Duda (20.08.2015)

 

Wrocławski łowca pedofilów. Mailuje z poszukiwaczami nastolatek

JOANNA DZIKOWSKA, 20.08.2015

FOT . WOJCIECH NEKANDA TREPKA

Czasem pisze do nich 13-letnia Ada, innym razem 14-letnia Agnieszka. Mężczyźni umawiają się na spotkanie, proponują im seks. Zamiast nastolatki przyjeżdża policja. W ten sposób Krzysztof Dymkowski pomógł w zatrzymaniu 24 pedofilów
W 2005 roku Dymkowski stwierdził, że z córką koleżanki dzieje się coś złego. Dziewczynka miała wtedy 12 lat. – Bała się wszystkiego, uciekała wzrokiem przed spojrzeniami dorosłych. Była cicha – opowiada. – Poprosiłem koleżankę, żeby zabrała ją do psychologa. Okazało się, że od szóstego roku życia była molestowana przez ojca. Jak to możliwe? Czemu nikt nie zauważył, że coś jest nie w porządku? I ilu takich gnojków codziennie robi krzywdę dzieciom? Dzisiaj ta dziewczyna to wrak.

Kilka miesięcy później Krzysztof znalazł na internetowym forum mężczyznę, który oferował innym użytkownikom zdjęcia nagich dzieci. Napisał do niego: sam takich zdjęć nie ogląda, ale jego znajomy jest zainteresowany. Dostał zdjęcie kilkuletniego nagiego chłopca. Od razu powiadomił policję. Okazało się, że autor ogłoszeń to doktorant Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. W jego mieszkaniu policjanci znaleźli dwa twarde dyski i ponad 900 płyt z pornografią dziecięcą. „Gdyby nie pan Krzysztof, prawdopodobnie w ogóle nie byłoby tej sprawy” – mówił wtedy ówczesny rzecznik komendy w Lublinie Janusz Wójtowicz.

Rok 2009. Do Krzysztofa zgłosiła się jego koleżanka z pracy (był wtedy motorniczym), Anna. Mama 13-letniej Moniki. Ktoś – podając się za nastolatka – pisał do jej córki i prosił o „dowód miłości” oraz nagie zdjęcia dziewczynki. Wspólnie z policją zastawili pułapkę, a zamiast 15-latka na spotkanie przyszedł 25-letni mężczyzna. Usłyszał zarzuty nakłaniania nieletniej do innych czynności seksualnych.

Randka na cmentarzu

Krzysztof Dymkowski ma 47 lat, pracuje w firmie energetycznej. Teraz jest na zwolnieniu lekarskim, ma więc sporo czasu na przeszukiwanie sieci. W ciągu ostatnich trzech miesięcy pomógł w złapaniu 24 pedofilów. Ostatni wpadł 11 sierpnia w Rzeszowie.

– Znalazłem jego ogłoszenie na stronie matrymonialnej. Napisałem: „Cześć, tu Aga. Mam 14 lat. Jesteś z tego samego miasta?”. Odpisał. Pytał, jakie mam doświadczenie, co lubię. Zaproponował seks, ale był bardzo ostrożny – nie chciał spotkać się w miejscu publicznym. Zaprosił Agę na randkę na… cmentarzu.

Krzysztof poinformował rzeszowską policję. Funkcjonariusze zatrzymali 29-letniego przedsiębiorcę z powiatu mieleckiego. Na liście są też zatrzymani z Kielc (dwie osoby), Krakowa (dwie osoby), Poznania (trzy osoby), Świdnicy (trzy osoby), Warszawy (dwie osoby), Wrocławia (cztery osoby) oraz Wałbrzycha, Lubartowa, Dzierżoniowa, Łodzi i Rybnika.

Pisze do mężczyzn, którzy ogłaszają – wprost bądź w zawoalowany sposób – że szukają kontaktu z nastolatkami. Czasami ktoś odpisuje: „Spadaj do szkoły, smarkulo!”. Tych Krzysztof zostawia w spokoju. Sam też nie proponuje nigdy seksu – uważa, że to byłoby nieuczciwe. Dopiero kiedy zainteresowany spotkaniem mężczyzna sam przyzna, że szuka erotycznej przygody z nieletnią, powiadamia policję. Zdarza się, że mają niewiele czasu, żeby przygotować pułapkę.

– Rozmawiałem z mężczyzną, który szukał na forum dziewczyny. „Wiek i wygląd nie mają znaczenia”, napisał. Kiedy dowiedział się, że mam 14 lat, zaproponował spotkanie. „Gdzie jesteś?”, zapytał. I od razu chciał przyjechać pod wskazany adres. Ada odpisała mu: „Poczekaj chwilkę, muszę skoczyć do sklepu. Mama jest w domu. Zobaczymy się za pół godziny.” I był. Zdążyliśmy.

Policjant, ksiądz, prezes

Zwykle mężczyźni umawiają się na spotkanie pod sklepem, na parkingu, w drodze do szkoły. Niektórzy z nich zabierają na spotkania gadżety. Jeden z mężczyzn przyjechał samochodem wypełnionym po brzegi erotycznymi zabawkami, inny zabrał je ze sobą w torbie. Bez zastanowienia wysyłają swoje zdjęcia, opisują fantazje seksualne i zapewniają, że kochają. Krzysztof pokazuje niektóre z wiadomości: „Przyjdź bez bielizny”, „Jesteś moją królewną”, „Będę cię lizać”, „Padnę przed tobą na kolana”. Ogłoszenia wystawiają biznesmeni, prezesi firm, studenci, bezrobotni. Na jednym ze zdjęć, które dostał Krzysztof, za plecami mężczyzny wisiał policyjny mundur. Innym razem napisał ksiądz.

Krzysztof nie chce zdradzać, jak przygotowuje się do akcji ani jak dokładnie wygląda jego „polowanie”. W tym środowisku ludzie się znają, szybko wymieniają się informacjami i łatwo spalić sobie alias. Wystarczy, że jeden pedofil zdąży uprzedzić pozostałych – i z polowania nici. Przez kilka dni jest spokojnie.

Wszystkie materiały archiwizuje. Każdy z podejrzanych ma swój folder w jego komputerze – podpisany imieniem i nazwą miejscowości, w której został zatrzymany. W skrzynce mailowej – wymiana dokumentów z komendami policji w całej Polsce. Krzysztof nagrywa też dzienniki telewizyjne, w których pojawiają się informacje o jego pracy, i wrzuca filmy na swój kanał na YouTube. Nazwa użytkownika: SprawiedliwyPL.

– Sprawiedliwość jest wtedy, kiedy karę wymierza się zgodnie z prawem. Wtedy czuję satysfakcję. Ale czasem wydaje mi się, że już nie wytrzymam i po prostu wybuchnę. Trudno czytać to, co do mnie piszą zboczeńcy. Dzieci są święte, a te gnojki robią im największą krzywdę. Wiem jednak, że nie mogę sam wymierzać sprawiedliwości. Samosąd? Nie ma takiej opcji – mówi Krzysztof. – Niektórzy nie trafiają nawet do więzienia, dostają jedynie dozór policyjny. To też pomaga. Wiedzą przynajmniej, że ktoś ich pilnuje.

Nie jestem rasistą

Krzysztof sam miał sprawę w sądzie. W 2009 r. był skazany na sześć miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata za znieważanie mniejszości narodowych. Na internetowym wideoforum obraził mężczyznę, który podawał się za Roma. Jego wypowiedź została nagrana i zamieszczona w portalu YouTube. Tak trafiła do przedstawicieli Związku Polskich Romów, którzy zawiadomili policję.

„Nie jestem rasistą, a wśród Romów mam nawet dobrych znajomych” – mówił wtedy w sądzie.

– Byłem głupi. Nie chodziło o rasizm, tylko o honor. Ten mężczyzna zaczął obrażać moją matkę i siostrę. A to było kilka dni po śmierci mamy. Nie wytrzymałem. Później ktoś wyciął fragment z jego prowokacją i opublikował jedynie moje słowa – opowiada. – Niestety, człowiek uczy się przez całe życie. I to na błędach. Teraz wiem, że nie dam się już nigdy w ten sposób podpuścić.

Jesteś konfident i donosiciel

Znają go już policjanci w całej Polsce. Ale nie zawsze ta współpraca układa się idealnie: – Kilka razy zdarzyło się, że dyżurny zignorował moje zgłoszenie. Jeden zapytał nawet, czy sam też oglądam pornografię. Pedofile są chorzy, ale policjanci, którzy odmawiają pomocy ofiarom – oni są po prostu źli. Nie mieści mi się w głowie, jak można odłożyć w takiej sytuacji słuchawkę. Czuję się wtedy, jakby ktoś mi w mordę dał.

Raz owszem, ktoś dał. Po kolejnej akcji znajomi zatrzymanego odnaleźli Krzysztofa. Najpierw mu grozili, a później pobili i uciekli. Wybili Krzysztofowi ząb. Często ludzie wyzywają go na internetowych forach. Jeden mężczyzna nagrał nawet wideo, na którym groził mu bronią. „Zamorduję cię. Wiem, gdzie mieszkasz. Przyjadę tam i zrobię z tobą porządek, bo ty jesteś konfident i donosiciel” – mówił.

– Nagrałem go i zgłosiłem sprawę na policję – mówi Krzysztof. – Okazało się, że to Polak mieszkający w Holandii. Broń posiadał nielegalnie. Nie boję się takich jak on. Specjalnie pokazuję twarz, to właśnie mój manifest: nie boję się. To oni powinni się bać. Sąsiedzi mówią: „Wystarczy, że zagwiżdżesz przez okno. Zaraz wszyscy się zbiegniemy i zrobimy porządek z tymi pedofilami”. Chciałbym, żeby wszyscy zgłaszali podejrzane ogłoszenia na policję. Nas – normalnych – jest przecież więcej.

Zobacz także

wroclaw.wyborcza.pl

Borusewicz: Nie zgodzę się na demolowanie systemu prawnego w Polsce

Michał Wilgocki, PAP, 20.08.2015

Prezydent Andrzej Duda

Prezydent Andrzej Duda (Fot. Jędrzej Wojnar / Agencja Gazeta)

Dziś Andrzej Duda ogłosi decyzję w sprawie ewentualnego rozszerzenia referendum o nowe pytania lub zarządzenia nowego – 25 października, razem z wyborami parlamentarnymi. – Słyszę naciski na prezydenta, żeby ingerował w treść referendum zarządzonego. To demolowałoby system prawny w Polsce – stwierdził na konferencji prasowej marszałek Senatu Bogdan Borusewicz.

Wystąpienie Dudy będzie wyemitowane w TVP po „Wiadomościach”. Prezydent Andrzej Duda we wtorek spotkał się z kandydatką PiS na premiera Beatą Szydło, szefem „Solidarności” Piotrem Dudą, Tomaszem i Karoliną Elbanowskimi oraz organizatorami akcji na rzecz referendum ws. Lasów Państwowych. Po spotkaniu z sygnatariuszami wniosku o rozszerzenie referendum zadeklarował, że w tym tygodniu podejmie decyzję w tej sprawie.

– Pozaprawną byłaby wszelka ingerencja w treść albo datę tego referendum, które zostało zarządzone i w czasie obecnym trwa kalendarz referendalny – tak informacje o ewentualnym dopisaniu pytań do referendum skomentował Bogdan Borusewicz, marszałek Senatu. – W tej kwestii ja mam jasność. Nie zgodzę się na to, aby poprzez działania pozaprawne demolowano system prawny w Polsce. Analogicznie może to także dotyczyć zarządzonych wyborów. Jeżeli bym się zgodził na propozycje PiS dotyczące referendum 6 września, to można domniemywać, że prezydent będzie miał prawo do przesunięcia daty wyborów. Ta propozycja nakłaniania prezydenta RP do działań pozaprawnych jest nie tylko niestosowana, ale jest niedobra dla Polski i na to zgody być nie może – stwierdził marszałek.

– Jeżeli będzie propozycja nowego referendum, to ja się do tego ustosunkuje i Senat zgodnie ze swoimi kompetencjami, będzie się musiał tą propozycją zająć. Ale na razie takiej propozycji nie ma. Na razie słyszę naciski na prezydenta, żeby ingerował w treść referendum zarządzonego. To demolowałoby system prawny w Polsce – dodał Borusewicz.

Kidawa-Błońska: Trzeba mówić nie tylko o pytaniach, ale o skutkach

– Skoro pan prezydent chce tak honorować wszystkie pytania, to proponowałabym także pytania, które proponują Ruch Palikota czy SLD – mówiła w TOK FM Małgorzata Kidawa-Błońska, marszałek Sejmu. – Zaczynamy rozmawiać o referendach, a zapominamy, że za parę tygodni mamy ważne wybory, które ułożą naszą politykę na cztery lata. Mówienie o sześciolatkach, skróceniu czasu pracy – trzeba mówić, czym to skutkuje. Tymczasem zajmujemy się referendami, żeby zakryć kampanię wyborczą – stwierdziła.

Zdaniem marszałek Sejmu referendum jest metodą PiS na to, by wycofać się z obietnicy obniżenia wieku emerytalnego.

– Pan prezydent zapowiadał, że chce obniżyć wiek emerytalny. Ale nie wierzę, że nie zdają sobie sprawy, jakie to poniesie konsekwencje. Dlatego chcą jakoś wybrnąć z tej sprawy, żeby tego w ogóle nie robić. Ja nie wierzę we frekwencję. Boję się, że tak zniechęcimy Polaków, że w ogóle nie pójdą na wybory – stwierdziła.

Przyznała również, że nie rozumie sensu pytania Polaków o prywatyzację lasów.

– Nie było polityka, który powiedział, że lasy mają być prywatyzowane. (…) Wszyscy wiedzą, że lasy nie będą prywatyzowane, bo są dobrem narodowym. Straszy się wilkiem, którego nie ma – mówiła.

Palikot: Referendum 6 września zakończy karierę Kukiza

O referendum pisze też na swoim blogu Janusz Palikot. Jego partia proponuje dopisanie do referendum dwóch pytań: o lekcje religii w szkołach oraz o istnienie Funduszu Kościelnego.

„Prezydent Andrzej Duda podejmie w najbliższych dniach, być może już dzisiaj, jedną z najważniejszych i pierwszych jednocześnie decyzji, która na lata określi jego prezydenturę – pisze Palikot. – Prezydent zdecyduje, czy ogłosić referendum w dniu wyborów! Czyli zdecyduje, czy referendum ma mieć charakter partyjny. To wbrew pozorom jest bardzo fundamentalne. Zdecyduje też prezydent, czy odwołać referendum z 6 września ws. JOW i finansowania partii politycznych, i to też jest bardzo ważne. Referendum i jego wyniki ostatecznie zakończyły karierę Kukiza, co może mieć niebagatelne znaczenie dla wyników wyborów”.

„W każdym razie tak ostre wejście do partyjnej gry oznaczać będzie uwikłanie prezydentury w radykalny spór i to jest nieodwracalne. W tle słychać już Polskę wziętą w kamasze, czyli obowiązkowe szkolenia mężczyzn, co zapowiedziała wczoraj rzeczniczka PiS” – pisze Janusz Palikot.

Barbara Nowacka zaproponowała, żeby połączone referendum, składające się z pytań PiS i Twojego Ruchu, odbyło się wiosną.

– Mam nadzieję, że prezydent Andrzej Duda zdecyduje, że referendum w sprawie postulatów zarówno złożonych przez PiS, jak i przez Twój Ruch odbędzie się na wiosnę przyszłego roku – mówiła Barbara Nowacka w programie „Gość poranka” – Uważam, że odwołanie tego referendum wprowadzi dodatkowy chaos i zamieszanie – powiedziała.

Zoll: Trudno będzie rozdzielić kampanie

O referendum 6 września mówił również w TOK FM prof. Andrzej Zoll, były prezes Trybunału Konstytucyjnego.

– Ja jestem bardzo zmartwiony również referendum 6 września, uważam, że ono nie jest zgodne z konstytucją, bo to nie jest materia referendalna – powiedział prof. Zoll. – To parlament powinien się tym zająć, a nie czynić z tego plebiscyt ogólnokrajowy. W ten sposób można doprowadzić do manipulacji. Wygrywają populiści.

Konstytucjonalista przyznał również, że jeżeli prezydent zadecyduje, że drugie referendum odbędzie się 25 października, to bardzo trudno będzie oddzielić kampanię referendalną od parlamentarnej.

Zobacz także

borusewiczPrzedDecyzją

wyborcza.pl

Dwa małe lisy uratowane. Ale co roku na fermach futrzarskich ginie 300 tysięcy zwierząt [ROZMOWA]

Rozmawiał Dominik Uhlig, 19.08.2015

Dwa małe lisy uratowane przez działaczy stowarzyszenia Otwarte Klatki

Dwa małe lisy uratowane przez działaczy stowarzyszenia Otwarte Klatki (fot. Stowarzyszenie Otwarte Klatki, otwarteklatki.pl)

– Większość przypadków, które oceniamy jako drastyczne, wiąże się z warunkami, w jakich trzymane są zwierzęta zgodnie z prawem. Więc mimo że zwierzęta mają pokaleczone łapy, robią sobie krzywdę, prokuratura umarza postępowania, bo formalnie wszystko jest w porządku – mówi Julia Dauksza ze stowarzyszenia Otwarte Klatki.

Dominik Uhlig: W ubiegły piątek odebraliście dwa małe lisy właścicielowi fermy futrzarskiej pod Kościanem w Wielkopolsce. Jak do tego doszło?

Julia Dauksza, stowarzyszenie Otwarte Klatki: Dostaliśmy informację, że na fermie znajduje się lisi szczeniak bez jednej łapy. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, okazało się, że trwale okaleczone młode lisy są dwa. To rodzeństwo: Małgosia nie ma jednej tylnej łapy, Jaś obu tylnych łap. Nie mogliśmy podjąć innej decyzji niż o ich odebraniu.

To wina właściciela fermy?

– Utrzymuje on, że zwierzęta zostały okaleczone przez matkę. Ale ich stan mógł być dużo lepszy, gdyby udzielono im pomocy. Mimo ran cały czas siedziały w klatce, do jedzenia musiały czołgać się po metalowej kracie. Rozmawialiśmy z nim jeszcze przed interwencją. Miał włożyć do klatki deskę, która nieco ulżyłaby liskom. Okazało się, że nawet tego nie zrobił.

Weszliście na fermę na mocy ustawy o ochronie zwierząt i zabraliście lisy. Co się z nimi teraz dzieje?

– Mają zapewniony byt, są pod opieką stowarzyszenia, właściciel zrzekł się praw do nich, więc na pewno nie wrócą już na fermę. Ale wymagają poważnego leczenia. Rany są co prawda zasklepione, ale stwierdzono ropne przetoki, wdał się stan zapalny, nie wiadomo, czy nie będą konieczne dalsze amputacje.

Jeden z lisów, samiec Jaś, przejdzie badania kardiologiczne, podejrzewamy u niego problemy z sercem. Ale już teraz, po udzieleniu podstawowej pomocy, mogły po raz pierwszy od chwili narodzin wyjść z klatki, której wielkość można porównać z psią budą. Przy czym psy z budy wychodzą, a lisy spędzają w klatce całe życie.

Liski instynktownie zaczęły grzebać w ziemi, tarzać się trawie, to była wzruszająca chwila.

Skąd się dowiedzieliście o tym przypadku?

– Fermy w Wielkopolsce były opisywane przez naszych aktywistów śledczych już w ubiegłym roku. Zdobyliśmy materiały z pięciu ferm. Pokazywały chore zwierzęta z nieleczonymi ranami, dały dowody na choroby psychiczne zamkniętych w nienaturalnych warunkach zwierząt, przypadki kanibalizmu. W jednym z miejsc znaleziono nawet zwłoki psa w budzie, który miał pilnować fermy.

Niestety, ten raport najwidoczniej nie wzmocnił kontroli nad fermami. Tym razem nasze inspektorki pojechały na fermę na podstawie anonimowego powiadomienia, mieliśmy zdjęcia. Wiedzieliśmy na pewno, że jest tam jeden szczeniak bez łapy.

Jak zdobywacie informacje? Właściciele niechętnie przecież pokazują, co dzieje się na fermach futrzarskich.

– Mamy wiele źródeł. Czasem to informacje od osób mieszkających w sąsiedztwie ferm, niektóre rzeczy widać przez ogrodzenie. Są też osoby, które anonimowo zajmują się monitorowaniem ferm i alarmują o drastycznych przypadkach. Śledztwa na fermach są prowadzone również przez Stowarzyszenie, ponieważ czasem jest to jedyna metoda, aby poznać realia hodowlane. Dzięki nim interweniowaliśmy np. na fermie w Karskach, gdzie hodowcę ukarano grzywną za znęcanie się nad zwierzętami. Przez dwa lata bez leczenia u jednego z lisów rozrósł się taki nowotwór szczęki, że zwierzę trzeba było uśpić.

Nie macie problemu z wejściem na fermy? To przecież nie jest w interesie właściciela.

– Po otrzymaniu zgłoszenia zwykle jedziemy na miejsce. A jeśli właściciel nie chce nas wpuścić, mamy już przygotowane zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, wzywamy policję.

Zwykle udaje nam się wejść na fermę, choć np. ostatnio na Śląsku zaczęło się od grożenia nam widłami. Ostatecznie właściciel zgodził się na obejrzenie lisa przez weterynarza, zalecono leczenie zwierzęcia.

InterwencjaNaFermie

Jeśli jest podejrzenie, że doszło do naruszenia prawa, powinny z nami współpracować policja i inspekcja weterynaryjna. Ale nie zawsze działa to tak jak powinno. Np. w Kościanie odmówiono nam interwencji, choć mieliśmy film pokazujący rannego lisa. Nawet właściciel przyznał, że to zwierzę z jego fermy. Choć zwierzę powłóczyło ranną łapą, weterynarz oświadczył, że lis jest w dobrym stanie, i sprawę umorzono.


Ile zwierząt udało wam się uratować z ferm?

– Jaś i Małgosia to pierwsze zwierzęta, które odebraliśmy. Plus lis z nowotworem, o którym wspominałam wcześniej, ale jego nie udało się uratować. To niewiele na 300 tys. lisów, które giną co roku na fermach futrzarskich. Ale większość przypadków, które my oceniamy jako drastyczne, wiąże się z warunkami, w jakich trzymane są zwierzęta zgodnie z prawem. Więc mimo że zwierzęta mają pokaleczone łapy, robią sobie krzywdę, prokuratura umarza postępowania, bo formalnie wszystko jest w porządku.

A co z fermami norek? Tam też interweniujecie?

– To zupełnie inna sprawa. Tam kontrole są dużo trudniejsze. Na fermach lisów jest 100-300 zwierząt. Norek – kilkadziesiąt tysięcy na jednej fermie. Zapowiedziane wcześniej kontrole weterynarzy kończą się na sprawdzeniu dokumentacji, ustaleniu, czy norki mają odpowiednią powierzchnię, dostęp do powietrza i światła oraz ustnych wyjaśnieniach właściciela. Powinna być też ocena wizualna stanu zwierząt, ale można sobie wyobrazić, ile zajmowałaby kontrola takiej dużej fermy. Byliśmy świadkami kontroli inspekcji weterynaryjnej dużej fermy w Zachodniopomorskiem. Właściwe sprawdzenie stanu fermy zajęło raptem trzy minuty.

Kontrolujecie fermy w całym kraju. Ile osób bierze w tym udział? Kto za to płaci?

– W interwencjach bierze udział nie więcej niż 10 osób. Muszą być przygotowane na to, co zastaną na fermach, świetnie znać przepisy o ochronie zwierząt, nie tylko ustawę, ale też rozporządzenia ministerstwa, mieć wiedzę o zachowaniach zwierząt. Koszty działalności w całości pokrywają datki, które dostajemy od ludzi zainteresowanych zmianą losu zwierząt.

Czy jest szansa że właściciel zapłaci za leczenie Jasia i Małgosi?

– Właściciel zrzekł się praw do zwierząt, co koszta opieki nad nimi przenosi na nas.

Zresztą znając kondycję gospodarstw hodujących lisy, nie jestem pewna, czy byłoby go na to stać. Te gospodarstwa nie są tak opłacalne jak np. fermy norek.

Ale składamy doniesienie o popełnieniu przestępstwa, postaramy się, żeby właściciel odpowiedział za zaniedbania w takim stopniu, jak to możliwe.

Zobacz także

liskiBezłap

wyborcza.pl

Czy prezydent „wykonuje zadanie”

Paweł Wroński, 20.08.2015

Andrzej Duda i Jarosław Kaczyński w dniu zaprzysiężenia

Andrzej Duda i Jarosław Kaczyński w dniu zaprzysiężenia (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

„Panie prezesie, melduję wykonanie zadania” – taki meldunek złożył Lech Kaczyński prezesowi PiS Jarosławowi Kaczyńskiemu w wieczór wyborczy 2005 r. Te słowa ciążyły prezydentowi przez całą kadencję. Mimo prób Lechowi Kaczyńskiemu nie udało się pozbyć wizerunku prezydenta podporządkowanego swojemu bratu. Przed podobnym dylematem stoi teraz Andrzej Duda.

Po dzisiejszej decyzji w sprawie ewentualnego dopisania pytań referendalnych będziemy już wiedzieli, czy prezydent Duda jest politykiem samodzielnym, czy tylko wykonuje polecenia z ul. Nowogrodzkiej. Czy myśli kategoriami dobra kraju, czy też jedynie realizuje szerszy plan zdobycia władzy przez Prawo i Sprawiedliwość.

Dominika Wielowieyska pisała na tych łamach w środę, że naturalne jest zaangażowanie Dudy w kampanię PiS, bo chce on kooperować z przyjaznym rządem. Uznała, że skala tego zaangażowania to kwestia stylu.

Ja dostrzegam w pierwszych wypowiedziach Dudy pozytywne sygnały świadczące o „zmianie stylu” kampanijnego na format prezydencki. Nie oceniałbym jednak zaangażowania się prezydenta w kampanię PiS w kategoriach stylu. Wolę oceniać konkretne jego decyzje.

We wtorek prezydent spotkał się z przedstawicielami PiS, a także z przedstawicielami „społeczeństwa”, którzy chcą dopisać – do zainicjowanego przez prezydenta Bronisława Komorowskiego referendum – trzy pytania: „o wiek emerytalny, wysyłanie sześciolatków do szkół i prywatyzację Lasów Państwowych”.

Nie łudźmy się. To PiS skrywa się za inicjatorami referendalnych pytań, które są elementem wyborczej propagandy. W przeszłości PiS sam chciał wysłać wcześniej dzieci do szkół, a zmienił zdanie, wtedy gdy zaczęła robić to Platforma Obywatelska. Rzekomą zaś prywatyzacją Lasów Państwowych partia Jarosława Kaczyńskiego straszy Polaków już od dwóch lat niczym „potworem genderem”.

Prezydent, co istotne, konsultował się tylko ze „swoją” stroną – nie przyjął przedstawicieli innych sił politycznych, które chciałyby do referendum dopisać swoje pytania.

Złudzeń co do natury tego przedsięwzięcia nie zostawił przewodniczący „Solidarności” Piotr Duda. Zaproponował, by prezydent ogłosił dodatkowe referendum w dzień wyborów 25 października. Referendum miałoby się odbywać w tych samych lokalach. Czyli w trakcie wyborów w komisjach wyborczych propagowano by kluczowe elementy programu wyborczego PiS. Pomysł oczywiście został gorąco poparty przez Prawo i Sprawiedliwość. W ten sposób ta partia chce niefortunny pomysł prezydenta Komorowskiego – by zwołać referendum na 6 września – przemienić w swój wehikuł wyborczy 25 października.

W tej sprawie prezydent Duda może się zachować różnorako. Może „stanąć na straży konstytucji” i stwierdzić, że w obecnym systemie prawnym nie da się pytań dopisać – co byłoby świadectwem największej niezależności. Mógłby nawet stwierdzić, że szanuje wolę poprzednika.

Może zgłosić do Senatu wniosek o dopisanie pytań do referendum 6 września albo – co gorsza – o zarządzenie kolejnego referendum 25 października. To zaś byłoby jasnym wskazaniem: „Wspieram w kampanii PiS”. Senat zapewne, w którym przewagę ma PO, ewentualny jego wniosek odrzuci albo odłoży ad acta.

Ta sytuacja to test, czy prezydent weźmie udział w propagandowej szopce, czy będzie chciał zachować powagę urzędu. Każda decyzja prezydenta to także istotny sygnał, jaką głową państwa chce być. A to już nie tylko kwestia smaku.

Zobacz także

prezydentDudaWykonaZadanie

wyborcza.pl

wyluzowanyKaczyński

Beata Szydło: „Chciałabym żyć w normalnym kraju”. A przecież prezydent Duda mówi, że Polska jest piękna

Beata Szydło o normalnym państwie
Beata Szydło o normalnym państwie Fot. Screen/Telewizja Trwam

Wiceprezes PiS rozmarzyła się w wywiadzie z Radiem Maryja i Telewizją Trwam. Jak zauważył portał wPolityce.pl, gdy padło pytanie o jej marzenia odpowiedziała, choć po chwili namysłu: – Chciałabym, żebyśmy żyli w normalnym kraju.

Beata Szydło mówiła o tym, że Polacy oczekują normalności. Chcą żyć normalnie, jak żyją ludzie na świecie. Chcą mieć poczucie bezpieczeństwa i swojego bytu. Czego ona by chciała? – Żebyśmy żyli normalnie i byli z naszego państwa dumni. Byśmy mieli poczucie, że państwo stoi po stronie obywateli, a władza tych obywateli słucha – mówiła w Rozmowach Niedokończonych. A to jest możliwe tylko wtedy, gdy PiS wygra wybory. – Chciałabym, żebyśmy wygrali wybory, żeby zrealizować program, który deklarujemy – mówiła.

Tu przypominają się słowa prezydenta Andrzeja Dudy, który w kampanii wyborczej powtarzał, że Polska znajduje się w ruinie. A w pierwszych dniach swojej prezydentury dał do zrozumienia, że chyba jednak nie jest tak źle. – Polska jest piękna, Polska staje się coraz silniejsza -powiedział podczas podczas Święta Wojska Polskiego, czym wzbudził ogólną wesołość internautów. ”To Polska już nie jest z dykty i nie trzeba jej odbudowywać z ruin? Zmienny ten nasz Prezydent”, ”Znaczy się mamy piękne ruiny?” – pisali.

Źródło: Radio Maryja

polskaNieTaka

naTemat.pl

PIS PRZEKONUJE, ŻE ODEBRANIE PARTIOM FINANSOWANIA Z BUDŻETU MAŁO KOGO OBCHODZI. „BIAŁORUSKIE STANDARDY”

Marcina Mastalerek przekonywał, że JOW-y i odebranie partiom finansowania z budżetu państwa nie obchodzą wielu Polaków.
Marcina Mastalerek przekonywał, że JOW-y i odebranie partiom finansowania z budżetu państwa nie obchodzą wielu Polaków. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

– PiS robi wszystko, by odwrócić uwagę od referendum z 6 września. Nie che mówić, że jest przeciwko wprowadzeniu zmiany w finansowaniu partii politycznych. PiS nie chce powiedzieć, że jest przeciw wprowadzeniu JOW-ów – komentowała na antenie TVN24 rzeczniczka sztabu wyborczego PO Joanna Mucha.

W ten sposób odniosła się do spodziewanej decyzji prezydenta Andrzeja Dudy o zaproponowaniu kolejnego referendum, które miałoby odbyć się wraz z wyborami parlamentarnymi 25 października. Zdaniem posłanki PO, będzie to „instrumentalne wykorzystanie referendum do polepszenia wyniku PiS”.

– Jestem przekonany, że pan prezydent Andrzej Duda będzie rzecznikiem inicjatyw obywatelskich – odpowiadał rzecznik sztabu Prawa i Sprawiedliwości Marcin Mastalerek. Przekonywał on, iż nowe referendum w sprawie m.in. Lasów Państwowych jest konieczne, w przeciwieństwie do tego zaplanowanego na 6 września. Według PiS, sprawa wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych i odebrania partiom finansowania z pieniędzy podatników „niewielu Polków obchodzi”.

Marcin Mastalerek przypomniał też, że PiS zachęca do głosowania na „nie” w obu tych kwestiach. – Zawsze byliśmy przeciwko JOW-om – podkreślał rzecznik sztabu wyborczego PiS. Ewentualną zgodę obywateli głosujących w referendum na zmianę sposobu finansowania partii i odebranie politykom finansowania z budżetu państwa Mastalerek nazwał natomiast „białoruskim standardami”.

rzecznikPiSPrzeciwny

naTemat.p

PONAD POŁOWA POLAKÓW POPIERA PRAWNE UREGULOWANIE ZWIĄZKÓW HOMOSEKSUALNYCH. RÓWNIEŻ WYBORCY PIS

Paweł Kośmiński, 19.08.2015Pocałunek dwóch lesbijek służących w amerykańskiej marynarce w grudniu 2011 r.

Pocałunek dwóch lesbijek służących w amerykańskiej marynarce w grudniu 2011 r. (Fot. Brian J. Clark AP)

Aż 55,3 proc. Polaków przyznaje, że pary homoseksualne powinny mieć jakąś prawną możliwość zawierania związków – wynika z sondażu firmy badawczej PBS na zlecenie stowarzyszenia Miłość Nie Wyklucza. Popierane rozwiązania są różne: od umów podpisywanych u notariusza, przez związki partnerskie i małżeństwa cywilne, po śluby kościelne.

Poziom poparcia dla prawnego uregulowania związków osób tej samej płci zależy od proponowanej formy. Najwięcej osób popiera umowy notarialne (49 proc.), mniej związki partnerskie (37 proc.) i małżeństwa cywilne (29 proc.). Ale co ciekawe, nawet wprowadzenie ślubów kościelnych podoba się więcej niż co siódmemu (15 proc.) Polakowi. Ogólnie poparcie dla jakiejkolwiek formy związku wyraża ponad połowa Polaków (55,3 proc.).

– Nie zaskoczyły nas bardzo wyniki tych badań. Ciekawe jest to, że społeczeństwo wciąż nie utożsamia posiadania praw z ustawową formalizacją związku. Ludzie są gotowi przyznać parom jednopłciowym prawa, ale nie łączą tego z koniecznością formalizacji związków gejów i lesbijek – mówi „Wyborczej” Hubert Sobecki ze stowarzyszenia Miłość Nie Wyklucza.

Zrozumienie dla praw i zohydzone „te straszne związki”

Rzeczywiście, choć poparcie dla najgłośniej u nas omawianych związków partnerskich deklaruje niespełna 40 proc. Polaków, aż 62 proc. zdaje sobie sprawę z tego, że parom tej samej płci nie przysługują żadne prawa w codziennym życiu. I spora część obywateli zgodziłaby się np. na to, by partner nie miał problemu z otrzymaniem informacji na temat stanu zdrowia osoby, z którą żyje (64 proc.), czy decydowaniem o jej pochówku (62 proc.).

Ponad połowa badanych uważa również, że gej powinien móc rozliczać się wspólnie ze swoim partnerem (57 proc.), pobierać zasiłek podczas opieki nad ciężko chorym partnerem (54 proc.) i mieć prawo do renty po zmarłym partnerze (55 proc.).

– To pokazuje, że ludzie rozumieją trudne sytuacje, w jakich mogą znaleźć się dwie kochające się osoby, i że trzeba coś z tym zrobić. Ale tak im wszyscy zohydzili „te straszne związki”, że mimo to bywają przeciwni formalizacji. Źle im się to kojarzy – uważa Sobecki.

Elektorat PiS bardziej liberalny, niż mogłoby się wydawać

A poziom debaty na temat formalizacji związków choćby w polskim parlamencie pozostawia wiele do życzenia. Tylko w tej kadencji posłowie zdążyli odrzucić zarówno projekty przygotowane przez SLD i Twój Ruch, jak i przez rządzącą Platformę Obywatelską. Posłowie dwukrotnie w tym roku nie zgodzili się nawet na uzupełnienie porządku obrad o projekt ustawy.

Gdy Sejm podejmował próby wprowadzenia związków partnerskich, raził już nawet sam ton, w jakim wypowiadali się jej posłowie. Krystyna Pawłowicz twierdziła, że „społeczeństwo nie może fundować słodkiego życia nietrwałym, jałowym związkom osób, z których społeczeństwo nie ma żadnego pożytku”. Tadeusz Woźniak z Solidarnej Polski mówił wręcz o próbie zdeprecjonowania rodziny, szerzenia zamętu i „zatarcia różnicy między dobrem a złem”.

Choć PiS za każdym razem był przeciwny, z badania PBS wynika, że elektorat partii jest nieco bardziej liberalny, niż wydaje się to politykom. Możliwość zawierania związków jednopłciowych w urzędzie stanu cywilnego popiera 31 proc. zwolenników PiS (dla porównania – 42 proc. wyborców PO).

„Bez edukacji są tylko stereotypy, strach i nienawiść”

Większego znaczenia dla deklarowanych poglądów nie ma tu ani płeć, ani poziom wykształcenia. „Polski system edukacji nie zmniejsza uprzedzeń” – zauważa stowarzyszenie. – Jeśli nie ma edukacji i wiedzy, pojawiają się stereotypy. A stereotypy to tylko strach i nienawiść – mówi Sobecki.

Istotne jest to, czy osobiście mieliśmy do czynienia z osobą homoseksualną. – Wśród osób nieznających ani jednego geja czy lesbijki poparcie dla związków wynosi 29 proc. Wśród znających jedną taką osobę zwiększa się ono aż dwukrotnie (62 proc., a w przypadku co najmniej dwóch – 64 proc.).

Niemal połowa badanych (44,6 proc.) uważa, że osoby homoseksualne wciąż muszą walczyć o równe prawa. Podobna część społeczeństwa (46,5 proc.) uważa, że geje i lesbijki „stali się zdecydowanie zbyt agresywni w swoich żądaniach równouprawnienia”. Taki model chętnie przedstawiają prawicowi politycy i media.

Zobacz także

ponadPołowaPolaków

wyborcza.pl

Reklamy

%d blogerów lubi to: