Macierewicz (16.10.2015)

 

Wybory 2015. Kurski: Albo bezwzględna większość dla PiS, albo PiS w opozycji

mil, 16.10.2015

Jacek Kurski

Jacek Kurski (Fot. Dominik Werner / Agencja Gazeta)

Zjednoczona Prawica liczy na absolutną większość mandatów w Sejmie i samodzielne rządy. Inaczej przejdzie do opozycji – przewidywał w programie „Piaskiem po oczach” w TVN24 Jacek Kurski.

 

– Nie mam tytułu składać takiej deklaracji, ale tak czuję, że albo będzie bezwzględna większość mandatów w Sejmie dla PiS, albo PiS będzie w opozycji – powiedział Kurski.

Jak dodał, gdyby powstała koalicja „wszyscy przeciwko PiS”, to mogłaby ona pokazać „jak bardzo nienawidzi dobrej zmiany w Polsce”. Więcej na TVN24.pl >>

W piątek alternatywy dla rządu jednopartyjnego nie przewidywał także Jarosław Kaczyński. Jego zdaniem rząd wielopartyjny poskutkuje „nieustannym chaosem i wojną w Polsce”. Czytaj więcej >>

TOK FM

Niemieckie media o słowach prezesa PiS: Faszystowski język nienawiści

opr. Barbara Cöllen, Deutsche Welle, 16.10.2015
Niemieckie media reagują na wypowiedzi prezesa PiS na temat domniemanych zagrożeń dla zdrowia ze strony imigrantów. Dziennik FAZ nazywa je „językiem nienawiści”, a internetowy serwis telewizji ARD „językiem faszystów”.

Jarosław Kaczyński

Jarosław Kaczyński (Fot. x-news/TVN24)

Komentator tagesschau.de zastanawia się, dlaczego prezes PiS Jarosław Kaczyński „wyszedł nagle z ukrycia” i dlaczego w tak drastyczny sposób, w „faszystowskim języku” mówi o imigrantach. „Pomysł był prosty” – pisze korespondent rozgłośni ARD w Warszawie Henryk Jarczyk. „Zgodnie z powiedzeniem ‚to nie partia Prawo i Spawiedliwość jest problemem dla wyborców, lecz jej prezes’ PiS ukrył Jarosława Kaczyńskiego tak dobrze, jak tylko mógł. I przez dłuższy czas było zupełnie dobrze. Dzięki tej taktyce udało się skrajnie konserwatywnemu politykowi zdobyć urząd prezydenta. Powtórka ma teraz nastąpić 25 października także na poziomie rządowym” – pisze niemiecki dziennikarz.

Jarczyk wskazuje jednak na pewne trudności: „Problem w tym, że wielki przewodniczący nie pozwala się już schować” i cytuje innych obserwatorów, np. Jakuba Dymka, który mówi, że „to była kwestia czasu” oraz że „wiadomo, iż PiS ma tylko jednego przywódcę”. Poza tym „byłoby rzeczywiście osobliwe, gdyby nie mógł on zabierać głosu” – przywołuje niemiecki korespondent.

„Im drastyczniejsze wypowiedzi, tym tłustsze nagłówki”

Dla dziennikarza ARD w Warszawie powód zabrania głosu przez prezesa PIS „jest zrozumiały”. Gdyż „im rzadziej Jarosław Kaczyński daje o sobie poznać, tym większe staje się prawdopodobieństwo, że ewentualnie całkowicie pójdzie w zapomnienie. Poza tym kandydatka na premiera Beata Szydło mogłaby sobie samej przypisać sukces wyborczy PiS. I najwidoczniej temu Kaczyński próbuje zapobiec” – domyśla się Jarczyk i tak opisuje metodę działania prezesa PiS: „Im drastyczniejsze wypowiedzi, tym tłustsze nagłówki”. A co bardziej się nadaje do tego celu, jak nie „szczególnie emocjonalnie dyskutowany temat: przyjęcie uchodźców”?

Serwis internetowy Tagesschau.de zamieszcza cytaty z wypowiedzi prezesa PiS o chorobach i zagrożeniach ze strony imigrantów oraz opisuje konsternację w Polsce. Cytuje też wypowiedzi polskich polityków, którzy o języku, którym posługuje się polityk PiS, mówią, że „nie powstydziłby się go ani Rudolf Heß, ani Hitler”, że jest to „rasistowski i faszystowski język”.

„Ten nieobliczalny przywódca partii”

Komentator poświęca też uwagę reakcjom polityków PiS na wypowiedzi prezesa partii i cytuje Michała Szułdrzyńskiego, redaktora „Rzeczypospolitej”, który mówi o „kompletnym przerażeniu” części członków partii PiS. Skrajnie konserwatywny PiS prowadzi w sondażach przed rządzącą PO – pisze niemiecki dziennikarz. I prognozuje: „jeśli Kaczyński dalej w ten sposób będzie się mieszał w kampanię wyborczą, ten dystans może się zmniejszyć. Wszystko jest możliwe. Bo całkowicie ten nieobliczalny przywódca partii najwidoczniej nie da się ukryć” – konkluduje komentator.

W artykule we „Frankfurter Allgemeine Zeitung” (FAZ), zatytułowanym „Język nienawiści”, Konrad Schuler podkreśla, że Jarosław Kaczyński „próbuje wykorzystać dla siebie rosnący w Polsce strach przed skutkami zalewu przez obcych” i dlatego forsuje ten temat w kampanii wyborczej. Warszawski korespondent opisuje w detalach wypowiedzi prezesa PiS i wskazuje, że temat napływu imigrantów staje się niewygodny dla liberalno-konserwatywnego rządu Ewy Kopacz, który na wrześniowym szczycie UE zobowiązał się do przyjęcia 7 tys. uchodźców.

„Temat jest trucizną dla partii Kopacz”

„Jak bardzo Platforma Obywatelska pod przywództwem premier Kopacz boi się tego tematu, pokazują reakcje na wystąpienie Kaczyńskiego o cholerze i pasożytach” – pisze FAZ.

Podczas gdy polskie media reagują z oburzeniem na „język nienawiści” Kaczyńskiego, który – jak piszą – przywołuje skojarzenia z najbardziej tragicznym okresem XX wieku i przypominają o dawnym stereotypie „Żyda chorego na tyfus”, jaki pokutował wśród nazistów, „żaden z czołowych rządzących polityków nie skrytykował Kaczyńskiego za dobór słów. Temat ten jest trucizną dla partii Kopacz, „dlatego lepiej jest milczeć” – konstatuje autor komentarza w FAZ.

Artykuł pochodzi z serwisu ”Deutsche Welle”

niemieckieMediaOkaczyńskim

niemieckieMediaJarosławKaczyński

gazeta.pl

 

pisowszczyznaWartości

Pisowszczyzna – wartości szmaciarstwa i kapusiostwa na …

Wybory 2015. „Nieustanny chaos i wojna w Polsce”, czyli Kaczyńskiego alternatywa dla rządu jednopartyjnego

mil, 16.10.2015
Dobre zmiany w Polsce są możliwe, ale przeprowadzić je może tylko rząd jednopartyjny, we współpracy z prezydentem – to diagnoza prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego.

Jarosław Kaczyński i Beata Szydło

Jarosław Kaczyński i Beata Szydło (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja)

 

Kaczyński swoją ocenę przedstawiał w Białej Podlaskiej, gdzie udzielił poparcia m.in. senatorowi Grzegorzowi Biereckiemu, który startuje do Senatu jako kandydat niezależny. Polityk został zawieszony w prawach członka klubu PiS po publikacjach dot. nieprawidłowości w SKOK-ach. – Był oskarżany o różne rzeczy i musieliśmy podjąć pewne decyzje. Dziś jednak wiemy, że ci, którzy oskarżali, musieli się z tego wycofać – stwierdził prezes PiS.

Nawiązując do zbliżających się wyborów parlamentarnych, Kaczyński przestrzegał przed skutkami powstania rządu wielopartyjnego. Jego zdaniem byłoby „fatalnie” dla Polski, gdyby zamiast jednopartyjnego rządu, był wielopartyjny, „który będzie skłócony wewnętrznie, będzie walczył z opozycją i wojna będzie istotą życia publicznego w kraju”. – Wojna, a nie dobre zmiany – podkreślił prezes PiS.

 

Alternatywą dla „nieustannego chaosu i wojny” w Polsce jest, zdaniem prezesa, oczywiście władza w rękach jednej partii. A PiS jest w stanie zapewnić Polakom dobrą przyszłość, bo ma „zaplecze personalne” dobrych kandydatów do parlamentu.

 

 

gazeta.pl

PiS już przygotowuje „listy egzekucyjne” dla TVP. Skok na media będzie jednym z pierwszych ruchów prezesa po wyborach

PiS po wyborach szykuje szturm na media publiczne.
PiS po wyborach szykuje szturm na media publiczne. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Prawo i Sprawiedliwość nie znosi mediów. Nienawidzi. Politycy uważają, że to przez wraże redakcje partia przegrywała kolejne wybory. Dlatego jeśli obejmie władzę po 25 października, będzie chciało jak najszybciej wprowadzić swoje porządki w mediach publicznych i doprowadzić do tego, by zmiękły władze stacji i gazet prywatnych.

„W bufecie w TVP siedzi kuzyn pana Kaczyńskiego i rozdziela stanowiska. Mówi: ‚Chcieliśmy tego, ale on taki trochę rozkojarzony i niepunktualny, to może innego'” – relacjonował Tomas Lis w TOK FM. Wspomniany kuzyn to Jan Maria Tomaszewski o którym pisałem już w naTemat. Tomaszewski to dzisiaj (poza Martą Kaczyńską) najbliższa rodzina prezesa, zresztą jako dzieci często spędzali razem wakacje. Dzisiaj nadal utrzymują bliskie kontakty, o czym pisał Michał Krzymowski w biografii prezesa Kaczyńskiego.

O tym, że TVP czekają zmiany wiadomo od dawna, ale Lis jako pierwszy pokazał, jak daleko zaawansowany to proces. Zdaje się to potwierdzać też inny dziennikarz TVP Jan Ordyński. Na Facebooku napisał, że przygotowywana jest już lista zwolnień podzielona na kilka kategorii.

O zmianach mówią też politycy Prawa i Sprawiedliwości. I o ile krucjatę Krystyny Pawłowicz przeciw Justynie Dobrosz-Oracz z „Wiadomości” należy raczej traktować jako stan ducha środowiska, niż zapowiedź konkretnych zmian, o tyle uważnie trzeba słuchać takich ludzi jak Jarosław Sellin. Poseł PiS i były dziennikarz Polsatu wprost mówi, że nie podoba mu się program Tomasza Lisa w TVP.

I nie chodzi o to, czy polityk mówi o Lisie czy o innym dziennikarzu. Wskazywanie palcem przez jakiegokolwiek polityka jakiegokolwiek dziennikarza jest nie na miejscu. Szczególnie, jeśli to partia zmierzająca po władzę w najbliższych wyborach.

Kiedy czekałem na przyjazd Jarosława Kaczyńskiego na wiec w Płocku jeden z kandydatów na posłów z czołówki listy PiS (dzisiaj samorządowiec) opowiadał, że w ogóle nie ogląda telewizji. Medialne otoczenie partii idzie jeszcze dalej.

MARZENA NYKIEL

redaktor naczelna wPolityce.pl

Chyba nawet Jerzy Urban nie powstydziłby się „Wiadomości” w obecnym kształcie. Można usiąść przed telewizorem z liczydłem i punktować dziennikarskie pokłony oddane Platformie, zestawiając je z ciosami zadawanymi Prawu i Sprawiedliwości. Wyborne studium propagandy. Czytaj więcej

A to tylko jeden z wielu przykładów. Karnowscy mogliby otworzyć w swoim serwisie oddzielny dział, w którym opisywaliby rzekome manipulacje mainstreamu. Dlaczego tak piszą? Powód jest jasny: kimś trzeba będzie zapełnić lukę kadrową w TVP.

Głodujący przez ostatnie lata na pensjach finansowanych przez PiS i SKOKi niepokorni już przebierają nóżkami, by zająć najważniejsze anteny. Walkę o względy przyszłej władzy widać aż zbyt wyraźnie: prawicowe portale i gazety prześcigają się w wiernopoddańczych tekstach, wychwalaniu nowego prezydenta czy kandydatki na premiera. Liczą, że dzięki temu to oni będą po październiku wchodzili do TVP jako gospodarze, a nie goście.

piSJużPrzygotowuje

naTemat.pl

ktoCiDoradził

Jak naukowcy siedem razy „odkryli” kosmitów. Wydrążony Fobos, kanały na Marsie, kwazary, pulsary i Wow!

Piotr Cieśliński, 16.10.2015

Wiele rzekomych sygnałów obcych cywilizacji okazało się wcześniej nieznanymi zjawiskami naturalnymi

Wiele rzekomych sygnałów obcych cywilizacji okazało się wcześniej nieznanymi zjawiskami naturalnymi(Sebastien Decoret / 123RF)

Już wiele razy astronomowie natrafiali na coś, czego nie byli w stanie wyjaśnić. Jak się najczęściej okazywało, były to egzotyczne obiekty i nieznane zjawiska, jeszcze nigdy – sygnał od obcej cywilizacji. Ale niektóre z zadziwiających obserwacji wciąż pozostają zagadką.

W ostatnich dniach media na całym świecie rozpisują się o gwieździe KIC 8462852. Przygasa w tak dziwny sposób, że astronomowie nie potrafią tego wytłumaczyć żadnym naturalnym zjawiskiem. Pozostaje więc inne, fantastyczne wyjaśnienie. Naukowcy sugerują, że powodem dziwnych zmian w blasku gwiazdy mogą być wielkie struktury, zbudowane przez zaawansowaną technicznie cywilizację. „Wielkie panele, całe ich grupy, o rozmiarze setek tysięcy kilometrów i dziwnym kształcie, mogą przygaszać światło tej gwiazdy właśnie tak, jak to teraz obserwujemy” – opisują.

Dosłownie wczoraj w serwisie ArXiv ukazała się praca napisana pod kierunkiem astronoma Jasona Wrighta, która analizuje, jak takie sztuczne megastruktury wyglądałyby w obserwacjach teleskopu Keplera.

Dzieje astronomii dowodzą jednak, że bardziej prawdopodobne jest wyjaśnienie naturalne, co wcale nie oznacza, że mniej niezwykłe. Przeczytajcie siedem opowieści o odkryciach, które wprawiły naukowców w zdumienie i kazały im brać pod uwagę kosmitów.

1. Kanały. System nawadniający Marsjan?

Kiedyś w czasie największych zbliżeń Ziemi i Marsa, tzw. wielkich opozycji następujących co 15-17 lat, astronomów ogarniała gorączka. Niemal wszystkie teleskopy na Ziemi kierowano w stronę Marsa. W czasie takiej opozycji w roku 1877 włoski astronom Giovanni Schiaparelli odkrył sieć przecinających się linii pokrywających powierzchnię Marsa. Nazwał je po włosku „canali”.

Kanały na wiele dziesięcioleci zdominowały badania Czerwonej Planety. Inni astronomowie, m.in. Quenisset, Revard, Pickering i przede wszystkim amerykański milioner Percival Lowell, nie tylko potwierdzili ich istnienie, ale też znacznie pomnożyli ich liczbę. Sugerowali, że nie są to twory naturalne. Lowell ufundował obserwatorium we Flagstaff w Arizonie z jednym z największych wówczas teleskopów specjalnie po to, żeby je obserwować.

Pod koniec XIX wieku A. Mercier pisał: „Obecnie nie można już wątpić, czy Marsa zamieszkują istoty rozumne. Pogląd, że wykonują one pracę, a więc, że dysponują środkami przemysłowymi, że nieobca jest im nauka, sztuka i astronomia, ma zupełnie racjonalną podstawę opartą na obserwacjach”. Zdawały się potwierdzać to obserwacje sezonowych zmian zachodzących na powierzchni planety – z początkiem wiosny wykwitały tam ciemne plamy, rozszerzając się na cały glob. Interpretacja nasuwała się sama. To wegetacja budziła się do życia. Wody miało na Czerwonej Planecie brakować, więc – jak dowodził Lowell – tamtejsza cywilizacja zbudowała kanały doprowadzające drogocenną ciecz z topniejących czap polarnych.

Dużo później okazało się, że kanały są iluzją optyczną, choć były jeszcze zaznaczone na jednych z najdokładniejszych map powierzchni Marsa, jakie stworzył astronom Earl C. Slipher, a którymi posługiwała się NASA pod koniec lat 50., kiedy planowała wysłanie pierwszych sond w kierunku tej planety! Wtedy wciąż też byli astronomowie, którzy je widzieli.

Matematyk Alan Webb przeanalizował je nawet z punktu widzenia topologii. Znalazł kryterium pozwalające odróżnić sieć powstałą w sposób przypadkowy (np. pęknięcia w szybie) od dzieła istot żywych (jak sieć pajęcza czy drogowa). I doszedł do wniosku, że sieć na Marsie nie jest przypadkowa. Iluzja była więc tak wielka, że mąciła nawet absolutne, zdawałoby się, reguły matematyki.

Do dziś bardzo chcielibyśmy wierzyć w Marsjan. Niektórzy zresztą podejrzewają, że NASA coś odkryła, tylko ukrywa prawdę przed opinią publiczną.

2. Wydrążony Fobos. Wielka baza kosmitów?

.

W 1945 r. Amerykanin Bevan Sharpless pracujący w Morskim Obserwatorium w Waszyngtonie opublikował w „Astronomical Journal” wyniki obserwacji Fobosa, z których wynikało, że jego orbita zadziwiająco szybko się obniża. Wydawało się, że Fobos spiralnym ruchem spada na Czerwoną Planetę, tak że w ciągu kilku milionów lat powinno dojść do zderzenia.

Zaintrygowało to astrofizyka Iosifa Szkłowskiego, członka Akademii Nauk ZSRR. Szkłowski nie potrafił w żaden sposób znaleźć przyczyny, dla której Fobos tak szybko tracił wysokość. Ciśnienie wiatru słonecznego, pole magnetyczne, także siły pływowe planety są na to zbyt słabe. Jedyne wyjaśnienie, jakie mu przychodziło do głowy, to tarcie o zewnętrzne warstwy atmosfery Marsa. Ale bardzo rozrzedzone powietrze potrafiłoby ściągać w dół księżyc tylko pod warunkiem, że jest on lekki niczym piórko. Szkłowski więc obliczył, że wszystko do siebie pasuje, jeśli Fobos ma tysiąc razy mniejszą gęstość niż woda. Ale w takim razie nie może być litym głazem – musi być wydrążony w środku. W 1959 r. Iosif Szkłowski w wywiadzie dla „Komsomolskiej Prawdy” zasugerował, że oba księżyce Marsa to sztuczne satelity.

W tamtych czasach, kiedy zaczynała się era sputników, nie było to wcale takie szalone twierdzenie. Twórca radzieckiego programu lotów w kosmos Siergiej Korolow tuż po locie Gagarina mówił nawet, że jego następnym marzeniem jest lot na Marsa, żeby sprawdzić hipotezę Szkłowskiego. Frank Salisbury, profesor biologii na Uniwersytecie Colorado, sugerował wtedy nawet, że oba satelity zostały wyniesione nad powierzchnię Marsa całkiem niedawno. Fobosa i Dejmosa wykryto bowiem dopiero w 1877 r., tymczasem wcześniej, choć dysponowano równie dobrymi teleskopami i również wpatrywano się w Czerwoną Planetę, żadnych księżyców nie widziano.

Lata 60. XX w. to prawdziwy wysyp literatury science fiction, w której pojawia się Fobos, sztuczny satelita (np. w powieści braci Strugackich „Południe, XXII wiek”). Wyobraźnia uczonych i pisarzy kreśliła te fantastyczne wizje, dopóki w pobliże Marsa nie zawitały pierwsze sondy kosmiczne. Zdjęcia z sond Mariner, a potem Viking w latach 70. nie pozostawiły wątpliwości. Mars jest pustą, mroźną pustynią, a Fobos – przynajmniej z zewnątrz – przypomina zwykły podziobany kraterami kosmiczny głaz.

A dane Bevana Sharplessa, na podstawie których Szkłowski wysnuł hipotezę o pustym Fobosie, okazały się przesadzone. Księżyc spada na Marsa, ale niezbyt szybko – ledwie 2 m na stulecie. Ulegnie katastrofie dopiero za 50, może 100 mln lat. Na pewno nie jest wydrążony w środku, choć jego gęstość rzeczywiście jest zadziwiająco mała – blisko dwa razy mniejsza niż ziemskich skał. Z tego wynika, że nawet jedna trzecia wnętrza to wnęki puste albo wypełnione lodem. Co jest bardzo interesujące.

3. Pulsary. Małe zielone ludziki?

Kiedy doktorantka Jocelyn Bell z Uniwersytetu Cambridge natrafiła w 1967 r. na pierwszy pulsar, odkrycie było tak zdumiewające, że miesiącami naukowcy trzymali je w tajemnicy. Obawiali się ośmieszenia. Na taśmie z wydrukiem sygnału zarejestrowanego przez radioteleskop Bell zanotowała „śmieci?”. Dopiero w następnym roku badacze odważyli się ogłosić odkrycie, ale wciąż nie mieli pojęcia, z czym mają do czynienia.

Były to rytmiczne impulsy radiowe, które nadchodziły z regularnością co 1,3 s. Wtedy już wiedziano, że gwiazdy są źródłem fal radiowych, także Słońce. Ale żadna ze znanych nie pulsowała w tak szybkim rytmie. Inne nasuwające się badaczom wytłumaczenie to odległa cywilizacja, która usiłuje nawiązać kontakt. Ale – jak potem wspominała Bell – byliby to dość głupiutcy kosmici, bo częstotliwość sygnału nie była modulowana, więc nie niosła żadnej treści.

Dlatego to pulsujące źródło promieniowania radiowego badacze z Cambridge żartem nazwali LGM – od angielskiego „little green men” (małe zielone ludziki).

Okazało się, że jest ich wiele – są rozsiane po całym niebie. Wkrótce angielski kosmolog Thomas Gold wpadł na to, że muszą to być gwiazdy neutronowe. Zostały one wymyślone – podobnie jak czarne dziury – kilkadziesiąt lat wcześniej, ale do tej pory były tworami hipotetycznymi. Przypominają one gigantyczne jądra atomowe – mają masę o połowę większą niż Słońce, ale są sto tysięcy razy od niego mniejsze. Mają ledwie 10-20 km średnicy i wypełnione są niezwykle silnie sprasowaną materią. W ich wnętrzu znajduje się przypuszczalnie neutronowa ciecz, której łyżeczka ważyłaby na Ziemi setki milionów ton. Zewnętrzną skorupę prawdopodobnie tworzą jądra atomów żelaza ułożone ciasno niczym pomarańcze w skrzynce. Panuje tam tak silna grawitacja, że upuszczona moneta rozpędziłaby się do połowy prędkości światła przed uderzeniem w powierzchnię.

Wyszło więc na to, że zamiast „małych zielonych ludzików” astronomowie odkryli coś równie niezwykłego.

4. Kwazary. Cywilizacje typu trzeciego?

Na początku lat 60. radioteleskop California Institute of Technology, który przeprowadzał przegląd nieba, znalazł potężne źródło fal radiowych. Oznaczono je jako CTA102 i z początku nikt nie miał pojęcia, skąd może dobiegać ta emisja. W 1963 roku rosyjski astrofizyk Nikołaj Kardaszew postawił hipotezę, że CTA102 to sygnał od cywilizacji pozaziemskiej, dużo bardziej rozwiniętej niż nasza.

Kardaszew wierzył, że we Wszechświecie istnieją miliony cywilizacji. Dzielił je na trzy kategorie, opierając się na zużyciu energii. Cywilizacja typu pierwszego do zasilania swego przemysłu wykorzystuje wszystkie zasoby rodzimej planety (do tej kategorii nasza cywilizacja dopiero się zbliża). Cywilizacja typu drugiego do realizacji swoich projektów potrzebuje całej energii generowanej przez rodzimą gwiazdę. A cywilizacja typu trzeciego przypomina cywilizację z „Gwiezdnych wojen” – jest na skalę całej galaktyki i korzysta z energii całej galaktyki. Rozmach działania takiej pangalaktycznej cywilizacji powinien być widoczny z bardzo daleka.

CTA102 miała być sygnałem cywilizacji typu drugiego lub nawet trzeciego.

Kilka lat potem Obserwatorium Palomar w Kalifornii odkryło, że CTA102 jest kwazarem. To dość tajemnicze obiekty, które zajmują bardzo niewielki obszar w centrum niektórych galaktyk (nie są większe niż Układ Słoneczny), ale świecą równie jasno jak cała galaktyka, czyli kilkadziesiąt miliardów słońc jednocześnie. Widać je z odległości wielu miliardów lat świetlnych.

Dzisiaj znamy tylko jeden mechanizm produkowania tak olbrzymiej ilości energii z tak niewielkiego obszaru. Podejrzanym są ogromne czarne dziury, które – zdaniem wielu astronomów – siedzą w centrach galaktyk i wciągają do wnętrza otaczającą materię.

Szczerze mówiąc, hipoteza ta jest równie zwariowana i zadziwiająca, jak obca cywilizacja typu trzeciego.

5. Sygnał Wow! Kosmici nadają?

Od 1959 roku działa program nasłuchu nieba SETI, którego celem jest znalezienie sygnału cywilizacji pozaziemskich. Do tej pory bez sukcesu, choć był moment, kiedy naukowcom skoczyło ciśnienie. Sprawił to sygnał spoza Układu Słonecznego, który odebrał 15 sierpnia 1977 roku Jerry Ehman za pomocą radioteleskopu Uniwersytetu Stanowego Ohio.

Ten sygnał wręcz wzorcowo przypominał sztucznie wygenerowaną transmisję. Nosi on nazwę „Wow!” – od notatki, jaką Ehman zostawił na wydruku, gdy zobaczył, że sygnał niemal idealnie pasuje do charakterystyki przekazu, jakiego oczekujemy od obcych. Trwał on 72 sekundy, miał częstotliwość bardzo bliską linii wodoru (o długości fali 21 cm) i niezwykle wąskie pasmo częstotliwości.

Tyle tylko, że było to zdarzenie jednorazowe, nigdy już niczego podobnego nie odebrano. Do dziś stanowi zagadkę.

6. Szybkie błyski radiowe FRB. Znowu transmisja obcych?

Te radiowe impulsy odkryto całkiem niedawno. Zdają się pochodzić spoza Drogi Mlecznej, trwają kilka milisekund, nie mają wyróżnionej częstotliwości – składają się z „paczki” najróżniejszych fal radiowych. I mają sporą energię. Nazwano je „szybkimi błyskami radiowymi” albo FRB, co jest skrótem ich nazwy po angielsku.

Na pierwszy sygnał FRB natrafił doktorant David Narkevic, który na polecenie swego promotora Duncana Lorimera z Uniwersytetu Zachodniej Wirginii przekopywał się przez archiwalne zapisy australijskiego radioteleskopu Parkes. Szukali sygnałów od nietypowych pulsarów, ale niespodziewanie znaleźli mocny, krótki i zagadkowy „szum” radiowy, który został zarejestrowany w 2001 r. Był kakofonią najróżniejszych częstotliwości i urwał się po zaledwie 5 milisekundach.

Duncan Lorimer zrelacjonował odkrycie w 2007 r. w „Science”, sugerując, że być może jest to radiowe echo jakiegoś całkiem nowego zjawiska, zapewne jakiegoś kosmicznego kataklizmu. Ale mając tylko jeden przypadek, trudno było coś pewnego ustalić.

Sytuacja zmieniła się w 2011 r., kiedy inny astronom znalazł drugi podobny milisekundowy sygnał radiowy, także w archiwalnych zapiskach radioteleskopu Parkes. Dwa lata później w archiwach natrafiono na kolejne cztery. A dzisiaj znamy już 11 tego typu sygnałów z kosmosu – 10 z nich zarejestrowało obserwatorium Parkesa, a jeden – radioteleskop w Arecibo w Portoryko.

Jeden z ostatnich sygnałów udało się usłyszeć na żywo w zeszłym roku – astronomowie z Parkes natychmiast dali o nim znać innym obserwatoriom na świecie, które w ciągu kilku godzin skierowały teleskopy w miejsce na niebie, skąd nadszedł sygnał, ale… niczego tam nie dostrzeżono. Żadnej galaktyki, żadnego rozbłysku, żadnego śladu kataklizmu.

Najciekawszą cechę tych zagadkowych sygnałów znaleźli jednak ostatnio trzej badacze – Michael Hippke z Instytutu Analizy Danych w Neukirchen-Vluyn w Niemczech, Wilfried Domainko z Instytutu Maxa Plancka w Heidelbergu oraz John Learned z Uniwersytetu Hawajów. Chcieli oni sprawdzić, czy można te sygnały jakoś pogrupować na podstawie szerokości dyspersji, a więc domniemanej odległości od Ziemi. Niespodziewanie okazało się, że dyspersje sygnałów są ze sobą powiązane, i to bardzo prostą regułą. Mianowicie ich stosunki są wielokrotnością liczby 187,5!

Ten fakt wprawił naukowców w zdumienie. Jak wyliczono, szansa na to, by te wartości przypadkowo ułożyły się w ten sposób, wynosi jak 5 do 10 000. To więc raczej nie jest przypadek, ale na razie nikt nie ma pojęcia, skąd się bierze taki wzór. Może więc jesteśmy na tropie kosmitów albo – co jednak bardziej prawdopodobne – nowego zjawiska astrofizycznego.

7. Peryty. Obcy pasażer z… kuchenki mikrofalowej

Czasem wyjaśnienie zagadki okazuje się banalne, tak jak to było niedawno z perytami. Tak zostały nazwane dziwne sygnały radiowe, które odbierał radioteleskop w australijskim Parkes. Ich źródłem okazały się dwie kuchenki mikrofalowe używane na terenie obserwatorium. Trzeba jednak powiedzieć, że od początku podejrzewano, że peryty nie pochodzą z kosmosu. Na ich ziemskie pochodzenie wskazywało to, że radioteleskop rejestrował je tylko w godzinach pracy biurowej, prawie nie pojawiały się w weekendy. Kropkę nad i postawił eksperyment. Podczas rutynowej przerwy w nasłuchu kosmosu naukowcy ustawiali czaszę radioteleskopu pod różnymi kątami i w tym samym czasie włączali kuchenki. Okazało się, że w czasie normalnej pracy kuchenek żaden sygnał z nich nie ucieka, radioteleskop niczego nie rejestruje. Dopiero gdy drzwi od kuchenki zostają otwarte, zanim zakończy ona pracę, radioteleskop odbiera krótki – 250-milisekundowy – sygnał o częstotliwości ok. 1,4 GHz.

Zobacz także

toNajgorętsze

wyborcza.pl

 

Na watykańskim synodzie polscy biskupi odwracają się od rodziny

Katarzyna Wiśniewska, 16.10.2015

Synod

Synod (MAX ROSSI / REUTERS)

Polscy biskupi na watykańskim synodzie chcieli – jak zapowiadano – „umacniać rodzinę”. W praktyce dostaliśmy listę grzechów i zakazów dla współczesnej rodziny.

Na tle biskupów z zagranicy głos abp. Stanisława Gądeckiego zabrzmiał szczególnie ostro. Jego zdaniem „zgoda, aby do Komunii Świętej przystępowały osoby, które nie są w stanie łaski sakramentalnej, mogłaby spowodować ogromne szkody nie tylko w duszpasterstwie rodzin, ale również w doktrynie Kościoła o łasce uświęcającej”.

Przewodniczący Episkopatu zastrzegał przy tym, że „Kościół musi – w duchu miłosierdzia – pomagać rozwiedzionym, aby nie uważali się oni za odłączonych od Kościoła”.

Obawiam się, że abp Gądecki jest mało przekonujący w zapewnieniach o trosce Kościoła nad rozwiedzionymi. To raczej łaskawa zachęta do pokuty – za to, że życie rozwodników potoczyło się tak, a nie inaczej (często nie z ich winy), a nie prawdziwe zaproszenie do udziału w życiu Kościoła. Może dziwić, że abp Gądecki nazwał „fałszywym sentymentem” wyciąganie ręki do osób, które żyją w związkach niesakramentalnych. Bo dlaczego karę pozbawienia komunii ma odbywać np. kobieta katoliczka porzucona (z kilkorgiem dzieci) przez męża, jeśli ułożyła sobie życie z innym mężczyzną i tworzą szczęśliwą nową rodzinę?

Tuż przed synodem abp Gądecki stwierdził, że „złagodzenie dyscypliny Kościoła ugodziłoby bezpośrednio w wiernych, którzy przez modlitwę i przebaczenie czekają na powrót niewiernego małżonka”.

Zachęcanie rozwiedzionych, by czekali na „powrót niewiernego małżonka”, brzmi dość naiwnie, a dla osób które wiedzą, że ich związek małżeński skończył się bezpowrotnie, takie słowa są na granicy drwiny.

Równie twardo mówił na synodzie abp Henryk Hoser o antykoncepcji – że ma „bardzo poważne konsekwencje duchowe i psychologiczne”. Abp Hoser stwierdził, że Kościół nie może zaakceptować antykoncepcji, gdyż oddziela ona „siłę jednoczącą aktu małżeńskiego od przekazywania życia, a więc oddzielenie ludzkiej płciowości od płodności”. A stosującym antykoncepcję zarzucił „subiektywizację sumienia”.

Życie rodzinne w oczach abp. Hosera jest schematyczne: albo rodzi się dzieci ku chwale Bożej, albo się grzeszy (bo się ich nie rodzi tak ustawicznie). A przecież już od II Soboru Watykańskiego w Kościele na świecie trwa dyskusja, czy zezwolić na antykoncepcję w szczególnych przypadkach – chodzi np. o pary małżeńskie, które już mają dzieci i z różnych względów więcej ich mieć nie chcą. Mogą być to względy zdrowotne, ale też finansowe.

Co ciekawe, także sam papież dostrzega te niuanse. Wystarczy przypomnieć jego wypowiedź, która zbulwersowała rodzimych ultrakatolików, że ludzie, „aby być dobrymi katolikami, nie muszą być jak króliki” i „mogą zaplanować liczbę dzieci”. Franciszek dał przykład kobiety która urodziła siedmioro dzieci przez cesarskie cięcie. I stwierdził, że ósma ciąża to w tym przypadku „nieodpowiedzialność”. Dziwne, że abp Hoser nie zarzucił wtedy „subiektywizacji sumienia” papieżowi.

Mam wrażenie, że Kościół coraz bardziej odwraca się od społeczeństwa, które radykalnie się zmienia. Antykoncepcję – czy to się biskupom podoba czy nie – stosują także katolicy. A co trzecie małżeństwo się rozpada. Jeśli Kościół nie będzie wychodził do ludzi, którzy nie żyją wedle katechizmowych szablonów, straci zaufanie tych, którzy mimo życiowych trudności czują się katolikami.

Wystąpienia polskich biskupów na Synodzie wcale nie pomogły obronie rodziny, a jedynie pogłębiły mur między nią a Kościołem.

Zobacz także

polscyBiskupiOdwracają

wyborcza.pl

 

Antoni Macierewicz planuje zmiany w polskiej armii: Dowództwo do wymiany

Paweł Wroński, 16.10.2015

Poseł PiS Antoni Macierewicz i kandydat Zjednoczonej Prawicy na szefa MON Jarosław Gowin wczoraj w Warszawie przed dyskusją o przyszłości polskiego programu obronnego

Poseł PiS Antoni Macierewicz i kandydat Zjednoczonej Prawicy na szefa MON Jarosław Gowin wczoraj w Warszawie przed dyskusją o przyszłości polskiego programu obronnego (SŁAWOMIR KAMIŃSKI)

„Uporządkowanie systemu dowodzenia”, czyli zmiany na najwyższych szczeblach armii, zapowiedział wczoraj wiceprezes PiS Antoni Macierewicz. Stwierdził też, że „nie uciekniemy” od sprawy „korupcji w programach zbrojeniowych”.

Antoni Macierewicz pojawił się na dyskusji o przyszłości polskiego programu obronnego zorganizowanej przez „Gazetę Polską”.

Najważniejszym uczestnikiem debaty miał być Jarosław Gowin, który kilka dni temu został przedstawiony jako kandydat na szefa MON w rządzie PiS. Ale to Macierewicz, który zaprezentował się jako „poseł komisji obrony czerpiący z doświadczenia byłego sekretarza stanu w MON” całkowicie ukradł mu show.

I to on przedstawił swoją wizję zmian w MON jako koncepcję PiS.

Szef Sztabu Generalnego najwyższym dowódcą

Jej trzonem ma być całkowity odwrót od zmiany systemu dowodzenia, którą przeprowadził prezydent Bronisław Komorowski. – Bo wprowadza w siłach zbrojnych chaos i jest niekonstytucyjna, w tej sprawie PiS złożył wniosek do Trybunału Konstytucyjnego – argumentował. Chodzi o przeprowadzoną przez Sejm i rząd w 2014 r. redukcję dowództw z siedmiu do dwóch oraz uczynienie ze Sztabu Generalnego „jednostki planistycznej”. Macierewicz nie zdradził, jak chce tę reformę odwrócić. Stwierdził, że chodzi o „przywrócenie miana pierwszego żołnierza szefowi Sztabu Generalnego”. Powrót do starego systemu oznacza zmiany na wszystkich stanowiskach dowódczych, na których obowiązuje trzyletnia kadencja.

Macierewicz ostrzegł też, że „nie ucieknie się od sprawy korupcji i zorganizowanej przestępczości w programach zbrojeniowych”, które jego zdaniem są skutkiem ograniczenia roli Służby Kontrwywiadu Wojskowego. O jaką „korupcję” chodzi, nie powiedział.

Wskazał także pozytywy, bo „dzięki naciskowi PiS” i „realizacji programu premiera Jarosława Kaczyńskiego oraz prezydenta Lecha Kaczyńskiego” w Polsce powstaną bazy sprzętu armii USA, ale – dodał – celem jest stworzenie wspólnych polsko-amerykańskich baz. Przypomnijmy, że utworzenie baz magazynowych to efekt szczytu NATO w Newport w 2014 r., w którym uczestniczył Bronisław Komorowski, a następnie rozmów ministra Tomasza Siemoniaka w USA.

Wszystko kupi Agencja ds. Uzbrojenia

Poseł PiS Marek Jach krytykował, że program modernizacji sił zbrojnych jest „chaotyczny i nieprzejrzysty”. – Żaden kluczowy przetarg nie został rozstrzygnięty, a we wszystkich są opóźnienia – stwierdził. Bo resort obrony według jego opinii nie ma skutecznej instytucji przeprowadzania przetargu i nie dostrzega roli polskiego przemysłu obronnego. Zaproponował stworzenie Agencji ds. Uzbrojenia, która zajęłaby się dostawami uzbrojenia, eksploatacją, utylizacją sprzętu, ale także pracami badawczo-rozwojowymi. W radzie nadzorczej agencji znaleźliby się przedstawiciele MON, Ministerstwa Gospodarki i Ministerstwa Skarbu. Podlegałaby bezpośrednio premierowi.

Jarosław Gowin poparł utworzenie agencji. Jako przykład upadku wskazał najniższy eksport polskiego uzbrojenia od lat i tylko 3 mln zł zysku Polskiej Grupy Zbrojeniowej.

Atak na Caracala

W tle cały czas pozostawała sprawa przetargu na śmigłowce Caracal produkcji Airbusa, które obecny rząd wybrał w maju do dalszego postępowania przetargowego. W spotkaniu brał zresztą udział Krzysztof Krystowski, szef PZL-Świdnik. Jego zakład należy do firmy AgustaWestland, która oferowała Polsce konkurencyjny śmigłowiec AW-147, ale zdaniem MON konstrukcja nie spełniła wymagań.

Według Macierewicza Francuzi chcą sprzedać „najstarszą konstrukcję”, choć sami używają śmigłowców nowszych typów (francuska armia wykorzystuje i zamawia caracale).

Wtórował mu Jarosław Gowin, który mówił, że Polska stosuje formułę otwartych przetargów, a np. Francja 92 proc. zakupów lokuje we własnym przemyśle obronnym.

Dyrektor Krystowski argumentował, że polski przemysł obronny ma się czym pochwalić, a jego możliwości są niewykorzystane.

Posłowie PiS Gowin i Jach zaapelowali do obecnego rządu, by wobec nieprzejrzystości przetargów i wielu wątpliwości „do końca urzędowania nie podejmował decyzji, które mogłyby rodzić zobowiązania dla rządu następnego”.

Zobacz także

macierewiczDowództwo

wyborcza.pl

Reklamy

%d blogerów lubi to: