Posts Tagged ‘Beata Nowosielska’

Marcin Kącki („Wyborcza”) pisze o sobotnim marszu ONR. Nie ma znaczenia, ilu było w sobotę ONR-owców na ulicach Warszawy. Ważne, że szli po raz pierwszy kordonem z asystą policji, czyli państwa. A policja, która usuwała z ich drogi protestujących, dała jasny sygnał: precz od faszystowskich poglądów.

Około tysiąca członków i sympatyków z ONR przeszło w sobotę ulicami Warszawy. Jeden obraz z tego marszu utkwił we mnie i nie opuszcza.

ONR świętował w Warszawie rocznicę swojego powstania. „Polska to kraj króla Ubu”

Młody, niewysoki mężczyzna ma grzywkę zaczesaną pieczołowicie, równiutki przedziałek, krawat pod białym kołnierzykiem. Białe mankiety świecą spod czarnego płaszcza, a na rękawie zielona opaska z falangą, symbolem Obozu Narodowo-Radykalnego. Na twarzy powaga, dumnie uniesione brwi. Czyta odezwę o odrodzeniu się ONR, o jego wzrastającej sile.

Kartkę trzyma w czarnych, grubych, skórzanych rękawiczkach, które dopełniają pedantyzmu przerażającej estetyki. Nie wiem, dlaczego młody z ONR je włożył, jako jedyny, bo na marszu w Warszawie zimno nie było. Ale efekt osiągnął – mam dreszcze, ilekroć na niego patrzę.

Bo te skórzane rękawiczki, obok czarnej swastyki na czerwonym tle, były chyba najczęstszym motywem estetyki faszyzmu na historycznych zdjęciach, ale i w popkulturze – od „Cabaretu” Boba Fossa, po metafory z kosmicznych filmów George’a Lucasa czy Quentina Tarantino.

Skórzane rękawiczki są dopełnieniem doskonałości u tego młodego chłopaka i tak brzmi jego przekaz: jestem doskonały i chcę was uczynić na swój wzór.

W latach 30. XX wieku młodzi z ONR wyganiali z uczelni żydowskich studentów, siali nienawiść, by w końcu trafić do lamusa po decyzji władz sanacyjnych o ich delegalizacji.

W programie mieli wykluczenie, pogardę dla inności, bezwarunkową dyscyplinę opartą na fałszywej symbolice wyższości.

W latach 40. na tych samych ulicach stolicy hitlerowcy wcielali w życie ich hasła, mordując Żydów – podludzi.

To, że w kwietniu 2017 r. spadkobiercy tamtego ONR, z tym samym programem, przemaszerowali tymi samymi ulicami Warszawy, jest dla nas wszystkich siarczystym policzkiem na odlew, choć i zapewne dla wielu przodków z tych młodych, którzy nieśli zielone flagi z falangą.

Nie ma znaczenia, czy ONR-owców było w sobotę tysiąc, jak sami podają, czy byłoby ich dwudziestu. Szli po raz pierwszy kordonem z asystą policji, czyli państwa, które dało im status poważnej siły politycznej. Policja, która szarpała i usuwała z ich drogi protestujących, dała też jasny sygnał: precz od faszystowskich poglądów.

Nie ma sensu apelować do Prawa i Sprawiedliwości, bo język pogromowy Jarosława Kaczyńskiego („pierwotniaki roznoszone przez uchodźców”) już dawno zalegitymizował nienawiść, a kolejne wypowiedzi jego marionetek tylko to utrwalają. Nie ma też sensu wypominanie PO, że nic z tym nie zrobiła, bo straciłem złudzenia, by Platforma była zdolna do odważnych decyzji wbrew badaniom sondażowym.

Jest jeszcze Kościół, który dostał od historii nauczkę, że mariaże z nacjonalizmem kończą się prędzej czy później w piekle (Pius XI i traktaty laterańskie z Mussolinim).

Nadzieję dała odezwa biskupów sprzed kilku dni potępiająca nacjonalizm, ale zaraz została zgaszona przez bydgoskiego, bardzo popularnego wśród młodzieży księdza Romana Kneblewskiego, który po marszu w Warszawie napisał: „Dzisiaj ONR w Wawie. Serce rośnie!”.

Widać zatem, że przekaz z ambony Episkopatu jest albo spóźniony po latach antysemityzmu w Radiu Maryja, albo już ignorowany.

Nie wiem zatem, co może przeszkodzić młodemu z ONR, nim zdejmie skórzane rękawiczki i przejdzie do czynów gołymi rękami, bo historia w swojej progresji dziejów podpowiada już tylko najgorsze scenariusze.

Skoro wczoraj był Białystok, a dzisiaj Warszawa, to pozostaje cytat z nazistowskiej piosenki w „Cabarecie”: „Tomorrow belongs to me”.

Jeśli się mylę, to do zobaczenia w lepszej Polsce.

Waldemar Mystkowski pisze o heroinach PiS.

Maria Szonert-Binienda nie jest kimś wyjątkowym na tle pisowskiej czeredy, a wręcz jest tłem dla czegoś wyjątkowego. Jej czyny duchowe – na razie nie są rzeczywiste – w postaci widzenia Donalda Tuska w mundurze SS czy też Radosława Sikorskiego dyndającego na szubienicy – są wyjęte z atmosfery PiS.

Wszak Szonert-Binienda zilustrowała słowa Jarosława Kaczyńskiego, iż Tusk jest niemieckim pachołkiem, a główny ideolog prezesa Zdzisław Krasnodębski nawet miłosiernie proponował, aby szef Rady Europejskiej przyjął obywatelstwo niemieckie.

Czym zresztą różni się Tusk w mundurze SS od Tuska w mundurze dziadka z Wehrmachtu? Napiszę tak: Szonert-Binienda nie wyprze się swojego skoligacenia z PiS. O tym może poświadczyć jej „rodzony” mąż Wiesław Binienda, który tyle lat w zespole Macierewicza wyżymał swój lichy umysł, aby dowieść winy Tuska. Żona teraz dokonuje egzekucji.

Szonert-Binienda zamiast wystawić pierś do chwały i do jakiegoś medalu za waleczność oraz za patriotyzm pisowski wypiera się swojej twórczości i ceduje na rzecz jakiegoś hakera. To ile lat ten haker obsługiwał jej konto? Czy aby ten haker to nie Maria Szonert-Binienda albo jej „rodzony” mąż Wiesław, który bez hakera trudnił się hakowaniem rozumu?

Hakerstwo Biniendów to znamię PiS. Acz Szonert-Biniendę można posądzić o plagiat. Jej poprzedniczka Beata Nowosielska z Ministerstwa Środowiska chciała Donalda Tuska witać szubienicą i kajdankami, gdy ten zjawił się w Warszawie, aby stawić się w prokuraturze.

Nowosielska to pre-Szonert-Binienda albo inaczej: Szonert-Binienda to post-Nowosielska. Choć nie chcę rozstrzygać, kto ma pierwszeństwo w wieszaniu Tuska, czy też w mundurze SS dla Tuska, czy też dla Sikorskiego, wiem, że w tym chorym pojedynku o pierwszeństwo sekundantem jest Jarosław Kaczyński.

Prezes PiS jako arbiter przygląda się, jak trup ściele się gęsto. Pre-Szonert Nowosielska zapłaciła stanowiskiem w ministerstwie, przestała być dyrektorem departamentu, wypadła też z rady nadzorczej czegoś tam. O tym wiemy, o reszcie – nie. A nasza wiedza o takich przypadkach, jak Nowosielska i Szonert-Binienda jest szczątkowa, jak to lubią grafomani nazywać: obydwie i ich czyny są wierzchołkiem góry lodowej.

Bo tak naprawdę ani Nowosielską, ani Szonert-Biniendę nie spotka żadna krzywda. Działa syndrom Misiewicza. Jak nie tu się przesadzi tę szemraną postać, to gdzie indziej. Szonert-Biniendę widziano w Toruniu na forum unijnym, a Nowosielską w Tucznie w słynnej stodole ministra Szyszki, gdzie odbywa się międzynarodowa konferencja i gdzie Nowosielska przywieziona została limuzyną ministra.

Szonert-Binienda i Nowosielska to esencja PiS. I nie one zostały zhakowane, czy też ich konta na portalach społecznościowych. To takimi postaciami Polska została zhakowana, taki jest abordaż PiS.

Kleofas Wieniawa też pisze o ONR.

Sobotni marsz ONR w Warszawie odkurzył faszyzm w esencjonalnej postaci. Można zastanawiać się, na ile jest on do powstrzymania? Na pewno trzeba zadać pytanie: dlaczego władze Warszawy dały pozwolenie?

Że ONR jest legalny? Nie satysfakcjonuje mnie. Akuszerem tej postaci faszyzmu, bo to już nie jest żaden nacjonalizm (przedszkole faszyzmu) jest PiS.

Pod władzą PiS faszyzm szbko „dojrzewa”. A wydawało sie, że zniknął z umęczonej stolicy po 1945 roku. Zdjęcia ONR-owców z „heil” są przerażające.

Żadnych pozytywnych nadziei nie można pokładać w policji, bo ta zarządzane przez Mariusza Błaszczaka w sferze rozumu jest mamrotem.

Przekonali sie o tym kontrdemontranci Obywatele RP, w tym jeden starszy siwowłosy obywatel, który był przez policję targany po jezdni i chodniku.

Takie małe ćwiczenie przed miesięcznicami, z których fetor przeniósł się na pobratymców z ONR. To jest zapaskudzona Polska, przegrana na arenie międzynarodowej, niedługo będzie sekowana przez dojrzałe demokracje w ramach wszelkich standardów, które po wyboirach 2015 roku nie są dotrzymywane.

Mała Polska w najgorszym wydaniu. Podkreślam: PiS jest akuszerem tej wólki, tego zatyłkowia.

Van i jego Mona.

>>>

Osiół.

Andrzej Duda zaczyna się już bać. Pisze o tym Wojciech Czuchnowski („Wyborcza”). Zatrzeszczała uruchomiona przez PiS machina niszczenia niezależności polskich sądów. Prezydent Andrzej Duda postawił się ministrowi Zbigniewowi Ziobrze i wstrzymał prace nad ustawą pozwalającą partii władzy przejąć kontrolę nad Krajową Radą Sądownictwa.

Prezydent ma wątpliwość, czy zakładane w ustawie skrócenie obecnej kadencji KRS jest zgodne z Konstytucją RP. A już zapowiadał się blitzkrieg na miarę zwycięstwa „przedstawicieli suwerena” nad Trybunałem Konstytucyjnym.

Ziobro o sądach: „patologia”

Media publiczne i prorządowe od miesięcy zohydzały wizerunek sędziów, przedstawiając ich jako zwyrodnialców, drobnych złodziei i alimenciarzy. Ziobro i jego współpracownicy w jednym zdaniu wymieniali sądy z takimi słowami jak „patologia”, „klika” oraz „sitwa”. Grozili dyscyplinarkami i brali w obronę sprawcę ataków na sędziego podczas rozprawy. Sejm, nie przejmując się sprzeciwem opozycji, wszystkich środowisk prawniczych i organizacji międzynarodowych, przyjął w pierwszym czytaniu nowe przepisy o KRS.

Wydawało się, że teraz sprawę klepnie tylko komisja sprawiedliwości z niezawodnym prokuratorem Piotrowiczem na czele, potem szybka ścieżka w Senacie, podpis prezydenta i latem, a najpóźniej jesienią Ziobro zamelduje prezesowi, że zadanie „odzyskania sądów” zostało wykonane.

Czemu Duda stawia się Ziobrze

Co poszło nie tak? Czemu prezydent stawia się Ziobrze, chociaż dotychczas „niezłomnie” parafował wszystko, czego tylko chciała partia? Przecież jeszcze niedawno Andrzej Duda mówił, że Ziobro był „najlepszym w historii ministrem sprawiedliwości”…

Nie wierzę w „przebudzenie” Andrzeja Dudy. Dotąd prezydent za nic miał nawoływania, by szanował swój urząd i stał na straży konstytucji. Nie przejmował się głosami swoich wychowawców z Uniwersytetu Jagiellońskiego, którzy przypominali mu zasady państwa prawa wpajane na studiach prawniczych.

Duda się boi

Powód sprzeciwu głowy państwa wydaje się inny: Krajowa Rada Sądownictwa jest organem państwa, którego członkowie mają w konstytucji zagwarantowaną pełną kadencyjność. Oprócz KRS taką gwarancję ma w konstytucji tylko Prezydent RP. Jeżeli dzisiaj obecna władza zmieni tą zasadę odnośnie do Rady, to Andrzej Duda nie może mieć pewności, że władza następna (albo nawet jeszcze ta sama) nie zrobi tego w stosunku do jego urzędu.

Sprzeciw prezydenta to nie „przebudzenie”. To strach.

Dla radnego PiS Rafała Piaseckiego z Bydgoszczy.

Ambasador USA o kwestii smoleńskiej: nie widzimy już nic, co moglibyśmy zrobić

BRAWO DLA NIEZALEŻNYCH SĄDÓW. PROKURATURA NIE ZAMIECIE POD DYWAN KOLEJNEJ SPRAWY DZIAŁACZKI PiS

Monika Olejnik pisze o państwie PiS. W państwie praktycznym PiS-u – jakże innym od państwa teoretycznego PO! – armia może tracić 30 generałów i 250 pułkowników, można też sobie pozwolić na ujawnienie własnych szpiegów. Bo najważniejsze jest ściganie Tuska

Państwo za czasów PO przez osiem lat było teoretyczne – to ulubiony cytat z podsłuchanej rozmowy między Bartłomiejem Sienkiewiczem a Markiem Belką. Powtarzany przez prezydenta Andrzeja Dudę, premier Beatę Szydło, szefa MSW Mariusza Błaszczaka. Częściej cytowany jest Bartłomiej Sienkiewicz niż Henryk Sienkiewicz.

Dzisiaj rzeczywiście państwo polskie staje się praktyczne: pękająca opona w limuzynie prezydenta, pędzący samochód z panią premier zatrzymujący się na drzewie, uciekający z miejsca wypadku kierowca Antoniego Macierewicza.

W państwie praktycznym należy sobie wszystko podporządkować. Trwa zamach na sędziów, na Sąd Najwyższy. Najlepiej wszystkich wymienić i zacząć od początku, bo przecież jak to możliwe, by w sądach pracowali ci sami ludzie co przed 1989 r.?

Co innego w prokuraturze. Najnowsza „Polityka” pisze o wiceprokuratorze generalnym Waldemarze Puławskim, który „czuwa nad śledztwem dotyczącym Donalda Tuska”. Puławski od 1984 r. pracował w warszawskiej prokuraturze, a już w III RP weryfikował śledczych. A przypomnę jeszcze słynnego prokuratora Piotrowicza, który macha nam przed oczami konstytucją.

W państwie praktycznym można przesłuchiwać przez osiem godzin przewodniczącego Rady Europejskiej, żeby sprawdzić, czy przypadkiem służby rosyjskie i polskie ze sobą nie współpracowały. W państwie praktycznym szefem SKW może być człowiek, który znalazł na swoim płocie martwą wiewiórkę i twierdził, że ktoś mu ją przyczepił w odwecie za jego działalność. Po tzw. dobrej zmianie „wykańczać” caracale może dr Berczyński, który pochwalił się Magdalenie Rigamonti, jak uratował Polskę przed francuskimi śmigłowcami.

Ministerstwo Obrony Narodowej zaprzecza, oświadcza, że nie ma z tym nic wspólnego, ale okazuje się, jak donosi „Dziennik Gazeta Prawna”, że dr Berczyński dostawał dokumenty z Inspektoratu Uzbrojenia MON. Na jakiej podstawie? Tego nie wiemy. Dlaczego miał dostęp do materiałów niejawnych, tego też nie wiemy. W państwie teoretycznym byśmy zapewne wiedzieli.

Władza chce zmienić wszystko. Ma zakusy na konwencję antyprzemocową, choć jest wielu skorych do bitki mężczyzn, można takich odnaleźć w PiS.

W państwie praktycznym minister obrony narodowej może lekceważyć prezydenta, nie odpowiadać na jego listy, a armia może tracić 30 generałów i 250 pułkowników. W państwie praktycznym można sobie pozwolić na ujawnienie szpiegów dzięki czemu, jak pisze w „Wyborczej” Wojciech Czuchnowski, „obce służby, nie ruszając się zza biurka, mogą zidentyfikować naszych szpiegów, a potem odtworzyć ich kontakty za granicą”.

Ale co to obchodzi szefa SKW pana Piotra Bączka. On ściga Tuska i to jest najważniejsze przesłanie obecnej władzy.

PIĘKNE PODSUMOWANIE RZĄDÓW PiS. Rachunek sumienia znaleziony w sieci. Autor: Ada112

Waldemar Mystkowski pisze o ambasadorze Przyłębskim i Beacie Szydło.

Ambasador RP w Niemczech Andrzej Przyłębski nie może być pewien swego stołka, bo jego zwierzchnik Witold Waszczykowski też nie jest pewny posady, może wylecieć przy pierwszej lepszej rekonstrukcji. Nie wiem, jakim łukiem Przyłębski obejdzie ustawę dekomunizacyjną, wszak ma solidną teczkę w IPN jako TW Wolfgang. Może liczyć, iż ustawa zostanie zaskarżona do Trybunału Konstytucyjnego, a tam żona Julia z innym agentem Mariuszem Muszyńskim znajdą jakiś haczyk, aby nie podlegał lustracji.

Przyłębski jednak musi punktować u prezesa, u którego splotem słonecznym czy też piętą Achillesa jest „Tusk”. Walniesz Kaczyńskiego Tuskiem to jęczy na cały kraj i wyzywa: ty elemencie animalny, najgorszy sorcie, gestapo. Przyłębski nieprzypadkowo przybrał ksywkę Wolfagang, bo lubi jako Wolf poszczekać, poszarpać za nogawki i wyć do księżyca.

W Berlinie Przyłębskiego nie tolerują, zresztą nie uprawia żadnej dyplomacji, bo dla polityki PiS jest ona zbędną. Ambasador a to załatwi salę kinową dla filmu „Smoleńsk” (kilka miesięcy za tym chodził), a to dla jakiegoś lokalnego dziennika poszczeka na Tuska. Proszę zauważyć, że nie piszę, iż zamienia się w kundelka, ale w Wolfa. Szarpie za nogawkę Tuska i szczerzy zęby na łamach „Neue Osnabrücker Zeitung”, sugerując, że to był niemiecki kandydat: „najwyraźniej z punktu widzenia Berlina istniały nie cierpiące zwłoki powody, by przedłużyć kadencję Donalda Tuska”.

Spowodowało, że – mówi to dyplomata (w istocie wzorzec z Sevres dyplomatołka wg definicji niezapomnianego Władysława Bartoszewskiego): „Wina za pogorszenie się stosunków polsko-niemieckich leży po stronie Niemiec”. Hau, hau – szczeka Wolf Przyłębski, a tak naprawdę boi się o posadę i melduje prezesowi: Heil, heil.

W o wiele ważniejszej niemieckiej gazecie, bo w „Frankfurter Allgemeine Zeitung” (FAZ) – ichniej „Gazecie Wyborczej” – ukazał się artykuł podpisany przez Beatę Szydło. Wszak wiadomo, że pani premier tego nie mogła napisać, lecz podpisała. Nie waham się tak nazywać, choć język jest szydłowski – ble, ble godny magla – pusty znaczeniowo, owijający bawełnę w inną bawełnę, jest to zresztą charakterystyka PiS. Nie potrafią zająć się konkretami, bo najlepsi są w pluciu na przeciwników politycznych.

Artykuł publikuje „FAZ” z powodu tego, iż w niedzielę w Hanowerze Szydło wraz z Angelą Merkel będą otwierały targi przemysłowe. Szydło „pisze” o wszystkim, a tak naprawdę o niczym, przy tym wciskając sporą dawkę kłamstw, pisowskiej trucizny. My, w Polsce już się uodporniliśmy (co cię nie zabije, to wzmocni), a szkoda, gdyż przeciwstawić się złu najlepiej za pierwszym razem, gdy jest determinacja. Szydło kłamie w czytelnicze niemieckie oczy: „Polska nie jest przygotowana na falę uchodźców”, ale „dobrze radzimy sobie z ponad milionem ukraińskich obywateli”.

Takich oszustw i bleblań jest co nie miara, ale pojawia się też inny ton: „Jesteśmy gotowi do zawierania dobrych kompromisów we wszystkich ważnych kwestiach europejskich”. Te „dobre kompromisy” znamy w Polsce jako „dobrą zmianę”. Niemcy ani nikt w Europie na to się nie nabiorą, bo nie ma żadnych „dobrych” konkretów.
Na szczęście o Tusku autor podpisany jako Szydło nic nie pisze. I to jest najlepszy element tego artykułu. Szydło w Niemczech jednak wystąpi i na jakimś konkrecie się wyrżnie, bo tak mają wszyscy pisowcy (Morawiecki, Waszczykowski, itd.), którzy na światowych salonach otwierają buzie.

REALIZUJE PLAN „POLSKA W RUNIE”?

UMARLIŚMY ZE ŚMIECHU :)))))))))

Pod MON pikieta przeciw szkodnikowi Macierewiczowi. ANTONI pod sąd! KTO JEST ZA?

Kleofas Wieniawa pisze o aferach Macierewicza.

Beata Szydło nie dostała pozwolenia od prezesa, aby zdymisjonować Antoniego Macierewicza. Więc wotum nieufności Platformy Obywatelskiej wobec ministra obrony będzie miało formę krytyki, a jest za co go rugać, bo to postać z pogranicza zaprzaństwa i zdrady.

Przegranym też może czuć się Andrzej Duda, dla którego polityka epistolarna jest najwyższą formą sprzeciwu i buntu wobec odebrania mu konstytucyjnych prerogatyw. Macierewicz i tak wykopyrtnie. Oby jak najprędzej, aby straty były względnie najmniejsze.

Afera z Wacławem Berczyńskim ma posmak korupcji i znamiona wielkiej afery. Ten człowiek tak czuł się pewnie pewnie, że chlapał jęzorem bez opamiętania.

Widać, iż wyobraźnię ma kiepską, bo fabuła z ładunkiem termobarycznym to jakość grafomanii. Na wierzch będą wychodzić coraz gorsze rzeczy.

DOBRE 🙂

>>>