Muzyka, seriale

 

Nowości muzyczne: Mark Lanegan, Rancid, The Flaming Lips i Little White Lies [RECENZJE]

Robert Sankowski, Jacek Świąder, 31.10.2014
Flaming Lips

Flaming Lips (Fot. George Salisbury / materiały prasowe)

Prezentujemy płytowe nowości tygodnia. Syntezatorowy album grunge’owca Marka Lanegana i mocny powrót kalifornijskich punkowców z Rancid. A także Beatlesi w psychodelicznej przeróbce The Flaming Lips oraz łódzka nadzieja już nie tylko rock and rolla – Little White Lies.
„Phantom Radio”, Mark Lanegan Band, Heavenly RecordingsZapewne najbardziej niedoceniony głos grunge’owej rewolty tym razem w zaskakującej oprawie. Ze swoją macierzystą kapelą Screaming Trees Mark Lanegan na przełomie lat 80. i 90. snuł fascynujące, pełne żaru opowieści, które nieźle wpisywały się w ówczesny przewrót w amerykańskiej muzyce. Grunge się skończył, zespół poszedł w rozsypkę, ale Mark udowodnił, że jego niski głos sprawdza się także w innych konwencjach. Czego dowodem rzeczy nagrywane z Gregiem Dullim pod szyldem Gutter Twins czy wspólnie z elektronicznym duetem Soulsavers. Ale nigdy wcześniej nie wydał czegoś takiego.

„Phantom Radio” nagrał przy użyciu komputerowych aplikacji imitujących brzmienia słynnych syntezatorów i automatów perkusyjnych. Z jednej strony to rekapitulacja dobrze znanych fascynacji Lanegana – pełno tu nawiązań do folku, soulu, gospel czy klasycznej ballady. Ale obudowane synthpopowymi brzmieniami, wszystkimi tymi komputerowo imitowanymi smyczkami i rozkołysanymi rytmami te piosenkii nabierają lekko przewrotnego zabarwienia. Trochę jakby Gary Numan zabrał się do grania rocka z południa Stanów („Harvest Home”), Suicide postanowiło zmierzyć się z popem z lat 50. („Torn Red Heart”) albo Joy Division zabrało się za gospel („Waltzing In Blue”). A ponieważ śpiewa to wszystko facet, który nawet listę wigilijnych potraw potrafiłby zinterpretować w sposób przyprawiający o gęsią skórkę, całość jest naprawdę intrygująca. (san)

„…Honor Is All We Know”, Rancid, Epitaph Records

Dwa razy w życiu dostałem w twarz martensem. Najpierw w 1993 r. na koncercie Iggy’ego Popa na Torwarze, gdy pod sceną nie zauważyłem nogi surfującego w tłumie fana. Po raz drugi na imprezie w połowie lat 90., gdy ruszyliśmy w tany przy płycie Rancid „…And Out Come The Wolves”. Nogi w domowym pogo fruwały wysoko, ale inaczej być nie mogło przy takiej porcji punk rocka przemieszanego z wyjątkowo stylowym ska. Od tamtego wydanego w 1995 r. albumu Rancid trzyma obrany kurs. Czasem gra bardziej jamajsko, czasem w duchu ulicznego punka, ale „…Out Comes The Wolves” pozostaje jego opus magnum.

„…Honor Is All We Know” tego nie zmieni, jednak po wciśnięciu „play” po pierwszych taktach poczułem się tak, jakby twarda podeszwa wylądowała na mojej twarzy po raz trzeci. Od kopniaka, którym jest punkowe rockabilly „Back Where I Belong”, Rancid prze do przodu z desperacją godną głodnych sukcesu debiutantów, a nie kapeli, mającej za sobą ćwierć wieku. Tylko dwa z 14 numerów trwają tu ponad 3 minuty, a i tak dzieje się w nich dużo. Bezczelny punk miesza się z rock’-n’rollem („Grave Digger”), zaśpiewami wyjętymi prosto z folku („Diabolical”), northern soulem („Malfunction”) oraz ska – zarówno tym w wydaniu brytyjskim („Evil’s My Friend”), jak i korzennie jamajskim („Everybody’s Sufferin’ „). Trochę brakuje ewidentnych hitów, ale i tak warto uważać na nisko przelatujące martensy. (san)

„With A Little Help From My Fwends”, The Flaming Lips, Warner

Beatlesowska „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” od lat zbiera tytuły płyty wszech czasów. Nie potrzebuje przeróbek ani wydobywania jej z zapomnienia. Takie drobnostki nigdy nie przeszkadzały Wayne’owi Coyne’owi, liderowi The Flaming Lips, w tzw. mierzeniu się z legendą. Parę lat temu z zespołem i gromadą gości (takich jak Peaches i Henry Rollins) nagrał punkową wersję „The Dark Side Of The Moon” Floydów. Teraz swoją psychodeliczno-cyrkową armatę wycelował w dzieło jeszcze istotniejsze dla popkultury. A pociski podają mu tu m.in. Miley Cyrus, Joanna Barwick, J Mascis z Dinosaur Jr., James Maynard Keenan z Tool.

Naturalnie z Beatlesów została krwawa, elektroniczno-gitarowa miazga. Coyne wyniósł perfekcyjne, spomniczałe piosenki w rejony noise’u, gitarowego i komputerowego jazgotu. Już pierwszy utwór kończy się potworną, trzy razy głośniejszą od reszty solówką na gitarze. Zanim zacznie się pełna opętańczych wrzasków wersja „A Little Help From My Friends”, trzeba wysłuchać kanonady syntetycznych bębnów. Zespół straszy nagromadzeniem przesterów, pogłosów i szumów, ale później bywa nawet schludnie, jak w „She’s Leaving Home” czy „Lovely Rita”.

Fani starych, melodyjnych The Flaming Lips nie są zachwyceni, ale ten ostry album jest po prostu bardzo dobry. Rolą artysty nie jest ani czczenie pomników, ani udawanie, że ich nie ma, lecz ich obalanie lub choćby zmienianie perspektywy odbiorców. Flaming Lips to umieją. ()

„Days Of Chaos”, Little White Lies | MegaTotal.pl

Miała być seria przebojowych strzałów, a jest coś więcej. Little White Lies, obecnie trójca, zaczynali jako duet wokalno-gitarowy. Dziś para założycieli – Kasia i Zbyszek – jest małżeństwem, a tytuł płyty odnosi się do ich „relacji w okresie poprzedzającym nagrywanie albumu”. Jakakolwiek była, dobrze przysłużyła się jakości „Days Of Chaos”. Swój drugi album wydali dzięki wpłatom fanów. Wyprodukował go Paweł Cieślak, którego syntezator Mooga słychać m.in. w świetnym „Mad Mind”. Pulsuje taneczny rytm, porywa ascetyczna basowa partia gitary, a przester słychać tylko w refrenie – podobnie jak w rozpędzonym, dancepunkowym „Heart Of Stone”. To przesunięcie akcentów w stosunku do pierwszej płyty ma sens. Choć Little White Lies zdobyli fanów rockandrollową zadziornością, to Kasia Krenc jako Lady Katee od lat jest obecna na polskiej scenie klubowej, współpracuje z nią m.in. doskonały producent elektroniki Hatti Vatti. Jej głosowi bliżej do r’n’b niż punka.

Little White Lies stopniują napięcie, wywołują do tańca, ale też zaskakują: „Black Forest” brzmi jak przesterowane Joy Division (duża rola perkusisty Piotra Gwadery), równie transowe „Swear And Cry” rozwija się do finału o pełnym, soczystym brzmieniu, „Enough” buja się od bluesa do glam rocka. Oczyszczeniem i ukojeniem po tym kalejdoskopie świetnych pomysłów jest zamykająca płytę ballada „Red Tulips”. Ostatnie słowa na płycie – „oh if we had the courage/ we would have it all” – należy przerobić na czas przyszły. ()

Filmy, seriale, płyty, koncerty, książki, spektakle, wystawy, komiksy.
Przez cały dzień i cały tydzień.
Dołącz do nas na Facebooku.

Zobacz także

 

Wyborcza.pl

Koniec tasiemców, czas na seriale nowej generacji. Bój się „American Horror Story”

Katarzyna Grynienko, 31.10.2014
Jessica Lange w

Jessica Lange w „American Horror Story: Freak Show” (materiały prasowe)

W piątek przestraszy cię „American Horror Story: Freak Show” – serial nowego typu. Ściąga z niego nawet popularny „Detektyw”. Widzowie nie oczekują już kolejnych serii z tymi samych bohaterami czy kontynuacji wątków. Liczy się styl i klimat, a przede wszystkim unikalny świat przedstawiony.
Od 9 października na ekranach polskiego kanału Fox HD można oglądać czwarty sezon serialu „American Horror Story” opatrzony podtytułem „Freak Show”. Jego producent Ryan Murphy odpowiedzialny jest za nowy trend na rynku telewizyjnym, który medioznawcy określili mianem „serialowej antologii”. Chodzi o produkcję, w której każdy sezon opowiada odrębną historię, jednak styl, w jakim są one ukazane, nie pozostawia wątpliwości, że to dzieło jednego twórcy.

Cztery pierwsze odcinki „American Horror Story: Freak Show” można zobaczyć jeden po drugim w piątek 31 października od 22.55 na kanale Fox HD.

W murach szpitala i za furtą klasztoru

W wywiadzie dla „New Jork Timesa” Ryan Murphy przyznał, że inspirację do nietypowego projektu czerpał z dwóch źródeł. Zaciekawiła go forma „antologiczna” stosowana wcześniej w konwencji seriali kryminalnych lub policyjnych

Od zawsze też chciałem zrobić coś bezkompromisowego, co wprawiłoby widza w stan, jakiego sam doświadczałem, czytając opowiadania Stephena Kinga. Pomyślałem: co stałoby się, gdyby nie tylko kolejne odcinki, ale kolejne sezony przynosiły nowe historie? I czemu nie pójść krok dalej, z realistycznego, znanego nam świata wejść w rzeczywistość horroru, która znamy z filmów takich jak „Haloween”, „Koszmar z Ulicy Wiązów” czy „Psychoza”?

– przyznał Murphy. Pierwszy sezon serialu pomyślanego jako kompilacja najbardziej przerażających filmowych i telewizyjnych wątków znanych współczesnym widzom zadebiutował w roku 2011. Wtedy Murphy opowiadał o nawiedzonym domu. Kolejna seria przyniosła przerażające opowieści ze szpitala dla obłąkanych, a trzecia odsłona serialu straszyła widzów zza murów klasztoru.

Czwarta seria rozgrywa się w cyrku połączonym z objazdowym gabinetem osobliwości, co Brytyjczycy określają mianem „freak show”. W każdej z czterech serii producent (odpowiedzialny m.in. za inny telewizyjny hit „Glee”) wraca do stworzonego przez siebie świata, w którym duchy zmarłych, złośliwe demony, wiedźmy i poltergeisty funkcjonują jako stały element rzeczywistości i wpływają na życie bohaterów. To, co się zmienia, to postacie, którym przychodzi zmierzyć się ze straszydłami, oraz epoka, w jakiej rozgrywa się ich historia.

Lepiej bohatera ukatrupić, niż za bardzo go polubić

Murphy ma swych ulubionych aktorów, z Jessicą Lange na czele, która w każdej serii „American Horror Story” wciela się w zupełnie inną bohaterkę. W pierwszym sezonie grała tajemniczą i neurotyczną sąsiadkę rodziny, która miała nieszczęście wprowadzić się do nawiedzonego domu. Druga seria ukazała ją jako bezwzględną przeoryszę zakonu, a w trzeciej odsłonie „American Horror Story” wciela się w postać najpotężniejszej wiedźmy, która przewodniczy nowej generacji kobiet obdarzonych nadprzyrodzonymi mocami w Salem.


Jessica Lange w kolejnych odsłonach serialu „American Horror Story”. Fot. materiały prasowe

Role w pierwszym i trzecim sezonie przyniosły Lange statuetki Emmy oraz wygraną w Złotych Globach. W „American Horror Story: Freak Show” Ryan Murphy stworzył dla niej postać kierowniczki podupadającego cyrku, która nie cofnie się przed niczym, aby go uratować.

W wywiadzie dla „Variety” Murphy żartował, że stara się „nie za bardzo lubić swoich bohaterów, ponieważ cechuje ich wysoka śmiertelność”. Widzowie, którzy z niecierpliwością czekają na kolejną serię, nie muszą zastanawiać się, jak potoczą dalsze losy bohaterów. Wiedzą, że na ich poznanie mieli dokładnie jedną serię. Dlaczego więc wracają przed ekrany?

Oscar McConaugheya – za film, a może jednak za rolę w serialu?

Sukces „American Horror Story” pokazał, że pieczołowicie skonstruowany świat przedstawiony serialu może być równie atrakcyjny, co przepełnione akcją i suspensem wątki przygodowe oraz świetnie rozpisane postacie. Murphy stworzył w ten sposób nie telewizyjną sagę, lecz „markę”, do której chętnie wracają spragnieni konkretnego typu wrażeń widzowie. Kasowy sukces serialu otworzył drzwi takim produkcjom jak „Detektyw”, który dla stacji HBO stworzył scenarzysta i producent Nic Pizzolatto.

Serial miał premierę w styczniu 2014 r., zebrał bardzo dobre recenzji i zdobył osiem statuetek Emmy. Wyjątkowo wysoko oceniano duet aktorski Matthew McConaughey – Woody Harrelson w rolach detektywów na tropie przerażającej serii zbrodni sięgającej roku 1995.

Rola autorefleksyjnego funkcjonariusza Cohle’a uważana jest za najlepszą w karierze McConaugheya. Spekulowano nawet, że to występ w serialu Pizzolatto wpłynął na członków Amerykańskiej Akademii Filmowej, którzy w tym roku nagrodzili aktora Oscarem za rolę w dramacie „Witaj w klubie”. Informacja o tym, że producent serialu – podobnie jak Ryan Murphy – zdecydował się na formę „antologii” i porzuca swoich bohaterów na rzecz nowych postaci, wstrząsnęła wielbicielami serialu.

Szok nie trwał jednak długo, a przez ostatnie kilka miesięcy internetowe fora o serialach co jakiś czas nawiedzała nowa fala plotek na temat tego, jaki będzie drugi sezon „Detektywa”. Twórcy serialu ujawnili, że nie opuszczą tła amerykańskiego Południa i klimatu noir wypracowanego w pierwszej serii. W kontekście obsady padały nazwiska takie jak Jessica Chastain, Ryan Gosling, a nawet Leonardo Di Caprio. Kto będzie pasował do telewizyjnego opowiadania i marki, jaką pokochali widzowie?

Bierzemy Colina Farrella, bo to świetny płatny zabójca

Pierwszą potwierdzoną członkinią obsady drugiej serii „Detektywa” okazała się Elisabeth Moss. Aktorka, która popularność zdobyła rolą rezolutnej Peggy w „Mad Men”, przyznała w wywiadzie dla Hollywood Reporter, że nie starała się o rolę w produkcji HBO. Sam Pizzolatto zwrócił się do niej, gdy zobaczył jej pracę na planie miniserialu „Top Of The Lake”, stworzonego przez wybitną scenarzystkę i producentkę Jane Campion.

W „Top Of The Lake” Moss wcieliła się w neurotyczną funkcjonariuszkę policji odkrywającą straszną prawdę o małej społeczności, w której się wychowała. Gatunkowo i stylistycznie ta historia oddaje niepokojący klimat „Detektywa”. Na planie aktorce ma towarzyszyć Collin Farrell wybrany ze względu na mało znaną, ale chwaloną przez krytykę rolę płatnego zabójcy w „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj”(oryginalny tytuł „In Bruges”) w reżyserii Martina McDonagha.

Recenzentka telewizyjna Allison Keene przyrównała ten sposób obsadzania aktorów w kolejnej serii serialu do poszukiwania „nowych twarzy” przez marki modowe. „Mamy konkretny styl, konkretny look, który nowa osoba musi reprezentować, z którym musi być kojarzona jeszcze przed wejściem na plan” – komentowała Keene w serwisie Hollywood Reporter.

Co ciekawe, również „Top Of The Lake” wróci na ekrany nie jako kontynuacja, ale kolejna historia ze świata stworzonego przez Jane Campion. To oznacza, że jeśli zobaczymy w nowej serii Moss, to na pewno w zupełnie innej roli i historii.

Dawajmy Emmy i Złote Globy miniserialom!

„Antologiczną” formę kolejnych odsłon swoich seriali zapowiedzieli już producenci takich hitów jak „Fargo”, czyli groteskowy thriller współtworzony przez braci Coen (autorów fabularnego „Fargo” sprzed kilkunastu lat), oraz kompilacja XIX-wiecznych historii o zjawiskach paranormalnych „Dom grozy” (oryginalny tytuł „Penny Dreadful”). Dla współczesnych twórców atrakcyjne są otwarta kompozycja, możliwość żonglowania wątkami lub zupełnego porzucenia jednej opowieści na rzecz rozpoczęcia kolejnej.

Ze względu na powodzenie miniseriali czy też seriali antologicznych amerykańskie media nawołują do stworzenia dla nich w nagrodach Emmy i Złotych Globach oddzielnej kategorii. Coraz trudniej bowiem ocenia się regularne obyczajowe seriale, których główną zaletą jest linearna narracja i rozwój postaci pomyślany na kilka sezonów, w zestawieniu z serialami nowej generacji, które coraz częściej są gatunkowymi hybrydami. Nazwane „wiecznymi miniserialami” stanowią odpowiedź na potrzeby widza, który teoretycznie „widział już wszystko”. Czas pokaże, czy serialowe zbiory opowiadań to tylko telewizyjny trend, czy może narodziny nowego gatunku.

Zobacz także

Wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s