Posts Tagged ‘Beata Szydło’

SZCZECIN ZA REPARACJE… KTOŚ POWINIEN SIĘ MOCNO PUKNĄĆ W GŁOWĘ

JAK MOŻNA TAK TRACIĆ ?

Dwa zaległe teksty Waldemara Mystkowskiego

Kaczyński reparacjami rujnuje naprawę

Po 1989 roku Polska zyskała coś więcej niż reparacje od Niemiec – zyskała w nich sojusznika.

Jarosław Kaczyński na temat reparacji wojennych od Niemiec rzadko się wypowiadał, acz to on dał do nich sygnał. Działo się to w Przysusze na początku lipca. Od tamtej pory prezes milczał, jego marionetki chodziły z tym do mediów, a opanowane przez PiS Biuro Analiz Sejmowych wydało opinię w postaci marnej publicystyki, że się należy.

W prawie międzynarodowym nie pada kwestia regulowania reparacji wojennych. Państwa bilateralnie regulują je między sobą, ewentualnie sojusz zwycięzców nakłada odszkodowania. Tak było po I wojnie światowej, reparacje nałożone na Niemców pomogły zaistnieć Hitlerowi. Po drugiej wojnie światowej dochodzono odszkodowań w różny sposób, a Polska w obozie zwycięzców była zależna od Moskwy. To oni uregulowali, a w 1953 roku rząd PRL przyjął zrzeczenie się reparacji w formie deklaracji.

W innej nie mógł, bo Niemcy mogli wówczas rzec: mało wam? Dostaliście Ziemie Odzyskane oraz Warmię i Mazury. No, ale – Polacy mogliby odpowiedzieć – utraciliśmy Kresy Wschodnie z Wilnem i Lwowem. Odpowiedź wówczas mogła być jedna: to się o nie upominajcie u Ruskich.

Polska po 1953 roku nie domagała się reparacji, a miała okazję – gdyby te reparacje miały logiczny sens układów międzynarodowych – gdy w 1970 roku zawarto układ o normalizacji stosunków między PRL a RFN, a szczególna okazja zaszła przy okazji traktatu „2+4”, którego konsekwencją było zjednoczenie Niemiec.

Po 1989 roku Polska zyskała coś więcej niż reparacje od Niemiec, zyskała w nich sojusznika, adwokata swoich zachodnich aspiracji. To zdecydowanie więcej niż ecie-pecie w miliardach czy też bilionach dolarów, które rządy typu pisowskiego używają do partyjnego korumpowania społeczeństwa za pomocą przywilejów socjalnych.

Przyjaciel Niemiec polskim politykom powinien się jawić, jak coroczne zwycięstwo pod Grunwaldem. Helmut Kohl, Gerhard Schroeder (trochę mniej), a na pewno Angela Merkel są i byli dla nas zarazem jak adwokaci, ale też jak pokonany Ulryk von Jungingen. Pokonane zostały uprzedzenia historyczne, geopolityczne. A taki stan braku strachu przed wrogiem za szlabanem granicznym pozwala społeczeństwu, narodowi i państwu wzrastać.

I korzystaliśmy na tym, koniunktura nam żarła, mieliśmy szczęście do polityków, którzy wzrastaniu nie przeszkadzali, a niektórzy pomagali. Wreszcie Polskę dotknęło szczęście, a nie fatum romantyczne: Mesjasz narodów, zwycięzca moralny i podobne duperele.

Napiszę więcej: mieliśmy szczęście, że wcześniej nie zdarzył nam się PiS. Wszak każdy może odpowiedzieć sobie na pytanie: czy po rządami PiS zostalibyśmy członkami NATO i Unii Europejskiej?
Nie! PiS przyszedł na gotowe. Polska nie potrzebuje naprawy – jak to chrzanią wszelcy politycy od prawej do lewej – Polska potrzebuje dalszego rozwoju i korekt. To nie jest naprawa, bo po 1989 roku Polska była naprawiana do 2015 roku. A naprawa naprawy  – z tym mamy do czynienia – jest odwróceniem naprawy. Jest rujnowaniem naprawy.

Piszę w kontekście reparacji od Niemiec. Myślałem, że Kaczyński zostawił ten temat swoim współpracownikom, a niech sobie po pisowsku szwargocą i elektorat swój oszwabiają. Ale nie! Co dzisiaj słyszę? Krakowskie Przedmieście, prezes znowu wszedł na swój taboret i jeszcze bardziej szwargoce i oszwabia: -„Jeżeli dojdzie do wypłacenia tych reparacji, to będzie to po prostu akt sprawiedliwości. Ale Niemcy nie chcą płacić, taka jest prawda. Przed nami pewnie długa walka. Mam nadzieję, że zwycięska”.

Taborecik, prawda? Język z Krakowskiego Przedmieścia. Jeżeli odtrącamy największego przyjaciela, który do tego jest naszym sąsiadem, to na kogo możemy liczyć w Europie i na świecie? Kaczyński jest singlem – nie mnie decydować, czy zainteresowanej kobiety nie znalazł, czy możliwości „techniczne” prezesa stanęły na przeszkodzie – ale państwo jako singel i to w takim położeniu geopolitycznym jak Polska jest przegrańcem, jest traktowane jak chory człowiek.

Nie ulega wątpliwości, iż „długa walka” o reparacje to jeden z elementów strategii wyjścia Polski z Unii Europejskiej. Gdzie zatem pod obecną władzą zmierzamy? Jeżeli potrafimy odpowiedzieć na ostatnie pytanie, to może zakasamy rękawy do „długiej walki” o Polskę z tymi, którzy naprawiają naprawę, czyli rujnują.

KURSKI MIAŁ WYPADEK DROGOWY. I JAK TU SIĘ NIE ŚMIAĆ? ZBIEGŁ DO LASU.

TAKA SYTUACJA

Bajer czy Bareja?

Z grubsza można powiedzieć, że PiS doszedł do władzy za pomocą bajeru i sprawuje ją w sposób godny Barei.

Stanisław Bareja jest nieśmiertelny, ale nie dlatego, że PRL jest nieśmiertelny, tylko typ ludzi, którzy popierali tamten reżim są w naszym kraju nieśmiertelni. Wydawało się, że Bareja odszedł do lamusa, stawał się nudny, w wielu miejscach niezrozumiały, ale przyszła „dobra zmiana” i dokonała skutecznej rewitalizacji.

Bareja został odświeżony nawet w dwójnasób. Mamy nie tylko bareizm, ale i bajeryzm (od bajeru). Nie lada należy posiadać umiejętności krytyczne, aby rozdzielić narracyjnie „bareję” od „bajeru”. Z grubsza można powiedzieć, że PiS doszedł do władzy za pomocą bajeru i sprawuje ją w sposób godny Barei.

Bareja był bystrym obserwatorem rzeczywistości polskiej. Politycy PiS nie są zanadto bystrzy, więc nam nawet bez Barei łatwo przychodzić wychwycić bareizm. I co ważne, tę rzeczywistość, która jest nam udostępniona za pomocą mediów. Jaki Bareja jest grany za kulisami władzy, można tylko sobie wyobrazić.

Oto po posiedzeniu rządu ręka mistrza Barei tak reżyseruje konferencję prasową, że z miejsca dostajemy bólu przepony, bo nas śmiech rozpiera (przyznam się, że od dawna nie oglądam konferencji polityków PiS, bo nie chcę chorować z powodu śmiechu, wolę mniejsze dawki, czytając o nich; wszak arszenik w małych dawkach jest uzdrawiający).

Beata Szydło była poinformować o nowym porcie lotniczym – nazywa się on strasznie buńczucznie – który ma być umiejscowiony w gminie Baranów i otrzymać nazwę „Solidarności”. I oto pierwsze moje usprawiedliwienie, dlaczego czytam, a nie oglądam.

Przecież słysząc Baranów, zadałbym pytanie, dlaczego nie Pacanów. I powróciłbym do – szkoda, że dzisiaj zapomnianej – klasyfikacji polityków PiS wg kategorii matołectwa, którą kiedyś poczynił Ludwik Dorn, znawca rysów charakterologicznych osób z tej formacji politycznej.

Szydło była łaskawa poinformować w sprawie afery billboardowej, iż CBA bada powstanie spółki Solvere. Między jej kancelarią a CBA krążą pisma wyjaśniające. Spółkę Solvere utworzyli pracownicy jej kancelarii. To tak, jakby koledzy informowali o kolegach, że niczego złego nie zrobili. To oczywiście jak u Barei, a bajerem jest przyznanie się Szydło: „jesteśmy transparentni”.

Szydło ponadto poinformowała, że jej minister Jan Szyszko prowadzi w Puszczy Białowieskiej działania „zabezpieczenia i ratowania tego unikatowego kompleksu”. Wycina puszczę, w ten sposób chroniąc ją przed kornikiem, gdy już puszczy nie będzie, to i kornika nie będzie, bo nie będzie miał, co wcinać.
No, czego czepia się ta Komisja Europejska, co ona straszy Trybunałami? Szydło ma ode mnie żółwika, znowu pokonamy ich moralnie 1:27.

Odezwał się też Jarząbek (w „Misiu” odtwarzał go Jerzy Turek, ten meldujący do szafy) tego rządu, który zameldował, że akcja o sądach ma wymiar międzynarodowy. Słusznie, niech obywatele Unii Europejskiej dowiedzą się, że wśród nich też żyją tacy sędziowie, którzy kradną pęto kiełbasy za 6,30 euro (bo nie złotówki, gdyż jeszcze nikt oprócz Polski nie przystąpił do strefy złotych). No, niektórzy sędziowie mogą nie żyć, jak ten w Polsce, ale chyba wiadomo, że sędzia jest nieśmiertelny, chyba że nazywa się Dredd.

Starałem się przystępnie rozdzielić bajer od Barei, bo ten rząd uprawia tylko te dwie formy zarządzania i administrowania. Jedne krainy są mlekiem i miodem płynące, u nas płynie rynsztokiem śmiech: bajer i Bareja.

TO BYŁ TAKI PORZĄDNY ZWIĄZEK. Bronił praw opozycji i patrzył na ręce władzy. Dziś 180 stopni. Broni praw władzy i patrzy na ręce opozycji…

😂😜 znalezione na Fejsie

>>>

Reklamy

Złodziejstwo w biały dzień.

BEZ ODBIORU…

Możliwe są dziesiątki milionów euro z Funduszu Solidarności na pomoc po . Ale to RZĄD PIS MUSI o te środki wystąpić.

Pół roku po słynnej „wygranej” 1:27.

Obatel Czarnecki znowu orżnął.

Płk rezerwy Adam Mazguła przestrzega.

PiS przygotowuje 700 procesów karnych o charakterze politycznym

PiS przygotowuje 700 procesów karnych o charakterze politycznym.

Dwa lata rządów PiS-u sprawiły, że skala zamachu tej partii na wolność i demokrację w Polsce osiągnęła niewyobrażalny poziom. Ataki płynące z ust liderów partii rządzącej, publiczne oskarżania i ubliżanie, nawet z trybuny sejmowej, to już norma w naszej podłej polityce „dobrej zmiany”.

Interwencje policji w stosunku do pokojowo protestujących ludzi, w czasie gdy wędrują hordy nawołujące do śmierci i wieszania wrogów faszyzmu, są jakimś chichotem z rozumu człowieka.

Pytam więc:

Kiedy ten, kto publiczne ubliża społeczeństwu, będzie pociągnięty do odpowiedzialności karnej.

Kiedy Brudziński, Błaszczak, Ziobro, Macierewicz i wielu innych zasiądą wreszcie na ławie oskarżonych?

Ciekawe, że opozycja nie obrzuca nikogo obelgami bez powodu, a jeśli nie zgadza się z oponentem – stara się uzasadnić swoje zdanie.

Tymczasem prokuratura i sądy, już coraz bardziej partyjno-faszystowskie, zaczynają wzywać ludzi – tych, których pod byle pozorem spisała policja, a nacjonalistyczny działacz, były już ksiądz, Jacek Mędlar czy Piotr Rybak, który spalił kukłę Żyda, są bezkarni? Media podały, że szef NIK-u jest oskarżony o naruszanie procedur konkursowych przy przyjęciach na stanowiska. HA, HA, HA!!!

PiS nie stosuje żadnych procedur, chyba że za takie uznamy poszukiwanie, na wysokie i dobrze płatne ciepłe posadki, kandydatów spośród rodzin działaczy tej partii, przysłowiowych Misiewiczów.

Nie ma procedur, to i nie ma łamania prawa… Tymczasem skala prawnego nękania opozycji przekroczyła już normy, nieosiągane od czasu stanu wojennego w Polsce. Jak dowiedziałem się ze strony internetowej Obywateli RP, przygotowuje się na razie 700 procesów karnych o charakterze politycznym. Procesy mogą się zacząć, skoro Z. Ziobro wprowadza niezawetowaną ustawę, która, wbrew pozorom, była kluczowa i najważniejsza z punktu widzenia bezprawia PiS-u w stosunku do obywatela. Potem już tylko obozy koncentracyjne i konfiskata mienia. To wszystko przecież historia zna…

I tu mam złą wiadomość dla PiS-u. Nawet, jak zamkniecie w więzieniach i obozach tysiące czy miliony ludzi, to i tak ta zmiana, prędzej czy później, upadnie!

Cała prawda o elektoracie PiSu. 👍

Historia się powtarza.

Pomylony.

Na „swoim” państwowym. Za to będą siedzieć.

Dorn o Szydło: podpinka pod broszkę

Bez względu na to, jak zakończy się spotkanie prezesa PiS z prezydentem, Ludwik Dorn w TVN 24 uznał, że „fakt, że doszło do takiej rozmowy, to i tak niesłychana zmiana”.

Według byłego wicepremiera poprzedniego rządu PiS, jest „wysoce prawdopodobne, że do spotkania doszło z inicjatywy Kaczyńskiego. Posypała mu się cała konstrukcja całego obozu władzy. Ten, kto prosi o rozmowę pokazuje, że jest w trudniejszej sytuacji”.

Dorn przypomniał, że do tej pory to Andrzej Duda jeździł do Jarosława Kaczyńskiego na Żoliborz do prywatnego mieszkania. – „Po raz pierwszy Duda dzisiaj został uznany za prezydenta przez Kaczyńskiego, bez względu na wyniki tego spotkania”.

Gdzie w tej układance jest pozycja Beaty Szydło? Odpowiadając na to pytanie, Dorn posłużył się porównaniem: – „Jak dwóch się siłuje na rękę, to paprotki spadają”. Nie omieszkał też użyć kolejnego określenia premier: podpinka pod broszkę. – „O jej pozycji dobitnie świadczy też wypowiedź rzecznika prezydenta, który wyraźnie powiedział, że zmiany w rządzie Duda będzie uzgadniał z Kaczyńskim” – skonstatował Dorn.

Powstali z kolan, teraz odpoczywają.

„Polska nie była w ruinie za czasów PO” mówi w Mateusz Morawiecki. Odważnie. Przyznać się do kłamstwa.

Waldemar Mystkowski pisze o walce Dudy z Kaczyńskim.

Czy Duda przefasonuje twarz PiS?

Poprzednicy wysilali się, aby trudne reformy uzasadniać poprzez uczestnictwo w debatach i wałkowanie argumentów w mediach. Robiono to lepiej i gorzej, ale jakoś przepychano trudne sprawy, w tym najtrudniejszą reformę w obecnym stuleciu – reformę emerytalną, która to wbrew pozorom nie miała wielkiego oporu społecznego, oprócz pisowskiego populizmu i bojówkarskiego wsparcia związku zawodowego, którym niestety stała się „Solidarność”.

Poprzednie rządy więc po bożemu rozmawiały ze społeczeństwem. Nie miały tego geniuszu pisowskiego, który nic sobie nie robi z rozsądkiem, rozumem, a w prawie chodzi na skróty bezprawne. Nie ma szmalu w partyjnej kasie na autopromocję? Jaki problem, powołujemy fundację pod tromtadracką nazwą Polska Fundacja Narodowa. Ustawą zapewni się dla niej szmal w postaci podatku od spółek państwowych.
Fundacja ma promować Polskę. Każdy z nas raczej myśli, że Polskę promuje się poza Polską, gdzie nie ma Polski. Ale nie mamy geniuszu pisowskiego – oni Polskę promują w Polsce, a dokładnie promują w Polsce PiS. 100 milionów nie w kij dmuchał – taki jest budżet fundacji, której nazwy nie powinno się wymieniać, bo jest zakalcowata.

I proszę. Premier Szydło pobiegła na promocję PiS w Polsce, która została zainaugurowana przez wspomnianą fundację. Na początek promowana jest reforma sądownictwa, która wydawało się, że w tej formie upadła po protestach lipcowych i przejęciu inicjatywy przez prezydenta, w którego kancelarii ustawy są pisane.

Więc o co chodzi? PiS, tj. fundacja, będzie promować to, co znajduje się w tej chwili poza partią rządzącą i bez wiedzy, co ma być zawarte w ustawach? Szydło wygłosiła jakieś przemówienie, ale jak to u niej: wiele słów, które nic nie znaczą. Oczywiście, kampania promocji pisowskich zamiarów to odebranie niezależności sądom (część już odebrano i to zasadniczą, bo Duda nie zawetował jednej ustawy), o to zatem toczy się gra. I to z większą determinacją niż poprzednio. Zatem nie liczy się stanowisko Komisji Europejskiej, która zagroziła sankcjami.

W tym samym czasie Kancelaria Prezydenta publikuje na Twitterze znamienną informację: – „W przyszłym tygodniu przed zakończeniem prac nad ustawami o SN i KRS, Andrzej Duda zaprosi na spotkanie przedstawicieli klubów parlamentarnych” (cytuję bez skrótów typowych dla Twittera). Duda więc chce rozmawiać nie tylko z Kaczyńskim, ale z innymi liderami partyjnymi.

Jedno jest pocieszające – jeżeli można używać takiego pojęcia „pocieszające”, gdy za cokolwiek zabiera się PiS – Duda chce rozszerzyć debatę o partie opozycyjne, a to nie może podobać się Kaczyńskiemu. Prezes PiS z nikim nie debatuje, a jego wysoko postawione marionetki (Duda i Szydło) mają go słuchać i wykonywać polecenia.

Duda tę twarz PiS chce przefasonować. Czy mu się uda? Oto jest dla niego hamletyczne pytanie: być z PiS, czy być z Polską?

Konkurs bzdur.

Prędzej czy później będziecie spieprzać przed narodem – będziecie na pewno!

>>>

CZY POTRZEBNY JEST LEPSZY „KURWA” KOMENTARZ? Brawo Pani Joanno!

Uwaga!

Broniliśmy sądów i co mamy z tego ???

Gen. A. Rapacki o Policji:

NO I STAŁO SIĘ. JAKI ZAORANY PRZEZ RZECZNIKA PREZYDENTA DUDY 🙂 PROSIMY O WIĘCEJ

INTERNAUCI SĄ BEZLITOŚNI 🙂 Rysunek z sieci. Pozdrawiamy autora!

Na portalu koduj24 piszą o tym, gdzie PiS zamierza postawić pomnik brata Jarosława Kaczyńskiego.

PiS przesunie pomnik Prusa, żeby zrobić miejsca dla L. Kaczyńskiego?

Co tam pomnik Bolesława Prusa… Co tam drzewa na Krakowskim Przedmieściu… A może przesunąć pomnik księcia Józefa Poniatowskiego? Dla PiS nie ma zdaje się żadnych barier, żeby tylko wystawić monument Lecha Kaczyńskiego w okolicach Pałacu Prezydenckiego.

Jak wiadomo, PiS zbiera pieniądze na dwa pomniki: tzw. zbiorowy, upamiętniający wszystkie ofiary katastrofy smoleńskiej, oraz Lecha Kaczyńskiego właśnie. Powstał komitet budowy tychże, na czele którego stoi Jarosław Kaczyński, a wśród członków Beata Szydło i ważni ministrowie. W liście adresowanym do potencjalnych ofiarodawców komitet przedstawia Lecha Kaczyńskiego jako „sumiennego strażnika pamięci”, twórcę Muzeum Powstania Warszawskiego, pomysłodawcę Centrum Nauki „Kopernik” i Muzeum Historii Żydów Polskich „Polin”. – „Wcześniej, w latach 90., jako I wiceprzewodniczący NSZZ Solidarność w trakcie kampanii prezydenckiej Lecha Wałęsy de facto kierował związkiem” – czytamy w piśmie. Zebrano już ponad 3 mln zł, m.in. dzięki ogłoszeniom w „Gazecie Polskiej” i „Gazecie Polskiej Codziennie”.

Nie wiadomo, ile osób zgłosiło się do konkursu na projekty obu pomników. Prace chronione są kryptonimami, ale – jak pisze „Gazeta Wyborcza” – uczestnicy konkursu pytali komitet, czy możliwe jest przesunięcie pomnika Bolesława Prusa, z którym sąsiadować ma pomnik smoleński. Odpowiedź:„Przesunięcia nie przewiduje się, chyba że w zakresie wynikającym z zakresu zwycięskiej pracy”, czyli… przewiduje się! To samo dotyczy drzew – mogą zostać wycięte, jeśli tego będzie wymagała artystyczna koncepcja! Zwycięskie prace mają zostać wyłonione przez komitet w październiku.

PiS chce, żeby pomniki zostały odsłonięte 10 kwietnia 2018 r. i jak zapowiadał Jarosław Kaczyński wtedy też miałaby się odbyć ostatnia miesięcznica. Partia rządząca robi wszystko, żeby dotrzymać tego terminu. „Uruchomiła” swojego wojewodę Zdzisława Sipierę, który odebrał władzę stołecznemu konserwatorowi zabytków, który sprzeciwiał się budowie pomników przy Krakowskim Przedmieściu. Sipiera bez konkursu powołał Jakuba Lewickiego na stanowisko wojewódzkiego konserwatora zabytków.

Ostateczna zgoda należeć będzie jednak do Rady Warszawy, bo to radni zdecydują ostatecznie, jaki pomnik postawić i w którym miejscu miasta. W czerwcu komitet budowy pomników napisał list w tej sprawie do Hanny Gronkiewicz-Waltz, z prośbą o przygotowanie uchwał dla radnych z nowymi lokalizacjami wybranymi przez społeczny komitet budowy. – „Nie mamy odpowiedzi od Hanny Gronkiewicz-Waltz. Widać, że rozwiązanie polubowne nie będzie możliwe. Jeśli prezydent Warszawy nie podejmie dialogu, będziemy szukać ścieżki prawnej, która pozwoli na postawienie pomników bez uchwały rady miasta” – powiedział polityk PiS.

Wiceprezydent Warszawy Michał Olszewski w rozmowie z „GW” twierdzi, że postawienie pomników 10 kwietnia 2018 r. nie jest realne. – „W tej chwili zajmują nas pomniki Batalionów Chłopskich i Wojciecha Korfantego. Przeszły wielomiesięczną procedurę uzgodnień. Korespondencja z czerwca jest pierwszym formalnym sygnałem od komitetu budowy. Może trzeba było podjąć inicjatywę wcześniej? Dla miasta to decyzja na wieki, która nie może być podejmowana pod pręgierzem dat ogłaszanych przez polityków” – powiedział Olszewski.

SZACUNEK DLA MAĆKA STUHRA. SZACUNEK DLA TVN.

Może serwery do zliczania głosów w gabinecie prezesa nie mają odpowiedniej wentylacji?

Czeka nas historyczny czas – mówi nam o wyborach. Zapowiada ofensywę PO i rozliczanie szefa MON.

GIERTYCH ZNÓW PRZEPOWIEDZIAŁ PRZYSZŁOŚĆ. DO TEJ PORY MA 100% SKUTECZNOŚCI 🙂

📢PiS wykorzystuje pieniądze Polaków do politycznej propagandy. Czy ktoś za to odpowie? Właśnie po to PiSowi potrzebne są .

Waldemar Mystkowski pisze o Beacie Szydło, ktora znów postraszyła.

Szydło i jej publiczny zrzut stonki

Kancelaria Premiera na Twitterze opublikowała wpis: „Kto próbuje snuć rozważania nt. wyjścia z UE, działa na szkodę Polski”. Za próbę rozważań kogoś uważać za szkodnika, to nie znać arkanów przeprowadzenia wszelakich dowodów, gdyż aby dowieść tezy, musimy obalić antytezę, czyli ją postawić, a w fabule nazywa się to osnową – czyli snuć.

Ten tweet wzmocniłbym: „Kto próbuje swoimi działaniami doprowadzić do wyjścia Polski z UE…”, itd. Nie użyłbym jednak rzeczownika „szkodnik”, bo tenże pochodzi z języka komuszego. Szydło raczej powinna to znać, jeżeli w PRL-u miała choć trochę głowę otwartą, ale może zbyt dużo od niej wymagam, bo nawet po 1989 roku nie posiadła wiedzy, kiedy Polska stała się członkiem tejże UE.
Szydło oczywiście czyta to, co jej napisano, a że ma w kancelarii wyjątkowo nieprofesjonalny personel, to mamy takie „złote myśli”, które nazywam Szefernakerami, od nazwiska posła tam zatrudnionego i odpowiedzialnego za działkę komunikacji.

Zatrzymajmy się przy tym szkodnictwie, przy tej mentalnej stonce, którą publicznie zrzuciła pani Szydło, gdy przemawiała na dorocznej naradzie ambasadorów. Szydło zarzekała się, że „nie ma mowy o Polexicie, jak próbują budować narrację niektóre środowiska”.

U komuchów stonka brała się z nieba, którą mieli zrzucać Jankesi. W PiS stonka bierze się m.in. z działań pani Szydło, która nazywa zwycięstwem moralnym wynik 1:27, osiągnięty w starciu o pozycję rodaka Donalda Tuska, aby przestał być szefem Rady Europejskiej (nieformalnym prezydentem UE). Czyż nie jest to stonka? To jest coś więcej niż stonka, to jest karaluch, pani Szydło. Takie walnęła szkodnictwo, że będę pisał w tym komuszym języku, który jest zrozumiały w Kancelarii Premiera, bo nim się posługują.

A czym zajmuje się Komisja Europejska, Parlament Europejski, Komisja Wenecka, jak nie pisowskim szkodnictwem w prawie, w stosowaniu standardów demokracji właściwych Unii Europejskiej. Co to jest, jak nie szkodnictwo na rzecz Polski? – to jest pisowska stonka.

Język stosowany przez PiS zdradza ich zamiary, języka nie można oszukać. Pani Szydło może zaprzeczać, że Macierewicz nie będzie ministrem obrony, tylko Jarosław Gowin. Tak też jest z tym, że „nie ma mowy o Polexicie”.

Jest mowa o Polexicie, bo tym stwierdzeniem premier rządu polskiego powiedziała, że PiS prowadzi do Polexitu. Trochę logiki, trochę inteligencji. Gdyby nie istniały takie obawy, to nikomu w głowie nie zaświtałaby myśl o autowaniu Polski z UE. Ale tę stonkę zrzuciła Szydło na głowy Polaków, mówiąc o Polexicie.

Codzienny tej pisowskiej stonki zrzut jest tej wielkości, iż szkodnicy w innych krajach mogliby pozazdrościć. Proszę – oto dwa przykłady z dzisiaj. Zbigniew Ziobro o doradcy Andrzeja Dudy Michale Królikowskim: – „Nie widzę powodu komentować słów wiceministra Platformy Obywatelskiej”. Jeżeli to nie jest stonka, to jak należy określić dowolne słowa Ziobry o ministrze PO Jarosławie Gowinie, który jest wyżej od niego, bo jest wicepremierem rządu PiS? Toż to karaluch! Ziobro to czystej wody komuch, jego język jest wzięty z zamierzchłego reżimu, który dzisiaj jest reaktywowany.

Albo jeden z komunikatów dnia, toczka w toczkę powtórzony przez Ryszarda Czarneckiego i Ryszarda Terleckiego, iż prezydent proponując jakąś zmianę personalną w rządzie powinien konsultować ją z liderem „naszego obozu”. To jest typowa stonka pisowska, a nawet karaluch, bo dotyczy Antoniego Macierewicza. Prezydent ma się udać do pana prezesa Kaczyńskiego i konsultować.

Duda nie raz się splamił, poniżył, a politycy PiS bez rumieńca na twarzy namawiają go publicznie, aby nadal godził się z upokarzaniem własnym. Takie to stonki, a nawet karaluchy PiS, partii, która dąży do Polexitu. Pani Szydło zaprzeczając, potwierdziła Polexit. Dziwne, że nie użyła pisowskiej mantry: „Przez osiem lat Platforma wyprowadzała Polskę z UE…” Ale ta stonoga pochodzi z innego rodzaju zrzutu niż stonka.

Tankujesz na ? Grasz w ? Masz konto w ? Twoje pieniądze zasilą

BIERZCIE I PRZEKAZUJCIE SOBIE WSZYSCY. OTO MAPA WSTYDU PiS.

z uczyniło partyjną TV. Poseł Rafał ostrzega przed jesiennym zamachem Jarosława Kaczyńskiego na i niezależne media

>>>

STANIEMY SIĘ NAJSILNIEJSZĄ ARMIĄ NA ŚWIECIE. A wrogów przepędzimy wodą święconą!

MATKA BOSKA MACIEREWICZOWSKA

Na Koduj24.pl piszą o walce w PiS.

Zmagania obozu prezydenckiego z rządem

Czy rezygnacja przez Mastalerka z intratnej posady w PKN Orlen oznacza zemstę PiS na nieformalnym współpracowniku głowy państwa?

Jak już wiadomo, w okolicach połowie sierpnia prezydent Andrzej Duda zażądał od premier Beaty Szydło dymisji szefa MON Antoniego Macierewicza. Temat powrócił na forum w Krynicy. Prezydencki rzecznik Krzysztof Łapiński pytany tam przez dziennikarzy o doniesienia medialne na temat wspomnianych oczekiwań prezydenta, skwitował je krótko: „jeśli prezydent miałby oczekiwania co do zmian w składzie Rady Ministrów, to na pewno wyraziłby je prezesowi Kaczyńskiemu”. Jakby na to nie patrzeć, rzecznik wskazał jedynie – nazwijmy to umownie – pas transmisyjny władzy i stwierdził po prostu fakty. Tymczasem w partii rządzącej po wypowiedzi Łapińskiego zawrzało.

Do słów ministra w Kancelarii Prezydenta ostro odniósł się marszałek Senatu Stanisław Karczewski, który w środę na Twitterze napisał: „Słowa @kplapinski o wpływie PBS na skład rządu świadczą o braku kompetencji, albo złym wychowaniu. Gdybym był jego szefem zwolniłbym go”. W późniejszej rozmowie z TVP Info nazwał wypowiedź Łapińskiego „wyskokiem pana rzecznika pana prezydenta”. Sama premier Szydło pytana w Krynicy, czy oczekuje dymisji prezydenckiego ministra stwierdziła, że nie będzie komentować słów rzecznika. Po czym podkreśliła, że „prezydent podejmuje decyzję wobec swoich pracowników, tak samo jak ja podejmuję decyzję wobec moich współpracowników”. Dopytywana, czy jej relacje z prezydentem ostatnio nie „ochłodziły się” odparła, że chłodu nie odczuwa.

Co więcej, PiS wraz z premier Beatą Szydło domagają się od prezydenta Andrzeja Dudy szybkiej dymisji jego rzecznika Krzysztofa Łapińskiego. Z informacji Onetu wynika, że padło w tej sprawie ultimatum. Dlaczego? „Nie można tolerować sytuacji, w której rzecznik pozwala sobie na ataki wobec szefowej rządu. Jeśli pan prezydent nie odwoła pana Łapińskiego, to oznaczać to będzie, że dał „zielone światło” swojemu rzecznikowi na taką wypowiedź. A jeśli tak było, to może znacząco utrudnić dalsze rozmowy o prezydenckim referendum dotyczącym zmiany konstytucji czy ustaw o reformie KRS i SN” – powiedział rozmówca Onetu.  Do całego zamieszania odniósł się także sam prezydencki rzecznik. – „Moim zwierzchnikiem jest prezydent. To prezydent Andrzej Duda zdecydował się powołać mnie na funkcję ministra i to on decyduje o obsadzie stanowisk w Kancelarii– mówił Krzysztof Łapiński, dodając, że jego zadaniem jest „przekazywać decyzje i stanowiska prezydenta Andrzeja Dudy”.

PiS  nie zapomniał prezydentowi lipcowych decyzji w kwestii reformy sądownictwa. W tym kontekście media skłonne są odczytywać wtorkową rezygnację Marcina Mastalerka z funkcji dyrektora do spraw komunikacyjnych PKN Orlen. Mastalerek poinformował, że przechodzi do sektora prywatnego. Dlaczego „dobra zmiana” dotknęła właśnie jego? To właśnie były rzecznik PiS i bliski współpracownik Andrzeja Dudy w zwycięskiej kampanii, zdaniem partii rządzącej, rzucił pomysł zablokowania przez prezydenta reformy sądownictwa. Na Nowogrodzkiej są przekonani, że Mastalerek jest także autorem pomysłu o przeprowadzeniu referendum konstytucyjnego. Przypomnijmy, pomysł ten na początku maja dość mocno zaskoczył PiS i samego Jarosława Kaczyńskiego. To zbiegło się niespodziewanie ze zmianą na stanowisku rzecznika prezydenta Marka Magierowskiego (obecnie wiceszefa MSZ). Zastąpił go Krzysztof Łapiński, z którym Mastalerek jest w bardzo bliskim kontakcie – czytamy na portalu Onet. Nasuwa się pytanie: Czy rezygnacja przez Mastalerka z intratnej posady w PKN Orlen oznacza zemstę PiS na nieformalnym współpracowniku głowy państwa?

Teraz relacje prezydent – rząd nabrały jeszcze jaskrawszych odcieni. PiS ponownie został zaskoczony … słowami prawdy. Otóż kolejny człowiek prezydenta, prof. Michał Królikowski, odwiedził program Moniki Olejnik i na PiS nie zostawił suchej nitki. Tak mocnej i miażdżącej krytyki postępowania tej partii w sprawie sądów dawno nie było – czytamy na portalu NaTemat. Przypomnijmy: prof. Królikowski przygotowuje projekty nowych ustaw o sądownictwie. – „Nie dopuszczam takiej sytuacji, że można lojalnością wobec państwa tłumaczyć tak radykalny zamach na instytucję” – powiedział do Olejnik. Dalej było tylko lepiej. Projekty przygotowane przez rządzącą ekipę nazwał „doraźnymi”, „krótkowzrocznymi” i „destrukcyjnymi” i zabrakło jego zdaniem całościowej wizji sądów. Powiedział też, że PiS „zlekceważył” konstytucję przenosząc wszystkich sędziów Sądu Najwyższego w stan spoczynku. Dlatego prezydenckie veto uważa za „genialną, mądrą i propaństwową decyzję”.

To nie wszystko: Trudno, żeby jego słowa spodobały się partii rządzącej, ponieważ uznał zasadność lipcowych protestów! W przeciwieństwie do rządzących polityków nie mówił o sterowanej ani tym bardziej opłacanej akcji protestów. Oświadczył nawet: – „Ci ludzie pomyśleli, że coś ważnego im odebrano albo coś ważnego im się odbiera. I że nie wyrażają na to zgody”. Warto dodać, że prezydencki doradca był przed laty w rządzie PO-PSL wiceministrem sprawiedliwości. Partyjni oficjele, chociażby Krystyna Pawłowicz, po prostu obawiają sie Królikowskiego, co teraz – po występie u Moniki Olejnik – nie dziwi. Wyrażona przez niego krytyka pozostaje wszak w zupełnej sprzeczności z linią rządu.

ILE WARTE JEST SŁOWO POLITYKA PiS?

BIEDNA POLSKA PO „DOBREJ ZMIANIE”. LOS POTRAFI BYĆ JEDNAK IRONICZNY…

NO I JAKI ZAORAŁ ŁAPIŃSKIEGO. SUPER. PROSIMY O WIĘCEJ 🙂

Waldemar Mystkowski pisze o nieuniknionej walce w PiS.

Duda jest skazany na konflikt z Kaczyńskim

Na tym nie skorzysta PiS, ale to dobra wiadomość dla Polski

Na prezesa Jarosława Kaczyńskiego, Antoniego Macierewicza i Andrzeja Dudę należy patrzyć w szerokich kontekstach i wzajemnych współzależnościach, które nie muszą być kompetencjami ich funkcji. Zadałem pytanie: kim jest Kaczyński, gdy wiadomo, iż na Macierewiczu ciążą konkretne podejrzenia?

Renata Grochal z „Newsweeka” o tych dwóch politykach PiS mówiła w TOK FM: „Macierewicz realizuje politykę, którą Jarosław Kaczyński chce realizować”. I trudno nie zgodzić się z publicystką. Ba, nastręczają się bardzo konkretne pytania. Co chce Kaczyński zrobić w Wojskiem Polskim, z polską obronnością?

A w związku z tym pojawią się od razu trzy następne pytania. Czy Kaczyński rękoma Macierewicza chce rozbroić Polskę (nie zakupiono przez dwa lata żadnego sprzętu, bo trudno zaliczyć do niego samoloty dla VIP-ów, zaś najważniejszy kontrakt na śmigłowce bojowe Caracale został zerwany, w zamian niczego nie zaproponowano)?

Drugie pytanie. Czy Kaczyński chce wyrzucać z wojska najbardziej kreatywny element w postaci generałów, jak generał Mirosław Różański, co przypomina czystki Stalina w latach 30-tych? I trzecie pytanie: Czy Kaczyński chce stworzyć z Wojsk Obrony Terytorialnej prywatną armię PiS?

Kaczyńskiego z Macierewiczem łączą szczególne związki. Nikt nie jest mu tak bliski, nawet nie był brat Lech Kaczyński, ani też trzeci bliźniak Ludwik Dorn, ten ostatni dzisiaj pozostaje jego wrogiem. Beata Szydło szybciej przestanie być premierem niż Macierewicz ministrem. Ta ostatnia myśl jest autorstwa Grochal, acz podobnie myślałem.

I teraz nałóżmy te powinowactwa zamiarów Kaczyńskiego z Macierewiczem na postać Andrzeja Dudy. Konflikt prezydenta z prezesem jest nieunikniony, a nawet w dalszej perspektywie rozrywający PiS.

Chyba podobnie myślą generałowie – i to wyborni dowódcy w sile rozwoju zawodowego – jak wspomniany już Różański, ale też dziesiątki innych, którzy zawiązali Fundację Stratpoints z nadrzędnym celem, aby najlepsi generałowie – cenieni np. w NATO – nie marnowali się. Generałowie zwrócili się nawet z przesłaniem do prezydenta: „Jesteśmy otwarci na współpracę z prezydentem Andrzejem Dudą”.

Ciągle miejmy w tyle głowy, że Kaczyński wysługuje się Macierewiczem, a Duda powiedział tym zamiarom stop, nie podpisując listy awansów na generałów.

Następna sprawa, która nabiera rumieńców, acz nie musi nam się podobać, ale na pewno nie będzie podobać się prezesowi i jego otoczeniu. Na medialne światło wyciekły zręby dwóch prezydenckich ustaw sądowniczych, które mają być procedowane w Parlamencie na miejsce zawetowanych w lipcu.

Nie spodobają się rządowi PiS, bo kompetencje ministra sprawiedliwości zostaną cedowane na prezydenta, który przyznaje sobie w ten sposób rolę bezpiecznika. Np. gdy w Sejmie większość trzech piątych posłów nie wyłoni kandydatów do Krajowej Rady Sądownictwa, prezydent wskaże własnych kandydatów. Przeciek do mediów ma służyć głównie wzmocnieniu politycznemu prezydenta.

Duda więc skonfliktowany jest nie tylko z Macierewiczem, a w istocie z Kaczyńskim, dorzućmy do tego konflikt ze Zbigniewem Ziobrą, nie piszę o Szydło, bo ta marionetka nie ma narzędzi na usamodzielnienie, zresztą byłoby ono niemożliwe przy jej kompetencjach intelektualnych.

Duda nie musi się nam podobać. Widać, iż zaczął bać się o swoją przyszłość, przecież nie chce skończyć przed Trybunałem Stanu, a jeżeli tak myśli i choć trochę o Polsce, to jest skazany na konflikt z Kaczyńskim. Na tym nie skorzysta PiS, ale to dobra wiadomość dla Polski.

Nie chcemy już więcej waszej „fatalnej zmiany”

Nie chcemy już więcej waszej „fatalnej zmiany”

Nie chcemy już więcej waszej „fatalnej zmiany”

Dorota Warakomska o Kongresie Kobiet.

Co Polkom po Kongresie Kobiet

Na tym nie skorzysta PiS, ale to dobra wiadomość dla Polski

Na prezesa Jarosława Kaczyńskiego, Antoniego Macierewicza i Andrzeja Dudę należy patrzyć w szerokich kontekstach i wzajemnych współzależnościach, które nie muszą być kompetencjami ich funkcji. Zadałem pytanie: kim jest Kaczyński, gdy wiadomo, iż na Macierewiczu ciążą konkretne podejrzenia?

Renata Grochal z „Newsweeka” o tych dwóch politykach PiS mówiła w TOK FM: „Macierewicz realizuje politykę, którą Jarosław Kaczyński chce realizować”. I trudno nie zgodzić się z publicystką. Ba, nastręczają się bardzo konkretne pytania. Co chce Kaczyński zrobić w Wojskiem Polskim, z polską obronnością?

A w związku z tym pojawią się od razu trzy następne pytania. Czy Kaczyński rękoma Macierewicza chce rozbroić Polskę (nie zakupiono przez dwa lata żadnego sprzętu, bo trudno zaliczyć do niego samoloty dla VIP-ów, zaś najważniejszy kontrakt na śmigłowce bojowe Caracale został zerwany, w zamian niczego nie zaproponowano)?

Drugie pytanie. Czy Kaczyński chce wyrzucać z wojska najbardziej kreatywny element w postaci generałów, jak generał Mirosław Różański, co przypomina czystki Stalina w latach 30-tych? I trzecie pytanie: Czy Kaczyński chce stworzyć z Wojsk Obrony Terytorialnej prywatną armię PiS?

Kaczyńskiego z Macierewiczem łączą szczególne związki. Nikt nie jest mu tak bliski, nawet nie był brat Lech Kaczyński, ani też trzeci bliźniak Ludwik Dorn, ten ostatni dzisiaj pozostaje jego wrogiem. Beata Szydło szybciej przestanie być premierem niż Macierewicz ministrem. Ta ostatnia myśl jest autorstwa Grochal, acz podobnie myślałem.

I teraz nałóżmy te powinowactwa zamiarów Kaczyńskiego z Macierewiczem na postać Andrzeja Dudy. Konflikt prezydenta z prezesem jest nieunikniony, a nawet w dalszej perspektywie rozrywający PiS.

Chyba podobnie myślą generałowie – i to wyborni dowódcy w sile rozwoju zawodowego – jak wspomniany już Różański, ale też dziesiątki innych, którzy zawiązali Fundację Stratpoints z nadrzędnym celem, aby najlepsi generałowie – cenieni np. w NATO – nie marnowali się. Generałowie zwrócili się nawet z przesłaniem do prezydenta: „Jesteśmy otwarci na współpracę z prezydentem Andrzejem Dudą”.

Ciągle miejmy w tyle głowy, że Kaczyński wysługuje się Macierewiczem, a Duda powiedział tym zamiarom stop, nie podpisując listy awansów na generałów.

Następna sprawa, która nabiera rumieńców, acz nie musi nam się podobać, ale na pewno nie będzie podobać się prezesowi i jego otoczeniu. Na medialne światło wyciekły zręby dwóch prezydenckich ustaw sądowniczych, które mają być procedowane w Parlamencie na miejsce zawetowanych w lipcu.

Nie spodobają się rządowi PiS, bo kompetencje ministra sprawiedliwości zostaną cedowane na prezydenta, który przyznaje sobie w ten sposób rolę bezpiecznika. Np. gdy w Sejmie większość trzech piątych posłów nie wyłoni kandydatów do Krajowej Rady Sądownictwa, prezydent wskaże własnych kandydatów. Przeciek do mediów ma służyć głównie wzmocnieniu politycznemu prezydenta.

Duda więc skonfliktowany jest nie tylko z Macierewiczem, a w istocie z Kaczyńskim, dorzućmy do tego konflikt ze Zbigniewem Ziobrą, nie piszę o Szydło, bo ta marionetka nie ma narzędzi na usamodzielnienie, zresztą byłoby ono niemożliwe przy jej kompetencjach intelektualnych.

Duda nie musi się nam podobać. Widać, iż zaczął bać się o swoją przyszłość, przecież nie chce skończyć przed Trybunałem Stanu, a jeżeli tak myśli i choć trochę o Polsce, to jest skazany na konflikt z Kaczyńskim. Na tym nie skorzysta PiS, ale to dobra wiadomość dla Polski.

Mariola dopowiada: „Kongres daje wsparcie. Jak mam jakiś problem, z czymś nie mogę sobie poradzić, dzwonię do dziewczyn i wiem, że mnie wesprą. Dodadzą otuchy. Uświadomią mi moją siłę”.

Siedzimy w jednej z wałbrzyskich restauracji. Omawiamy szczegóły konferencji „Czas na kobiety”, poświęconej aktywności zawodowej i społecznej kobiet. Odbędzie się następnego dnia w Wałbrzychu na terenie Starej Kopalni – centrum nauki i sztuki. Teresa od 27 lat prowadzi niedużą firmę – sklep z materiałami budowlanymi. Mariola zajmuje się poradnictwem zawodowym, aktywizacją osób bezrobotnych i doradztwem edukacyjnym dla młodzieży. Obydwie są w sile wieku. Uśmiechnięte, energiczne, chętne do działania. Dołącza do nas Ela, głównodowodząca w tym zespole. „Aktywna emerytka”, jak o sobie mówi, martwi się o frekwencję i czy wszystko wypali podczas konferencji. Wiadomo jak to jest, niespodzianki na ostatnią chwilę[1].

Wałbrzych jest specyficznym miastem. Dużo tu żon górników, które w czasach świetności kopalni nie musiały lub nie mogły pracować, bo mężowie im nie pozwalali. Nie uzupełniały też wykształcenia. Zajmowały się dziećmi i domem. Taka była tradycja. Ale gdy kopalnie zamknięto, a 25 tysięcy górników i pracowników przedsiębiorstw pracujących na rzecz kopalń odeszło z pracy z dnia na dzień, te kobiety zostały z niczym. Bez zawodu. Bez motywacji do pracy. Za to często ze sfrustrowanym mężem. Pieniądze z odpraw szybko się skończyły. Wtedy okazało się, że coś trzeba zrobić, jakoś żyć, więc kobiety wzięły sprawy we własne ręce.

Ela – pedagożka, nauczycielka, wykładowczyni i harcerka – była na wszystkich ogólnopolskich Kongresach Kobiet w Warszawie. „Dzięki temu, że jest ten ogólnopolski ruch społeczny, my, w terenie, umiemy znaleźć ideę, dla której pracujemy. Umiemy się zjednoczyć. To platforma, w której odnajdujemy się wszystkie. Integrujemy się. Znajdujemy dla siebie zadania. A poza tym wymyślamy co chwilę coś nowego” – mówi Ela. Przyznaje, że Kongres otworzył jej oczy i wyczulił ją na sprawy kobiet. Teraz jest wiceprzewodniczącą Rady Seniorów przy prezydencie Wałbrzycha.

Teresa dodaje: „Od dwóch lat widzimy, że garnie się do działania coraz więcej kobiet, i to młodych. To bardzo cieszy”.

A co cieszy mnie, co uważam za największe sukcesy istniejącego już dziewięć lat Kongresu Kobiet? Te właśnie te trzy kobiety z Wałbrzycha i setki, tysiące im podobnych w różnych miastach i wsiach w całej Polsce. Kobiety, które zrozumiały, że tylko przez wspólne działanie mogą odmienić swój los. Kobiety, które nie siedzą w kapciach przed telewizorem, nie płaczą i nie rozdzierają szat, gdy mają problemy, tylko zakasują rękawy – jak obrazowo mówiła podczas kampanii wyborczej w 2016 roku w Stanach Zjednoczonych Michelle Obama, namawiając na udziału w wyborach i wsparcia Hillary Clinton – i biorą się do pracy. Jej częścią jest przekonywanie kolejnych kobiet, że warto działać. Że bycie kobietą to wspaniała rzecz, bo ma się poparcie tak wielu znanych i nieznanych, sławnych i zwyczajnych kobiet. Że solidarność nie jest zarezerwowana dla wielkiej polityki albo mężczyzn, ale w praktyce dotyczy także kobiecej codzienności.

O solidarności, a także o stereotypach i sposobach na ich pokonanie rozmawiamy podczas dyskusji na temat aktywności zawodowej kobiet. Dzielimy się także wiedzą, jak wyciągać wnioski z popełnionych błędów. Jak się nie załamać po ogłoszeniu upadłości. Skąd brać pomysły. Gdzie szukać wsparcia, a gdzie pieniędzy. Dyskusja w Wałbrzychu się przeciąga, jak zwykle, bo uczestniczące w spotkaniu kobiety też chcą zabrać głos, pochwalić się inicjatywami, podzielić doświadczeniami.

Po dwóch turach praktycznych warsztatów (jak prowadzić firmę, jak się samorealizować i działać z entuzjazmem, jak rozpoznać swój potencjał) spotykamy się znów wszystkie w sali plenarnej i mam wrażenie, że kobiety nie chcą się rozstać. Potrzebują takich rozmów, wskazówek, ale i bycia wysłuchaną. A gdy widzą, że inna miała tak samo pod górkę, ale dała radę, łatwiej im planować działania. I choć każda z konferencji w cyklu „Czas na kobiety” jest inna ze względu na dostosowany do specyfiki regionu dobór warsztatów i osób dyskutujących, wszędzie zauważam to samo: kobiety wiedzą, że dyskryminacja jest prawdziwym problemem, tak samo jak seksizm. I dopóki nie zadbają o własne bezpieczeństwo, o życie bez przemocy, o przestrzeganie należnych im praw, dopóty nie będą miały siły ani motywacji, by zabiegać o awans czy podwyżkę. A przecież niezależność finansowa daje kobietom wolność.

Tydzień później jestem w Koninie. Tu odbywa się już piąty regionalny Kongres Kobiet. Niepełnosprawne dzieci tańczą na scenie, zagrzewając do dyskusji. Na widowni panie z Kół Gospodyń Wiejskich oraz Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Amazonki, rolniczki, nauczycielki, przedsiębiorczynie. Na scenie tłumaczka migowa, wśród widzów jest bowiem spora grupa osób głuchych i niedosłyszących.

Pierwszy panel – o seksie. Terapeutka, promotorka kobiecej seksualności, dziennikarka i tak zwana kobieta domowa dyskutują o tym, że seks i władza idą w parze, że seks jest wtedy, gdy obie strony mają na to ochotę, że najwyższy czas, by kobiety zadbały o własne potrzeby. „Bądźmy po stronie kobiet. Pilnujmy naszych granic” – apelują. Drugi panel – o stereotypach płciowych. „Różowy czy niebieski” – rozmawiają uczennice i uczniowie z I liceum w Koninie. Pokazują nagrany przez siebie film z przedszkolakami. Pada pytanie, czy dziewczynka może być strażakiem. Maluchy odpowiadają chórem: „Tak!”. A jedna z dziewczynek dodaje: „Strażaczką!”. Widownia bije brawo.

W trakcie przerwy jest okazja, by odwiedzić stoiska w „parku kobiet” w hallu  domu kultury i kina Oskard, gdzie odbywa się jubileuszowy koniński kongres. Stoiska organizacji pozarządowych, inicjatyw pomocowych i kobiecych biznesów przeżywają oblężenie. Kobiety pozdrawiają się, wymieniają telefonami, robią pamiątkowe zdjęcia. Tymczasem w sali na scenę wchodzi córka Ewy, konińskiej pełnomocniczki stowarzyszenia. Agnieszka przez pięć lat istnienia Kongresu w Koninie zdążyła zacząć i skończyć studia.

„Czego nauczyłam się przez te pięć lat?” – pyta. I od razu wyjaśnia: „Nauczyłam się solidarności. Solidarności według kobiet. Jesteśmy od siebie totalnie różne. Jednak co roku ramię w ramię tworzymy coś ponad podziałami. Nauczyłam się współpracy. Współpraca jest na maksa ważna, bo razem znaczymy więcej niż osobno. Nauczyłam się, że w Stowarzyszeniu Koniński Kongres Kobiet »niemożliwe« nie istnieje”. Agnieszka się uśmiecha, ale zaraz poważnieje. „Nauczyłam się, że wolność, demokracja i wszystko to, w co kiedyś wierzyłam, może mi zostać tak łatwo odebrane. Kongres Kobiet zawsze był apartyjny, jednak nigdy apolityczny. Przez pięć lat zmieniło się moje rozumienie walki o prawa kobiet. Pięć lat temu moim marzeniem były suwak i parytet, dzisiaj jest nim godna opieka okołoporodowa. Pięć lat temu chciałam edukacji seksualnej w szkołach, dzisiaj chcę rozsądnej, przemyślanej edukacji, także patriotycznej i historycznej. Pięć lat temu moim przyjaciołom ciężko było mnie wyciągnąć na Manifę czy Marsz Równości. Dzisiaj nie wyobrażam sobie siedzenia w domu, gdy próbuje mi się mówić, jak mam żyć. Zwracam się do moich rówieśników. Urodziliśmy się w wolnym, demokratycznym kraju, dorastaliśmy w europejskiej wspólnocie. Jeśli kochacie nasz kraj tak samo jak ja, musicie chodzić na wybory, musicie startować w wyborach, musicie się angażować”.

Zrywam się z miejsca, podobnie jak wszystkie kobiety w sali, rozlega się burza oklasków. Zerkam na Ewę. Jest dumna z córki, wzruszona, śmieje się. A ja myślę, że takich Ew i Agnieszek potrzebujemy w każdej gminie.

Na przemyślenia o zmianie pokoleniowej nie ma czasu, bo na scenie rozpoczyna się panel feministów. „To jest draństwo, że mężczyzna ze względu na inny chromosom uważa, że może być na piedestale. Patriarchat się przeterminował” – mówi Janusz Leon Wiśniewski, naukowiec i pisarz. A publicysta Roman Kurkiewicz wyjaśnia, dlaczego dla wzmacniania kobiet i równouprawnienia tak ważne jest używanie żeńskich końcówek i nazw zawodów.

Ostatni panel: „Dzień kobiet na co dzień czy od święta?”. Dyskutują dwie posłanki (Joanna Mucha z PO i Paulina Hennig-Kloska z .Nowoczesnej), przedstawicielka show biznesu i ja.  W tym czwórgłosie wyraźnie słychać, jak bardzo zmieniłyśmy się przez ostatnie lata. Dzień kobiet w tym roku upłynął pod znakiem protestów, strajku kobiet i wezwań do przestrzegania naszych praw.

Koniński Kongres kończy się muzycznym występem organizatorek, które stworzyły grupę Ale Babki, i wspólnym śpiewaniem wszystkich na sali „Babę zesłał Bóg…”.

Gdy wieczorem wracam do Warszawy, zdaję sobie sprawę z ogromu pracy, jaką wszystkie przez minione lata wykonujemy. Punktem wyjścia były działania podjęte wokół organizacji I Kongresu Kobiet, na który zjechały ponad cztery tysiące uczestniczek z całej Polski. W trakcie zjazdu dyskutowały w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie o wkładzie kobiet w transformację i historię ostatniego dwudziestolecia w naszym kraju. Było to w 2009 roku. Od tego czasu kongresy odbywają się co roku. Podczas nich dyskutujemy, uczymy się, rozmawiamy z gośćmi z Polski i ze świata. Na pierwszym gościły między innymi Maria Kaczyńska i Jolanta Kwaśniewska, a tytułem „Polki Dwudziestolecia” została uhonorowana Henryka Krzywonos-Strycharska. Na drugim nagrodę otrzymała profesor Maria Janion. Trzeci Kongres okazał się wydarzeniem europejskim, z rekordową międzynarodową obsadą. Czwarty był poświęcony kobietom z obszarów wiejskich. Piąty wzywał do partnerstwa. Szósty, pod hasłem „Wspólnota, równość, odpowiedzialność”, pobił rekord uczestniczek (ponad dziewięć tysięcy). Siódmy opowiedział się za pomocą dla uchodźców i uchodźczyń. Ósmy wzywał do aktywności na rzecz demokracji.

Kolejne kongresy wypracowują postulaty – zbiór żądań i priorytetów, tematów, które są ważne dla kobiet, a które umykają rządzącym. Pierwsza lista w 2009 roku objęła 200 zagadnień, wśród nich: wprowadzenie parytetów płci na listach wyborczych,powołanie niezależnego rzecznika do spraw równości,sporządzanie corocznego raportu w Sejmie o sytuacji kobiet,skuteczną politykę prorodzinną,refundację zapłodnienia in vitro,ochronę kobiet i dzieci przed przemocą,reformę systemu edukacji, by przeciwdziałał dyskryminacji kobiet, uchwalenie ustawy o związkach partnerskich umożliwiającej osobom homoseksualnym i heteroseksualnym godne życie, zwiększenie skuteczności ściągalności alimentów.

Na kolejnych ogólnopolskich spotkaniach naszego ruchu prezentowałyśmy 10–20 postulatów wybranych spośród tych 200, które co roku na zakończenie Kongresu wręczałyśmy premierowi, jako wskazówkę, czego potrzebują kobiety. Premier – sześciokrotnie Donald Tusk i raz Ewa Kopacz – przedstawiał działania rządu na rzecz kobiet[2]. W minionym roku było inaczej. Po raz pierwszy nasze zaproszenie zostało zignorowane, a VIII Kongres Kobiet nie przyjął listy postulatów. W zamian zdecydowałyśmy się na oświadczenie, w którym przypomniałyśmy, że naszym celem, od początku, jest wzmocnienie demokracji, uczynienie jej bardziej równościową, bardziej wrażliwą na dyskryminację, na problemy kobiet. Dla nas brak rozwiązań prawnych dla związków partnerskich i równych praw osób tej samej płci to jedna z najważniejszych nierealizowanych wcześniej spraw. Ale teraz – jak wiadomo – sytuacja kobiet i mniejszości pogorszyła się znacząco. I dalej: „Dziś czas jakby się cofnął. Musimy troszczyć się nie tylko o równość i prawa kobiet, ale i o fundamenty samej demokracji, o jej podstawowe instytucje, o elementarne zasady wolności obywatelskiej. Obecna władza łamie zasady Konstytucji, pogłębia klerykalizację życia publicznego, ideologizuje edukację, upartyjnia media, inwigiluje obywateli, akceptuje język nienawiści, izoluje Polskę od Europy i wreszcie – podważa podmiotowość kobiet i ich prawo do podejmowania decyzji o macierzyństwie.

Nie godzimy się na to! Dlatego Kongres Kobiet będzie wspierał wszelkie inicjatywy obywatelskie na rzecz wolności, demokracji, swobodnego rozwoju społeczeństwa otwartego, praw indywidualnych obywateli i obywatelek. Jesteśmy i będziemy po stronie demokracji, praworządności, równości i europejskości”[3].

W dzisiejszych trudnych dla kobiet czasach warto przypomnieć sobie nasze największe sukcesy. Nie brakuje ich. Obywatelski projekt ustawy o parytetach na listach wyborczych był pierwszą bardzo konkretną inicjatywą Kongresu Kobiet. Zbieranie podpisów pod projektem w całej Polsce pokazało, jak ważne są działania na rzecz kobiet. Dlatego w 2010 roku zostało powołane Stowarzyszenie Kongres Kobiet. Gdy projekt trafił na początku 2010 roku do Sejmu, inicjatywę poparła i przedstawiła na sali plenarnej Izabela Jaruga-Nowacka. W toku prac parlamentarnych zmniejszono gwarantowany udział kobiet i mężczyzn na listach wyborczych do Sejmu, Parlamentu Europejskiego i samorządów z 50 do 35 procent. Ostatecznie ustawę w grudniu 2010 roku przyjął Sejm: za było 241 posłów (SLD, PO i PSL), przeciw – 154 (głównie PiS), 9 wstrzymało się od głosu. Prezydent Bronisław Komorowski podpisał ją na początku 2011 roku. Można uznać, że wprowadzenie w życie idei kwot jest ogromnym sukcesem Kongresu Kobiet. Tysiące osób – zarówno kobiet, jak i mężczyzn – które zbierały podpisy pod obywatelskim projektem, doskonale wiedziało, że nie chodzi o wprowadzanie do polityki kobiet na siłę, tylko o danie im szansy poprzez umieszczenie na listach wyborczych.

Następnym ogromnym osiągnięciem było doprowadzenie do ratyfikacji Konwencji Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, który to dokument obecny rząd uważa za zbędny. Znów nastąpiła ogromna mobilizacja: dziesiątki apeli, spotkań z politykami, konferencji prasowych, argumentów, przykładów oraz protestów – happeningów, gromadzących panie z czarnymi balonikami, twarzami pomalowanymi w siniaki. Wokół poparcia dla Konwencji udało się zjednoczyć organizacje pozarządowe. Przedstawicielki Kongresu Kobiet uczestniczyły w posiedzeniach komisji sejmowych. Dyskutowały, przedstawiały argumenty, walczyły z absurdalnymi stwierdzeniami, jakoby Konwencja miała zniszczyć naszą cywilizację…

Nasze starania trwały długo, ale było warto. W końcu zwyciężyło przekonanie, że Konwencja jest kompleksowym i skutecznym narzędziem walki z przemocą. Rząd podpisał dokument w grudniu 2012 roku, a Sejm ostatecznie zatwierdził ratyfikację w lutym 2015 roku – za głosowało 254 posłów, przeciw było 175, a 8 wstrzymało się od głosu. Ustawę ratyfikacyjną poparli w posłowie koalicji rządzącej PO-PSL oraz SLD i Twój Ruch. Przeciwko głosowali politycy PiS. Prezydent Bronisław Komorowski podpisał ustawę ratyfikującą w marcu 2015 roku.

Kolejne osiągnięcia ruchu kobiet to zmiany przepisów w wielu dziedzinach. Wymienię najważniejsze: refundacja zabiegów in vitro; wprowadzenie ścigania gwałtu z urzędu i zmiana formy przesłuchań ofiar przemocy seksualnej;zmiana ustawy żłobkowej; monitoring występowania luki płacowej w instytucjach publicznych (administracji centralnej i samorządowej, spółkach komunalnych); pozytywna opinia rządu do projektu unijnej dyrektywy kwotowej[4]; podwyższenie świadczenia pielęgnacyjnego; powołanie pełnomocniczki do spraw równego traktowania – najpierw Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz, następnie profesor Małgorzaty Fuszary.

Te sukcesy to efekty żmudnej pracy Kongresu. Tysięcy rozmów, nieustannego prezentowania postulatów, przekonywaniu ministrów i parlamentarzystów. To setki, jeśli nie tysiące spotkań w Sejmie, Senacie, poszczególnych resortach. To rozmowy naszych pełnomocniczek regionalnych z władzami samorządowymi. To konferencje prasowe, udzielane wywiady. To przedstawiane analizy, raporty, fakty i dane. To wielogodzinne dyskusje, w bardziej i mniej  oficjalnych okolicznościach, często niełatwe. To wreszcie happeningi i protesty.

Teraz, gdy kobietom są odbierane ich prawa, protestujemy i będziemy protestować jeszcze głośniej. Kongresowy ruch społeczny skupia osoby indywidualne, organizacje pozarządowe, przedstawicielki biznesu, polityki, świata nauki, sztuki, kultury, dziennikarstwa, związków zawodowych, związków pracodawców itd. – kobiety z całej Polski, o różnych poglądach, z różnych środowisk, ponad politycznymi i wszelkimi innymi podziałami. Henryka Bochniarz i Magdalena Środa, dwie kobiety, które zapoczątkowały i kontynuują pracę na rzecz Kongresu Kobiet, są tego najlepszym przykładem. Dwa różne światy, dwie różne wrażliwości, różne historie życiowe i jedna misja – połączyć kobiety.

Często spotykam się z poglądem, że Kongres Kobiet to „paniusie w garsonkach” – takie słowa padają z ust niektórych feministek i osób z lewej strony sceny politycznej, co chyba ma znaczyć, że paniom z biznesu jest nie po drodze ze „zwykłymi” kobietami. Często słyszę też, że nasz ruch jest zbyt radykalny w swoich feministycznych postulatach i działaniach – to z kolei głos środowisk biznesowych i osób, które wolałyby działania powolne, są bardziej konserwatywne i boją się rewolucji. Pewnie obie grupy mają rację – jesteśmy różne, ale na tym polega nasza siła. Tak, są z nami sławne panie, między innymi Krystyna Janda, Agnieszka Holland, Maja Ostaszewska, Katarzyna Żak. Ale w kongresowym ruchu społecznym działają też bibliotekarki, rolniczki, sołtyski, robotnice, matki, babcie. Najzwyklejsze kobiety. To ich codzienna praca przynosi najwięcej efektów. Na to nakładają się inicjatywy podejmowane przez Stowarzyszenie – monitoring mediów, obserwatorium nierówności płci, szkolenia antydyskryminacyjne, badanie sytuacji kobiet w różnych dziedzinach – skutkujące raportami, konferencjami, szkoleniami.

Dzięki tym działaniom coraz więcej mówiło się o kobietach i ich znaczeniu, powstało wiele organizacji, stowarzyszeń, fundacji, klubów na rzecz kobiet. Kongres Kobiet jest platformą wspierającą różne tego typu działania. Nie uzurpuje sobie prawa do reprezentowania wszystkich kobiet w Polsce, ale wokół tej inicjatywy w całej Polsce wiele się dzieje. Jedne zarażone ideą współpracy i działania kobiety wciągają następne – w edukację, w małe wspólnoty, w ruch emancypacyjny, w wolność i równość.

Idę ulicą Białegostoku. Właśnie zakończyła się kolejna dyskusja o aktywności kobiet na rynku pracy. Podbiega do mnie długowłosa blondynka po trzydziestce. Dziękuje za konferencję, za wiedzę, wsparcie. „Zawsze wydawało mi się, że nie jestem feministką. Że te słowa o walce, stereotypach i dyskryminacji mnie nie dotyczą” – mówi szybko. „Jednak coraz częściej widzę, na każdym kroku, że macie rację. Mniejsze zarobki, pomijanie w szkoleniach, mąż oczekujący obsługi w domu, teściowa, która mówi, że w głowie mi się przewraca, bo nigdy nie będę równa i żebym się z tym pogodziła” – dodaje zawstydzona.

Dlaczego nie zabrała głosu podczas konferencji?

„Jeszcze nie mam śmiałości, by mówić o tym publicznie” – wyjaśnia.

Jeśli choć przez chwilę miałam wątpliwości, czy warto organizować kolejny Kongres Kobiet, czy warto zabiegać o zdobycie finansów, pokonywać setki trudności organizacyjnych, logistycznych, zarywać noce… Ta myśl znika w ułamku sekundy. Oczywiście, że warto. Kolejne kobiety zostaną zarażone świadomością swoich praw, szkodliwości stereotypów, ideą działania i współpracy. Uśmiecham się więc do długowłosej blondynki i mówię: „Do zobaczenia na kolejnej konferencji albo na regionalnym Kongresie, albo na następnym, dziewiątym już ogólnopolskim Kongresie, który w tym roku po raz pierwszy wyjeżdża z Warszawy. Do zobaczenia we wrześniu w Poznaniu!”.

Nie chcemy już więcej waszej „fatalnej zmiany”

Nie chcemy już więcej waszej „fatalnej zmiany”

Nie chcemy już więcej waszej „fatalnej zmiany”

>>>

POKAŻMY, ŻE NIE TYLKO W KRYNICY POTRAFIĄ JĄ DOCENIĆ :)))

POKAŻMY, ŻE JUREK NIE JEST SAM. WPISUJCIE DOWOLNE KOMENTARZE. UŻYWAJCIE DOWOLNYCH SŁÓW. POBIJMY REKORD DLA WOLNOŚCI SŁOWA.

Waldemar Mystkowski pisze o państwie PiS.

W państwie PiS nie dziwi nic

Jeżeli Macierewicz jest szpiegiem, to kim jest Kaczyński?

Państwo PiS to coś na kształt świdra. Szybko się przyzwyczailiśmy do tego przerostu formy nad treścią, możemy tylko się zastanawiać, czy to farsa, groteska, operetka? Można też podejść do tematu z poważnej strony: czy to dramat, który przerodzi się w tragedię?

Andrzej Duda już przed 15 sierpnia poprosił Beatę Szydło – pisze „Fakt” – czyli zażądał dymisji Antoniego Macierewicza. Jeżeli to operetka, więc zapytajmy: ach, dlaczegoż to, dlaczegoż? Ano dlategoż – jak informuje pracownik Kancelarii Prezydenta: – „Nic im w tym MON nie wychodzi”. – „Sprawa zakupów dla wojska leży, reforma dowództwa jest nie do przyjęcia” – podlicza polityk PiS pokraczność Macierewicza.

Kolejne odkrycie polityka bliskiego Dudy: – „Macierewicz jest człowiekiem, z którym nie da się rozmawiać i to jest podstawowy problem”. To zaczyna być dramat. Więc Duda w stosunku do Macierewicza uprawia polityczny język migowy. Nie wezwie go i nie powie mu wprost, tylko puszcza zajączki, jak w przemówieniu w Święto Wojska Polskiego: – „To jest armia Rzeczypospolitej Polskiej, to nie jest niczyja armia prywatna”. A my durnie myśleliśmy, że chodzi o prywatne pisowskie Wojska Obrony Terytorialnej.

Nie. Chodzi o Wojsko Polskie. Więc Duda zaserwował tragedię i wojsko pozostawił bez generałów, nie podpisał listy nominacji na generałów, którą przedstawił mu Macierewicz.

A ja zachodzę w głowę, a dlaczego Duda sobie nie przedstawi własnej listy i nie podpisze jej? A co na to Szydło? I tutaj mamy groteskę, a może farsę. No, przecież pani Szydło nie dostała pozwolenia od pana prezesa Kaczyńskiego, więc jak mogłaby zdymisjonować Macierewicza. Tydzień temu jednak powiedziała: – „Swoimi działaniami naraził się wielu wpływowym grupom interesów, więc ma wrogów. Powtórzę to, co mówiłam: nie widzę powodu, żeby ministra Macierewicza dymisjonować”.

Z tej logorei premier wychodzi, że Duda jest reprezentantem „wpływowych grup interesów”. Czy prezes Kaczyński pozwoliłby zwolnić do cywila swego kapłana kitu smoleńskiego?

Jedźmy dalej. Człowiekiem Roku Forum Ekonomicznego w Krynicy została Beata Szydło. To jest niewątpliwie farsa. Dostała 13 głosów, wychodzi na feralną farsę. Rozumiem, że na tym Forum nagradza się egzekutywę ekonomiczną, czyli rządzących, ale jaką ekonomiczną myśl reprezentuje Szydło, oprócz rozdawnictwa? To raczej nie ekonomia, a dobroczynność. Gdyby została Człowiekiem Roku Forum świętej Teresy, rozumiałbym. A tak do czynienia mamy z kitem.

I trzeci news z państwa PiS. Do mieszkania Tomasza Piątka, a dokładnie „do mieszkania jego rodziny”– pisze o tym Paweł Wroński, dziennikarz „Wyborczej” – wpadła sobie policja, pokręciła się po chacie i wypadła stwierdzając, że to „pomyłka”. Wroński nie pisze, czy wpadli z paralizatorami, czy bez.

Większą wiedzę byśmy mieli, gdyby przez pomyłkę policja użyła paralizatora, przynajmniej byśmy wiedzieli, że wpadli sobie z paralizatorem. Waldemar Kuczyński nazywa to „klasycznymi esbeckimi metodami nękania”. No, tak, ale wpadli przez pomyłkę. Taka pisowska forma esbeka przez pomyłkę.

Oczywiście chodzi o publikację Tomasza Piątka „Macierewicz i jego tajemnice”. Jestem zdziwiony, że nikt w PiS nie podejmuje tropów, które prowadzą na Kreml i są solidnie udokumentowane przez pisarza. Publicyści zadają pytania: czy Antoni Macierewicz jest rosyjskim szpiegiem? Vide ostatni „Newsweek”. Ha, moje zdziwienie potęguje logiczna konstatacja: jeżeli Macierewicz jest szpiegiem, to kim jest Kaczyński?

Może wytłumaczenie owego zdziwienia wiele tłumaczyłoby z państwa PiS, które jest ni to groteską, farsą, operetką, dramatem, czy też tragedią. Ni pies, ni wydra, coś na kształt świdra.

PIĄTEK MA RACJĘ

>>>

Jedna wiadomość dziwniejsza od drugiej. To tylko w państwie PiS.

Kitem Roku została Beata Szydło, dla niepoznaki ta ngroda przyznawana na Forum Ekonomicznym w Krynicy nazywa się Człowiekiem Roku.

Szydło to kit.

Ryszard Petru ma rację. Ten kit jest rozwojowy. „Za rok Putin ma murowaną”.

No i druga wiadomość. Niekoniecznie kit, ale pisowski smród z pewnością.

Andrzej Duda jasno zakomunikował premier, że oczekiwałby dymisji Macierewicza – mówi nam współpracownik głowy państwa. Dodaje, że „nie może tego formalnie zażądać, ale wyraził się jasno”. Rozmowa odbyła się przed 15 sierpnia, przed ogłoszeniem decyzji prezydenta o odwołaniu nominacji generalskich. Jednak dopiero teraz te szczegóły wychodzą na jaw. – Macierewicz jest człowiekiem, z którym nie da się rozmawiać i to jest podstawowy problem – mówi nam polityki bliski prezydentowi. Dodaje, że inny problem, że „nic im w tym MON nie wychodzi”. – Sprawa zakupów dla wojska leży, reforma dowództwa jest nie do przyjęcia – wylicza”.

Przytomnie pyta Kleofas Wieniawa.

Jeżeli Macierewicz jest szpiegiem, to kim jest Kaczyński?

to : ➡️ Wsparcie dla młodych ➡️ Troska o seniorów ➡️ Pomoc samorządom ➡️ Uproszczenie VAT

>>>

Arcyciekawa diagnoza prof. Bohdana Góralczyka. Sami wypychamy się z Europy. Zastosowanie art. 7 bardzo blisko.

wiadomo.co >>>

„Powiatowa Szydło całkiem niedawno nie miała pojęcia, kiedy Polska weszła do UE.”

Nie akceptujemy dyktatu demokracji, rozumu. Kołtun Szydło.

Jerzy Sosnowski na Koduj24.pl pisze o pojęciu suwerena i jego uwagach.

Uwagi suwerena

Suweren w państwie demokratycznym to nie elektorat zwycięzcy w wyborach.

Powoli kończy się lato, które spędziłem z dala od telewizora, jak również z dala od Warszawy, a chwilami także z dala od Polski. O wydarzeniach społeczno-politycznych w kraju dowiadywałem się z opóźnieniem, niejako w streszczeniu. Taki sposób obserwacji życia publicznego ma swoje niemałe zalety. Sprawia mianowicie, że wypadki drobniejsze po prostu nie zaprzątają naszej uwagi, a te nieco grubsze – dostajemy w pakiecie, po dwa, po trzy. Dzięki temu angażujemy w nie mniej emocji, niż by to się działo, gdybyśmy dowiadywali się o nich pojedynczo. Poza tym bywa, że w takim pakiecie wydarzenia oświetlają się od razu nawzajem, nawzajem się interpretują.

Wracając do zwykłej aktywności publicystycznej, a jeśli trzeba będzie, to i obywatelskiej, zastanawiam się, co z minionych tygodni zapadło mi w pamięć. I wychodzi mi lista kwestii, które chciałbym podać pod rozwagę zarówno Państwu, jak… naszemu państwu. Czyli: tak moim PT Czytelnikom, jak władzom, choć te ostatnie myślą zapewne raczej, jak naszą stronę – podobnie do innych niezależnych mediów – zamknąć, niż jak znaleźć czas, by nas poczytać.

Suweren

Jeśli to słowo, które zrobiło przez ostatnie dwa lata karierę dzięki politykom PiS, potraktować serio i zgodnie ze słownikiem, to we współczesnej Polsce należę do „suwerena”, choć nie głosowałem na rządzącą obecnie partię. „Suweren” to bowiem podmiot rządów, a więc w państwie demokratycznym nie elektorat zwycięzcy w wyborach, lecz naród polityczny, w imieniu którego sprawuje władzę rząd. Innymi słowy: wśród obywateli naszego kraju nie sposób wskazać kogoś, kto by się nie składał na zbiorowe istnienie „suwerena”, z wyjątkiem oczywiście nielicznych skazanych na czasową utratę praw publicznych oraz chwilowych gości. Suweren nie może rządzić u siebie przeciw współobywatelom, gdyż rządziłby przeciwko sobie; jako się rzekło, w państwie poza „suwerenem” nikogo innego nie ma. Właśnie w związku z tym: tak długo, jak długo wspomnianych praw publicznych mi się nie odbiera, uprzejmie proszę o uwzględnienie, że „suweren” myśli TAKŻE to, co poniżej wyłożę.

Gwałt i kara śmierci

Gwałt, a może jeszcze bardziej gwałt zbiorowy, jest jedną z najokropniejszych zbrodni, myślę, że zaraz po morderstwie. W wielu krajach, nawet jeśli formalnie system prawny każe go tak właśnie traktować, istnieje skłonność do odejmowania gwałtowi tej mrocznej powagi. Ta tendencja, jak wolno chyba ufać, stopniowo się kończy: sprawcy gwałtów, tak jak mordercy, winni być przekonani o nieuchronności kary i o tym, że będzie ona bardzo surowa. Ale do tych zdań, mam nadzieję, że oczywistych, należy dołożyć dwa punkty dodatkowe. Po pierwsze: kolor skóry gwałciciela nie ma tu nic do rzeczy. Jeśli ktoś w związku z tragicznym wydarzeniem w Rimini nakręca w Polsce histerię w stosunku do mieszkańców Afryki, udając, że podobnych bestialstw nie dopuszczają się również Europejczycy, w tej liczbie Polacy, to – choćby przysięgał na wszystko, że nie jest rasistą, owszem: JEST RASISTĄ. I powinien być jako taki wyłączony z życia publicznego nie przez nas, swoich politycznych przeciwników, ale przez tych, którzy go wybrali. Bo jak traktować Was z szacunkiem, jeśli tolerujecie w swoich szeregach kogoś takiego? Nawet, jeśli poniewczasie częściowo wycofał się ze swoich słów.

I po drugie: kara śmierci w Polsce, podobnie jak we wszystkich krajach Unii Europejskiej, została zniesiona w 1998 roku, a ostatecznie, tzn. również dla okresu ewentualnej wojny, w roku 2013. Mimo zrozumiałego, bo właściwego (niestety) dla homo sapiens odruchu zemsty, mimo naszej gatunkowej krwiożerczości, mimo dającej się wyjaśnić przez socjologię potrzeby unicestwienia odmieńca przez społeczność, która sobie ze sobą nie radzi – likwidacja kary śmierci była decyzją moralną. Kto na nią narzeka, może sobie nie zadawać trudu w wymyślaniu uzasadnień, gdyż po prostu daje upust temu, co w nim niższe, zwierzęce. Sprawiedliwość nie jest zemstą, a zemsta nie jest żadnym rozwiązaniem (o czym zresztą expressis verbis uczył Polaków… Mickiewicz). Wykorzystywanie tragedii turystów dla przywrócenia w Polsce kary śmierci jest kolejnym aktem czynienia z nas, Polaków, ludzi gorszych, niż możemy być.

Veto (dla zachwytów)

Oczywiście, ucieszyłem się z prezydenckiego veta wobec dwóch z licznych ustaw, które pan prezydent powinien był zawetować (a tego nie zrobił). Ale lokowanie na tej podstawie nadziei na poprawę sytuacji w Polsce właśnie w obecnym mieszkańcu Pałacu Prezydenckiego przypomina mi ironiczną tezę, pochodzącą chyba jeszcze ze starożytności, że najłatwiej zostać generałem w obozie wroga. Andrzej Duda wreszcie przyhamował z używaniem swojego długopisu i nagle mamy obrońcę ładu konstytucyjnego? Czy przypadkiem po naszej stronie konfliktu nie zaczynamy przesadzać z wielkodusznością?

Ale oczywiście sporom w obozie władzy przyglądam się, jak wszyscy, z nadzieją. I odwrotnie: w kręgu ludzi, którzy widzą jasno zagrożenia, ściągnięte na Polskę przez PiS, należałoby kłócić się jak najmniej. Krytykować, kiedy nie ma już innego wyjścia, nie wcześniej. Nie myślę o jakimś zakazie dyskusji, co byłoby okropne, ale o niezwalczaniu działań, które zostały podjęte w dobrej wierze – nawet, jeśli nie są pozbawione wad. W manifeście Kultura Niepodległa, który podpisałem wraz z innymi tysiącami sygnatariuszy, są na pewno, obok doskonałych sformułowań, zdania mniej trafne. A jednak sytuacja, w której tę inicjatywę krytykuje nie tylko Paweł Lisicki i jego towarzysze, ale również to ten, to tamten publicysta z naszego kręgu ideowego, wydaje mi się… niezręcznością. Sięgam po słowo oględne właśnie dlatego, żeby się nie kłócić.

Niemcy

Nie, no dajcie spokój. Wpływowy polityk wyskakuje nagle w 2017 roku z kwestią reparacji. Do tej pory sądziłem, że spał tylko 13 grudnia rano. Teraz okazuje się, że spał przez ostatnie pół wieku. Bo od podpisania układu Gomułka-Brandt (1970) cokolwiek się chyba wydarzyło?…

Po tym żałosnym wystąpieniu ministerstwo spraw zagranicznych starało się całą aferę wyciszyć. Szkoda byłoby o tym mówić, gdyby nie:

Powaga Polski

Przejażdżka po Europie, nawet tak skromna, jak ta, która mnie się w tym roku przydarzyła, każe z całą mocą napisać: polityka zagraniczna PiS jest przeciwskuteczna, a odmalowany przez pisowskie media obraz świata jest światem na opak. Rodacy, jak Was u licha przekonać, że czarne jest czarne? Obudźcie się, jesteście ofiarami gigantycznego, ciągnącego się już od kilkunastu miesięcy „fake-newsa”. Polska nie wstaje z kolan, tylko się izoluje, co w naszej części świata oznacza pakowanie się w łapy Rosji. Już nie pamiętacie, jak to było? Niemcy nie są narodem przebranych elegancko esesmanów, bo swoją przeszłość z mozołem przepracowali (są wyjątki, ale obłąkańców można znaleźć wszędzie). Niemcy nie są przy tym równocześnie – zresztą, jak by to było możliwe? – bezwolną ofiarą inwazji islamistów. Również Francja – nie stała się z tygodnia na tydzień wrogiem Polski, tylko nie może dogadać się z naszym rządem, ewidentnie na jego życzenie. Instytucje, które nam pomagały przez ostatnie trzy dekady (albo i dłużej), ludzie, którzy w Europie Zachodniej nam sprzyjali, patrzą na Polskę oczami okrągłymi ze zdziwienia. Jak to możliwe, że kraj najskuteczniej wychodzący z postkomunizmu teraz nagle zamienia się w coś operetkowego? Jak europejskie państwo może aż tak sobie szkodzić? – to są pytania, które Polak na Zachodzie słyszy co chwila.

Wiem oczywiście, że dla większości czytelników koduj24.pl powyższy akapit to zbiór oczywistości. Zastanówmy się może, jak skutecznie przebić się z tymi oczywistościami do ludzi, którzy nie zdają sobie z nich sprawy. Tak, zapewne nie jeżdżą za granicę i nie znają języków obcych. Ostrożnie: ani jedno, ani drugie, to nie ich wina. Owszem, poseł Kaczyński mógłby nie być dziwakiem i po świecie trochę się rozejrzeć. Ale wielu jego entuzjastów na to nie stać.

Odpowiedzialność posła

A propos: z oddalenia jeszcze lepiej widać, że jeśli kiedykolwiek ktokolwiek będzie chciał rozliczać obecne władze z działań sprzecznych z Konstytucją, jeśli kiedykolwiek ktokolwiek postawi pytanie o odpowiedzialność obecnej ekipy za obniżenie pozycji międzynarodowej Polski, jeśli ktokolwiek zacznie szukać winnych dopuszczenia do debaty postaw jawnie łamiących nasze prawo – okaże się, że jest jedna osoba z całą pewnością zupełnie niewinna. Ta osoba nazywa się Jarosław Kaczyński i nie sprawuje żadnej funkcji państwowej. Pomysłowe, choć wobec współpracowników (czy raczej podwładnych) okrutne.

Na koniec zwierzę się z pewnego lęku, który bije z zupełnie innego źródła. Otóż odnoszę wrażenie, że tego lata, gdy się wiodło „długie nocne Polaków rozmowy”, niepokojąco często pojawiało się pytanie – tak to delikatnie nazwę – o długowieczność polityków. Ja jeszcze z przygotowania do Pierwszej Komunii pamiętam, że z życzenia komuś drugiemu śmierci należy się spowiadać. Tymczasem nie da się ukryć, że pewien procent z nas zaczyna doświadczać tego rodzaju pokusy. A jakby tak…? Przecież bez niego…

Nie przeprowadziłem statystycznie ważnego sondażu, ani zresztą żadnego. Nie wierzę zresztą, by taki sondaż był do przeprowadzania: zbyt wielu ludzi zdaje sobie sprawę, że ich marzenie jest cokolwiek niestosowne. Ale w rozmowach… Przeraziło mnie, że nieomal wszystkie kończyły się tak samo. Że świat potoczyłby się lepiej, gdyby ten pan, no wiesz, sam rozumiesz, Jerzy, 67 lat to już jest poważny wiek, prawda? I choroby się zdarzają…

To moment na coś więcej, niż zacytowanie kwestii Zbigniewa Zapasiewicza z „Barw ochronnych”: „Jesteśmy przecież humanistami, nie tylko z zawodu”. To moment na powiedzenie ostro: życzenie komuś śmierci, choćby półgłosem, to igranie ze złem, które i tak w nas wszystkich tkwi. Nie dać mu wyjść na zewnątrz, to zadanie może ważniejsze, niż jakiekolwiek inne.

POLSKA PO „DOBREJ ZMIANIE”…

NO I STAŁO SIĘ. PO CHAMSKIM WYBRYKU ANTONIEGO NA WESTERPLATTE, KUKIZ SIĘ OBUDZIŁ.

Waldemar Mystkowski pisze o reparacjach wojennych, nowej błyskotce medialnej PiS, którą świeci w oczy i otumania.

Brudziński rodem z podświadomości PiS

Joachim Brudziński w „Śniadaniu w Trójce” był łaskaw powiedzieć, iż „Biuro Analiz Sejmowych przygotowuje informację, dotyczącą możliwości domagania się przez Polskę od Niemiec odszkodowań za straty wojenne”.  Reparacje za II wojnę światową będą jednym z dwóch, trzech najważniejszych elementów strategii pisowskiego wyjścia Polski z Unii Europejskiej.

Akcenty będą różnie rozkładane w zależności od sytuacji, zaś antygermańskość będzie o tyle ważna, iż izolacja Polski i pogarszająca się sytuacja gospodarki – a ten trend uruchomi się, bo Niemcy to nasz główny rynek eksportowy – muszą mieć przyczynę zła.

Za wybuch II wojny światowej odpowiadają Niemcy, a nie hitlerowskie Niemcy. Taki paradygmat wroga jest obowiązkowy w TVP. Praca nad tym ksenofobicznym genem już się rozpoczęła.

Do niedawna Jarosław Kaczyński miał wymarzonego wroga wśród niemieckich polityków, a była nim Erika Steinbach. Nazywałem ją trzecim bliźniakiem, dużo wartościowszym dla politycznych emocji prezesa PiS niż wszelacy Dornowie. Prezes nie musiał się wysilać, aby w swoim elektoracie wzbudzić negatywne emocje do Niemców.

Dzisiaj taka Steinbach przydałaby się, niestety, przeszła na emeryturę. Nic straconego, bo domaganie się reparacji wysypie Steinbachami jak grzybami po deszczu. Niemcy przejdą z pozycji adwokata emancypacji Polski na domagającego się przestrzegania prawa międzynarodowego. Wszak mogą powiedzieć: OK z reparacjami, dostaniecie je pod warunkiem, że oddacie nam zagrabione Ziemie Odzyskane. Czyli PiS idzie na handel – reparacje w zamian za jedną trzecią Polski i to tę najbogatszą, tzw. ścianę zachodnią z Wrocławiem, Szczecinem i Gdańskiem.

Reparacje to jest podświadomość PiS? Takie psychologiczne dążenie do samobójstwa, które dotyczy nie tylko persony (człowieka), ale także określonych grup z określonymi wartościami, nazywanych niekiedy sektami. Mianowicie staniemy się bogatsi o bilionową górę szmalu, a zostaniemy Polską okrojoną do Kraju Priwislańskiego. Bo nie wierzę, aby w ramach tak pojętych reparacji Ukraina zwróciła nam Lwów, Białoruś Grodno, a Litwa Wilno. Chyba, że Macierewicz ze swoimi Wojskami Obrony Terytorialnej niczym Żeligowski będzie odzyskiwał ziemie I i II Rzeczpospolitej.

Mniej więcej taki sens mają dzisiaj reparacje za II wojnę światową. PiS proponuje chaos i wodę z mózgu tym, którzy dadzą się nabrać na tę propagandę. Ale mimo to grozi nam wyjście z Unii Europejskiej i to jest ta konsekwencja podświadomości PiS.

A WIĘC JUŻ WIADOMO ILE PROCENT STANOWI TZW. BETON

Zibi znany jest z tego, że na TT potrafi wbić „szpilę”. Tym razem zgasił Rysia Cz. SZACUNEK DLA BOŃKA!

>>>

Narodowe czytanie. ,,Wesele”: Miałeś chamie złoty róg, ostał Ci się ino sznur.

Chocholi taniec PiS – niestety, kosztem nas wszystkich.

To jedna z głębszych myśli ostatnich czasów.

Mama pisze poezję częstochowską (rymy), syn uprawia krytykę częstochowską.

Tamara Olszewska na Koduj24.pl pisze o państwowych obchodach Sierpnia ’80.

Państwowe obchody Sierpnia’80 tylko dla wybranych

Dobry działacz tamtej Solidarności to tylko ten, który jest po stronie PiS-u; pozostałych trzeba ośmieszyć i zniszczyć.

31 sierpnia 1980 roku podpisane zostały Porozumienia Sierpniowe, od których zaczęła się nasza droga do transformacji ustrojowej i wolnej Polski. Jak się okazało, trudno w pisowskiej Polsce czcić pamięć bohaterów tamtych dni. Trudno wspólnie wspominać, zapalać znicze, kłaść kwiaty. Coś się zupełni pokręciło, społecznie rozjechało i zamiast dobrej pamięci pozostaje niesmak, jakiś żal, smutek.

Nikt nie spodziewał się cudu pojednania w rocznicę Porozumień Sierpniowych, ale może była jakaś maleńka iskierka nadziei, że może w tym roku będzie spokojniej, bez ostrych słów, tak bardziej godnie… Nic bardziej mylnego. Najpierw debata, kto zasługuje na miano pierwszego bohatera tamtych wydarzeń. Wmawianie Polakom od dwóch już lat, że to właśnie Lech Kaczyński, zaczyna zbierać owoce. Co piąty Polak jest przekonany, że to on i tylko on, jest tym pierwszym wśród pierwszych. Jeszcze kilka lat, a nikt już z takim „faktem” nie będzie dyskutował. Telewizja Publiczna puściła materiał poświęcony, jak to określono, „wyblakłym legendom Solidarności”, starając się maksymalnie zminimalizować rolę Lecha Wałęsy i Henryki Krzywonos w walce o wolną Polskę. Zgodnie z zasadą, że dobry działacz tamtej Solidarności to tylko ten, który po stronie PiS-u, pozostałych trzeba ośmieszyć i zniszczyć, na tyle skutecznie, by zniknęli całkowicie z kart historii.

Kilka dni przed obchodami wiadomo było, że tym razem uroczystości odbędą się w Lubinie. Pan Duda obiecał to mieszkańcom podczas swej kampanii prezydenckiej i postanowił dotrzymać słowa. W tej sytuacji, wydawało się, że nie ma żadnego problemu, by KOD Pomorze zorganizował obywatelskie obchody Porozumień Sierpniowych właśnie na pl. Solidarności w Gdańsku. No i się zaczęło… W dzisiejszej Solidarności aż się zagotowało. Padło wiele słów, wśród których „prowokacja”czy „zdrada” to bardzo subtelne epitety. Padły nawet groźby o „zdecydowanej reakcji” członków związku, jeśli ktokolwiek spróbuje ograniczyć ich prawo do organizacji uroczystości. Biegiem też pognał pan Piotr Duda do zaprzyjaźnionego wojewody i załatwił wyłączność na organizowanie cyklicznych obchodów rocznicy Porozumień. Tak więc, Solidarność poczuła się usatysfakcjonowana, a KOD przeniósł swoje uroczystości niedaleko, w okolice Sali BHP. O tym, jak to wyszło, napisała mi Jagoda Białobrzeska, gdańszczanka i koderka: – „Pani Tamaro szkoda, że nie mogła Pani zobaczyć dzisiejszych popołudniowych obchodów w Gdańsku. Chciało się śmiać i płakać. Gdańszczanie przedzierający się przez bramy obstawione przez policję, a na naszym placu Solidarności, ogrodzeni przez szeregi policji – oni, ta niby Solidarność, chyba zwieziona z całej Polski i te megafony drące się na cały regulator, jak za Gomułki. Stałam i patrzyłam z niedowierzaniem. I jeszcze jedno… Wojewoda wydał zarządzenie, że plac Solidarności blokuje na „ich” obchody od rana do 19.00, a wie Pani, kiedy zaczęli? O 19.00, wtedy kiedy i my, mieszkańcy Gdańska. Żal gardło ściskał, patrząc na nasz plac Solidarności otoczony szczelnie policją, a w środku ludzie idący w szeregach z mnóstwem transparentów, jak za komuny, zwiezieni z całej Polski. A my oddzieleni szczelnie kordonem policji, jakbyśmy nieśli że sobą jakąś zarazę… Pomyśleć tylko, to jedna Polska i jeden naród….”.

Po drugiej stronie mieliśmy pokaz hipokryzji i kłamstwa. Po drugiej stronie to nie były obchody Porozumień Sierpniowych. To kolejny cyrk, pełen buty i arogancji. Przemówienia pełne frazesów. Wmawianie narodowi, że teraz wreszcie można świętować „godnie”, odgrodzenie się od prawdy historycznej. Był pokaz całkowitego oderwania od rzeczywistości, niezrozumienia, czym ten dzień jest dla nas, Polaków, pokazanie, kto zasłużył, a kto nie, na wspominanie. Chamstwo pana Śniadka, bajdurzenie pana Piotra Dudy, przemówienie prezydenta, bajeczki w wersji Szydło. Jak pięknie w pisowskie obchody rocznicy Porozumień Sierpniowych wpisał się też metropolita krakowski, abp Jędraszewski. Na mszy, poświęconej wydarzeniom sprzed 37 lat, powiedział m.in. – „Zdajemy sobie sprawę z tego, że byli ludzie, którzy na „Solidarności” zrobili karierę, w jakiejś mierze zdradzając tych, którzy świadczyli o autentycznej sile „NSZZ Solidarność”. Oczywiście, ci źli są tam, a ci dobrzy razem z rządem PiS-u. Ciekawa jestem, jaką nagrodę dostanie arcybiskup za kolejny publiczny akt przymierza z posłem K. i spółką.

Oglądając wczoraj transmisję z obchodów rocznicy Porozumień Sierpniowych, obywatelskie uroczystości w Wielkopolsce, na Podkarpaciu, Śląsku, w województwach dolnośląskim, mazowieckim, zachodniopomorskim, kujawsko-pomorskim i pozostałych; w miastach i miasteczkach całej Polski, uświadomiłam sobie jedno. Godność, honor, pamięć Sierpnia uratował KOD i inne organizacje, w których według PiS-u sami zdrajcy i gorszy sort Polaków. To właśnie one okazują się jedynym spadkobiercą tamtych nastrojów, nadziei. To właśnie one dopisują kolejne karty, gdzie jest tyle miejsca na prawdę, uczciwość, szacunek dla minionego czasu, dla ludzi, którym zawdzięczamy tak wiele.

Wczoraj na mszy w Lubinie padły słowa: „przekażcie sobie znak pokoju”. Jak widać, politycy PiS zupełnie nie rozumieją, jakie jest znaczenie tego przesłania. Nie znaleźli w sobie ani dobrej woli, ani chęci, by „znakiem pokoju” podzielić się z narodem.

„…ale Einsteinem i tak nie będzie”.

„Powiatowa Szydło całkiem niedawno nie miała pojęcia, kiedy Polska weszła do UE.”

Waldemar Mystkowski pisze o 1 września, jak PiS hańbi wszystko, co się da.

Politycy PiS z nożem w zębach

Naród jeszcze spał, gdy PiS rozpoczął kanonadę, aby odzyskać rocznicę rozpoczęcia II wojny światowej. Na Westerplatte to nie były obchody 78. rocznicy wybuchu, ale 8. rocznica przemówienia Lecha Kaczyńskiego. W przeddzień 1 września uroczystości przeformatowała zapomniana Anna Fotyga, a szkoda! – bo ona jest krew z krwi pisowskiej, kość z kości kaczystowskiej.

Antoni Macierewicz zarządził, iż harcmistrz ZHP Artur Lemański nie odczyta Apelu Poległych, wysłał do jego blokowania żandarma i Misiewicza w spódnicy niejaką Agnieszkę Michalak. Był apel smoleński – a jakże! – bo i na Westerplatte pociski z pancernika Schleswig-Holstein osłaniał własną piersią Lech Kaczyński, zresztą odpowiedzialny za katastrofę smoleńską.

Beata Szydło odczytała napisane dla niej przemówienie. Jej nie w głowie jakieś wojny ani apele smoleńskie, ale moralne zwycięstwo (1:27 to jej stygmat), moralne prawo. Pani Szydło przeczytała: „Polska ma moralne prawo stać na straży praw wszystkich państw”.

Po takim dictum Frans Timmermans się musi nawrócić, bo Szydło ogłosiła Polskę pisowską strażnikiem praworządności. To znaczy, że wszyscy się mylimy – dewastację trójpodziału władzy, niszczenie demokracji ma się z powodu moralnego prawa.

Przemówienia pisane dla Szydło są fatalnej jakości, ale jeszcze gorszych piszących ma Andrzej Duda, gdyby chcieć zacytować obszerne fragmenty przeczytanych przez nich przemówień, to należałoby przestrzec przed taką polszczyzną i nazwać je grafomanią. Czy PiS tylko beztalencia może zwerbować do swojej propagandowej pracy?

Duda jak Messerschmitt poleciał do Wielunia i przypomniał, że zanim Westerplatte zostało zbombardowane, Wieluń przyjął pierwsze hitlerowskie, pardon: niemieckie ciosy: – „Atak na Wieluń to symbol niemieckiego bestialstwa i złamania konwencji międzynarodowych”. Duda poleciał lotem koszącym – tj. reparacyjnym. Temat odszkodowania jest obowiązujący w retoryce PiS: „Potrzebna jest pamięć, przebaczenie i zadośćuczynienie”. Wszystkie trzy rzeczowniki to kula w płot, marnym obrońcą byłby Duda, na odcinku przez niego bronionym, wróg wszedł w jego linię obrony, jak nóż w masło.

Od prezydenta wymaga się odrobiny intelektu, przyzwoitości i prawdy historycznej. Czy Duda nie chodzi do kościoła – wiem, że chodzi, tylko do jakiegoś marnego – bo w każdej świątyni przynajmniej raz do roku przypomniany jest słynny list z 1965 roku biskupów polskich do niemieckich, z obowiązkową frazą dla polskiej pamięci zbiorowej: „przebaczamy i prosimy o wybaczenie”. Bardzo to komuchom się nie podobało, a może Duda przeszedł na komusze pozycje? Może zamiast czyhać na okazję złapania hostii, należy nadstawić uszy i otworzyć rozum – na wartości chrześcijańskie.

My sobie śpimy, a politycy PiS przeformatowują demokrację i prawo (Szydło), patriotyzm (Macierewicz) i wartości chrześcijańskie (Duda). Zamiast nich mamy: pisowską demokrację, podobną do demokracji ludowej w PRL, zamiast patriotyzmu jakiś pisizm smoleński (kit) i miast wartości uniwersalnych, czasami nazywanych wartościami chrześcijańskimi, domagania się ecie-pecie (zadośćuczynienie).

Przeformatowanie pisowskie można określić jednym poręcznym kolokwialnym idiomem: nóż w zębach. Kończąc: budzisz się i miast być gotowy do zmagania się z codziennością, napotykasz pisowszczyznę mściwości, zakłamania i zapowiedzi zamordyzmu.

JAKIE PAŃSTWO – TAKI CYRK

>>>

Rocznica Porozumień Sierpniowych. Wydarzenie, którego nie pozwolimy odebrać historii!

SZUBARTOWICZ W PUNKT!

Wreszcie “Dobrej zmianie“ coś się udalo.

Magdalena Środa o Macierewiczu.

I śmieszno, i straszno

Paramilitarne rządy Macierewicza budzą to przerażenie, to śmiech.

Na studia wraca „wojsko”. To fantastyczny pomysł! Dzisiejsza młodzież za dużo siedzi w internecie, „na wojsku” pozna realne życie, a zwłaszcza dowie się wielu niezwykle użytecznych rzeczy: „jak zabijać innych”, „gdzie w pobliskim schronie jest zupa”, no i „co robić, gdy w pobliżu wybuchnie bomba atomowa”. Pamiętam świetnie! – „Trzeba się przykryć natłuszczonym papierem. Jeśli nie zdążysz dotrzeć do lodówki po smalec, sięgnij po gazetę, ta zawsze jest pod ręką”.

„Na wojsku” – prócz wielu innych umiejętności (nie pamiętam dziś jakich) – rozwinął się niewątpliwie mój duch patriotyczny. Zajęcie zbrojne i medyczne przeplatane bowiem były wykładami ideologicznymi: jak i dlaczego kochać socjalistyczną ojczyznę? Dlaczego Polacy mimo przegranych bitew są tak bohaterskim narodem? Oraz jak wspaniałym jest nasz Przywódca Partyjny! Wykłady były żołnierskie, a więc proste, ale też tematy były oczywiste. Wiedzy i talentów nie potrzebowały.

Teraz będzie, „jak kochać ojczyznę PiS”. Temat nieco bardziej złożony, ale wychowankowie Macierewicza pewno znają go już na pamięć. Liceum nie zdołało nauczyć mnie patriotyzmu a la Gierek, bo tak zwane „Przysposobienie obronne” służyło głównie do „chodzenia na azymut”, czyli na wagary. Na szczęście mieliśmy w klasie kolegę, który pasjonował się lotami bombowymi nad Warszawą w czasie II wojny światowej, czym zajmował uwagę wojskowego nauczyciela. Chłopiec ten był zresztą jedynym, który pragnął iść do wojska i jedynym w klasie, który miał kategorię dyskwalifikującą go. Tak więc „wojsko” zarówno w liceum, jak i na studiach osiągnęło przeciwny skutek do zamierzonego: nauczyło nas pacyfizmu, nienawiści do prostackiej ideologii i niechęci do zmarnowanego czasu (choć cośmy się pośmiali to nasze). Czy teraz też tak będzie? Wszystko wskazuje na to, że tak.

Nie wiem, co musiałoby się stać, by zajęcia z wojskowości osiągnęły taki poziom, że stałyby się pożyteczne i czy w ogóle muszą być pożyteczne? Na poziom intelektualny wykładowców chyba nadal nie ma co liczyć, bo militarny system odstrasza ludzi zdolnych, a paramilitarne rządy Macierewicza budzą to przerażenie, to śmiech (coś między „Dzielnym wojakiem Szwejkiem” a „Gwiezdnymi wojnami”). Na powagę zajęć również nie ma co liczyć, bo tylko wojskowi nie zdają sobie sprawy z braku skuteczności „żołnierskiego” przekazu jakichkolwiek wiadomości. „Wojsko” PiS na studiach będzie równie uciążliwe i zbyteczne jak „wojsko” za czasów Gierka, zwłaszcza, że – jak widać – wzorce absolutnie te same. I tak samo śmieszno, i straszno.

HARCERZE NIE SĄ PiS-OWI POTRZEBNI… WSTYD !!!

FOR i posłowie domagają się wyjaśnień od Szydło

Marek Tatała z Forum Obywatelskiego Rozwoju wysłał do Kancelarii Premiera wniosek z pytaniami, dotyczącymi ujawnienia dowodów, na których swoją wypowiedź o lipcowych protestach oparła Beata Szydło. W wywiadzie dla „Gazety Polskiej” stwierdziła, że były one opłacone i dobrze wyreżyserowane.

Tatała powołuje się na zapisy Konstytucji i ustawy o dostępie do informacji publicznej i pyta:
„1) Kto reżyserował ostatnią fale protestów?

2) Jakie dokumenty i inne materiały będące w posiadaniu Pani Premier potwierdzają, kto reżyserował ostatnią fale protestów?

3) Kto opłacał ostatnia falę protestów?

4) Jakie dokumenty i inne materiały będące w posiadaniu Pani Premier potwierdzają, kto reżyserował ostatnią fale protestów?

5) Jaką kwotą została opłacona ostatnia fala protestów?”

Kancelaria Premiera musi udzielić odpowiedzi w terminie 14 dni od daty wpłynięcia wniosku.

Z kolei Jacek Protasiewicz z Europejskich Demokratów wystosował interpelację poselską i prosi o odpowiedź na następujące pytania:

„1. Kto – zgodnie z wiedzą Pani Premier (osoba fizyczna, osoba prawna, organizacja pozarządowa etc.) – był podmiotem opłacającym opisane działania, które miały miejsce w lipcu 2017 r.? Jeżeli – ze względu na przepisy prawa – nie może Pani ujawnić konkretnych nazwisk bądź nazw, proszę o informację czy były to podmioty krajowe lub zagraniczne.

2. Jakiego rzędu kwoty wykorzystano do sfinansowania tych protestów?

3. Z jakich źródeł pochodzą informacje dotyczące opłacania społecznych protestów? Czy ta wiedza uzyskana została dzięki działaniom polskich lub zagranicznych służb specjalnych?

4. Jeśli posiadane przez Panią informacje mają źródło operacyjne, to proszę o odpowiedź na jakiej podstawie prawnej i z jakiego powodu takowe czynności były prowadzone wobec organizatorów i uczestników legalnych demonstracji w lipcu bieżącego roku?”

Podobne zapytanie wysłała Agnieszka Pomaska z PO. W przypadku interpelacji poselskich odpowiedź można sie spodziewać – niestety – po kilku tygodniach.

Tłum skandował \”Lech Wałęsa\” pod Pomnikiem Poległych Stoczniowców. Były prezydent: Musimy jeszcze raz się poderwać.

Waldemar Mystkowski pisze o obchodach rocznicy Porozumień Sierpniowych.

Duda, Szydło, Karczewski unikali Wałęsy, jak diabeł święconej wody

Andrzej Duda i Beata Szydło unikali 37. rocznicy Porozumień Sierpniowych w kolebce Solidarności, jak diabeł święconej wody. Ich doradcy wyszperali Lubin, więc pojechali tam, gdzie nikt ich się nie spodziewał. Prezydent Duda zdobył się na koślawą metaforę: – „Lubin krwią podpisał porozumienia sierpniowe”.

Akurat Sierpień ’80 ma się do 35. rocznicy Zbrodni Lubińskiej, jak Armia Krajowa (AK) do Żołnierzy Wyklętych. To zupełnie inny porządek. Szydło znowu wpadła w logoreę (bo nie wierzę, aby jej pisali takie przemówienia PR-owcy): – „Jesteśmy państwem demokratycznym, wolnym i suwerennym”. Na szczęście nie powiedziała, kto reżyserował i opłacał protesty w sierpniu 1980 roku.

Szydło i Duda uciekli od Lecha Wałęsy, wokół którego winny się obracać uroczystości, jak Ziemia wokół Słońca. Polska legenda jest żywa, czego nam zazdrości świat. Wałęsa nie sprzeniewierzył się demokracji, wolności i suwerenności, a tego o sobie nie mogą powiedzieć prezydent i premier. I to jest ich kłopot, ale też nasz wspólny frasunek, bo to jednak władze polskie. Musimy się za nich wstydzić.

Za to dziarsko poczynał sobie marszałek Senatu Stanisław Karczewski. On zwykle jest wysyłany na takie trudne chrzty bojowe. Nie trafia do osób, do których powinien trafić, ale trafia przynajmniej na rzeczone miejsce. Był na Białorusi, nie trafił do opozycji prodemokratycznej, ale do „ciepłego człowieka” Łukaszenki. Ma taki nietrafiony gen. Trafił do Gdańska, ale nie trafił do Wałęsy.

Ba, Karczewski nawet odezwał się do szefa gdańskiej Solidarności, który nijak się ma do szefów klasycznej Solidarności z lat 1980-81. Znowu mu wyszedł jakiś „ciepły człowiek”, jakiś żołnierz wyklęty. Koślawy ten marszałek. Za to słyszał o 21 postulatach sierpniowych, a także o porozumieniu sierpniowym, o czym był łaskaw powiedzieć: – „My tak naprawdę dopiero w tej chwili próbujemy realizować to, co państwo podpisaliście 37 lat temu”.

Jak to usłyszałem, a byłem w pozycji wertykalnej, usiadłem. Przynajmniej marszałek czuje się spadkobiercą komuchów i „próbuje realizować”, co tamci podpisali. A jak realizuje? To kolejna autokrytyka (komuchy nazywali to samokrytyką). Karczewski jako przykład niezrealizowanych postulatów podał dotyczący poprawy funkcjonowania systemu opieki zdrowotnej: – „Mamy jeszcze dużo do zrobienia w tym zakresie”. Ja odczytuję to jako krytykę ministra Konstantego Radziwiłła, który ostatnio wsławił się kumoterstwem, dał pół miliona na fundację kuzyna Radziwiłła. To peryfraza godna Marcela Prousta.

Po łebkach opisuję zachowanie władzy wobec najważniejszej rocznicy w naszej współczesnej historii i może ta moja pisanina brzmieć jak groteska, czy też farsa. Lecz niczego tutaj nie zmyślam. Władza tak się zachowuje, tak unika  odpowiedzialności, miga się, boi się stanąć oko w oko z bohaterem Wałęsą, który mieści się w krótkim porządku naszej wielkości: Mieszko I, Bolesław Chrobry, Władysław Jagiełło, Tadeusz Kościuszko, Józef Piłsudski.

Ławka naszych bohaterów jest krótka, na niej znajduje się nasza żyjąca legenda: Lech. To z nim należy się solidaryzować, jego fetować.

Powinienem jeszcze napisać o opozycji, do której mam zastrzeżenia, ale przynajmniej nie jest groteskowa i farsowa. Grzegorz Schetyna dzisiaj solidarność odczuwa z poszkodowanymi przez nawałnicę. I tam na Kaszuby zaprasza europosłów. Bo solidarność jest wówczas, gdy się nie boimy wspólnoty z poszkodowanymi, z innymi, z potrzebującymi. W solidarności od swojego można dostać po łbie nie tylko kropidłem, ale gdy chce się być świętoszkiem, to ucieka się od święconej wody, bo może okazać, że jest się diabełkiem, jak pisał wielki Molier.

78 LAT PO WOJNIE…

SZACUNEK, PANIE PREZYDENCIE

>>>

ASZdziennik dopatrzył się modyfikacji w logo „Solidarności”. Piękny prezent związkowców dla prawdziwego przywódcy strajku  

Najwybitniejszy polski scenarzysta filmowy w historii Krszytof Piesiewicz wczoraj pisał.

Michał Kuczyński na portalu crowdmedia.pl analizuje perfidną grę Dudy.

Podstępna gra Dudy. Czy prezydent przejmie partię Kaczyńskiego?

Siedemdziesiąt jeden lat będzie miał Jarosław Kaczyński, gdy w 2020 roku odbędą się wybory prezydenckie. Nie jest żadną tajemnicą, że w Prawie i Sprawiedliwości zdają już sobie sprawę, że w najbliższych latach nastąpi sukcesja władania nad obecnie rządzącą partią i już dziś toczy się rywalizacja o schedę po Kaczyńskim. Wielu dziś zastanawia się, kto może przejąć władzę w PiS – jedni mówią o Joachimie Brudzińskim, inni o Antonim Macierewiczu czy Mateuszu Morawieckim, którego ponoć namaścić ma sam naczelnik. Pojawiają się też ostatnio sondaże, że to Beata Szydło byłaby najlepiej widziana na stanowisku prezesa Prawa i Sprawiedliwości po odejściu Jarosława Kaczyńskiego na emeryturę. W rozważaniach politologów i komentatorów życia politycznego nie pada jednak nazwisko prezydenta Dudy. Nie wiedzieć dlaczego, nikt nie traktuje go poważnie, włączając w to jego kolegów z macierzystej partii.

I właśnie w tym lekceważącym traktowaniu prezydentury Andrzeja Dudy szukałbym przyczyn nie tylko prezydenckich wet do ustaw reformujących wymiar sprawiedliwości, ale i uruchomienia inicjatywy zmiany ustawy zasadniczej, którą prezydent objął patronatem. Andrzej Duda wcale nie chce skłócić się z Prawem i Sprawiedliwością, tylkochce na tyle wzmocnić siebie i swój urząd, by działacze partii Kaczyńskiego oraz ich sympatycy w chwili oddania władzy przez prezesa PiS to w nim widzieli najmocniejszego gracza po prawej stronie sceny politycznej. Wbrew pozorom ma do tego dziś wszelkie narzędzia.

Po pierwsze, demokratyczny mandat ponad 50% wyborców. Tego argumentu będzie używał wielokrotnie przez najbliższe lata, wbijając szpilkę właśnie Kaczyńskiemu, który nigdy tak dużego poparcia nie osiągnął. Już dziś politycy z najbliższego grona prezesa PiS powtarzają co prawda, że to taka specyfika wyborów, że to Kaczyński „wymyślił Dudę” i zrobił go prezydentem. W miarę jednak upływu czasu oraz powtarzanego argumentu, że to jednak było przekazanie mandatu do zmian Andrzejowi Dudzie, właśnie na jego korzyść będzie zyskiwał na sile. Tym bardziej w sytuacji, gdy dojdzie do starcia potencjalnych sukcesorów po Kaczyńskim – ani Brudziński, ani Morawiecki, ani tym bardziej Macierewicz takim mandatem społecznym pochwalić się nie mogą.

Po drugie, weta do ustaw, w których rośnie siła i uprawnienia członków gabinetu Beaty Szydło (czy innego premiera z PiS), a maleje władza prezydenta lub choćby samorządu, gdzie prezydent widzi potencjalnego koalicjanta. Przypomnijmy sobie uzasadnienie weta do ustawy o Sądzie Najwyższym czy o Krajowej Radzie Sądownictwa. Istotą zarzutów Andrzeja Dudy była zbyt duża władza ministra Ziobry, w znaczący sposób naruszająca jego bezpośrednie prerogatywy. Nie bez powodu wielu komentatorów mówiło w okresie lipcowego kryzysu, że gdyby prezydent podpisał ustawy o SN i o KRS, to w gruncie rzeczy przestałby już być PiS-owi potrzebny. Wszelką władzę nad jego być albo nie być zyskałby gabinet premiera. Na to Andrzej Duda, dumny z tego, że zagłosowało na niego więcej Polaków niż na partię Kaczyńskiego, pozwolić nie mógł. To przecież on obiecywał, że będzie wprowadzał reformy, które poprawią los najsłabszych Polaków. W kampanii wyborczej krytycy podkreślali, że przecież Konstytucja nie przewiduje dla niego narzędzi do prowadzenia aktywnej polityki, więc jego obietnice składane są na wyrost. Dziś można zaryzykować stwierdzenie, że już wtedy w głowie kandydata Dudy pojawił się pomysł, że w Polsce powinien być system prezydencki.

Trafnie zdiagnozował tę kwestię ostatnio Roman Giertych w swoim felietonie dla serwisu NaTemat, że ta rozszerzająca wykładnia przepisów Konstytucji, w ramach której prezydent przyznał sobie prawo do rozstrzygania, czy wniosek organu dotyczący jakiejś czynności jest dla niego wiążący czy nie, to nic innego jak próba zmiany systemu parlamentarno – gabinetowego w prezydencki. Podobnie z kwestią prawa łaski, zastosowaną w formie abolicji indywidualnej, które tak dokonane stawia prezydencką prerogatywę ponad wszelkimi innymi władzami. Rozpoczęcie inicjatywy zmiany ustawy zasadniczej pod hasłami wzmocnienia władzy prezydenta, który ma jego zdaniem najsilniejszy mandat do rządzenia w kraju z tytułu wyboru w wyborach bezpośrednich, to nic innego jak realizacja planu sformalizowania władzy prezydenta jako nadrzędnej. Gdyby ta inicjatywa się powiodła, po odejściu z aktywnej polityki prezesa Kaczyńskiego to właśnie gospodarz Pałacu Prezydenckiego byłby naturalnym przywódcą całej zjednoczonej prawicy.

Takie motywy inicjatyw prezydenta Dudy i rozpoczętego procesu emancypacji od centrali partyjnej rozgryzł już prezes Kaczyński oraz dwór go otaczający. Dlatego w inicjatywie zmiany konstytucji, mimo że pokrywa się ona przecież z programem PiS, to sojuszników w PiS dziś nie znajdzie. Nikt nie jest zainteresowany, by wzmacniać potencjalnego rywala do schedy po Kaczyńskim. Nie taką dla niego rolę przygotowano. Dlatego też jesienią należy się spodziewać dalszego konfliktu obozu prezydenckiego z centralą partyjną. Zresztą zalążki już widać po dzisiejszych wypowiedziach Beaty Szydło, która podkreśla, że to rząd, nie prezydent mają rację w kwestii ustaw sądowych. Słyszymy to także z ust Zbigniewa Ziobro, który otwarcie mówi, że większość 3/5 przy wyborze członków do KRS to już temat nieaktualny i nie do przyjęcia. Walka o władzę trwa więc w najlepsze. Tym razem jednak PiS i prezydent nie stoją już po tej samej stronie.

Koniecznie! 😀✌️

Waldemar Mystkowski pisze o rozpoczętym właśnie 3. sezonie rządów PiS.

Trzeci sezon serialu PiS

Producenci – czyli elektorat – może nie zechcieć finansować tej produkcji.

Sezon ogórkowy szybko minął, została po nim mizeria polskiej polityki. Właśnie wkraczamy w 3. sezon serialu produkcji mediów narodowych „Wyprowadzanie Polski z UE”, a także równoległego: „Chwyt narodu za twarz”.

W pierwszym odcinku zobaczyliśmy odświeżoną premier Beatę Szydło, która podzieliła się radosną nowiną („Ewangelia PiS”) w „Gazecie Polskiej”: – „Ostatnie protesty to wyreżyserowana, opłacona akcja mająca uderzyć w rząd”.

Pani Szydło winna jak najszybciej przedstawić adres kasy, która wypłacała szmal protestującym, nazwisko reżysera tych protestów (acz tego ostatniego jestem w stanie natychmiast wymienić), a to dlatego, że właśnie wyciągnąłem rękę i domagam się opłaty za mój protest. Każdego dnia wychodziłem na protesty, a nie skapnął mi żaden grosz. Przeciwnie – musiałem opłacać dojazd i jakoś zorganizować światełko, bo byłem jednym z wielotysięcznych ogniw „Łańcucha światła” w Poznaniu.

Reżyserem protestów była partia PiS, której ustawy znoszące niezależność sądów wyprowadziły rodaków na ulice. I nie uderzaliśmy „w rząd”, ale w honor prezydenta, aby zawetował ustawy. Domagaliśmy się 3 razy weto, niestety, były tylko dwa.

Drugim wątkiem rozpoczętego 3. sezonu rządów PiS jest przepisywanie historii na nowo. Rozdział z podręczników „Polska w Unii Europejskiej” rozpoczyna się „Prawo i Sprawiedliwość jest partią, która wprowadzała Polskę do Unii Europejskiej”. Został napisany ustami Konrada Szymańskiego w Radiowej Jedynce.

Wszyscy się oburzyli. Jak to? Wszak widzieliśmy, że Leszek Miller i Włodzimierz Cimoszewicz podpisywali akcesję Polski do UE, a Miller przytomnie się upomniał, że hola-hola: – „przecież ja jeszcze żyję”.

Szymański wcale nie musiał się pomylić. Dostępna jest w internecie odpowiedź pani Szydło na pytanie: kiedy Polska wstąpiła do Unii Europejskiej? Znacie? Przypomnę: „W 1992, a może 1993”. Wówczas Szymański był wiceszefem Młodzieży Wszechpolskiej, która to organizacja jest antyunijna, ale Szymański mógł robić za kreta.

Szymański jest kretem? Przyglądnijcie mu się dobrze. Trzeci wątek odcinka premierowego 3. sezonu jest autorstwa europosła, którego nazywam „O w pół do pierwszą” (on tak mówi, ta fraza w jego wykonaniu też jest dostępna w internecie). Ryszard Czarnecki był łaskaw się podzielić najradośniejszą nowiną (Stary Testament PiS), iż Westerplatte w 1939 roku bronili volksdeutsche, którzy organizują obchody 1. września. Oto w pełnym brzmieniu wpis na Twitterze: „Związek VOLKSDEUTSCHOW w Polsce organizuje obchody 1. Września na Westerplatte. Adamowicz przyznał im do tego prawo, bo się pierwsi zgłosili” (pisownia oryginalna).

Czarnecki musiał się poróżnić z panią Szydło albo wie, czego my nie wiemy, bo to ona ma brać udział w obchodach. Byłaby jednak zrozumiała postawa Szydło w wielu kwestiach, jeżeli uwzględnimy sugestię Czarneckiego – peryfrazę – iż jest volksdeutschem. Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz poleciał po honorze Czarneckiego: – „Jak Panu nie wstyd pisać takie rzeczy o Westerplatte, miejscu, w którym ginęli Polacy? Premier Szydło ma wziąć udział w tych uroczystościach”.

Czy Czarnecki ma zdolności honorowe? Ktoś, kto nakładał krawat czerwono-biały bywszy w Samoobronie, raczej nie ma honoru. Zauważmy, że w pierwszym odcinku we wszystkich trzech wątkach przewija się nazwisko Szydło, a nie ma w nim „ukrytej opcji” Jarosława Kaczyńskiego. Spokojnie, jutro, pojutrze się odezwie!

Ten 3. sezon może być rozstrzygający dla całego serialu PiS. Producenci – czyli elektorat – może nie zechcieć finansować tej produkcji, Unia Europejska ma już dość – ostro wypowiedzieli się Emmanuel Macron i Angela Merkel – więc przezornie w odwrotnym kierunku na Białoruś z poselską delegacją PiS udał się wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki (wcześniej przyjacielską kwerendę odbył marszałek Senatu Stanisław Karczewski, który wsławił się określeniem miejscowego satrapy Łukaszenki – „ciepły człowiek”). Czy Polacy zgodzą się na odwrócenie zadkiem do UE? Właśnie w tym sezonie będziemy o tym decydować.

To fakt – to jest wypowiedź godna debila

>>>