Polska jest ojczyzną wszystkich swoich obywateli. Towarzyszy temu teza antyeuropejska i antyliberalna. Putin i Orbán otwarcie deklarują, że ich model państwa ma być odmienny od klasycznych zachodnich demokracji; że nie pozwolą sobie tych zachodnich wzorów liberalizmu narzucić.

Nie wiem, czy tę retorykę podejmie rząd Kaczyńskiego i Macierewicza po ewentualnym zwycięstwie wyborczym, ale wiem na pewno, że byłoby to zmarnowanie wielu lat trudnej i owocnej pracy poprzednich rządów.

Lista przebojów Antoniego Macierewicza

Wyraźnie widać, że nie ma tu znaczenia kolor tradycyjnych ideologii, nie jest ważne, czy ci politycy deklarują się jako prawica czy lewica, jako socjaliści, liberałowie czy konserwatyści. Istotą rzeczy jest dążenie do opanowania instytucji państwa, które stać się ma makietą, dekoracją, instrumentem autorytarnej władzy nad społeczeństwem. W krajach zwycięskiego putinizmu opozycja została rozbita i spacyfikowana, ordynacja wyborcza zmieniona na sposób, który gwarantuje stuprocentowy sukces obozu władzy. Służby specjalne stały się instrumentem w procesie pacyfikowania opozycji i społeczeństwa obywatelskiego.

Ale i Putin, i Orbán powtarzają: jeśli nie my, to po nas przyjdą faszyści. Nie da się wykluczyć, że sami torują drogę faszyzmowi nowego typu. Dlatego nie dodają, jak wiele uczynili sami, by język i mentalność faszyzmu odżyły na nowo w ich krajach. Ksenofobia zalała media i fora internetowe. Liberalna demokracja jest traktowana jako oszustwo bądź wyraz słabości i nieudolności. Szacunek budzić mają silni przywódcy: Putin, Orbán, Erdogan. Jeszcze niedawno każdy by do tej listy dopisał Mubaraka, Kaddafiego czy ewentualnie Janukowycza, bowiem – sądzą Putin i jemu podobni – tylko tacy przywódcy mogą zorganizować państwo chrześcijańskie (bądź islamskie), nasycone patriotyzmem, przywiązane do tradycji.

Ich wizja demokracji jest inna. Putin powiada: „Demokracją rosyjską jest władza narodu rosyjskiego, z jego własnymi tradycjami ludowej samorządności, nie zaś wprowadzanie w życie standardów, które byłyby nam narzucane z zewnątrz”. Oburza go używanie „demokratycznego słownictwa do wywierania nacisku na naszą politykę wewnętrzną i zagraniczną”.

Tak wygląda model suwerennej demokracji. Oznacza to, że wobec swych obywateli reżim może postępować tak, jak chce, może ich dyskryminować, represjonować, poniżać i więzić. Nawet zabijać. I żadna Bruksela czy Strasburg nie mają prawa w to ingerować pod hasłem obrony praw człowieka.

Propaganda putinowska mówi jasno: Zachód prowadzi z nami wojnę i chce nas zniszczyć. Jest zły, cyniczny i zdeprawowany. Ale ten Zachód już kona. Co innego Rosja. „Rosjanin wierzy w wyższe, moralne przeznaczenie człowieka, myśli nie tylko o sobie, nie tylko o bogaceniu się, ale też o innych”. Powiadał Putin: „My jesteśmy mniej pragmatyczni, ale za to mamy szerszą duszę. Przez setki lat opieraliśmy się na swoich wartościach, a one nigdy nas nie oszukały”.

Dusza rosyjska, dusza Putina… Nie mogę żywić uwielbienia dla duszy człowieka, który posługuje się kłamstwem, agresją, aneksją i przemocą, by utrzymać się u władzy. Mam przekonanie, że tym, co naznacza politykę Putina – zgubną dla Rosji – jest widmo Mubaraka na ławie oskarżonych, Janukowycza uciekającego nocą do Rostowa nad Donem i kijowskiego Majdanu na jednym z moskiewskich placów. Celem nadrzędnym tej polityki jest trwać i wciąż czerpać z tego wielkie finansowe profity.

Szczególnym elementem tego systemu władzy jest polityka historyczna. Ta władza powiada: nasz kraj (Rosja czy Węgry) otoczony jest murem wrogów. Wszyscy czyhają tylko, by nam dokuczyć, a przecież to my byliśmy zawsze bezbronnymi ofiarami obcych. Przypisywanie nam jakichkolwiek win jest aktem wrogości, elementem światowej kampanii (amerykańskiej, żydowskiej, masońskiej czy niemieckiej) przeciw nam, zawsze niewinnym i sprawiedliwym.

Język tych oskarżeń jest coraz ostrzejszy: w Kijowie do władzy doszli faszyści, Orbán domaga się autonomii dla Węgrów w Użhorodzie, Polacy rozpętali II wojnę i nie było żadnej sowieckiej agresji 17 września 1939 r. Przecież wtedy sowiecka armia przyszła ratować Ukraińców, a teraz na Ukrainie dla dobra narodu ukraińskiego toczy wojnę z USA i jego poplecznikami. Przecież Ukraina to po prostu mała Rosja, część rosyjskiego narodu, a naród ukraiński to wymysł propagandy austriackiej i polskiej.

VI

Ten typ argumentacji odnajdujemy, w różnym stopniu, we wszystkich krajach postkomunistycznych. Wszędzie rozpętywana jest wojna o pamięć. Oczywiście prawda o historii, zakłamana w latach dyktatury, domaga się prawa głosu. Oczywiście jest niejednoznaczna, złożona i różnorodna. Niemniej jednak ta wojna o pamięć bywa tragiczna. Dramatycznym przykładem tragedii, która zaczęła się od źle rozumianego sporu o przeszłość, stał się krwawy konflikt w Jugosławii. Sojusz Putina ze skrajną, faszyzującą prawicą w Europie Zachodniej wzmacnia podobne procesy. Obrona godności narodowej – tak ważna i utajona przez lata – przeobraża się w upowszechnianie kłamstw historycznych. Dotyczy to nie tylko Rosji i Węgier. Dotyczy nas wszystkich.

Ten model władzy scentralizowanej, likwidującej opozycję i instytucje społeczeństwa obywatelskiego, budującej swą tożsamość na kłamstwie historycznym i megalomanii narodowej, powoduje, że w państwie zanika polityka. Zastępują ją operacje służb specjalnych – prowokacje, przecieki, podsłuchy.

Rzec by można: po epoce aksamitnych rewolucji nadszedł czas aksamitnych tyranii. Powiadam: aksamitnych, bo nawet w Moskwie w księgarniach panują demokracja i pluralizm; ale w sądach obowiązuje już sprawiedliwość bolszewicka. Zresztą próbkę czegoś podobnego Polska przeżyła podczas rządów partii Jarosława Kaczyńskiego w latach 2005-07. Tak więc jeśli człowiek jest ciekaw, jak może wyglądać Polska pod rządami Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza, niech spojrzy na Rosję rządzoną przez Putina. Ohydna kampania przeciw uchodźcom świetnie rymuje się z pogromami ludzi o kaukaskich twarzach na ulicach Moskwy. Kaczyński straszy uchodźcami jako roznosicielami chorób. W latach okupacji hitlerowskiej naziści rozwieszali plakaty „Żydzi, wszy, tyfus plamisty”. Czy Lech Kaczyński przewraca się w grobie?

Tygrys nie przerzuci się na warzywa. Co chodzi po głowie Jarosławowi Kaczyńskiemu

VII

Głos publicysty bywa bezsilny, gdy jego kraj zalewa tsunami nierozsądku. Ale publicysta, który w chwili autentycznego zagrożenia nie zabiera głosu, staje się współwinny możliwej katastrofy.

Magazyn Świąteczny to coś więcej – więcej wyjątkowych tematów, niezwykłych ludzi, najważniejszych wydarzeń, ciekawych komentarzy i smacznych wątków. Co weekend poznasz ciekawy przepis, zasłuchasz się w interpretacji wiersza i przyznasz, że jest cudem, dowiesz się, co w trawie piszczy – w polityce, kulturze, nauce.

W ”Magazynie Świątecznym czytaj:

Gorzki smak aksamitnej dyktatury [MICHNIK]
Jeśli ktoś jest ciekaw, jak może wyglądać Polska pod rządami Kaczyńskiego i Macierewicza, niech spojrzy na Rosję rządzoną przez Putina

Tomasz Lis: Mogą wygrać wybory, ale nie mogą nam zabrać Polski
Grozi nam władza autorytarna i nieodpowiadająca przed nikim. Zwykły poseł Kaczyński może mieć większą władzę niż Piłsudski i Jaruzelski. Z Tomaszem Lisem rozmawia Maciej Stasiński

Piotr Liroy, poseł na Sejm. Scoobiedoo ya, Polsko
Kościół? Jak komuś potrzebny, to super. Tylko niech mi się nie wpierdala w życie publiczne. „Tak, walczcie z Kościołem, islam was zaleje”. A jaki to ma związek? Bóg jest chyba ten sam? Czy ich jest tam kilku i się podzielili na frakcje?

Polska pomoc rozwojowa. Solidarni, byle niedrogo
Przecież pomagamy Afryce i Azji. Umorzyliśmy im długi, zapłaciliśmy składki na ONZ i jeszcze daliśmy Chińczykom 123 miliony na maszyny dla przemysłu!

Adam Nawałka. Dobrze uczesany sfinks
Wielkim piłkarzem miał zostać, nie został. Wielkim trenerem nie miał być, ale reprezentację z kolan podniósł. Adam Nawałka nawet dla kolegów z boiska był uporządkowaną tajemnicą

Donald Trump. Mister America
Pierwsza zasada udanego biznesu według Donalda Trumpa: Prawda jest inna? Tym gorzej dla prawdy

Brodate demony islamu
Pogodzić islam z demokracją? To tak, jakby próbować pogodzić z nią faszyzm czy komunizm. Z Piotrem Ibrahimem Kalwasem rozmawia Marta Urzędowska

Świat się chwieje. Co dalej?
Modzelewski: Czuć atmosferę rewolucyjną, choć jest słabo wyartykułowana. To trochę tak, jakby buntował się ktoś, kto nie umie mówi

USA. Demokraci idą na lewo
W amerykańskiej kampanii prezydenckiej Republikanie przemawiają głównie do wyborców konserwatywnych i religijnych, Demokraci do tych, których martwi nierówność dochodów i regularne strzelaniny. Dwa kraje, dwa światy

Znieczuleni. Dlaczego tolerujemy mowę nienawiści
Mowa nienawiści będzie tak długo krzywdzić, jak długo będzie milczenie wokół niej. Z Michałem Bilewiczem rozmawia Agnieszka Jucewicz

michnikJarosławStraszy

aksamitnaDyktatura

wyborcza.pl

Tomasz Lis: Mogą wygrać wybory, ale nie mogą nam zabrać Polski

Maciej Stasiński, 17.10.2015

Tomasz Lis

Tomasz Lis (FOT. WOJCIECH OLKUŚNIK)

Grozi nam władza autorytarna i nieodpowiadająca przed nikim. Zwykły poseł Kaczyński może mieć większą władzę niż Piłsudski i Jaruzelski. Z Tomaszem Lisem rozmawia Maciej Stasiński.

Maciej Stasiński: Chcemy mówić o kraju, ale nie mogę nie zacząć od pana. Szykująca się do objęcia władzy partia zapowiada ustami swoich polityków i publicystów, że będą czystki w mediach publicznych i że nie ma w nich miejsca zwłaszcza dla Tomasza Lisa.

Tomasz Lis: Mnie to nie dziwi. Już prezydent Lech Kaczyński mówił, że ten i ów jest na jego „krótkiej liście” do sczyszczenia. Dziś ten sam obóz ma znacznie dłuższą listę do odstrzelenia. Na portalu wPolityce.pl nazywają mnie chwastem i skunksem. Zdziwiło mnie tylko, że tak otwarcie powiedział to polityk Jarosław Sellin, który szykuje się na ministra kultury. W 2005 roku zapowiadał pluralistyczne media za rządów PiS, a nastąpiła inwazja. Dzisiaj on wprost inwazję zapowiada, ale z turbodoładowaniem.

Inwazję zapowiadają jednym głosem: Czabański, Karnowscy, Targalski, Wolski… Setki ludzi zwolnimy, idziemy po was, mówią.

– Ja sobie jakoś poradzę. Ale wielu młodym ludziom w mediach, studentom dziennikarstwa, którzy marzą o zawodzie, połamią kręgosłupy, a oni będą musieli zapłacić, jeśli zechcą przetrwać. Żal mi tego, co zrobią z telewizji publicznej.

To jest zresztą jeden z nienaprawionych defektów III RP. Media publiczne były zawsze łupem politycznym, a nie wartością, którą powinno się pielęgnować. Szczególnie w kraju, gdzie największy dziennik liberalny kupuje ok. 200 tysięcy ludzi, największe tygodniki – „Newsweek” i „Polityka” – walczą w okolicach 120-130 tysięcy, a czytelnictwo książek spada na łeb na szyję.

To nie kamyczek, lecz kamień odpowiedzialności do ogródka PO, że nie zadbała o media publiczne. Ciepła woda w kranie mnie nie kręci, bo państwo ma obowiązek zadbać o wartości i nieść je powinny m.in. media publiczne. PO ten obowiązek zignorowała. Premier Tusk zdemolował finansowanie mediów publicznych zdaniem o abonamencie, którego nie trzeba płacić.

Mimo to ślepotą byłoby nie zauważyć, że media publiczne są w o wiele lepszym stanie niż w latach 2005-07. Ale zostaną zawłaszczone i zdeptane. Tego już się chyba nie da uniknąć.

Za pomocą nowej konstytucji PiS zaknebluje wolność religijną w Polsce

Jarosław Sellin porównuje pana program do programu Jana Pospieszalskiego i mówi: no, o co chodzi…

– Ta symetria jest groteskowa i cyniczna. Ale ekscesy Pospieszalskiego dawały mi niejako placet na prezentowanie wizji innej Polski, liberalnej. Oni mnie oskarżają o brak obiektywizmu, ale przecież świadomie nie chcą do mnie chodzić.

Jestem dla nich tylko symbolem, symbolem wroga. Poseł Mariusz Kamiński, który lubi słowa proste jak cepy, mawia, że całe zło mediów publicznych to jedno trzyliterowe nazwisko.

Ten obóz nie umie działać bez figury wroga. Pochlebia mi w pewnym sensie, że tę figurę stosują i stosowali do ludzi, którym zawdzięczamy wolną Polskę i którym mogę tylko buty czyścić: Jan Nowak-Jeziorański, Władysław Bartoszewski, Lech Wałęsa, Bronisław Geremek, Tadeusz Mazowiecki, Jacek Kuroń…

Wybierają sobie wroga nawet wśród ludzi, którzy – wydawałoby się – szczególnie słabo nadają się do nienawidzenia. Jurek Owsiak organizuje pomoc dla dzieci czy starszych ludzi raz do roku. A przecież oni potrzebują kogoś codziennie, żeby wykluczać, walić młotem. Ale Owsiak ma czelność ich nie lubić, więc zostaje co najmniej „postacią kontrowersyjną”.

Co się dziwić, że po latach takiej nagonki nie ma już żadnych autorytetów. Na cmentarzu można wymachiwać flagami, buczeć na pogrzebach, wyzywać od agentów bezpieki. Pozostaje dobór wygodnych narzędzi…

Jednak to nic w porównaniu z językiem, którego używają wobec uchodźców czy imigrantów. „Pierwotniaki”, „pasożyty” czy „zaraza” to szokujący język, „wstrząsający”, gdyby to słowo nie było tak zużyte. Wszelkie granice są przekraczane. Gdyby taki język stosować do politycznych wrogów – ale do niewinnych ludzi, uchodźców? Tak nie mówią o nich nawet pani Le Pen czy pan Wilders, chociaż oni niewielu rzeczy się wstydzą. U nas to mówi ktoś, kto może się stać władcą 40-milionowego kraju.

W sądzie na sprawach z udziałem Adama Michnika widziałem bojówki nienawistnych ludzi skaczących mu do oczu z wyzwiskami i panią Stankiewicz wciskającą mu kamerę i mikrofon w twarz.

– W 1968 miałem dwa lata, ale to tamten klimat. Dzisiejsza wersja aktywu, zdrowych sił, które pałują nieposłusznych. Socjalistyczne w formie, narodowe w treści. Porównanie do 1968 roku wcale nie jest histerią. Prawicowe media działają podobnie jak komunistyczne, a wcześniej ONR-owskie. Ten sam język piętnujący wszystkich, którzy nie głoszą chwały narodu. Za chwilę będziemy mieć narodowe kino, narodową literaturę i narodowe media. Język moczarowskiego nacjonalizmu zakrapiany święconą wodą. Kultura, sztuka i media mają służyć autorytarnemu państwu. Prawicowi publicyści z uznaniem wyrażają się o stosunku Putina do gejów! Państwo mobilizuje zdrowe odruchy wobec wszelkich zboczeń, wynaturzeń i nieprawomyślności.

Stawką w wyborach jest to, czy wybierzemy liberalną demokrację czy autorytaryzm. To referendum – akceptujemy dotychczasowy model tworzony przez 25 lat czy go odrzucamy.

Jarosław Kaczyński powiedział w 2006 roku, że społeczeństwo obywatelskie jest zagrożeniem dla państwa. To kwintesencja jego myślenia. Po zwycięstwie PiS-u nie będzie obywateli, lecz jedność narodu pod nadzorem państwa i kierowniczej roli partii. Pokropiona święconą wodą. Ale tylko pokropiona, bo kierownicza rola partii rozciąga się na Kościół. Kościół ma być tylko narzędziem.

To, co mówię, nie jest niczym nowym i jest jednak zbyt proste. Musimy zapytać, dlaczego oddajemy im Polskę na tacy. Dlaczego jesteśmy w tym starciu tacy bezradni?

Polityka w ruinie

Może nie oddajemy, tylko oni ją biorą. Liberalna demokracja jest zawsze słabsza w starciu z politycznym bandytyzmem. Smoleńsk to zamach, Komorowski to Komoruski, Polska to kondominium rosyjsko-niemieckie rządzone przez agentów i zdrajców… Ustawicznie sączony jad. W innych krajach bywa podobnie.

– W USA Republikanie, partia Abrahama Lincolna, zwariowali. Ich lider w Kongresie John Boehner musi odejść, bo ma czelność iść na kompromisy z prezydentem Obamą. Obama nie jest przecież Amerykaninem, tylko sunnitą i eksponentem obcych sił.

Ale demokracja w Ameryce wciąż jest w stanie się obronić dzięki silnemu społeczeństwu obywatelskiemu, silnym mediom i pluralizmowi religijnemu, m.in. Kościołowi katolickiemu, który mówi językiem miłości bliźniego i empatii.

Zastanawia mnie, że skala i głębokość podziału politycznego w Polsce jest podobna to tej w USA czy Izraelu. Może to ma coś wspólnego z siłą czynnika religijnego?

A może my tacy jesteśmy? Wychodzą demony, które tylko były uśpione. Napisaliśmy w „Gazecie” o hejcie, jaki spadł na Olgę Tokarczuk w sieci. Ty „żydowska szmato”, ty „ukraińska kurwo”, „może by ją ktoś odwiedził”…

– Mnie narodowiec Kowalski w wypowiedzi do kamer nazywa nazistowskim skurwysynem… Pamiętam, jak w 1991 roku jako młody reporter rozmawiałem z posłem Adamem Michnikiem. Powiedział mi, że boi się ZChN-owców (Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe) bardziej niż postkomunistów. Uznałem, że to histeria, a nawet obsesja, że to nieracjonalne. Wystarczyło wejść do sali sejmowej i zobaczyć tych trzech zetchaenowców na krzyż. A dziś…

Uderzające jest to, że najgorsze demony – eksplozja nacjonalizmu i nienawiści – budzą się, gdy Polska ma najlepszy moment w swojej historii. W latach 90., za rządów AWS, też był czas na zmiany, ale demony marginalne. Ani Buzek, ani Krzaklewski nie grali na tych najgorszych instynktach. Krzaklewski chciał wprawdzie koronować Chrystusa na króla, ale to było folklorystyczne. Nikt nie miał pomysłu na zawłaszczenie całej sceny politycznej.

Może teraz dopiero widać wymiar tragedii, jaką był Smoleńsk. Został przekroczony Rubikon dehumanizacji polityki i przeciwnika politycznego. Kiedy cała Polska była we łzach po katastrofie, Zdzisław Krasnodębski oświadczył, że Polska nie-PiS-owska nie ma prawa do łez. Napisał: „Gardzę wami”.

I potem była już tylko pogarda. A Rymkiewicz napisał: „Co się podzieliło, to się nie sklei”.

Tusk i Komorowski przed Smoleńskiem byli wrogami, owszem, ale po stali się zdrajcami. Kto nie z nami, zostanie zagnany do getta.

Wtedy zaczęliśmy przegrywać walkę o pamięć III RP. Wcześniej przegraliśmy pamięć o powstaniu warszawskim. Okazało się, że AK walczyła o Polskę PiS-u, PiS ma patent na Polskę, a Polska liberalna jest znieprawiona. Jeszcze wcześniej była kampania przeciw Wałęsie, filmy Grzegorza Brauna, demony działały.

Wirtuozem gry na czarnych klawiszach polskiej duszy okazał się Jarosław Kaczyński. On je czuje, rozumie, nazywa i używa. Tej muzyce, temu szaleństwu nienawiści i mrocznych stron sprzyja nowoczesna technologia. Twitter okazał się potwornie prawicowy.

Czemu ludzie, którzy przez 25 lat identyfikowali się z III RP, nie umieli wytworzyć własnego mitu pozytywnego, Polski innej, liberalnej, z której ludzie mogliby być dumni i się z nią utożsamiać? Kiedy próbował to robić prezydent Komorowski, to było niezgrabne, jak czekoladowy orzeł, i spóźnione. W czerwcu ubiegłego roku mieliśmy w Warszawie Baracka Obamę i pochwałę Polski sukcesu, a trzy tygodnie później dostaliśmy Polskę z Sowy & Przyjaciół.

Wiadomo, że to hipokryzja. Każde nagranie prywatnych rozmów i biesiad może skompromitować każde środowisko. Ale nagrane zostało to platformerskie, a nie inne. Język knajacki zraża i wyklucza. A dzisiaj się okazuje, że język rasistowski nie zraża i nie wyklucza.

A my byliśmy w defensywie. Czemu?

Tygrys nie przerzuci się na warzywa. Co chodzi po głowie Jarosławowi Kaczyńskiemu

Nie byliśmy. To oni, uprawiając bandytyzm polityczny, sobie to pole zagarnęli.

– Dobrze, ale dlaczego daliśmy sobie zabrać powstanie i 11 Listopada, dlaczego daliśmy sobie wyrwać stadiony, gdzie młodzież aż kipi od nienawiści i antysemityzmu. Pięć lat temu pod stadionem Legii mogłem sobie z kibicami przybić piątkę, dzisiaj dostanę w mordę.

Daliśmy sobie zabrać Twitter. Nie mieliśmy iPhone’ów? Daliśmy sobie wyrwać Stowarzyszenie Dziennikarzy, bo nikomu się nie chciało poświęcić dwóch sobót? Jak się oddaje przestrzeń publiczną, to się płaci rachunki.

Kampania prezydencka była polem walki o pamięć III RP. PO nie zdawała sobie sprawy, że nie chodzi o kampanię partyjną, ale o obronę reduty, po której utracie przyjdzie tsunami.

Mówię o zaniechaniach i błędach i mam pretensje, ale przecież wiem, że zwykłym ludziom trudno przeciwstawić się czerwonym karkom. Dlatego właśnie nie wolno było mówić z wyższością: „To sekta smoleńska. Na tym poziomie nie będziemy polemizować. Polska się obroni”.

Okazało się, że to nie ekscesy, lecz fala, która przybiera. Wezbrała tak, że obrona tej jasnej Polski stała się kompromitująca.

Gdy Marcin Król powiedział w „Wyborczej”: „Byliśmy głupi”, to chciałem krzyknąć: „Jacy byliście mądrzy! Zbudowaliście najlepszą Polskę, jaką dotąd mieliśmy”.

Wybitny intelektualista miał prawo zadawać pytania, wątpić, kwestionować, ale to działa tylko w ramach porządku liberalnego. Dzisiaj ten porządek jest śmiertelnie zagrożony.

Marcin Król: Byliśmy głupi

Prezydent Komorowski powiedział po wyborach, że prawda sama się nie obroni. Sam popełnił grzech zaniechania i pewnie pychy, ale coś w tych słowach jest. Kiedy dwa lata temu zorganizowaliśmy debatę w „Wyborczej” pt. „Czy grozi nam faszyzm?” i transmitował ją w sobotę po południu TVN 24, wielu uznało, że przesadzamy. Dzisiaj jesteśmy o wiele dalej. Kiedy na wiosnę sąd w trybie wyborczym ukarał nas za to, że to, co głosi Grzegorz Braun, nazwaliśmy faszyzmem, nikt się za nami nie ujął. Liberalne media przegrywają z pałkarskimi mediami, jak te braci Strasserów w latach 30. w Niemczech. Dziś po jednej stronie mamy podobne media.

– To prawda. Kiedy tratowano Michnika, nikt się nie przeciwstawiał. Kiedy byłem esesmanem na okładce u braci Karnowskich, też nie. Bo oni idą ławą, a my każdy sobie.

Warto poczytać Hitlera i Goebbelsa z lat 30. Oni byli w desperacji: nie można dłużej znosić żydowskich knowań, Niemcy muszą się bronić.

Nie mówię, że to wprost hitleryzm. Nie histeryzuję. Mówię tylko, że logika języka przemocy jest taka sama.

A nie jest tak, że media mamy już tylko plemienne? Przekonują tylko swoich. Na argumenty są głusi. Można napisać o katastrofie smoleńskiej ze szczegółami i nic. Bo to „zamach i zbrodnia”. Możemy opowiedzieć w „Wyborczej”, „Newsweeku” czy w TVN 24, jak SKOK-i unikały państwowego nadzoru, tysiące ludzi straciło oszczędności, i nic. Ujawnienie ustawionych przetargów to atak na Polaków, którym zabrania się kupowania polskiej ziemi…

– Kaczyński tak wytresował swój elektorat, że on wszystko odrzuca: kłamią zdrajcy i resortowe dzieci. Liberalne media, jak TVN 24, są z natury pluralistyczne i muszą zapraszać wszystkich. I w programach z udziałem pisowca i platformersa koncertowo przegrywają platformersi. Bo prawicowcy przekręcają debatę za pomocą tautologii, kilku pojęć jak cepy, szyderstw, brutalnych grepsów i ignorowania zadawanych pytań.

W sprawie uchodźców nie było racjonalnej debaty, co może zrobić państwo, by ich przyjąć. Jasne, że są lęki, ale trzeba je uśmierzać. Nikt nie mówił o uchodźcach jako o szansie dla nas.

Niemcy po wstępnym entuzjazmie też mają kłopot, a Angela Merkel dostaje baty od przeciwników. Ale nikomu nie przychodzi do głowy mówić takim językiem jak u nas. Tabloid „Bild” zrobił akcję wsparcia dla uchodźców. U nas „wSieci” dało na okładce premier Kopacz w hidżabie z dynamitem pod dyktando Niemiec.

W Wiedniu po przyjeździe 200 tysięcy imigrantów rządzący od 20 lat socjaldemokratyczny burmistrz Michael Häupl czuł już oddech skrajnego prawicowca, który w sondażach prawie się z nim zrównał. Ale powiedział, że polityki wobec uchodźców nie zmieni, choćby miał przegrać wybory. I wygrał z przewagą ponad 5 proc.

– Nie można się podlizywać ani moralnie ulegać. Rządowi i PO zabrakło moralnej odwagi. Byli tacy, którzy premier Kopacz wprost namawiali do naśladowania Orbána.

Węgierski przepis na władzę absolutną

Gdyby Ewa Kopacz wygłosiła exposé, stanowcze i uczuciowe nawet, że musimy przyjąć uchodźców, wygrałaby, przekonałaby. Barack Obama w takich sprawach nie odpuszcza. Amerykanie mówią, że przywództwo polityczne musi mieć „high moral ground”, wysoki moralny wymiar. Duchowy wymiar. My to im oddaliśmy.

Donald Tusk był zapewne najsprawniejszym politykiem 25-lecia, ale jako duchowy przywódca liberalnej III RP razem z prezydentem Komorowskim zawiedli. W 2007 roku Tusk zostawił CBA Mariuszowi Kamińskiemu i ludzi Ziobry, którzy zdominowali prokuraturę. PiS nie został napiętnowany za to, co robił w latach 2005-07. Media robiły wtedy robotę opozycji, a politycy zachowywali się tak, jakby mieli jakiś kompleks. Żaden nie powiedział kategorycznie, że nie ma zgody na nagonkę na Bartoszewskiego, „Wyborczą”, na wspieranie kiboli i antysemityzmu. Gdy Kaczyński przemawiał pełnym głosem, oni mówili na jakimś przykurczu.

PO płaci dzisiaj za zerwanie kontraktu z wyborcami. Kontrakt nie polegał na zapewnianiu ciepłej wody i świętego spokoju. Mieli bronić liberalnej Polski przed PiS-em. Macierewicz nie jest prywatną osobą, kiedy opowiada o zamachu i Polsce rządzonej przez Bieruta i Bermana. To zastępca Kaczyńskiego, który zmierza do władzy niemal absolutnej, sprawowanej nie z siedziby rządu ani kancelarii prezydenta, lecz z ulicy Nowogrodzkiej. To będzie władza zwykłego posła, który nie odpowiada przed nikim. Większa od tej, jaką miał Piłsudski. I Jaruzelski, nad którym była Moskwa i miał jakieś skrzydła w partii, z którymi musiał się liczyć.

Jaka jest siła deprawacji politycznej, pokazuje przykład Jarosława Gowina. Jeszcze kilka lat temu nie pomyślałby tego, co dzisiaj otwarcie głosi. Niepokornym dziennikarzom nie przeszkadza „skokowy” senator, który doprowadził do przeniesienia milionów ze SKOK-owej fundacji na konta prywatnej spółki, bo finansuje ich media. Piszą mu stalinowską laurkę, jak to w obozie internowania wbrew strażnikowi zrywał róże dla narzeczonej. Bohaterem jest Bierecki, a nie Michnik, który siedział sześć lat w więzieniu i pisał książki. Bo kto właściwie dał mu maszynę do pisania? Można siedzieć w komunistycznym więzieniu i zostać komuchem. To skala brutalnego odwrócenia znaczeń słów.

„Kto Żydem, decyduję ja” – mówił Goebbels. Kto patriotą, decyduje Jarosław Kaczyński.

PiS może dostać 40 proc., ale może tylko 33 proc. To jeszcze nie jest przesądzone. Nie dajmy się zwariować. Połowa Polaków głosowała na Komorowskiego. Nie wszyscy, którzy wybrali Andrzeja Dudę, to oszołomy.

Ale prawdą jest, że PO wielokrotnie demonstrowała skrajną arogancję. W Lubuskiem, okręgu platformerskim, szefowa PO wstawiła na jedynkę w wyborach do rady miasta swojego męża. To chamski nepotyzm. I wygrał tam PiS!

Andrzej Duda, człowiek z mgły

Może, żeby odzyskać Polskę liberalną, społeczeństwo musi doznać szoku i poczuć skutki rządów autorytarnych nacjonalistów?

– Nowa władza nie da ludziom chleba, bo nie będzie miała pieniędzy. Ale z pewnością da igrzyska. Dla dużej części publiczności to będą upragnione i atrakcyjne igrzyska IV RP turbo. Dla wielu ludzi to będzie najlepszy czas życia.

Ilu sprawnych dziennikarzy, ilu uczynnych biznesmenów pojawi się u boku nowej władzy. Będzie „redystrybucja prestiżu”, jak mówi Kaczyński. Będzie odwet, ale i mnóstwo oportunizmu, koniunkturalizmu. Nielicznych stać na wysiłek, żeby się sprzeciwić.

Za Tuskiem dzisiaj nikt nie tęskni, chociaż był taki sprawny. Za Komorowskim, który sprawny nie był, ale przynajmniej przyzwoity, jeszcze mniej. Okazało się, że nie tylko prawda, ale i przyzwoitość sama się nie obroni.

Czy tylko terapia szokowa może pomóc? Nie wiem. Dostrzegam rację w tym, że Platforma musi przejść kwarantannę, a lewica czy partia Petru muszą dojrzeć. Choć wolałbym koalicję trudną, bolesną i nawet niefunkcjonalną politycznie niż samodzielne rządy PiS-u.

A może trzeba pogodzić się z tym, że tak będzie. Dość będziemy mieć czasu na samobiczowanie, że oddaliśmy im Polskę. Róbmy swoje, żeby ją odzyskać. Nie możemy opuszczać gardy ani dać się zagnać do rogu. Trzeba stawać dumnie, by za jakiś czas zwolennicy otwartej, tolerancyjnej, obywatelskiej Polski Polską rządzili, by odzyskać rząd dusz. Oni mogą wygrać wybory, ale nie mogą nam zabrać kraju.

Jeśli pociąg IV RP Turbo się rozpędzi, to obudzi się w nas pokusa nienawiści. Musimy się jej oprzeć. Innej Polski nie dostaniemy. Będziemy musieli w niej jakoś razem żyć, nawet gdy odzyskamy tę liberalną. Polskę jakoś trzeba będzie posklejać, żebyśmy chociaż jedno święto narodowe mogli obchodzić naprawdę razem.

Tomasz Lis – ur. w 1966 r., autor programu „Tomasz Lis na żywo” w TVP 2, redaktor naczelny tygodnika „Newsweek Polska”.

Magazyn Świąteczny to coś więcej – więcej wyjątkowych tematów, niezwykłych ludzi, najważniejszych wydarzeń, ciekawych komentarzy i smacznych wątków. Co weekend poznasz ciekawy przepis, zasłuchasz się w interpretacji wiersza i przyznasz, że jest cudem, dowiesz się, co w trawie piszczy – w polityce, kulturze, nauce.

W ”Magazynie Świątecznym czytaj:

Gorzki smak aksamitnej dyktatury [MICHNIK]
Jeśli ktoś jest ciekaw, jak może wyglądać Polska pod rządami Kaczyńskiego i Macierewicza, niech spojrzy na Rosję rządzoną przez Putina

Tomasz Lis: Mogą wygrać wybory, ale nie mogą nam zabrać Polski
Grozi nam władza autorytarna i nieodpowiadająca przed nikim. Zwykły poseł Kaczyński może mieć większą władzę niż Piłsudski i Jaruzelski. Z Tomaszem Lisem rozmawia Maciej Stasiński

Piotr Liroy, poseł na Sejm. Scoobiedoo ya, Polsko
Kościół? Jak komuś potrzebny, to super. Tylko niech mi się nie wpierdala w życie publiczne. „Tak, walczcie z Kościołem, islam was zaleje”. A jaki to ma związek? Bóg jest chyba ten sam? Czy ich jest tam kilku i się podzielili na frakcje?

Polska pomoc rozwojowa. Solidarni, byle niedrogo
Przecież pomagamy Afryce i Azji. Umorzyliśmy im długi, zapłaciliśmy składki na ONZ i jeszcze daliśmy Chińczykom 123 miliony na maszyny dla przemysłu!

Adam Nawałka. Dobrze uczesany sfinks
Wielkim piłkarzem miał zostać, nie został. Wielkim trenerem nie miał być, ale reprezentację z kolan podniósł. Adam Nawałka nawet dla kolegów z boiska był uporządkowaną tajemnicą

Donald Trump. Mister America
Pierwsza zasada udanego biznesu według Donalda Trumpa: Prawda jest inna? Tym gorzej dla prawdy

Brodate demony islamu
Pogodzić islam z demokracją? To tak, jakby próbować pogodzić z nią faszyzm czy komunizm. Z Piotrem Ibrahimem Kalwasem rozmawia Marta Urzędowska

Świat się chwieje. Co dalej?
Modzelewski: Czuć atmosferę rewolucyjną, choć jest słabo wyartykułowana. To trochę tak, jakby buntował się ktoś, kto nie umie mówi

USA. Demokraci idą na lewo
W amerykańskiej kampanii prezydenckiej Republikanie przemawiają głównie do wyborców konserwatywnych i religijnych, Demokraci do tych, których martwi nierówność dochodów i regularne strzelaniny. Dwa kraje, dwa światy

Znieczuleni. Dlaczego tolerujemy mowę nienawiści
Mowa nienawiści będzie tak długo krzywdzić, jak długo będzie milczenie wokół niej. Z Michałem Bilewiczem rozmawia Agnieszka Jucewicz

tomaszLisPosełKaczyński

tomaszLisGroziNam

wyborcza.pl

Dlaczego i jak PiS chce zmienić konstytucję
Mnie jako historykowi ciarki przechodzą po głowie, co można przy pomocy nowego uprawiania historii zrobić z teraźniejszością i jak określać przyszłość – mówił w TOK FM prof. Wiesław Władyka.

 

W Poranku TOK FM, prowadzonym przez Jacka Żakowskiego, zaproszeni goście – publicysta POLITYKI Wiesław Władyka, Tomasz Wołek oraz Tomasz Lis – omawiali projekt nowej konstytucji Prawa i Sprawiedliwości.

– Jak to się stało, że w kampanii wyborczej rozmawiamy o wszystkim: o uchodźcach, niedyskryminowaniu mniejszości seksualnych, złotówkach na dzieci, a nie rozmawiamy o fundamentalnej sprawie – wizji Polski, która jest przedmiotem tej kampanii wyborczej? – pytał swoich rozmówców publicysta POLITYKI.

Według Wiesława Władyki Jarosław Kaczyński wprowadził do debaty publicznej temat zmiany konstytucji nie tylko treściowo  w jego licznych wystąpieniach są elementy projektu nowej konstytucji. – Wprost mówi o tym, że nie da się naprawić Rzeczypospolitej, nie zmieniając konstytucji – podkreślił publicysta.

 – Ja mam wrażenie, że Kaczyński wkraczając na scenę polityczną w tym dobrym dla PiS okresie sondażowym, zaczął mówić twardym językiem nie dlatego, żeby zniechęcić umiarkowanych wyborców, ale żeby po wyborach mieć argument: nie ukrywaliśmy tego. Mamy legitymizację dla zmiany ustrojowej – uważa Jacek Żakowski.

Tomasz Lis przypomniał wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego z Elbląga o tym, ile PiS potrzebuje posłów i senatorów, żeby ewentualnie zmienić Konstytucję Rzeczypospolitej. Redaktor naczelny „Newsweeka” podejrzewa jednak, że prezes PiS zdaje sobie sprawę z tego, że nie będą mieć ich aż tylu.

– Jeśli PiS zdobędzie 231, a nie 2/3 potrzebne do zmiany konstytucji, to de facto według mnie już nastąpi zmiana konstytucji. Ponieważ będziemy mieli ośrodek prezydencki, który nie wykazuje ambicji do samodzielności i niepodległości, będziemy mieli panią Szydło, która będzie podwładną Jarosława Kaczyńskiego, czyli będziemy mieć szefa państwa, którego nazwałem naczelnikiem państwa sprawującego władzę z pozakonstytucyjnego ośrodka władzy przy ul. Nowogrodzkiej. Jego odpowiedzialność będzie mikroskopijna, mała w porównaniu do uprawnień, jakie on sobie sam przyzna – uważa Lis.

Jacek Żakowski następnie przywołał kluczowy fragment projektu PiS (art. 108), który świadczy o głębi zmian ustrojowych, jakie partia Kaczyńskiego chce wprowadzić: „bez względu na wynik wyborów, jaka jest większość parlamentarna, prezydent może odmówić powołania prezesa Rady Ministrów lub ministra, jeżeli istnieje uzasadnione podejrzenie, że nie będzie on przestrzegać konstytucji”. – To będzie jego osobista, jednostronna decyzja –podsumował Żakowski.

Zdaniem Tomasza Lisa ten model tworzenia ustroju prezydenckiego przypomina bardziej francuski niż amerykański, ale to jeszcze nie oznacza naruszania trójpodziału władzy.

– Ale to jest naruszenie zasad państwa prawa, ponieważ państwo prawa polega na tym, że jeśli ma się wobec kogoś jakieś zarzuty i podejmuje się wobec niego jakąś decyzję, to one muszą być uzasadnione i decyzja jest zaskarżalna – nie zgodził się Żakowski.

Według Wiesława Władyki już 231 głosów wystarcza, żeby ustawami zmienić ten ustrój. – Wystarczy stworzyć fakty personalne oraz fakty instytucjonalne, które pokażą nam, że istniejemy w innym kraju, żyjemy według innych reguł. Jarosław Kaczyński dużo teraz mówi o IPN-ie, który ma być instytucją moralności publicznej, specjalnej, otrzyma jakieś prerogatywy, zapewne zmieni się jego personalny skład. I mnie jako historykowi ciarki przechodzą po głowie, co można przy pomocy nowego uprawiania historii zrobić z teraźniejszością i jak określać przyszłość – uważa publicysta POLITYKI.

Tomasz Wołek uzupełniając tę myśl, podkreślił, że ofiarą zmian radykalnych padłoby znacznie więcej instytucji i dziedzin: od mediów publicznych po wywieranie nacisku na media prywatne. Przywołał również ostatni tekst Anny Dąbrowskiej, który ukazał się w najnowszej POLITYCE. – To takie nasłuchy reporterskie, jak wyglądają spotkania polityków PiS, kiedy oni sądzą, że są we własnym towarzystwie. I oni bez ogródek, bez żenady to wszystko wykładają na stół.

Jacek Żakowski przywołał z kolei tekst „Rzeczpospolitej”, który „pokazuje nikłość różnic między Platformą a PiS”. Chodzi o pomysł gen. Paska, doradcy wicepremiera Tomasza Siemoniaka, żeby stworzyć w Polsce Gwardię Krajową liczącą 300 tys. członków. – Skrytykowałem ten pomysł. Nie uważam, że to jest w ogóle zły pomysł, tylko że takie 300 tys. paramilitarnych ludzi w 30-milionowych kraju to będzie problem. I czy to jest pomysł, który się PiS-owi spodoba? Tak, to jest pomysł, który jest PiS-owi spodoba. Czy zachowanie CBA, podsłuchy i inwigilacja tego, co zrobiła Platforma, się PiS-owi spodoba? – pytał Żakowski.

Dyskusję zakończył Wiesław Władyka, przyznając, że rolą dziennikarzy jest dyskutowanie o różnicach, nie podobieństwach między PO i PiS. – A różnica jest fundamentalna. Nawet jeżeli masz zbieżność jeden do jednego w jakichś postulatach, hasłach, rozwiązaniach, to naszym obowiązkiem jest zwrócenie uwagi na różnicę, to o nią chodzi w tych wyborach –uważa prof. Władyka.

dlaczegoIJakPiS

polityka.pl

Co można usłyszeć na spotkaniach sympatyków i działaczy PiS
Wieści z matecznika
Co kandydaci PiS obiecują, kiedy sądzą, że słuchają ich tylko ci, którzy na nich zagłosują?

Spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim w warszawskim kinie Wisła.

Tomasz Adamowicz/Forum

Spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim w warszawskim kinie Wisła.

W pierwszą niedzielę października sympatycy i działacze PiS zostali zwiezieni do sanktuarium w Strachocinie, do miejsca narodzin św. Andrzeja Boboli, patrona Polski. 2 maja przyjechali tu pierwszy raz, by modlić się o wybór Andrzeja Dudy na prezydenta. I został wybrany – potwierdzał moc modlitwy proboszcz Józef Niżnik, który serdecznie powitał Jarosława Kaczyńskiego, życząc mu, „by z pomocą św. Boboli znosił z godnością to, co gotują panu niektórzy ludzie w naszej ojczyźnie. Oby to pana nie załamało”.

W mszalnych czytaniach było to o stworzeniu kobiety z żebra Adama, co niektórzy odczytali jako znak. – Pani Beata jest taką kobietą z żebra pana prezesa – mówiła uczestnicząca we mszy kobieta. Mówił też proboszcz o tym, że posłem i senatorem zostaje się nie tylko z woli ludzi, ale też z woli Boga. – Nadejdzie czas, kiedy sam Bóg rozliczy każdego parlamentarzystę. (…) Z tego, jak szanowaliście prawo Boże w swoim życiu, jak żeście głosowali, kto był w Sejmie ważniejszy: Bóg czy człowiek – ostrzegał.

Na Podkarpaciu wszyscy kandydaci Zjednoczonej Prawicy wiedzą, że nad prawem świeckim powinno stać to Boże. Andrzej Głaz, kandydat z Mielca, mówił nawet, że właśnie ze względu na to przywiązanie do wartości chrześcijańskich „oni chcą zniszczyć województwo podkarpackie”: – To ziemia karana za to, że ma wartości chrześcijańskie i patriotyczne i trzeba je zniszczyć, trzeba zniszczyć Kościół, bo wtedy nie będzie już autorytetów.

polityka.pl

Marek Kusiba: Łagodność bin Ladena

2012-04-27. Macierewicz niczym Raptusiewicz zapowiedział proces, niepomny, że wytoczy go także literaturze… 

Literatura zawsze antycypowała polski los. W stanie wojennym krążył wierszyk: „Gdyby Urban nosił turban, to ze świni byłby Chomeini”. Przed paru laty Janusz Głowacki powiedział o Antonim Macierewiczu, że „ma w twarzy łagodność bin Ladena”. Teraz Lis, który za zasługi Macierewicza w walce z komuną mógłby mu wiązać sznurowadła, powiązał wątki z Urbana i z Głowy i zawiązał panu Antoniemu turban na głowie, próbując związać jego wizerunek  z bin Ladenem, a co gorsza – z Urbanem, drukując na okładce polskiego „Newsweeka” podobiznę taliba-Macierewicza. Powodem prowokacji miały być zdania, które padły w moim rodzinnym Krośnie: „Czymże innym jest sytuacja, w której ginie cała elita, w której odcięta zostaje głowa narodu? To jest wypowiedzenie wojny”.

Tak doniosłe słowa na pewno na długo pozostaną w pamięci Polaków, a może i Rosjan, jak ich odeprzemy po kolejnym cudzie nad Wisłą. Jestem jednak lekko zawiedziony, że w swoim płomiennym wystąpieniu pan Antoni nie sięgnął po lokalne źródła do snucia wybuchowych porównań. Przecież w Krośnie urodził się Władysław Gomułka, którego wspomniał ledwo jednym zdaniem:„Nawet Gomułka by tego nie zrobił, co zrobił Tusk” – czyli zaprzedał się Ruskim. Gomułka, panie Antoni, robił rzeczy o wiele gorsze, na przykład kradł jabłka w sadzie mojego dziadka. Moja świętej pamięci babcia Cecylia długo dziadkowi nie mogła wybaczyć, że nie zatłukł lagą małego urwisa-Wiesia, bo nie byłoby dużego Wiesława, a tak? Trafił do więzienia nie za jabłka, a za swój krnąbrny stosunek do kierowniczej roli związunia sowieckiego. Domagał się od Bieruta ograniczenia sowietom ingerencji w sprawy polskie. Bierut niczym Tusk ustępował we wszystkim Rosjanom, czego Gomułka nie umiał, dlatego poszedł siedzieć.

Pan Antoni nie nawiązał też do pobliskiego Nowego Łupkowa, gdzie w stanie wojennym siedział w „więziennym gospodarstwie rolnym” razem z moim przyjacielem, który teraz siedzi w znacznie gorszym więzieniu, bo na emigracji. Obaj pokutują za swoją naiwność rewolucyjną, bo walczyli o wolną Polskę, a teraz są zwalczani przez zawłaszczających ojczyznę niegdyś cichych i robiących w majtki ze strachu gęgaczy. W sierpniu 1982 obaj rewolucjoniści opalali się półnago w Łupkowie, nucąc piosenkę Młynarskiego „jesteśmy na wczasach w tych bieszczadzkich lasach, w promieniach słonecznych opalamy się”, a pan Antoni czytał, sprytnie włożoną w okładki Putramenta albo innego Żukrowskiego, zakazaną sztukę Janusza Szpotańskiego Cisi i gęgacze, czyli bal u prezydenta, będącą pamfletem na komunizm i Gomułkę, nazwanego Gnomem.

Pan Antoni nie wykorzystał też faktu, że Nowy Łupków leży niedaleko Komańczy, gdzie był także przez rok internowany Prymas Tysiąclecia, i nie zaszkodziłoby nawiązanie do chlubnej tradycji męczeństwa. Pominął też milczeniem zatonięcie Titanica, a przecież spotkanie w Krośnie miał 15 kwietnia, czyli w setną rocznicę pójścia na dno tematu filmu Camerona. Titanic i Tupolew – aż się prosi o uduchowione paralele! Przecież Titanic wyruszył w swój tragiczny rejs 10 kwietnia, tak jak Tupolew z prezydentem i elitą narodu na pokładzie. Na pokładzie Titanica też był kwiat ówczesnej Anglii i Ameryki, a jednak pojawiła się sztuczna mgła, z wieży kontrolnej nie widzieli góry lodowej z lodową brzozą u szczytu tejże, bo ktoś zabrał lornetkę a nawigator był zalany, nastąpiły dwa wybuchy, które rozerwały statek na pół i ideał sięgnął dna. Oraz druku. Titanic to także alegoria idącej na dno Polski, a Tusk to kapitan Smith, lekceważący opozycję na rufie. Paralele pomiędzy tragedią Titanica i Tupolewa są uderzające i tak wytrwawny polityk powinien był je wykorzystać.

Nie wykorzystał też faktu, że w podkrośnieńskim Odrzykoniu Aleksander Fredro umieścił akcję Zemsty, czyli historię dwóch zwaśnionych ze sobą rodów (Firlej należał do PiS, a Skotnicki do PO), napisaną w oparciu o raport komisji (z procesu o studnię zamkową, w sztuce: mur graniczny). Przecież Cześnik Raptusiewicz to współczesny Macierewicz, buntownik, raptus, łatwo wybucha gniewem, wysoki, czerstwy, dobrze zbudowany, w średnim wieku, szczery, dążący wprost do celu – jak pisał Fredro. Poza tym konfederat barski, za młodu walczył z Moskalami, nie to co Rejent Milczek-Tusk, chowający głowę w piasek, a wystawiający Donaldzi kuper do bicia. Obaj, Raptusiewicz i Macierewicz mają więc tego samego, znienawidzonego wroga.

Macierewicz niczym Raptusiewicz już zapowiedział proces, nie pomny, że wytoczy proces także literaturze, która zawsze antycypowała polski los. Wystarczy przywołać Cześnika: „Ja – z nim w zgodzie? – Mocium panie, wprzódy słońce w miejscu stanie, wprzódy w morzu wyschnie woda, nim tu u nas będzie zgoda”, albo Raptusiewicza-Macierewicza: „Od powietrza, ognia, wojny i od Tuska, co się Ruskim nisko kłania niech nas zawsze Bóg ochrania”…

Coś mi się widzi, że pan Antoni to późny wnuk hrabiego Aleksandra, bo pisze współczesną wersję komedii Gwałtu, co się dzieje!…

marekKusiba

Studio Opinii >>>

Reklamy

%d blogerów lubi to: