Posts Tagged ‘Adam Michnik’

CZWARTEK O 20.00 POD PAŁACEM PREZYDENTA. MUSIMY BYĆ WSZYSCY!

Jerzy Pilch pisze w swoim dzienniku.

Jerzy Pilch: Modlitwy, żeby Michnik choć pierdnął w ich kierunku, zostały wysłuchane!

18 lipca, wtorek

Państwowe, czyli pisowskie telewizje, zachłystują się rzekomym chamstwem Michnika, który rzekomo dotkliwie obraził ich kolegę. Powtarzają tę scenę wkoło, wydziwiają nad nią, ich nabrzmiałe kulturą, bólem i dobrym wychowaniem autorytety komentują słowa i minę Michnika z oburzeniem, choć nie bez satysfakcji: nareszcie naczelny „Wyborczej” odpowiedział na ich zaczepki i nagabywania! Wreszcie dał im ważność! Późno, bo późno, ale lepiej coś niż nic! Modlitwy, żeby Michnik choć pierdnął w ich kierunku, zostały wysłuchane! Tyle razy próbowali, tyle razy zaczepiali, tyle razy atakowali, tyle razy prowokowali i nic! Ten wytrawny znawca dziejów najnowszych, tamten urodzony polemista, ów autor dzieł demaskujących i dziesiątki innych wściekle nacierało, by Michnik choć gębę otworzył i nic! Aż młodemu jakiemuś, kompletnie nieznanemu i w poglądach w zasadzie nieopierzonemu trafiło się jak ślepej kurze ziarnko. I chodzi teraz w glorii tego, który usłyszał od Michnika, iż jest niedouczonym skurwysynem. I widzi pełne podziwu ukłony, omiatają go pełne uznania spojrzenia i słyszy pełne zawiści zgrzytania zębów! Zaiste niezbadane są wyroki!

Co się w gruncie rzeczy stało? To mianowicie, że młody Bogu ducha winien dziennikarz zadał Michnikowi niezwykle kulturalne, starannie wyważone i w gruncie rzeczy pełne czaru pytanie, kiedy mianowicie ten przeprosi za brata. Otóż – że porzucę na chwilę ironiczną tonację – istnieją pytania, na które można dać wyłącznie trojakiego rodzaju odpowiedź. Po pierwsze, można wzgardliwie milczeć – to zawsze jest dobre, to zawsze wpędza w popłoch i wzmaga kompleks niższości, a ci, co pytają o rzekome winy brata czy ojca, kompleks niższości mają monstrualny. Po drugie, można strzelić w mordę – to jest bardzo dobre, ale dla wybranych – jajogłowi, niestety, nie mają tej celności i tej siły, po której antagonista pada jak ścięty. Po trzecie, można – tak jak uczynił to Michnik – odpowiedzieć z skrajną dosadnością, przybierając przy tym ekstremalnie nieprzychylny wyraz twarzy. Minę faktycznie miał Adam groźną, co też było dobre – nasza strona przeważnie ma rację, ale na ogół nikt się nas nie boi, niechże się chociaż Michnika boją.

Tekst pochodzi z niepublikowanego jeszcze „Trzeciego dziennika” Jerzego Pilcha, który ukaże się w Wydawnictwie Literackim.

Dwa zaległe teksty Waldemara Mystkowskiego.

Psychokracja Kaczyńskiego

Rządzi nami człowiek motywowany tylko przez zemstę i nienawiść.

Te słowa Kaczyńskiego niewątpliwie przejdą do historii. To esencja tego, co dzieje się obecnie w Polsce. Mówią o wiele więcej, niż Kaczyński wypowiedział. To są słowa mające „ponadto”, bo są to słowa w istocie bazowe. Wpisujemy je do sztambucha: „Nie wycierajcie swoich mord zdradzieckich nazwiskiem mojego brata. Zniszczyliście go, zamordowaliście, jesteście kanaliami”.

To dzieje się naprawdę, nie są to cytaty z Bertolda Brechta, Alfreda Jarry’ego, Witolda Gombrowicza, Sławomira Mrożka. Wypłynęły z ust, z których nieraz popłynął podobny rynsztok, polityka sprawującego obecnie w kraju faktyczną władzę.

To nie wszystko, bo za kulisami – acz na sali plenarnej – słychać o wiele więcej, ale nie wszystkim jest to dane. Podzielił się jedną sceną – z parlamentarnego brudnopisu – poseł Nowoczesnej Witold Zembaczyński, który specyficznymi gestami został „wezwany” przez Kaczyńskiego.

Dlaczego Zembaczyński? Bóg raczy wiedzieć, więcej do wytłumaczenia miałby dobry psychiatra. Zembaczyński relacjonuje: „Przywołał mnie tym swoim pańskim gestem. Byłem bardzo zaskoczony. Nie znam go. Upewniłem się, że chodzi o mnie i podszedłem. Zapytałem, dlaczego wszystkich obraża i wrzuca do jednego worka. Prezes odpowiedział: oni będą w więzieniu siedzieć, będą siedzieć za to wszystko. Mówił o politykach PO”.

Zembaczyński zdumiał się, zaczął Kaczyńskiego dopytywać, dlaczego jemu zawierza taką „tajemnicę penitencjarną”. Usłyszał, że „zawołał mnie, bo kiedyś w swoim przemówieniu powiedziałem, że to Kaczyński będzie siedzieć. Nie wiedziałem o co mu chodzi, dopiero później sobie przypomniałem swoje wystąpienie z 2015 r. na temat ustawy inwigilacyjnej. To pokazuje jak to jest pamiętliwy człowiek”.

Piszę, że działo się to za kulisami, a jednak na sali sejmowej, bo Kaczyński żyje w kokonie, odseparowany od rzeczywistości, otoczony akolitami, klakierami, w bańce nierzeczywistości. Zembaczyński pisowskie kulisy – „na stronie” – opisuje: – „Momentalnie zaczął się wokół nas tworzyć ludzki mur z ludzi PiS na czele z ministrem Glińskim. Odganiali mnie, gdy usłyszeli jak prezes ciągle powtarza, że powsadza polityków do więzienia. To pokazuje, że rządzi nami człowiek motywowany tylko przez zemstę i nienawiść. Miałem do czynienia z człowiekiem kompletnie zagubionym i rozbitym”.

Trafiłem na trafną analizę zachowań Kaczyńskiego, które przecież znikąd się nie wzięły, u publicysty „Polityki” Edwina Bendyka. Sam niejednokrotnie podejmowałem ten kulturowy trop, Bendyk precyzyjnie punktuje postać Kaczyńskiego.

Otóż prezes PiS to istny „Król Ubu”, którego zwrotami posługuje się sceniczny „Grówno”, aby nie pisać wprost językiem fekaliów. Genialny Alfred Jarry – od zawsze uważam go za geniusza i niejednokrotnie innymi jego dziełami się inspirowałem – jest przede wszystkim autorem terminu patafizyki, który jest obecny w polskiej kulturze od dawna, ale nie wiedzieć czemu nie jest powszechniej znany.

Patafizyka została zdefiniowana przez Jarry’ego w „Czyny i myśli doktora Faustrolla, patafizyka”: – „Patafizyka stanowi teorię urojonych rozwiązań, przypisujących symbolicznie zarysom rzeczy, za sprawą tychże własności, potencjalne”.

Czyż nie jest powszechnie znanym opisem zachowań prezesa PiS? Kaczyński zamiast demokracji proponuje nam psychokrację. Jest to autokracja specyficznego sortu: psycho. Tego potwora urodziliśmy my wszyscy po 1989 roku. Rósł potwór i jego potworki, których zachowania powyżej całkiem zgrabnie ujmuje poseł Nowoczesnej Zembaczyński.

Musimy wziąć na klatę odpowiedzialność za zaistniałą psychokrację Ubu Kaczyńskiego, bo po odzyskaniu suwerenności nie przepracowaliśmy poprzedniego reżimu i oto z dnia na dzień obudziliśmy się w psychokracji, duchowym alter ego PRL-u.

Bendyk jest brutalny, ostrzega, abyśmy nie bronili tylko fasady demokracji, zacytuję jako pointę publicystę „Polityki”, bo warto: – „Rację więc mają, rację do bólu banalną, komentatorzy mówiący, że demokracja wymaga demokratów i upada zawsze pod wpływem ataku z wewnątrz. Demokracja, jako system instytucji i procedur, działać będzie jedynie wtedy, gdy system ten wynikać będzie z wartości, przekonań i praktyki dnia codziennego członków demokratycznej wspólnoty. Jarosław Kaczyński nie niszczy w Polsce demokracji, tylko w brutalny sposób sprawdza, czy w ogóle zaistniała w rzeczywistości – jako głęboko uznawana i ucieleśniona praktyka, a nie fasada.”

DOKĄD ZMIERZASZ POLSKO???

Kaczyńskiego metoda na kozę i bobek Waszczykowski

PiS Konstytucji nie zmienia, ale zmienia ustrój Polski, który to w Konstytucji jest zapisany. Wydaje się to nielogiczne. Tak zmieniana „praworządność” ustrojowa jest nielogiczna, bo jest po prostu bezprawiem. To bezprawie będziemy nazywali autokracją, reżimem, nadając jej swojski zapaszek nomenklatury i określając kaczyzmem.

W wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Witold Waszczykowski mówi wprost: – „Polacy, dając nam władzę, chcieli zmian. Dlatego zmieniamy ustrój państwa”. Czyli PiS demokrację zmienia na ustrój podporządkowany woli jednego człowieka – Kaczyńskiego.

Warto pamiętać, iż PiS nie osiągnął lepszego wyniki wyborczego niż dwukrotnie w wyborach parlamentarnych Platforma Obywatelska i SLD, ale tym nie przyszło do głowy, aby zmieniać ustrój. Dlaczego? Bo na co można zmienić demokrację? Tylko na reżim, autokrację. Na swojski zapaszek, który jest zwykle prawicowy i ma jedną konotację w Polsce: Ciemnogród, kołtuństwo.

I PiS zmienia ustrój metodą, która publicystycznie nazywana jest metodą na kozę. Wprowadza się na agendę kozę, która waniajet i wszystkim nosy zatyka, zaczynają gadać o tym i protestować. Taką kozą była zapowiadana podwyżka cen paliw o 25 groszy. Nagle prezes Kaczyński oznajmia o wycofaniu się z tego projektu. Koza zatem zostaje wyprowadzona.

W narodzie radość. Kozy nie ma, nie ma smrodu. A Kaczyński narobił w tym czasie tyle tych kozich bobków, a przede wszystkim zakamuflował inne kozy. To jest typowe działanie dla reżimów – metoda na kozę.

Kiedyś takie metody satrapów przybliżano określeniem: „W tym szaleństwie jest metoda”. Dzisiaj na przykładzie naszym – polskim – wiemy, że do tego szaleństwa Kaczyński stosuje metodę kozy. Liczy na to, że zabraknie nam powonienia rozumu, tj. użycie tego rozumu. I wielu dało się na to nabrać. W mediach powstał rejwach, paliwa podrożeją (większość ma samochody), podrożeje także większość towarów i usług.

Uspokajam. Wszystko podrożeje, lecz tym Kaczyński się nie martwi, jego zmartwieniem jest to, iż mogą być zbyt szybko odkryte jego zamiary. Kaczyński będzie wprowadzał i wyprowadzał kozy.
Jak to mówią sztukmistrzowie: patrzycie nie na to, na co należy, kozy odwracają wasze uwagi. I dlatego Kaczyńskiemu się udaje, gdyż właściwą kozą jest Kaczyński, to od niego waniajet, to on jest sprawcą zmiany ustroju Polski.

Kaczyński jest kozą, a Waszczykowski – na którym opiera się konstrukcja tego felietonu – kozimi bobkami. Tyle on wart intelektualnie, ile bobki. Co nie zmienia postaci Polski, iż stajemy się państwem autokratycznym, który do demokracji ma się tak, jak obora z kozami do pałacu.

GIERTYCH JAK ZWYKLE Z GENIALNYM KOMENTARZEM :))))

>>>

>>>

Reklamy

Cyrankiewicz wiecznie żywy. Idol Kaczyńskiego.

Adam Michnik – jak zwykle – celnie. Z kraju, który był wzorem sukcesu transformacji demokratycznej, stajemy się państwem izolowanym, lekceważonym, pogardzanym.

Kilka tygodni przed śmiercią Andrzej Wajda pytał mnie ze smutkiem: „Dlaczego ja muszę jeszcze raz to oglądać? Pamiętam stalinizm, pamiętam ohydę Marca ’68, a teraz znowu…”. Dorzucił jeszcze: „Czytaj listy Tomasza Manna”. Teraz wśród aktów „dobrej zmiany” reżimu Kaczyńskiego, Ziobry i Macierewicza wciąż słyszę pytanie Wajdy.

Czy niczego nas nie nauczyły tamte draństwa, prowokacje i krzywdy ludzkie? Jaka jest tajemnica tego zaniku pamięci, że tak wielu z nas pozwala na to, by Polska od ćwierćwiecza wolna i demokratyczna, choć pełna wad, przerabiana była na kraj coraz bardziej podobny do Rosji Putina? Czy Kaczyński i jego ekipa bezwzględnych arywistów zdołają na długo wszczepić Polakom wirusa przestępczych przekonań, który wtrąca Polskę w czarną dziurę regresu i zbiorowego ogłupienia?

Z kraju, który był wzorem sukcesu transformacji demokratycznej, stajemy się państwem izolowanym, lekceważonym, pogardzanym. A naśladowcą Rosji – groteskowym, bo inaczej niż zbrojny w potęgę militarną dyktator Kremla możemy tylko żałośnie prężyć muskuły lili-Putinów.

Pisowscy amatorzy dyktatury mylą szacunek ze strachem. Wierzą – wbrew najlepszym polskim tradycjom – że jeśli ludzie będą się ich bali, to będą ich też szanowali. Dlatego ich polityka przypomina nieustanne mordobicie: łamanie konstytucji, likwidacja niezależnego sądownictwa, zawłaszczanie majątku państwa przez pisowską nomenklaturę, brutalne uderzenie w niezależność kultury, w teatr, film, muzea, nawet w Puszczę Białowieską.

Mają apetyty jak rekiny, chcą pożreć wszystko: niezależną naukę historii, spółki skarbu państwa, media publiczne, stadniny koni. Wszystko, co zasługuje na szacunek przez swój rozum, piękno i odwagę, jest obrazą dla pisowskiego reżimu.

Czynią z Polski „chorego człowieka Europy”. Czy wedle Kaczyńskiego Polska w Unii Europejskiej i NATO jest państwem sezonowym? Czy chce z Macierewiczem zaciągnąć nas pod skrzydła Putina?

Tomasz Mann pisał w kwietniu 1935 r.: „Ci ludzie siłą rzeczy i nawet na przekór własnej wiedzy i zamiarom popełniają wszystkie błędy (nie mówiąc już o występkach), które muszą ich doprowadzić do zagłady. A w ogóle III Rzeszy sądzony jest los wszystkich bezsensownie nacjonalistycznych, wrogich światu i duchowi niemieckich przedsięwzięć. Tacy oni są. Nie ma pod słońcem bardziej nikczemnych świństw!”.

W lipcu 1936 r. Tomasz Mann poszedł w Wiedniu do opery: „W Operze śmierdziało przeraźliwie. Okazało się, że naziści rzucili bomby cuchnące. Przynajmniej wiemy teraz dokładnie, jak pachnie narodowy socjalizm: przepocone skarpetki do entej potęgi”.

Niedawno byłem na spotkaniu, gdzie miłośnicy „dobrej zmiany”, chcąc wzbogacić debatę o własne przemyślenia, cisnęli w tłum bombę-śmierdziela. Nie porównuję Kaczyńskiego do Hitlera ani siebie do Manna. Porównuję tylko cuchnący język i sposób niszczenia instytucji demokratycznego państwa.

Czy musimy żyć w tym smrodzie jeszcze długo? Czy Polska na nic lepszego nie zasłużyła? Nie dajmy się zadusić!

Waldemar Mystkowski pisze o niejakim Suskim.

Suski na prezydenta Warszawy

Marek Suski zastępuje w świadomości publicznej Kononowicza. Nie wiem, jaki IQ (acz dla PiS-owców należałoby zastosować nowe oznaczenie ilorazu inteligencji, np. CDI – Chodzący Deficyt Inteligencji) miał ten nieszczęsny kandydat na prezydenta Białegostoku, ale Forrest Gump wg autora powieści Winstona Grooma osiągał IQ 72. Odtwarzany przez Toma Hanksa bohater był nader sympatyczny, czego nie można powiedzieć o Suskim, więc jego CDI można sklasyfikować poniżej 72.

Ostatnie osiągnięcie inteligencji inaczej (CDI) Suskiego to wypowiedź o podwyżkach cen paliw o 25 groszy na litrze: – „Nowe ceny nie będą obowiązywać całą Polskę, a tylko stacje benzynowe”.
Suskiemu musiał obniżyć się iloraz CDI, bo oto został przez swoich mocodawców wysłany na fuchę do Bukaresztu, gdzie odbywała się konferencja o nazwie „China-CEE Countries Political Parties Dialogue 2017”, dotycząca dialogu politycznego Chin i państw Europy Środkowo-Wschodniej.

Suski wygłosił tam przemówienie w języku polskim i bez żadnego tłumacza. Może być z tego powodu Suski zdziwiony, że jest to zarzut. Mianowicie, po co mu tłumacz, wszak zrozumiał to, co mówił po polsku. Jako że nie zna języka angielskiego, więc nie zrozumiałby, jeżeli byłby tłumaczony.

Suski jeszcze mógł wyjść z innego założenia. Wszak Beata Szydło niedawno była w Chinach i mógł Suski słusznie zakładać, że Chińczycy uznali język polski za global lingua, a nie angielski, zwłaszcza po Brexicie. Przecież jego prezes też nie zna angielskiego, a mimo to Suski go rozumie.

I jeszcze jedno ważne. Tego wcale nie musiał wygłosić Kononowicz: „żeby nie było bandyctwa, żeby nie było złodziejstwa, żeby nie było niczego”. To frazy właściwe Suskiemu, to jego CDI poniżej ilorazu 72. Więc możemy się spodziewać, że Suski pójdzie śladem Kononowicza, będzie kandydować na prezydenta Warszawy, na prezydenta Polski nie może, bo ten zajęty jest przez Andrzeja Dudę.

>>>

GORĄCY POMYSŁ KURSKIEGO 🙂

Adam Michnik o sytuacji Polski w Unii Europejskiej. Zło dyktatury zdołaliśmy przekształcić w demokratyczne państwo prawa; gospodarkę nakazową w rynkową; satelita ZSRR stał się członkiem NATO i Unii. Dziś polityka PiS-u znów wiedzie nas na obrzeża cywilizowanego świata.

To, że wybitny polityk europejski i przyjaciel Polaków przyjął od nas wyróżnienie i przybył do nas, to dla „Gazety Wyborczej” wielki zaszczyt. Usłyszeliśmy od niego: „Unia Europejska to nie jest projekt ekonomiczny, tylko polityczny z mocnym moralnym fundamentem. Powstała nie po to, żeby stworzyć wspólną walutę i jednolity rynek, znieść kontrole graniczne, ale by w Europie nigdy więcej nie wybuchła wojna”.

Przewidywanie jest bardzo trudne, zwłaszcza przyszłości – mawiają Anglosasi. Spróbujmy jednak. Chodzi o Europę i o Polskę. Frans Timmermans powiada, że „Polacy kochają wolność”. My też jesteśmy o tym przekonani. Dlatego polska opinia w ogromnej większości jest proeuropejska. I dlatego nikt z partii Jarosława Kaczyńskiego nie formułuje postulatu opuszczenia Unii.

Wszelako polityka PiS – wewnętrzna i zagraniczna – prowadzi nieuchronnie do eliminacji Polski z Europy lub co najmniej do całkowitej jej marginalizacji. A jeszcze niedawno byliśmy wzorem transformacji posttotalitarnej. Zło partyjnej dyktatury zdołaliśmy przekształcić w parlamentarną demokrację i demokratyczne państwo prawa; gospodarkę nakazowo-rozdzielczą w rynkową; satelita ZSRR stał się członkiem NATO i Unii.

Moje pokolenie przez lata powtarzało: dążymy do wolności Polski i człowieka w Polsce. Marzenie się spełniło, ale dziś te dwie wolności są zagrożone. Polska stała się „chorym człowiekiem” Europy. Bezsilnej, wyizolowanej z Unii Polsce będzie nieuchronnie zagrażać Rosja owładnięta duchem wielkorosyjskiego imperializmu.

Retoryka i polityka nacjonalizmu zainicjowana przez Jarosława Kaczyńskiego to prezent dla Putina. Ów nacjonalizm skłóca Polskę z sąsiadami. Wzbudza niepokój także wśród ważnych biskupów Kościoła katolickiego. Wszak pamiętają słowa Jana Pawła II: „Od unii lubelskiej do Unii Europejskiej”. A Kaczyński i PiS prowadzą nas od Unii do zapyziałej krainy nazwanej dwa wieki temu przez Stanisława Kostkę-Potockiego Ciemnogrodem. Zapisują kolejny rozdział w księdze dziejów polskiej głupoty.

Ale nie reprezentują przecież całej Polski. To nie jest Polska opozycji demokratycznej i „Solidarności”, Kuronia i Geremka, Mazowieckiego i Bartoszewskiego, Miłosza i Szymborskiej, Herberta i Tischnera, Kołakowskiego i Giedroycia, Turowicza i Kisiela, Konwickiego i Wajdy. Ich Polska dochowuje wierności tradycji europejskiej, chrześcijańskiej, demokratycznej, oświeconej. Dziś jest wdzięczna opinii europejskiej, która piętnuje deprawowanie naszego kraju, pełzający zamach stanu, zaduch demagogii i ksenofobii, którym oddychamy, i pseudoreligię, która zamienia krzyż, znak Męki Pańskiej, w kij bejsbolowy.

Havel mówił, że „być Europejczykiem to żyć w prawdzie i tolerancji”. Oczywiście Europa zawsze miała też brzydką twarz. Twarz okrutnych despotyzmów, prześladowań politycznych i religijnych, stosów inkwizycji i gilotyny terroru jakobińskiego, który głosił: „Bądź bratem albo cię zabiję”. Wreszcie twarz nazizmu i bolszewizmu.

Kołakowski pisał: „Kiedy nienawidzimy prawdziwie, jesteśmy bezkrytyczni zarówno względem nas samych, jak względem tego, czego nienawidzimy”. Nienawiść „przeciwstawia naszą totalną i bezwarunkową słuszność równie totalnej, bezwarunkowej i nieuleczalnej nikczemności innych. (…) W moim szale niszczenia sam zniszczeniu ulegam”.

Oceniał, że „gotowość do kompromisu, bez tchórzostwa i bez konformizmu, zdolność do usuwania nadmiaru wrogości bez czynienia ustępstw w tym, co się uważa za jądro sprawy, jest to sztuka, która z pewnością nikomu bez trudu nie przychodzi jako dar naturalny. Od naszej umiejętności przyswajania sobie tej sztuki zależy wszelako los demokratycznego ładu na świecie”.

Przyszłość zależy od nas. Czas zrozumieć, że droga do odbudowy polskiego miejsca w Unii prowadzi przez przyjęcie euro. By tego dokonać, trzeba się zdobyć na sprzeciw wobec rządów Kaczyńskiego. Od naszej zdolności do aktywnego sprzeciwu wobec smogu chamstwa i nienawiści, który nas zalewa od kilkunastu miesięcy, zależy, jaką Polskę zostawimy naszym dzieciom. Pamiętajmy, historia nas nauczyła, że nic nie jest niemożliwe, jeśli się tego naprawdę chce.

Waldemar Mystkowski pisze o kongresie prawników.

Obawiam się o Andrzeja Dudę. Nie tylko ja, bo on sam też. Podczas wizyty na Warszawskich Targach Książki został zachęcony przez uczestników targów do czytelnictwa niewielkiej książeczki, och – tomiku, Konstytucji. Usłyszał skandowane: „Konstytucja”. Pewnie oblał się rumieńcem i jak to on ma w zwyczaju zrobił swoje miny (Gombrowicz nazywa to gębą), które można nazwać: rybą wyrzuconą na brzeg. Ryba nie łapie już wody, tylko powietrze. Duda tak łapie się każdej miny, bo wstyd i hańba, że tak łatwo dał się złamać, że nie wypełnia nałożonego na niego obowiązku głowy państwa. Można sobie wyobrazić, jak łapał swoje miny, gdy na owych targach był z prezydentem Niemiec Frankiem-Walterem Steinmeierem. Tak się dzieje z twarzą, wszak nikt głębiej nie zagląda w Dudę, ani tym bardziej kamera. Dlatego obawiam się o Dudę.

Widzę, że także on o siebie zaczyna obawiać. Nie wychyla się zanadto, a niech inni za niego oblewają litrami wstydu. Więc wysłał na nadzwyczajny Kongres Prawników Polskich w Katowicach Andrzeja Derę. Ten miał prawo myśleć, że spotka go mniejszy afront niż prezydenta na targach, lecz i on usłyszał skandowane „Konstytucja”, niektórzy nawet wyszli w trakcie odczytywania listu Dudy. Rozumiem tych wychodzących, bo jak można wysłuchiwać słów, które nijak się mają do rzeczywistości. Acz podkreślam, słowa nie kłamią, tylko człowiek – w tym wypadku Duda kłamał ustami Dery. Zacytować? Proszę bardzo: – „Pozytywnego wizerunku trzeciej władzy nie buduje też nazbyt emocjonalna reakcja sędziów na krytykę, ani też zbyt pochopne, a przez to nieprzekonujące kwalifikowanie krytycznych komentarzy jako ataków na zasady niezależności sądów”.

Przepraszam bardzo – określenie ostatnio bardzo popularne wśród pisowców – kto tu rżnie głupa? Też jest taka mina, bardzo popularna wśród min Dudy: rżnąć głupa. Podczas tego pisania wklepałem w przeglądarkę hasło: „Duda rżnąć głupa” i wychynęła ilustracja Dudy jak ryba łapiącego powietrze (wolności). Och, Adrian, Adrian…
Zacytuję słowa osoby bardzo poważnej – w przeciwieństwie do naszego Adriana – I prezes Sądu Najwyższego Małgorzaty Gersdorf: – „Przyczyny zorganizowania tego kongresu są oczywiste. Trwa głęboki kryzys prawno-ustrojowy naszego państwa. Trybunał Konstytucyjny istnieje prawie teoretycznie”.

Tego boi się Duda, poważnego traktowania państwa. Raczej już Duda nie wykaże cywilnej odwagi, nie pozbędzie się tych swoich min ochronnych, min Zeliga, będzie robił je coraz dziwniejsze i dziwniejsze, pewnego ranka przy goleniu nie rozpozna siebie od tych skrzywień. Duda po prostu nie będzie już miał twarzy. Czy miałby szanse ją jeszcze dzisiaj odzyskać? Tak! Lecz trzeba mieć w sobie osobowość, stanąć przed wyborcami, przyznać się do winy. Wówczas Trybunał Stanu mógłby wyrokować łagodnie. Duda na razie po blamażu na targach wysyła swoich pracowników.

Odezwał się za to kreator Adriana, prezes Jarosław Kaczyński, który zachowanie prawników (a mniemam, że także czytelników z targów książki) obsztorcował: „Sędziowie powinni być elitą, a nie są. To bardzo smutne”. Nie słyszałem, aby prawnicy nazwali prezesa gorszym sortem, elementem animalnym, gestapo. To prawnicy (ale też czytelnicy, obywatele) namawiają Dudę do czytania Konstytucji, do jej przestrzegania.

Obawiam się więc o Dudę, acz życzę mu odwagi, aby stanął przed sądem (Trybunałem Stanu), a może – to jest najtrudniejsze – aby prezydent stanął przed sobą, aby wyzbył się zakłamania, wstecznictwa, aby moralność znaczyła dla niego moralność, aby wartości były wartościami, tym bardziej chrześcijańskimi, bo chrześcijaństwem nie jest łapanie hostii.

Nie liczę na Kaczyńskiego, któremu na trwale wyrosły zajady nie tylko w kącikach ust, ale ma zajady w umyśle i przede wszystkim w charakterze, te ostatnie zajady nazywają się kompleksami.

>>>

BEZ KRAWATA, SMUTNEGO GARNITURU I DRABINKI. W ZWYKŁYM T-SHIRCIE, JAK ZWYKLI POLACY. SCHETYNA POKAZAŁ SIŁĘ, JAKIEJ NIE MA ŻADEN INNY POLITYK.

Jeden z najwspanialszych Polaków.

Ulicami Warszawy przeszedł wielki Marsz Wolności.

Marsz Wolności zakończył się na Placu Konstytucji. – „Tu jest Polska! Tu jest Polska europejska!”„Nie ma zgody na Polexit. Jest zgoda na PiS-exit!” – skandowali demonstrujący. Nad tłumem powiewało tysiące flag Unii Europejskiej i Polski.

Lider PO Grzegorz Schetyna podkreślał, że obecna Konstytucja kojarzy się z wolnością, suwerennością i podmiotowością, tak jak Konstytucja 3 Maja. – „Jeżeli nie będzie zgody powszechnej, zgody narodu, nie pozwolimy zmienić obecnej Konstytucji. Nikomu!” – zadeklarował Schetyna.

Przekonywał, że jedyną drogą dla partii opozycyjnych i niezależnych środowisk jest dziś jedność. – „Jeżeli zbudujemy skuteczną opozycję, to wygramy wybory samorządowe, wygramy wybory europejskie, wygramy wybory parlamentarne i wygramy prezydenckie w 2020 roku. Obiecujemy to” – zaznaczył. Zapowiedział rozliczenie obecnie rządzących za łamanie prawa.

Schetyna zapewnił, że po wygranych wyborach Polska już nigdy nie będzie się kompromitować w Europie. – „Już nigdy nie będzie wyniku 27 do 1”. Mówił też, że sobotni marsz był dla następnych pokoleń. – „To im obiecujemy wolną Polskę, Polskę podmiotową, Polskę dumną, demokratyczną” – dodał szef Platformy.

Prezes ludowców Władysław Kosiniak-Kamysz powiedział do zebranych: – „Połamano Konstytucję, połamano ustawy, teraz chce się złamać organizacje pozarządowe, chce się złamać samorządy – nie ma na to naszej zgody”. Według niego grupą, która została najbardziej przez PiS wyzyskana i odrzucona są polscy rolnicy. – „Chcę, żeby to bardzo wyraźnie usłyszeli: czas pańszczyzny u panów minął. Nie damy zrobić z nas chłopów pańszczyźnianych. Polska to nie jest PiS, Polska to nie jest prywatny folwark PiS. Nie ma zgody na dewastację polskiej wsi i samorządności naszych miejscowości, organizacji pozarządowych, na czele z OSP” – powiedział Kosiniak-Kamysz.

Ze sceny na Placu Konstytucji przemawiali też lider Nowoczesnej Ryszard Petru, Krzysztof Łoziński z KOD, senator Marek Borowski, była premier Ewa Kopacz, były szef MON Tomasz Siemoniak, przedstawiciel gminy Dobrzeń Wielki, która straciła część terenu na rzecz Opola oraz Sławomir Neumann. Na zakończenie części oficjalnej rozbrzmiał hymn Unii Europejskiej.

Według stołecznego ratusza w Marszu Wolności uczestniczyło ponad 90 tys. ludzi. Tradycyjnie już warszawska policja zaniża te dane i szacuje, że na demonstracji zgromadziło się ok. 12 tys. osób.

CZY MONIKA MA RACJĘ? MY KLIKAMY OBIEMA RĘKAMI 🙂

ZAWSZE BĘDZIEMY PAMIĘTAĆ. POLSKA TO WOLNOŚĆ I EUROPA. A TY SIĘ TEGO BÓJ, POŚLE KACZYŃSKI.

Waldemar Mystkowski pisze o wystąpieniu Kaczyńskiego na pół godziny przed Marszem Wolności.

Zazdrość Kaczyńskiego o Marsz Wolności

Nie mogłem być w Warszawie na Marszu Wolności. Szkoda. Za to miałem średnią przyjemność oglądania w telewizji prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, który dał dyla z wolnej Warszawy i zatrzymał się w Szczecinie. Jakie tam obchodził święto? Ewakuacji?

Pół godziny przed Marszem Wolności prezes wygłosił mowę. Kolejne pytanie: jaki był jej cel? W szeregach PiS widać panikę, nerwowe odpowiadanie kłamstwami na inicjatywy opozycji. W postawie Kaczyńskiego rzuca się w oczy jego impotencja dialogu, nie potrafi debatować na rzecz dobra Polski. Ale Kaczyński zechciał pławić się w Szczecinie w splendorze Marszu Wolności przed jego rozpoczęciem, musi czuć, że przedsięwzięcia opozycji są wartościowe, że taka manifestacja ludzi wolnych odpycha go od koryta władzy.

Kaczyński w Szczecinie, a więc w Stoczni Szczecińskiej. Zdaje się, iż to sygnał, że przedsiębiorstwo zmieni nazwę na im. Lecha Kaczyńskiego. Prezes PiS może nie mieć świadomości, że działa na szkodę swego brata. W przyszłości taka przesada doprowadzi do sytuacji, do jakich dochodziło w starożytnym Egipcie – wyskrobywano hieroglify imion Ramzesów od „podłej zmiany”. Dzisiaj takim złym Ramzesem jest Lech Kaczyński i jego żyjący brat, Jarosław.

Za egipskich Ramzesów ginęli starożytni Egipcjanie, za tego Ramzesa PiS zginęło 96 Polaków, w tym on sam. Jarosław Kaczyński nie omieszkał wspomnieć o swym „poległym” bracie, ale nie kit o bliźniaku był celem wystąpienia. Prezes zechciał via media przemówić do uczestników Marszu Wolności, zapewnić, że wolność jest i nie mają po co za nią chodzić.

Prezesowi mogło się też czknąć, iż jego marsz smoleński z okazji 7. rocznicy był mizerny. Gwoli sprawiedliwości Kaczyński wygłosił mowę, z której nic nie zapamiętamy, bo nie stworzył żadnej nowej inwektywy, porównywalnej do gorszego sortu, elementu animalnego. Po raz pierwszy usłyszałem prezesa niemal błagającego: uwierzcie, jest wolność, stoję na straży wolności.

Czy to sygnał, że Kaczyński zmiękł? Nie! Kaczyński się przestraszył, szuka nowej strategii odkrawania wolności, zmniejszania demokracji. Boi się, znalazł się jednak w sytuacji, iż nie może się wycofać, bo dla Kaczyńskiego cofnąć się, to przegrać.

Kaczyński jest mierny intelektualnie, jest przykładem przerabianym w tej chwili w Polsce, że miernoty mogą sięgnąć po władzę i jej nadużywać. Miernoty sięgają po więcej władzy, która zmniejsza obszary wolności, a przeciwstawić się mogą tylko ludzie wolni poprzez takie inicjatywy, jak Marsz Wolności, Potem przyjdzie czas, aby niektóre hieroglify wymazać, a pomniki obalić.

JESTEŚMY ZA POLSKĄ WOLNĄ I DEMOKRATYCZNĄ. NIE ZA PAŃSTWEM PiS. A CO NAJWAŻNIEJSZE – JESTEŚMY RAZEM!

I JESZCZE TAKA DOBRA WIADOMOŚĆ NA WIECZÓR 🙂

>>>

od-czasu

Passent: Jaśnie Pan ma teraz 2 zmartwienia: 1/ Jak utrącić Tuska, 2/Jak przegonić aktorki i aktorów ze sceny polit.

c5mwlwswqaeqmiv

W „Wyborczej” świetny wywiad z Kazimierzem Marcinkiewiczem, który przeprowadzili Adam Michnik i Dominika Wielowieyska.  Dziesięć lat temu Kaczyński mówił: wywracamy stolik w naszym domu. Dziś mówi: wywracamy do góry nogami dom.

kazimierz-marcinkiewicz-kaczynski

Kazimierz Marcinkiewicz: Kaczyński stracił wszystko, co kochał. Żyje przeszłością i władzą

ADAM MICHNIK: Jak się czuje Beata Szydło jako premier bez władzy, wykonujący polecenia Jarosława Kaczyńskiego? Pan też kiedyś był obsadzony w tej roli.

KAZIMIERZ MARCINKIEWICZ: Nie zazdroszczę Beacie Szydło, bo ma sto razy gorzej. Ja jednak mogłem sobie ułożyć połowę rządu. Wybrałem np. Stefana Mellera, Grażynę Gęsicką, Zbigniewa Religę. To zupełnie inna klasa polityków. Spotykałem się z Jarosławem raz w tygodniu – w piątek na godzinę. Dzwoniliśmy do siebie incydentalnie. Ale decyzje zapadały na Radzie Ministrów. Rząd Beaty Szydło był tworzony za jej plecami, ministrowie wszystkie decyzje uzgadniają na Nowogrodzkiej, a nie w Alejach Ujazdowskich. Pani premier może ma jakiś wpływ na treść swoich przemówień, i to by było na tyle. Tak wynika z opowieści moich znajomych z PiS.

DOMINIKA WIELOWIEYSKA: Pańscy ministrowie też chodzili na Nowogrodzką.

– Nieliczni i nie za często. Chodzili Zbigniew Ziobro, Ludwik Dorn, ale potem relacjonowali mi te rozmowy. I Zbigniew Wassermann, który także był u mnie dwa razy w tygodniu na długiej rozmowie. Czułem odpowiedzialność za działanie służb i musiałem ich pilnować, bo wiedziałem, że to źródło różnych zagrożeń. I przez ten rok, kiedy rządziłem, żadnych awantur ze służbami nie było.

D.W.: Rząd PiS ma teraz problemy z powodu powtarzających się wypadków z udziałem Biura Ochrony Rządu i Żandarmerii Wojskowej.

– Takiej sytuacji nie było w żadnym poprzednim rządzie ani nie spotyka się jej na świecie. Moim zdaniem wynika to z arogancji władzy, która tworzy atmosferę nacisku i podejrzliwości, uważa, że rządzi absolutnie wszystkim i wszystkimi, także kierowcami czy pilotami. A stąd blisko już do błędów.

A.M.: Jak kształtowały się pańskie relacje z Jarosławem Kaczyńskim?

– Na fali popularności Lecha Kaczyńskiego Jarosław zaczął budować PiS. Kaczyński zawsze potrzebował kogoś, kto się zajmie gospodarką. Kiedyś to był Adam Glapiński, po jakimś czasie byłem ja, a potem w rządzie tę funkcję pełniła Zyta Gilowska. Nieważne są poglądy ekonomiczne tych osób, bo Jarosław Kaczyński nie ma ekonomicznych poglądów. Może być liberalna Gilowska i narodowiec o poglądach socjalistycznych Mateusz Morawiecki. Ważne, że ktoś działkę gospodarczą zdejmuje mu z głowy. Nasza grupa – przyszliśmy do PiS z Markiem Jurkiem, Kazimierzem Michałem Ujazdowskim, Wieśkiem Walendziakiem i Mirkiem Styczniem – przekonała Kaczyńskiego do obniżenia podatków, choć pół roku wcześniej głosował za 50-procentową stawką dla najbogatszych.

D.W.: Dlaczego postawił pan na współpracę z Kaczyńskim?

– Chcieliśmy jednoczyć prawicę. Mieliśmy nadzieję, że uda się zrobić partię, w której nie będzie totalnego lidera, tak jak dziś. Byliśmy też dobrym zapleczem merytorycznym – i Jarosław to wiedział. Mieliśmy poczucie, że możemy być przynajmniej pułkownikami przy generale.

W PiS przez dłuższy czas był Kaczyński, był Ludwik Dorn, i na tym koniec. Nikogo kreatywnego. Nie zabierali głosu, a jeśli nawet, to tylko po to, aby powtórzyć coś za Jarosławem.

A.M.: Gdy został pan premierem, pańskie notowania w sondażach szły w górę. Co takiego się stało, że Kaczyński pozbawił pana stanowiska?

– Pierwszy powód był następujący: chcieliśmy doprowadzić do przyspieszonych wyborów. Prezydent Kaczyński miał nie podpisać budżetu i kadencja Sejmu zostałaby skrócona. Przygotowaliśmy podsumowanie stu dni rządu, mieliśmy zaplanowaną kampanię wyborczą zatwierdzoną przez Jarosława. Wszystkie sondaże dawały nam większość w Sejmie bez LPR i Samoobrony. Bo chodziło o to, aby rządzić samodzielnie. Dzień przed decyzją o niepodpisaniu budżetu przyszedł do Jarosława Andrzej Urbański i mówi: „Świetny projekt z tymi przyspieszonymi wyborami, tylko powiedz mi, kto będzie twarzą tego zwycięstwa: ty czy Marcinkiewicz?”. I Jarosław uznał, że to jest problem. Bo teraz ma premiera z nadania, a będzie miał premiera, który wygrał wybory. I z dnia na dzień zrezygnował z tego planu.

D.W.: Napisałam kilka tygodni temu, że Jarosław Kaczyński chciał ten scenariusz powtórzyć i tym razem. Dał ludziom 500+, rozpętał wojnę o Trybunał, która scementowała jego obóz i trzymała emocje na wysokim poziomie, a polaryzacja sceny politycznej spychała małe ugrupowania na margines. Sądził, że dzięki rozdanym pieniądzom notowania PiS poszybują do 50 proc. I dostanie też premię za zwycięstwo, tak jak PO – rok po wyborach z 2007 r. Wtedy wygra przyspieszone wybory i będzie miał większość konstytucyjną.

– To bardzo prawdopodobne, że planował wybory na wiosnę tego roku. Kiedy zobaczył, że sondaże stoją w miejscu mimo 500+, to w lecie nagle zarządził obniżenie wieku emerytalnego, choć część jego zaplecza gospodarczego broniła się przed tym rękami i nogami. Po cichu mówili inwestorom, że nie ma co się martwić, że to tylko puste obietnice. Ale Kaczyński był zdeterminowany, sądził, że obniżenie wieku może przyniesie mu premię. Nie przyniosło, dlatego zrezygnował z przyspieszonych wyborów. Na razie.

D.W.: Wróćmy do drugiego powodu, dla którego przestał pan być premierem.

– Mimo rezygnacji z przyspieszonych wyborów poparcie wciąż szło w górę. I wtedy zakon PC namówił Lecha Kaczyńskiego, aby mocno się postawił Jarosławowi i wymógł na nim decyzję o mojej dymisji. Leszek mi później tłumaczył, że Jarosław zasługuje, by być premierem, i musi mieć w CV to stanowisko. Jarosław długo bił się z myślami. Uważał, że będzie to źle odebrane, jeśli w Pałacu Prezydenckim i w kancelarii premiera urzędować będzie dwóch braci.

D.W.: Dzisiaj Kaczyński nie martwi się popularnością Beaty Szydło?

– Tym razem nie ma to znaczenia, bo nie są to tak wysokie notowania jak 10-11 lat temu, kiedy mieliśmy ponad 70 proc. zaufania społecznego. Szydło nie wybije się na niepodległość, zaakceptowała bycie marionetką.

D.W.: Lech Kaczyński był hamulcowym radykalnych pomysłów Jarosława?

– Jeśli miałem problem z Jarosławem, szedłem do Lecha i nawet przy mnie dzwonił do brata. On bronił Jarosława przed atakami. Jednocześnie drażniło go, że ja jako premier jestem lubiany, a Jarosław ma tak duży elektorat negatywny. Ale widział, że to, co Jarosław planuje – zwłaszcza w polityce wewnętrznej – idzie za daleko.

A.M.: To była obsesja układu, który tropił Kaczyński?

– Dlatego cały czas naciskał na Ziobrę i szefa CBA Mariusza Kamińskiego, żeby mu coś przynieśli na ten „układ”. Pamiętam, jak szczęśliwy Ziobro do mnie zadzwonił, że wiezie do Jarosława akta afery węglowej związanej z Blidą, bo wreszcie pojawiły się nazwiska polityków. Jarosław – gdy żądał dowodów na „układ” – posługiwał się konkretnymi nazwiskami. Mówił np., że nie może być tak, że nie ma nic na Schetynę, bo on na pewno ma coś za uszami.

D.W.: Jakie są relacje Kaczyńskiego z Antonim Macierewiczem? Są swoimi zakładnikami? Kaczyński boi się frakcji w PiS?

– W moim rządzie Macierewicza nie było. Kiedy później wchodził do MON, mówiłem Radkowi Sikorskiemu: „Bierzesz wielką odpowiedzialność za tego człowieka”. W jednej z moich ostatnich rozmów z Jarosławem rozmawialiśmy o Macierewiczu, który miał zostać pełnomocnikiem ds. likwidacji WSI. Powiedziałem Kaczyńskiemu: „Chyba zwariowałeś, on po miesiącu wsadzi ci nóż w plecy, nigdy nie zbudował niczego pozytywnego”. Pamiętałem, jak usiłował przejąć ZChN i zniszczyć profesora Wiesława Chrzanowskiego. A Kaczyński na to: „Nie znalazłem nikogo, kto może być tak zdesperowany i nie zawaha się przeprowadzić tak trudnej operacji. Oczywiście wiem, jaki on jest, dlatego do tworzenia służb powołam kogoś innego”. Macierewicz go jednak omotał, zbudował silną pozycję, także poprzez informacje pochodzące od służb specjalnych. I to jest jego siła, a dla Jarosława jest to wiedza bardzo ważna.

D.W.: Jak dziś wyglądają relacje Kaczyńskiego z takimi politykami jak Macierewicz czy Ziobro w porównaniu z tym, co działo się dziesięć lat temu?

– Podstawowa różnica polega na tym, że Kaczyński wymusił na nich ograniczenie do minimum występów publicznych. Proszę zauważyć, że w porównaniu z innymi ministrami ta dwójka stosunkowo rzadko pojawia się w mediach. Kaczyński powiedział im: macie robić to, co robicie, ale w zaciszu gabinetów.

D.W.: Dlaczego?

– Boi się, że jeśli będą często występować publicznie, to przejmą jego elektorat, wykreują się na silniejsze osobowości od lidera. Gdy odszedłem z rządu, Ziobro stał się pierwszoplanową postacią. Występował niemal codziennie: a to w telewizji, a to na konferencji prasowej. Teraz – tylko co jakiś czas. Dziesięć lat temu chciał zbudować swoją pozycję podobnie jak kiedyś Lech Kaczyński jako minister sprawiedliwości w rządzie Buzka. I to go ośmieliło później do buntu przeciwko Kaczyńskiemu. Teraz został litościwie przyjęty z powrotem, pod warunkiem że się schowa. Macierewicz wyrósł bardzo przy okazji katastrofy smoleńskiej, dlatego Kaczyński nie chce go nadmiernie eksponować.

D.W.: Może i nie chce, ale Macierewicz nie wychodzi z Radia Maryja. Trwa próba sił między nim a Kaczyńskim w sprawie dymisji Bartłomieja Misiewicza. To jednak niewiarygodne, że młody pomocnik aptekarza stał się źródłem poważnego konfliktu w obozie rządzącym.

– Wytłumaczenie jest bardzo proste. Oni muszą budować swoje poparcie poprzez pełne posłuszeństwo. Misiewicz jest po to, by tłamsić wojskowych, łamać im kręgosłupy, bo wówczas będą ślepo posłuszni i uzależnieni od tego układu władzy. Poza tym Misiewicz jest symbolem wiernopoddaństwa, a to istotny przekaz do swoich: widzicie, jemu włos z głowy nie spadnie, choćby zrobił największe głupoty, bo jest wierny. Nawiasem mówiąc, żołnierze z przetrąconym kręgosłupem nie przydadzą się w państwie demokratycznym.

A.M.: Czym się charakteryzują i czym się kierują ludzie z czołówki obozu władzy, np. Brudziński czy Ziobro?

– Brudziński, Błaszczak, Kuchciński, zakon PC, karierę zawdzięczają wyłącznie Kaczyńskiemu. Nie mają talentów ani zawodów. Nieważne, jakie mają poglądy. Bez Kaczyńskiego ich nie ma. Są mu ślepo oddani, nigdy z nim nie polemizują, a jeśli już, to walczą o stołki dla swoich. Ziobro do tej grupy nie należy, jest bardziej samodzielny. On ciągle myśli, że jest następcą Kaczyńskiego.

A.M.: Macierewicz nie widzi siebie w tej samej roli?

– Widzi, ale jest w PiS znienawidzony. Ma swoją małą frakcję, silnie związaną z Rydzykiem. Nie chodzi o religię czy ideowość. Łączą ich wspólne cele polityczne, razem chcą być silniejszym partnerem dla Kaczyńskiego.

D.W.: Brudziński ma bardzo mocną pozycję?

– Jest liderem zakonu PC, lecz na przywództwo nie ma dużych szans. Zakon też jest znienawidzony jako grupa, która zajęła najwięcej stanowisk i wykosiła wielu konkurentów. Biorą najlepsze kąski, jak Orlen, którego prezesem został Wojciech Jasiński.

Jarosław tak zresztą zarządza partią: jest arbitrem pomiędzy nieznoszącymi się frakcjami.

Gdyby go zabrakło, partia natychmiast by się rozpadła. Nie ma tam żadnej osobowości, która utrzymałaby jedność tego obozu.

D.W.: Przecież w PiS są ludzie myślący, odróżniają propagandę od faktów. Jak to możliwe, że popierają zniszczenie Trybunału, łamanie konstytucji.

– Dominuje fascynacja siłą i skutecznością Kaczyńskiego. Działa na nich adrenalina władzy i nie są w stanie przestawić się na myślenie o Polsce, bo jeszcze kuzyn nie ma pracy i siostra wujka, i kumpel jest nie tam, gdzie być powinien. Oni wciąż układają się w tej władzy. I boją się o miejsca na listach wyborczych w przyszłości.

A.M.: Do czego dąży Jarosław Kaczyński?

– Nigdy nie miał jednorodnych poglądów. Dostosowywał je do potrzeb swojego elektoratu i podporządkowywał jednemu celowi, czyli zdobyciu władzy. Władza jest najważniejsza. Jest jednak istotna różnica między tym, co się działo dziesięć lat temu, a tym, co dzieje się teraz. Wtedy mówił: wywracamy stolik w naszym domu. A dziś: wywracamy do góry nogami dom. Kaczyński żyje tylko przeszłością. Dlaczego więc miałby się przejmować przyszłością innych?

D.W.: Notowania PiS trzymają się wciąż na podobnym poziomie.

– Szczegółowa analiza sondaży pokazuje, że PiS stracił ok. 8 proc.wyborców centrowych, którzy głosowali przeciwko PO, ale tyle samo zyskał wśród tych, którzy głosowali na mniejsze partie albo w ogóle nie głosowali, a mają radykalne antyestablishmentowe poglądy. Na wsi i w małych miastach Kaczyński jest kochany za 500+. Ludzie nie chodzili tam na wybory, bo uważali, że wszyscy politycy ich lekceważą. Teraz mówią, że pójdą.

A.M.: Gdyby miał pan podsumować rok „dobrej zmiany”?

– 500+ znacząco zmieniło polską prowincję. Żyje się tam lepiej, spokojniej, ludzie poczuli stabilizację materialną. Przestali brać chwilówki. Tylko o tym rozmawiają i reszta ich nie interesuje. Druga rzecz: Kaczyński odwraca Polskę do góry nogami. Chce ją oddać swoim. Zrobił to w aparacie państwowym i spółkach skarbu państwa, ale nie ma wpływu na samorządy, dlatego chce zmienić ordynację, tak aby wyeliminować najmocniejszych graczy spośród prezydentów, wójtów i burmistrzów. Liczy, że dzięki temu wypromuje swoich ludzi. To jest niezgodne z konstytucją, ale on to przewidział i zniszczył Trybunał.

A.M.: Mówił, że w Warszawie będzie Budapeszt, lecz mam wrażenie, że oni budują państwo typu putinowskiego.

– Państwo Orbána niewiele się różni od państwa Putina. Orbán tworzy własne media, ma własnych oligarchów, którzy dzięki niemu stają się jeszcze bogatsi. Buduje swój kapitalizm. Kaczyński idzie w tę samą stronę. Różnica między nimi jest taka, że Orbán zmieniał konstytucję zgodnie z prawem, a Kaczyński ją łamie. Likwidacja instytucji demokratycznych i procedur na rzecz wodzostwa to zmiana zachodniego stylu władzy na wschodni. To osłabia i tak słabe państwo, jakim była Polska PO, bo silne państwo to silne i niezależne instytucje i proste, jasne dla wszystkich procedury. Zobaczmy, jak w Wielkiej Brytanii zmieniają się premierzy i ministrowie, a państwo cały czas jest silne.

D.W.: Wielu komentatorów opowiadało przed wyborami, że PiS nie będzie otwierał tylu frontów, że wyciągnął wnioski z czasów pierwszych rządów. Po czym mamy wojnę na bardzo licznych frontach i przeciwko bardzo różnym grupom społecznym.

– Dlatego że Adam Bielan podsunął Kaczyńskiemu bardzo skuteczną narrację, która jest głównym motywem w pisowskim przekazie dnia: na ulicach demonstrują oderwani od koryta. Z obywateli, którzy protestują przeciwko łamaniu konstytucji, zrobił zdrajców, złodziei, którzy żyli kosztem społeczeństwa, a teraz pomstują na „dobrą zmianę” i żałują dla innych 500+. Ta opowieść załamie się dopiero wtedy, gdy przeciwko PiS wystąpią konkretne grupy zawodowe, np. górnicy. I wtedy pojawi się problem, bo narracja o oderwanych od koryta przestanie się sprawdzać.

Ludzie przyzwyczają się do 500+, a jednocześnie będzie ich drażnić chaos, który wprowadza władza. Przecież gdy PiS przegrywał w 2007 r., Kaczyński miał dobry wzrost gospodarczy, malejące bezrobocie, ludziom relatywnie się poprawiło. Ale mieli dość ciągłego zamieszania.

A.M.: Czy to nie zmieni sytuacji na jeszcze bardziej niebezpieczną, bo jeśli górnicy wyjdą, to wiatru w żagle nabiorą narodowcy?

– Kaczyński zrozumiał, że narodowcy to jego elektorat, i PiS skutecznie ich kokietuje.

D.W.: Prokuratura jest dla nich bardzo wyrozumiała: albo umarza śledztwo, albo apeluje do sądu drugiej instancji, by zmniejszyć karę, np. wtedy, gdy spalono kukłę Żyda na wrocławskim Rynku.

A.M.: Akurat w przypadku spalenia kukły Żyda wyrok bezwzględnego więzienia to przesada. Grzywna, prace społeczne – owszem. Kara w zawieszeniu też jest dopuszczalna. Ale bezwzględne więzienie? Tu akurat prokuratura miała rację, że wnioskowała o złagodzenie kary.

– Zgadzamy się jednak, że we wszystkich innych sprawach prokuratura hołubi nacjonalistów. Ziobro nie chce ich sobie zrażać.

A.M.: Ostatni rok przyniósł oddolny spontaniczny ruch sprzeciwu. Czegoś takiego po 1989 roku nie było. Dużo jeździłem po Polsce i jestem tym zafascynowany. Ale jest tam mało młodzieży.

– Młodzi obydwie strony sporu uważają za złe. Mają duże aspiracje i oczekiwania. Żądają więcej niż starzy, a tymczasem widzą, że nie mają już szans na tak skokową poprawę, jakiej doświadczyli ich rodzice. Może nawet będzie im gorzej, bo mają zablokowane drogi awansu.

A.M.: Studenci z Wrocławia wezwali do protestów, lecz nie chcą być mięsem armatnim staruchów, chcą odezwać się swoim głosem.

D.W.: Te protesty nie były liczne. Moja córka na pytanie, dlaczego młodzi się nie angażują, odpowiedziała: „Urodziliśmy się i dorastaliśmy w rzeczywistości, w której demokracja, wolność mediów, prawa obywatelskie były czymś zastanym, a więc pewnym. Nie wyobrażamy sobie, że ktoś może to zabrać”.

– Liczba demonstracji będzie wzrastać, chaos w państwie będzie postępował, podział społeczeństwa będzie jeszcze większy. Z drugiej strony mamy problem z liderami opozycji. Rok temu mówiliśmy, że mają rozmaite braki i słabości. Dziś mają te same obciążenia na swoim koncie, a jeszcze doszły następne. Stoimy w miejscu.

Schetyna jest lepszy w grach politycznych niż w wystąpieniach publicznych, ale przecież przez rok mógł bardziej zainwestować w siebie. Nie zrobił nic. Petru ma pewną świeżość, fajne zaplecze, nie nauczył się jednak niczego, dalej zalicza wpadki.

D.W.: O panu też można powiedzieć, że miał pan olbrzymi kapitał zaufania społecznego, a potem pan to roztrwonił, rujnując swój wizerunek.

– Ale to zupełnie inna sytuacja, bo ja odszedłem z polityki. A gdy odchodziłem, to miałem rekordowe notowania. Poszedłem pracować na swoje i od tamtej chwili wszystkie moje wybory to już wyłącznie moja prywatna sprawa.

D.W.: Co by pan doradził Ryszardowi Petru w związku z jego kłopotami zahaczającymi także o życie prywatne?

– Uważam, że jego życie osobiste nie ma wpływu na notowania. Ważniejsze jest to, że w czasie okupacji sali sejmowej pojechał do Portugalii na wakacje, a nie to – z kim. Najgorsze jest to, że partie opozycyjne nie pracują tak, jak mogłyby pracować. Potrzebny jest dobry zespół, który by narzucał tematy i demaskował błędy władzy. Trzeba zatrudnić profesjonalistów i znaleźć sposób na przełożenie brutalnego politycznego języka PiS na życie ludzi, aby zbudować prosty przekaz trafiający do obywateli.

D.W.: Przykład?

– Można było wziąć filmowców, informatyków i Bóg wie jeszcze kogo, dokładnie przefiltrować nagrania z sejmowych kamer, policzyć, ilu było posłów w Sali Kolumnowej, i wykazać, że nie było kworum przy głosowaniu nad budżetem.

Oczywiście PO, a tym samym cała opozycja, ma pewien problem. Z jednej strony to jedyna partia, która ma pieniądze, co jest niezwykle ważne. Ale nie potrafi się wykaraskać z rządowej przeszłości. Powinna jeszcze bardziej pokazywać twarze nowych ludzi.

D.W.: Opozycja ma dylemat, czy być opozycją umiarkowaną, która tylko przygląda się temu, co PiS robi, czy jednak iść na zwarcie, bo część wyborców tego oczekuje.

– To nie jest żaden dylemat. Można wybrać każdą z tych opcji i każda może się okazać skuteczna. Pod warunkiem że politycy mają plan, jak to rozegrać i zbudować kampanię informacyjną. To nie może się odbywać na zasadzie pospolitego ruszenia. Trzeba było wytłumaczyć, dlaczego zostali w sali obrad. A to średnio się udało.

D.W.: Czy po wizycie Angeli Merkel w Warszawie można powiedzieć, że w polityce zagranicznej nastąpił teraz zwrot i Niemcy stały się partnerem rządu PiS, a nie wrogiem?

– Jestem przekonany, że Merkel zrobiła wszystko, by przywrócić szanse na poważny dialog z Polską, bez względu na głupie zagrywki polskiej strony prosto z piaskownicy.

D.W.: O jakich zagrywkach pan mówi?

– W czasie rozmowy z Merkel Kaczyńskiemu towarzyszyli Ryszard Legutko i Zdzisław Krasnodębski, antyniemieccy europosłowie. Przecież to afront.

A.M.: Pan zaistniał poważnie w polityce, kiedy odniósł pan sukces w załatwianiu środków unijnych dla Polski. Jak dziś Polska jest usytuowana w polityce międzynarodowej?

– Nasza pozycja legła w gruzach z prostego powodu: Jarosław Kaczyński kompletnie nie interesuje się sprawami zagranicznymi, nie rozumie, co się dzieje na świecie. Chyba że coś dotyczy bezpośrednio Polski. Dlatego większość wystąpień polityków PiS na zewnątrz tak naprawdę jest obliczona wyłącznie na uzyskanie efektu propagandowego w Polsce. A jakie to ma konsekwencje dla naszej pozycji w świecie, to już nie ma dla nich większego znaczenia.

Jesteśmy w bardzo trudnej sytuacji. Rosja staje na nogi po kryzysie, pokłóciliśmy się z Francją, odwróciliśmy od Niemiec, bo jeśli nasze relacje są w miarę poprawne, to tylko dlatego, że Merkel nie chce ich pogarszać. I mamy Trumpa w USA, co w najbliższych latach będzie oznaczać odwilż z Rosją. Sankcje zostaną zniesione, firmy europejskie rzucą się na Rosję, która jest dziś jak wysuszona gąbka, gotowa wchłonąć życiodajne inwestycje. Rzucą się tam Amerykanie. Na tym przegrają najbardziej Polska i Ukraina. Zostaniemy sami, bo odwróciliśmy się od sojuszników w Europie.

Stajemy się coraz bardziej niechcianym kłopotem Europy.

*Kazimierz Marcinkiewicz – były poseł związany z ZChN, potem AWS i PiS. Były wiceminister edukacji, premier w latach 2005-06. Po dymisji pełnił obowiązki prezydenta Warszawy, a później był dyrektorem w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju w Londynie. Dziśprowadzi firmę doradczą.

Dwa razy o katastrofie smoleńskiej.

c5l-kk_wuaijfm_

I drugi.

c5ma2b_xeamyifg

Ponadto zaległe dwa felietony Waldemar Mystkowskiego.

Rodzinka+

rodzinka

Marcin Dubieniecki przez 14 miesięcy, podczas których siedział w areszcie, pozostawał najsłabszym ogniwem rodzinki Kaczyńskich. Nic z tego, że jest byłym zięciem prezydenta Lecha Kaczyńskiego, wg aksjologii „pana” Jarosława Kaczyńskiego rodzinki się nie opuszcza, tak jak były agent pozostaje na zawsze agentem. Klęczący w kościołach prezes PiS wszak ma wbity w głowę dogmat: „Co Bóg zwiąże, tego człowiek nie może rozwiązać”. Ogniwo? Ogniwo.

Dubieniecki gnił sobie w areszcie, a zarzuty miał poważne, mianowicie kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą, która wyłudziła ponad 14 mln zł z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (PFRON). Ale od czego jest dobra zmiana, wystarczy dodać plus i mamy pisowskie wartości. Dubienieckiemu zmieniono zespół śledczy do prowadzenia jego sprawy. Zastępca Zbigniewa Ziobry, prokurator krajowy Bogdan Święczkowski powołał w krakowskiej Prokuratorze Regionalnej nowych śledczych z prokuratorem Markiem Sosnowskim na czele.

Ten Sosnowski to musi być wyjątkowy bystrzak, bo w ciągu kilkunastu dni od powołania wypuścił Dubienieckiego na wolność. Piszę bystrzak i dziób mam otwarty z podziwu. To taki… aż mi trudno znaleźć porównanie, ale się nie daję. Józef Ignacy Kraszewski przez całe życie napisał kilkaset tomów prozy, a Sosnowski przez kilkanaście dni przeczytał 400 tomów akt. To tak jakby przeczytał całego Kraszewskiego.

Sosnowski uznał wbrew sądowi, że Dubieniecki nie będzie zacierał śladów swoich przestępstw, nie będzie nakłaniał świadków do fałszywych zeznań. Taki pisowski plus, który z wyznawców tej partii czyni aniołów. Dubieniecki więc mógł odetchnąć powietrzem wolności, tj. smogiem wolności. Chyba tak pozostaje nazwać atmosferę w kraju rządzonym przez PiS. Nawdychał się tego smogu pisowskiego były mąż Marty Kaczyńskiej, zaznaczmy, że kosztował on 3 mln zł kaucji, zabrakło w nim jednak najważniejszego pierwiastka: Dubieniecki nie mógł opuszczać kraju.

Skoczyła Dubienieckiemu gula, dziennikarze „Newsweeka”, którzy opisują tę sprawę, relacjonują, że Dubieniecki w krakowskiej prokuraturze dochodził swego i ustalił, że środki zapobiegawcze stosowane w stosunku do niego, a chodzi o ten najważniejszy zakaz opuszczania kraju, może uchylić „polecenie z samej góry”. Hm, hm, chrząkamy, czyli chodzi o naszego słynnego „pana”.

Dziennikarze próbowali ustalić, czy to prawda, że Sosnowski czekał na interwencję z góry. Ależ oczywiście dostali zapewnienie, że prokuratura nie poddaje się naciskom, czysty pisowski idiom: „nikt nam nie wmówi, że białe jest białe…”

Następuje jednak sekwencja zdarzeń, który potwierdzają działanie sił pańskich. Tego samego dnia, gdy Dubieniecki rozmawia z prokuratorem Sosnowskim, „pan” Kaczyński wysyła pismo do Zbigniewa Ziobry wraz załącznikiem, w którym jest 9 pytań od obrońcy Dubienieckiego. Między innymi są pytania: dlaczego Dubieniecki został zatrzymany w czasie kampanii wyborczej, po co „wytworzono dokumenty”, które mają obciążać Martę Kaczyńską, iż pobrała 50 tys. zł z cypryjskiej firmy Dubienieckiego i najważniejsze, dlaczego Dubieniecki nie może opuszczać kraju.

Po 4 tygodniach „panu” Kaczyńskiemu odpowiada prokurator krajowy Święczkowski. Ponoć odniósł się do zarzutów obrońcy, ale żadna tajemnica śledztwa nie została wydana. Oczywiście dziennikarze „Newsweeka” nie zobaczyli na oczy tego pisma.

Kaczyński sprawę swojej rodzinki pilotuje osobiście, bo to jego Rodzinka+. Za władzy PiS nie spotka jej żadna katastrofa.

mamy

Kogo rodzi polski Kościół katolicki

kogo

Polski Kościół katolicki począł i urodził Jacka Międlara, który jeszcze niedawno nosił sutannę i jako taki zagrzewał ONR-owców do nacjonalizmu i faszyzmu. A to w kościołach we Wrocławiu czy też Białymstoku, jak Polska szeroka. Międlar przerzucany był przez diecezje, jak gorący kartofel, wreszcie tego nie wytrzymał i wziął życie w swoje ręce – wystąpił ze Zgromadzenia Księży Misjonarzy.

Zyskał więcej czasu na szlifowanie nienawiści, a teraz właśnie wybierał się do Wielkiej Brytanii. Piszą o tym tamtejsze portale, jak choćby ibtimes.co.uk, który przybycie Międlara nazwał „Wojna domowa nadchodzi”. Były ksiądz miał wziąć udział w obchodach Dnia Żołnierzy Wyklętych i Biegu Tropem Wilczym. Miał też wygłosić przemówienie na demonstracji brytyjskiej partii nacjonalistycznej „Britain First”.

Zdaje się, że nic z tego nie będzie, bo były ksiądz został zatrzymany przez brytyjskich funkcjonariuszy na lotnisku London Stansted. Pod denuncjacją na Międlara podpisuje się polska ambasada. Ale to wiemy po już aresztowaniu. Czyżby służby na Wyspach nie czytały portali brytyjskich?

W podobnym temacie. Przygody polskiego dyplomaty w Holandii opisuje bloger Revelstein na blogu tabloidonline. wordpress.com. Otóż 2 lutego przybył do kraju tulipanów wiceszef spraw zagranicznych Jan Dziedziczak, bloger nazywa go wicewaszczykowskim.

Gdy już wszystko załatwił, przed powrotem do kraju zachciało mu się pomodlić w tamtejszym polskim kościele, bo tego dnia było kolejne święto kościelne (Matki Boskiej Gromnicznej). Ale nie zgadzały mu się godziny wylotu samolotu (na szczęście rejsowym, a nie CASĄ) i mszy, która miała się odbyć o godzinie 18-tej. Więc Dziedziczak zadzwonił do księdza, przedstawił się, jaki on jest ważny i zażyczył sobie, aby msza była wcześniej, bo on przebiera nogami, aby wrócić na łono ojczyzny. Księża w innych krajach przedstawiają zupełnie inne charaktery niż nasi tubylcy. Zakomunikował więc ważniakowi, że mu to lata, choćby nawet papież interweniował, msze tutaj odbywają zawsze o tej samej porze.

Tym samym natchnął Dziedziczaka, który zadzwonił do Warszawy, a ta w trybie dyplomatycznym wykonała telefon do Watykanu. Polskie służby dyplomatyczne dowiedziały się znad Tybru, iż kościoły są autonomiczne i Polacy mogą im naskoczyć.

Dziedziczak więc niczym krzyżowiec zrezygnował z lotu do ojczyzny, aby złożyć swoją duszę na łasce kościoła, nawet choćby w Holandii, ale do pełnej swojej ofiarności brakowało mu gromnicy, jako symbolu tego właśnie święta kościelnego. W Holandii znaleźć gromnicę, to jak w Polsce znaleźć pisowca demokratę, więc Dziedziczak zameldował Warszawie, że koka, hasz, prezerwatywy, pigułki dzień po, pornosy są w każdym kiosku, ale gromnicy nie ma. I co stało się? Bogobojny zastępca Waszczykowskiego doczekał gromnicy w poczcie dyplomatycznej.

sledze

>>>

POLACY WKRÓTCE SIĘ OBUDZĄ

c2pevgrwgaeiiui

Agnieszka Kublik („Wyborcza”) pisze o nowej ordynacji wyborczej, którą szykuje PiS. Jeśli PiS zmieni zasady wyborów do samorządów, może zwrócić przeciwko sobie wielu wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, którym nowa ordynacja nie pozwoli kandydować.

te-zmiany

Jak się zmieni ordynacja wyborcza? PiS szykuje Budapeszt nad polską urną

Zmiany w ordynacji wyborczej do samorządów zapowiedział lider PiS Jarosław Kaczyński. Główna zmiana to ograniczenie rządów prezydentów, burmistrzów i wójtów do dwóch kadencji.

Jeśli wejdzie w życie już przed najbliższymi wyborami w 2018 r., to kandydować będzie mogło tylko czterech z 18 prezydentów miast wojewódzkich. A ze wszystkich 107 prezydentów miast tylko 41 będzie się mogło ubiegać o reelekcję.

– Te zmiany w ordynacji samorządowej raczej obrócą się przeciwko PiS – ocenia dr Jarosław Flis, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego. – Bo uwolni się olbrzymi potencjał zaangażowania politycznego ze strony byłych włodarzy. Ci, którzy na wójtów i burmistrzów nie będą mogli kandydować, wystartują do sejmików wojewódzkich. I zrobią to przeciwko PiS.

Dr Flis przypomina, że w 2014 r. PiS marnie wypadł w wyborach samorządowych. Ma tylko dziesięciu prezydentów miast (na 107), a w miastach wojewódzkich – żadnego.

Zresztą zakaz sprawowania władzy przez ponad dwie kadencje można obejść. Dr Flis przypomina przypadek katowicki. Wieloletni prezydent Piotr Uszok nie wystartował w ostatnich wyborach, ale namaścił następcę i pomagał mu w kampanii. Następca wygrał. – A były prezydent został pełnomocnikiem nowego prezydenta ds. inwestycji strategicznych. Przy władzy pozostała w Katowicach praktycznie ta sama ekipa – mówi „Wyborczej” Flis.

Od kiedy takie ograniczenie kadencji można wprowadzić? Kaczyński chce, by obowiązywało już w najbliższych wyborach w 2018 r.

– Nie, prawo nie działa wstecz – mówi prof. Radosław Markowski, politolog z PAN. – Kadencyjność w samorządach musiałaby się rozpocząć od momentu wprowadzenia prawa. Ale może chodzi o to, żeby tym manewrem kogoś usunąć?

W PiS rozważa się też zmiany w ordynacji parlamentarnej. Z naszych nieoficjalnych informacji wynika, że jeden z zamysłów to podwyższenie progu wyborczego do 10 proc. Teraz obowiązują dwa progi: 5 proc. dla partii; 8 proc. – dla koalicji wyborczych.

Dr Flis: – Pomysłu z 10-proc. progiem wyborczym nie da się racjonalnie uzasadnić. Awantura byłaby nieunikniona, a to z reguły oznacza stratę wśród wahających się wyborców.

Prof. Jacek Raciborski, socjolog z UW: – Próg 10 proc. to prostackie rozwiązanie. Nie sądzę, by ten pomysł lansowali. Inteligentniejszym rozwiązaniem jest zwiększenie liczby okręgów pod hasłem: posłowie bliżej wyborców.

Prezes Kaczyński zapowiadał „Budapeszt w Warszawie”. Podobnie jak premier Węgier Viktor Orbán podporządkował swojej partii Trybunał Konstytucyjny. Teraz pora na zmianę ordynacji wyborczej.

Na Węgrzech było tak:

  • W 2010 r. Fidesz Orbána zdobył 53 proc. poparcia i 68 proc. miejsc w parlamencie, czyli większość konstytucyjną;
  • Latem 2011 r. poparcie dla Fideszu spadło do nieco ponad 20 proc.;
  • W nowej ordynacji Orbán zapisał więc rozwiązania faworyzujące Fidesz
  • W 2014 r. znów zdobył większość konstytucyjną.

(MAJĄ BYĆ TAKIE TRZY. KOGO MOŻNA BY WSADZIĆ DO DRUGIEJ I TRZECIEJ TAKIEJ „ŁODZI”?)

c2ptgdfw8aejcbk

Najważniejszą zmianą Orbána – wyjaśnia prof. Markowski – było zwiększenie liczby posłów wybieranych w okręgach jednomandatowych. Nowe granice okręgów faworyzują kandydatów partii rządzącej.

Ponadto Fidesz zezwolił na udział w wyborach Węgrom z sąsiednich krajów (Słowacja, Rumunia), w większości swoim zwolennikom, mającym podwójne obywatelstwo. Mogą głosować korespondencyjnie, czego nie wolno obywatelom Węgier żyjącym na Zachodzie.

– Nowe prawo wyborcze jest tak skonstruowane, by Fidesz utrzymał władzę, nawet jeśli przegra wybory – puentuje prof. Markowski.

Prof. Jadwiga Staniszkis w wywiadzie dla „Wyborczej” dwa miesiące temu takie plany PiS-u przewidywała: „Jeśli zmienią ordynację wyborczą, mogą rządzić następne cztery lata”.

trump

TO JEST TA WAŻNA RÓŻNICA POMIĘDZY DEMOKRACJĄ A PAŃSTWEM PiS

c2pt_7nw8aabnhz

Adam Michnik pisze o nowym prezydencie USA – Trumpie.Nic już nie jest pewne i oczywiste. Otwarte pozostaje pytanie: Czy będziemy umieli, tak jak w 1989 r., porozumieć się i ocalić suwerenność i wolność, czy zwyciężać będzie logika polskiego piekła?

filary

Nowy prezydent USA uosabia lęk i niepewność wobec czasu, który nadchodzi. Straszy nas radykalnym odwrotem od stabilności systemów demokracji.

Donald Trump jest doprawdy nieprzewidywalny. Jego język na tyle przeraża, że wielu Amerykanów obawia się, iż nowa administracja może doprowadzić USA i cały świat do chaosu. Inni wyrażają wiarę w siłę i skuteczność instytucji demokracji amerykańskiej; ci powtarzają, że „dłużej klasztora niż przeora”.

Tak czy inaczej, Trump jest groźny przez swą zagadkowość, niekompetencję i wypowiedzi, które zdają się przekreślać rolę Ameryki jako filaru obozu państw demokratycznych. Jego ostatni wywiad dla „Timesa” i „Bilda”, w którym wyraża tyleż zaufania do Putina, co do Angeli Merkel, wskazuje, że nie odróżnia on państw demokratycznych od autorytarnych i agresywnie imperialnych.

Dla Polski i jej sąsiadów idą niebezpieczne lata. Wymuszą zapewne istotne korekty w polityce wewnętrznej i zagranicznej. Będzie to egzamin dojrzałości i odpowiedzialności za państwo w czasie niespokojnym. Egzamin ten dotyczy wszystkich, ale głównie rządzącej klasy politycznej.

Nie wiemy, czy obóz Jarosława Kaczyńskiego okaże się zdolny do autorefleksji i korekty, czy też będzie nadal prowadził politykę „putinizacji” państwa polskiego. Czy górę weźmie egoizm kasty rządzącej, czy też rozsądne przekonanie, że Polska skłócona wewnętrznie i skonfliktowana z sąsiadami może się znaleźć w sytuacji tak groźnej jak nigdy jeszcze po 1989 r.?

Rosja Putina zagraża Rosjanom i ich sąsiadom. Trump deklaruje niechęć do NATO i Unii Europejskiej, ale powtarza awanse pod adresem Putina.

Filary bezpieczeństwa zaczęły się chwiać. Nic już nie jest pewne i oczywiste. Otwarte pozostaje pytanie: Czy będziemy umieli, tak jak w 1989 r., porozumieć się i ocalić suwerenność i wolność, czy w pełnym nowych zagrożeń świecie zwyciężać będzie logika polskiego piekła? A przecież porozumienia wymaga dzisiaj wolność Polski i wolność człowieka w Polsce.

ZOBACZCIE JAK STRASZY „OBYWATEL MINISTER”. W SUMIE, ZROBIŁ ŻART SAM Z SIEBIE.

c2prpp1xcaev6_g

Waldemar Mystkowski pisze o geście posła Platformy Nitrasa.

brawo

Drzwi biura poselskiego w Szczecinie posłów PiS Joachima Brudzińskiego i Leszka Dobrzyńskiego zostały w nocy z wtorku na środę oblane farbą, złoczyńcy sporo jej wylali. W każdym razie publikowane zdjęcia robią wrażenie.

Mniej znany poseł Dobrzyński od razu orzekł, iż to napaść polityczna. Znalazł nawet źródło inspiracji: „Kampania nienawiści i agresji prowadzona przez totalną opozycję przynosi skutki…” W takich żyjemy czasach, jak coś się nam nie podoba, przeciwnik polityczny za tym stoi.

Brakuje autorefleksji, iż może to moje czyny mogły do tego doprowadzić. Ktoś się na mnie wkurzył i jak ja wykroczył przeciw rozsądkowi. Ktokolwiek oblał farbą drzwi biura poselskiego, zniszczył czyjąś własność, dopuścił się szkody materialnej.

Istnieje też zasada permanetnego konfliktu. Jeżeli on wygasa, dopuszczam się czynu na samym sobie, aby konflikt trwał. Nie posądzam o to posłów PiS i ich otoczenie, uwzględniam taką możliwość. Bo podobny „atak” na materię, bądź groźba słowna są wstępem do czynów znacznie groźniejszych – do przemocy fizycznej.

Przez dwa dni drzwi biura w Szczecinie stały sobie oblane farbą, na ich tle politycy PiS udzielali wywiadów, oburzeni na to, co za ich plecami.

Poseł Platformy Obywatelskiej Sławomir Nitras gestem odkupienia postanowił przerwać ten spektakl medialny, spektakl niedobrych emocji. W piątek Nitras ze swoimi współpracownikami przez kilkadziesiąt minut czyścił z farby drzwi i trochę ubrudzonych elewacji.

posel

Akcja została zarejestrowana kamerą, wszystkie czyny posłów muszą mieć dokumentację, inaczej – jakby takiego czynu nie było. Nitras jednak swoim odkupieniem za jakiegoś łobuza oczekuje wzajemności, swoistego łańcuszka dobra. Mianowicie Nitras zwrócił się do wiceszefa PiS: „Ty też możesz zmyć jedną plamę. Mam propozycję, wtedy będziemy kwita. Przeproś za zachowanie pani radnej i zwolenników PiS-u w sądzie w Gdańsku. Zmyjesz jakąś plamę. Przeproś za zachowanie swoich kolegów partyjnych”.

Chodzi o niejaką radną PiS z Gdańska Annę Kołakowską, która zagroziła posłance PO Agnieszce Pomaskiej w publikacji na Facebooku: „Trzeba to coś złapać i ogolić na łyso”. Pomaska poszła z tym do sądu. W poniedziałek miała się odbyć pierwsza rozprawa, przed jej rozpoczęciem zebrał się tłumek pisowskich zwolenników, który skandował „Ogolić na łyso”, mieli ze sobą obraźliwe transparenty, krzyczeli i hałasowali. Nie pozwolili wejść Pomaskiej na salę, więc sędzia odroczył rozprawę.

Otóż Nitras oczekuje, iż Brudziński „zmyje” tę gdańską plamę. Wystarcza proste słowo: „przepraszam”. Czy do tego dojdzie? Postawę Nitrasa docenili internaucie, którzy komentowali: „Panie Sławku, mega akcja, szacun”, „Brawo, dobra lekcja szacunku dla każdego człowieka”, „Dobra lekcja życia! Żeby walczyć z przemocą trzeba zacząć od siebie!”.

Brudziński na razie nie przeprosił za radną PiS, jednak zauważył postawę Nitrasa, którą nazwał „miłą”. Może Brudziński potrzebuje czasu, aby po docenieniu gestu kogoś innego, wziąć na własną klatę odpowiedzialność, wszak w partii jest drugą osobą po Jarosławie Kaczyńskim. Odwagi, pośle Brudziński, przeproś za radną, miej szacunek dla samego siebie, jak internauci dla Nitrasa.

OPOZYCJA NA STRAŻY WOLNOŚCI MEDIÓW. DZIĘKUJEMY.

c2nbs4uwiaqwsuz

JAKIEŚ SUGESTIE DLA NOTARIUSZA DOBREJ ZMIANY?

c2pv-esweain_v_

>>>

I TO JEST WŁAŚCIWIE POWIEDZIANE !!!

c2hnprjweaenh4e

PILNA WIADOMOŚĆ. PRZESYŁAJCIE DALEJ. POSZUKIWANIA TRWAJĄ.

c2elxjlxcaizrsg

Prezes Jarosław Kaczyński w środę w Krakowie złożył kwiaty na grobie pary prezydenckiej Lecha i Marii Kaczyńskich. Przy wjeździe powitał go antyrządowy protest. Była też policja.

kaczynski-przed

Każdego 18. dnia miesiąca, w miesięcznicę pogrzebu pary prezydenckiej Lecha i Marii Kaczyńskich, prezes Jarosław Kaczyński przyjeżdża na Wawel, by złożyć kwiaty na ich grobie. Także w tą środę prezes PiS pojechał na wzgórze Wawelskie. W drodze natknął się na demonstrację Obywateli RP. Jak podaje PAP, były też osoby związane z KOD.

Okrzyki i oklaski

Zgromadzeni przy wjeździe na Wawel krzyczeli: „Precz z Kaczorem, dyktatorem”. Wcześniej mówili przez głośniki, że nie zgadzają się z polityką obecnego rządu, a demonstracja jest wyrazem ich niezadowolenia. Pod Wawelem była także grupa kilku osób, które biły brawo, kiedy prezes PiS wjeżdżał.

Zapowiadają kolejny protest

Protestujący czekali na przyjazd Kaczyńskiego od ok. godz. 16. Wieczorem było ich kilkunastu. Z powodu mrozu rozeszli się przed wyjazdem prezesa PiS z Wawelu. Demonstranci zapowiedzieli, że również za miesiąc przyjdą pod Wawel, by dać wyraz swojemu niezadowoleniu.

Na bezpieczeństwem czuwała policja, co widać na zdjęciach zrobionych przed fotoreportera Agencji Gazeta. Postawiono też barierki.

GDYBY NIE ŚNIEG, POMALOWALIBY TRAWĘ I PRZYWIEŹLI WIĘCEJ KRZAKÓW. I FANÓW Z TORUNIA.

c2gpqwdxuaahepf

NIE ŚMIEJMY SIĘ, TAK BĘDZIE…

c2grlwnxeaijfeb

– Nie ma takiego idiotyzmu, którego ta ekipa nie wymyśli – oceniał rząd Adam Michnik, redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”. Wieczorem we wtorek 17 stycznia spotkał się z częstochowianami.
 spotkanie-z-adamem-michnikiem

Sala konferencyjna Częstochowskiego Parku Przemysłowo-Technologicznego była nabita po brzegi, bo zainteresowanych zjawiło się więcej, niż przygotowano miejsc – w sumie około 250 osób. Częstochowianie powitali gościa głośnymi brawami.

Jeden z poruszanych tematów – działania rządu PiS.

– Albo jest to perfekcyjne świństwo, albo głupota na poziomie Himalajów, albo coś, co diagnozować powinien psychiatra – mówił Michnik. – Do czego dąży Jarosław Kaczyński? Patrzcie na Putina. Putin, Orban są dla niego wzorami, ale on jest szybszy. To, co oni rozmontowywali w pięć lat, on załatwił w rok.

Poproszony o komentarz do wypowiedzi Antoniego Macierewicza w TV Trwam, że PiS nie działałałoby tak szybko i skutecznie, gdyby nie przyjechało w grudniu na Jasną Górę modlić się przed Cudownym Obrazem, naczelny „Wyborczej” oznajmił: – Macierewicz dość odważnie zapisał Panienkę Przenajświętszą do PiS. Mnie wydaje się aktem heretyckim i bezbożnym mieszanie Jej do rozwalania Trybunału Konstytucyjnego.

PO PROSTU PIĘKNE 🙂

c2geihuxuaelzme

STUDENCI BĘDĄ NAZWANI ZDRAJCAMI I POKAZYWANI PUBLICZNIE TAK JAK PROTESTUJĄCY POD SEJMEM? NA TO WYGLĄDA…

c2hzr8jxuaaoprl

Agnieszka Kublik („Wyborcza”) pisze o psiapsiółkach Beaty Szydło. – Czas złotych chłopców się skończył – orzekła we wrześniu zeszłego roku premier Beata Szydło. I wygląda na to, że słowa dotrzymała. Bo teraz jest czas złotych koleżanek i kolegów szefowej rządu.

wszystkie

Wrzesień 2016 r., premier Szydło wygłasza oświadczenie: „Czas złotych chłopców w spółkach skarbu państwa – tak jak to było za czasów PO i PSL – się skończył. Będą potrzebne zmiany w spółkach skarbu państwa. Wszyscy politycy Prawa i Sprawiedliwości, Zjednoczonej Prawicy, ludzie z nami związani muszą pamiętać, że standardy będą obowiązywały i będziemy bardzo intensywnie dbać o to, żeby granice nie były przekraczane”.

Styczeń 2017 r., „Puls Biznesu” publikuje listę 1000 osób. To „działacze Prawa i Sprawiedliwości, Solidarnej Polski i Polski Razem oraz członkowie ich rodzin i znajomi, którzy za kadencji obecnego rządu objęli stanowiska w spółkach skarbu państwa, agencjach i innych instytucjach państwowych”.

We wtorek dziennikarz „Pulsu Biznesu” zadaje premier Szydło pytanie, czy w tej sytuacji nie było hipokryzją krytykowanie rządów PO i PSL za „kumoterstwo i nepotyzm” w spółkach skarbu państwa.

Szydło, z wyraźnym grymasem niechęci odpowiada: „Spodziewałam się bardziej ambitnego pytania – powiem szczerze, nie sądziłam, że będziemy rozmawiać o koleżankach i kolegach Beaty Szydło. Mam dużo kolegów i koleżanek, więc możemy tutaj porozmawiać sobie dłużej na ten temat. To jest oczywiście żart. Proszę nie sprowadzać dyskusji o zarządzaniu spółkami skarbu państwa do takiego poziomu”.

Potem dodała, że nie żałuje żadnych tych słów krytyki, które były wypowiadane przez Prawo i Sprawiedliwość, polityków Prawa i Sprawiedliwości, również przez nią, wtedy, kiedy rządziła Platforma i PSL. I zapewniła: „Przyjęliśmy model, że majątek państwowy ma być przede wszystkim zarządzany w sposób uczciwy, transparentny i tak się będzie działo. I będziemy konsekwentnie to realizowali”.

Jeżeli ta konsekwencja będzie taka jak do tej pory (czyli silna, jak w przypadku zniszczenia Trybunału Konstytucyjnego czy dewastacji mediów publicznych), to dla wszystkich kolegów i koleżanek szefowej rządu może nie wystarczyć państwowych posad.

a-jesli-2

DO 25-GO STYCZNIA MA CZAS 🙂

c2epqu-wqaitof5

Waldemar Mystkowski pisze o PiS, który idzie na Wschód.

perelowskie

Wiele wskazuje na to, że za procesami politycznymi w Polsce mogą stać Rosjanie. Były wielki brat ze Wschodu używa swoich służb do wewnętrznych porządków w państwach, na które chce mieć wpływ. Polska zawsze leżała na drodze rosyjskich dążeń. Rosja z Polską różnie sobie radziła, najczęściej dobrze.

Coraz bardziej widoczny jest ślad rosyjskiej inspiracji w aferze podsłuchowej, która w istocie wysadziła rząd Platformy Obywatelskiej i PSL z siodła władzy. Od razu były formułowane takie podejrzenia przez ówczesnego premiera Donalda Tuska, nigdy jednak nie zostały ujęte w oskarżenia wprost, bo przeciwnik to nie byle kto, a przede wszystkim wysadzeni na samym początku zostali Bartłomiej Sienkiewicz, szef MSW i Radosław Sikorski, szef MSZ. Zauważmy, oni nigdy już nie powrócili do aktywnej polityki, acz nikt raczej nie wątpi, że byli jednymi z najbardziej zdolnych.

O rozlicznych wątkach rosyjskich w aferze podsłuchowej i jej głównego realizatora Marka Falenty pisze w „Wyborczej” Wojciech Czuchnowski. Oczywiście, materia jest taka, iż rosyjskie ingerencje należy twardo udowodnić, aby formułować oskarżenia i wnioski. Ale z rosyjskimi służbami wygrać, wziąć ich na widelec – raczej polskie służby nie są gotowe podjąć się takiego wyzwania.

Przekonali się o tym najpotężniejsi na świecie. Amerykanie najprawdopodobniej dzięki Rosji mają za prezydenta Donalda Trumpa, który wygrał z Hillary Clinton, mimo że uzyskał mniej 3 mln głosów. To jest majstersztyk. Trump do tej pory jedynie ciepło wypowiadał się o władcy na Kremlu, tam też Jankesom została złożona oferta, aby świat podzielić na strefy wpływów.

Oferta, która brzmi jak druga Jałta. Czy do niej dojdzie? A co stanie na przeszkodzie, gdy Unia Europejska tak osłabnie, iż niewiele będzie mogła? Gdzie spychana jest Polska przez aktualnie rządzących w kraju?

Czyż nie układa się w znajomy wzór geopolityczny, polskie przekleństwo? Beneficjentem afery podsłuchowej jest PiS, który zaprowadza porządki raczej nie wg standardów demokratycznych, ale wschodnich. Opozycja i społeczeństwo obywatelskie są zastraszane.

Resort Mariusza Błaszczaka publikuje zdjęcia protestujących pod Sejmem, jednemu już postawione zostały zarzuty „obalenia władzy”. Polska historia zatoczyła koło, bo znaleźliśmy się w sytuacji lat 80. ubiegłego wieku, gdy ZOMO wyłapywało demonstrujących i dowoziło ich na kolegia.

PRL powrócił w mediach, w formie sprawowanej władzy i poczuciu bezkarności rządzących, a Jarosław Kaczyński zapowiedział utrzymanie się PiS u władzy długo, bardzo długo. W przeciągu roku zdegradowano nam ustrój, znaczenie nasze w Unii Europejskiej jest niemal żadne, z pozycji prymusa zostaliśmy relegowani do oślej ławki. Deja vu.

schetyna-wyborcza

Trzeba bronić się przed agresją państwa. Szef PO w 3×3 zapowiada pomoc ściganym przez policję

gazeta.tv/plej >>>

– To zastraszanie ludzi, by nie chodzili na demonstracje – tak przewodniczący PO Grzegorz Schetyna komentuje publikację zdjęć osób, które w grudniu manifestowały przed Sejmem. – Biuro Interwencji Obywatelskich PO pomoże tym osobom – zapowiada. – PiS-owi wydaje się, że jak wygrał wybory to wszystko może i bierze wszystko – mówi w 3×3 Grzegorz Schetyna.

Za parę lat nie będzie czym rządzić – Andrzej Olechowski w „Temacie dnia”

za-pare

gazeta.tv/plej >>>

Jeśli będzie postępować demontaż demokratycznego państwa prawa, to za parę lat Jarosław Kaczyński nie będzie miał czym rządzić – mówi w ‚Temacie dnia’ Andrzej Olechowski, były minister finansów i spraw zagranicznych. Jego zdaniem, jeśli Unia Europejska miałaby się rozlecieć, to Polska nie będzie krajem demokratycznym. Dlatego, dodaje rozmówca Doroty Wysockiej-Schnepf, tak ważne jest dbanie o trwałość UE.

BĘDZIEMY NIEWIDZIALNĄ POTĘGĄ 🙂

c2egk63xgaajyz4

MIN. WOJNY ZAPOWIEDZIAŁ 3 ŁODZIE PODWODNE. TAK JAK BLACK HAWK I DRONY DO KOŃCA 2016. ALE NIE MA SIĘ CO ŚMIAĆ. PIERWSZA ŁÓDŹ JUŻ W DRODZE.

c2c6itbxgaatodp

>>>

JUŻ DRUGI ROK MACIEREWICZ ROBI WSZYSTKO, ABY ORKIESTRA NIE MOGŁA ZAGRAĆ. WSTYD, WIELKI WSTYD. ARMIA TEŻ JEST UTRZYMYWANA Z NASZYCH PODATKÓW.

c2fx3wbxeaejnck

Adam Michnik na spotkaniu w Łodzi powiedział kilka prawd o polskiej sytuaji i polityce.

gazeta-wyborcza

Duża sala Teatru Nowego im. Kazimierza Dejmka w Łodzi wypełniła się po brzegi. Publiczności nie przyciągnęła tym razem kolejna premiera, ale spotkanie z cyklu „Wyborcza na żywo” współorganizowane z Komitetem Obrony Demokracji. Gościem był Adam Michnik, opozycjonista, intelektualista i publicysta oraz założyciel i naczelny „Gazety Wyborczej”. Rozmawiał z nim doktor Andrzej Kompa, historyk i wykładowca.

Kłamią, żeby nie wyjść z wprawy

Jak Adam Michnik odbiera sposób, w jaki jego wizerunek kreuje m.in. Telewizja Publiczna? – Poczułem się jak na własnym pogrzebie. A to, że jestem złym człowiekiem, wiem od dawna. Czytanie o sobie mnie już nudzi. Gdyby „Gazeta Polska” i media ojca Rydzyka zaczęły mnie chwalić, byłoby sensacją. Ale wolę być niekomplementowany przez te kręgi – żartował naczelny „Wyborczej”.

Zdaniem Michnika są odważni historycy, którzy nie pozwolą na fałszowanie obrazu przeszłości, a Polacy nie są narodem idiotów i obóz rządzący, prędzej czy później, przegra. Barwnie ocenił język tzw. dobrej zmiany: – To bolszewicka propaganda. To wszystko było. PiS nie wymyśla niczego oryginalnego. Jest mało kreatywny. Kłamią, żeby nie wyjść z wprawy. Czego się dotkną, to psują.

– Ale dlaczego Polacy popierają obóz rządzący? – dopytywał prowadzący dyskusję. – Szklanka jest do połowy pełna. Widzę duży opór. Czarny protest doprowadził do tego, że politycy musieli wycofać się z wprowadzenia barbarzyńskiej ustawy antyaborcyjnej. Sympatycy dobrej zmiany to margines. Spójrzmy na środowisko prawników. Wcześniej w historii konformistyczne. Teraz solidarnie są przeciw temu, co dzieje się z Trybunałem Konstytucyjnym.

Państwo putinowskie

A czy można było zapobiec zwycięstwu PiS w 2015 roku? – Zamiast czytać Kartezjusza i pić wódkę, należało jeździć od gminy do gminy i mówić, co się im szykuje.

Prognozy? – Robią państwo putinowskie. Kaczyński jest jak rower. Musi jechać, bo inaczej się wywróci. Nie zatrzyma się. Im dłużej będzie rządzić, Polska będzie stawać się coraz bardziej chorym członkiem Europy. Ale rośnie sprzeciw. Jestem pewien, że nie wygrają wyborów. Zasadniczą rzeczą jest odsunięcie PiS od władzy. Wszystkie partykularne cele liderów opozycji muszą być temu podporządkowane.

Michnik obawia się jednak scenariusza Majdanu. Jego zdaniem Jarosław Kaczyński nie ma zahamowań i zareaguje ostrzej niż Wiktor Janukowycz w pierwszych dniach Rewolucji Godności.

Twierdzi również, że przed Polakami trudny dialog: – Ludzie PiS nie są ludźmi rozmowy. Powtarzają wciąż to samo. Jakby czytali z kartki. Jak można wierzyć w bombę, której nie było? Brzozę i puszki coca-coli.

Jak jednym słowem określiłby sytuację w Polsce? – Nie użyłbym słowa „faszyzm”, choć widzimy jego przejawy, chociażby na przykładzie księdza Międlara. Może jedwabna dyktatura. Albo, idąc za Umberto Eco, pełzający zamach stanu.

Nacjo-katolicyzm

– Ale czy to nie my tworzymy wielkiego Kaczyńskiego? – zastanawiał się Andrzej Kompa. – Nie wydaje mi się. Osiągnął olbrzymi sukces. Jako pierwszy stworzył potężny i karny obóz, zlepek nacjo-katolicyzmu, szowinizmu, prowincjonalizmu i ksenofobii. Wszczepiał latami jad nienawiści, agresji i mściwości. Był wybitnym trucicielem. Prawie co trzeci Polak go popiera. Może zniszczyć sukces ostatnich 25 lat. Ale kiedy patrzę na Ludwika Dorna, widzę, że pisizm jest uleczalny. Przemówił ludzkim głosem, jak zwierzęta w Wigilię – kontrował Michnik.

A sukces 500 plus? Naczelny „Wyborczej” mówił, że dla wielu Polaków to bardzo ważny program, bo ktoś wreszcie ich zauważył. To lekcja którą powinna odrobić demokracja. – Trzeba pomyśleć nad zmianą języka. Teraz potrzebowalibyśmy Jacka Kuronia. Cenię Leszka Balcerowicza, ale trzymał się zasady, że musi się zgadzać rachunek ekonomiczny. Ale społeczny to przecież coś zupełnie innego. Trzeba rozmawiać z elektoratem PiS, bo obawiam się, żeby nie skierował się ku nacjonalistom. Nie mówię, że Kaczyński jest faszystą, ale otwiera im bramy.

Nie zabrakło komentarza do aktywności radykalnej prawicy. – Postępuje rehabilitacja nie tylko nacjonalizmu, ale szowinizmu i rasizmu. To dobrze brzmi, że jesteśmy permanentną ofiarą. Jeśli zwycięży ten dyskurs, Polska sobie sama strzeli w stopę.

Andrzej Kompa pytał też o rolę Kościoła. Adam Michnik: – Kiedy wasz dotychczasowy łódzki biskup, filozof zajmujący się naukowo spotkaniem z Innym, mówi, że źródłem całego zła jest jeden z moich artykułów, to jest niepojęte. Kościół w Polsce znalazł się w największym kryzysie od czasów reformacji. Zamiast Ewangelii mamy Telewizję Trwam i Radio Maryja. Uchowaj nas Boże od takiej pobożności, jak pisał Krasicki.

NIE ZDZIWMY SIĘ, JEŚLI W TYM ROKU RZĄD WYTRANSFERUJE DO TORUNIA KOLEJNYCH KILKADZIESIĄT MILIONÓW.

c2e8cbrxaaa_po9

Jarosław Kaczyński chce pozbyć się Zbigniewa Ziobry, więc nie przyklasnął jego wnioskowi do Trybunału Konstytucyjnego, aby pozbyć się sędziów TK wybranych w 2010 roku

kaczynski

• Trybunał Konstytucyjny decyzji Sejmu nie ocenia – powiedział prezes PiS
• Zdaniem Kaczyńskiego przekraczałoby to kompetencje Trybunału
• W ten sposób odniósł się do wniosku Zbigniewa Ziobro ws. wyboru sędziów

c2f_qdcwgaa-ptw

– No cóż, Prokurator Generalny sam podejmuje decyzje i nie mnie to oceniać. Ja tylko mogę powiedzieć, jako prawnik, że wydaje mi się, że Trybunał tutaj będzie musiał przyjąć stanowisko, które sprowadza się do tego, że nie ma możliwości oceniania decyzji Sejmu. Ta decyzja być może była wadliwa z punktu widzenia formalnego, no ale Trybunał takiej decyzji po prostu nie ocenia. To przekracza jego kompetencje. Osobiście nie sądzę, aby tym sędziom cokolwiek groziło – powiedział Jarosław Kaczyński. Tak skomentował wniosek Prokuratora Generalnego do Trybunału Konstytucyjnego.

Kleofas Wieniawa komentuje posunięcie prezesa PiS.

kaczynski-daje

Kto Zbigniewowi Ziobrze podsunął pomysł, aby skierować wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie zgodności z Konstytucją wyboru trzech sędziów TK w 2010 roku.

Ewidentnie głosowano indywidualnie, acz zapisano to w jednej uchwale. En bloc byłoby, gdyby wszystkie nazwiska za jednym zamachem poddano głosowaniu, a tym samym wszyscy otrzymaliby taką samą ilość głosów.

Były szef Trybunału Konstytucyjnego prof. Andrzej Rzepliński uważa, że Ziobrze wniosek pisał ktoś z pisowskich sędziów TK. Czyli – albo Julia Przyłębska, albo Mariusz Muszyński.

Coś jest na rzeczy. A to znaczyłoby, iż Ziobro grał w ciemno na wygraną.

Dlaczego jednak taki szacher-macher nie podoba się Jarosławowi Kaczyńskiemu, który już podpowiedział Trybunałowi Konstytucyjnemu sentencję wyroku w tej sprawie:

„Ta decyzja być może była wadliwa z punktu widzenia formalnego, no ale Trybunał takiej decyzji po prostu nie ocenia. To przekracza jego kompetencje. Osobiście nie sądzę, aby tym sędziom cokolwiek groziło”.

To znaczy, że Ziobro idzie w odstawkę.

Jak widzimy, Kaczyński decyduje za wszystkich, sam jest chodzącą Konstytucją i chodzącą Mądrością, jak Budda. Zaś wybitny pisarz Józef Hen uważa, że Kaczyński traktuje swoich posłów niczym kapral z wojska. Dlaczego? Bo to maniak.

c2fux3jxeaeet4b

Rzepliński: Mamy kontrrewolucję. Dla mnie to realna Targowica

– Mamy kontrrewolucję, czyli mamy ostry marsz w kierunku samodzierżawia, władzy jednostki. Cofamy się 226 lat, przed Konstytucję 3 maja, która wyraźnie wprowadziła trójpodział władz. Ówcześni twórcy naszej konstytucji napisali, że to ma być władza niezawisła i odrębna. A tego już nie ma. To bolszewizacja struktur państwa w kierunku władzy jednostki, bez odrębnej władzy sądowniczej – mówił Andrzej Rzepliński w rozmowie z Katarzyną Kolendą-Zaleską w „Faktach po faktach” TVN24.

Jak mówił dalej, sędziowie i posłowie są dziś „straszeni kryminałem”. – To dla mnie realna Targowica. To parcie na wschód. Tak jak wtedy, zdrajcy parli na Wschód pod parasol rosyjski.

c2f6asawgaatf1_

Rzepliński: Muszyński wysłał do ETS pismo, w którym informuje, że de facto to on kieruje TK

– Julia Przyłębska nie jest prezesem Trybunału. Jest tą panią, która była najpierw komisarzem politycznym Trybunału, a potem uzurpatorem tej funkcji. Została wybrana niezgodnie z Konstytucją i ustawą, która byłą oczywiście niekonstytucyjna, bo w przypadku wakatu na urzędzie prezesa Trybunału automatycznie – to wynika wprost z Konstytucji – ten urząd pełni wiceprezes Trybunału. Ta pani, ten pan, którego ona uczyniła faktycznym prezesem TK, dzisiaj się dowiedziałem z sekretariatu Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, że wysłał pismo do prezesa ETS, że na mocy decyzji tej pani, on jest urzędującym, sprawującym funkcje. Tak, ten pan sędzia Muszyński – mówił dalej Rzepliński w rozmowie z Kolendą-Zaleską.

c2etrhhxuaqqs_j

Jak długo władza będzie się zasłaniała groteskową wiarą na pokaz?

c2eim7xxcaevoog

Waldemar Mystkowski pisze gorzko o opozycji w kontekście wizyty Angeli Merkel w Warszawie.

Kaczyński otwiera ramiona dla Merkel na Nowogrodzkiej

c15zwpcwgaau4zt

Zapowiadanych jest kilka ważnych wizyt polityków niemieckich w Warszawie.  Franka-Waltera Steinmeiera, który w lutym zostanie nowym prezydentem Niemiec, Martina Schulza, szczerze przez rząd pisowski znienawidzonego szefa Parlamentu Europejskiego, który wskoczy na fotel szefa dyplomacji u naszych sąsiadów zza Odry, ale przede wszystkim z utęsknieniem wypatrywana jest nad Wisłą kanclerz Niemiec Angela Merkel.

Merkel, która staje na czele liberalnego Zachodu, bo świat patrzy z przerażeniem na Donalda Trumpa, nowy prezydent USA może wyprzedać wartości zachodnie za garść rubli, bądź juanów. Trump to zagrożenie dla demokracji wielokroć większe, niż Jarosław Kaczyński. Zachód się pociesza, że USA ma tak silnie zakorzenione standardy demokratyczne, że jeden Trump niczego złego nie wieści. Ale tak mówiono przed I wojną światową, a także II światową.

Demokracja USA dostawała politycznej katatonii, separowała się od świata, dopiero zagrożenie budziło Jankesów z wsobnego letargu. Zachód jakoby dzisiaj miał odchodzić od liberalnej demokracji, miałby to wyczuć Trump, a wcześniej „geniusz” z Nowogrodzkiej.

Cywilizacja zachodnia wielokroć odchodziła od swych standardów, ale szybko do nich wracała, bo niczego lepszego nie zna niż własna kultura, kapitalizm i demokracja. To Zachód jest rozsadnikiem wartości i tak pozostanie po obecnym kryzysie, acz wielu wyniesionych na szczyty władzy lokalnych despotów dopuści się demolek na substancjach własnego narodu. Tak może być w USA, w innych krajach europejskich, bo wchodzimy w okres procedur wyborów demokratycznych. Demolki od roku doświadczamy w Polsce, trochę nam wobec niej te nieposłuszeństwo obywatelskie opatrzyło się, wyhodowaliśmy kilka aferek własnych, zaczęliśmy kręcić się wokól własnego ogona buntu, a Kaczyński robi swoje.

Kaczyński też oswoił ruiny, a w zasadzie uczynił je elementem pejzażu władzy. Trybunał Konstytucyjny jest dla niego zbędny, bo prawo i tak powstaje wg jego woli, widzimisię, zdaje się, że Parlament też przechodzi z jednej sfery reprezentowania społeczeństwa do decorum fasady. Opozycja ostatnio podskakiwała sobie w proteście na sali sejmowej, zmęczyła się i rozeszła, a partia Kaczyńskiego zaklepała felerną ustawę budżetową poprzez Senat i długopis Andrzeja Dudy. I zobaczcie! – żadnym większym echem nie odbiło się to w agencjach ratingowych, które nie obniżyły prognóz dla naszych papierów dłużnych.

Kaczystowski autokratyzm jest przyswajany przez elity nad Wisłą, Wartą i Odrą, a za tą ostatnią rzeką graniczną traktowany, jako wybór Polaków. Niechciany wybór, ale nad Sprewą nie wtrącają się w wewnętrzne sprawy Polski, tym bardziej, że materia demokratyczna jest w tej chwili szczególnie krucha niemal wszędzie, a Merkel zaczyna być powszechnie uważana za globalną przywódczynię liberalnej demokracji.

Kanclerz Merkel przyjeżdża do Warszawy 7 lutego. Niewątpliwie PiS zechce to w swoim stylu spożytkować, na użytek wewnętrzy, jako sukces i „powstanie z kolan”, a także legitymizowanie na Zachodzie niecodziennej władzy, która objawia się tym, że poseł Kaczyński jest władcą nad prezydentem RP i premierem rządu polskiego.

Świat się zbytnio nie oglada na sytuację w Polsce, wykonał kilka gestów nagannnych w stosunku do PiS, ale od naprawy Rzeczpospolitej są Polacy, a nie nawet najbardziej życzliwe nam zachodnie rządy, międzynarodowe instytucje. A tymczasem Kaczynski „konsumuje” swoją władzę w kraju. Śmiejemy sie z polskiej dyplomacji i słusznie, której ostatni „sukces” – nawiązanie stosunków dyplomatycznych z San Escobar – obiegł świat rechotem. ale mimo kabaretu życie dalej się toczy.

Waszczykowski i jego ludzie, w tym ambsador w Niemczech Andrzej Przyłębski (tak, tak, mąż Przyłębskiej) zabiegają o to, że wizytująca w Warszawie kanclerz Niemiec Merkel rozmawiała nie tylko z prezydentem i premier, ale przede wszystkim, aby ucięłą sobie rozmowę z ich zwierzchnikiem posłem Kaczyńskim. I to na Nowogrodzkiej.

Można sobie wyobrazić, gdy to tego dojdzie, bo tak może się stać, jakie będzie walenie w tamtamy w mediach pisowskich. Trąby jerychońskie przy zawodzeniu propagandystów od Jacka Kurskiego, to będą ledwie jakieś dziecięce piszczałki.

Jeszcze niedawno można było mieć nadzieję, że kanclerz Merkel dla równowagi w naturze demokratycznej porozmawia z Grzegorzem Schetyną, może z Ryszardem Petru, a jeszcze pół roku temu stawiałbym na dialog z Mateuszem Kijowskim. Ale w ostatnim czasie tak się porobiło, że – nazwę to eufemistycznie – pogmatwało. Kto jest winien takiej sytuacji, by nie nazwać degradacji? My, my sami taki sobie gotujemy los, a Kaczyński – ćóż – jeżeli na to mu się pozwala, to on „uczynnie” z tych darów korzysta.

Zachód oswaja się z polską demokraturą, bo opozycja i społeczeństwo obywatelskie na to pozwalają, a to Maderami Petru, fakturkami Kijowskiego, Schetyna ostatnio niczego nie wymodził, ale kończąc pisanie powyższego wcale nie jestem pewien, czy nie „zawiedzie”.

c2f7x6_weaensrj

ŻADEN PiSIOR NIE ZROBIŁ WIĘCEJ DLA POLAKÓW NIŻ TEN JEDEN CZŁOWIEK. SZACUNEK WIELKI DLA JURKA!

c2gahreweaeozd3

grudzien13

Nie tylko Adam Szostkiewicz boi się o Polskę.

adam-szostkiewicz

W rocznicę stanu wojennego ma się odbyć uliczny protest „Stop dewastacji Polski!”. Dewastacji przez obecną pisowską władzę. Organizatorzy napisali, by wypowiedzieć władzy posłuszeństwo.

Z takim apelem wystąpili między innymi do policjantów i wojskowych. Mieli na myśli policjantów i wojskowych jako obywateli. Mimo to propaganda pisowska ruszyła do ataku na KOD, że podżega do działań wywrotowych.

Czy 13 grudnia dojdzie do państwowej przemocy? Byłaby to polityczna katastrofa dla obu stron konfliktu: pisowskiej władzy i demokratycznej opozycji. Mam nadzieję, że obie strony zdają sobie z tego sprawę. I że nikt nie sprowokuje przemocy.

35 lat temu niedemokratyczna władza użyła przemocy przeciwko społeczeństwu obywatelskiemu zorganizowanemu w legalnej „Solidarności”. Odwlekło to jej upadek o kilka lat, ale początkiem agonii systemu było właśnie użycie siły przeciwko własnym obywatelom.

Obywatelskie nieposłuszeństwo jest działaniem zgodnym z demokracją, przemoc, nawet w czystej sprawie, nie jest. Może być tylko samoobroną. Obywatelskie nieposłuszeństwo działa, gdy przemocy się wyrzeka. Gdy na argument siły odpowiada siłą swych argumentów przeciwko władzy. To jest ta „siła bezsilnych”, która obaliła bez użycia przemocy komunizm i kolonialne rządy w Indiach.

jerzy-stuhr

Prof. Wojciech Sadurski, prawnik, pisze w „GW”, że władza, która łamie konstytucję, traci prawo do oczekiwania posłuszeństwa obywateli.

Profesor podaje, na czym konkretnie ma polegać wypowiedzenie posłuszeństwa pisowskiej władzy:
– sędziowie i prawnicy powinni odmówić stosowania ustaw niezgodnych z konstytucją
– ruchy obywatelskie powinny zignorować zmiany w ustawie o zgromadzeniach narzucone przez pisowską większość
– opozycja parlamentarna w proteście przeciwko złemu prawu powinna co jakiś czas bojkotować obrady, aby w świat poszedł obraz pustego w połowie Sejmu jako „komunikat o stanie polskiej demokracji”.

Nic ująć, Panie Profesorze. A dodać? Tu każdy, kto się zgadza z Sadurskim, niech ruszy głową. Ja dodałbym bierne (nie korzystam) i czynne (nie chodzę) unikanie wszelkich mediów kontrolowanych przez PiS.

wideo-wyborcza

Adam Michnik wyjaśnia sens 13 grudnia. Słuchajcie mądrego człowieka, bo niewielu takich zostało: wyborcza.pl >>>>>

Na Koduj24.pl zastanawiają się.

ta

Czy Jarosław Kaczyński może być szantażowany przez obce państwo ujawnieniem tej rozmowy?

Wiele kontrowersji i domysłów wzbudza cały czas ostatnia rozmowa braci Kaczyńskich przeprowadzona przez telefon satelitarny z pokładu Tu-154. O jej przebieg i ustalenia, które w niej prawdopodobnie padły, pytają, oczywiście, tylko niewierzący w religię smoleńską. Jej wyznawcy z kolei nawet się na ten temat nie zająkną – przecież sam ich guru zeznał w prokuraturze, że była to rozmowa dotycząca wyłącznie zdrowia Jadwigi Kaczyńskiej, taka po prostu „rutynowa” i nie poruszano w niej żadnego innego tematu.

Czyżby? Przypomnijmy w związku z tym kilka faktów, zaczynając od chronologii zdarzeń. Otóż informacje o silnej mgle w Smoleńsku i widoczności nie przekraczającej 400 metrów docierają do pilota prezydenckiego samolotu o 8.14. W tym momencie w jego kokpicie, gdzie przebywała co najmniej jedna nieuprawniona osoba, zaczynają się rozmowy na temat dalszego możliwego scenariusza lotu i prawdopodobnym lądowaniu na lotnisku zapasowym – w Witebsku (z którego jest najbliżej do Smoleńska – 130 lub 180 km w zależności od wyboru drogi) lub też do Moskwy (400 do 500 km od punktu docelowego). W grę wchodził ewentualnie również Mińsk (330 do 400 km). W chwilę po otrzymaniu tej informacji przez załogę (przed godziną 8.20) Lech Kaczyński dzwoni do brata z telefonu satelitarnego, co na pewno nie jest zbiegiem okoliczności. Czy w takiej sytuacji jest w ogóle do pomyślenia, że nie informuje go o zaistniałym problemie?

szkoda

Bo sytuacja zaczyna wyglądać fatalnie – lądowanie na zapasowym lotnisku to strata wielu godzin i bardzo poważne opóźnienie w dotarciu delegacji do Katynia, co wywoła potężny chaos organizacyjny, o ile w ogóle nie całkowite fiasko przedsięwzięcia. Trzeba sformować kolumnę prezydencką, pożyczając od Rosjan lub Białorusinów odpowiednie samochody, które przecież nie stoją na lotnisku, zapewnić środki bezpieczeństwa dla jej przejazdu, ustalić trasę i wiele innych szczegółów. Tego nie da się zrobić ad hoc, wszystko musi trwać, dodatkowo jeszcze, w przypadku lądowania na Białorusi przekroczenie granicy i przejazd trzeba by negocjować ze stroną rosyjską.

W tym momencie sypie się całkowicie plan wizyty, która miała być „mocnym uderzeniem” i w sposób oczywisty otwierać kampanię wyborczą Lecha Kaczyńskiego – bo nie ma żadnych wątpliwości, że taki był jej cel. Chciał on sobie poprawić w ten sposób bardzo marne sondaże przedwyborcze (najlepsze z nich dawały mu niewiele ponad 10 procent poparcia), stawiając w swoim programie wyborczym na martyrologię i swoiście pojęty patriotyzm.

Poprzednio był on w Katyniu tylko jeden raz – 17 września 2007 roku, kilka tygodni przed przyspieszonymi wyborami parlamentarnymi w 2007 roku. Czy to nie „dziwny” zbieg okoliczności? Przykre to, kiedy najważniejsza osoba w kraju przypomina sobie o tragedii polskich oficerów tylko po to, żeby użyć jej do bieżących rozgrywek politycznych. Tłem prezydenta miała być liczna świta, którą zabrał na pokład samolotu, a wydarzenie, relacjonowane przez wielu dziennikarzy, zwłaszcza telewizyjnych, miało przyćmić nieco wcześniejszą wizytę premiera Tuska.

Wszyscy pamiętamy pierwsze słowa Lecha Kaczyńskiego po wygranych wyborach, skierowane do Jarosława: „Panie prezesie, melduję wykonanie zadania”. Pomijając fakt, że taki czołobitny hołd kompromituje kompletnie prezydenta, daje on jednocześnie jasny przekaz, kto tu jest szefem, a kto podwładnym. W telewizji mogliśmy wielokrotnie oglądać obrazki, jak będąc na jakiejś międzynarodowej konferencji czy negocjacjach, mówiąc kolokwialnie, „wisi na telefonie”, konsultując się z bratem, a raczej chyba odbierając od niego instrukcje, co wywoływało kpiące i złośliwe komentarze. I teraz mamy uwierzyć, że w takiej dramatycznej niemal sytuacji prezydent dzwoni do brata i rozmawia z nim tylko i wyłącznie o zdrowiu mamy, chociaż przez lata informował go o wszystkim i potulnie wykonywał polecenia? To jest po prostu bajeczka, której nie kupi nikt mający elementarną wiedzę.

Z doniesień prasowych wynikało zresztą, że tego dnia rano Lech Kaczyński rozmawiał z lekarzem, który opiekował się jego mamą i usłyszał dobre wiadomości. Gdyby nawet ta informacja była nieprawdziwa, to skoro Jarosław był w przeddzień w szpitalu i miał jakieś nowiny, to natychmiast poinformowałby o tym brata. Jego zeznanie w prokuraturze na temat tej rozmowy po prostu zupełnie nie trzyma się kupy. Dokładnej jej treści nie znamy – ale efektem był dalszy lot do Smoleńska, prezydent nie zmienił celu podróży. Zresztą w kontekście odmowy przez kapitana Protasiuka lądowania na lotnisku w Tbilisi, które było w strefie walk, Jarosław wygłosił później taką oto „złotą myśl”: „Każdy, kto będzie próbował zmienić miejsce lądowania prezydenckiego samolotu zostanie oskarżony o utrudnianie prezydentowi RP sprawowania władzy.” I pewnie do czasu ostatniej rozmowy z bratem zdania nie zmienił.

W książce „Smoleńsk. Zapis śmierci” jej autorzy, Marcin Dzierżanowski i Michał Krzymowski, twierdzą, że bracia Kaczyńscy spierali się o wizytę w Katyniu.
Ówcześni spin-doktorzy prezydenta, Adam Bielan i Michał Kamiński, odradzali mu wyjazd do Katynia, „bo zostanie skrytykowany przez media, że pcha się tam trzy dni po premierze (Tusku)”. Prezes PiS naciskał z kolei na brata, żeby katyńska impreza była jak najbardziej „godna”, bo cała kampania wyborcza Lecha Kaczyńskiego miała się opierać właśnie na motywie pamięci o ofiarach, co miało go kreować na obrońcę i krzewiciela patriotyzmu. I co w takim razie, prezentując takie poglądy, mógł on poradzić bratu w rozmowie telefonicznej w sprawie wyboru miejsca lądowania?

wy-ktorzy

Jarosław Kaczyński jest zresztą skrajnie niewiarygodny. Jak mało który polityk permanentnie kłamie, insynuuje, obrzuca ludzi błotem. Wyliczenie wszystkich łgarstw prezesa wymagałoby prawdopodobnie wydania książki, wspomnimy tu więc tylko o kilku, żeby przybliżyć jego mentalność. „Samoobrona jest tworem byłych oficerów służb bezpieczeństwa. Mój brat, który był ministrem stanu do spraw bezpieczeństwa, dostał raport, z którego wynikało, że grupa byłych oficerów SB założyła Związek Zawodowy ‚Samoobrona’. To formacja używana do osłony tyłów tego całego układu i ochrony tego nieporządku, który jest w kraju, i jednocześnie korzystająca z tego nieporządku. To są ludzie, którzy nabrali kredytów i chcą żyć jak przedsiębiorcy, a mają kwalifikacje do kopania rowów. Cieszę się, że będę na pierwszej linii walki z Samoobroną. Uważam, że mam dowody na potwierdzenie moich słów i w odpowiednim momencie je przedstawię” (z wywiadu udzielonego w czerwcu 2003r.). Dla przypomnienia: potem wszedł natychmiast w koalicję z tą partią, a jej przewodniczącego uczynił wicepremierem…

Przed wyborami 2005 roku twierdził: „Jeżeli brat zostanie prezydentem, ja nie będę premierem”. Jarosław jest zresztą w kłamstwach elastyczny i ma je gotowe na każdą okazję: gdy niejaka Cugier-Kotka, osoba, która wystąpiła w spocie reklamowym PiS-u została rzekomo pobita, natychmiast oświadczył, obarczając o to domniemane przestępstwo oczywiście PO: „Nie wiem, czy to było zlecenie czy wystąpienie pewnej części elektoratu PO, ale było to wydarzenie niebywałe i skandaliczne”. Bohaterka wyjawiła później, że sprawa rzekomego pobicia jej przez bojówki Platformy Obywatelskiej, to pomysł Jacka Kurskiego. – „Okoliczności związane z incydentem pobicia były chyba najlepiej wyreżyserowanym aktem przez Jacka Kurskiego w stylu Big Brothera” – powiedziała w wywiadzie prasowym.

Innym razem, po śmierci jakiejś osoby na drugim końcu Polski, były premier oświadczył, iż był to „obrońca krzyża”, który został w Warszawie przy modlitwie przy nim brutalnie pobity przez bojówki (w domyśle PO) i zmarł na skutek obrażeń. Nieważne, że było to półtora roku później po tym „pobiciu”, a denat był ciężko chory na jakąś nieuleczalną chorobę i nawet nie wiadomo, czy był w ogóle w Warszawie.

Jarosław ma już swojego rodzaju „renomę” kłamcy na skalę międzynarodową. Opiniotwórczy „Washington Post” napisał o nim, że jest „rywalem Donalda Trumpa w używaniu kłamstw w celu wytworzenia w społeczeństwie obawy przed muzułmanami”.

Nie będziemy już więcej zajmować się szambem kłamstw i pomówień, w jakim tapla się pan Kaczyński, wróćmy do konsekwencji, które mogą wynikać z owej rozmowy. Otóż, po pierwsze, została ona przechwycona i zarejestrowana przez wywiady co najmniej kilku państw, to nie ulega żadnej wątpliwości. Łączność satelitarna jest możliwa dzięki amerykańskiemu systemowi Irydium, który składa się z 66 satelitów krążących po orbicie okołoziemskiej. Wszystkie przekazy elektroniczne, w tym oczywiście rozmowy telefoniczne, transmitowane przez system są zapisywane i archiwizowane przez NSA (amerykańską agencję bezpieczeństwa). Oprócz tego rozmowa została najprawdopodobniej niezależnie od tego zarejestrowana przez globalny system szpiegowski Echelon, który gromadzi i analizuje transmisje fal elektromagnetycznych wysyłanych przez urządzenia elektroniczne z całego świata – telekomunikacyjne, IT, faksy, e-maile, transfery plików, rozmowy telefoniczne, komputery, radary, satelity rozpoznawcze i telekomunikacyjne. O systemie zrobiło się głośno w roku 2000, kiedy na forum Parlamentu Europejskiego opublikowano wielki raport, z którego wynikało, że USA wykorzystują Echelon m.in. do szpiegowania firm europejskich. O tym, że system ten zarejestrował rozmowę Kaczyńskich, powiedział wprost mediom Duncan Campbell, specjalista od szpiegostwa elektronicznego, autor wyżej wspomnianego raportu. Miał to być przykład, że pomimo poprzedniej afery Amerykanie nadal zbierają dane wywiadowcze także na temat swoich sojuszników.

Bracia zostali również na pewno podsłuchani i nagrani przez wywiad Rosji i Białorusi, prawdopodobnie rozmowa została także przechwycona przez nasłuch elektroniczny NATO. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że nie była ona szyfrowana (Jarosław Kaczyński rozmawiał przez zwykłą komórkę), stanowiła naprawdę łakomy kąsek dla wszystkich wścibskich – okazja do tak łatwego podsłuchania prezydenta dużego państwa europejskiego zdarza się nader rzadko. Polska prokuratura zwróciła się rutynowo do kilku państw o „pomoc prawną” w sprawie katastrofy – zapewne miała ona dotyczyć również, a może głównie, posiadanych przez te kraje nagrań rozmów miedzy samolotem a ziemią… Oczywiście, efektu nie było żadnego, bo chociaż wszyscy szpiegują wszystkich gdzie i jak się tylko da, to przecież nikt nie przyzna się do tego oficjalnie. Minimalną szansą na uzyskanie takiego nagrania byłoby przekonanie USA przez władze polskie, że na samolot dokonano zamachu terrorystycznego, czyli – paradoksalnie – wpisanie się w obłąkaną retorykę Macierewicza.

unikalne

W tej sprawie istnieje jeszcze jeden ciekawy wątek – otóż wbrew oficjalnym zapewnieniom istnieje pewna doza prawdopodobieństwa, że ta rozmowa jest jednak znana niektórym polskim politykom wyższego szczebla związanym z poprzednim rządem. Lech Wałęsa podczas czatu z internautami w czerwcu 2016 roku mówił na przykład: – „Te taśmy są, jestem przekonany. Jeśli zostaną ujawnione, to panie Jarosławie – źle pan będzie wyglądał. Ja wiem, że nie rozmawiał pan o kotkach i o babci, ale: „Muszą lądować!”, „Daj im polecenie!”, „Wyślij generałów!”, tak wyglądały te rozmowy. Każdy się dowie, kto jest sprawcą nieszczęścia Polski!” – przekonywał. – „Gdyby ujawniono taśmy, jak to wyglądało naprawdę, jak wyglądała rozmowa między braćmi, to mielibyśmy obraz właściwy” – mówił. – „Doszlibyśmy do wniosku, że była to nieodpowiedzialność, brawura, że chciano rozpocząć kampanię wyborczą z przytupem w Katyniu. To spowodowało to nieszczęście. (…) Ja wiem, że sumienie gryzie – to szuka się, by chociaż trochę się usprawiedliwić. To była nieodpowiedzialność! Tam nikt tych ludzi nie zapraszał, to było wpychanie się! I zapłaciliśmy cenę, jaką zapłaciliśmy. Niektórzy nie wytrzymują prawdy i próbują podzielić się tym nieszczęściem z innymi”– dodał były prezydent. Kilka razy wcześniej Lech Wałęsa wypowiadał się na ten temat jeszcze dosadniej, chwilami wyglądało to wręcz na cytaty z rozmowy… Z kolei podsłuchiwany i nagrany w restauracji Roman Giertych podczas kolacji w pewnym momencie, jak się zdaje, parodiuje tę rozmowę i to o dziwo, w niemal identycznych słowach jak były prezydent. Czy była to rzeczywiście tylko parodia, czy eks-wicepremier relacjonuje ją po prostu swoimi słowami? W podobnym tonie, ale w sposób bardziej oględny i wyważony wypowiedziało się również kilku innych polityków. Czy to tylko ich domysły, czy wiedza na ten temat?

Zastanawia też histeryczna reakcja obozu pisowskiego sprzed kilku lat na pogłoski, jakoby ktoś miał gdzieś wkrótce tę rozmowę opublikować. Natychmiast pojawiły się agresywne teksty w stosunku do jeszcze nieznanych sprawców in spe tego czynu, ale najważniejszym motywem przewodnim ich wszystkich było to, że rozmowa jest absolutnie sfałszowana, spreparowana i jest to grubymi nićmi szyta prowokacja. Skąd ta panika i założenie z góry, że będzie to fałsz i montaż? Czyżby pełen strachu obóz Kaczyńskiego też wiedział co nieco, jak to wyglądało naprawdę i przeprowadził „atak wyprzedzający”? Dużo tu niestety niewiadomych, ale pewne poszlaki są jednak mocne.

13grudnia

Ktoś w tym momencie może zapytać – no dobrze, skoro mają takie taśmy, dlaczego ich nie upubliczniają? Kaczyński po ich ujawnieniu byłby politycznym trupem, PiS zniknąłby „na amen” i problem byłby raz na zawsze rozwiązany. Otóż sprawa nie jest taka prosta. Ujawnienie tej rozmowy byłoby niewyobrażalnie kompromitujące nie tylko dla postaci Lecha Kaczyńskiego, ale uderzałoby przede wszystkim jeszcze mocniej w urząd prezydenta RP, a co za tym idzie – w autorytet państwa, wystawiając go na pośmiewisko i podrywając zaufanie do wszelkich jego struktur i organów władzy. Szkody wizerunkowe, za którymi pewnie poszłyby wymierne, olbrzymie straty materialne (strach przed inwestowaniem w takim słabym państwie, wycofywanie kapitału itp.) byłyby dla Polski katastrofalne. Jeśli chodzi z kolei o sytuację wewnętrzną – natychmiast podniosłyby się liczne głosy, że trzeba wiadomy sarkofag usunąć jak najszybciej z Wawelu, co byłoby wydarzeniem bez precedensu w historii Polski. W jego obronie stanęliby z kolei od razu wyznawcy religii smoleńskiej, mogłoby dojść do manifestacji i kontrmanifestacji, starć, a w konsekwencji nawet do zamieszek i aktów przemocy na dużą skalę, co doprowadziłoby do jeszcze większych podziałów między Polakami i wybuchów niekontrolowanej nienawiści, żądzy odwetu, a może i jakichś samosądów. Dlatego – jeśli zapis rozmowy nawet jest w Polsce, to nie zostanie ujawniony przez najbliższych kilkanaście lat, chyba że nastąpi jakiś „wyciek” celowy albo zupełnie niekontrolowany.

Na koniec jeszcze jedna, bardzo drażliwa, ale niesłychanie ważna sprawa. Trzeba postawić w tej sytuacji zdecydowane pytanie: czy Jarosław Kaczyński może być szantażowany przez obce państwo ujawnieniem tej rozmowy? Odrzucam tu wszelką poprawność polityczną, strach przed gniewem prezesa i jakiekolwiek inne względy, bo sprawa jest śmiertelnie poważna. Zastanawiam się, dlaczego dotąd nikt tego pytania nie postawił, a może nie dosłyszałem, bo je tylko wyszeptał w obawie przed zmasowanym atakiem pałkarzy pióra szczutych przez Kaczyńskiego? Nikt nie pytał, bo się bał, że pisowscy „historycy” natychmiast znajdą mu dziadka w Wehrmachcie, babcię w KPP, wujka w SB, czy chociaż szwagra w MO?

tomasz-lis

Groźba upublicznienia takiej rozmowy byłaby idealnym narzędziem szantażu – prezes wie, że z powodów opisanych powyżej nie zrobią tego źródła polskie i niebezpieczeństwo czyhałoby w tym układzie tylko z jednej strony. Ale gdy będzie posłuszny… może sprawa nigdy nie wyjdzie na jaw. To są tylko rozważania najgorszego wariantu – mam nadzieję, że prezes PiS nie jest szantażowany, chociaż całkowicie, niestety, nie można tego wykluczyć, i nie chodzi na pasku wrogiego mocarstwa, a to, że niszczy Polskę wynika jedynie ze stanu jego psychiki i dążenia do dyktatury oraz żądzy odwetu za urojone krzywdy i śmierć brata, za którą, żeby stłamsić wyrzuty sumienia obwinia innych, insynuując że brali udział w „niesłychanej zbrodni”. Dodatkowo musi być mocno zestresowany, że sprawa może w każdej chwili wypłynąć z najbardziej nieoczekiwanej strony.

nikt

Gdyby nieprzychylne Polsce państwo chciało jednak skompromitować prezesa, licząc np. na wywołanie chaosu w naszym kraju, to przecież zapis rozmowy nie ukaże się w żadnej gazecie, agencji prasowej czy telewizji zbliżonej do jego rządu, bo łatwo by było powiedzieć, że to centralnie sterowana antypolska propaganda. Jest wiele innych sposobów – można do tego użyć „pożytecznego idioty” w rodzaju Snowdena, „zaprzyjaźnionego” dziennikarza z gazety w innym państwie, wreszcie – internetu. Możliwości jest wiele i źródła „przecieku” nie będzie można ustalić.

leszek-cichon

Waldemar Mystkowski pisze o „nieśmiertelnym” Szwejku Macierewiczu.

macierewicz-ma

Wojskowi mają problem ze „swoim” ministrem obrony narodowej Antonim Macierewiczem. Wyobrażam sobie, jakie myśli kotłują się w ich głowach, gdy widzą tego specyficznego polityka, jak ubiera się w moro i stara się być „ziomalem”, albo podnosi nogi do kroku defiladowego, idzie wzdłuż szeregu żołnierzy z miną tak podniosłą, iż może kiedyś się doczekać zbiorowego wybuchu rechotu. Żołnierskiego sitcomu.

Wojsko jest apolityczne, ale poszczególni żołnierze mają poglądy. Oprócz tego spoczywają na nich uciążliwe imponderabilia, zwłaszcza przy obecnie rządzących, którzy z ważnych słów – honor, ojczyzna, godność, etc. – usunęli treści, uczynili je wydrążonymi. Puści ludzie nadużywają słów, myśląc, że dodadzą sobie treści.
Puści ludzie otaczają się podobnymi sobie. Dochodzi więc do takich sytuacji, jak z Bartłomiejem Misiewiczem, który sam w sobie jest pocieszną postacią z ludowych kawałów, jakie serwuje się w remizie w jakimś Zapiecku. Sam minister w tej miejscowości utrwalonej w filmie dla młodzieży „O dwóch takich, co ukradli Księżyc” mógłby odtwarzać rolę dowódcy ochotniczej straży pożarnej z jedną motopompą na stanie. A Misiewicz dostał złoty medal zasługi nie wiadomo, za co.

Macierewicza na razie krytykują wojskowi, którzy są na emeryturze bądź są weteranami. Głośna była riposta płk Adama Mazguły na wieść, iż Macierewicz dostał od jakiejś pisowskiej przybudówki tytuł Patrioty Roku. Mazguła na Twitterze zapytał: „A jakiego państwa?”

nie

Do Mazguły dobrali się lokaje dziennikarstwa z telewizji narodowej i wszelkich pisowskich mediów i jakby tymczasowo tego dzielnego wojaka wyeliminowali. Taka jest siła narodowej szujni. Macierewicz jest prześmieszny i nie wiem, jak by się starał, nigdy nie zyska powagi, jaką zyskują ludzie rozumni. Ale to nie znaczy, że postaci z kabaretu z remizy nie mogą być groźne. Bodaj niedługo się przekonamy, jaką rzeczywiście rolę ma dostać Wojskowa Obrona Terytorialna, która prawdopodobnie jest szykowana na pisowskiego „wroga” wewnętrznego, czyli na społeczeństwo obywatelskie.

Wojskowi nie wytrzymują, widząc takiego Macierewicza. Bo musi się kotłować wśród tych ludzi, którzy winni być karni, zdyscyplinowani i działający na rozkazy. Po Mazgule pałeczkę krytycznego nieposłuszeństwa, a nawet więcej, przejął komandos i weteran elitarnej jednostki GROM pułkownik Krzysztof Przepiórka, który wali z grubej rury: – „Minister Antoni Macierewicz organizuje swoje igrzyska nienawiści. Upokarza kolejne grupy oficerów. Łamie kręgosłupy, a jego publiczne wypowiedzi, to jak cios z plaskacza w twarz. Nie wiem jak generałowie mogą to jeszcze znosić. Gdyby cenili swoją godność, powinni zasalutować i powiedzieć „no to czołem” – mówi.

Macierewicz sam w sobie jest upokorzeniem. Nie chodzi tylko o to, jak traktuje żołnierzy, ale co reprezentuje, jak się obnosi i co się kryje kompromitującego w jego układach towarzysko-biznesowych. To ostatnie ciągle jest do odkrycia, pilnie docieka pisarz Tomasz Piątek, który już został postraszony sądem przez wspomnianego pociesznego Misiewicza.

Płk Przepiórka na swoim przykładzie podaje, jak poniża się godność jego i odbiera prawa nabyte do emerytury poprzez tzw. ustawę dezubekizacyjną. Przepiórka zaczynał w PRL-owskich Czerwonych Beretach, a po 1989 roku był jednym z pierwszych sześciu żołnierzy zwerbowanych przez gen. Sławomira Petelickiego do najsłynniejszej jednostki wojskowej GROM. Brał udział w misji wojskowej na Haiti, w akcjach bojowych podczas I wojny w Iraku i w arcytrudnej misji w 1996 roku na Bałkanach.

Życiorys filmowy, a teraz Błaszczaki i Macierewicze chcą mu odebrać to, na co pracował z narażeniem życia. Nie tylko ci dwa ostatni międlą na okrągło ozorem o Bogu, honorze, ojczyźnie, które w ich ustach są wyprane z wszelkiej treści, sfilcowane i niestrawne. O losie i zasługach poważnych ludzi decydują takie kabaretowe postaci, które mają problemy ze sformułowaniem własnej myśli.

Pułkownik pyta generałów: „Jakim cudem generałowie wytrzymują?” W ciągu roku Macierewicz „rozbroił” Wojsko Polskie z 26 generałów i 254 pułkowników, którzy na znak cichego protestu złożyli dymisje. Można powiedzieć, że Macierewicz przyczynił się do katastrofy dowódców w wojsku o sile trzech katastrof smoleńskich. Taki to Macierewicz minister, nie potrzeba żadnego wroga, żadnych Żukowów czy Guderianów, polski minister obrony rozbraja Wojsko Polskie. Hybrydowy minister.

obywatelki

Z NOWYCH PODRĘCZNIKÓW DO HISTORII.
TEGO BĘDĄ SIĘ UCZYŁY NASZE DZIECI?

kaczynski-gmach

Popieram.

strajk-popieram

Praca Dudy.

cwpjumyxyaaqogu

Coraz trudniej PiS-owi ukryć, że wyprowadza Polskę z Unii Europejskiej. Katarzyna Kolenda Zaleska analizuje słowa Szydło.

nieformalne

UE – klub pogrążony w degrengoladzie? Tak uważa premier Szydło. Nie sposób nie dostrzec triumfującej nuty satysfakcji w tym opisie, co jest smutne, przerażające i dla Polski groźne.

Tak, wiem, PiS nie chce wyprowadzić Polski z Unii Europejskiej, żadnego Polexitu nie będzie, zresztą, jak wynika z sondaży, nie miałby żadnych szans powodzenia. 85 proc. Polaków opowiedziałoby się za pozostaniem w UE.

Formalnie więc w Unii zostajemy. Ale PiS powoli wyprowadza nas z niej nieformalnie. Od 2004 r. nie było rządu, który by tak otwarcie boksował się z unijnymi instytucjami, podważając ich kompetencje, tak otwarcie konfliktował się z unijnymi państwami i z taką pogardą wypowiadał się o wspólnocie, która dała nam pokój, stabilizację i poczucie bezpieczeństwa.

Stosunek do UE dość jasno wyraziła premier Beata Szydło. Jej uwaga, rzucona gdzieś na marginesie długiego wywodu podważającego kompetencje Komisji Europejskiej do oceniania praworządności w Polsce, robi jednak piorunujące wrażenie. Oto ona: „Reformujmy UE, bo niedługo będziemy mieli taki problem, że kolejne państwa będą mówiły, że nie chcą być w tym jakże zacnym, ale jednak pogrążonym w ogromnej degrengoladzie w tej chwili klubie europejskim” (cytat za PAP).

cwmuu7ewcaaycl4

Wszystko na pozór jest OK. Reformujmy UE, a nie wychodźmy z niej. Ale jeśli dokładnie wczytać się w tę wypowiedź, to widać jasno poziom lekceważenia, obojętności i w sumie obcości wobec tego, co europejska integracja przynosi Europie i Polsce. I nie sposób nie dostrzec triumfującej nuty satysfakcji w tym opisie europejskiej rzeczywistości, co jest smutne, przerażające i groźne.

(TO JUŻ JEST PEWNE. PiS I PREZYDENT NIE DOTRZYMALI JEDNEJ Z NAJWAŻNIEJSZYCH SWOICH OBIETNIC WYBORCZYCH!!!)

cwnehm4w8aeptqw

To wypowiedź kogoś, kto w tej Unii czuje się nie tylko niepewnie, ale też obco. Kogoś, kto nie jest wewnątrz, ale na zewnątrz. Kogoś, kto tej Unii nie lubi, która go drażni i uwiera.

A my jesteśmy członkiem tego europejskiego klubu. To o nas pani premier jest łaskawa mówić, że jesteśmy pogrążeni w degrengoladzie. I wbrew deklarowanej chęci reformowania klubu nie jest ona tak oczywista. Wręcz przeciwnie, wszystkie działania rządu dowodzą, że to Unia przeszkadza mu we wprowadzaniu „dobrej zmiany”. Wtrąca się ze swoimi nieznośnymi nawoływaniami o przestrzeganie prawa i konstytucji, a przecież suweren zdecydował, że PiS może wszystko. UE chce nam narzucić jakichś nieznośnych uchodźców, a przecież my, Polacy, świetnie sobie tu sami żyjemy, z naszymi tradycjami i naszym poczuciem wielkości. Nic tu po obcych. Jasne, trochę pieniędzy nam się przyda, ale nie dajmy się zwariować ani sobie wmówić, że coś dostajemy za darmo. Przecież jesteśmy wielkim narodem, niech Unia to wreszcie zrozumie, że dawanie nam pieniędzy to dla niej wielki przywilej!

cwpqcdwwiaasqhd

A na poważnie. Europa usłyszała, co premier polskiego rządu myśli o Unii – że jest pozbawionym wartości rozkładającym się tworem. Tak pogardliwie nikt jeszcze o UE nie mówił. Politycy PiS na użytek swojego elektoratu prężą muskuły i z arogancją dezawuują wszystko, co wspólnocie udało się osiągnąć przez ostatnie powojenne lata. Taka arogancja nam się nie opłaca, bo na Zachodzie słychać już głosy, że rozszerzenie UE o kraje Europy Środkowo-Wschodniej było błędem, a rząd PiS tylko utwierdza w tym przekonaniu. Taka polityka zemści się na nas prędzej czy później.

cwnqjtqwcaawwqb

Nikt w Europie dziś nie twierdzi, że UE nie jest w kryzysie. Ale jest zasadnicza różnica tonów. Jedni mówią o degrengoladzie, a inni z troską.

cwpstfqw8aavm0d

Zygota to nie jest życie, a już na pewno nie życie ludzkie. Jeśli zgodzimy się na taką definicję życia i zaczniemy zarodek otaczać nimbem świętości, to już żeśmy sprawę przegrały. Bo wtedy rzeczywiście każdy przypadek aborcji będzie morderstwem – mówi filozofka Agata Bielik-Robson

Solidaryzuje się pani z piosenkarką Natalią Przybysz, która przyznała się do aborcji i spotkała ją za to gigantyczna krytyka?

Agata Bielik-Robson: Tak, jak najbardziej. Uważam, że to jest głos odważny, bezkompromisowy i bardzo w tej chwili potrzebny. Pokazuje, że nie wystarczy tylko zachowanie tzw. kompromisu aborcyjnego, że trzeba walczyć o to, żeby dostęp do aborcji był swobodniejszy. To jest głos pokazujący, o co naprawdę w tej debacie chodzi. Że my, kobiety, chcemy mieć prawo do samostanowienia. Że chcemy być jednostkami w nowoczesnym, liberalnym w sensie tego słowa. Jeśli pani Natalia uznała, że kolejna ciąża w jakiś sposób zrujnuje projekt jej własnego życia, do którego była przywiązana, to ja przecież nie rzucę w nią kamieniem.

bielik-robson-2

A dlaczego nawet kobiety, które opowiadają się za powszechną dostępnością aborcji, tym razem zareagowały tak: Natalia Przybysz szkodzi sprawie, bo pokazała, jak bardzo trywialne są powody przerywania ciąży.

– To, o czym opowiedziała, to wcale nie jest trywialny powód. Niepokoi mnie to, że strona liberalna w dużym stopniu przejęła tę atmosferę grozy, która w dyskursie katolickim otacza życie poczęte. Za bardzo przyswoiłyśmy ten wzniosły język, zgodnie w którym życie ludzkie zaczyna się od samego poczęcia. Ja na takie ujęcie sprawy się nie zgadzam. Dla mnie zygota to nie jest życie, a już na pewno nie życie ludzkie. Dobrze zaplanowana, wczesna aborcja nie oznacza uśmiercenia dziecka. Naprawdę chciałabym, żebyśmy zachowały świadomość, że jeśli zaczniemy mówić tym językiem, to tym samym wpiszemy się w logikę strony katolicko-prawicowej. Jeśli zgodzimy się na taką definicję życia i zaczniemy zarodek otaczać nimbem świętości, to już żeśmy sprawę przegrały. Bo wtedy rzeczywiście każdy przypadek aborcji będzie, powiedzmy sobie szczerze, morderstwem.

Prawica przypomniała z kolei, że ta sama Natalia Przybysz kilka lat temu mówiła, że dziecko oducza egoizmu, każdy powinien je mieć. Wzięła też udział w akcji na rzecz obrony pszczół. Więc jak to jest, pytano, pszczółek broni, a dzieci nie?
cwmux0ewiaa-osx

– No, ale ona ma dwoje dzieci, więc o co chodzi? Ma dwoje i dosyć. I ma prawo, by w imię poszukiwania własnego szczęścia dokonać aborcji. A pszczółek broni, bo są to żywe istoty, które czują, mają instynkt samozachowawczy, w związku z tym mają również prawo do życia. Natomiast zarodek nie jest jeszcze samodzielną istotą. Jeśli naprawdę pozwolimy narzucić sobie ten język, zgodnie z którym usunięcie zarodka oznacza dzieciobójstwo, to powtarzam raz jeszcze: jesteśmy skończone. Wszelkie nasze żądania będą brzmieć nielogicznie. Nie można bezkarnie mordować istot żywych. A tym bardziej istot ludzkich.

nacjonalistyczna

Adam Michnik w programie „Tomasz Lis” podsumował rok rządów PiS. – „Zdeklarowany klasyk Karol Marks powiedział: – „Narodowi i kobiecie nie daruje się tej chwili nieuwagi, w której uległa jakiemuś łobuzowi”. Teraz ja bym darował. Chwila była zła. To był zbieg okoliczności. Kobieta jednak oprzytomniała i z pazurami wyszła na ulicę. Kaczyński musiał własny język połknąć na oczach całego społeczeństwa”.
Szef „Wyborczej” uważa, że obecnie przeżywamy zły sen, który musi się skończyć. – „Mamy za sobą piękny ćwierć-wieczny sen, z którego nigdy się nie obudzę. I zrobię wszystko, by mój kraj w tym śnie znowu się pogrążył”. Oceniając minione lata przyznaje, że nie wszystko było dobrze, bo nigdy wszystko nie jest dobrze, ale przynajmniej był to normalny kraj normalnych ludzi. Niespodziewanie stało się coś, co było efektem chwilowego zapomnienia się. – „To jest tak samo jak z piękną kobietą, która nagle idzie na noc z łobuzem, ale potem przytomnieje. Polska też oprzytomnieje – wierzę w to głęboko” – mówi Michnik.

W odpowiedzi na wątpliwość, czy to aby o jedną noc chodzi, czy aby nie jesteśmy przegrani na dłużej, czy sam Michnik nie czuje się przegrany, stwierdza: – „Mimo wszystko jestem optymistą. Nie czuje się przegrany. Mam poczucie, że ciągle jeszcze żyję w kraju niepodległym, w którym demokracja jest niszczona, ale wolność do końca jeszcze nie została zniszczona”.

cwlpfjgweaahefp

Mimo że rządzą dziś Polską ludzie, których uważał za niegodnych tego zaszczytu, że zakwestionowano kierunek proeuropejski oraz wygląda na to, że maszerujemy na wschód – jest optymistą. Mimo że towarzyszą temu świetne notowania partii rządzącej, a na dodatek samodzielną władzę sprawuje jeden człowiek, czyli wróciliśmy do PRL i mamy pierwszego sekretarza – jest optymistą. Mimo że wolne media są w trudnej sytuacji i za chwilę mogą być w jeszcze trudniejszej, a gazeta, która uchodziła za prawdziwe imperium słania się – jest optymistą.

Adam Michnik uważa, że nie przegrał, bo kiedy uczestniczy w marszach KOD-u i spotyka się z ludźmi to ma poczucie, że żyje w wolnej Polsce, jakiej w czasach PRL nie było. – „Takich ludzi wtedy nie było, a w każdym razie było ich znacznie mniej. Byli w KOR-ze, podziemnej „Solidarności” , ale nie było ich aż tylu. Jestem optymistą. Jestem głęboko przekonany, że Polska zrzuci z siebie ten ciężar, który przyszło jej teraz dźwigać… bo znam ludzi z KOD-u i z opozycji. Wiem, jak myślą. Zwyciężą!”.

Waldemar Mystkowski pisze o posadzie dla Misiewicza z podkomisji Macierewicza.

berczynski

Francuski Airbus za zakup Caracali w ramach offsetu chciał z łódzkich Wojskowych Zakładów Lotniczych Nr 1 zrobić jeden ze swoich filarów produkcyjno-technologicznych. Państwo polskie miało mieć 90 proc. udziałów. Bylibyśmy zatem właścicielami najwyższej myśli technologicznej – takie gołąbki czasami wpadają same do gąbki. Niestety, Antoni Macierewicz powiedział Francuzom: nie. Należy głęboko się zastanawiać, dlaczego minister obrony pozbawia nas takich atrakcyjnych ofert i dlaczego jego działania są szkodliwe dla Polski. Łódzkie zakłady zatem pozostaną technologicznie na tym samym zacofanym poziomie króla Ćwieczka, a w „nagrodę” dostaną jako szefa Rady Nadzorczej eksperta smoleńskiego Wacława Berczyńskiego.

cwlnzclxeaut0ct

Berczyński to kolejny Misiewicz w talii fachowców Macierewicza. Oryginalny Misiewicz nie ma nawet licencjatu, choć się chwalił, że studiuje prawo, zaś Berczyński chwalił się, że badał dziesiątki katastrof lotnictwa wojskowego w USA, co jest jawnym kłamstwem, gdyż jego nazwisko nie występuje w żadnej dokumentacji. Twierdził ponadto, że pracował jako konstruktor w zakładach Boeinga, lecz był tam zatrudniony tylko jako informatyk. Można rzec, iż ma doświadczenie eksperckie podobne do innego członka podkomisji Macierewicza, Jana Obrębskiego, który tak określił swoje kwalifikacje: – „Już od kilkuletniego chłopca interesowałem się bardzo lotnictwem, modelarstwem lotniczym. Oprócz tego, wykonałem kilkaset godzin lotów odrzutowcami pasażerskimi jako pasażer, przyglądając się temu, jak pracują skrzydła i silniki samolotów w czasie lotu. W związku z tym czuję się dość kompetentny w tym zakresie. Jeżeli chodzi o materiały wybuchowe i skutki ich użycia, to jako dziecko oglądałem wybuchające stodoły w czasie pożarów po wojnie”.

Do Berczyńskiego należy copyright „wybuchu na wysokości 30 metrów”. Tak ten Misiewicz zdiagnozował przyczynę katastrofy smoleńskiej. Jego autorstwa jest także pomysł zbudowania modelu smoleńskiego Tupolewa, który ma kosztować kilka milionów zł. Berczyński mówił dla tygodnika „wSieci”: „Powstanie wierna kopia samolotu w mniejszej skali. Sprawdzimy, jak Tu-154M zachowuje się w różnych sytuacjach w locie, przy lądowaniu, ze zmiennym położeniem klap, również przy utracie końcówki skrzydła”.

cwltilnxyaatk_g

cwltjzgwcaamyed

Możliwe, że zamiast Caracali łódzkie zakłady będą budować model Tupolewa. Wróć! Będą budować zabawkę dla stetryczałych dzieciuchów. Walną nim o brzozę. To i tak będzie bardziej bezpieczne, niż wcześniejszy pomysł, aby kupić oryginał Tupolewa, zaś brzozę umieścić na rozpędzonym samochodzie i pierdyknąć w nią samolotem w locie nurkującym. Można mniemać – i jest to prawdopodobne – iż Wojskowe Zakłady Lotnicze Nr 1 w Łodzi będą restrukturyzowane na model zakładów w Tworkach. Ale bodaj w Polsce żaden pielęgniarz ani pacjent nie zarabia tyle, ile Berczyński (a jest na emeryturze): 8 tys. Zł miesięcznie jako szef podkomisji od zamachu smoleńskiego, tudzież różne usługi konsultacyjne dla MON. Ostatni rachunek, jaki wystawił Berczyński ministerstwu to 10 tys. zł. Ile zaś będzie brał za radę nadzorczą? Czort wie, bo to może być tajemnica handlowa, a nawet wojskowa.

Miały być Caracale, a będzie mniejszy model Tupolewa, czyli karakan.

cwmfdeuwaaantoa