Debata (15.10.2015)

 

zamachowskiNieJesteśmy

Zamachowski: Nie jesteśmy w stanie się dogadać w tym kraju. Mój syn zlekceważył…

Przedwyborczy hejt wobec Olgi Tokarczuk

Magda Piekarska, 15.10.2015
Olga Tokarczuk

Olga Tokarczuk (Fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta)

„Wymyśliliśmy historię Polski jako kraju tolerancyjnego, otwartego, jako kraju, który nie splamił się niczym złym w stosunku do swoich mniejszości. Tymczasem robiliśmy straszne rzeczy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów”. To fragment wypowiedzi Olgi Tokarczuk dla TVP nagranej tuż po odebraniu przez nią Nike.
Pisarkę natychmiast zaatakowały prawicowe portale, oskarżając o zdradę narodową, strasząc sądem za szkalowanie Polaków i radząc wyprowadzkę z kraju. Fala nienawiści szybko przeniosła się na Facebook – na profil Tokarczuk. Wśród tysięcy komentarzy były wulgarne obelgi, a także groźby: „zabijemy cię”. Właściciel kantoru w Nowej Rudzie wymienił nazwę wsi, w której mieszka pisarka, i zaproponował, żeby się tam wybrać.

Fali hejtu w sieci nie da się zatrzymać. Ale to nie znaczy, że hejter jest bezkarny, można go ścigać za naruszenie dóbr osobistych albo – z kodeksu karnego – jeśli w grę wchodzą groźby. Pisarka przekazała pełnomocnictwo kancelarii, która od wtorku kieruje do administratorów portali wnioski o usunięcie obelżywych wpisów, a z częścią ich autorów prawnicy spotkają się w sądzie.

Jestem przekonana, że cytowana wypowiedź jeszcze rok temu nie spotkałaby się z tak intensywną i agresywną reakcją. Atak na Tokarczuk niebezpiecznie rymuje się z atmosferą w sieci, jaka w mgnieniu oka powstaje wokół każdej wzmianki o uchodźcach. Gorzej, że w przedwyborczej histerii podsycanej przez prawicowych polityków – straszących zarazą, jaką mają przynieść do Polski uchodźcy i nawołujących do zwierania szyków w obronie „narodowych wartości” – głos nienawistników pleni się z coraz większą siłą. Nie tylko w internecie – przyjazd na marsz „w obronie niepodległej Polski” 11 listopada do Wrocławia zapowiada 10 tys. skrajnych nacjonalistów.

Hejterzy, którzy wulgarnie atakują Tokarczuk, zdają się nie zauważać, że ich postawa potwierdza diagnozę postawioną przez pisarkę. Resztki mitu o tradycyjnie tolerancyjnej Polsce rozpadają się na naszych oczach.

– W telewizyjnej wypowiedzi mówiłam nie o sytuacji w Polsce, ale o mojej książce – tłumaczy Tokarczuk. – Zaskoczyło mnie, że natychmiast przeniesiono moje słowa w inny kontekst, ale to tylko potwierdza, że tak naprawdę nic się nie zmieniło. W „Księgach Jakubowych” pokazuję, co się kryło pod podszewką wizerunku tolerancyjnej XVIII-wiecznej Polski: ksenofobię, zamknięcie, wrogość do wszystkiego, co obce. I ta ocena wciąż jest aktualna.

W imię jedynie słusznej narracji wypowiedź w gruncie rzeczy neutralną, upominającą się o uwzględnienie w historii Polski wymazywanych z niej przez lata rozdziałów, potraktowano jako zamach na najważniejsze wartości. Hejterzy pewnie o tym nie wiedzą, ale ta historia już jest uzupełniana – przez historyków, publicystów, w teatrze i literaturze.

Prezes PiS Jarosław Kaczyński mówił przedwczoraj: „Akcja obrażania Polaków ma ogromną, można powiedzieć, globalną skalę”. To kompletne nieporozumienie. Miarą dojrzałości narodu i siły jego kultury jest umiejętność spojrzenia na własną przeszłość z dystansem. Oprócz przyznania sobie prawa do dziedziczenia dumy ze zwycięstw i traum po porażkach także branie współodpowiedzialności za krzywdy, które wyrządziliśmy innym. Nowoczesną tożsamość narodową buduje się, pisząc historię bez białych plam, a nie zamiatając pod dywan wszystko, co niewygodne.

Zobacz także

pisarceGrożą

wyborcza.pl

Jaką tradycję reprezentuje PiS?

Wojciech Maziarski, 15.10.2015
Jarosław Kaczyński

Jarosław Kaczyński (Fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta)

Jarosław Kaczyński usiłuje się zaprezentować jako „konserwatysta” i człowiek głęboko przywiązany do polskiej tradycji narodowej. „Tradycja jest czymś niesłychanie ważnym nawet w tych społeczeństwach, które wydają się od niej w wysokim stopniu uwolnione” – mówił w tym tygodniu na spotkaniu przedwyborczym.
Świetnie. Tylko o który nurt polskiej tradycji chodzi? Przecież każdy naród i każda kultura ma wiele odgałęzień i równoległych strumieni często pozostających ze sobą w sporze. Dobrze by było wiedzieć, w którym korycie popłyniemy, jeśli na przykład PiS wygra wybory.

Na szczęście nie jesteśmy skazani na spekulacje i domysły, bo inne słowa Prezesa Tysiąclecia przynoszą dość jasną odpowiedź na to pytanie.

Przede wszystkim chodzi o tradycję symbiozy państwa i Kościoła. „Czy wiedzą państwo, jak zaczynają się obrady Izby Gmin? W Anglii, kraju właściwie całkowicie zlaicyzowanym?” – pytał Kaczyński w tym tygodniu wyborców. I sam zaraz udzielał odpowiedzi: „Zaczynają się od modlitwy. Nie wiem, ilu spośród przeszło 600 posłanek i posłów do Izby Gmin to osoby wierzące. Ale jest tradycja”.

Jeśli dorzucimy do tego coroczne występy Prezesa na murach Częstochowy podczas radiomaryjnych pielgrzymek i nieoficjalne doniesienia o PiS-owskich planach nadania religii statusu przedmiotu maturalnego, mamy dość klarowną odpowiedź, o jaką tradycję chodzi. Na pewno nie jest to antyklerykalna tradycja polskiego oświecenia ani prądów socjalistycznych i liberalnych w XIX i XX w. Temu nurtowi polskiej tradycji, który promuje Jarosław Kaczyński, nie patronują ani reformatorzy epoki Sejmu Czteroletniego, ani Józef Piłsudski.

To już sporo wiemy. Ale nie wszystko. We wtorek bowiem Prezes Tysiąclecia raczył wzbogacić swój przekaz o kolejny cenny element. Ujawnił mianowicie, co myśli o muzułmanach: roznoszą choroby i pasożyty. To bardzo wyraźny trop i nawiązanie do tego sposobu myślenia o polskości i o innych kulturach, który dla Żydów rezerwuje wdzięczny termin „parchy”. Całe pokolenia ludzi wychowanych w tym nurcie polskiej tradycji narodowej drżały ze strachu, że zarażą się od innowierców parchami, czyli chorobą owłosionej skóry głowy. Dziś to schorzenie nazywamy grzybicą woszczynową.

Niektórzy przedstawiciele tego odłamu polskiej tradycji tak bardzo się bali parchów, że spalili nosicieli tego groźnego schorzenia w stodole w Jedwabnem, a Gabriela Narutowicza zastrzelili w Zachęcie, żeby nie roznosił grzyba po warszawskich salonach.

By uniknąć nieporozumień, muszę tu dodać, że oczywiście nie twierdzę, iż po ewentualnym objęciu władzy Jarosław Kaczyński będzie strzelać do kulturowo i ideologicznie nam obcych nosicieli pasożytów czy organizować ich pogromy. Prezes Tysiąclecia jako subtelny intelektualista o wyrafinowanym umyśle i elektryzującej osobowości jedynie wypowiada słowa zawierające przenikliwą diagnozę rzeczywistości, w której żyjemy.

Podobnie zresztą czynili jego poprzednicy. Potem, w czasie pogrzebu Narutowicza, lali krokodyle łzy i apelowali: „Ciszej nad tą trumną!”.

prezesTysiąclecia

wyborcza.pl

Starcie Adama Bielana z Marzeną Wróbel w Radomiu

Magdalena Ciepielak, współpraca mar, 15.10.2015
Adam Bielan, Marzena Wróbel, Krzysztof Sońta

Adam Bielan, Marzena Wróbel, Krzysztof Sońta (Fot. Paweł Małecki, Andrzej Michalik / Agencja Gazeta)

Wśród kandydatów, którzy walczą tam o senatorski mandat, aż troje to byli posłowie PiS. Prześcigają się w dowodzeniu, kto jest większym PiS-owcem.
Kandydatem PiS w Radomiu na senatora jest Adam Bielan, niegdyś główny spin doktor tej partii, jej poseł i europoseł. Potem „zdradził” Kaczyńskiego i założył partię Polska Jest Najważniejsza, która okazała się niewypałem. Teraz Bielan przystał do Polski Razem Jarosława Gowina, która współtworzy z PiS Zjednoczoną Prawicę.

By zrobić mu miejsce, dotychczasowy senator PiS z Radomia (przez dwie kadencje) Wojciech Skurkiewicz musiał się przenieść na listę do Sejmu.

Konkurentami Bielana jest dwoje byłych radomskich posłów PiS – Marzena Wróbel i Krzysztof Sońta.

Wypychanie Sońty

Sońta był posłem PiS, ale do partii nie należy. Działa w lokalnym stowarzyszeniu Wspólnota Samorządowa, które w Radomiu od lat było w koalicji z PiS.

Założył swój komitet, gdy się dowiedział, że Marek Suski nie wpisał go na listę PiS do Sejmu.

Kilka miesięcy temu dwaj działacze WS, którzy weszli do rady miejskiej z list PiS, opuścili klub. Według Suskiego było to zerwanie umowy bez wypowiedzenia. Zarzucał on też Sońcie, że przychodził na sesje rady miejskiej i krytykował PiS.

Gdy Sońta ogłosił start z własnego komitetu, został zawieszony w klubie sejmowym PiS. – Start przeciwko kandydatowi Zjednoczonej Prawicy jest szkodliwą działalnością – komentował Suski. – To poseł Suski uprawia polityczną gangsterkę – odpowiadał Sońta. I zapowiedział, że do wyborów do Senatu idzie z… programem PiS, bo ten jest dla Polski najlepszy.

W wywiadzie dla „Wyborczej” mówił, że gdyby pozycja Suskiego była silna, toby nie pozwolił na wystawienie kandydata spoza Radomia. – Bielan sprawował przez pięć lat mandat europosła z naszego okręgu. Nie przypominam sobie, aby choć raz pojawił się w Radomiu – oceniał Sońta. I dwa dni temu zaapelował, aby Bielan zrezygnował z kandydowania.

Bielan natychmiast odpowiedział: – W 2009 r. pokonałem m.in. pana Sońtę, zdobywając 13 razy więcej głosów od niego w wyborach europejskich właśnie z Mazowsza. Doskonale znam realia regionu i jego problemy. Zostałem wybrany na najaktywniejszego polskiego europosła minionej kadencji.

W ubiegłym tygodniu prawicowy tygodnik „wSieci” wsparł Bielana i napisał, że do PiS dotarł list, z którego miało wynikać, że „kwestie majątkowe Sońty budzą w Radomiu duże wątpliwości”. Z oświadczenia majątkowego wynika, że jest właścicielem lub współwłaścicielem 38 działek, domu i dwóch mieszkań. „Niepokój lokalnych środowisk wzbudza również tajemnicza pożyczka 380 tys. zł pochodząca od osoby cywilnoprawnej” – czytamy w „wSieci”. – To czarny PR przeciwników politycznych. Oświadczenia majątkowe są badane przez odpowiednie służby. Dorobiłem się wszystkiego pracą – odpowiada Sońta.

Wróbel: Mam PiS-owską twarz

W szranki z Bielanem i Sońtą staje Marzena Wróbel. Zaczynała jako posłanka PiS, potem przeszła do klubu Solidarna Polska Zbigniewa Ziobry, ostatnio jest niezrzeszona.

Suski oceniał publicznie, że szkodzi prawicy i głosy oddane na nią i Sońtę to głosy zmarnowane.

– Nadal jestem rozpoznawana jako osoba ideowo związana z PiS, mam dobrą PiS-owską twarz. I jestem bardziej prawicowa niż niejeden działacz tej partii – odpowiada Wróbel.

Przypomina, że przeprowadziła przez Sejm ustawę o represjonowanych, dzięki której ponad 10 tys. osób dostało odszkodowania, a najwyższe sumy sąd orzekał właśnie w Radomiu. – Znalazłam się w niełasce central partyjnych, bo stawałam po stronie ludzi. Na przykład gdy w Radomiu władze PiS chciały likwidacji placówek oświatowych, stanęłam po stronie szkolnych społeczności. Od początku PiS wiedział, że wystartuję do Senatu, więc to nie ja wchodzę w drogę Bielanowi, tylko on mnie – podkreśla.

Bielan: – Pani Wróbel znowu chce zaszkodzić PiS, tak jak w wyborach na prezydenta Radomia, kiedy walnie przyczyniła się do tego, że wygrała PO. W wyborach do Senatu ta szkodliwość kandydatów, którzy pomagają Platformie, jest jeszcze większa, bo nie ma drugiej tury. W 2011 r. 94 mandaty senackie ze 100 zdobyły PO i PiS, zatem każdy głos, który nie pada na PiS w tych wyborach, pomaga zwyciężyć Platformie. Polityka to gra zespołowa, a pani Wróbel nie jest dziś częścią żadnego zespołu. Jestem kandydatem całego obozu Zjednoczonej Prawicy i jedynym kandydatem PiS do Senatu.

Zapowiada się zacięta walka, zwłaszcza że głosy prawicowego elektoratu rozłożą się jeszcze na innych kandydatów. Z listy Kukiz’15 startuje były poseł i eurodeputowany Dariusz Grabowski, który należał już do ROP, PSL, LPR, Naprzód Polsko, Libertas, KNP i KORWiN.

Kandydatem Kongresu Nowej Prawicy jest Waldemar Rajca, dziennikarz z Radomia.

Zjednoczona Lewica w Radomiu nikogo do Senatu nie wystawia, podobnie jak PSL, który popiera kandydata Platformy Wojciecha Gęsiaka, architekta, prezydenta Radomia na początku lat 90.

Zobacz także

aleStarcie

wyborcza.pl

SIERAKOWSKI: DLACZEGO POPIERAM RAZEM Z NOWACKĄ

SŁAWOMIR SIERAKOWSKI, 14.10.2015

Zbliżają się wybory, a lewicowy wyborca może narzekać na… kryzys urodzaju.

Choć ogólne poparcie dla lewicowych kandydatów i kandydatek wciąż jest niskie, to po raz pierwszy zamiast „mniejszego zła” może wybrać „większe dobro”. Doszło bowiem do dwóch pozytywnych zmian na lewicy.

 

Powstała lewicowa od A do Z partia Razem, której nie można odmówić ani lewicowości ani prężności. A że jeszcze nie rządzi w sondażach, to nie świadczy o niej źle, tylko o sferze publicznej, która ukształtowana jest raczej patologicznie. Dominują partie będące wydmuszkami instytucjonalnymi, z fikcyjnymi think-tankami, zerowym zaangażowaniem społecznym. 95% polityków to puste głowy. 95% polityki odbywa się w telewizjach. 95% wypowiedzi dotyczy innych polityków i jest całkowicie przewidywalna. 95% Polaków to wie, podobnie jak 95% dziennikarzy i… 95% samych polityków. Sloterdijkowski cynizm, Houellebecqowska atomizacja i Żiżkowska postpolityka tłumaczą ten stan w 95 procentach.

 

Pole manewru to właśnie te pozostałe 5%, co wyjaśnia antypartyjny wybór działania Krytyki Politycznej i walkę z cynizmem, postpolityką i atomizacją społeczną. Na tle tych 5% dotychczasowe osiągnięcia Razem wyglądają bardzo dobrze. Być może wyjście poza ten skrawek pola politycznego będzie wymagało jakichś kompromisów, ale o tym decydować będą już sami działacze i działaczki Razem.

 

Drugą poważną zmianą jest wybicie się na szpicę masy upadłościowej po Twoim Ruchu, SLD i kilku innych partii Barbary Nowackiej, Kazimiery Szczuki, Adama Ostolskiego i paru innych osób. Bez nich SLD i Twój Ruch prawie na pewno nie weszłyby do Sejmu. Gdyby miało być inaczej, Leszek Miller i Janusz Palikot kontynuowaliby swoją dotychczasową linię „psa ogrodnika”. Wysokie prawdopodobieństwo, że Nowacka, Szczuka i kilka innych osób, które gwarantują zarówno jakość, jak i konsekwencję programową, wejdą do Sejmu, to bardzo dużo w porównaniu z tym, z czym mieliśmy do czynienia wcześniej. Jeśli wobec Ewy Kopacz i Beaty Szydło lewica wystawia dziś jako kandydatkę na premierkę Barbarę Nowacką, to jest to fakt nie do zlekceważenia.

 

Gdyby w tej sytuacji zapytano mnie, czy popieram Razem, bez wahania odpowiedziałbym, że tak. Gdyby zapytano, na kogo będę głosował, odpowiedziałbym, że na Nowacką.

 

Gdybym miał odpowiedzieć na pytanie, na kogo radzę głosować, powiedziałbym, że tam, gdzie znacie kandydatkę/a i Wam ona/on najbardziej odpowiada, głosujcie na nią/niego, a jeśli nie znacie nikogo takiego w swoim okręgu, głosujcie na Razem.

 

Przypuszczam, że w Krytyce Politycznej to spektrum wyboru będzie nawet szersze, bo poza tym, że część z nas będzie głosowała na Razem, a część na Nowacką, Szczukę, Ostolskiego, Erbel i innych, znajdą się i tacy, którzy uznają, że najważniejsze to zatrzymać PiS, i oddadzą głos na PO. Uważam wszystkie te wybory za racjonalne. Osiem lat PO to modernizacja głównie techniczna według najprostszych szklano-betonowych wzorców i zaledwie kilka poważniejszych zmian w prawie, poza tym tchórzostwo prawie we wszystkim, co mogłoby nie spodobać się wyborcom, w szczególności prawicowym. Tym niemniej jest to wciąż o niebo lepsza opcja niż posmoleńskie Prawo i Sprawiedliwość, przy którym IV Rzeczpospolita z lat 2005-2007, z Radkiem Sikorskim, Stefanem Mellerem, Pawłem Zalewskim i Tomaszem Mertą, to najlżejszy wymiar kary dla nas, zdrajców narodu.

 

Domyślam się, że mój wyraz sympatii do obu stron zaangażowanych na lewicy nie spodoba się żadnej. Ale gdybyśmy się chcieli podobać politykom i wyborcom, nie zakładalibyśmy Krytyki Politycznej, tylko partię.

 

sierakowskiDlaczego

**Dziennik Opinii nr 287/2015 (1071)

 

Koterie za Spiżową Bramą

Tomasz Bielecki, 15.10.2015

Papież Franciszek w drodze na wczorajsze spotkanie z wiernymi na pl. Świętego Piotra

Papież Franciszek w drodze na wczorajsze spotkanie z wiernymi na pl. Świętego Piotra (GREGORIO BORGIA/AP)

Papież przeprasza za skandale w Rzymie i Watykanie, ale nie wiadomo za które. Było ich kilka.

– Chciałbym w imieniu Kościoła prosić was o przebaczenie za skandale, które w ostatnim czasie wybuchły tak w Rzymie, jak i w Watykanie. Proszę was o przebaczenie – powiedział Franciszek na początku środowego spotkania z wiernymi na placu Świętego Piotra. To tak ogólne sformułowanie, że watykański rzecznik ks. Federico Lombardi musiał potem klarować Włochom, iż papież przepraszał za „ludzi Kościoła”, a nie za rzymskiego burmistrza Ignazia Marino. Ten podał się przed paroma dniami do dymisji wskutek błędów w zarządzaniu Wiecznym Miastem (rzymianie latem zaczęli sprzątać miasto w czynach społecznych, bo służby miejskie zupełnie nawaliły) oraz serii czasem dziwacznych wpadek. W tym po publicznej deklaracji burmistrza, że Franciszek zaprosił go do USA na czas swej amerykańskiej podróży, czemu z kolei papież osobiście i zaskakująco stanowczo zaprzeczał.

– Marino się wkopał. Nikt go nie zapraszał! Chciał wykorzystać tę sytuację [ze względów politycznych], co wprowadza Numer Jeden we wściekłość. Papież był wściekły! – tłumaczył watykański hierarcha abp Vicenzo Paglia dziennikarzowi, który w wyemitowanej przez radio rozmowie telefonicznej podszył się pod…premiera Mattea Renziego. Renzi zmusił Marina do dymisji, choć miarka przebrała się nie tyle z powodu konfliktu z Watykanem, ile raczej z racji płacenia służbową kartą w restauracjach za kolacje z żoną, co wyszło na jaw w zeszłym tygodniu.

O czym konkretnie myślał zatem Franciszek, przepraszając na placu św. Piotra? – Na audiencje przychodzą zwykli ludzie, którzy czasem są zaniepokojeni różnymi informacjami. Dlatego papież przepraszał – wyjaśniał rzecznik Lombardi.

Z polskiego punktu widzenia wydawałoby się, że papieżowi musi chodzić o niedawny coming out księdza Krzysztofa Charamsy, teologa z Kongregacji Nauki Wiary (już zwolnionego), który w przededniu inauguracji synodu o rodzinie przedstawił swego homoseksualnego partnera z Katalonii. Może i Franciszek myślał m.in. o Charamsie, ale w samym Rzymie ta sprawa już dość mocno przycichła. Natomiast włoska stolica żyje teraz – opisanym przez „Corriere della Sera” – domniemanym skandalem w karmelitańskiej parafii św. Teresy z Avila. Grupa parafian w liście do władz kościelnych zarzuciła księdzu z kurii karmelitów bosych, jakoby nagminnie korzystał z usług męskich prostytutek najmowanych w Ogrodach Borghese, a jego przełożeni mieli na to nie reagować. Karmelici zaprzeczają.

Gdy wybuchła sprawa Charamsy, Polakowi zarzucano próbę wpłynięcia na obrady synodu o rodzinie, w tym o płciowości. Ale od tego czasu na synodzie, gdzie dyskutuje się m.in. o złagodzeniu zakazu komunii dla rozwodników w ponownych związkach, zdążyły się pojawić nowe i poważniejsze burze. Otóż włoski watykanista Sandro Magister, mało przychylny Franciszkowi, opublikował w tym tygodniu skierowany do papieża „list 13 kardynałów” podszyty obawami, że wyniki synodu zostaną zmanipulowane przez skrzydło postępowych hierarchów.

Jednak aż czterech z sygnatariuszy, których wymienił Magister, zaprzeczyło, że podpisało się pod takim listem. Natomiast dwóch kardynałów przyznało, że podpisało list, ale przeciek poważnie zniekształca jego treść. Z kolei oburzony szef Kongregacji Nauki Wiary kardynał Gerhard Müller (domniemany sygnatariusz) porównał publikację tego prywatnego listu do skandalu Vatileaks z końcówki pontyfikatu Benedykta XVI, gdy prasa opisywała dokumenty wykradane z biurka papieża przez jego kamerdynera.

Afera Vatileaks była wedle powszechnej opinii we Włoszech narzędziem w walce watykańskich koterii, co zdaniem wielu watykanistów stało się jedną z przyczyn abdykacji Benedykta XVI – nie czuł się na siłach, by uzdrowić kurię rzymską. Znawca Watykanu Massimo Franco pisze we wczorajszym „Corriere della Sera” m.in. w kontekście „listu 13 kardynałów”, że w opinii hierarchów bliskich papieżowi obecne „odtwarzanie atmosfery Vatileaks” może być planem wrogów Franciszka skrojonym nie tylko na potrzeby synodu, ale i dla popsucia dotychczasowego dorobku jego pontyfikatu. „Nie będzie owego Vatileaks, ale ktoś chce sprawić takie wrażenie, żeby zdestabilizować pontyfikat papieża, który usiłuje robić porządki” – przekonuje Massimo Franco, cytując niewymienionego z nazwiska bliskiego współpracownika Franciszka.

Nawet jeśli włoskie spekulacje o knowaniach w Watykanie są mocno przesadzone, to obecny synod pokazuje, że tradycyjne oskarżenia wobec kościelnych „innowatorów” czy „postępowców” o wykorzystywanie mediów w promowaniu swych poglądów są bardzo jednostronne. Tym razem bowiem widać, że także konserwatywne skrzydło potrafi grać mediami i internetem. Dopiero napomnienia ze strony Watykanu skłoniły abp. Stanisława Gądeckiego do skasowania wpisów na blogu, gdzie – wbrew zasadom synodu – zamieścił francuskojęzyczne omówienie 41 wystąpień ojców synodalnych (z nazwiskami) wygłoszonych za zamkniętymi drzwiami.

Zobacz także

wyborcza.pl

 

Polemika. Odciąć PiS-owi stożek wzrostu!

Jarosław Kurski Gazeta Wyborcza, 15.10.2015

Politycy PiS w Sejmie

Politycy PiS w Sejmie (Fot. S^awomir Kamiäski / Agencja Gazeta)

Wojciech Mazowiecki w środowej „Wyborczej” proponuje koalicję przegranych przeciwko zwycięskiemu PiS, byleby tylko nie dać rządzić partii Kaczyńskiego. Ja uważam, że to przepis na piękną katastrofę.

Wojciech Mazowiecki: Anty-PiS jest koniecznością >>>

Polemizując z Mazowieckim, mam dwa powody do dyskomfortu.

Pierwszy: rozważamy scenariusz prawdopodobny, ale wysoce niepewny. Trąci to dyskusją akademicką. Lepiej byłoby przenieść te spekulacje na po wyborach. Ale skoro już…

Drugi: obaj uważamy, że mocne, większościowe rządy PiS będą dla kraju katastrofą. Zwłaszcza gdy PiS będzie w stanie zmienić konstytucję, a tym samym od nowa zbuduje instytucje państwa, które na lata obsadzi swoimi ludźmi. Niewykluczone, że wzorem Orbána zmieni też ordynację wyborczą, ułatwiając sobie przyszłe zwycięstwa. Wobec PiS obaj nie mamy złudzeń.

Mazowiecki twierdzi, że swoją pisaniną demobilizuję elektorat obozu demokratycznego. To nonsens. Nasi czytelnicy myślą samodzielnie. Publicysta nie jest od mobilizowania, tylko od analizowania.

To, co nas różni, to strategia, jak temu najgorszemu scenariuszowi zapobiec. Mazowiecki proponuje koalicję przegranych, byleby tylko nie dać rządzić partii Kaczyńskiego. To przepis na katastrofę, bo:

+ Wielopodmiotowa (PO, ZL, Nowoczesna i PSL) koalicja pt.: „anty-PiS” – to koalicja dysfunkcjonalna, słaba, swarliwa i bez przywództwa. Czy Mazowiecki ma już realnego kandydata na przyszłego premiera? (No, chyba że PO przeskoczyłaby samą siebie i zostałby nim Ryszard Petru!)

+ Słaby rząd „anty-PiS” czeka szybka erozja i dyskredytacja, zwłaszcza że będzie miał fatalne otoczenie. Nieprzyjazny prezydent, bezwzględna antysystemowa opozycja.

+ Część wyborców nie zrozumie, dlaczego rządzi koalicja przegranych, skoro wygrał PiS. Poczują się oszukani i zdradzeni przez elity, czym partia Kaczyńskiego będzie cynicznie grać.

+ Platforma, by się odbudować, musi przejść przez czyściec. Trwając u władzy, będzie coraz słabsza, bez celów, motywacji i woli walki.

Wojciech Mazowiecki myśli w horyzoncie tu i teraz, a potem się zobaczy. Zupełnie ignoruje konsekwencje rządu „anty-PiS”. A te mogą być fatalne. Taka koalicja nic nie osiągnie, nie rozwiąże żadnego z gorących problemów (np. górnictwo, prawo pracy, świadczenia zdrowotne, pułapka średniego wzrostu). Cały wysiłek będzie szedł w utrzymanie władzy – od kryzysu do kryzysu. A PiS – partia antysystemowa – będzie rósł, i nie licząc się z budżetem, będzie żądał coraz więcej, moszcząc sobie większość pod następną, tym razem bezapelacyjną wygraną.

Dopóki PiS nie skonfrontuje się z realną odpowiedzialnością, będzie odporny jak teflon, a jego gwiazda będzie rosła. Dlatego trzeba odciąć stożek wzrostu tej trującej antydemokratycznej roślinie! Niech sformują rząd mniejszościowy pod demokratyczną kontrolą większości!

Mazowiecki nie dostrzega potężnego atutu, jakim jest większościowa opozycja, która siłą swego głosu nie dopuszcza do uchwalania antydemokratycznych ustaw, do żadnych zmian ustrojowych i stoi na straży obowiązującej konstytucji. To sejmowa większość będzie stanowić rodzaj bezpiecznika, zostawiając rządowi tyle miejsca, by mógł administrować i kontrolować nadmierne szaleństwa w stylu IV RP. Niestety – bez złudzeń – pewne szkody są nieuniknione (WSI, CBA). Ale lepsze to niż PiS poza wszelką kontrolą.

W razie szaleństw i poważnego kryzysu większość zawsze może przegłosować wobec rządu PiS wotum nieufności. Wtedy dopiero można rozważyć, czy montować rząd „anty–PiS” czy iść na przyśpieszone wybory. Ale będzie to już zupełnie inna sytuacja.

Stożek wzrostu PiS zostanie odcięty.

Wybory 2015

Zobacz także

niezgadzamSię

wyborcza.pl

Strategie na debatę. Kopacz ma podkreślać sukcesy, Szydło prowokować do histerii

Renata Grochal, Agata Kondzińska, 15.10.2015

Beata Szydło, Ewa Kopacz

Beata Szydło, Ewa Kopacz (Fot. Tomasz Pietrzyk, Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Premier ma się chwalić sukcesami rządów PO, odradzać głosowanie na mniejsze partie. Szydło – rozliczać i prowokować do histerii. To strategie na poniedziałkową debatę liderek.

Do wyborów 11 dni. Poniedziałkowa debata telewizyjna premier Ewy Kopacz z kandydatką PiS na premiera Beatą Szydło będzie jednym z ważniejszych wydarzeń, bo choć wyborów raczej nie rozstrzygnie, to może wpłynąć na ich wynik.

– Albo zatrzyma trend spadkowy w sondażach, albo zakończymy kampanię poniżej 20 proc. – mówi jeden ze strategów Platformy. Dodaje, że w ostatnich sondażach różnica między PiS i PO urosła nawet do 16 pkt proc. na korzyść PiS. W zamówionym przez Platformę najnowszym sondażu PiS ma 36 proc. poparcia, PO – 23 proc. (13 pkt różnicy), Zjednoczona Lewica – 10 proc., Kukiz – 7 proc., Nowoczesna – 6 proc., a PSL – 4,5 proc.

W Platformie już prawie nikt nie wierzy w zwycięstwo. Celem partii jest odcięcie PiS drogi do samodzielnej większości w Sejmie i stworzenie sobie możliwości zbudowania wraz z innymi partiami koalicji wszystkich przeciwko PiS.

Z kolei w PiS szacują, że wygrana Szydło w debacie da partii samodzielne rządy. – Bój idzie o to, czy dostaniemy 240 czy 200 mandatów – mówi strateg kampanii PiS. Dodaje, że debata Kopacz – Szydło na nowo polaryzuje scenę polityczną i spycha na dalszy plan Zjednoczoną Lewicę i Nowoczesną, które rosną w sondażach.

Celem Kopacz podczas debaty będzie mobilizowanie wyborców PO. Premier ma przedstawić dorobek ośmiu lat rządów, pokazać, że Platforma jest partią, która zmieniła Polskę, a PiS tylko wznieca konflikty. Ma także wysłać jasny komunikat, że 16-proc. przewaga PiS nad PO oznacza samodzielne rządy PiS, czego boi się wielu centrowych i liberalnych wyborców.

– Debata to świetna okazja, żeby przebić się do Polaków z przekazem, że głosowanie na mniejsze partie to tak, jakby karp sam się prosił o przyspieszenie wigilii Bożego Narodzenia – podkreśla nasz rozmówca.

Beata Szydło ma być w debacie ofensywna. Według naszych rozmówców z PiS będzie atakować i prowokować. Zrobi wszystko, żeby wyprowadzić Kopacz z równowagi i zrobić z niej histeryczkę. Sztabowcy PiS wiedzą, że Szydło nie ma takiego doświadczenia państwowego jak Kopacz, która była ministrem zdrowia, marszałkiem Sejmu i premierem, co może dać jej przewagę.

Ale wśród platformersów są obawy, że Kopacz nie wypadnie dobrze w debacie, bo w 2007 roku Donald Tusk jako lider opozycji pokonał Jarosława Kaczyńskiego, który był wtedy premierem i miał większą wiedzę o funkcjonowaniu państwa. Jeśli Kopacz nie doceni przeciwnika, to może przegrać.

Z powodu przygotowań do debaty zarówno premier, jak i jej konkurentka ograniczą kampanijną aktywność w weekend.

Kopacz, która dotąd w weekendy jeździła w teren, będzie miała teraz nieliczne spotkania na Mazowszu. Do debaty przygotuje ją zespół z byłym spin doktorem PiS Michałem Kamińskim, dziś doradcą w kancelarii Kopacz. Kto przygotuje Szydło, w PiS nie chcą powiedzieć.

Oba sztaby układają plany na ostatni tydzień kampanii. Jeszcze dziś PO wypuści spot atakujący PiS. To ma być odpowiedź na spot partii Jarosława Kaczyńskiego pt. „Nie wpuśćmy ich do Sejmu”, który wiązał Ewę Kopacz z infoaferą, aferą Amber Gold i aferą hazardową.

Obie partie na finiszu kampanii będą mobilizować swój elektorat. Premier po poniedziałkowej debacie wyjeżdża w Polskę. Odwiedzi m.in. Małopolskę, Dolny Śląsk, województwo pomorskie i warmińsko-mazurskie. – Będziemy obecni też na zachodzie. Wyciągamy wnioski z porażki wyborczej Bronisława Komorowskiego. W wyborach prezydenckich była wielka mobilizacja na wschodzie kraju i demobilizacja na zachodzie, czyli w regionach tradycyjnie platformerskich – mówi strateg PO. Platforma zakończy kampanię w piątek – najprawdopodobniej konwencją w Warszawie. Sztab dopracowuje szczegółowy kalendarz.

Tuż przed ciszą wyborczą PO może wypuścić kolejny spot atakujący PiS, w którym przypomni najostrzejsze wypowiedzi Kaczyńskiego, Macierewicza i posłanki Pawłowicz. Spot jest gotowy, sztabowcy czekają jednak z decyzją o emisji do ostatniej chwili, by zobaczyć, jak będą wyglądały sondaże na finiszu kampanii.

W sztabie PiS ciągle ustalany jest kalendarz na ostatnie dni. Zaplanowano już konkretne spotkania, ale sztab zostawia sobie miejsce na szybką reakcję, gdyby w kraju nagle coś się wydarzyło. Jeździć ma nie tylko Beata Szydło, ale też Jarosław Kaczyński, wbrew wcześniejszym zapowiedziom, że jego wyjazdy po występach Antoniego Macierewicza w USA zostaną wstrzymane.

W PiS zwyciężyła koncepcja, że Kaczyński ma mobilizować żelazny elektorat, który może być uśpiony po zwycięstwie Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich.

Wybory 2015

Zobacz także

szydłoMaZrobić

wyborcza.pl

„Księża poczuli krew”. Kościelne występy kandydatek PiS

Anna Królak, Adam Czerwiński, Wioletta Gnacikowska, 15.10.2015

Banery z kandydatami PiS wiszą na ogrodzeniu kościoła

Banery z kandydatami PiS wiszą na ogrodzeniu kościoła (TOMASZ STAA”CZAK)

Najpierw kandydatki do parlamentu z list PiS gościły w salce katechetycznej przy kościele na Retkini. Teraz Joanna Kopcińska i Elżbieta Więcławska-Sauk występują w pomieszczeniach należących do łódzkiej archikatedry.

Występy kandydatek PiS do parlamentu w łódzkich kościołach zaczęły się na Retkini. Dwa tygodnie temu wyborczymi plakatami i ulotkami Joanny Kopcińskiej i Elżbiety Więcławskiej-Sauk oklejono kościół Najświętszego Serca Jezusowego i drzewa na placu przed wejściem.

Na ulotkach informacja „Zapraszamy na spotkanie z kandydatami do Sejmu i Senatu, z Joanną Marią Kopcińską, z Elżbietą Więcławską-Sauk. Spotkanie odbędzie się w sali obok kancelarii, przy kościele”.

– Było zezwolenie księdza proboszcza na plakaty i spotkanie – zdradziła „Wyborczej” Więcławska-Sauk. – Zresztą mówił o nim z ambony, więc wszystko jest w porządku.

Proboszcz ks. Roman Łodwig problemu nie widział, bo jak powiedział: „PiS to dobra partia”.

Kolejne spotkanie z obydwiema kandydatkami „dobrej partii” zorganizowano w salce katechetycznej przy ul. Skorupki 7, vis-a-vis katedry. I tym razem wszystko odbyło się za wiedzą i zgodą proboszcza. Ks. Ireneusz Kulesza nie tylko poprowadził spotkanie, ale dbał o frekwencję.

„Jak on muchę od trzmiela odróżnia”

Chwilę przed rozpoczęciem wszedł do salki. – Ktoś powinien stanąć w drzwiach, bo ludzie nie wiedzą, gdzie iść! – powiedział.

Zerwał się pan Krzysztof, który chwilę wcześniej głośno się martwił, że ktoś zrywa plakaty Kopcińskiej i Więcławskiej-Sauk. W biegu założył kurtkę i ruszył zwoływać pozostałych. Niewiele zdziałał, bo na spotkaniu było siedem osób, kandydatki i ksiądz.

Nim zaczęła się część oficjalna, proboszcz, Kopcińska i Więcławska-Sauk głośno rozmawiali o pogodzie. Płynnie przeskoczyli na Stefana Niesiołowskiego. – Ja nie wiem, jak on muchę od trzmiela odróżnia [Niesiołowski jest profesorem na UŁ, naukowo zajmuje się owadami – przyp. red.]. To jest chory człowiek – mówiła Więcławska-Sauk.

Proboszcz jej wtórował: – Niesiołowski jest specjalistą od kartonu kołpaków.

Wybiła godzina 18.45. Kandydatki stanęły na środku salki. Na ścianach krzyż i święte obrazy.

Zaczął gospodarz: – Szczęść Boże. Witam serdecznie wszystkich, którzy przybyli na spotkanie do sali katechetycznej. Pani Kopcińskiej i pani Więcławskiej-Sauk nie muszę przedstawiać. To łodzianki, które będą reprezentować nasz interes. Ufam, że nie tylko dziś, ale też w Sejmie i Senacie – rozpoczął ksiądz Kulesza. – Trzeba przywrócić ład, system wartości i dumę z tego, że jesteśmy Polakami. Warto o to zawalczyć! Nasze kandydatki są tego warte!

I kandydatki zaczęły przedstawiać swój program.

„Nie mamy już PRL-u. Księża nie nadążają”

O. Pawła Gużyńskiego, przeora łódzkiego klasztoru Dominikanów, polityczne spotkania w kościołach nie dziwią. – To się zdarza z mniejszym lub większym nasileniem. Teraz widać, że księża poczuli krew. Myślą pewnie, że już są w ogródku i witają się z gąską, i dlatego obniżył im się próg oporu na robienie takich rzeczy. Szkoda, bo trzeba będzie za to zapłacić. Przecież polityka rządzi się regułą koniunkturalności.

O. Gużyński zwraca uwagę, że zaangażowanie duchownych w politykę wykształciło się i było zasadne przed 1989 rokiem. – Ale przecież coś się od tamtego czasu zmieniło – mówi duchowny. – Nie mamy już PRL-u, tylko demokratyczne państwo. Przykro, że księża nie nadążają.

„Mamy większą mądrość”

Rozgoryczenia kampanią w kościołach nie kryje prof. Radosław Markowski, politolog ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej: – W świecie, gdzie obowiązują demokratyczne reguły gry, instytucje prywatne, jakimi są kościoły, zazwyczaj nie zabierają stanowiska aż tak wyraźnie formalnego względem konkretnych kandydatów i partii, zakładając, że wśród wiernych są osoby o różnych poglądach. Ale to jest szerszy problem nieprawdopodobnej dominacji tej instytucji, która sobie rości prawa do wyjątkowości. Obowiązuje narracja: „Wy maluczcy macie konstytucje i prawo stanowione, a my jesteśmy depozytariuszami, interpretatorami prawa boskiego i naturalnego i mamy większą mądrość, czym się kierować w życiu publicznym”. A tak naprawdę Kościół widzi czysto ekonomiczne interesy i lokuje je w jednej partii politycznej.

Joanna Kopcińska nie przejmuje się krytyką i planuje jeszcze jedno spotkanie w salce katechetycznej w najbliższy poniedziałek. – Spotkania odbywają się z inicjatywy Akcji Katolickiej i Stowarzyszenia Rodzin Katolickich przy Archidiecezji Łódzkiej – zaznacza.

kościelneWystępy

lodz.wyborcza.pl

Reklamy