Mateusz Morawiecki jako Wandal polskich aspiracji

Premier polskiego rządu zajmuje się propagowaniem fake newsów.

Mateusz Morawiecki chwalił się w Brukseli, że w telefonie ma unikatowe zdjęcie prof. Małgorzaty Gersdorf z samym Edwardem Gierkiem. A mógł trochę poczekać, to internauci podrzuciliby mu zdjęcie ze słynnego plakatu z lat 50-tych, na której Soso Dżugaszwili „Stalin” całuje dziecko (być może jego małoletniego wtedy ojca Kornela). W każdym razie tak internauci podpisują socrealistyczny plakat.

Gdy Morawiecki będzie w Watykanie – podrzucam mu pomysł ze zdjęciami z Janem Pawłem II. Może przekonywać papieża Franciszka, aby strącił z piedestału świętych do piekieł polskiego papieża, bo są rozliczne zdjęcia jego z samym Wojciechem Jaruzelskim.

Tym się zajmuje premier polskiego rządu – propaguje fake newsy. Największym takim fejkiem była jego Biała Księga. Pewnie w Brukseli była czytana jak Mrożek w PRL. I znowu Morawiecki się pospieszył, bo mógł poczekać i argumentować, że po to przejmują Sąd Najwyższy, aby… nie fałszować wyborów.

Polska jest postrzegana jako państwo operetkowe, republika bananowa z fasadową demokracją, jak w Rosji i Burkina Faso. Gdyby Morawiecki się edukował, miał ciut większy ciąg na wiedzę, to podrzuciłbym mu krótką lekturę genialnego Gombrowicza „Operetkę”. Boję się jednak, że ten czytelnik „Winnetou” orzekłby, że to za trudne dla niego, bo on i jego ojciec Inczuczuna są z innej gliny.

Morawiecki to swoisty fenomen. Naczelny bajarz kraju, jak nazywają go w nowym numerze „Polityki”, a dla mnie bajerant, bajer to on ma wdrukowany w charakter, bo tak naprawdę jego tatuś Kornel – którego być może ucałował Stalin – walczył z „Solidarnością”, a gdy Jaruzelski tupnął, to wybył z kraju, dał nogę.

Mateusz Morawiecki w zakłamywaniu rzeczywistości dawno przebił swego sponsora politycznego, Jarosława Kaczyńskiego. Jego fake są szyte tak grubą nicią, iż nazywanie tego post-prawdą jest eufemizmem, bliższym klasyfikacji ks. Józefa Tischnera – g…wno prawda. Tak wygląda polityka uprawiana przez Morawieckiego.

Niestety, wieści dla Polski są fatalne, a będą jeszcze gorsze. Naszemu krajowi oficjalnie przypięto łatkę państwa niepraworządnego, bo tak należy odczytywać wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE), który orzekł, że irlandzki sąd miał podstawy, by odmówić Polsce ekstradycji mężczyzny poszukiwanego przez nasz kraj Europejskim Nakazem Aresztowania (ENA) za przemyt narkotyków. Powodem takiej decyzji irlandzkiego wymiaru sprawiedliwości były obawy o zagrożenie praworządności w Polsce.

Jest to precedens, który emanuje na postrzeganie praworządności w Polsce i skutkować będzie tym, że taką kwalifikacją obarczone będą wszystkie wyroki w sądach na terenie naszego kraju: „obawy o zagrożenie praworządności”.

Gdy dojdzie do wyroku TSUE ws. praworządności w Polsce, który to proces wytoczy Komisja Europejska, to jest pewne, że po orzeczeniu będziemy mogli twierdzić, iż praworządność w Polsce jest towarem deficytowym. Zauważmy, że wyrok TSUE ws. procedury ENA nie ma charakteru politycznego, tylko srtricte prawny.

Rządy PiS winny uświadamiać nam wszystkim, że mozolne wydobywanie Polski z marginesu na światło krajów cywilizowanych może zostać zaprzepaszczone przez dwa – trzy lata rządów ciemniaków. Po rządach PiS wcale nie będzie tak łatwo odzyskiwać pozycji Polski. To istni Hunowie i Wandale naszych narodowych aspiracji.

Karczewski i jego skrócony rozum

O protestujących powiedział „świry”, a teraz tłumaczy, że to był… „skrót myślowy”.

Marszałek Senatu Stanisław Karczewski jest sam w sobie skrótem i niekoniecznie myślowym. Jak wiadomo, o protestujących powiedział „świry”, a teraz tłumaczy, że to był „skrót myślowy”. Boję się, co by mu wyszło, gdy ten skrót rozwinął. Onegdaj Karczewski w skrócie myślowym nazwał Łukaszenkę „ciepłym człowiekiem”, tak jak Janukowycz Władimira Putina i musiał skrótem uciekać do Rosji.

Jeszcze trochę PiS tak porządzi, to Karczewski wraz ze swoim prezesem na skróty przez Terespol będą wybywać do „ciepłego człowieka”, jak sanacyjne władze przez Zaleszczyki. Rządzą nami tchórze, którzy obwarowują się na Wiejskiej, na Nowogrodzkiej i gdziekolwiek przebywają.

Szkoda na Karczewskiego słów, lecz jest on pewnym wzorcem pisowskim z Sevres właściwym dla partii Kaczyńskiego. Facet bez własnego zdania, do pełnienia służby politycznej nieprzygotowany.

Oto jak te pisowskie „skróty” pracują w Senacie. Decyzje o referendum konstytucyjnym Andrzeja Dudy podejmuje Senat. Na komisji senackiej referendum Dudy nie dostało rekomendacji i wydawało się, iż formalnością w głosowaniu będzie „nie” dla organizowania referendum, bo PiS ma senacką większość. I co? Prawdopodobnie nie ma decyzji Kaczyńskiego, który rządzi swą partią nawet z rekonwalescencyjnego łóżka. Albo z prezesem nie ma łączności, bo może być, iż fizyczny stan Kaczyńskiego jest tak fatalny, że niezdolny jest podjąć jakiejkolwiek decyzji intelektualnej. Przecież nie wiemy, co mu tak naprawdę jest, jak w tej chwili wygląda. A może już nie wygląda.

Możliwe też, że Duda postawił ultimatum: wy mi pozwolicie na referendum, ja wam podpiszę nowelę ustaw o Sądzie Najwyższym. Walkę o stołek prezesa PiS widać, jak na dłoni. Zagryzają się nawzajem, cierpi na tym Polska.

Zmieniono porządek obrad Senatu, najpierw miała być decyzja o referendum, ale przegłosowano, iż najpierw Senat będzie dyskutował nad nowelizacją ustaw sądowych, które między innymi zmieniają tryb wyboru nowego prezesa Sądu Najwyższego. W tym zapale przestępowania z nogi na nogę, gdy w Senacie dyskutuje się o ustawach sądowniczych, ławy senatorów PiS są puste. Polską rządzi choroba prezesa i bynajmniej nie dotyczy ona kolana, ale tej części najważniejszej, najwyżej usytuowanej.

Cokolwiek będzie z referendum i tak jest przegrane. Ta kwestia pokazuje, iż PiS nie kieruje się interesem Polski, ale własnym. Działania polityczne są obliczone na efekt i kalkulowane bynajmniej nie dla dobra Polski. Politycy PiS nie są niepełnowartościowymi politykami, to ledwie skróty, zarówno Duda jest skrótem, jak i Karczewski. Takie mają skrócone rozumy i charaktery. I w takim skrócie pojmują Konstytucję. Skrócili ją do potrzeb PiS, czyli unieważnili dla całego narodu.

Jak Brudziński przekształca policję w milicję

Brudzińskiemu nie udało się jeszcze całej policji przerobić na milicję, jeszcze niektórzy z policjantów się bronią.

Policja za czasów PiS najpierw przeistoczyła się w firma ochroniarską miesięcznic Jarosława Kaczyńskiego tudzież innych imprez pisowskich, a ostatnio dokonała zdecydowanej przemiany – w milicję.

Joachim Brudziński lepiej sobie poczyna jako minister spraw wewnętrznych. Mariusz Błaszczak miał spektakularne wyniki policji, która sypała konfetti na cześć zastępcy Zielińskiego oraz mord na komendzie we Wrocławiu na Igorze Stachowiaku.

Brudziński idzie szerszą ławą, policja używa przemocy jak milicja peerelowska, która chroniła PZPR. Policja zastrasza obywateli, wykręca i łamie ręce. Nie nosi identyfikatorów i możliwe, że mamy do czynienia nie tylko z milicją udającą policję, ale także zamiennikiem dawnego ZOMO, czyli WOT (Wojsk Obrony Terytorialnej). Ta ostatnia formacja od początku była przeznaczona do walki ze społeczeństwem obywatelskim, bo nie z zagrożeniem ze strony wrogów zewnętrznych. Na wojnie byłaby tylko mięsem armatnim.

Milicja Brudzińskiego postawiła zarzut propagowania totalitarnego systemu 49-letniej kobiecie, która na biurze PiS napisała „PZPR” i „Czas na sąd ostateczny”. A co miała napisać? PiS? Partia Kaczyńskiego jeszcze nie jest totalitarna, ale autorytarna – zmierza do totalitaryzmu.

Kobieta zaledwie porównała, a za metafory trzeba byłoby sadzać poetów, bo to oni tworzą porównania. Napis „PZPR” jest metaforą. Ale Brudziński może nie wiedzieć, z czym to się je, zaś milicja jego jest jak w starym dowcipie o milicjancie: „milicjant myśli”.

Chyba, że milicja uważa, że szerzeniem totalitaryzmu jest „czas na sąd ostateczny”. Ale to metafizyka, nauka o niebycie, którą praktykuje Kościół chrześcijański od 2 tysięcy lat. Totalitaryzm metafizyczny, który straszy piekłem i niebytem w niebycie.

Gdy w tym miejscu napiszę: Joachim Brudziński z PiS albo Joachim Brudziński z PZPR, nikt przy zdrowych zmysłach nie powie, że szerzę totalitaryzm, a wręcz przeciwnie przestrzegam przed nim. A więc owej 49-letniej kobiecie należy się laur za trafną metaforę, laur Zbigniewa Herberta.

Joachim Brudziński z PZPR postraszył posła PO Michała Szczerbę, który wymienił dwa nazwiska policjantów. Policjanci pełnią służbę publiczną i to pod nazwiskiem, tak jak poseł PO Michał Szczerba. Tak jak ja tutaj piszę pod nazwiskiem i pod nazwiskiem wydaję książki. Z wpisu posła opozycji wynika, że Brudzińskiemu nie udało się jeszcze całej policji przerobić na milicję, jeszcze niektórzy z policjantów się bronią.

Jak w jednej z największych metafor literackich Franza Kafki nie wszyscy przeistoczyli się w mroki nocy władzy PiS w Gregorów Samsów, w Karaluchów. Nie wszyscy policjanci są milicjantami i to jest sukces tej formacji od porządku publicznego.

Zgadzam się, że należy karać za propagowanie totalitaryzmu, ale nie za metafory. Mam nadzieję, że w przyszłości za napis „PiS” będzie kara, a ta partia już dzisiaj w prostych narzędziach literackich języka polskiego da się zdefiniować jako partia autorytarna, zmierzająca do totalitaryzmu.

Aktorzy, pisarze i piosenkarze będą mieszać się do polityki

Jeden z dziennikarzy „Rzeczpospolitej” pyta rezolutnie, dlaczego aktorzy, pisarze, piosenkarze mieszają się do polityki? Wachlarz zawodów rozszerzyłbym o piekarzy, szewców, informatyków, piłkarzy (spisałbym w tym miejscu wszystkie wykonywane zawody i zadałbym pytanie: dlaczego…).

W duchu paryskiego Maja ’68 zadałbym najwłaściwsze pytanie z punktu wolności obywatelskich: dlaczego politycy mieszają się do polityki? Wówczas młodzież zrzucała z siebie skamieniałą skórę świata, bo uważała, że „zabrania się zabraniać”.

W tej chwili mamy problem niedotyczący bezpośrednio ani pisarzy, ani aktorów, ani piosenkarzy, mianowicie zawierający się w pytaniu: dlaczego ci, którzy uważają się za polityków, knocą politykę, knocą przestrzeń publiczną, knocą wartości demokratyczne i wolność? I w tej odpowiedzi „dlaczego knocą” jest odpowiedź na pytanie dziennikarza: dlaczego wszystkie zawody – bo taki jest wachlarz protestujących w Polsce – mieszają się do polityki? Polityka dotyczy sfery wspólnej, w której zabrania się zabraniać do momentu, gdy naruszona jest wolność drugiej osoby. To jest bodaj główny ogranicznik polityki, reszta jest konsensusem wypracowanym w ramach wolności.

Obecna władza PiS używa samych ograniczników w stosunku do społeczeństwa, czyli do tych, którzy mieszają się do polityki: aktorów, pisarzy, piosenkarzy. Znam przedstawicieli powyższych artystycznych sfer i zapewniam, że zdecydowana większość jest inteligentniejsza, mająca większe pojęcie o polityce od pierwszych z brzegu polityków rządzącej partii: Kaczyńskiego, Morawieckiego, Dudy, Brudzińskiego, że wymienię na razie tych czterech.

Zatem dlaczego aktorzy, pisarze, piosenkarze nie są politykami? Zdaje się, że mamy bardzo prostą odpowiedź przy tym pytaniu z tezą. Tworzymy antytezę i retorycznie pytamy: dlaczego politycy nie mieszają się do aktorstwa, pisania, śpiewania? Dlatego. Bo im bozia nie narobiła na głowę, czyli nie dała talentu. Zatem: czy polityka przyciąga ludzi bez talentu? Odpowiedź znów jest bardzo prosta. Bo odpowiedzi szukamy na przykładach: jaki talent ma Brudziński? Jaki talent ma Kaczyński? Jaki talent ma Kuchciński?

Dlatego wykonujący inne zawody mieszają się do polityki, bo ludzie o wyżej wymienionych nazwiskach nawet do polityki nie mają talentów, a zawłaszczają nam wspólną sferę publiczną. Ba, zniszczyli mechanizmy funkcjonowania tej przestrzeni, która funkcjonuje poprawnie tylko w warunkach demokracji, w mechanizmie trójpodziału władzy.

Aktorzy, pisarze i piosenkarze zawsze będą mieszać się do polityki, bo więcej jest w nich z rasowego polityka niż w politykach, jakich mamy w Polsce. To aktor w swoich rolach na scenie bądź ekranie odgrywa często polityka – i niestety często zaprzańca. To pisarz opisuje pokraków politycznych, a piosenkarz śpiewa o ich marnych talentach.

Dlatego aktorzy, pisarze, piosenkarze i obywatele wykonujący inne zawody wychodzą na ulicę, aby mieszać się do polityki knoconej przez Kaczyńskich, Morawieckich, Brudzińskich, Dudów. Bozia nawet w tej wąskiej powinności wymienionym narobiła na głowę, acz mają nadymane ego do nieprzyzwoitości.

Dlatego Klementyna Suchanow napisała na murze Sejmu: „Czas na sąd ostateczny”. Klementyna mimo młodego wieku jest wybitną pisarką. To ona będzie w podręcznikach jako polska chwała i bohater, a Kaczyński, Morawiecki, Duda, Brudziński przypisami do niej i to tylko w działce o niszczeniu Polski, o zaprzańcach, kłamcach.

Nie wiem, kim z zawodu jest pobity Dawid Winiarski, ale ma większe pojęcie o polityce od Brudzińskiego, bo broni wolności w przestrzeni wspólnej. Winiarski przez policję został potraktowany jak Grzegorz Przemyk, pobity na zapleczu, poza oczyma protestujących. Przemyk został zabity, Winiarski przeżył. To jednak wróży na przyszłość, że ta władza ucieknie się do najbardziej nikczemnych metod.

Aktorzy, pisarze, piosenkarze i wykonujący inne zawody będą mieszać się do polityki, bo mają o niej zdrowsze pojęcie od Kuchcińskich, Brudzińskich, Kaczyńskich, Morawieckich, Dudów.

Czip Kaczyńskiego i dupniak Dudy

Sekretarz generalny PO Stanisław Gawłowski po trzech miesiącach aresztu, który zaliczył w powodu bardzo a to bardzo wątpliwych zarzutów, poinformował polityków PiS o oczekiwaniach więźniów i strażników, którzy pozostali i pracują za kratami: – „Byłem w miejscu, w którym już bardzo na was czekają„.

Jarosław Kaczyński może wywinąć się od pryczy chorobą – ona zaś zdaje się być groźniejsza niż na pozór to wygląda. W wakacje miało dojść do wszczepienia endoprotezy w chore kolano, ale operacja została przesunięta na dalszy termin – po wyborach. Prezes PiS zalicza serie antybiotyków przeciw gronkowcowi, co w jego wieku bardzo osłabia organizm.

Przesunięcie operacji może być podyktowane dwoma powodami. Kaczyński się boi, bo operacja może się nie udać. Lekarze mogą unikać ostatecznej decyzji, gdyż powikłania przy wszczepieniu grożą gangreną, a następny ratunek to amputacja kończyny. A przy tego rodzaju schorzeniu istnieje ponadto duże zagrożenie, iż organizm pacjenta nie wytrzyma i zatrzyma pracę.

Nie wiem, jak wy, ale ja najgorszemu wrogowi nie życzę źle w kwestii zdrowia. Niech bestia żyje! Jakkolwiek będzie, polityka polska kuśtyka na nodze Kaczyńskiego. Morawiecki czy też Duda niczego samodzielnie nie mogą zrobić, muszą konsultować się z pacjentem Kaczyńskim.

Z pewnością wielu z nas zastanawia się, czy polscy psychiatrzy nie powinni wzorem amerykańskich kolegów bić w tarabany na trwogę. W USA fachowcy od kuku na muniu twierdzą, że Trump jest paranoikiem. A przecież nie raz dostaliśmy sygnały od Kaczyńskiego, iż buksuje mu pod sufitem. Prezes PiS może mieć problem nie tylko z kolanem, acz wiem, że jeszcze nie wszczepia się czipu przeciw paranoidalnego, ale podobno do łask wraca lobotomia.

Andrzej Duda nie kuśtyka na nogę, ale fatalnie zachowuje się jego charakter i rozum. Prezydent zaprezentował 10 pytań referendalnych, na które według jego życzenia mielibyśmy odpowiedzieć w dniu święta stulecia odzyskania niepodległości. Poziom pytań jest żenujący, dotyczy kwestii, które społeczeństwa nie obchodzą. Bo co to za pytanie dotyczące rolnictwa i bezpieczeństwa żywnościowego Polski albo chrześcijańskich źródeł. To są pytanie przedpotopowe, przednowoczesne.

Duda najpierw musi odpowiedzieć za złamanie obowiązującej Konstytucji, a nie proponować pytania referendalne, które są wsteczne nawet do Konstytucji 3 Maja. A poza tym reguł gry nie zmienia się w trakcie jej trwania. Gra w szachy to nie warcaby, a nawet dupniak, bo ta ostatnia gra jest najbliższa nieskomplikowanemu braku charakteru prezydenta Dudy.

Nie wiem, jak skończy się Trybunał Stanu, który czeka Dudę. Ale może ziścić się informacja Gawłowskiego o więźniach i strażnikach, którzy „już bardzo czekają”. Wówczas Duda niech gra sobie do woli w swoją ulubiona grę: dupniaka.

Targowica dzisiaj nosi miano PiS

Gdyby stosować porównania historyczne, moglibyśmy stwierdzić, że obecnie znajdujemy się w roku 1791, albo 1792. Zostałoby nam 3-4 lata do utraty niepodległości.

Czy trzeba przypominać, co w Polsce znaczy Targowica? Jeżeli tak – to proszę: spisek magnaterii zawiązany „w obronie zagrożonej wolności” i przeciw największej reformie Sejmu Czteroletniego – Konstytucji 3 Maja.

Historia jest nieporównywalna, ale jak dzisiaj – wówczas klasie rządzącej zagrażała konstytucja. I tak wrogiem dzisiejszej władzy PiS jest konstytucja. Zapisy artykułów Konstytucji obchodzone są nowelizowanymi ustawami i to w sposób wybitnie groteskowy, bo mamy nowelę noweli, a do tej noweli jeszcze jedną nowelę. Prawo jest przykrawane do partyjnych potrzeb.

Gdyby tak krawiec przykrawał nam strój wierzchni, to nałożylibyśmy na siebie jakieś skrawki, może na listek figowy by starczyło, ale z tyłu cztery litery świeciłyby bezwstydem.

Mateusz Morawiecki oświadczył, że „każde poważne państwo” (raczej Polska pod władzą PiS jest ośmieszona, w Unii Europejska zaś traktowana niepoważnie, jako państwo specjalnej troski) „musi sobie z tym w jakiś sposób poradzić, musi sobie poradzić w sposób legislacyjny”. Czyli legislacyjnie przegłosować nowelę noweli i jeszcze do tego nowelę – wbrew Konstytucji.

Morawiecki mówi o I prezes Sądu Najwyższego Małgorzacie Gersdorf, iż „nie jest już dzisiaj I prezes SN, zgodnie z ustawą”. Ale prof. Gersdorf jest I prezes SN zgodnie z Konstytucją. Prawo niezgodne z Konstytucją jest bezprawiem, choć zostało przegłosowane przez większość sejmową.

I jak to u tego nieszczęsnego Morawieckiego zwykle bywa, wychodzi mu z ust pokractwo językowe i logiczne, premier stan niekonstytucyjnego prawa ustanowionego przez PiS z przestrzegającą konstytucję prof. Gersdorf nazwał klinczem.

Każdy klincz kiedyś się kończy, sędzia go przerywa, stara się to zrobić Komisja Europejska. Klincz zastosował PiS niekonstytucyjnym prawem. Więc trzymając się języka boksu, po wyjściu z klinczu PiS zaliczy dechy. Sam Morawiecki może nie dostanie ciosu w nos, ale jego partia – owszem. Kiedy to się stanie? Raczej szybciej niż delikwent się spodziewa. Zostanie wyniesiony z ringu.

To musi spotkać PiS, które ustanawia prawo niekonstytucyjne, czyli jest dzisiaj Targowicą. Jeżeli targowiczan Morawiecki miałby wygrać, to obawiam się, że może nas spotkać to, co Polskę spotkało w 1795 roku.

Gdyby stosować porównania historyczne, moglibyśmy stwierdzić, że obecnie znajdujemy się w roku 1791, albo 1792. Zostałoby nam 3-4 lata do utraty niepodległości. W Europie dzisiaj – jak wówczas – nie mamy sojuszników, bo także Niemcy, jak wtedy Prusy, stracą do nas cierpliwość i przehandlują nas Rosji.

Małgorzata Gersdorf była napisać do innego targowiczanina Andrzeja Dudy: „Biorąc zatem pod uwagę przedstawioną argumentację związaną z powołaniem mnie do pełnienia funkcji Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego stwierdzam, że moja kadencja trwa nadal aż do dnia 30 kwietnia 2020 i jestem zobowiązana do sprawowania tego urzędu z mocy najwyższego prawa Rzeczypospolitej Polskiej – Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej”.

Jakże te wszystkie frazy brzmią znajomo, przerabialiśmy je w historii i znowu się powtarzają. Wróg zawsze się rodzi wewnątrz, to ten robak bezprawia niszczy naszą reputację, osłabia nasze sojusze. Dzisiaj Targowica ma zbiorcze imię PiS, a jej Branickim, Szczęsnym Potockim są Morawiecki i Duda, a za sznurkami tych marionetek pociąga prezes K., ich caryca.

PiS przeprowadza nas z Zachodu na Wschód

A według Antoniego Macierewicza, Trump dokonał wielkiego zadania!

Czujecie to drżenie ziemi? Wcale nie trzeba przystawiać ucha sposobem indiańskim, aby „słyszeć”, iż w naszym kraju może nastąpić zmiana sojuszy. Polska polityka zagraniczna zmienia po cichu – ale z drżeniem – bieguny przyszłych sojuszy, jak w „Bohiniu” Tadeusza Konwickiego, mistrza alegorii i metafor.

Znowu z Zachodu przechodzimy na Wschód. Jeszcze sentyment Polaków do Unii Europejskiej jest wielki, ale to może się zmienić. Spotkanie w Helsinkach Donalda Trumpa z Władimirem Putinem pokazało, w jakim znaleźliśmy się miejscu geopolitycznym.

Zachód po spotkaniu w Helsinkach ocenił Trumpa bardzo źle, który zaliczył nie tyle wpadki, co zrealizował zamiary i powiedział, co chciał. Nawet takie jest słynne jego stwierdzenie, iż Rosja ingerowała w wybory USA. Potem Trump nazwał to przejęzyczeniem, jakoby wypadło mu w wypowiedzi słówko „nie”. Ale to w dalszym ciągu jest lapsus, bo „nie” jeszcze bardziej wskazuje na zamierzoną pokraczność wypowiedzi Trumpa.

A jak w Polsce oceniany jest występ Trumpa, zwłaszcza przez PiS? Cała partia Kaczyńskiego tego jeszcze nie przetrawiła (prezes na Nowogrodzkiej nie wydał stosownych komunikatów dla podwładnych), ale Antoni Macierewicz – owszem. Oto w TV Republika rzekł, iż „polskie elity polityczne nie rozumieją polityki amerykańskiego prezydenta. Trump dokonał wielkiego zadania – rekonstrukcji całego kształtu układu międzynarodowego, światowego”.

Równocześnie w USA została aresztowana pod zarzutem szpiegostwa Maria Butina, która była łączniczką z kongresmenem Daną Rohrabacherem, a ten jest „ulubieńcem” Antoniego Macierewicza. Gdy wiceprezes PiS jeździ do USA, zwykle z nim spotyka się.

W swojej książce Tomasz Piątek – „Macierewicz i jego tajemnice” – wpada i na ten trop. Pod koniec publikacji stawia pytanie nr 6, które brzmi: Dlaczego Rohrabacher? Może amerykańskie służby na nie odpowiedzą. I niejako cząstkową odpowiedź dostaje Piątek. Bo Rohbacher blisko współpracuje z Putinem. I dalej trzymajmy się Trumpa, który z tej oto wypowiedzi się nie wycofał: – „Bardziej wierzę Putinowi niż FBI i CIA”.

Nie tylko Macierewicz uważa, że Trumpa polskie elity nie rozumieją. Na portalu gazeta.pl publikuje ekspert prawicowej fundacji Po.Int i Nowej Konfederacji Witold Sokała. On też uważa, że Trumpa nie rozumiemy, a przynajmniej nie wszyscy, bo Macierewicz rozumie. Ba, Sokała pisze, że Trump wciąga Rosję w strefę amerykańskich wpływów przeciw Chinom, a Polska – nie modernizująca się i mało atrakcyjny partner – może być oddana i wrócić do strefy wpływów Kremla.

Sokała w kilku miejscach intelektualnie wyrżnął głową w posadzkę swego publicystycznego krętactwa w imię uwielbienia dla Trumpa, niemniej wskazuje, w jakim kierunku obraca się sympatia prawicy i częściowo PiS. No i przypomnijmy sobie słowa sprzed kilku dni tatusia premiera Kornela Morawieckiego: – „Wielu naszych przyjaciół i partnerów rozumie znaczenie Rosji na świecie i potrzebę nawiązania z nią stosunków”.

Powyższe konteksty wskazują, dlaczego PiS gra na wykluczenie nas z Unii Europejskiej. I nie ugnie się przed Komisją Europejską w sprawie sądownictwa, Sądu Najwyższego i ogólnie standardów demokratycznych.

Polska pod obecną władzą rozmagnesowuje biegun polityki prozachodniej na wschodni. Nie będziemy więc wybierać sobie władzy, bo jeszcze nie wybralibyśmy PiS, więc władzę nam będzie wybierać Kreml.

Na koniec uwaga: pominąłem wiele subtelności, które nadają się tylko do dłuższego materiału, aby pokazać w ostrym konturze, w co gra PiS, bo to jest przed publiką skrywane, ale coraz bardziej widoczne. Orientowani jesteśmy na Wschód.

PiS zamienia kartofle na buraki

Prezydent ma prerogatywę prawa łaski, ale nie ma prerogatywy zastępowania sędziów i wydawania za nich wyroków.

Można rzec, iż definicja układu się domknęła w układ zamknięty. Prokurator generalny z PiS wystąpił do Trybunału Konstytucyjnego opanowanego przez PiS o uznanie, że prezydent z PiS miał prawo ułaskawić ministrów PiS. A więc wyrok Sądu Najwyższego został unieważniony, kto by się taką drobnostką przejmował. Jak powiedział prezes PiS, bój o Sąd Najwyższy też wygrają.

W międzyczasie ze stron prezydenckich z zakładki „Prawo łaski” zniknęła wykładnia, iż prawo łaski przysługuje „od prawomocnego wyroku sądu”. A Mariusz Kamiński miał wyrok nieprawomocny 3 lat do odsiadki. Zresztą sam utrzymywał, że nie interesuje go łaska, ale uniewinnienie.

Prezydent ma prerogatywę prawa łaski, ale nie ma prerogatywy zastępowania sedziów i wydawania za nich wyroków, bo gdyby takie prawa posiadał, to faktycznie mógłby ułaskawić Kamińskiego przed skazaniem go. Ale i to zastosowane bezprawie przez Dudę wskazuje na logikę, iż uznał Kamińskiego za przestępcę. Prezydent się pogodził z tym, ze w rządzie PiS jest przestępca.

Prof. Marcin Matczak także próbuje rozgryźć logikę układu zamkniętego PiS i stwierdza, że według rozumowania PiS można dać rozwód narzeczonemu, gdyż istnieje domniemanie, że on albo niedoszła żona zdradzą się nawzajem. I taka też jest moralność PiS, bo ta jest pochodną każdego bezprawia.

Zdefiniowana została też przez Trybunał Konstytucyjny inna prerogatywa prezydenta PiS. Ma prawo chronienia każdego przed wymiarem sprawiedliwości, co jest czymś zupełnie innym niż ochrona przed karą, której dotyczy prawo łaski.Ta logika PiS jest zupełnie pokrętna i taka też będzie w stosunku do Sądu Najwyższego. Zasadność propagandy PiS celnie ujął prawnik Piotr Schramm: – „Jeżeli z powodu rzekomej kradzieży kiełbasy przez jednego sędziego należy rozwalić cały Sąd Najwyższy – to z powodu rzeczywistej pedofilii w Kościele PiS powinien natychmiast zamknąć i zdelegalizować wszystkie kościoły”.

Raport NIK udowadnia, iż nagrody „nam się należą” były większe. Ba, można w ciemno iść o zakład, że to tylko wierzchołek góry lodowej, pod spodem dojenie kasy państwa idzie pełną parą. A Mateusz Morawiecki twierdzi, że nagrody zostały przekazane na cele charytatywne.

Cały czas mamy do czynienia z krętactwem spod logo PiS. Na cele charytatywne można oddać własne pieniądze albo oddać honorową rekompensatę. A PiS zostało złapane na gorącym uczynku, a gdy już politycy tej partii nie mieli wyjścia, to półgębkiem się przyznali, ale nie do całej kwoty, którą podprowadzili z publicznego Sezamu. Przyznali się tylko do zawartości worka, który opozycja im przeszukała.

Dla mnie PiS definiuje się jeszcze inaczej, co podsunął mi nieszczęsny Morawiecki, mianowicie zapowiedział, że „w tym tygodniu zaprezentujemy z ministrem Ardanowskim nowe rozwiązania dla rolników”. Trzymając się estetyki partii Kaczyńskiego można ukuć taką oto metaforę: Morawiecki zaprezentuje „nowe rozwiązania”, zamieniając kartofle na buraki – a może odwrotnie.

Kaczyński z pieprzykiem czy bez pieprzyka?

Pomniki Lecha Kaczyńskiego są stawiane dzięki prezesowi PiS – i dla niego.

Ile wzniesiono w całym kraju pomników Lecha Kaczyńskiego? Podobno brat prezesa PiS dogania Kim Ir Sena. W Korei Północnej tamtejsze „słoneczko” ma ich 400, u nas pisowskie – 350. O co chodzi? Wszak Lech K. był dysponentem lotu i to on odpowiadał za lot Tupolewa 10 kwietnia 2010 roku. Gdybyśmy byli odpowiedzialnym państwem, po zakończeniu badania katastrofy i postawieniu zarzutów prokuratorskich, powinno odbyć się coś w rodzaju sądu historycznego nad Lechem Kaczyńskim – bez sankcji prawnych. Wątpię, czy ta postać ocalałaby z pogromu rozumu.

Oczywiście, mogę sobie marzyć o moralności rodem z „Lorda Jima” Josepha Conrada. Państwo pisowskie może tylko zaserwować grafomanię Marcina Wolskiego jako obowiązującą narrację. Ale pomniki „winnego” katastrofy powstają, a artykuły o Lechu Kaczyńskim dotyczą trzeciorzędnej kwestii. Czy odwzorowana postać jest podobna do zmarłego. Lech Kaczyński nie ma proporcji klasycznych – greckich bądź człowieka witruwiańskiego Leonardo da Vinci – ale bardzo zniekształcone.

O co więc chodzi? Pomniki to trwałe ślady. Nie można ich posprzątać jak śmieci. Aby je burzyć, potrzebne są siły państwa albo czasy rewolucyjne, gdy przychodzi zapotrzebowanie na zawód burzyciela pomników, opisany przez Ryszarda Kapuścińskiego.

Lecha Kaczyńskiego mamy poza tym na Wawelu, gdzie nikomu nie przeszkadzałby, gdyby nie powstająca po jego śmierci polityka PiS ufundowana na zamachu i niemiłosiernie sfałszowana. Przecież takie toksyny rozsadziły wspólnotę Polaków od wewnątrz.

To nam zafundował Jarosław Kaczyński. Tak naprawdę te pomniki są postawione dzięki niemu – i dla niego. Z bratem różnił się tylko pieprzykiem i przy niepodobieństwie pomników do Kaczyńskiego, staje się oczywiste bez żadnego trybu, że prezes PiS za życia postawił sobie tyle pomników, ile Kim Ir Senowi po śmierci.

Dlaczego w „Uchu prezesa” nie zaśpiewano trawestacji „Ten wąsik, ach, ten wąsik” jako oczywistej oczywistości: „Ten pieprzyk, ach, ten pieprzyk”? Nie jest wytłumaczeniem, że nie ma wśród twórców kabaretu Ludwika Sempolińskiego i Mariana Hemara.

Prodziekan ASP dr Rafał Rychter twierdzi, że twarz Kaczyńskiego (świadomie nie wymieniam imienia) nie jest łatwa do rzeźbienia. Przy 350 pomnikach mówi o twarzy, czyli nie za bardzo wie, czym jest materia artystyczna. Przy takiej hurtowej produkcji możemy mówić tylko o gębie i czy ma przybrać minę Miętusa czy Syfona.

Trzymając się poetyki Gombrowicza, należy bezustannie zadawać pytanie Pylaszczkiewicza: – „A zatem dlaczego Kaczyński wzbudza w PiS zachwyt i miłość?”. Czy z powodu skłonności do blefu, że Kaczyński był bohaterem, czy skłonności do Tanatosa, boga śmierci, iż oddał życie dla ojczyzny bez żadnego powodu?

W Kraśniku Mateusz Morawiecki był przy odsłonięciu pomnika Kaczyńskiego. Czy premier jest od obecności przy tego rodzaju hucpach? Czy musimy być dla Morawieckiego wyrozumiali tylko dlatego, że nieobecność mogłaby dla niego znaczyć utratę stanowiska premiera? Morawiecki musiał wysłuchać listu, w którym ten bez pieprzyka napisał o tym z pieprzykiem, że jednak „poległ” pod Smoleńskiem. Czy Morawiecki słysząc owe słowa, zarumienił się?

Taką hucpę nam fundują, a Morawiecki jak świętoszkowaty Syfon puszcza nosem bąbelki serwilizmu swego, bąbelki strachu. Taki człowiek bez charakteru ma reprezentować dumny naród? Z jemu podobnymi zawsze źle wychodziliśmy, jak Zabłocki na mydle, traciliśmy dumę i honor.

SnoPiSm

Niniejszym powołuje się do życia nowy termin politologiczny, a nawet ideologiczny – hm, hm – Freud mając do czynienia z ludźmi o pewnym efekcie psychicznym powołałby nawet termin psychoanalityczny – snoPiSm.

W dawnych heroicznych czasach naszej suwerenności bodaj Jadwiga Staniszkis apelowała do swoich znamienitych kolegów po nauce, iżby przenieśli na polski grunt nową subdyscyplinę – antropologię polityczną. Myślę, iż posiłkowanie się wyżej wymienionymi naukami pozwoliłoby zidentyfikować, czy ktoś urodził się z zespołem snoPiSmu, czy też nabył go drogą upośledzenia charakteru.

Termin snoPiSm powołał do życia Tomasz Lis, naczelny Newsweeka, który na przykładzie antyinteligenckości PiS, antysnobistyczności, skonstruował słówko godne Mirona Białoszewskiego – snoPiSm.

Snob PiS, czyli wysnuty onomatopeicznie snopek, jest zjawiskiem integrystycznym w partii Jarosława Kaczyńskiego. Gdy Rafał Trzaskowski przypomniał o Bronisławie Geremku, bo przypadała dwa dni temu rocznica jego śmierci, a przy okazji wspomniał wybitnego (jeszcze żyjącego) francuskiego filozofa Edgara Morina (wiele jego książek jest przetłumaczonych na polski) spowodował, iż snopek (snoPiSta) Patryk Jaki na swoim przykładzie orzekł, iż normalnością polską jest nie znać języków i nie czytać.

Streszczam tego pisowskiego snopka, bo wstydem jest cytować kogoś o tak miernych cechach osobowych. Acz właściwych dla PiS.

Inny snoPiSta Marek Suski w rozmowie z Robertem Mazurkiem był o sobie skromnie powiedzieć, że „szybko byłbym jednym z najlepszych w Hollywood”. Na podstawie jakich cech tak sądzi ten snopek z Sevres? Bo maluje, pisze wiersze, płacze na filmach. Co do piszących wiersze, to takich grafomanów swego czasu wysadzałem z redakcji na kopach.

Ale inny snoPiSta od kultury Piotr Gliński mógłby na przykładzie Suskiego zrealizować marzenia prezesa Kaczyńskiego o filmie hollywoodzkim, wysłać snopka Suskiego do Hollywood, bo zwolniło się miejsce po Leslie Nielsenie. Acz obawiałbym się o kopy, bo w Hollywood nie patyczkują się z takimi snopkami.

Teraz zrozumiałe jest wyznanie miłosne Mateusza Morawieckiego do furmanek: „Ja bardzo kocham furmanki”. Wszak premier powozi furmanką snopki PiS. Otóż termin politologiczny, psychoanalityczny, antropologiczny, ideologiczny ściśle przylega do tej partii.