Oko

Kolarska-Bobińska: Nowe zasady przyznawania doktoratów

jack, 22.10.2014
Prof. Lena Kolarska-Bobińska podczas nadania tytułu doktora honoris causa UMCS Prof. Adamowi Rotfeldowi.

Prof. Lena Kolarska-Bobińska podczas nadania tytułu doktora honoris causa UMCS Prof. Adamowi Rotfeldowi. (JAKUB ORZECHOWSKI)

Lena Kolarska-Bobińska przyznała, że Polska nauka boryka się z problemem słabej jakości prac doktorskich. Ministerstwo wspólnie z uniwersytetami chce odwrócić ten trend.
W Lublinie odbyła się Konferencja Rektorów Uniwersytetów Polskich (KRUP). Na lubelski zamek zjechali się rektorzy uniwersytetów z całej Polski. Debatowano o wielu sprawach ważnych dla przyszłości szkolnictwa wyższego w Polsce. Dyskusje dotyczyły m.in. finansowania badań naukowych w Polsce, tego, jak trzeba zmienić zasady awansów naukowych i jaka jest misja społeczna uniwersytetów w XXI wieku.

Ściągnąć studentów z zagranicy

Wnioski z konferencji przedstawiła Lena Kolarska-Bobińska, minister nauki i szkolnictwa wyższego. – Są trzy zasadnicze sprawy, którymi chcemy się zająć – mówiła minister. Po pierwsze, ministerstwo razem z uczelniami chce wdrożyć program umiędzynarodowienia studiów w Polsce. – Chcemy ściągnąć jak najwięcej zdolnej młodzieży z spoza Polski. Żeby to uczynić, na uczelniach muszą być prowadzone wykłady w języku angielskim, a także kursy języka polskiego. Potrzebna jest dobra baza dydaktyczna, a także trzeba przyciągnąć jak najwięcej kadry nauczającej – tłumaczyła Kolarska-Bobińska.

Inną ważną sprawą według pani minister jest zwiększenie aktywności naukowców, jeśli chodzi o zdobywanie grantów. – W tym momencie mamy bardzo dużo wniosków o granty naukowe. Nie wszystkie jednak zyskują uznanie komisji weryfikujących. Musimy postawić na jakość – przekonywała.

Słabe prace doktorskie

Minister zauważyła, że potrzebne są zmiany w sposobie nadawania tytułów doktorskich. – Obserwujemy spadek jakości prac doktorskich wynikający z masowości. To bardzo boli. Liczymy, że zmotywujemy całe środowisko naukowe. Szczególnie recenzentów tych rozpraw, aby bardziej przykładali uwagę do treści doktoratów. Zaczynamy podejmować działania, których celem będzie zmiana tego stanu rzeczy, bo nie chodzi tylko o jednostkowy przypadek, ale o cały system – twierdziła minister nauki. Do końca roku rektorzy uniwersytetów mają zastanowić się nad sposobem działania i przedstawić projekt do ministerstwa.

Zobacz także

lublin.gazeta.pl

Passent: Ks. Oko, generał armii zgorszenia, obraża ateistów. A gdyby takim językiem mówić o wierzących…

Piotr Markiewicz, 22.10.2014
fsafs

fsafs (fsfasda)

„Słowa ks. Oko stanowią kliniczny przykład obrażania ateistów” – pisze w najnowszej „Polityce” Daniel Passent. Publicysta wytyka, że gdyby takim językiem, jakim posługuje się duchowny, mówić o wierzących, byłoby wielkie oburzenie. Ale że mówi o ateistach…
Passent w najnowszym wydaniu „Polityki” pochyla się nad dwiema sprawami: listem naukowców w sprawie klerykalizacji Polski oraz wywiadem udzielonym „Naszemu Dziennikowi” przez ks. Dariusza Oko. Te dwie sprawy się łączą.”Kościół, jak każda legalnie działająca organizacja, ma pełne prawo wyrażania swoich poglądów w rozmaitych kwestiach, zwłaszcza moralnych, oraz do podejmowania działań w celu wprowadzania w życie swych postulatów, ale w granicach obowiązującego prawa. Z tego jednak nie wynika, że owe postulaty – wszystkie i zawsze – mają być akceptowane i realizowane przez władze publiczne” – napisali intelektualiści na łamach „Gazety Wyborczej”.

Daniel Passent przytacza natomiast w swoim felietonie właśnie wypowiedź jednego z duchownych – ks. Dariusza Oko, „jednego z generałów armii zgorszenia”. Ten w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” stwierdził m.in., że „ludzie zniewoleni przez ateizm i seks są zdolni do strasznych rzeczy. Nieprzypadkowo największe zbrodnie w dziejach popełniali ateiści”.

„Chyba jednak ksiądz doktor się myli, wielkich zbrodni dokonywano zarówno pod hasłem ‚religia to opium dla mas’, jak i ‚Gott mit uns'” – wytyka Passent.

Obrażanie ateistów

Zdaniem publicysty „Polityki” słowa ks. Oko stanowią „kliniczny przykład obrażania ateistów, o którym piszą znakomici sygnatariusze apelu do władz RP”. „Bóg im zapłać za to, że zabrali głos” – podkreśla Passent.

Co jeszcze mówił Oko? Na przykład, że „tak zwane wyzwolenie seksualne jest w istocie seksualnym zniewoleniem, w którym to nie rozum kieruje pożądaniem, ale pożądanie rozumem – jakby koń woźnicą. Dochodzi do seksualnego rozpasania, które trzeba jakoś usprawiedliwić, do którego trzeba dorobić jakąś teorię – na przykład gender. Tę teorię usiłuje się potem przemocą i podstępem w sposób totalitarny narzucić wszystkim, aby jeszcze lepiej się samemu usprawiedliwić”.

„Gdyby takim tonem pisano o ludziach wierzących, ‚zdegradowanych, zniszczonych przez wiarę, ofiarach totalitarnego Kościoła’ niechybnie odezwałaby się armia zgorszonych i nadszedłby tysiąc listów, że lincz i że przemoc” – puentuje Passent.

Cały felieton w najnowszym wydaniu „Polityki”.

Zobacz także

TOK FM

Gdzie jest Donald Tusk? „Wszystko się zmienia jak w kalejdoskopie. Proszę próbować w przyszłym tygodniu”

mf, 22.10.2014
Donald Tusk w Sejmie

Donald Tusk w Sejmie (Fot. SŁAWOMIR KAMIŃSKI)

Jak na razie o tym, co wydarzyło się w Moskwie w 2008 r., dowiadujemy się z zaskakujących relacji Radosława Sikorskiego. A co na to sam Donald Tusk? Jak dotąd b. premier milczy. A nikt nie jest w stanie powiedzieć nam, jak się z nim kontaktować.
Ostatnie „rewelacje” Radosława Sikorskiego, jego wtorkowe zachowanie na konferencji prasowej, a na koniec nagła zmiana zdania w sprawie spotkania Tusk-Putin stawiają przed opinią publiczną wiele pytań. Wydaje się, że do rozwiania większości wątpliwości wystarczyłaby jedna konferencja byłego premiera, który opowiedziałby, co naprawdę wydarzyło się w Moskwie w 2008 roku. Ale jak dotąd Donald Tusk milczy.Postanowiliśmy spróbować dowiedzieć się, gdzie jest teraz były premier, jak można się z nim skontaktować i czy zamierza w najbliższym czasie opowiedzieć opinii publicznej o swoim rzekomym spotkaniu z prezydentem Rosji. Niestety, już-nie-premier, ale jeszcze-nie-przewodniczący Rady Europejskiej Tusk, jakby zapadł się pod ziemię.

„Zawsze przez CIR”

Zaczynamy od telefonu do Biura Krajowego PO. Pytamy o kontakt z Tuskiem i o jego plany na najbliższy czas. – Niestety, trudno mi powiedzieć. Proszę przesłać e-mail z pytaniem w tej sprawie – słychać w słuchawce. E-mailem ma zająć się zespół medialny partii. Czy odpowiedź będzie dziś? – Nie mogę tego zagwarantować – pada odpowiedź. Jak dotąd żadne wieści w tej sprawie nie nadeszły.

Następny krok to Biuro Prasowe Klubu Parlamentarnego PO. – Nie wiem – pada odpowiedź na pytanie o to, czy były premier skomentuje jakoś wydarzenia ostatnich dni. A jak można skontaktować się z kimś z otoczenia Tuska, kto może znać plany byłego premiera? Tu również nie dowiadujemy się zbyt dużo.

– Zawsze kontaktowaliśmy się przez CIR [Centrum Informacyjne Rządu – przyp. red.], ale teraz pewnie tak też się nie uda – słyszymy w słuchawce. Trudno się dziwić, przecież na czele rządu stoi już kto inny. Czy to znaczy, że nikt z biura klubu nie kontaktuje się teraz z Tuskiem? – Ostatnio nie mieliśmy takiej potrzeby – brzmi wytłumaczenie. Na koniec pada sugestia, żeby spróbować zadzwonić do Pawła Grasia – wieloletniego rzecznika rządu Tuska. Próbujemy.

Graś, Grupiński, kancelaria

Staramy się skontaktować z Grasiem, ale nie odbiera telefonu. Podobnie jak Rafał Grupiński, przewodniczący klubu parlamentarnego PO. Próbujemy więc w KPRM. Jednak zgodnie z przewidywaniami tu od momentu powołania nowej premier kontakt z Donaldem Tuskiem się urwał. Czyżby były szef rządu zapadł się pod ziemię? Czy nie ma jakiegokolwiek asystenta lub rzecznika, z którym można by się skontaktować? – Myślę, że kontakt będzie możliwy dopiero po ukonstytuowaniu się jego służb prasowych w Brukseli – mówi nasza rozmówczyni z CIR. Oznacza to, że trzeba będzie poczekać do grudnia.

„Jest w Warszawie”

Czyżby więc między złożeniem jednego urzędu a objęciem drugiego rozmowa z Tuskiem była niemożliwa? Nie poddajemy się i dzwonimy do gdańskiego biura poselskiego byłego premiera – w końcu wciąż jest on posłem na Sejm. Kilka razy jesteśmy przełączani, po czym okazuje się, że tu pomocy nie znajdziemy, bo Tusk jest w Warszawie. – Czy pan premier zabierze w najbliższym czasie głos w sprawie Sikorskiego? – pytamy więc w drugim, warszawskim biurze Tuska. Niestety, tu również spotyka nas rozczarowanie.

– Trudno mi powiedzieć. Pan premier ma bardzo napięty kalendarz. Wkrótce obejmuje nowe stanowisko, w najbliższych dniach zrezygnuje z mandatu posła. Dużo się dzieje, wszystko się zmienia jak w kalejdoskopie. Proszę próbować w przyszłym tygodniu – słyszymy w słuchawce.

Chwytamy się ostatniej deski ratunku: Rada Europejska. Kontaktujemy się z Dirkiem De Backerem, rzecznikiem przewodniczącego van Rompuya. On odsyła nas do swojego zastępcy Prebena Aamanna, który wkrótce ma zostać rzecznikiem Tuska. Niestety, nie udaje się nam do niego dodzwonić.

Wydaje się jednak, że prędzej czy później były premier będzie musiał odnieść się publicznie do ostatnich wydarzeń. Kiedy to nastąpi? Miejmy nadzieję, że wcześniej niż po objęciu stanowiska w Brukseli. I że będzie bardziej rozmowny niż Radosław Sikorski na wtorkowej konferencji.

Zobacz także

TOK FM

Co się stało z wielką kasą?

Izabela Żbikowska, 22.10.2014
Złodzieje wyglądali, jak trzeba. Mieli autentyczne formularze, broń (na kulki), czarne stroje i białą furgonetkę tylko minimalnie różniącą się od oryginału. Wzięli pieniądze i odjechali. Właściwi ochroniarze przyjechali pół godziny po nich

Złodzieje wyglądali, jak trzeba. Mieli autentyczne formularze, broń (na kulki), czarne stroje i białą furgonetkę tylko minimalnie różniącą się od oryginału. Wzięli pieniądze i odjechali. Właściwi ochroniarze przyjechali pół godziny po nich (XAVIER ROSSI GETTY IMAGES)

5,5 mln zł zniknęło razem z „facetem w kominiarce”. We wrocławskiej sortowni wciąż zastanawiają się, jak ta prymitywna kradzież mogła się powieść.
W połowie marca 2010 roku do centrum obsługi gotówki Brinks, gdzie trafiały utargi z całego regionu, podjechał biały volkswagen caddy oznakowany tak jak samochody firmy ochroniarskiej Solid Security. Kamery monitoringu zarejestrowały auto pod bramą o godz. 7.42. Osiem minut później samochód wjechał do środka. Po kilkunastu minutach wyjechał z ładunkiem.Dopiero potem, analizując monitoring, policjanci się zorientowali, że pojazd był „cywilny”. Nie miał tzw. komina, czyli wentylacji doprowadzającej powietrze do pomieszczenia konwojentów wewnątrz pojazdu. Brakowało też wizjerów z lusterkami wstecznymi. No i wycieraczki w tylnych drzwiach. Samochody konwojentów ich nie mają, a ten miał.Worków tym razem nie było

Odtwarzając przebieg wypadków, ustalono, że pasażer volkswagena, podając się za konwojenta, przedstawił pracownikowi sortowni „pokwitowanie przyjęcia depozytu”. Potem ustalono, że dokument był oryginalny. Tak jak i pieczątka Solid Security. Nazwisko, którym konwojent podpisał się na dokumentach – Tomasz F. – też było prawdziwe i należało do pracownika firmy ochroniarskiej. Gdy sprawca pobierał miliony, prawdziwy Tomasz F. wypoczywał w domu, miał urlop.

Konwojent odebrał gotówkę przeznaczoną dla Raiffeisen Banku: 4 mln zł i 375 tys. euro. Pracownik, który wydał pieniądze, zeznał w śledztwie: – Wszystko było zwyczajne. Może poza workami. Konwojent włożył pieniądze do samochodu i chciał odjechać. Zapytałem go więc, czy nie ma dla mnie worków. „Worków?” – zdziwił się.

„No, worków. Na pieniądze. Zwykle konwojenci mi je zostawiają” – wytłumaczyłem. Odpowiedział, że może później przywiozą.

Podczas śledztwa pracownikowi przypomniało się coś jeszcze: – Sprawca wiedział o rozmieszczeniu kamer w budynku, bo stawał tak, by być do nich tyłem.

Pół godziny po jego odjeździe złodziei przyjechali prawdziwi konwojenci.

Dwa dni po skoku jeden z policjantów zajmujących się sprawą odebrał telefon. Nieznajomy mężczyzna pytał, czy prowadzi śledztwo „w tej sprawie, co o niej piszą w gazetach”, i czy dochodzenie dotyczy firmy ochroniarskiej Solid Security.

Policjant wysłuchał tego, co dzwoniący miał do powiedzenia. Ten wytłumaczył: – Trzy, może cztery tygodnie temu na parkingu przy autostradzie Wrocław – Opole znalazłem dokumenty firmy Solid. 169 nazwisk konwojentów uprawnionych do pobierania pieniędzy. Wszystko tam było. Zdjęcia, numery licencji i dowodów osobistych, wzory podpisów.

Dalej telefonujący zapewnił, że o wszystkim powiadomił prezesa firmy ochroniarskiej, licząc na nagrodę.

– Przekazałem te dokumenty także policjantom. I nic. A dyrektor Solidu zamiast nagrody doniósł na mnie, mówiąc, że chciałem wymusić okup. Policjanci zatrzymali mnie na 24 godziny, choć tłumaczyłem, że nie mam tych dokumentów, bo przecież je oddałem.

Wrocławscy kryminalni sprawdzili ten trop. Dzwoniący mówił prawdę, ale jego informacje na niewiele się zdały. Znaleziony przez niego wykaz pracowników dotyczył warszawskiego oddziału konwojentów Solidu.

Inny trop poprowadził do Łodzi. Tam partnerka byłego pracownika łódzkiej liczarni pieniędzy po kłótni doniosła na niego policji, oskarżając o związek z wrocławskim napadem. Mężczyzna został zatrzymany, ale szybko go zwolniono.

Kilka tygodni później do wrocławskiej policji przyszedł anonim. „W sprawę kradzieży z liczarni zamieszani są również policjanci” – napisał na komputerze „Obywatel”.

Wynik kategorycznie pozytywny

Rok po kradzieży śledztwo umorzono „z powodu niewykrycia sprawcy”.

„Przeprowadzone na szeroką skalę czynności procesowe i operacyjne nie doprowadziły do ustalenia tożsamości sprawców, a także odzyskania utraconego mienia” – napisała w decyzji o umorzeniu prokuratorka z Wrocławia.

Do sprawy udało się wrócić pod koniec listopada 2012 r. – dzięki rewelacjom, jakie przesłał śledczym grafolog.

Policjanci wiedzieli już wcześniej, że volkswagena caddy skradziono w okolicy, w której mieszkał znany złodziej samochodowy, niejaki J. Ten z kolei przyjaźnił się z Krzysztofem B., byłym policjantem służącym w prewencji przez 16 lat, a wyrzuconym za podejrzenia o paserstwo.

We wrześniu 2012 roku, już po umorzeniu dochodzenia, policja przekazała biegłemu grafologowi kwit podpisany przez fałszywego konwojenta i materiał porównawczy z fragmentami pisma byłego policjanta: podpisane przez niego dokumenty z urzędu celnego oraz wniosek paszportowy.Biegły miał porównać pismo ekspolicjanta z podpisem, który złożył pseudokonwojent w dniu kradzieży. Konkluzja kilkustronicowej opinii brzmiała: „Wynik kategorycznie pozytywny”.Pięć dni po oficjalnym wznowieniu śledztwa – w grudniu 2012 roku – policjanci przeszukali mieszkanie dawnego kolegi. Znaleźli wizytówki Solid Security, atrapę pistoletu i paragony pozostałe po zakupach drogich przedmiotów: złotych monet, komputerów i sprzętu RTV. Mieszkanie było po kapitalnym remoncie, wyposażone w nowe, luksusowe meble.

Żona B. podczas przeszukania mieszkania wyznała, że mąż kupił jej peugeota 207.

– Za wszystko, co nowe, zapłacił on. Nigdy nie pytałam, skąd ma pieniądze.

Dobry mąż i ojciec kupił też samochody dwóm córkom. Z okazji ukończenia szkoły.

Chcesz 100 tys. zł za godzinę?

– To Paweł mnie namówił – przyznał Krzysztof B., który po zatrzymaniu od razu zdecydował się na współpracę. Liczył na to, że jeśli wyda wspólnika, sąd łagodnie go potraktuje. Wydał Pawła O., znajomego handlarza samochodami sprowadzanymi z Holandii.

– W lutym Paweł zapytał mnie, czy chcę zarobić 100 tys. zł w godzinę. Miałem odebrać jakąś przesyłkę. Byłem zaintrygowany – opowiadał B. „Chyba nie trzeba będzie nikogo odstrzelić?” – dopytałem.

Ekspolicjant przekonywał, że za planem kradzieży stał „facet w kominiarce”. On i Paweł O. jedynie wykonywali polecenia – Paweł zawiózł mnie na spotkanie z nim. Ja siedziałem w samochodzie z tyłu, on z przodu, nie patrzył na mnie. Miał na sobie kominiarkę i głos, jakby zażywał sterydy.

„Kominiarka” wytłumaczył ekspolicjantowi, jak ma się zachowywać w sortowni, co mówić i jak rozmieszczone są kamery. Mówił, że do zgarnięcia jest 400-500 tys. zł.

W wyznaczonym dniu Krzysztof B. miał czekać we Wrocławiu na umówiony samochód. Kierowca, kolejny nieznajomy, miał go odebrać na ulicy i zawieźć do sortowni.

– Jak go słuchałem, to przestało mi się podobać. Trudno było uwierzyć, że ktoś da mi pieniądze tylko na podstawie jakiegoś świstka.

Mimo wątpliwości były glina podjął się zadania.

– Ten w kominiarce powiedział mi, że muszę mieć wąsy. Nie zapuszczałem ich specjalnie. Przed kradzieżą nastrzygłem sobie z czarnego pędzelka włosia, które w samochodzie przylepiłem pod nosem klejem. Nie musiało być idealnie, bo pracownicy sortowni sprawdzali konwojentów przez pleksę, przez którą dokładnie nie widać.

Wcześniej B. pojawił się w sklepie z militariami, gdzie skompletował ubranie konwojenta.

– Kupiłem sweter, kaburę i pistolet na kuleczki. Potem jeszcze raz wróciłem do tego sklepu i kupiłem drugi sweter – dziadkowi do pracy.

Rankiem przed napadem eksfunkcjonariusz przebrał się w samochodzie. Chwilę później podjechał biały volkswagen. Nieznany mu kierowca zapytał: „Wiesz, co masz robić?”.

B. potwierdził. Pojechali.

– Po wszystkim zapytałem tego mężczyznę, dlaczego nikt mi nic nie powiedział o workach na wymianę? „Zawsze muszą coś doje…ć” – odparł tamten enigmatycznie.

Jak potrzebowałem, to brałemPo wykonaniu zadania Krzysztof B. wysiadł na obrzeżach Wrocławia. Wszystkie pieniądze zostawił w volkswagenie. Dopiero po południu z radia dowiedział się, ile tak naprawdę ukradł. Wieczorem Paweł O. przywiózł mu obiecane 100 tys. zł.- Schowałem je w bagażniku, potem w metalowej skrytce na strychu. Żyłem za nie. Jak potrzebowałem, to brałem.

Teraz Krzysztof B. i Paweł O. – ten od samochodów z Holandii – odpowiadają za „oszustwo dotyczące mienia znacznej wartości”. Grozi im po dziesięć lat więzienia. Pierwszy przyznaje się do winy, choć na rozprawie stara się wybielić siebie i Pawła O., zrzucając jak najwięcej na „faceta w kominiarce”. Sam O. wielokrotnie przesłuchiwany tylko raz przyznał się do winy. Potem wszystko odwołał. Twierdzi, że Krzysztofa B. zawiózł na spotkanie z „Kominiarką” przypadkowo. Przed sądem odmówił składania wyjaśnień.

Śledczy wciąż szukają pieniędzy.

Złodzieje wyglądali, jak trzeba. Mieli autentyczne formularze, broń (na kulki), czarne stroje i białą furgonetkę tylko minimalnie różniącą się od oryginału. Wzięli pieniądze i odjechali. Właściwi ochroniarze przyjechali pół godziny po nich

NAPADY PO POLSKU

* W sierpniu 1962 r. łupem złodziei padło 12,5 miliona ówczesnych złotych z banku w Wołowie na Dolnym Śląsku. To była równowartość stu willi. Sprawcy lewarkiem przebili się do skarbca, sejf sforsowali łomem i wiertarką. Napad stał się inspiracją filmu „Hazardziści”.

* W 2001 roku trzej bandyci bestialsko zamordowali ochroniarza i trzy kasjerki z filii Kredyt Banku w Warszawie przy ulicy Żelaznej. Zrabowali niewiele ponad 100 tys. zł. Zostali skazani na dożywocie.

* W latach 2007-08 były strażnik miejski z Opola obrabiał małe pośrednictwa finansowe i bukmacherskie. Napadł też na dwa sklepy, piekarnię i aptekę. Prokuratura wyliczyła, że zrabował ok. 16 tys. zł. Przyznał, że nie mógł poradzić sobie z hazardem. Dostał 6,5 roku.

Zobacz także

Wyborcza.pl

KNF: Dziesiątki milionów ze SKOK-ów płyną do Luksemburga

Maciej Samcik, 22.10.2014
Wrocław, oddział SKOK Stefczyka

Wrocław, oddział SKOK Stefczyka (KAMILA KUBAT)

KNF opublikował we wtorek raport, z którego wynika, że do Luksemburga, do spółki kontrolowanej przez Krajową SKOK, wyciekają z systemu SKOK-ów dziesiątki milionów złotych rocznie.
Przy okazji sprawozdania z kolejnego posiedzenia Komisja Nadzoru Finansowego opublikowała raport poświęcony powiązaniom personalnym i finansowym w grupie SKOK (pełny raport na końcu artykułu). Spółdzielcze Kasy mające 2,6 mln członków są w trudnej sytuacji finansowej. Ich fundusze własne, czyli podstawę do prowadzenia jakiejkolwiek działalności, nadzór szacuje na minus 70 mln zł, a jeśli doliczyć do tego korekty wynikające z inspekcji KNF w kasach – to ujemne saldo wyniesie 660 mln zł. Żeby SKOK-i spełniały choćby najniższe wymogi dotyczące posiadania własnego kapitału, brakuje im 1,5 mld zł. Straty SKOK-ów za ostatni rok nadzór szacuje na 565 mln zł (choć same SKOK-i twierdzą, że wypracowały 23 mln zł zysku). Już 31 proc. kredytów jest przeterminowana w spłacie lub stracona.Jeden SKOK (Wspólnota) zbankrutował (z pieniędzy pochodzących od banków jego klientom wypłacono ponad 800 mln zł). Kolejne dwa SKOK-i są przeznaczone do przejęcia przez banki (Rumia i Kopernik). W sumie ta trójka stanowi 7-8 proc. aktywów całego systemu. A co będzie z resztą? Członkowie SKOK-ów nie mają ochoty dokapitalizować systemu nowymi składkami. A KNF nie dała zgody na pełnienie funkcji prezesom kilkunastu SKOK-ów, a także szefowi Krajowej SKOK.Teraz do tego niewesołego obrazu dochodzi jeszcze jeden element. Analitycy KNF policzyli, jakie obciążenia ponoszą SKOK-i na rzecz różnych spółek, fundacji i innych podmiotów, z którymi łączą je umowy np. na zakup usług. Wnioski z tych obliczeń zostały zaprezentowane kilka dni temu na spotkaniu Komitetu Stabilności Finansowej, w którym uczestniczą m.in. przedstawiciele rządu, nadzoru i Narodowego Banku Polskiego.

Czytaj też: Ubezpieczyli pracowników SKOK-ów od utraty pracy. A kiedy się zorientowali – wpadli w panikę

Inkasowanie dywidend

Urzędnicy KNF doszli do wniosku, że duża część podmiotów, na rzecz których płacą SKOK-i, jest kontrolowana przez spółkę SKOK Holding w Luksemburgu. Zajmuje się ona głównie inkasowaniem dywidend, a jej głównym udziałowcem jest Krajowa SKOK. Według KNF w zeszłym roku za pośrednictwem 11 podmiotów kontrolowanych przez SKOK Holding ze spółdzielczego systemu wypłynęło ponad 83 mln zł. W tym roku – według prognoz KNF – może to być jakieś 70 mln zł. Do końca zeszłego roku luksemburska spółka zakumulowała łącznie z tych wszystkich wypłat równowartość 141 mln zł. Gdyby SKOK Holding wypłacił te pieniądze w formie dywidendy do Krajowej SKOK, mogłyby one wrócić do SKOK-ów w formie pomocy lub pożyczek. Tak się jednak nie dzieje.


Kliknij w zdjęcie, aby zobaczyć powiększenie

Czytaj też: Coraz dziwniej wokół SKOK-ów. Dwa banki pobiją się o przejęcie kolejnej kasy?

Z analizy KNF wynika też, że system wciąż jest źródłem dobrych zarobków dla ludzi, którzy nim zarządzali przez 20 lat, zanim znalazł się pod kuratelą KNF. Z Krajowego Rejestru Sądowego wynika, że Grzegorz Bierecki, były długoletni prezes Krajowej SKOK, zasiada w zarządach pięciu podmiotów oplatających SKOK-i (SKOK Holding, Arenda Bierecki, MP 59 Bierecki Sosnowski, SIN Bierecki oraz fundacja Sanitas), a także w radach nadzorczych 15 kolejnych (SKOK Stefczyka, Stefczyk Nieruchomości, Asekuracja, TUnŻ SKOK, TUW SKOK, TFI SKOK, TF SKOK, Apella, eCard, TZ SKOK, TZ SKOK SKA, Stefczyk Finanse i trzy fundacje na dokładkę). Jego brat Jarosław jest w dwóch zarządach i dziewięciu radach, Adam Jedliński zasiada w siedmiu gremiach zarządczych, Grzegorz Buczkowski w 15, a Andrzej Sosnowski – w ośmiu. 12 podmiotów spośród wymienionych powyżej wypłaciło w 2012 r. członkom swoich władz ponad 12 mln zł wynagrodzeń.

W czwartek ma odbyć się konferencja prasowa Krajowej SKOK, na której jej przedstawiciele odniosą się zapewne do raportu KNF.

http://bi.gazeta.pl/im/3/16844/m16844113,INF-DODATKOWE-SKOK-POWIAZANIA-TCM75-39388.pdf&embedded=true
Czytasz na smartfonie? Plik znajdziesz pod tym linkiem

Zobacz także

wyborcza.biz

Wydawnictwo Literackie ma Rotha na wyłączność

min, 21.10.2014
Philip Roth

Philip Roth (Fot. RICHARD DREW ASSOCIATED PRESS)

Wydawnictwo Literackie zostało wyłącznym wydawcą Philipa Rotha w Polsce. Krakowska oficyna zapowiada edycję wszystkich dzieł amerykańskiego giganta w ujednoliconej szacie graficznej.
Literacki prowokator, wnikliwy analityk ludzkiej natury i wieczny kandydat do Nagrody Nobla ogłosił nie tak dawno, że złamał pióro. Jego ostatnią książką była wydana dwa lata temu „Nemezis”. W przygotowywanej przez WL serii nie będzie więc premier, ale dorobek Rotha w komplecie.Na dobry początek wydawca proponuje „Kompleks Portnoya” (tytuł, który znalazł się wśród stu najlepszych anglojęzycznych powieści XX wieku według magazynu „Time”), „Amerykańską sielankę” (Nagroda Pulitzera 1998) i „Wyszłam za komunistę”. W kolejnych miesiącach ukażą się: „Ludzka skaza”, „Spisek przeciwko Ameryce”, „Konające zwierzę”, „Wzburzenie”, „Everyman”, „Teatr Sabata” i „Kiedy była dobra”.

Wyborcza.pl

Środa w TV: „Mężczyzna moich marzeń”, neony i Farhadi [POLECAMY]

ad, 22.10.2014

„Neon” (Fot. TVP Kultura)

Nasze propozycje na 22 października. Zobacz komedię romantyczną z Jeanem Reno i Juliette Binoche, dokument o polskich neonach, ubraną w horror przestrogę przed francuskimi samobójczyniami, dramat Farhadiego i Andrzeja Bartkowiaka starcie z reżyserią. Miłego oglądania!
„Mężczyzna moich marzeń”komedia romantyczna, Wielka Brytania/Francja 2002, reż. Daniele Thompson, wyk. Jean Reno, Juliette Binoche, Sergi López, Karine Belly
20:00 | Stopklatka TV
Zamknięty w sobie, zgorzkniały i lekko już schorowany Felix (Reno) wybiera się do Monachium na pogrzeb matki swojej byłej. Ekstrawertyczna, gadatliwa i spontaniczna Rose (Binoche) wybiera się na kontrakt do hotelu w Acapulco. Spotykają się na jednym z paryskich lotnisk, na którym rozpoczyna się strajk. Spędzają noc w hotelu zafundowanym przez linie lotnicze. Następnego dnia każde rusza w swoją stronę, ale szybko uświadamiają sobie, że żyć bez siebie nie mogą. (ces)

„Neon”

dokument, Polska 2012, reż. Eric Bednarski
20:20 | TVP Kultura

Neony wrosły w krajobraz Warszawy tuż po I wojnie światowej. Zapuściły korzenie w betonowych ścianach budynków, by zniknąć razem z nimi w czasie II wojny światowej.

Gdy w PRL-u odbudowywano stolicę, okazało się, że beton to wciąż podatny grunt dla nocnej świetlnej roślinności oplatającej dachy i ściany. Po raz kolejny neony zgasły dopiero w grudniu 1981 roku.

Czym były dla Polaków – powiewem Zachodu, punktami orientacyjnymi czy oryginalnymi reklamami? Jak powstawały i kto je tworzył? (wro)

„Amerykański wilkołak w Paryżu”

horror, Wlk. Bryt./Holandia/Luksemburg/USA/Francja 1997, reż. Anthony Waller, wyk. Julie Delpy, Tom Everett Scott, Vince Vieluf
21:00 | CBS Europa

Trzech amerykańskich młodziaków – Andy, Brad i Chris – wędruje po Europie. Podokazywawszy do woli w Hiszpanii, przyjeżdżają do Paryża. Nocą zakradają się na szczyt wieży Eiffla. Otwierają butelkę wina. Wtedy pojawia się francuskie dziewczę Serafine. Chce popełnić samobójstwo. Andy ratuje ją od śmierci i… zakochuje się w niej. Rychło okaże się, że Serafine jest wilkołakiem. Gdy ukąsi Andy’ego, młodzieniec podzieli jej okrutny los… (jsz)

„Przeszłość”

dramat psychologiczny, Włochy/Francja 2013, reż. Asghar Farhadi, wyk. Bérénice Bejo, Ali Mosaffa, Tahar Rahim, Pauline Burlet, Elyes Aguis
21:00 | Canal+

Historia o rozstaniu męża i żony, na które patrzą młodsze i starsze dzieci. Podobna narracyjnie do wcześniejszego, oscarowego „Rozstania”.

Taką rodzinę jak w „Przeszłości” zwykło nazywać się patchworkową. Ahmad (Mosaffa) przylatuje do swojej żony Marie-Anne (kojarzona zwłaszcza z „Artystą” Bérénice Bejo), z którą żyje w separacji od czterech lat, żeby podpisać wreszcie rozwodowe papiery. Razem wychowywali dwie jej córki – nastoletnią dziś Lucie i sporo młodszą Leę. Rozwód jest Marie-Anne potrzebny, bo mieszka obecnie z innym mężczyzną Samirem oraz jego synem. Ale komplikacje idą dalej: Samir wciąż jest żonaty, a jego żona po nieudanej próbie samobójczej leży w śpiączce w szpitalu…

Rodzinny dramat w konwencji niemal thrillera – nasza wiedza o bohaterach co chwilę się zmienia, jedna tajemnica goni następną. Asghar Farhadi w pełnej krasie. (pt)

„Mroczna dzielnica”

film sensacyjny, USA/Australia 2001, reż. Andrzej Bartkowiak, wyk. Steven Seagal, DMX, Isaiah Washington, Anthony Anderson
22:30 | TVN

Nasz człowiek w Hollywood, operator Andrzej Bartkowiak, próbuje reżyserii. Niekonwencjonalny gliniarz zmaga się z korupcją wśród stróżów prawa. Niezbyt odkrywcza fabuła, ale fani Stevena Seagala nie będą rozczarowani. (myz)

Wyborcza.pl

Upokarzająca noc w poszukiwaniu pigułki „po”. „U nas takich rzeczy nie przepisujemy”

Łukasz Woźnicki, 22.10.2014

fot. Anka Grzywacz, lic. CC BY 2.5, Norma/REPORTER

Ile szpitali i przychodni w Warszawie trzeba odwiedzić jednej nocy, by dostać recepty na pigułkę po? Agata Diduszko-Zyglewska cztery razy odbiła się od ściany. – Lekarze i pielęgniarki odsyłali mnie od szpitala do szpitala albo odmawiali. A przecież prosiłam o przysługującą mi legalną pomoc – mówi. W końcu zdobyła tabletkę – znajomi z Krakowa przesłali jej przesyłką konduktorską.
Agata Diduszko-Zyglewska jest dziennikarką „Dziennika Opinii” Krytyki Politycznej, ale jej wędrówka po szpitalach nie była dziennikarską prowokacją. Ma dwójkę dzieci, kredyt i, jak opowiada, pod żadnym względem nie stać jej na powiększenie rodziny. – Przypadkowa i niechciana ciąża oznaczałaby nasze bankructwo.Aby uniknąć ciąży, we wrześniu przeszła „upokarzającą drogę w poszukiwaniu legalnej tabletki”, którą przed kilkoma dniami opisała na łamach „Dziennika Opinii”. Jednocześnie złożyła skargi do rzecznika praw pacjenta i kierownictwa jednej z warszawskich przychodni. – Jeśli liczba podobnych świadectw osiągnie masę krytyczną, może nakłonią ministra zdrowia, aby zareagował na nieetyczne zachowanie lekarzy – uważa.Pigułka błędnie uważana za wczesnoporonną

Dziennikarka szukała pigułki po, czyli środka antykoncepcyjnego z dużą ilością hormonów. Utrudnia zajście w ciążę, gdy zawiodą inne środki, np. pęknie prezerwatywa. – Lek przyjęty w 72 godziny po stosunku zapobiega ciąży w 84 proc. przypadków. Nie działa zawsze, ale jego skuteczność rośnie, jeśli zostanie przyjęty jak najszybciej. Najlepiej zażyć tabletkę w ciągu 12 godzin – informuje producent w ulotce.

Wbrew obiegowym opiniom pigułka nie jest środkiem wczesnoporonnym, te są zakazane w Polsce. Ale aby ją kupić, potrzebna jest recepta. – Zlecenie środka antykoncepcyjnego pozostaje w zakresie świadczeń udzielanych przede wszystkim przez ginekologa. Ale według przepisów receptę może wystawić lekarz każdej specjalności – mówi Jarosław Fiks, dyrektor generalny Biura Rzecznika Praw Pacjenta.

Tyle teorii. W praktyce kobiety w gabinetach często zderzają się ze ścianą. Agata Diduszko-Zyglewska wraz ze swoim mężem jednej nocy zderzyła się ze ścianą cztery razy.

Nasi lekarze robią to niechętnie. Nie ma gwarancji

Niepubliczny Zakład Opieki Zdrowotnej „Falck” w Warszawie. Przychodnia przy ul. Sapieżyńskiej udziela nocnej i świątecznej pomocy medycznej. – Pojechał mąż, aby spytać o możliwość otrzymania recepty. Lekarka przekonała go, że powinnam jechać do szpitala położniczego przy ul. Karowej, bo tam się załatwia „takie sprawy”.

Szpital Kliniczny im. ks. Anny Mazowieckiej przy ul. Karowej. – W poczekalni kolejka ciężarnych kobiet. Pielęgniarka mówi, że mogę czekać kilka godzin, ale i tak nie ma gwarancji, bo lekarze przepisują niechętnie. A każda rodząca, która przyjdzie w międzyczasie, będzie przede mną, więc to może się jeszcze przedłużyć.

– Pytałam, czy skoro w moim przypadku liczy się czas, lekarz nie mógłby wypisać recepty między pacjentkami. Słyszę, że potrzebne jest pełne badanie ginekologiczne, bo muszą sprawdzić, czy nie jestem w ciąży. Nie jestem. Mówię, kiedy miałam okres. Nieważne, lekarz musi się upewnić, a i tak nie wiadomo, czy wypisze. A najlepiej gdybym pojechała do szpitala na Solcu. Tam jest o wiele mniej porodów i na pewno ktoś wypisze.

Pielęgniarka w imieniu szpitala odmawia

Szpital na Solcu. Pielęgniarka w izbie przyjęć zaskoczona. – Jaką tabletkę? Po stosunku? U nas się takich rzeczy nie przepisuje – mówi. Upieram się, że pielęgniarka nie może mi odmówić udzielenia pomocy w imieniu szpitala. Proszę, aby zapytała lekarza, który przyjmuje na izbie przyjęć. – Nie ma mowy, proszę pani. To może wypisać tylko ginekolog.

Proszę o wezwanie ginekologa z oddziału położniczego. Pielęgniarka dzwoni. Niestety… wszyscy ginekolodzy robią właśnie cesarskie cięcie i to potrwa dwie, trzy godziny. A tak w ogóle, takie sprawy załatwia się w przychodni.

– W sumie się zgadzam, ale przecież odesłano mnie tutaj ze szpitala, do którego odesłano mnie z przychodni. Co mam zrobić? No przecież słyszałam – jechać do przychodni. No to jadę – opowiada.

– Czy szpitalna izba przyjęć jest właściwym miejscem, by szukać recepty na pigułkę po? – pytamy rzecznika praw pacjenta.

– Każdy lekarz może wystawić receptę, więc także lekarz dyżurny izby przyjęć. Tyle że do szpitalnych izb i SOR-ów pacjenci powinni się zgłaszać przede wszystkim w sytuacjach nagłych, wymagających natychmiastowej interwencji medycznej. Wieczorem lub nocą najlepiej udać się do poradni nocnej i świątecznej pomocy lekarskiej – mówi dyrektor Fiks.

Nie wiem nawet, jak ta tabletka się nazywa

Przychodnia Falck przy ul. Sapieżyńskiej. „Lekarka, z którą wcześniej rozmawiał mąż, takich rzeczy nie-wy-pi-su-je. Mówi, że nawet nie wie, jak to się nazywa. Że napatrzyła się na skutki działania takich tabletek w szpitalach i ona tego na swoje sumienie nie weźmie. Pytam, czy weźmie na swoje sumienie moją przypadkową i niechcianą ciążę. To nie jej sprawa – mogłam się lepiej zabezpieczyć”.

– Tu przyznałam, że jestem dziennikarką. Poprosiłam o imię i nazwisko lekarza. Uparłam się, że nie wyjdę z gabinetu bez pisemnej odmowy wypisania recepty wraz z uzasadnieniem. Pani doktor proponuje mi, bym poszła zapytać drugiego lekarza, czy nie zechce wypisać recepty. Mówię, że pójdę, ale dopiero po otrzymaniu odmowy. Lekarka idzie sama, ale słyszę przez drzwi, że tylko po to, by uzgodnić, co najlepiej napisać. „Lek powinien być wypisywany po badaniu ginekologicznym. Pacjentka została skierowana na badanie” – napisała lekarka na odmowie.

– Nie istnieje żaden przepis, który nakłada na lekarza obowiązek uzależnienia wystawiania recepty od wykonania badania ginekologicznego. Warto jednak pamiętać, że to lekarz ponosi odpowiedzialność za ordynowanie leku pacjentowi. Dlatego wystawienie recepty powinno wiązać się z oceną ryzyka zdrowotnego. Lekarz orzeka o stanie zdrowia pacjenta po osobistym zbadaniu go – mówi dyrektor Fiks.

Były merytoryczne względy. Jakie? Nie wiadomo– Dlaczego państwa lekarka odmówiła? – pytamy Aleksandra Hepnera, rzecznika firmy Falck Medycyna.- Nie miała dużego doświadczenia w używaniu silnych leków hormonalnych. Po ocenie sytuacji konkretnej osoby, kierując się dobrem pacjentki i bezpieczeństwem farmakoterapii oraz uniwersalną zasadą primum non nocere – po pierwsze, nie szkodzić, stwierdziła, że istnieją względy medyczne, aby skorzystać z konsultacji ginekologicznej – mówi rzecznik.

Zaznacza, że lekarka miała prawo zasięgać konsultacji specjalistycznych. A pacjentka powinna otrzymać pomoc przy ul. Karowej. – Lekarka nie kierowała się „klauzulą sumienia”, lecz powodami merytorycznymi – mówi.

– Jakie argumenty o charakterze medycznym dotyczące tej konkretnej pacjentki przesądziły o decyzji lekarza? – pytamy. – A to już jest tajemnica lekarska, której nie wolno nam naruszać – kwituje rzecznik.

– Lekarka mnie nie zbadała ani nie zrobiła nawet wywiadu medycznego. Zaczęła rozmowę od tego, że nie wypisuje takich leków i że „napatrzyła się w szpitalach na straszliwe skutki ich działania”. Nie zadała żadnych pytań o mój stan zdrowia. Skąd miała mieć przesłanki do merytorycznej oceny? – dziwi Agata Diduszko-Zyglewska.

– Lekarz może uznać, że zażywanie środków hormonalnych jest niewskazane w związku ze stanem zdrowia. Ale musi to być poparte określonymi argumentami o charakterze medycznym, a nie ogólnym przekonaniem o szkodliwości środków hormonalnych – informuje zespół prawny warszawskiej Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. We wrześniu organizacja wydała poradnik dla kobiet, które spotykają się z odmową. Informuje, jakie kroki prawne powinny podjąć.

Czy zdaje sobie pani sprawę, że zostanie wykluczona z Kościoła?

Dziennikarka ostatecznie dostała tabletkę. Pomogli jej znajomi z Krakowa. Po kilku godzinach pigułka przyjechała w przesyłce kolejowej. – Jak wielu Polaków zrobili sobie zapas podczas wakacji za granicą, gdzie tabletkę kupuje się w aptece bez recepty, a lekarze i farmaceuci nie mają problemów z respektowaniem prawa pacjentów do antykoncepcji i ochrony przed niechcianą ciążą – komentuje.

Na polskich forach są dziesiątki podobnych historii. Niektóre kończą się bez happy endu. „Byłam na trzech pogotowiach i w dwóch szpitalach. Potraktowano mnie jak dziwkę, która wpadła podczas puszczania się z kolejnym facetem. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z taką niechęcią, wręcz wrogością, w dodatku w sytuacji, kiedy naprawdę potrzebowałam pomocy. Nie można wierzyć lekarzom. Nie posiadają nawet elementarnej wiedzy, wmawiając mi, że pigułka po, to środek wczesnoporonny” – pisze Susi.

„Pojechałam z koleżanką na pogotowie. Po paru minutach została przyjęta i jeszcze szybciej wyrzucona. Lekarz powiedział, że nie wypisze recepty, bo jest człowiekiem wierzącym i nie będzie przyczyniał się do „zatrzymywania procesu nowego życia”. Zapytał jeszcze, czy koleżanka zdaje sobie sprawę, że zostanie wykluczona z Kościoła? – pisze Annabel.

„Lekarz ogólny odmówił i skierował do szpitala, gdzie był oddział ginekologiczny. Pielęgniarka pokazała mi pismo, że tu nie wydają takich leków, podpisane przez dyrektorkę szpitala. Nie chciała słuchać tłumaczeń, ale udało mi się dostać do ginekologa. Oczywiście odmówił, powołując się na pismo dyrekcji. Dodam, że mój stan zdrowia jest bardzo dobry i były to moje dni płodne”.

„Był weekend, kiedy zdarzyła nam się wpadka. Mieszkam w małym mieście i nie miałam gdzie kupić recepty, a na pogotowiu odmówili. Kiedy w poniedziałek wybłagałam receptę u czwartego lekarza z kolei, było już za późno. Teraz jestem w 4. miesiącu ciąży. Z chłopakiem się rozstaliśmy, ale obiecał pomóc przy dziecku. Może teraz pójść do tej pani na pogotowiu i poprosić ją o alimenty?” – pisze Anna.

Etyczne zachowanie kosztuje 150 zł

Liczba skarg w internecie nie przekłada się na liczbę skarg kierowanych do rzecznika praw pacjenta. – Od stycznia prowadziliśmy pięć postępowań związanych z dostępem do środków antykoncepcyjnych. Na razie zakończyły się dwa, z czego w jednym stwierdzono naruszenie praw pacjentki – mówi Jarosław Fiks.

– Zachęcam wszystkich, by pisali skargi. Mnie zajęło to 1,5 godziny. Gdy opisałam, co mnie spotkało, napisało do mnie ponad 20 kobiet i mężczyzn, którzy mieli podobne problemy. Dotykają zwłaszcza kobiet, których nie stać, aby pójść do prywatnych przychodni, gdzie lekarze za sowitą opłatą zachowują się etycznie. Ale od czego jest publiczna służba zdrowia? – pyta.

Agata, studentka z Warszawy, potwierdza: – W środku nocy pękła nam prezerwatywa. Mój chłopak wpisał w Google „pigułka po, Warszawa”. Telefon i za pół godziny mieliśmy umówioną wizytę u ginekologa. Gabinet w mieszkaniu, kulturalny starszy pan. Wytłumaczył nam dokładnie, co to za tabletka i jak działa. Pytał, czy na pewno nie chcemy założyć rodziny. 10 minut uspokajającej rozmowy, za którą zapłaciłam 150 zł.

Zobacz także

Wyborcza.pl

Reklamy
Komentarze

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s