Posts Tagged ‘Donald Tusk’

4 teksty Waldemara Mystkowskiego.

Dyktaturka kalafiorowego gangstera i jego paprochów

Z przedsmakiem autorytaryzmu mamy do czynienia w dzisiejszej Polsce.

Wybitny aktor Andrzej Grabowski w wywiadzie dla portalu WP.pl dzieli się refleksjami z pracy nad rolą w sztuce teatralnej Bertolda Brechta „Kariera Arturo Ui”, która jest jedną z najwybitniejszych o totalitaryzmie w całej literaturze powszechnej. Brecht, pisząc sztukę w 1941 roku, wzorował się na współczesnym mu Hitlerze, lecz jest ona przede wszystkim uniwersalna dla każdego czasu. Z przedsmakiem autorytaryzmu mamy do czynienia w dzisiejszej Polsce.

Grabowski gra w sztuce aktora, który przysposabia do życia publicznego „kalafiorowego gangstera”, uczy Arturo Ui, jak zostać politykiem, wygrać wybory i wprowadzić dyktaturę. Grabowski ostrzega przed takimi gangsterami: – „Takich Uiów wokół nas mamy całą furę”.

Aktor samoistnie analizuje dyktaturkę w Polsce, która już nam zieje w twarz: – „Rządy takich kalafiorowych cwaniaczków mogą prowadzić do władzy totalitarnej. Najczęściej, tak jak to przedstawia Brecht, taki gangster kalafiorowy zaczyna od podporządkowania sobie wymiaru sprawiedliwości”. Żaden gangster nie przyzna się, że jest gangsterem ani dyktator, że jest nim bądź dąży do dyktatury: – „Przecież nie dąży do władzy totalitarnej, niczego nie niszczy, chce tylko dobrych zmian”.

Grabowskim wszak nie powoduje tylko to, że nie lubi Kaczyńskiego bądź PiS: – „Potrafią sobie wszystkich podporządkować i wmówić im, że działają dla dobra całego społeczeństwa. Straszą zagrożeniami ze Wschodu i z Zachodu, gwarantują bezpieczeństwo i kreślą wspaniałe perspektywy”.

Sztuka szybciej reaguje na zagrożenia niż nauki polityczne, socjologiczne, które wikłają się w ideologiczne spory i nie potrafią z nich wybrnąć. Acz możemy zgodzić się z Ludwikiem Dornem, który dla „Krytyki Politycznej” ten „przedsmak autorytaryzmu” nazywa: sadyzmem społecznym.

Jeżeli Kaczyński nie jest jeszcze w pełni dojrzałym Arturo Ui, to z pewnością osiągnął jego rozmiary kieszonkowe. Dyktator kieszonkowy to jest taki, który schowany za barierami i ochronami stara się niszczyć, co aktualnie w jego zasięgu ręki się znajduje. Jak zatem nazwać wysłanników delegowanych przez dyktatorka? Ano, paprochami wyciągniętymi z tejże niesprzątniętej kieszeni.

Przed takimi paprochem z kieszeni dyktatorka przestrzega na FB Andrzej Saramonowicz, scenarzysta i reżyser: „Bylejaki, byle nie Jaki!”. Jaki nie ma walorów intelektualnych i moralnych, ale ma „zająć przyczółek, jakim jest prezydentura Warszawy”.

Warszawiakom należy życzyć wszystkich, byle nie Jakiego. Co przypomina mi stary skecz „Student Awas” z kabaretu Elita grany przez Wojciecha Pszoniaka i Piotra Fronczewskiego. Byle kto, byle nie Jaki. W innym wypadku warszawiacy skażą się na pokazywanie sobie kółek na czole.

Iwona Hartwich wyrasta na Lecha Wałęsę protestu niepełnosprawnych

Rząd PiS przez weekend rozważał, jak wykołować protestujących niepełnosprawnych i ich opiekunów. Mateusz Morawiecki nie sprawdził się jako negocjator, gdyż z daleka widać, iż kieruje się złymi intencjami. Zdradza go ciało, a retorykę ma sztywną, jak urzędnik na usługach swego pana. Nawet możliwe, że w uszach ma wpięte głośniczki, jak zawodowi kolarze na trasie wyścigu, w których słyszą dyspozycje trenera. Morawiecki nie patrzy w oczy, zachowuje się, jakby miał zaraz wziąć nogi za pas.

Nie wyszło władzy z ogłoszeniem sukcesu podpisania porozumienia. Zostało podpisane z tymi, którzy nie protestują, a nawet ci po czasie ocenili, że zostali wykorzystani. Marszałek Kuchciński – postać zgoła nieszablonowa: polityk, który nie potrafi mówić – najpierw zakazał otwierać okna w miejscu, gdzie w Sejmie odbywa się protest, po długim czasie wydał zgodę na spacer. Kuchciński to specjalista od mowy-trawy „wicie-rozumicie”, podobnego długo by szukać, dlatego zacytuję fragment in extenso z jego spotkania 15 kwietnia z wyborcami pisowskimi: „My odbudowujemy dom – Polskę, w którym mieszka 38 milionów ludzi, prawda, a więc nie możemy odgrzybić, odszczurzyć, prawda, zastosować środków chemicznych, żeby raz-dwa wyremontować, tylko musimy, prawda, jeszcze dbać o zdrowie obywateli”. Pokraczność zaiste wybitna.

No i pisowcy wymyślili przez weekend, jak zrobić w bambuko protestujących. Mianowicie powtórzyć „sukces” poprzedniego „porozumienia”, podpisać podobne z organizacjami zajmującymi się niepełnosprawnymi i doprosić protestujących, ale daleko od Sejmu, bo w razie czego można ich już nie wpuścić na miejsce protestu.

Co może władza PiS zaproponować niepełnosprawnym? To samo, co wcześniej, lecz w innym opakowaniu. Czyli pomoc w towarze, a nie w pieniądzach. Jak to świetnie ujęła Iwona Hartwich, Lech Wałęsa tego protestu: niech zaproponują Kaczyńskiemu zamiast diety poselskiej 10 kg karmy dla kotów.

Rząd przez weekend uwijał się z pozarządowymi organizacjami zajmującymi się niepełnosprawnymi, których jest kilkanaście i są – niestety – ze sobą poróżnione. Stosował metodę kija i marchewki, tym bardziej łatwą do zastosowania, iż organizacje są na garnuszku publicznych pieniędzy. „Przyjdziecie na spotkanie, dostaniecie pieniądze na działalność”.

Kilkanaście organizacji już wydało oświadczenie: „Jesteśmy przeciwni wszelkim działaniom, które prowadzą do podziału środowiska osób z niepełnosprawnościami. Popieramy protest osób z niepełnosprawnościami i ich rodzin. Wszelkie rozmowy dotyczące sytuacji osób z niepełnosprawnościami powinny mieć miejsce po zakończeniu toczącego się obecnie sporu z uwzględnieniem wypracowanych przez środowisko rozwiązań”.

A rząd ma gotowy projekt, farbę o tym puścił marszałek Senatu Stanisław Karczewski: „Myślę, że przed weekendem majowym dojdzie do porozumienia”.

Nieformalna szefowa protestujących Iwona Hartwich poinformowała o kolejnej próbie władzy pisowskiej: „Otrzymałam telefon od pani minister Rafalskiej, która zaprasza nas na Limanowskiego (do Centrum Dialogu) na rozmowy, które już toczyły się w zaciszu gabinetu. My nie możemy opuścić Sejmu. Jeżeli my opuścimy Sejm, to nie mamy tutaj powrotu, bo w 2014 roku, po proteście, dostaliśmy dwuletni zakaz na wejście do Sejmu. Usilnie zapraszamy panią minister, żeby wrócić do rozmów, ale tutaj w cztery oczy, bez kamer”.

Trwa przeciąganie liny przez rząd. Jeżeli władza nie ucieknie się do rozwiązania siłowego, wyniesienia z Sejmu niepełnosprawnych i ich opiekunów, należy zadać sobie pytanie, kto będzie pisowskim Mieczysławem Jagielskim, który podpisze rzeczywiste porozumienie z protestującymi, bo już wiemy, że Iwona Hartwich jest kimś w roli Wałęsy, nie daje się omotać pisowskim zwodzicielom.

Lunatyk Kaczyński prowadzi nas do ogólnopolskiej katastrofy

Donald Tusk powrócił po 8 latach do historycznego niemieckiego miasta koronacji królów niemieckich Akwizgranu po kolejna nagrodą. W 2010 roku była to prestiżowa w Europie nagroda Karola Wielkiego, którą w tym roku odbierze w swoistej sztafecie mężów stanu prezydent Francji Emmanuel Macron.

W sobotę w sali ratusza w Aachen szef Rady Europejskiej odbierał nagrodę Polonicusa przyznawaną przez Kongres Polonii Niemieckiej. Polonusi nagrodzili Tuska za promowanie Polski, a Jerzego Owsiaka za zaangażowanie w rozwój społeczeństwa obywatelskiego, nagrodę dostali także Benedykt i Róża Frąckiewiczowie za animację życia organizacji polskich oraz przewodnicząca niemieckiego Bundestagu Rita Suessmuth za znaczący wkład w dialog niemiecko-polski w kontekście integracji europejskiej

Jak łatwo zauważyć Akwizgran (odpowiednik naszego Wawelu) to symboliczne dla Polaków okno na świat, na Europę. Kiedyś „wyjrzał” poprzez nie Bolesław Chrobry, promował Polskę w XI wieku. Donald Tusk powiedział przy tej okazji wiele ważnych słów. Ten polityk nie rzuca słów na wiatr, mają u niego wartość, którą zwykle przemienia na czyny.

Nie jest li tylko metaforą tuskowe stwierdzenie, że jego funkcja w Uni Europejskiej „to nie jest moja meta”. Można zatem się spodziewać, że po kadencji szefowania w RE przybędzie do Polski z odsieczą demokracji.

Tusk dopytywany, czy czuje presję Polaków, rozważnie odpowiedział Marcinowi Antosiewiczowi z „Newsweeka”: „Bardzo serdeczną i jednocześnie delikatną, więc jakoś mogę z tym żyć (śmiech)”.

Były premier w przemówieniu odwołał się do słów Winstona Churchilla, który polityków sprzed I wojny światowej porównał do lunatyków: „Nie pozwólcie lunatykom poprowadzić ludzi do nieszczęścia”. Tacy lunatycy doprowadzili do wojny światowej. Dzisiaj po rozpadzie Unii Europejskiej mielibyśmy do czynienia z egoizmami narodowymi, które szybciej niż później musiałyby eksplodować jeszcze gorszą hekatombą niż dwie wojny światowe.

Oczywiste, że dla nas powstaje pytanie: czy Kaczyński to lunatyk, który jakoby powstał z kolan i ze wszystkimi nas skonfliktował? Na dłuższą metę tarcze Brukseli i NATO nas nie ochronią, bo nikt w Paryżu, ani w Waszyngtonie nie będzie chciał umierać za Warszawę, Gdańsk i Poznań.

Tusk dopytywany, czy Kaczyński do takich lunatyków należy, był dyplomatycznie odpowiedzieć: „przywołałem pamięć o politykach, którzy byli absolutnie przekonani, że robią sensowne, słuszne rzeczy i co gorsza nie mieli nawet wyobrażenia, przez to też, że nie mieli specjalnie kontaktu z ówczesną rzeczywistością”.

Raczej nie wątpimy, iż Kaczyński jest oderwany od rzeczywistości, bo skrywa się przed rodakami za kordonem ochroniarzy, policjantów i barierek, a gdy w trakcie lunatykowania z rękami wysuniętymi do przodu (do prawdy) na Krakowskim Przedmieściu wchodzi na podest jak na parapet okna, prędzej czy później musi się to skończyć runięciem w dół, gdy przestanie działać ułuda, sen o potędze, Bruksela po prostu zamknie nam kasę i wykopie – na Księżyc.

Wraz z Kaczyńskim runąć może Polska. Nazywam to ogólnopolską katastrofą smoleńską, przedsmak jej można było w skali 96 ofiar zobaczyć 10 kwietnia 2010 roku. Polska osamotniona musi skończyć, jak ta sanacyjna w 1939 roku. Nasuwa mi się ponadto inna metafora walki. Jose Lezama Lima w „Raju” (południowoamerykański „Ulisses”) taką walkę obłudy nazywa: „abordaże lunatyków”.

Morawiecki jak swawolny Dyzio

Mateusz Morawiecki zachowuje się niczym swawolny Dyzio. Znowu czmychnął. Tak poznaliśmy premiera rządu polskiego, który na początku swoich rządów dał dyla ze szczytu Unii Europejskiej, teraz dał nogę przed protestem niepełnosprawnych i ich opiekunów.

Morawiecki nic sobie nie robi z potrzebujących i plecie dyrdymały w terenie. W Żninie (kujawsko-pomorskie) uczestników spotkania z nim poczęstował kłamstwem, twierdząc „spełniliśmy postulaty protestujących”.

Do swoistej konfrontacji z zakłamanym premierem doszło via ekran telewizyjny. Rodzice i niepełnosprawni oglądali w Sejmie wystąpienie Morawieckiego w telewizji i tylko mogli powiedzieć, że Morawiecki posługuje się nieprawdą, jak po piątkowym spotkaniu z minister Elżbietą Rafalską.

Co się dzieje z władzą PiS? Jest aż tak niemoralna, że na zarzuty, krytykę, pytania, propozycje, politycy partii Kaczyńskiego stosują już tylko jedną, uniwersalną odpowiedź – kłamstwa.

Nic nie zostało załatwione. Protest nadal trwa, rząd PiS tylko pudruje problem, podpisując porozumienie z własną przybudówkę, która następnie czuje się wykołowana i przyznaje się, że rząd zrobił ich w bambuko, a następnie proponując dodatek rehabilitacyjny w formie rzeczowej. To nawet nie jest kpina, to coś gorszego, naplucie do zupy.

W tym samym Żninie Morawiecki był pochwalić się jeszcze innym kłamstwem: „dzięki rządom PiS z podatków spłynęło więcej o 40 mld zł”. Gdzie jest ten szmal, że nie starcza na pomoc dla niepełnosprawnych? Ile zatem zakupiono „Dam z łasiczką”? Wychodzi, że 80.

Pusty śmiech człowieka ogarnia, gdy słyszy stojącą obok swawolnego Morawieckiego swawolnicę rzecznik Joannę Kopcińską, która może ma ambicje pretendowania do ról w Monty Pythonie, bo rzekła: „Rząd i jego szef jest wrażliwy na sprawy społeczne i nie tylko obiecuje, ale realizuje”.

Morawiecki nie potrafi spojrzeć w oczy niepełnosprawnym, co widziała cała Polska, gdy wił się jak piskorz, gdy odwiedził kilka dni temu protestujących w Sejmie. Teraz jeździ po Polsce, bo mu prezes Kaczyński tak nakazał. Premier nie jest od jeżdżenia, ale rządzenia.

Lecz w tej kwestii Morawiecki nic nie ma do powiedzenia, prezes kazał zakłamywać rzeczywistość, Gdyby prezes był matką dla Dyzia Morawieckiego, to rzekłby, jak w „Ludziach bezdomnych”.

– Dyziu, zachowaj się, jak należy… — rzekła matka, — bo pan oficer wyjmie pałasz i utnie ci głowę.

„Utnie ci głowę”, znaczy zdymisjonuje. Pozostaje to nam uczynić przy urnie wyborczej, zdekapitować Dyzia Morawieckiego.

Reklamy

6 zaległych tekstów Waldemara Mystkowskiego.

Drżenie łydek Kaczyńskiego i Morawieckiego na Konwencji PiS

Konwencja PiS pokazała kogo partia Kaczyńskiego naprawdę się boi, acz służyła głównie hasłu: „I żeby nam znowu wzrosło…” Wcale nie jest ona przełomowa dla partii Jarosława Kaczyńskiego – jak bogobojnie analizują komentatorzy, a Mateusz Morawiecki nie jest żadnym trybunem.

Przede wszystkim to kontynuacja retoryki typowej dla PiS oraz wycofywanie się rakiem z niektórych form pokuty. No i co jest znamieniem tej partii, jej signum temporis, stygmatem – kolejne populistyczne obietnice, aby kupić elektorat i zamienić go w ciemny lud.

Bohater konwencji PiS został na samym początku określony poprzez klasyczną narrację trzecioosobową: on, Donald Tusk powiedział to i tamto… Puszczono spot z byłym premierem i obecnie piastującym najwyższy urząd w Unii Europejskiej – szefa Rady Europejskiej.

Tuska nie ma w Polsce trzy lata, a Kaczyńskiemu i jego kompanom ciągle drżą łydki, dygotu dostali po ostatnich sondażach, w których opozycja (Koalicja Obywatelska: PO i Nowoczesna) wygrywa z PiS, a Tusk z Andrzejem Dudą. Prezes PiS w przemówieniu odkopywał w swojej pamięci brata Lecha, który onegdaj wygrał wybory prezydenckie.

Kaczyński rakiem wycofuje się z oddaniem nagród, którymi ministrowie i wiceministrowie zostali obdarowani, niczym feudalni władcy. Takim oto ezopowym językiem zakomunikował prezes PiS: „Będą zwrócone nagrody choć być może przyjmiemy nieco inną formułę – nie co do zwrotu, tylko do celów tego zwrotu”.

Morawiecki nie jest żadnym trybunem, ale co najwyżej grafomanem, populistą i takim sobie krętaczem. Widać, iż dobra retoryka jest mu obca, bo nie zajechałby taką oto grafomanią: „Wcześniej rządzili ci, którzy mieli kamień zamiast serca dla polskich przedsiębiorców”. W tym zdaniu są wszystkie kompleksy PiS i garb tej partii. A jeżeli sobie uświadomimy, iż powiedział to były członek Rady Gospodarczej przy premierze Tusku, to tylko możemy popatrzeć na Morawieckiego, jak na postać wyjętą z groteski.

Morawiecki zarysował program na czas kampanii wyborczej (pięć propozycji, które opatrzone są hasztagiem #PiatkaMorawieckiego) sprowadza się do przekupywania wyborców za nasze pieniądze. Odbić się to musi na podatkach, bo takie rozdawanie kasy jest zabieraniem pieniędzy z kieszeni innych podatników. Na Twitterze dziennikarze komentują: Kogo oni chcą okraść? Czy ktoś oszalał? Skąd ma pochodzić ta kasa?

W PiS zatem nic się nie zmienia, ten sam populistyczny towar z przeformatowanymi hasłami i wskazaniem wroga: Tuska i opozycję, która nie chce siedzieć cicho. PiS dalej więc będzie się sypał, bo drżenia łydek nie da się zagadać.

Politycy nie radzą sobie z naziolami

Nacjonaliści rozpełzli się po kraju, wcale nie będzie tak łatwo ich zmarginalizować, powstrzymać ten społeczny nowotwór, który osiągnął stan chorobowych przerzutów. Na pewno nie poradzi sobie PiS, który po cichu wspiera nacjonalistów, narodowców, czy też quasi-faszystów.

Jak to się stało, że Obóz Narodowo-Radykalny urządza zjazd w kolebce wolności, w sali BHP Stoczni Gdańskiej? Zaś ulicami Gdańska triumfalnie maszeruje ze swoimi flagami i to pod Pomnikiem Poległych Stoczniowców? W międzywojennej Polsce sanacyjnej ONR po założeniu w 1934 roku został niemal natychmiast zdelegalizowany.

Naziole w Stoczni Gdańskiej to uderzenie w twarz tym wszystkim strajkującym, którzy wywalczyli wolność. Jak musi czuć się Lech Wałęsa, który domaga się zdelegalizowania ONR? W innym symbolicznym miejscu na Jasnej Górze zorganizowano święto nacjonalizmu w ramach Pielgrzymki Środowisk Narodowych.

Jasnogórski klasztor został spowity dymem z pochodni, a ksiądz Roman Kneblewski z Bydgoszczy w kazaniu deklaruje wbrew Ewangelii: „Kocham szczególnie mój naród, więc jestem polskim nacjonalistą”. Jasna Góra stała się duchową stolicą kiboli i brunatnych. Tuż przed pielgrzymką inni nacjonaliści z Młodzieży Wszechpolskiej mieli zjazd w podczęstochowskim Kłobucku.

PiS toleruje nacjonalizm, zaś Kościół katolicki przytula ich w ramach miłosierdzia, że „Kościół jest dla wszystkich”. Polska brunatnieje, faszyzm podnosi łeb. Upadają symbole, jak sala BHP – od „Solidarności” do ONR. Tak nam pokracznieje Polska w czasie podłej „dobrej zmiany”. Na polityków nie można liczyć, aby rozprawili się z problemem nazistowskim, ten obowiązek spada na społeczeństwo obywatelskie.

Polactwo antysemickie w wydaniu Ziemkiewiczów i Kurków

Za sprawą podobnych ludzi i polityków PiS reaktywowane jest na świecie nazywanie Polaków – Polaczkami.

Antysemityzm w czasie rządów PiS „musiał” odżyć. Kiedyś antysemityzm był wdrukowany w polski prawicowy genom polityczny. Wydawało się, że osiągnął agonię w marcu 1968 roku, bo praktycznie Polska pozostała krajem bez Żydów, niemal homogeniczna rasowo i wyznaniowo. Niestety, PiS odgrzał politykę historyczną, która w wydaniu tej partii jest zakłamana, jak jej prezes. Nikt nie powie Polakom, że białe jest białe, bo ten naród jest cacy.

Kaczyński i PiS kultywują naszą podrzędność, nie stać ich, aby stanąć w prawdzie, iż Polacy dopuszczali się zbrodni wobec swoich sąsiadów. Antysemityzm dzisiejszy jest pochodną ogólnej sytuacji kraju. Wszystko się sypie, nasza reputacja, demokracja, instytucje państwa. Ciężko to odchorujemy, acz z tego wyjdziemy. Z jakimi stratami? Będą mniejsze, im szybciej PiS oderwiemy od koryta plus.

Centrum Kantora przy Uniwersytecie w Tel Awiwie opublikowało doroczny raport o antysemityzmie, w którym wymieniane są wypowiedzi dziennikarzy i celebrytów politycznych, acz w wydaniu prawicy nie wiadomo, kto jest dziennikarzem, a kto celebrytą.

Jako antysemita jest wymieniony Rafał Ziemkiewicz. Kto to zacz? – przecież nie dziennikarz, wszak ten zawód nie polega na pluciu słowem jak jadem. Ziemkiewicz zresztą cieszy się z tego, obecność „na liście antysemitów uważam za zawodowy sukces”.

Tenże sam Ziemkiewicz jednego z autorów, sporządzających raport z polskiej strony prof. Rafała Pankowskiego, nazywa kapusiem. Przypomnijmy, iż kilka dni temu Stanisław Skarżyński nie zgodził się zasiadać w studiu RDC wspólnie z Ziemkiewiczem z powodu jego wypowiedzi o Żydach jako „parchach”.

Obok Ziemkiewicza w raporcie wymieniony jest jego kolega z anteny TVP, z programu „W tyle wizji” Marcin Wolski. Jest także stały bywalec wszelkich raportów o antysemitach w Polsce Stanisław Michalkiewicz, ponadto są prof. Jerzy Nowak i były ksiądz Jacek Międlar. Jest debiutantka Magdalena Ogórek oraz dr Ewa Kurek.

Ta ostatnia postać pozostaje symptomatyczna dla PiS, jest niejako wzorcem zakłamania obecnej władzy. Mianowicie dr Kurek miała kilka dni temu w Konsulacie Generalnym w Nowym Jorku odebrać Nagrodę im. Jana Karskiego (wielkiego Polaka, który zawiadomił aliantów o obozach koncentracyjnych na terenie Polski w czasie II wojny). „Uczona” Kurek twierdzi, że Żydzi sami tworzyli getta i się w nich bawili.

Takie rozpełzło nam się polactwo antysemickie po kraju w wydaniu Ziemkiewiczów i Kurków, przynosi nam wstyd, hańbi imię Polaka. Za sprawą podobnych ludzi i polityków PiS reaktywowane jest na świecie nazywanie Polaków – Polaczkami. Tak bezczeszczona jest praca wszystkich Polaków po 1989 roku. Spychają nas w podrzędność, w bylejakość, w kołtuństwo.

Demokracja nie jest dana raz na zawsze

Europoseł PO Michał Boni odniósł ogromny sukces w Parlamencie Europejskim. Był głównym sprawozdawcą rezolucji, która została dzisiaj przyjęta, wzywającej do utworzenia Europejskiego Instrumentu Wartości (EIW) – nowego mechanizmu finansowania organizacji społeczeństwa obywatelskiego.

Istota tego przedsięwzięcia to wspieranie poprzez granty organizacji pozarządowych, walczących o takie wartości europejskie i standardy zachodniej cywilizacji, jak demokracja, praworządność czy prawa podstawowe. Rezolucja wzywa Komisję Europejską do wygospodarowania na ten cel w najbliższej 7-letniej perspektywie budżetowej po roku 2020 – 1,3 mld euro.

Komisja Europejska już w maju przedstawi projekt europejskiego budżetu i przekonamy się, czy środki na ten cel zostaną wygospodarowane. Dotychczas Unia Europejska nie wypracowała takiego mechanizmu wsparcia organizacji pozarządowych na swoim terenie, bo możliwe, że tego nie potrzebowała, acz wspierała organizacje krajów trzecich.

Dzisiaj jest szczególna potrzeba, bo takie kraje jak Polska czy też Węgry doznają uszczerbku na demokracji. Jeżeli ten mechanizm zostanie przyjęty, można być pewnym, iż z tego źródła nie dostaną wsparcia finansowego takie szemrane przybudówki partyjne, jak pana Jarosława Gowina ani organizacje Tadeusza Rydzyka, któremu z wartości chrześcijańskich najbardziej na sercu leży numer konta bankowego, zna je na pamięć, nie musi – jak wszystko inne – czytać z kartki.

W rezolucji nacisk położono na pomoc dla organizacji działających na poziomie lokalnym i krajowym, w których według Boniego „demokracja napotyka na poważne wyzwania”. Och, znamy to z naszego polskiego podwórka coraz bardziej zabagnionego.

Podczas debaty w PE komisarz ds. sprawiedliwości, spraw konsumenckich i równości płci Vera Jourova bardzo przychylnie odniosła się do tej inicjatywy, a sam europoseł sprawozdawca Boni dał godną retoryczną wykładnię: – „Demokracja nie jest dana raz na zawsze, dlatego trzeba ją aktywnie pielęgnować i chronić. Najbardziej kompetentnym aktorem do tego zadania jest społeczeństwo obywatelskie, więc Unia powinna w nie inwestować”.

Nie będzie PiS brakiem demokracji pluł nam w twarz. Obronimy ją przed zakusami autokratów na taboretach i innych drabinkach z Tesco na Krakowskim Przedmieściu bądź przed pomnikiem Schodów do Nikąd na placu Piłsudskiego.

Polskie organizacje pozarządowe potrzebują takiego wsparcia jak tlenu. To kolejny przykład troski o polskie sprawy i polskie organizacje ze strony europosła z PO.

Kartoflanka PiS dla niepełnosprawnych

Andrzej Duda przyjechał do protestujących w Sejmie rodziców osób niepełnosprawnych z jednym pijarowskim celem, przez siebie wyartykułowanym: – „Jeśli protestujący w Sejmie rodzice chcą wrócić do domu, mogą spokojnie wrócić. Będę się ich sprawą zajmował, dopóki nie będzie załatwiona”. Czyli wyprowadzić rodziców, aby dali święty spokój władzy PiS.

Duda przyjechał, aby protestujących wyprowadzić w pole. Prezydent usłyszał Iwonę Hartwich z Komitetu Protestacyjnego Rodziców Osób Niepełnosprawnych: – „Panie prezydencie, czy 900 zł w portfelu takiej osoby, czyli 150 zł zasiłku rehabilitacyjnego, które jest od 13 lat i renta socjalna tak naprawdę głodowa, która wynosi 744 zł ma wystarczyć na godne życie takich osób”.

Na poparcie słów matki usłyszał siebie z filmiku z kampanii prezydenckiej, gdy mówił, że spotkał się z matkami osób niepełnosprawnych i od nich „usłyszał kilka niezwykle bolesnych zdań o tym, jak się im w Polsce żyje, o tym, że musiały protestować”. Ten filmik spokojnie można zatytułować: „Tak wygląda i mówi hipokryta”. Duda miał się więc z pyszna, po czym wziął nogi za pas.

Następnie zajął głos premier Mateusz Morawiecki, który zaczyna być całkiem sprawny w pisowskie klocki. Jeszcze nie przebrzmiała jego „piątka Morawieckiego” z konwencji PiS, którą całkiem trafnie nazwał Jacek Rostowski „zupą nic”, a ja szukam innych dietetycznych odpowiedników – zupą na gwoździu, z chaplinowska zupą z sznurowadła albo po naszemu: kartoflanką.

Morawiecki poszedł wypróbowaną ścieżką. Najpierw ogłosił chęć zmiany Konstytucji (curiosum) i daninę solidarnościową, która polega na tym, że ci, co mają dadzą tym, co potrzebują. Czyli chce opodatkować Polaków – nadużywając ważnego słowa „solidarność” – na rzecz rodziców osób niepełnosprawnych, aby „najlepiej zarabiający mogli w niewielkim stopniu zostać opodatkowani po to, żeby złożyć się na tych najbardziej potrzebujących”. Miłosierdzie polegające na sięgnięciu do kieszeni innych, aby ogłosić, jacy to są chrześcijańscy, empatyczni koniecznie z plusem. Łaska+. A w istocie to Złodziejstwo+.

Najpierw pomyślałem, że nagrody ministrów, wiceministrów, działaczy PiS, prezesa Kaczyńskiego (ochrona jego kosztuje ok. 1,5 mln zł) przetransferują ze swoich kont na potrzeby niepełnosprawnych. Lecz cyknąłem się, przecież kradną nam demokrację, to dlaczego swoje łapska nie mieliby wsadzić do cudzych kieszeni.

Jeszcze istnieje możliwość, iż Czartoryscy przypomną sobie, że ich ród był arystokratycznie szlachetny i odeślą z Liechtensteinu podarowane im przez wicepremiera Piotra Glińskiego 100 mln euro, albo – nowa szykuje się afera – wycofane zostanie 28 mln zł, które ludzie Macierewicza z Polskiej Grupy Zbrojeniowej wytransferowali na lobbing do szemranej firmy w USA (pisze o tym „Daily Beast”).

Można też zadać sobie pytanie, czy w finansach państwa zdarzyła się jakaś katastrofa? Jeszcze tydzień temu Morawiecki mówił o obniżeniu niektórych podatków, a teraz chce wprowadzić nowy.

Morawiecki i minister Rafalska też mają jeden cel – wyprowadzić w pole protestujących. Proponują przygotowanie stosownego projektu ustawy do połowy maja, bo nie chcą pisać go „na kolanie”. A jak pisane były ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, ustawy sądowe i o IPN? Hę?

Ale protestujący nie godzą się na tę kartoflankę PiS. Na razie. Wszak PiS w te klocki jest biegłe, wyprowadzili w pole i złamali lekarzy rezydentów.

Beata Szydło może wstać z kolan

Po kilkumiesięcznym zamroczeniu Beata Szydło powstaje z kolan, jej następca Mateusz Morawiecki spektakularnie fajtnął w Sejmie w rozmowach z protestującymi rodzicami niepełnosprawnych dzieci. Morawiecki zaliczył efektownie dechy, mimo że zagalopował się ze zmianą konstytucji i gołoceniem kieszeni bogatszych Polaków, aby omamić niepełnosprawnych w swoim populistycznym stylu.

Szydło wie, iż Jarosław Kaczyński to strachliwy gościu, zacznie PiS-owi obsuwać się w sondażach, więc może chcieć wymienić Morawieckiego. Na kogo? Na sprawdzoną Beatą, co to jej „się należy”.

Szydło sprawę niepełnosprawnych dzieci bierze na swoje piersi. W RM FM powiedziała: „W tej chwili trwają prace w ministerstwie rodziny nad ustawą, o której mówił pan premier, która ma pomóc rodzicom i ich dzieciom„.

Wyręcza zatem Morawieckiego, który przegrał w rozmowach z potrzebującymi rodzicami niepełnosprawnych dzieci. Szydło nawet poleciała ulubionym językiem prezesa, który lubi używać fraz „patrioty” Edwarda Gierka: „ufajcie, uwierzcie”. Szydło: „Jeżeli mogłabym poprosić rodziców, którzy są w tej chwili w Sejmie, żeby jednak uwierzyli panu premierowi, pani minister Rafalskiej„.

W PiS trwa wojna podjazdowa, jest więc szansa dla Szydło, aby powróciła do łask Kaczyńskiego. Jeden, dwa sondażyki z obsuwą i była premier może powrócić na tapetę w gmachu przy Nowogrodzkiej. Szydło nawet przypomniała prezesowi swój sukces z Brukseli 1:27, o Donaldzie Tusku powiedziała: „Słyszałam, że podobno sam rozpowiada różne rzeczy w Brukseli„.

Nie jest to logiczny język polski, ale Szydło nigdy nie była orlicą retoryki. Do tego wstająca z kolan Szydło nie dba o takie szczegóły. Wszak to nie Wersal, jest szansa, że dowali nowemu faworytowi prezesa, a ten przypomni sobie o niej.

Chciałoby się zakrzyczeć tej walce buldogów pod dywanem: „Beata, wal Mateusza wałkiem, temu populiście się należy„.

Dzisiaj urodziny Donalda Tuska.

NIE MACIE WRAŻENIE, ŻE MEGA EKSPRESOWO WYWOŁANA AFERA Z IZRAELEM PRZYKRYŁA TEMAT UDZIAŁU PiS W PRYWATYZACJI WARSZAWSKICH KAMIENIC?

W efekcie głośnego reportażu „Superwizjera” TVN o polskich neonazistach, aresztowano już pięć osób, uczestniczących m.in. w obchodach urodzin Adolfa Hitler, w lesie pod Wodzisławiem Śląskim. 23 stycznia, Prokuratura Rejonowa w Radomsku rozpoczęła śledztwo, w sprawie publicznego propagowania nazizmu, podczas festiwalu Orle Gniazdo.

Po publikacji reportażu dowiedzieliśmy się, że z bezpośredniej relacji usunięto najbardziej drastyczną scenę, w której nawoływano do zamordowania byłego polskiego premiera szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska. Autorzy materiału po prostu uznali, że była ona zbyt szokująca, by ją upublicznić. Zdanie jednak zmienili i postanowili ujawnić szczegóły…

Słowa wzywające do morderstwa przewodniczącego Rady Europejskiej padły z ust wokalistki grupy Gan ze sceny podczas festiwalu Orle Gniazdo. Podobno prywatnie jest pracownicą jednego z sądów okręgowych.

Współtwórca reportażu Bertold Kittel zapewnił w „Wyborczej”, że nieopublikowany materiał zostanie przekazany prokuraturze. Wokalistka odpowiadałaby za przestępstwo nawoływania do popełnienia zbrodni z art. 255§2, za co grozi kara do 3 lat pozbawienia wolności.

PAMIĘTACIE AFERĘ RYWINA? No więc w ustawie o IPN mamy przemyconą podobną furtkę do karania wedle uznania. TO JEST KOLEJNY BUBEL PRAWNY PiS.

Dwa teksty Waldemara Mystkowskiego.

Prezes i jego pachołki

Jarosław Kaczyński bierze na klatę wojenkę o nowelizację ustawy o IPN. Pisowska wojenka – na razie dyplomatyczna – ma swój początek na Nowogrodzkiej, gdzie niejeden raz poległ rozum, ale tym razem dowiedział się o tym świat.

Zauważmy, jaka jest siła rażenia Izraela, nawet Bruksela uruchomieniem procedur związanych z artykułem 7 Traktatu UE nie spowodowała takiego upadku wizerunku Polski. W polityce za wizerunkiem idzie znaczenie kraju – słowo Polska zostało ośmieszone, za co odpowiada w pierwszym rzędzie prezes PiS.

Pokrętność Kaczyńskiego jest banalna, jak zło, którego macki świetnie zostały opisane przez Hannah Arendt. Kaczyński za wywołaną przez siebie wojenkę odpowiedzialnymi czyni innych, dopatruje się spisku mrocznych sił, spisku złych mocy przeciwko Polsce: – „Nasi przeciwnicy są bardzo mocni, ale też wiemy, jakie mechanizmy tutaj funkcjonują. Mówię tutaj zarówno o mechanizmach społecznych, politycznych, jak i takich mechanizmach technicznych, jak na przykład w internecie, gdzie np. można za jednym razem skupić 100 tys. wpisów. Za jednym pociągnięciem”.

Pomijam znawstwo internetu przez Kaczyńskiego, PiS walczy ze wszystkimi na świecie i w kraju. Świat Kaczyńskim raczej się nie przejmuje, bo zgniecie go jak chitynę nieprzyjemnego owada: był Kaczyński, nie będzie Kaczyńskiego. A że to on sprawuje władzę, możemy orzec, iż Polska zostanie potraktowana jak insekt.

Uruchomiony został w kraju antysemityzm, a raz uwolniona nienawiść rasowa nie jest do opanowania, będzie się ona przepoczwarzać w antyislamizm i podobne przemysły pogardy. Polakom zatem przyprawiana zostanie zbiorowa gęba wykrzywiona z nienawiści, jak w sejmowym wystąpieniu prezesa, gdy wypowiadał słynne słowa o kanaliach i mordach zdradzieckich.

Taki mamy wizerunek. Podobnie, jak w przypadku walki pisowskiej z niezależnością sądów, do boju stają naprędce sklecone szwadrony, a to Polskiej Fundacji Narodowej czy Reduty Dobrego Imienia. Tym razem ta ostatnia – pożal się Boże – organizacja uruchamia nowy twór internetowy z funduszy resortu spraw zagranicznych – aplikację „Rycerz”.

Twórcy „Rycerza” spodziewają się milionów korespondentów i wolontariuszy, którzy mają bronić dobrego imienia Polski. W istocie chodzi o ściganie tych, którzy źle wyrażają się o rządzących. Co z tego wyniknie? Nic. Grube dziesiątki milionów zostaną zmarnowane, bo taki szef RDI Maciej Świrski jest sam w sobie groteskowy, ośmieszający postać Polaka.

Ściganie „dobrego imienia Polski” pewnie skupi się, jak w sprawach sądów, na donosach w kraju, jak to było w przypadku wywieszenia na banerach informacji o sędzim, który ukradł z supermarketu pęto kiełbasy za 5 zł i niewdzięcznik umarł kilka lat wcześniej.

Będziemy mieli do czynienia z karykaturą dobrego imienia Polski. A że aplikacja nosi dumne odwołanie do polskiej rycerskości, można rzec, iż mamy do czynienia z pachołkami. Moi przodkowie nawet nie używali szabli do płazowania takich – pożal się Boże – groteskowych postaci.

Tak wygląda upadek wizerunku Polski w wydaniu „rycerza” Kaczyńskiego i jego pachołków. Waldemar Kuczyński we wpisie na Twitterze domaga się dla dobra Polski, aby zebrało się konsylium lekarzy i oceniło stan „rycerza”. – „Moim zdaniem, stan psychiczny Jarosława Kaczyńskiego powinien zostać oceniony przez miarodajne konsylium złożone z psychopatologów. Wymaga tego podstawowy interes Polski. Piszę poważnie”.

Jeden z internautów (Szurum Burum) radzi, aby nie zawracać sobie głowy psychiatrami, jest skuteczniejsza metoda: „tu tylko taczki rozwiążą problem”„Kaczyński osobiście wywołał światowe tornado przeciw Polsce. Jego stan psychiczny, zdolność do oceny rzeczywistości i podejmowania racjonalnych decyzji staje się podstawową kwestią racji stanu” – napisał także W. Kuczyński). I to jest problem Polski.

Szczucie wg Beaty Szydło wynika z tego, że kocha zwierzęta

Beata Szydło dała nową wykładnię szczucia wg PiS. Jeszcze niedawno była premierem, dzisiaj jest czytelnikiem swojej minionej „chwały”, która w podręcznikach politologii zostanie opisana rezultatem 1:27. Była premier przeczytała fragment artykułu Renaty Grochal w „Newsweeku” o sobie i pobieżała na Twitterze sprostować: „Pani Redaktor Szanowna, dziękuję za troskę o mnie i moją rodzinę. To doprawdy wzruszające. To, co Pani pisze pozostawiam bez komentarza, bo na komentarz nie zasługuje. Pozdrawiam i życzę dobrej niedzieli. A nasz pies swobodnie biega sobie po naszym podwórku, bo kochamy zwierzęta” (pisownia oryginalna).

Dziennikarka w leadzie pisze o tej „miłości do zwierząt” państwa Szydło. „Mąż Beaty Szydło nie chce rozmawiać z „Newsweekiem”. Gdy uznaje, że jestem zbyt namolna i zadaję za dużo pytań, otwiera bramę i wypuszcza owczarka niemieckiego. – Dalej chce pani wejść do domu? – pyta.”

Wypuścił na dziennikarkę owczarka, czyli poszczuł – i z pyszna zapytał się, czy chce wejść. Beata Szydło nazywa to „kochamy zwierzęta”. Gdy ta pani była premierem, niczego pozytywnego nie wniosła do życia publicznego, wręcz Polskę kompromitowała, dzisiaj za to niechcący nadaje nowe znaczenia pojęciom: szczucie to jest wg niej miłość do zwierząt. Dlaczego onegdaj nie podpowiedziała Mariuszowi Błaszczakowi, iż użycia paralizatora to miłość do elektryczności?

Lecz Szydło jest dzisiaj w politycznej ruinie. I jej sytuację opisuje Grochal. Była premier to pierwsza osoba po 1989 roku, która została zdegradowana z premiera do wicepremiera. I uwaga – kolejny syndrom dotyczący PiS – po rekonstrukcji rządu nie chciała wyprowadzić się z gabinetu premiera do wicepremiera. Podobnie, jak Antoni Macierewicz nie chce się wyprowadzić z gabinetu ministra na Klonowej, Mariusz Błaszczak musiał znaleźć sobie gabinet pod innym adresem. Tak im przyrosły cztery litery do stołków. Ten syndrom znakomicie opisuje Zbigniew Herbert w „Bajce ruskiej”, jak to pomazańcowi z bożej łaski ciało zrosło się z tronem (stołkiem).

Przypadkowo pani Szydło trafiło się ziarno, które sporo wyjaśnia z tego, co się dzieje wokół ustawy o IPN. A zatem mamy do czynienia w tym wypadku – odpowiednio – „kochamy prawdę”, aby nią poszczuć tych, którzy nie zgadzają się z pisowska wykładnią o Holocauście. Przy tej okazji „zaszczekał” antysemityzm w rodakach.

Miłość do prawdy była do obejrzenia w siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich przy Foksal, gdzie odbyła się projekcja dokumentu Jedwabne-Świadkowie-Świadectwa-Fakty” Elżbiety i Wacława Kujbidów, wymowę tego dzieła Prawdy” uzasadnia autor tego potworka: „W Jedwabnem nie mordowali Polacy. To żydowskie kłamstwo”.

Można zatem uznać ten dokument za obowiązujący wśród pisowskich braci dziennikarskiej. Tylko czekać, aż zostanie zakupiony przez Jacka Kurskiego dla TVP i wyemitowany w mediach narodowych. Przy okazji informuję, iż spotkałem się z nowym rzeczownikiem – bardzo celnym – charakteryzującym dziennikarzy mediów pisowskich – dziennikarły.

W „Newsweeku” o wiele ważniejszy tekst niż o Beacie Szydło wyszedł spod pióra Jana Tomasza Grossa, głównie z powodu jego znakomitej książki „Sąsiedzi” szyta jest ustawa o IPN. Jak zwykle PiS uzasadnia to tym, że „kochamy prawdę”. Tak wygląda ta miłość – poszczuć. Pan Szydło poszczuł Renatę Grochal owczarkiem niemieckim, ale niezbyt rasowo powszechnie ujadają antysemici niczym kundle. Jak to ujął swego czasu Melchior Wańkowicz – takie to skundlenie. Ustawa o IPN to jeden z przyczynków do narodowego kundlizmu.

MYŚLELIŚCIE, ŻE KIEDYŚ DOCZEKACIE TAKICH CZASÓW???

Uwaga ! Gośc przynosi pecha😜😎

Cztery teksty Waldemara Mystkowskiego.

Proroctwo Donalda Tuska spełniło się tego samego dnia

PiS jeszcze bardziej pogłębia mroki i ciemnotę Polaków

Prorokiem nie może zostać byle kto. Musi znać na wskroś przedmiot, do którego zastosuje przewidywanie – a tym materiałem jest partia PiS. Prorok musi znać rodaków lepiej niż najlepsi w narodzie. Przede wszystkim Tejrezjasz musi górować intelektualnie nad tymi, którym będzie przewidywał przyszłość.

Proroctwo jest wyrażaniem się o kierunku, w jakim potoczy się zło. Tusk przewidział rano, a zło sprawdziło się po południu. Gdyby prowadzono ranking proroków, to były premier – a obecny szef Rady Europejskiej – właśnie wysunąłby się na czoło.

Donald Tusk na Twitterze napisał: „Kto rozpowszechnia kłamliwe sformułowanie o „polskich obozach”, szkodzi dobremu imieniu i interesom Polski. Autorzy ustawy wypromowali to podłe oszczerstwo na cały świat, skutecznie jak nikt dotąd. A więc, zgodnie z ustawą…”

Jest to klasyka ironii. Np. z Jarosława Kaczyńskiego należy się śmiać poprzez cytowanie go in extenso, dosłownie, bez zmiany nawet przecinka. I wcale nie chodzi o słynne „nikt nam nie powie, że białe jest białe…” Kaczyński sam się obnaża. Jest kompromitujący w swoich prawdach, które są w istocie kłamstwami.

Tak samo jak z „polskimi obozami śmierci”, które stały się słynne na cały świat, bo politycy PiS sami się skompromitowali. W ustawie o IPN nie chodzi o prawdę, ani o język, ale chodzi o to, aby w imię mniemanej prawdy pisać historię na nowo, przekłamywać fakty historyczne.

„Polskie obozy śmierci” są pretekstem, bo PiS bierze się za cenzurę języka. Wszak żaden poważny historyk, bądź zainteresowany tematyką obozów śmierci przeczytawszy o „polskich obozach śmierci” nie pomyśli, że to Polacy są za nie odpowiedzialni. Taka jest zbitka językowa, która ma inne pole semantyczne niż wynikałoby z jej części składowych. Aby to jednak wiedzieć, trzeba mieć trochę oleju w łepetynie.

Wracam do naszych „baranów” (za Szekspirem: „baran” to rozpatrywany przedmiot). Tusk napisał rano na Twitterze, a po południu premier Mateusz Morawiecki wygłosił orędzie do… narodów świata. Orędzie wygłoszone po polsku zostało przetłumaczone na angielski, translację narody świata mogły czytać w postaci napisów pod wystąpieniem.

No i katastrofa, czyli przewidywanie Tuska sprawdziło się nim godzinowa wskazówka obiegła dookoła cyferblat w moim zegarku. Morawieckiemu w tłumaczeniu na angielski przypisano mianowicie frazę: „Camps where millions of Jews were murdered were Polish (czyli tłumaczenie z tłumaczenia: „obozy, w których wymordowano miliony Żydów były polskie”).

Walczą pisowcy z całym światem, iż obozy nie były polskie, a sami głoszą, że jednak polskie. To jest wpadka? Nie! Choć PiS będzie twierdził, że to wpadka. Oczywiście znaleźli winnych, zawiodło automatyczne tłumaczenie serwisu YouTube. Tak tłumaczą się patałachy, bo kto korzysta przy tak ważnym orędziu z jakiegoś automatu?

Morawiecki potwierdził więc proroctwo Tuska, iż „autorzy ustawy wypromowali to podłe oszczerstwo na cały świat…” I to sam premier wziął się za promowanie. Nawiasem, Morawiecki jest fatalnym mówcą, tak sztywny i nijaki, jakby był stworzony automatycznie. Obawiam się, że to może być prawdą: Morawiecki to martwa materia animowana na potrzeby telewizji i internetu.

Marek Kacprzak był wczoraj w Polsacie wydawcą anteny, poznał – pisze na Twitterze – „kulisy i wiedzę techniczną osób odpowiedzialnych za dostarczenie orędzia do stacji telewizyjnych”. Z niejakim sarkazmem ocenia potworkowate orędzie: „Nic mnie nie zdziwi”.

A do samej materii udziału Polaków w Holocauscie to zdanie Jana Karskiego, który pierwszy powiadomił świat o obozach śmierci na terenie Polski – jest dla nas jako całości kompromitujące: „W szerszych kręgach społeczeństwa stosunek do Żydów jest przeważnie bezwzględny, często bezlitosny. To zbliża je w pewnym sensie do Niemców „. Najlepsi Polacy nie mają zbyt dobrego zdania o narodzie polskim, a PiS jeszcze bardziej pogłębia mroki i ciemnotę Polaków. I do tego w gruncie rzeczy ma służyć ustawa o IPN.

WYOBRAŹCIE SOBIE JAK ONA SIĘ TERAZ CIESZY!

Prawo tworzone przez PiS stanęło pod latarnią

Władze pisowskie nie potrafią wybrnąć z pasztetu, który nam zgotowały. Nam, bo nie sobie. Jarosławowi Kaczyńskiemu dynda, czy Polska będzie szanowana. Jemu chodzi o to, aby naród go słuchał i przez wymuszenie szanował.

Pasztet ustawy o IPN pokazuje, gdzie stanęło prawo pisowskie. Mianowicie stanęło pod latarnią. Akurat Izrael i USA są zainteresowane ustawą o IPN. I tak zareagowały – z właściwą sobie mocą. Niestety, skuteczną, bo Polska zostanie jeszcze niżej zepchnięta w hierarchii ważnych państw.
I to będą restrykcje niezadekretowane wobec państwa polskiego, czyli nas, nie dojdzie też do żadnego oficjalnego nałożenia sankcji. Po prostu na słowo Polska coraz więcej państw i dużych zagranicznych przedsiębiorstw będzie reagowało negatywnie. Tak jak BMW, które nasze warunki prawne porównało do Trzeciego Świata.

Zauważmy, iż ustawa o IPN to logiczny ciąg rozpoczęty rozwałką Trybunału Konstytucyjnego, całego sądownictwa. O odstąpienie od tego trzeciego świata prawnego apelują unijne władze. Skutek będzie taki, że spadniemy ostatecznie do ligi Trzeciego Świata. Czy autokrata przejmuje się, że rządzi zdegradowanym państwem? Nie, bo gdyby się przejmował, to państwo nie byłoby w jego władaniu.

Z niejakim niesmakiem czytam, jak politycy i komentatorzy przystosowują swoje mierne charaktery i talenty do sytuacji degradacji. Jarosław Gowin zakrztusił się i orzekł, iż „sytuacja jest złożona”. Tak mu się złożyło, a to dlatego, że tak wybrał. A to nie jest sytuacja złożona, tylko przez takich konformistów, jak Gowin zawiniona. I dalej ten pożal się Boże intelektualista mówi („Jeden na Jeden” w TVN24): – „Mieliśmy podstawy do tego, by sądzić, że strona izraelska akceptuje brzmienie tych przepisów”.

Aby nie podpaść Kaczyńskiemu, Gowin tworzy symetryzm pisowski („oni też”): – „Zawsze tam, gdzie dochodzi do nieporozumienia dwóch stron, przyczyny są i po jednej, i po drugiej stronie”. Panie Gowin, nie ma takiej „reguły nieporozumienia”. Ktoś doprowadza do nieporozumienia, aby uzyskać swoje cele. Ustawę o IPN stworzyli pokraczni pisowscy politycy. Żaden przeciętny prawnik takiego zakalca jurydycznego by nie stworzył.

Podobnym „symetryzmem” językowym, iż szare komórki skręcają się, gdy czytam enuncjacje dziennikarza Michała Szułdrzyńskiego w „Rzeczpopospolitej”: – „Uniemożliwiając przeprowadzenie manifestacji organizacji radykalnie narodowych przed Ambasadą Izraela w Warszawie, rząd PiS udowodnił, że jeśli chce, potrafi sporo zaryzykować w imię obrony dobrego wizerunku Polski”.
Czym rząd PiS zaryzykował? Tym, że się postawił nacjonalistom? Tym, że Mateusz Morawiecki cyknął się, iż jego ojciec Kornel Morawiecki może przyjść na manifestację, jak podczas tzw. Marszu Niepodległości, na którym tupał wraz z nacjonalistami, bo „naród jest ponad prawem”? Takie fundują nam pokraczności politycy i dziennikarze – dwóch takich zacytowałem, Gowina i Szułdrzyńskiego.

Nie tylko prawo pisowskie stanęło pod latarnią, ale moralność i kompletne niezrozumienie polskiej tradycji. Nie będę pisał o tolerancji dawnych Polaków wobec innych nacji, bo to zostało zniszczone przez pokraczność nacjonalistów, ale powołam się na wybitną Zofię Nałkowską z „Medalionów” opublikowanych w 1946 roku, która tamże pisze o „polskich obozach śmierci”. Czy wówczas czytelnicy pomyśleli, iż obozy organizowali Polacy? Tak samo jest dzisiaj, żaden średniej jakości publicysta zajmujący się tą tematyka nie obarczy winą Polaków za obozy śmierci.

Ludzie ludziom zgotowali ten los, a dzisiaj pisowcy politycy i niektórzy żurnaliści budują nam degradowaną Polskę. Czego się nie dotkną – niszczą, ośmieszają i zwalają winę na innych. To jest pokraczność, która stanęła po latarnią.

Kapitalnie podsumował opisywaną przeze mnie pokraczność w jednym tweecie Donald Tusk: – „Kto rozpowszechnia kłamliwe sformułowanie o „polskich obozach”, szkodzi dobremu imieniu i interesom Polski. Autorzy ustawy wypromowali to podłe oszczerstwo na cały świat, skutecznie jak nikt dotąd. A więc, zgodnie z ustawą…”.

ŚWIETNY POMYSŁ. TO CO ROBI Z POLSKĄ WYMAGA PILNEJ KONSULTACJI LEKARZY SPECJALISTÓW. KTO JEST ZA?

Macierewicz jak gorący kartofel

Nigdzie na świecie – poza PiS-em – ktoś taki nie dostałby żadnych zadań do realizacji.

Antoni Macierewicz w PiS zawsze był gorącym kartoflem. Ze względu na ryzyko jego działań i związaną z tym medialną podwyższoną temperaturę, był przerzucany z rąk do rak. Niektórym zaś jego osoba służyła do ogrzania lichej przeszłości opozycyjnej. Tak Macierewicza na przykład wykorzystywali bracia Kaczyńscy. Jarosław zaspał w pierwszym dniu stanu wojennego, nie od razu ogarnął, co się stało w Polsce, tak był nieprzytomny. Macierewicz więc w tych okolicznościach został potraktowany niczym koksownik (przy którym milicja grzała się w grudniu 1981 i pierwszych miesiącach 82 roku). Grzanie się Macierewiczem widać w autobiografii Kaczyńskiego, w passusach dotyczących opozycyjności w PRL-u, Jarosław ciumka na temat Macierewicza, jak podobni nacjonaliści w „Transatlantyku” Gombrowicza (Baron, Pyckal i Ciumkała).

Macierewicz to przede wszystkim człowiek do specjalnych poruczeń, który nie kłania się rozsądkowi i rozumowi. Bracia Kaczyńscy chcieli przejąć służby specjalne, więc oddali je do zreformowania w ręce Macierewicza, który oczywiście zniszczył je w wyniku przekształceń (WSI).

Macierewicz trudno jest kojarzony – albo wcale – z normalnością. Gdy jego sylwetkę weźmie się pod rozważania, nasuwa się uwaga, że potrzebuje konsylium profesjonalistów, aby mogli go zakwalifikować do naprawy – do formy uzdrowienia – a nie posyłać do pełnienia służby publicznej. Macierewicz potrafi współpracować tylko z Misiewiczami i Kaczyńskimi.

Misiewiczami otaczał się w ministerstwie obrony narodowej, a Kaczyńskiemu stworzył religię smoleńską, która spersonifikowana może być tylko porównana do Frankensteina. To potwór naszego życia publicznego, który zdemolował wspólną przestrzeń Polaków, a następnie pozwolił Kaczyńskiemu niszczyć wszystko, co się da.

Jako gorący kartofel Macierewicz potwierdził się w kampanii wyborczej do parlamentu. Beata Szydło gwałtownie zareagowała na wieści, iż kartofel Kaczyńskiego może zostać ministrem. Przedstawiła Jarosława Gowina jako kandydata na przyszłego ministra. Szydło wówczas wg pisowskiego wzorca oszwabiła opinię publiczną. Szachrajstwa partii Kaczyńskiego są tak powszechne, iż gdyby ich nagle zaprzestali, nie wiedzielibyśmy się, jak zachować w normalnych warunkach. Kiedyś przyjdzie nam przystosować się do normalności.

Przez dwa lata minister Macierewicz niszczył polską obronność. Z deklaracji zakupów śmigłowców bojowych czy okrętów podwodnych się nie wywiązał. Przesuwał terminy przetargów, ogłaszał zakupy bez żadnego trybu, z których wychodziły tylko nici jego indolencji, iż stało się zasadne podejrzenie – jak w książce Tomasza Piątka – że niekoniecznie działa w polskim interesie. Ta sprawa prędzej czy później zostanie wyjaśniona przez normalne władze polskie.

No i Macierewicz znalazł się na bruku, został zdymisjonowany. Nawet Andrzej Duda – prezydent bez właściwości charakterologicznych – zauważył zniszczenie kadr Wojska Polskiego. Z takim ministrem nie da się współpracować i wcale nie jest to wina zapisów konstytucyjnych, na które prezydent lubi zwalać odpowiedzialność. Duda sobie nie radzi w trudniejszych warunkach, w których trzeba wykazać się intelektem i wolą, zaś Macierewicz nigdzie na świecie – poza PiS-em – nie dostałby żadnych zadań do realizacji, bo on normalnie nie potrafi.

Schizofrenicznie wygląda „odpowiedzialność” za wykopanie Macierewicza. Żaden z głównych aktorów PiS nie chce wziąć na klatę tego kartofla. Duda dla TVP Info powiedział, iż taka była wola większości parlamentarnej, którą wobec niego reprezentował Mateusz Morawiecki: – „Premier złożył do mnie, jako prezydenta, wniosek o dymisję i ja go przyjąłem. Rozumiem, że to był wniosek, który wynikał z tego, że taka była wola większości parlamentarnej”.

A ten który rzeczywiście odpowiada za swoje towarzystwo partyjne prezes Kaczyński dla „Gazety Polskiej” o naciskach prezydenta powiedział: – „Dla nikogo nie jest tajemnicą, iż one były i to bardzo intensywne. Naprawdę nie było innego wyjścia. Dla skutecznej realizacji naszego projektu politycznego tak trzeba było postąpić, choć dla nikogo z nas – mogę powiedzieć, że szczególnie dla mnie – ta decyzja nie była prosta”.

I taka jest jakość polityki PiS. Nie brać odpowiedzialności, zwalać winę na innych. Kartoflana polityka w sprawie gorącego kartofla.

TRZYMAMY KCIUKI. Jeszcze wiele okazji przed tym rządem.

Infantylna tożsamość Polaków wg PiS

PiS zafundował nam konflikt z Izraelem z powodu infantylności swych polityków, kiedyś twardo nazwanych przez Bartoszewskiego „dyplomatołkami”.

Konflikt z Izraelem został zafundowany z tego powodu, iż politycy PiS chcą budować infantylną tożsamość Polaków. Ustawa o IPN ma chronić naród i państwo polskie przed przypisywaniem zbrodni nazizmu, bo bohaterstwo nasze jest bez skazy. Ustawa ma dotyczyć jakoby twierdzeń, które są „wbrew faktom”,  a mówią to ci, którzy od 8 lat konsekwentnie utrzymują, że w Smoleńsku był zamach.

O prawdzie historycznej miałby decydować prokurator. To już nie polityka historyczna, ale polityka represyjna. Podobne rozwiązania praktykowane były w PRL w stosunku do tych, którzy przypisywali winę za Katyń władzom stalinowskim, jakoby twierdzili „wbrew faktom”.

„Jan Kowalski”, który podpalał stodołę w Jedwabnem, który doniósł na ukrywającego się Żyda z nadzieją na „szmal”, który uczestniczył w pogromie kieleckim, pozostaje Janem Kowalskim narodowości polskiej, który był sekowany bezpośrednio lub pośrednio. To samo dotyczy Hansa Schmidta, winę za Holocaust ponosi z powodu, iż był faszystą narodowości niemieckiej.

Naród jest pojęciem nieprecyzyjnym, a nawet kłamliwym, bo nie da się go opisać nawet antropologicznie. Jedyne pojęcie, które w tym wypadku da się zastosować dotyczy społeczeństwa, w ramach którego doszło do tego, że jeden jego członek został szmalcownikiem, a drugi ofiarą w ramach Zagłady. Do takich zbrodni dochodzi zwłaszcza wówczas, gdy dobrzy ludzie milczą i na to przyzwalają.

Infantylizm nie jest prawdą o narodzie, jest kłamstwem o mniemanym bohaterstwie. W tym miejscu mogę tylko stwierdzić, iż odpowiadający za nowelizację ustawy o IPN są infantylnymi ludźmi i politykami, a takim jest choćby wiceminister Patryk Jaki, czego daje dowód, gdy otworzy usta w mediach. Brak mu walorów, a mimo to lansuje się na celebrytę.

PiS zafundował nam konflikt z Izraelem z powodu infantylności swych polityków, kiedyś twardo nazwanych przez Władysława Bartoszewskiego „dyplomatołkami”. Czy potrafią się wycofać z tak uprawianej dyplomacji? Nie! Matołki tego nie potrafią, będą brnąć w coraz większe szkody. I będą zachęcani do infantylizmu takimi „komentatorami”, jak Rafał Ziemkiewicz i Marcin Wolski, którym antysemickie szambo wybiło pod sam sufit.

WSZYSCY CIĘ POPIERAMY. RÓŻA – DO BOJU ! :)))

NAJPIĘKNIEJSZE ŻYCZENIA DLA WSZYSTKICH POLAKÓW. Dołączamy całym sercem. Przekazujcie je dalej, niech nadzieja dotrze do wszystkich!

Igor Brejdygant przedstawia swoją kolejną rozmówkę na koduj24.pl.

Rozmówka polsko-polska między dziadkiem a wnuczkiem na Święta Bożego Narodzenia anno domini 2045

Osoby:

Dziadek – schetany życiem, 60-letni staruszek
Wnuczek – pełen nadziei, wygłodzony troszkę chłopiec, lat osiem

Miejsce: Polska, która powróciła na łono słowiańszczyzny wschodniej.

– Dziadku? – wnuczek siedzi na kolanach u dziadka, przed nimi na stole jedna pomarańczka, którą dziadkowi udało się wystać w kolejce po cokolwiek, w tle telewizor, a w nim przemawia smutny pan. – A dlaczego my obchodzimy święta kiedy indziej niż ci państwo na filmie?

– Bo tamci państwo obchodzą w Europie, a my nie jesteśmy w Europie – dziadek zaczyna obierać pomarańczkę, na którą ma ogromną ochotę, ale którą zaraz odda wnuczkowi.

– A opowiesz mi, jak kiedyś byliśmy w Europie, dziadku?

– Znowu? Przecież opowiadałem Ci ostatnio.

– Ale to moja ulubiona bajka, dziadku – malec nalega.

– No dobra – dziadek daje się przekonać, bo bardzo lubi tak naprawdę opowiadać tę bajkę; wspomnienia – to wszystko, co mu zostało. – Kiedy miałem tyle lat, co ty teraz, Polsce udało się wyzwolić z jarzma Rosji i wyjść do świata, to było w 89 roku, wielki czas dla kraju – dziadek zapada się w odmętach pamięci, na jego twarzy pojawia się delikatny uśmiech.

– Dziadku, a co to jest jarzmo?

– Jarzmo to takie coś, co zakłada się koniom, żeby można było prowadzić je tam, gdzie się chce.

– Biedne konie. A teraz też jesteśmy pod jarzmem Rosji?

– Tak, ale nigdzie i nikomu nie wolno Ci tego głośno powiedzieć. Rosja to nasz największy przyjaciel, któremu zawdzięczamy to, że mamy tę jedną pomarańczkę.

– Wiem dziadku, nic nikomu nie powiem. I co było dalej?

– Dalej przez dwadzieścia sześć lat Polska kwitła, szła do przodu, była już coraz bliżej tych krajów, w których wszyscy mają tyle pomarańczy, ile dusza zapragnie.

– Nie wierzę, że są takie kraje.

– Są, wszystkie te, w których święta obchodzi się wcześniej, a dzień zwycięstwa później.

– I co jeszcze było, dziadku? Co jeszcze?

– I można było w szkole mówić, co się chce o Rosji i o wszystkim.

– Na pewno tak nie było, nigdy – wnuczek trochę się rozsierdził. – Miałeś mi opowiadać prawdziwą bajkę, a nie zmyśloną.

– Ale co poradzę, skoro tak było i były gazety, które pisały, co chciały i o kim chciały oczywiście, jeśli nie kłamały. I mogliśmy jeździć tam, gdzie są pomarańcze, kiedy tylko mieliśmy ochotę.

– Czyli gdzie, do babci Janki?

– Babcia Janka nie ma zawsze pomarańczy, ale wtedy miała.

– Czyli dokąd po te pomarańcze?

– Do wszystkich tych krajów, które teraz znasz tylko z mapy, mogliśmy jeździć, gdzie chcieliśmy i kiedy chcieliśmy. Po prostu szło się na lotnisko i… Ech, co Ci będę mówił.

– I tak Ci nie wierzę w to jeżdżenie, zmyślasz.

– Może.

– No właśnie i co jeszcze było dziadku, co jeszcze?

– No i wszyscy mieli takie kolorowe ubrania i w ogóle dużo było wtedy kolorów. Nawet zimą, jak nachodziła szaruga, to świat był kolorowy, przyjeżdżali do nas wtedy też ludzie o innym kolorze skóry.

– No co ty dziadku, na pewno nie, nikt do nas nie przyjeżdżał, bo my nikogo nie lubimy.

– Oj nie, wtedy nawet zaczęliśmy już trochę lubić innych ludzi. No i były te wszystkie ogromne sklepy, do których chodziliśmy i w których wydawało nam się, że to już tak będzie zawsze pięknie.

– Ogromne sklepy pełne pomarańczy?

– Pomarańczy i w ogóle wszystkiego tego, co teraz widzisz na tych filmach, co to nie możesz mówić w szkole, że je oglądałeś. Nie mówisz, mam nadzieję?

– Pewno, że nie mówię, nikt nie mówi, pomyśleliby, że jestem nienormalny.

– No i można było śpiewać różne piosenki, a nie tylko religijne i o ojczyźnie.

– Czyli o czym śpiewaliście?

– O wszystkim, o czym tylko chcieliśmy. Były zespoły też takie kolorowe i wszędzie były restauracje i było sushi.

– Co to jest sushi?

– Takie japońskie jedzenie z ryżu i surowej ryby.

– Ryż to mamy przecież.

– Mamy – dziadek znów posmutniał.

– A opowiedz mi o tych pudełkach, do których wrzucało się karteczki…

– Karteczki? A tak to były wybory, na które szliśmy, a w każdym razie mogliśmy chodzić i tam wrzucaliśmy karteczki i wtedy zmieniał się rząd, który nam się nie podobał.

– Jak to się zmieniał, przecież rząd jest jeden? – zdziwił się mały. – To na co właściwie miał się zmieniać?

– Na inny, czasem na trochę inny, czasem na zupełnie inny, wszystko zależało od tych karteczek. No i jeszcze, jak ktoś mówił o Tobie coś złego albo coś ci zrobił, to szło się w takie miejsce, w którym pan w długiej sukmanie decydował, czy ten ktoś ma rację, czy może jednak Ty masz rację.

– Teraz zawsze ten ktoś ma rację – zauważył malec.

– No właśnie – dziadek wyglądał jakby w ciągu tej rozmowy posunął się o kolejne kilka lat. – I do pracy szło się takiej albo innej, to Ty decydowałeś, a nie ktoś za ciebie, co masz robić, gdzie i jak.

Przez chwilę siedzieli, mały trawił informację, dziadek trawił wspomnienia.

– I co było potem, co się stało dziadku, że teraz nie ma już tych pomarańczy, że nie mogę jeździć, gdzie chcę i mówić, co chcę w szkole i że nie ma już tych karteczek?

– Tego właśnie nie wiem zbyt dokładnie – dziadek się zamyślił. – Zdaje się, że przyszli jacyś ludzie, którzy wmówili tym, którym się nie podobało, jak jest, że będzie lepiej, okłamali ich i oni uwierzyli i wrzucili te karteczki ostatni raz i wybrali ich, żeby rządzili…

– A potem? – niecierpliwił się wnuczek.

– A potem Ci, dla których kopiemy teraz ten węgiel, budujemy te statki, dla których uczymy się tego języka, co ma inne literki, pomogli tamtym, żeby zostali tu już na zawsze i tylko… – dziadek na chwilę się zaciął.

– I tylko co, dziadku?

– I tylko wciąż nie wiem, dlaczego wtedy im na to pozwoliłem?

– Ty, dziadku?

– Ja i trzydzieści milionów takich ludzi jak ja – dziadek sprawiał wrażenie jakby utknął na dobre. – Dlaczego im pozwoliliśmy, żeby zmarnowali życie naszym wnukom?

„Tak kłamie partia Jarosława Kaczyńskiego. Internauci odkryli przepis na świąteczne Wiadomości TVP”.

Dwa zaległe felietony Waldemara Mystkowskiego.

Wierzymy w opowieści wigilijne

Wierzymy w opowieści wigilijne, bo wierzymy w dobro. W wypadku Polaków tym dobrem jest demokracja, jest wiara w prawo i sprawiedliwość, które niestety okazują się towarem deficytowym w naszym kraju.

Wierzymy, że Ebenezer Scrooge z Nowogrodzkiej zostanie nawiedzony przez ducha Jakuba Marleya, a ten namiesza w jego sumieniu, iż dobro stanie się dobrem, a nie: „nikt nam nie powie, że dobro jest dobre…”.

Duchem Marleya dla Scrooge’a mógłby być duch jego brata. Podobnie możemy wierzyć, że w noc wigilijną, w noc przesilenia, zwierzęta zaczną mówić ludzkim głosem. Szczególnie zwierzęta z „Folwarku…” pana Scrooge’a.

A gdy będziemy łamać i dzielić opłatkiem, to „połamiemy się, połamiemy”? To „podzielimy się, podzielimy”? Wszak nasza narodowa specjalność: dzielić i łamać, łamać i dzielić.

Potrzeba nam wiary w nas, w siebie, przede wszystkim potrzeba nam więcej dialogu z podzielonymi i połamanymi, z tego dialogu ma szansę powstać prawda o nas.

W internecie znalazłem wiersz (jestem niejako o niego zazdrosny) Marcina Świetlickiego, który podał dziennikarz „Rzeczpospolitej” Jacek Nizinkiewicz, opatrując komentarzem: „Idealny na dzisiaj”.

Marcin Świetlicki – Nikt w nas

„Nikt w nas nie wierzy, jesteśmy widmami w ich kraju, jesteśmy niejasnymi sylwetkami widzianymi kątem oka, w mrocznych przejściach. Natomiast my wierzymy we wszystko, w każdą ideę, wierzymy nawet w życzenia wigilijne pary prezydenckiej. To rodzaj zabawnego hazardu.”

Wiary nam jednak nikt nie odbierze. I tego się trzymajmy w święta.

Rozumienie katolicyzmu według

Przedświąteczne impresje o sepsie i perle

Dwie przedświąteczne impresje. Eurodeputowana PO Julia Pitera w internetowym programie  #RZECZoPOLITYCE dopatrzyła się niespójności przekazu polityków PiS, nazywając narzucany przez nich „postępowy” ustrój – „kroczącym autorytaryzmem”. Mianowicie kolesie Kaczyńskiego zmierzają na wschodnią stronę. Z Zachodu na Wschód.

Oczywiście, że polityka PiS musi tam wylądować, nie tylko z powodu geopolityki. Będziemy odrzuceni z organizmu UE po przeszczepie cywilizacyjnym w 2004 roku, gdy zostaliśmy jej członkami. Proces odrzucenia to uruchomienie po raz pierwszy w historii artykułu 7 Traktatu UE.

Infekcja objęła trzy filary demokracji, można nazwać to sepsą, która dotknęła całą Polskę. Jeszcze stara się ratować kraj społeczeństwo obywatelskie, ale już jest zmęczone i nieskuteczne, jak lekarze rezydenci, którzy w 30. godzinie dyżuru muszą dokonać skomplikowanej operacji.

Znajdujemy się w tym momencie historii. Julia Pitera przypomina wizytę marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego na Białorusi, który wrócił z niej zachwycony, nazywając tamtejszego satrapę „ciepłym człowiekiem”. A Łukaszenka swoją władzę przekaże synowi.

I w tej beczce dziegciu Pitera znajduje łyżkę miodu. Otóż Kaczyński nie ma dzieci, nie ma syna, więc nie ma komu przekazać władzy nad satrapią, którą zakłada. Jest w tym względzie jałowy, jak to nazywa jego posłanka Krystyna Pawłowicz.

Druga impresja dotyczy Klementyny Suchanow, autorki znakomitej dwutomowej biografii Gombrowicza. Suchanow opisuje na FB, jak naszli ją „byczkowi” z CBA, których zwierzchnicy (błaszczakopodobni) doznali jakichś asocjacji „intelektualnych”. Powiązali jej akcję rzucania jajami („jajogate”) w limuzyny polityków PiS z podpaleniem biura poselskiego Beaty Kempy.

To trzeba mieć źle funkcjonujące neurony, aby powiązać jaja z piromanią. Dla mnie szokującym jest, iż ktoś taki jak Klementyna Suchanow może być powiązany z takim Kononowiczem w spódnicy, jakim jest Kempa. To zresztą pokazuje, jak Polska za obecnej władzy nisko upadła.

Spostrzeżenie prof. Małgorzaty Gersdorf jest nadzwyczaj celne: PiS to okupant. Jak pisał Norwid, jak napisano w Ewangelii Mateusza o rzucaniu pereł przed wieprze, jak ciągnął tę samą metaforę Andrzejewski w „Popiele i diamencie”, ciągle używamy najlepszych spośród nas przeciw zaprzańcom. Klementyna Suchanow jest perłą, jest na szczęście diamentem.

Zaś PiS to beczka dziegciu, sepsa, która paraliżuje Polskę. Aby kraj ratować, musi nam się więcej chcieć!

PROSIMY O WIĘCEJ TAKICH KOSZULEK W TELEWIZJI :))) ZWŁASZCZA NA ŻYWO! Brawa dla !!!!!!!!!!!!!!!!

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o „reformach” Morawieckiego.

Łelkam tu de fjuczer!

Mateusz Morawiecki będzie Europie mydlił oczy rzeczywistymi i fikcyjnymi reformami.

Z rwącego potoku nadętych słów, które próbują uzasadnić równoczesną zmianę premiera i ustroju państwa, wyłowiłem liczne zwroty marynistyczne: nawa państwowa, zmiana kursu, stery kraju, wszystkie ręce na pokład… Paralela wydała mi się nadzwyczaj trafna. Rzeczywiście od dwóch lat płyniemy w nieznane okrętem, którego nowy właściciel wywraca do góry nogami plan naszej podróży.

Obecny armator nie jest człowiekiem z branży i nie odróżnia okrętu od statku. Wcześniej był kierownikiem szatni, gdzie po uważaniu wydawał płaszcze klientów każdemu, kto mu się spodobał – i nikt nie mógł mu nic zrobić. Dwa lata temu obiecując złote góry dostał na kredyt piękny statek, którego zazdrościła nam morska brać z całej Europy. Teraz już nie zazdrości, bo egzemplarz – do niedawna jak spod igły – w krótkim czasie zaczął przypominać odrapaną łajbę z burtami poobijanymi w licznych zamierzonych kolizjach z sąsiednimi jednostkami. Dzisiaj w obłokach trujących spalin z rosnącym trudem pokonuje wzburzone fale i co chwilę wpada w niebezpieczny dryf.

Armator, który podobno nawet do wanny nie wchodzi bez nadmuchiwanych rękawków, nie zna się na współczesnej światowej gospodarce morskiej i znać się nie zamierza. Wystarczy mu wiedza z epoki żaglowców, zdobyta podczas lektury książek marynistycznych. A jednak dostrzegł, że okręt traci stabilność i nie nadąża za armadą. Zauważył, że załodze coraz trudniej porozumieć się z sąsiednimi jednostkami, bo przestaliśmy uznawać powszechnie obowiązujący kod flagowy, złośliwie burząc sekwencje sygnałów poprzez dowieszanie między proporczyki upranych gaci i onuc. Armator zrozumiał w końcu, że łajba może wpaść w samotny, niebezpieczny dryf, chociaż nie zrozumiał, że to jego wina, bo sam przecież kazał wyrzucić za burtę łodzie ratunkowe, usunąć grodzie wodoszczelne, a książeczkę procedur awaryjnych powiesić na gwoździu w oficerskiej toalecie.

Dostrzegając zagrożenia, armator nie zdecydował się jednak zawinąć do bezpiecznej przystani, by tam dokonać przeglądu i gruntownych napraw. Przeciwnie. Zarządził „całą naprzód”. Uznał, że skoro wiatr jest coraz bardziej przeciwny, to kurs należy jeszcze bardziej wyostrzyć. I znalazł wśród załogi fachowca, który obiecał, że poradzi sobie z cieknącym kadłubem, uszczelniając go na bieżąco pakułami. Obiecał też, że prowincjonalne dotąd metody dowodzenia zastąpi bardziej nowoczesnymi, a przy okazji dogada się z innymi kapitanami naszej armady, by nieco odsunęli się od nas i nie przeszkadzali w coraz bardziej ryzykownych manewrach.

I tak dotychczasowa dowodząca, absolwentka Podkarpackiej Zasadniczej Szkoły Nawigacji, dostała oklaski, bukiecik namorzyn, dyplom oraz skierowanie pod pokład, gdzie ma poprawiać nastroje załogi, dbać o zaopatrzenie w czyste kalesony i organizować chóralne AHOJ! – na cześć armatora. Za sterem stanął zdolny nawigator – światowiec, który uprzednio oświadczył, że również dla niego polecenia armatora będą ważniejsze od postanowień Kodeksu Morskiego. Zobowiązał się również, podobnie jak jego poprzedniczka, że gdy obejmie stery, to w odpowiednim momencie zboczy znienacka ze szlaku armady i poprowadzi państwową nawę na z góry upatrzone rafy. Z tą jednak różnicą, że nowy kapitan zamierza te rafy pomalować w biało – czerwone pasy, a następnie zagospodarować, budując tam największy w okolicy port lotniczy, fabrykę produkującą milion aut elektrycznych, wytwórnię tysiąca dronów oraz kosmodrom.

Zabrakło tylko informacji, jak nowy dowódca polskiego okrętu zamierza przekonać sąd morski Międzynarodowej Izby Handlowej, że dowodzona przez niego jednostka nie jest statkiem pirackim i stosuje się do reguł Kodeksu Morskiego. Nie wiadomo też, czym przekona kapitanów sąsiednich okrętów, że jest bardziej odpowiedzialnym i godnym zaufania od poprzedniczki. I jak dowiedzie, że nasze głupie manewry zagrażające całej armadzie, to taka polska specyfika, wykwit naszej tysiącletniej kultury, specyfiki i obyczajów. Czym ich przekona, by posunęli się nieco i zrobili więcej miejsca dla tanecznych polskich zygzaków?

Podejrzewam, że premier Morawiecki postawi w tej sprawie na przeczekanie. Będzie Europie mydlił oczy rzeczywistymi i fikcyjnymi reformami i będzie opowiadał o planach, które spowodują, że Polska Jutra stanie się wzorem dla Europy. Równocześnie gorliwa część załogi ozdobi polski statek girlandami i świecidełkami, umai dziób świętymi obrazkami, a na burcie wywiesi ogromny transparent z zaproszeniem dla unijnych partnerów, w sobie znanym języku obcym: ŁELKAM TU DE FJUCZER! Premier będzie unijnym prominentom szeptał do ucha, że tak naprawdę to on tego i owego wcale nie popiera i że będzie to powolutku zmieniał… Stanie na głowie, by nie dopuścić do kar i odwlec unijne reprymendy – choćby tylko do najbliższych wyborów, po których Jarosław Kaczyński – właściciel premiera, rządu i Polski – planuje zmienić Konstytucję, zalegalizować dyktaturę i pokazać Unii środkowy palec.

Czy te najbliższe wybory okażą się bezpieczną przystanią, czy groźną rafą? A może mielizną, gdzie nikt nie osiągnie swoich celów i tylko nasz statek utknie na długie lata?

SZOK! TAKICH CZASÓW DOŻYLIŚMY. Ale kosa trafiła na kamień, nie odpuści. Będzie kolejny proces. Gmyz powinien dostać nauczkę. KLIKNIJ. Pokażmy, że nie zgadzamy się na takie szokujące zachowanie ani dziennikarzy TVP, ani żadnego innego Polaka!

Polska Policjo, pukacie już do drzwi tego łobuza, czy kolegów ministra Błaszczaka nie ruszacie? –

Waldemar Mystkowski zaś pisze o Tusku i Morawieckim, rzecz jasna.

Tusk a rekonkwista Morawieckiego

Coś się dzieje z umysłami polityków, którzy odwiedzają imperium medialne Tadeusza Rydzyka, iż ulegają swoistej fiksacji? Podjęcie decyzji, aby tam udzielić wywiadu bądź wdać się w rozmowy (niedokończone) świadczy o psychicznym „dyrdum”. Czy dlatego tak się dzieje, że osoba, naprzeciw której siadają, jest w sutannie (habicie)? Acz jestem w stanie zrozumieć polityków irańskich, którzy odwiedzają irańskie media, bo są immamami i teokratami. Dlaczego jednak w Polsce TV Trwam, która ma znikomą oglądalność ze względu na niski poziom – poziom gazetki ściennej, jest tak ostentacyjnie uprzywilejowana przez władze PiS?

Mateusz Morawiecki, nowy premier rządu polskiego, pierwszego wywiadu udzielił „gazetce ściennej” – TV Trwam, dostał tam intelektualnego „dyrdum”, mianowicie podzielił się swoim marzeniem: „rechrystianizować Europę”.

Ki diabeł znaczy ów termin w polityce, w socjologii, w naukach przyrodniczych i humanistycznych? Termin zrozumiały, ale zastosowanie jego na pewno – nie. Bo Morawiecki księdzem nie jest ani reprezentantem Watykanu. Podejrzewam nawet, że z taką gadką-szmatką papież Franciszek posłałby go do porządnej szkółki jezuickiej bądź dominikańskiej, aby podciągnął się w rozumieniu współczesności i nowoczesności.

Czyżby Morawiecki duchowo był taki znikomy, że stara się podlizać kapłanom? Czasy chrystianizowania mamy dawno za sobą. Skończyły się wraz z krucjatami i Inkwizycjami, a cezurą w polityce europejskiej jest Rewolucja Francuska (cokolwiek o niej myśleć). Nikt się potem nie odważył na rzeczywisty mariaż polityki z chrystianizacją. No, oprócz faszystowskiego premiera Słowacji ks. Jozefa Tiso. Partie chadeckie, jak np. niemiecka CDU odwołują się do aksjologii chrześcijańskiej, a to diametralnie inne niż doktorat z teologii Tadeusza Rydzyka.

Morawiecki co prawda szybko dodał, że „w wielu miejscach nie śpiewa się kolęd, kościoły są puste i są zamieniane na muzea”, ale pozostał po tym jego „rechrystianizowaniu” odór Pizarro, a dokładnie re-Pizarro. Mogę się rozpisywać i dociekać, co Pizarro Morawiecki ma na myśli i tak nie dojdę, bo tego dojść nie sposób, jak nie dojdziemy do głębszej konkluzji z jakimkolwiek podobnym dyrdum.

Zestawiam Morawieckiego z kimś na wskroś normalnym, jednym z nas, acz wielce wybijającym się – z Donaldem Tuskiem, który dostał doktorat honoris causa Uniwersytetu w węgierskim Pecs. Przy odbiorze doktoratu powołał się na tradycję europejską z bardzo szeroką paletą wartości kulturotwórczych, ale nie usłyszałem żadnego marzenia o wojowniczej rechrystianizacji, żadnych zachęt do zamierzchłych krucjat i zapędzeniu ludzi do kościołów, jak do stodół.

Tusk jednak przestrzegał przed tym, że „nie będzie Europy, jakiej pragniemy, jeśli od wewnątrz opanują ją nasi polityczni barbarzyńcy”. Tym dzisiaj jest rechrystianizacja – barbarzyństwem, cofnięciem się do pełnych kościołów.

Może Morawiecki nie miał tyle złego na myśli, to jednak świadczy, że nie potrafi formułować myśli, to źle świadczy o nim jako „trzcinie myślącej”, o jego marnym wnętrzu. Tusk był i jest człowiekiem oczytanym, to słychać w jego mowie i wyczytać można w eseistyce. W Pecs powoływał się na wybitną książkę Claudio Magrisa „Dunaj”, która jak ta europejska rzeka płynie narracją przez bogactwo Europy, a nie na wąsko pojętą rechrystianizację (niestety, historycznie można odczytać ją jako krwawe barbarzyństwo).

Morawiecki proponuje więc dzisiaj jakąś rekonkwistę, barbarzyństwo. Pobrzmiewają w nim nuty odwetowej endecji, pokłosia międzywojnia, sojuszu narodu i chrystianizacji, która zapłonęła stodołą w Jedwabnem. To jest wąsko pojęte zapełnianie pustych kościołów. Ale gdy jest się w niszowej TV Trwam, to dostaje się takiego dyrdum, jak Morawiecki. Niedobrze nam to wróży, oj, niedobrze…

Bierzcie i przekazujcie sobie tę pamiątkową fotografię. Zdjęcie sprzed Pałacu Prezydenta, podczas manifestacji w obronie wolnych sądów i wolnych wyborów. Policja i pisowski reżim tak zwracają się do suwerena. Metody rodem z Rosji i Białorusi. NIE CZARUJMY SIĘ. KOMUNA WRÓCIŁA.

NIEDZIELA – KOLEJNA MIESIĄCZKA PREZESA. Znów będzie uzdrawiał Europę i Polskę…

Nowy towarzysz miesięcznic, Morawiecki, specjalista od rechrystianizacji Europy.

TO DZIŚ NAJMOCNIEJSZE SŁOWA W SIECI. CAŁA EUROPA ZAREAGOWAŁA NA WPIS TUSKA. WSZYSCY WIDZĄ, JAK PiS WPYCHA POLSKĘ W ŁAPSKA ROSJI. Polacy, obudźcie się, zanim będzie za późno!

Tweet Donalda Tuska wzburzył polskie bajorko.

Katolickie pismo o Tusku: zapisał się do Wehrmachtu

Prawicowe media prześcigają się wręcz w napastliwym i zjadliwym komentowaniu wpisu Donalda Tuska. Zdaje się, że „Gość Niedzielny” postanowił „przebić” wszystkich. Na swojej stronie internetowej katolickie pismo umieściło artykuł z absurdalnym tytułem „Tusk zapisał się do Wehrmachtu”.

Tytuł tekstu co prawda szybko zmieniono, ale – o czym wielokrotnie mogliśmy się przekonać – w internecie nic nie ginie. Pierwsza wersja tytułu nie umknęła użytkownikom Twittera, którzy ironizowali na temat „Gościa Niedzielnego”: – „Katolicki głos w twoim domu”.

– „Gość Niedzielny” pisze, że Tusk zapisał się do Wehrmachtu. Nie będę przeklinał, więc nic więcej nie napiszę” – czytamy w kolejnym wpisie. My też nie chcemy, więc nie będziemy przytaczać treści artykułu. Materiał pozostał na stronie pod zmienionym tytułem: „Tusk wpisuje się w nagonkę”.

Celnie podsumowała go jedna z internautek: – „Gość Niedzielny”, czy zapisaliście się do KGB? Wychodzi na to, że Tusk miał rację…”.

CZAS NAJWYŻSZY ZACZĄĆ MÓWIĆ. I POWTARZAĆ AŻ POLACY ZROZUMIEJĄ. „PiS REALIZUJE INTERESY KREMLA”.

Renata Grochal z „Newsweeka” twierdzi, że dobrze, iż słowa Tuska wreszcie padły.

Ostre słowa Tuska na Twitterze nie są przesadzone

Wiele osób krytykuje szefa Rady Europejskiej za jego wpis na Twitterze o tym, że działania rządu PiS są zbyt podobne do planu Kremla, by można było spać spokojnie. Jednak moim zdaniem ostre słowa Tuska nie są przesadzone. Jeśli Donald Tusk ogłasza na Twitterze alarm w sprawie polityki polskiego rządu, to znaczy, że sytuacja robi się poważna, a taryfa ulgowa dla ekipy PiS w Unii Europejskiej się kończy. 

Odrzucam argument, że szef Rady Europejskiej nie powinienrecenzować działań polskiego rządu, że powinien być bezstronny i zachować równy dystans wobec wszystkich państw UE. Kto jak nie jeden z najwyższych unijnych urzędników, świetnie znający polskie uwarunkowania i widzący je w szerszym kontekście, powinien bić na alarm, gdy unijne wartościsą w Polsce deptane?

Tusk jest zbyt doświadczonym graczem, był premierem dwie kadencje, żeby pisać taki tweet pod wpływem emocji. Powiedział po prostu głośno to, o czym europejscy przywódcy mówią w kuluarach. Bo komu służy demolowanie rządów prawa i niezależności sądów w Polsce, zaostrzanie sporu z Ukrainą, atak na organizacje pozarządowe i na wolne media? Nie wiem, czy to jest działanie intencjonalne, czy nie, ale polski rząd realizuje scenariusz, który z powodzeniem mogliby napisać doradcy Putina. Z tego, że Polska odwraca się plecami do Unii Europejskiej Moskwa jest bardzo zadowolona. Jeśli Polska, która w ostatnich latach była adwokatem proeuropejskich dążeń Ukrainy, ostatecznie popsuje dwustronne relacje, Ukraina na lata zostanie w strefie wpływów Rosji.

Moment ostrej reakcji Tuska nie był przypadkowy. Kilka dni wcześniej ulicami Warszawy przeszli narodowcy z neonazistowskimi hasłami, na które władza przymyka oczy. W Parlamencie Europejskim odbyła się kolejna ostra debata na temat łamania praworządności w Polsce, która pokazała, że polski rząd nie zamierza się cofnąć. W tym tygodniu Sejm ma się zająć ustawami, które ostatecznie podporządkują sądownictwo władzy wykonawczej. „Kompromis”, który wynegocjował prezydent Andrzej Duda, nic tu nie zmienia. PiS wymieni sędziów Sądu Najwyższego i obsadzi większość sędziów w Krajowej Radzie Sądownictwa.

Jeśli partia rządząca przejmie sądy, a za chwilę wolne media i zmieni pod siebie ordynację wyborczą, Polska z modelu zachodniego przekształci się w model wschodni. Tusk bije na alarm, bo to jest ostatni moment, gdy Polska może się z tego wycofać. Mocne wejście Tuska w polską politykę, obnaża też słabość opozycji. Szef Rady Europejskiej zastępuje dzisiejszą opozycję, która bardziej zajęta jest wzajemną rywalizacją, niż walką z PiS.

Jednak nie sądzę, żeby to był sygnał, że Tusk rozpoczyna kampanię prezydencką. Dziś jest za wcześnie na taką decyzję. Wybory prezydenckie odbędą się dopiero w 2020 roku i do tego czasu wiele może się wydarzyć. Ale nerwowa reakcja PiS na te kilka zdań na Twitterze pokazuje, że obawa przez powrotem Tuska do kraju wciąż jest w partii Kaczyńskiego bardzo silna. Ciągle to Tusk, a nie Schetyna, czy Petru, pozostaje realnym zagrożeniem dla Jarosława Kaczyńskiego. Jeśli opozycja się nie pozbiera, Tusk może być zmuszony do tego, by pod swoim sztandarem budować nową opozycyjną siłę, która będzie bronić obecności Polski w Unii.

NIE MA TO JAK ZOBACZYĆ ANIOŁA W PONIEDZIAŁEK 🙂

Waldemar Mystkowski analizuje drobiazgowo Tuska.

W beznadzieję polskiej polityki wewnętrznej i zagranicznej Donald Tusk potrafi wkroczyć jednym tweetem. Nie tylko z powodu, iż jest rasowym politykiem, że liczy się w kraju, że boją się go pisowcy, jak diabli święconej wody, ale przede wszystkim, iż w krótkim komunikacie potrafi dotknąć rzeczy najważniejszych.

Tusk potrafi wsadzić palec w ropiejącą ranę, jaką zostawia nam PiS. I apeluje, alarmuje: obudźcie się! „Alarm! Ostry spór z Ukrainą, izolacja w Unii Europejskiej, odejście od rządów prawa i niezawiłości sądów, atak na sektor pozarządowy i wolne media – strategia PiS czy plan Kremla? Zbyt podobne, by spać spokojnie” – pisze Tusk.

To jest tweet, z powodu rangi Tuska, bardzo mocny, wszak przewodniczący Rady Europejskiej ze względu na swoją funkcję jest politykiem pięciogwiazdkowym. Tak ostro do tej pory Tusk nie pisał. W pierwszej kolejności zwrócił uwagę na spór pisowskiej dyplomacji z Ukrainą, który jest korzystny dla Rosji. Następnie wymienia wszystkie słabości obecnej władzy, zapytując – dyplomatycznie – czy ta strategia formułowana jest na Nowogrodzkiej, czy na Kremlu.

Jeżeli Tusk stawia znak zapytanie, to my możemy spokojnie go ominąć. Posądzenie o realizację polityki Kremla przez Nowogrodzką nie powstało w żadnej próżni, tylko w Brukseli i tuż po szczycie europejskim w Goeteborgu. Za Tuskiem – należy mniemać – stoją politycy europejscy i to najważniejsi.

Pierwsze słowo to „alarm”. Wszystkie znaki rozumu wskazują, iż sukcesywne wykluczenie Polski z UE jest celowe, można wskazywać na poszczególne punkty strategiczne, obecne w polityce wewnętrznej i zewnętrznej. A jeżeli wychodzimy z UE, to z automatu wpadamy w łapy przyjaciela Orbana, Putina, lokatora Kremla.

Wpływowy portal Politico.eu w tweecie Tuska zauważa „Kremlin’s plan”, porównanie polityki polskiego rządu PiS do „planu Kremla”. Nie trzeba zanadto dobrze znać historii Polski, aby dopatrzeć się w polityce uprawianej przez PiS Targowicy, nawet elementy ideowe są zbieżne. Tradycyjny sojusz z zacofanym klerem przeciw nowoczesności – wówczas przed nowoczesną Konstytucją 3 Maja, a dzisiaj przed demokratyczną Konstytucją III RP.

Głos swój opublikowała na Tweeterze Beata Szydło, głos do bólu pisowski: „@donaldtusk jako @eucopresident nic dla Polski nie zrobił. Dzisiaj, wykorzystując swoje stanowisko do ataku na polski rząd atakuje Polskę„.

Zwracam uwagę na charakter myślenia Szydło: „nic dla Polski nie zrobił”. To jest myślenie pisowskie, myślenie Misiewiczów. Obsadzić niekompetentnych ludzi na stanowiskach, aby dla PiS coś zrobili (dla niepoznaki piszą i mówią: dla Polski).

A czy Szydło nie zauważyła, jak Polska została doceniona poprzez wybór Polaka na tak wysokie stanowisko. To zrobiła Europa dla Polski, aby mój rodak został najważniejszym jej politykiem. To jest równe temu, iż Curie-Skłodowska dostała Nobla, że Sienkiewicz, Miłosz i Szymborska dostali literackiego Nobla.

To jest zrobienie dla Polski. To my wraz z nimi zostaliśmy wyniesieni tak wysoko. To jest zrobienie dla Polski, tak są wyniesieni najlepsi. A kto temu zaprzecza – szkaluje ich, mnie i świadomych Polaków, jaka praca stoi za wyniesieniem. Szkalowanie – ulubione słowo PiS, odwracanie ogonem. W PiS większość pojęć jest odwracana, zadek robi za twarz.

Najważniejszy z tweetu Tuska jest ten „plan Kremla”. Po czym Tusk pisze, że nie można spać spokojnie. Robi nam alarm w środku pisowskiej ciemnoty: obudźcie się. Tak jak niedawno w akcie samospalenia krzyczał Piotr Szczęsny.

SARYUSZ-WOLSKI NAPISAŁ NA TWITTERZE, ŻE BĘDZIE WALCZYŁ Z TUSKIEM O FOTEL PREZYDENTA. CZY KTOŚ WIE, SKĄD SIĘ BIORĄ TAKIE POMYSŁY U STETRYCZAŁYCH, NIESPEŁNIONYCH POLITYKÓW?

>>>

SZUMEŁDA BARDZO SŁUSZNIE. RZĄD PiS NIE JEST REPREZENTANTEM NARODU, ALE JEGO ZDECYDOWANEJ MNIEJSZOŚCI. Niech nie wypowiadają się w imieniu wszystkich Polaków!

Cztery zaległe teksty Waldemara Mystkowskiego.

Wymienić orła białego na pawia

Parlament Europejski podjął rezolucję, iż w kraju rządzonym przez pawie niszczona jest demokracja.

Zdziwiony jestem, że herbem Polski pod panowaniem PiS nie jest paw. Orzeł biały to taki sobie ptak, który zwykle starcie z jastrzębiem sromotnie przegrywa. A paw odpowiednio skrzeczy i nikt go w wielkości decybeli na najwyższych tonach nie przebije. Ilość pawi w PiS jest co najmniej równa ilości ministrów, tylu pawi nie ma żaden rząd na świecie. Dzisiaj pawie PiS wyszły przed mikrofony, nie wszyscy dziennikarze mogli zachować słuch, bębenki mogły im paść, a na pewno rozum. Także pawie ogony PiS przewyższają ilością kolorów klasycznej tęczy.

I wszystko byłoby w porządku. Pawie sobie poskrzeczały, zmniejszyła się wrażliwość słuchu dziennikarzy, gdyby nie Parlament Europejski, który podjął rezolucję, iż w kraju rządzonym przez pawie niszczona jest demokracja.

Nie wiem, jaki związek istnieje między pawiem a pawianem, na pewno onomatopeiczny. Mogliśmy zobaczyć, że niektórzy od razu przeistoczyli się w pawianów. Dostali małpiego rozumu po rezolucji PE. Beata Szydło nawet zapowiedziała, że na szczycie europejskim w Goeteborgu odniesie się do – jak napisała na Twitterze – „dzisiejszych skandalicznych wydarzeń w PE”.

Szczyt europejski gromadzi przywódców krajów europejskich pod godnym kierownictwem szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska i raczej – a w zasadzie na pewno – żaden z przywódców nie jest europarlamentarzystą. Więc komu zaskrzeczy premier Szydło o „skandalicznych wydarzeniach”, hę?

Za Juliuszem Słowackim optuję, iż nie wystarczy stwierdzenie: „pawiem narodów byłaś i papugą”. Należy w symbolice państwa coś zmienić, aby dorównał aspiracjom ministrów rządu PiS i samej Szydło. Paw to piękny ptak, choć paw pisowski jest nielotem, za to lepiej skrzeczy od innych.

Rząd jakby przewidział „skandal w PE” i wysłał „niezależnych” dziennikarzy na tournee europejskie. Trochę tego nie rozumiem, acz wydaje mi się, że od skrzeku pawi PiS nie padł mi rozum. Po co mają przekonywać „niezależni” dziennikarze prawicowi, iż w Polsce demokracja ma się dobrze. Mogę się założyć, że w Moskwie przyjęci zostaliby ze zrozumieniem i dostaliby zasłużoną porcję oklasków. A tak do Berlina pojechali m.in. Piotr Semka (publicysta tygodnika „Do Rzeczy”), Cezary Gmyz (korespondent TVP), Olga Doleśniak-Harczuk (zastępca redaktora naczelnego „Gazety Polskiej”) i Krzysztof Skowroński (prezes SDP).

Napisałem, że byli m.in. ci, a nie inni dziennikarze. Nie wiem, jacy inni byli, ale wiem, że na spotkanie „niezależnych” dziennikarzy prawicowych stawiło się 6 (słownie: sześciu) niemieckich dziennikarzy. Przy porządnej ławie w niemieckich piwiarniach znalazłoby się jeszcze niejedno miejsce dla „niezależnego” piwosza, acz zależnego od piwa.

Nie będę relacjonował, co wygadywali nasi koryfeusze dziennikarstwa. Przy całym szacunku dla nich jako ludzi, jest to niestety trzeci, a może nawet czwarty garnitur profesji, choć był przecież szef SDP Skowroński, to jego profesjonalizm jest nielotny, godny kuraka grzebiącego, bo do takiego rzędu ptactwa skrzeczącego należy paw.

PiS zmienia niezależność sądownictwa w zależność od autokraty, Trybunał Konstytucyjny w wydmuszkę, media publiczne w gadzinówki, to dlaczego nie zmieni symboliki orła białego na kuraka pawia? Hę?

ROZENEK OBNAŻYŁ KOLEJNE KŁAMSTWO MACIEREWICZA

Ordynacja wyborcza dla republiki bananowej

Państwowa Komisja Wyborcza ostrzega, że zawarte w projekcie PiS pomysły mogą się skończyć katastrofą.

Wprowadzenie ustroju republiki bananowej wcale nie jest takie proste. Wiąże się z wielokroć większymi kosztami niż w republice o standardzie stricte demokratycznym. Ponadto obniża kwalifikacje beneficjentów, czyli tych, którzy kształtują taką zdeformowaną republikę i czerpią z niej korzyści. Przeistoczenie wprowadza także chaos, co staje się zrozumiałe, bowiem nieposiadający kwalifikacji mają problemy z wprowadzeniem porządku i harmonią społeczno-prawną.

Republika bananowa wyziera wszystkimi akapitami z nowej ordynacji wyborczej, której procedowanie nastąpi już na najbliższym posiedzeniu Sejmu i ma być zakończone jeszcze w tym roku. Państwowa Komisja Wyborcza (PKW) właśnie zaopiniowała pisowski projekt noweli i nie zostawiła na nim suchej nitki, nazywając wprost: katastrofa.

Katastrofa w pierwszym rzędzie rzecz jasna jest dla obecnej PKW, bo wszystkim komisarzom z automatu wygasają kadencję. W ciągu dwóch miesięcy PKW musi powołać 16 wojewódzkich i 380 powiatowych komisarzy wyborczych w miejsce dotychczasowych 51.

Mają przyjść zupełnie nowi ludzie – bez żadnego doświadczenia. Skąd ich wziąć? No, właśnie! Można tę operację blitzkriegu przeprowadzić tylko siłami niewykwalifikowanymi („nie matura, a pisowska chęć szczera zrobi z ciebie beneficjenta”).

Dotychczas komisarzami byli po prostu sędziowie, czyli tacy, którzy przeszli przez szczeble zawodu prawniczego od samego dołu, aby stać się niekwestionowanymi fachowcami. W pisowskiej ordynacji wystarczy tylko wykształcenie prawnicze, a takich z cenzusem mgr prawa jest w kraju multum, choćby po studiach wieczorowych i pojęcie o prawie mają takie, jak uczniowie podstawówki o czytaniu książek.

Dotychczas komisarze winni być apolityczni, nie należeć do żadnej partii, teraz ten wymóg zostanie zniesiony. Zatem należy spodziewać się, iż działacze PiS mający wykształcenie prawnicze zasilą w pierwszym rzędzie PKW.

Tak zaordynowani komisarze będą mieli uprawnienia – dotychczas nie były znane – do zmiany kształtu okręgów wyborczych. Zestawmy to z czasem, a komisarze będą mieli na to dwa miesiące, to można być pewnym, iż słowo skandal nie jest nadużyciem. To skandalicznie mało czasu, aby ktoś mógł zapanować nad tym chaosem.

Chaos jest zły? Nie dla PiS, bo o to chodzi. Wszelkie skargi, manipulacje, oszustwa wyborcze utoną w tym chaosie. Nie warto nawet wspominać o takim drobiazgu, jak koszt przeprowadzenia najbliższych wyborów samorządowych – a są one najbardziej skomplikowane ze wszystkich. Będzie on przynajmniej dwukrotnie wyższy niż dotychczas. Poprzednie wybory kosztowały 300 mln zł, wg nowej ordynacji będą przynajmniej dwukrotnie wyższe – 600 mln zł.

Po przyszłych wyborach i zapanowaniu republiki bananowej nie będziemy zastawiali się nad krzywiznami bezprawia państwowego, lecz nad tym, dlaczego pozwoliliśmy, aby standardy wschodnie, a może nawet z Burkina Faso obowiązują w naszym dumnym kraju europejskim, w Polsce.

NA TYM TLE POWINNA WYSTĄPIĆ JAŚNIE PANI PREMIER W SPOCIE REKLAMUJĄCYM PiS. To jedyna poważna inwestycja, jaką zrobili samodzielnie. Mosty, autostrady, Stadion Narodowy, te z reklamy, to dzieło . MÓWCIE POLAKOM PRAWDĘ. NIECH WIDZĄ ROZMACH WASZYCH DZIAŁAŃ.

Szydło – złodziejka demokracji

Najpierw wypada zaordynować oczywistą oczywistość. Polacy mają problem z władzą PiS, nie mają problemów z Unią Europejską i jej instytucjami. Zaś Parlament Europejski, Komisja Europejska, Komisja Wenecka, Rada Europy mają problem z władzą PiS, a nie z narodem polskim.

Beata Szydło na spotkaniu z dziennikarzami po zakończonym szczycie UE w Goeteborgu powiedziała, „że nie może być takiej sytuacji, jak dwa dni temu w Parlamencie Europejskim, gdy jeden z narodów wielkiej rodziny europejskiej zostaje oszkalowany i obrażony”.

Powiedziała to do dziennikarzy, a co powiedziała do premierów rządów państw UE? – „Zaapelowałam o refleksję do kolegów premierów, żebyśmy wzajemnie się szanując, nigdy więcej do tego nie doprowadzili”. Co mają premierzy do europarlamentarzystów? Nie wiem.

Czy rezolucja Parlamentu Europejskiego jest szkalowaniem narodu polskiego? Na pewno – nie! Bo rezolucja została podjęta w trosce o praworządność w Polsce. Praworządność nie jest szkalowaniem. Szkalowaniem na przykład mogłoby być, gdyby w PE powiedziano, że Polacy to kanalie i mordy zdradzieckie.

Szydło może czuć się szkalowana. „Czuć” – to ważny bezokolicznik. Tak może powiedzieć osądzony złodziej, gdy zapadł na niego wyrok i czuje się szkalowany przez niezależny sąd. I takim złodziejem jest władza PiS, czują się szkalowani, bo są osądzeni przez instytucje europejskie wyznające bardzo konkretne – opisane w tysiącach książek – standardy demokratyczne.

W tym kontekście Szydło ma prawo czuć się szkalowana. Władza PiS została osądzona na razie w tej podstawowej instancji bez konsekwencji. Złodziej idzie do pierdla, a władza PiS może być pozbawiona głosu na kolejnych szczytach UE, mogą być wobec niej nałożone sankcje.

Pewnie, że my Polacy nie chcielibyśmy tych sankcji. Ponoć jest na agendzie w Komisji Europejskiej, aby unijne pieniądze omijały władze PiS i trafiały bezpośrednio do społeczeństwa polskiego. Czy jest to możliwe? Nie wiem.

Szydło swoje szkalowanie – a nie Polaków, zwracam tej kobiecie uwagę na podstawy logiki (logika to taka nauka wymyślona przez klasycznych Greków) – uzasadnia, iż władza PiS jest „rządem wybranym w demokratycznych wyborach, który realizuje program uzgodniony z Polakami”.

Nie słyszałem ani mru-mru w kampanii wyborczej, że zniszczony zostanie Trybunał Konstytucyjny, że jego wyroki nie będą publikowane przez rząd (a jest to zapisane w Konstytucji), nie słyszałem, że sądownictwo będzie zależne od partii, a nie jak standard wymaga opisany w tysiącach książek, iż jest niezależne. Nie słyszałem, aby media publiczne miały stać się gadzinówkami. Szydło się tak nie umawiała.

Jeżeli wcześniej wiedziała, że tak będzie, jak jest, to wówczas kłamała. A dzisiaj kłamie na pewno. Czy polityka musi być amoralna?

Nasuwa mi się taka oto metafora w związku z pisaniem. Jeżeli ktoś, kto za bardzo inspiruje się inną narracją bądź liryką jest plagiatorem, wówczas takiego kogoś można nazwać złodziejem fabuł, złodziejem liryki. A jak jest to kobieta – złodziejką.

A jak ktoś kradnie Polakom demokrację i sukcesywnie krok po kroku nakłada na naród (Polaków, szanowna pani premier) dyktaturę, autokrację, reżim partyjny, to wówczas kogoś takiego można nazwać złodziejem/złodziejką demokracji.

Właśnie Polakom zajumano demokrację. O tym jest rezolucja Parlamentu Europejskiego, o braku praworządności w Polsce. Logicznie pisząc: Szydło ma prawo się czuć szkalowana, bo jej rząd – a nade wszystko stojący nad nim prezes PiS – zajumali demokrację Polakom. Czy ja szkaluję Szydło, nazywając ją złodziejką demokracji? Hę?

NIE MA TO JAK GŁOS ANIOŁA W NIEDZIELĘ :))

Tusk: Polska nie ma innego miejsca niż Europa

Zanadto nie dziwię się Beacie Szydło, że zareagowała w Goeteborgu specyficzną dla niej histerią, twierdząc, że Polska jest szkalowana przez Parlament Europejski. Tak jej napisano, musiała więc tak powiedzieć. Nie dziwię się Karczewskim czy Błaszczakom, iż powtarzają podobne komunikaty o szkalowaniu „Patriotów” (koniecznie z dużej litery), posądzeniu o ksenofobię i faszyzm.

Retoryka PiS jest skonstruowana na emocjonalnej histerii. Dla Szydło nie jest charakterystyczna broszka ani kilka warstw makijażu na twarzy, lecz histeria – „8 lat rządów PO, moralne zwycięstwo 1:27”. Dotyczy to wszystkich ministrów rządu, którzy nie wyściubiają nosa w debatach poza swoje grono, a wypowiadają się przy pomocy dziennikarzy typu Holecka.

Cały świat inaczej widział Marsz Niepodległości, tylko nie PiS. Może perspektywa z Krakowa, gdzie Jarosław Kaczyński uciekł ze swoimi marionetkami, tak im spaczyła obraz największego święta państwowego – Niepodległości.

Unia Europejska na Polskę, gdzie rodzi się faszyzm, nie może sobie pozwolić

Ta histeria PiS może nas drogo kosztować. Nas – Polskę i obywateli tego kraju, bo marsz skrajnej prawicy i faszystów w Warszawie oraz we Wrocławiu tak sobie nie przeszedł i rozlazł się po domach. Ten marsz będzie tupał coraz głośniej, bo pozwolono mu na to, bo jest broniony przed „szkalowaniem”.

Zwracam uwagę na jednego z najbardziej zakłamanych członków rządu Szydło wicepremiera Mateusza Morawieckiego. On nazwał wprost: – „Marsz Niepodległości w całości był piękny”. Czy tylko dlatego, że ojczulek Kornel w nim wybijał nacjonalistyczny rytm? Zaś fraza o „własnych brudach, które trzeba prać w domu” – to komunał godny samego Mieczysława Moczara. Układa się niemal w oksymoron, który da się sklecić  z Morawieckiego – „piękne brudy”. Zakłamana prawda, mądry idiota – z wicepremiera wyszedł Kononowicz.

Podkreślam, Unia Europejska na Polskę, gdzie rodzi się faszyzm, nie może sobie pozwolić. Wspomniany Morawiecki nawet użył sfomułowania: – „Także w Niemczech są rasistowskie ekscesy”. Morawiecki to postać o wyjątkowo źle wytworzonej konsystencji moralnej i intelektualnej. Nikt z rządu Angeli Merkel nie nazywa ekscesów faszystowskich „pięknymi” ani nie broni ich przed szkalowaniem. W Niemczech państwowa telewizja ZDF nie relacjonuje pięknej manifestacji patriotów faszystów i nią się nie zachwyca jak TVP.

Słowa polityków PiS słyszą ci, którzy zorganizowali marsz w Święto Niepodległości. Oni przyjdą do Morawieckiego, do Szydło, a nawet pójdą do Krakowa za uciekającym Kaczyńskim, przyjdą do swoich, którzy tak ich bronią przed szkalowaniem. A jak dalej nie będą bronić, to przegonią. Policja ponadto przechodzi ostry trening mentalny, kogo chronić, a kogo wynosić. Policja zamienia się w policję Kulsonów.

Co się stanie z Polską, gdy PiS będzie bronił „takiej” Polskę przed szkalowaniem. Słowa Donalda Tuska po unijnym szczycie w Goeteborgu są apelem do władzy PiS: „Polska nie ma innego miejsca niż Europa. I nie powinna traktować Europy i Unii jako wroga, przeciwko któremu trzeba naprężać muskuły i wytaczać batalię”.

Unia Europejska to naturalne środowisko Polski, w której nie ma miejsca na tolerowanie nacjonalistów i faszystów. Coraz bardziej stresujące jest pytanie: Jak daleko zaszedł marsz nacjonalistów? Czy nie za daleko, czy da się go cofnąć? Na pewno nie stwierdzeniem, że mówienie i pisanie o nim jest szkalowaniem.

TO DZIŚ NAJMOCNIEJSZE SŁOWA W SIECI. CAŁA EUROPA ZAREAGOWAŁA NA WPIS TUSKA. WSZYSCY WIDZĄ, JAK PiS WPYCHA POLSKĘ W ŁAPSKA ROSJI. Polacy, obudźcie się, zanim będzie za późno!

>>>

>>>

3 lata temu został prezydentem UE.

Przeszłość Macierewicza coraz bardziej tajemnicza.

Historyk o niejasnej przeszłości szefa MON

Znany historyk, prof. Andrzej Friszke przypomina, że w 1968 roku Antoni Macierewicz w śledztwie zdradził kolegów. Sprawę tę opisał w książce „Anatomia buntu”, w której podaje fakty, sygnatury archiwalnych akt, które z całą pewnością są autentyczne. „Te dokumenty mówią same za siebie, wszystko jest czarno na białym, ja się z niczego, co napisałem w książce, nie wycofuję” – zastrzega w rozmowie z portalem naTemat. i podkreśla, że „Antoni Macierewicz nigdy nie powinien rozpoczynać wojny na teczki”. Dlaczego? Z dokumentów znajdujących się w archiwach IPN wynika bowiem, że w roku 1968 Macierewicz po aresztowaniu złożył tak obfite zeznania, że wystarczyło na akt oskarżenia dla niego i Wojciecha Onyszkiewicza.

Historyk jest zdziwiony, że media nie zainteresowały się dotychczas tą sprawą. Tymczasem w IPN znajduje się kilkadziesiąt stron protokołu ze śledztwa. Wynika z niego, że w swoich zeznaniach obecny szef MON wymienił aż kilkadziesiąt osób. Zdaniem historyka, to dużo. Dlaczego? „Zależy o jakiej epoce mówimy – przypomina Friszke. Jeśli o roku 1968, to należy pamiętać, że wszystko działo się w trakcie działań protestacyjnych. Każdy zatrzymany musiał liczyć się z tym, że jest to początek śledztwa i procesu. Zatrzymanych trzymano przeważnie na Rakowieckiej w Warszawie. Było otwierane śledztwo i wzywano podejrzanych o działalność wywrotową na przesłuchania”. Historyk wylicza: pierwsze zawsze było pytanie o życiorys, czyli kto, gdzie się urodził, do jakich szkół chodził. Przesłuchujących interesował też kalendarzyk. Zwykle przy zatrzymanych znajdowano bowiem jakiś kalendarzyk, a w nim numery telefonów i adresy do różnych osób. W ten sposób śledczy ustalali kontakty, adresy, siatka- opowiadał dziennikarzowi portalu prof. Friszke. Było jak w filmach szpiegowskich – śledczy pytali „kto to, skąd go znasz, kim jest, co robi”, a gdy w trakcie śledztwa natrafiali na jakąś sobie „znaną” osobę, to zaczynali dopytywać bardziej dokładnie.

Jak doszło do aresztowania Antoniego Macierewicza? Stało się tak w marcu 1968 roku, ponieważ był uczestnikiem strajków studenckich. A do tego w środowisku studenckim prominentną postacią: należał do rady wydziałowej Zrzeszenia Studentów Polskich, zaangażował się w działalność opozycyjną, był założycielem Ligi Niepodległościowej. Studiował historię. W areszcie siedział od 28 marca do 3 sierpnia 1968, a po wyjściu z aresztu został zawieszony w prawach studenta – przypomniał historyk. Z protokołu przesłuchania wynika, że śledczych bardziej od powiązań i znajomości Macierewicza interesowała studencka aktywność w trakcie protestów marcowych: kto jeszcze poza nim w nich uczestniczył, co się stało z powielaczem, i tak dalej.

Antoni Macierewicz – nie wnikając w powody – powiedział w śledztwie „wystarczająco dużo, żeby się dało ukręcić akt oskarżenia. Szczególnie na niego i Wojtka Onyszkiewicza” – powiedział Friszke. Na pytanie dziennikarza, jak zatem traktować opowieści obecnego ministra i jego przyjaciół, że „był świetlaną postacią”, czyli „niezłomnym bojownikiem o wolną i demokratyczną Polskę”, historyk wyjaśnił twierdząco. – „To prawda, tego nie można mu odmówić. W latach 70. rzeczywiście do jego postawy moralnej nie można mieć zastrzeżeń, podobnie jak nie podlega dyskusji jego determinacja. Złego słowa nie można powiedzieć, poza tym, że miał ogromne skłonności do kłótni. To wszystko”.Natomiast później – w latach 80. – wydawał „Głos”, ale generalnie był mało aktywny i w tamtym okresie znajdował się na marginesie ruchu opozycyjnego”. Jednak – podkreśla prof. Friszke – warto zwrócić uwagę na rzecz niespotykaną, i szczególnie zastanawiającą, jeśli chodzi o dokumentację SB (historyk przypomina, że takie właśnie dwa dokumenty opublikował w swojej książce o Macierewiczu Tomasz Piątek).

O co chodzi? Otóż „pierwszy raz w życiu widziałem, żeby oficer tak wysokiego szczebla wydawał dokument, w którym stwierdza, że taki a taki człowiek nie jest poszukiwany przez służby bezpieczeństwa. To był oficer wysokiego szczebla z departamentu wywiadu czy kontrwywiadu, nad nim praktycznie był już tylko wiceminister i minister. Dla mnie ten dokument to coś niespotykanego”– opowiada prof. Friszke. Przy czym, jak zaznacza, autentyczność tego dziwnego pisma została potwierdzona i nie budzi żadnych wątpliwości. Co na to minister Macierewicz?

NOWE LEGENDY SOLIDARNOŚCI WSPOMINAJĄ SWOJĄ HEROICZNĄ WALKĘ Z KOMUNĄ

Szydło dostała zajadów kłamliwości.

Szydło o lipcowych protestach: wyreżyserowane i opłacone

„Ostatnie protesty to wyreżyserowana, opłacona akcja mająca uderzyć w rząd” – takie słowa padły w wywiadzie Beaty Szydło dla „Gazety Polskiej”. Dodała, że trudno zaakceptować tezę, że ostatnie protesty były spontaniczne.

Nie wiadomo na razie, kto – według niej – był reżyserem i kto opłacił wielkie lipcowe protesty społeczne przeciw pisowskim zmianom w sądownictwie. Całość tego wywiadu ukaże się jutro.

Szydło porównała masowy sprzeciw społeczny w lipcu do – jak się wyraziła –„puczu w Sejmie w grudniu ubiegłego roku”. Musiała jednak w końcu przyznać, ze na ulice wyszło mnóstwo ludzi. – „Nie zmienia to faktu, że sporo osób protestowało, bo ma inne zdanie niż my”.

Później już włączyła do swojej wypowiedzi typowy przekaz dnia PiS, mówiąc: – „Politycy opozycji zamiast toczyć spór i dyskusję w pokojowej atmosferze, eskalują agresję”. Bo przecież PiS to samo dobro i umiłowanie bliźniego…

A TYMCZASEM W ZWIĄZKU PEŁNA GOTOWOŚĆ

Waldemar Mystkowski pisze o szantażu PiS.

Władze PiS na gzymsie straszą, że skoczą

A może o to chodzi Kaczyńskiemu, aby roztrzaskać Polskę w drobiazgi?

Witold Waszczykowski na odczepnego wysłał do Komisji Europejskiej odpowiedź MSZ dotyczącą sytuacji praworządności w Polsce, formułując w poniedziałek retoryczny załącznik: – „Tu nie ma o czym dialogować”. Szef dyplomacji niemal prychnął: „Liczę na, to że Komisja Europejska zaprzestanie przesyłać nam zalecenia, krytykować i wytykać”. Zaś pod adresem wiceszefa Komisji Europejskiej Fransa Timmermansa wysłał groźbę niemal taką, jaką formułuje Mariusz Błaszczak do szefa Obywateli RP Pawła Kasprzaka: „Przestanie występować pan Timmermans na konferencjach prasowych, przestanie mówić, że monitoring Polski to jest jego misja personalna, przestanie przyjeżdżać do Polski na manifestacje polityczne”.

Następnego dnia, czyli dzisiaj Komisja Europejska odrzuciła stanowisko Polski, iż Bruksela nie ma prawa ingerować w polski system sądownictwa. Bruksela ma prawo przynajmniej się interesować, a jak prawo jest niezgodne z praworządnością, do której obowiązują traktaty unijne podpisane przez Polskę, Komisja Europejska ma prawo ingerować.

I taki mamy przypadek: praworządność w Polsce jest zagrożona. Procedury praworządności uruchomione przez Komisję Europejską ulegają wyczerpaniu, w Parlamencie Europejskim dojdzie do kolejnej debaty, a po niej mogą być podjęte działania z art. 7 Traktatu o UE ,nazywane „opcją nuklearną” – czyli krótko pisząc: zagrożenie Polski sankcjami. Takie działanie nie zostały jeszcze nigdy podjęte przez Komisję Europejską, a żaden kraj unijny nie dotarł do sytuacji, z jaką mamy w tej chwili do czynienia.

Głos w tej sprawie zajęła kanclerz Niemiec Angela Merkel i jej słowa wcale nie są dla władz PiS przyjemne: – „Jedność Unii za cenę rezygnacji z praworządności to nie byłaby już Unia Europejska”. Merkel więc dołączyła do Emmanuela Macrona, nie zgodzi się na taryfę ulgową, na „trochę”niepraworządności w Polsce. Merkel w środę będzie wyczerpująco rozmawiać na ten temat z szefem KE Jean-Claude’em Junckerem.

Waszczykowski jako dyplomata jest neptkiem, jest ustami prezesa Jarosława Kaczyńskiego. W zastepstwie prezesa szef dyplomacji staje na gzymsie wieżowca unijnego i mówi, że nie chce „dialogować”. Musicie się zgodzić na niepraworządność w Polsce, bo jak nie – to skoczę.

„Opcja nuklearna” to będzie powiedzenie władz unijnych: „a skaczcie”, strażacy nie przyjadą z dmuchanym zabezpieczeniem na dole, a jedyną liną tego bungee jest elektorat PiS. Ta dramatyczna scenka charakteryzuje sytuację, do jakiej PiS doprowadził Polskę w Unii Europejskiej.

Czy Kaczyński pozwoli władzom PiS cofnąć się z gzymsu i powrócić do obowiazujących na Zachodzie standardów demokratycznych? A może o to chodzi Kaczyńskiemu, aby roztrzaskać Polskę w drobiazgi?

Polsko, daj odetchnąć.

>>>

TO ON PORWIE NAS DO WALKI Z POPULIZMEM. TO ON WYGRA WYBORY. TO ON BĘDZIE PREZYDENTEM.

TAK BĘDZIE JUŻ ZA 2,5 ROKU 🙂

Sławomir Sierakowski pisze o Polsce, ktora

WSTAJE Z GŁOWY

Polska jest krajem, który udowadnia reszcie świata, że państwo demokratyczne może być tutaj wyłącznie sezonowe.

Przesączony patriotyzmem to kraj, w którym jedni kibice pokazują światu zło nazistowskiej przemocy, a drudzy zasadzają się na drużynę piłkarzy z Izraela, żeby ich pobić po zakończonym meczu. Oba sygnały, które idą w świat, z pewnością pomogą naszej ojczyźnie wstać nie tylko z kolan, ale i z głowy.

Pierwszy sygnał to: Polacy, którzy nie są ofiarami, bo urodzili się po wojnie, domagają się uznania od Niemców, którzy nie są ich prześladowcami, bo także urodzili się po wojnie.

I drugi: Polacy, w odróżnieniu od Niemców, świadomie nawiązują do nazistowskiej przemocy, prześladując Żydów.

Tym się dziś Polska od Niemiec różni, że jest krajem, który sam na własne życzenie udowadnia reszcie świata, że państwo demokratyczne może być tutaj wyłącznie sezonowe. Robi to, zamykając oczy na tę najoczywistszą prawdę historyczną, że jeśli demokracja potrwa w Polsce tylko sezon, to i samo państwo tyle potrwa, bo nie będzie zdolne do istnienia wojując jednocześnie z Zachodem i Wschodem.

Kibice udowadniają za jednym zamachem, że są jedną z najbardziej antypolskich i bezmyślnych grup społecznych w kraju. Bardziej antypolska i bezmyślna jest jedynie partia rządząca Polską, która oczywiście z potępieniem nienawiści i przemocy wobec Żydów nie spieszy. (skreślić „bezmyślnie”, gdyby na jaw wyszły powiązania nie tylko otoczenia Ministra Obrony, ale także reszty tego patriotycznego obozu z Kremlem).

MA MISIEWICZ I MA JANNIGER… CZY KTOŚ TO MOŻE SKOMENTOWAĆ?

ANTONI CZEKA NA ŻYCZENIA. SPÓŹNILIŚCIE SIĘ? JEST JESZCZE SZANSA 🙂 WPISUJCIE

Ireneusz Sudak w „Wyborczej” pisze, jak PiS – Kaczyński – chce się dobrać do mediów prywatnych, zagranicznych. Na 20 proc. ma ustalić pułap zagranicznych inwestycji w spółkach medialnych ustawa „dekoncentracyjna” – dowiedziała się „Wyborcza”. Ofiarą może być TVN.

Rząd chce się dobrać do skóry mediom zagranicznym. Planuje „dekoncentrację” i „polonizację”

To pierwszy konkret planu PiS dotyczący przyszłości polskiego rynku medialnego. Napisał już o tym wczoraj „Super Express”. Ministerstwo Kultury pracuje nad ustawą w tajemnicy. Projekt ma zostać opublikowany w połowie września.

To dużo bardziej radykalna propozycja niż ta, którą w marcu tego roku przedstawiła Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji. KRRiT proponowała wprowadzić pojęcie „medium o znaczącej pozycji”, czyli takiej, w której dana grupa kapitałowa ma 30 proc. udziałów w rynku pod względem przychodów reklamowych czy widowni telewizyjnej. Ale takie przepisy byłyby strzałem kulą w płot, bo jak mówi nam Joanna Nowakowska z firmy analitycznej MEC, żadna grupa telewizyjna w Polsce nie ma takiej przewagi.

PiS chce „zrepolonizować” media (dziś częściej mówi o dekoncentracji), które zdaniem władzy nie reprezentują polskich interesów, tylko właścicieli, głównie Niemców. – To też będzie załatwione, choć będzie wielki opór – zapowiedział tydzień temu w TV Trwam Jarosław Kaczyński. Dodał, że „dekoncentracja mediów” jest najważniejszą sprawą po przejęciu przez PiS sądów.

– Po wakacjach weźmiemy się za was – usłyszał niedawno dziennikarz Onetu od Krystyny Pawłowicz. Posłanka twierdziła później, że żartowała.

Media na wzór Rosji?

20-proc. próg dla inwestorów zagranicznych wprowadził Kreml w 2014 r. po rozpoczęciu wojny na Ukrainie i nałożeniu na Rosję sankcji przez UE i USA. Z rosyjskiego rynku wycofał się wtedy m.in. niemiecki koncern Axel Springer, który wydawał tam miesięcznik „Forbes”, czy CNN. Ich interesy przejęli związani z Putinem oligarchowie.

W Polsce limit ten mógłby dotyczyć np. należącego do niemieckiej grupy Passau wydawnictwa Polska Press, które ma 20 dzienników regionalnych w 15 województwach oraz popularne lokalne portale internetowe. „Wyborcza” rok temu pisała o przymiarkach PiS, by jeden z polskich banków odkupił te dzienniki. Byłyby cennym dla partii wsparciem propagandowym przed wyborami samorządowymi w 2018 r.

Jeśli ktoś ma więcej, będzie musiał znaleźć polskiego kupca (np. jakiś fundusz inwestycyjny związany z kontrolowanym przez skarb państwa PZU) i odsprzedać mu swoje udziały. Poproszone przez nas o komentarz Ministerstwo Kultury nie zdementowało tych informacji.

 Unia chroni rynek medialny

Jednak niemieckie koncerny w Polsce – i wszelkie europejskie – chroni prawo unijne. – Dla mnie jest jasne, że UE nie dopuści do wprowadzenia ustaw, które godzą w europejskie firmy – mówi medioznawca prof. Maciej Mrozowski z UW i Uniwersytetu SWPS. – Unijne traktaty gwarantują swobodę przepływu kapitału, która podlega bardzo silnej ochronie – dodaje Marcin Maciejak, prawnik w kancelarii Gessel. – Ale jak zwykle są wyjątki, przede wszystkim w sytuacji, gdy w rachubę wchodzą kwestie porządku i bezpieczeństwa publicznego. Wtedy kraj członkowski UE może zablokować daną transakcję lub pewien ich szczególny rodzaj, co nie jest niespotykane – dodaje.

Tyle tylko, że przypadek mediów trudno zakwalifikował do „porządku publicznego”.

Politycy PiS argumentują, że podobne limity dla zagranicznych inwestorów w mediach ma Francja. Tyle że francuskie prawo pochodzi z 1986 r., siedem lat przed powstaniem Unii Europejskiej. Dziś chroni francuskie media przed inwestorami… z USA.

– PiS tak na prawdę jest mało skuteczny i nie jest w stanie przeforsować ustaw, które mogą zagrozić wolnej konkurencji. W obawie przed Brukselą rząd porzucił pomysł przekształcenia spółek TVP czy Polskiego Radia w instytucje mediów narodowych,  doliczania abonamentu do rachunków za prąd, że o sądzie najwyższym nie wspomnę. Ale Bruksela nie będzie bronić firm spoza Unii – mówi Mrozowski. Dlatego jego zdaniem nowa ustawa jest wymierzona w konkretną firmę.

Ustawa uderzy w TVN?

Na polskim rynku jest tylko jedna firma, którą wprost ugodzi planowana „dekoncentracja”. To grupa TVN należąca do amerykańskiego koncernu Scripps Networks Interactive. Ma go wkrótce przejąć również amerykański gigant medialny Discovery. Formalnie – poprzez spółkę brytyjską.

Polityków PiS od dawna irytuje telewizja informacyjna TVN 24, uważają ją za „antyrządową”. Jarosław Kaczyński zżymał się niegdyś nawet na „Szkło kontaktowe”, satyryczny program, do którego dzwonią widzowie na ogół mu nieprzychylni. Ostatnio TVN 24 obszernie relacjonowała masowe protesty przeciwko przejęciu sądów.

„Newsweek” pisał w styczniu, że PiS proponował odkupienie stacji, w 2015 r. publicyści związani z partią wysłali do Scripps list, w którym zarzucali TVN „negatywny wpływ na polskie życie polityczne”.

Jednak atak na TVN zaszkodziłby stosunkom z USA. Obrona amerykańskich interesów ekonomicznych to priorytet prezydenta Donalda Trumpa. Czy PiS jest gotów na takie zwarcie?

A może szykuje kolejny konflikt z Unią Europejską. Skoro dziś łamie nakaz Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości wstrzymania wycinki w Puszczy Białowieskiej, może też zignorować prawo UE dotyczące przepływu kapitału.

– Pojęcie repolonizacji jest nie tylko oburzające ale i obraźliwe dla wszystkich Polaków pracujących w mediach, które mają zagranicznych właścicieli. Nie sądzę, żeby ci dziennikarze reprezentowali niemiecki czy amerykański punkt widzenia. Gdyby powiązane z państwem spółki miały przejmować udziały w mediach, byłby to powrót do PRL, a w przypadku prasy lokalnej – jej finansowy upadek – mówi nam prof. Tadeusz Kowalski z UW, były członek rady nadzorczej TVP.

20% – oto pułap zagranicznych inwestycji w spółkach medialnych wg ustawy „dekoncentracyjnej”. Ofiarą może być TVN.

Magdalena Środa pisze o prawicowym ścieku.

„Bóg, honor, ojczyzna” w prawicowym ścieku

Są pisma, których nie sposób tolerować, a które dziś wyłażą z jakiś swoich nor, w których powinny być raz na zawsze zamknięte. Coś jak twarda, obrzydliwa pornografia. Wiemy, że gdzieś istnieje, ale nie chcielibyśmy nic o niej wiedzieć i na pewno nie widzieć jej w każdym kiosku.

Tymczasem coś na kształt owej pornografii pojawia się dziś na widoku publicznym z szyldem, który wstrząsa. Oto mamy pismo „Polska niepodległa” z orłem w koronie i hasłem – uwaga! – „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Nie wiem, co jest w środku i nie chcę wiedzieć, dokładnie z tych samych powodów, dla których nie interesuje mnie twarda pornografia czy grzebanie po śmietnikach. Ale widzę (każdy kto przechodzi ulicą widzi) okładkę, z której dosłownie wypływa ściek. Bo nie wiem, jak to inaczej nazwać? Mamy zdjęcie czterech polskich aktorek i jednego aktora z podpisem „szajka wytwornych pind na kupę”. Tytuł wiodącego artykuły jest napisany równie wielkimi literami jak nazwa pisma „Polska niepodległa” i nieco większymi niż „Bóg, Honor, Ojczyzna”.

Powiedzieć, że to znajduje się poza jakimikolwiek cywilizacyjnymi standardami, że to niesmaczne i obrzydliwe – to tak jak nic nie powiedzieć. Nie mam innego słowa, jak – ściek. Wydawca widać lubi się w nim tarzać i go produkować. Może taki ma charakter, może takie potrzeby, może znajduje nabywców o podobnych do swoich gustach. Może w ogóle istnieje w Polsce jakaś grupa ściekobiorców i ściekodawców. Może. Mnie jednak chodzi o coś innego. Co do tego ma „Polska”? Co do tego ma „niepodległość”? Co do tego ma „Bóg, honor, ojczyzna”? Dlaczego takie wartości, jak moja ojczyzna, nasza niepodległość, Bóg, a do tego jeszcze „honor” stowarzyszone są z treściami i z formą, która im uwłacza?

Wiem, że to wołanie na puszczy. Mamy dziś taki czas, gdy „polskość” okraja się do nienawiści wobec inaczej myślących, a honor i pana Boga spotwarza małością i brudem. Biedny ten orzeł, głupio w tym ścieku wygląda jego korona.

Z OKAZJI 69 URODZIN ANTONIEGO… LIST OWSIAKA DO MACIEREWICZA

WYOBRAŻACIE SOBIE PODOBNĄ SCENĘ Z JK? SZACUNEK DLA i DLA MŁODYCH LUDZI, KTÓRZY MAJĄ JUŻ DOŚĆ POLITYKI PiS-U

TO IDZIE MŁODOŚĆ :)))) NORMALNOŚĆ I WOLNOŚĆ. &

Waldemar Mystkowski pisze o Przystanku Woodstock i Tusku.

Na Woodstock młodzież pozdrowiła ministra „wiemy którego”

Kto łączy ONR i Przystanek Woodstock? Mariusz Błaszczak, bardziej znany jako Mariusz z „Ucha Prezesa”. Gdy faszyzująca młodzież ONR 1 sierpnia podczas rocznicy Powstania Warszawskiego plamiła pamięć powstańców, policja zarządzana przez Błaszczaka chroniła ich, a protestujący przeciw tej hańbie byli przez policję legitymowani i izolowani, kilka osób zaś przez neofaszystów została poturbowana.

Należy mniemać, że neofaszyści z ONR „godnie” uczcili pamięć faszystów niemieckich, którzy wymordowali ludność Warszawy i na dokładkę zrównali z ziemią stolicę.

Tak odwrócona została na nice historia Polski. Dwa dni po tych obchodach w Kostrzynie nad Odrą otwarty został Przystanek Woodstock. I znowu Błaszczak został pozdrowiony i to słowami godnymi kabaretu „Ucho prezesa”, mianowicie nie został wymieniony z nazwiska przez Jurka Owsiaka: „Pozdrawiamy pana ministra, wiemy którego!”

Młodzież – choć nie tylko – odpowiedziała głośno wesołą owacją. Owsiak podsumował ceremonię otwarcia hasłem tegorocznego Woodstocku: „Co nie zabije, to wzmocni. Psy szczekają, karawana jedzie dalej!”

To ci młodzi są spadkobiercami młodzieży, która oddała krew i życie w 1944 roku, a ONR zaś spadkobiercą mordu na nich i na mieście. W Woodstock jest obecny także Mirosław Różański, generał broni w stanie spoczynku i do niedawna najwyższy dowódca w Wojsku Polskim, który w rozkwicie kariery podał się do dymisji, bo ministrem obrony jest niejaki Antoni Macierewicz, który raczej jest przedstawicielem tych sił, które stanęły w 1944 roku na praskim brzegu Warszawy i nie kiwnęły palcem, aby pomóc wykrwawiającym się powstańcom (tylko tak należy interpretować książkę Tomasza Piątka). Warto byłoby Różańskiego zapytać, czy posłałby w beznadziejny bój tę wspaniałą młodzież z Przystanku Woodstock.

Polska symbolika nie podlega jakimś większym przewartościowaniom. Niestety, obecnie u władzy mamy tych, którzy ojczyźnie przynosili hańbę i za nich inni musieli odzyskiwać honor, a nawet niepodległość. Obecna Polska pisowska straciła honor i twarz w Europie, a dzisiaj dał dowód braku polskiego oblicza i honoru główny specjalista od „kanalii” i „mord zdradzieckich” prezes Kaczyński, który w TV Trwam pogroził Donaldowi Tuskowi: „Ma się czego obawiać. Jest jedna sprawa, są inne.”Tusk był przesłuchiwany w prokuraturze na okoliczność jakichś wydumanych spraw okołosmoleńskich.

Tusk, który w całej polskiej historii odniósł największy sukces polityczny, jest nękany przez tego zawistnika z taboretu na Krakowskim Przedmieściu. Wynika z tego, że to nie koniec nękania, bo wg prezesa są sprawy „inne”. W naszej historii to żadna nowość, iż mali, zakompleksiali, niszczą innych większych od siebie, niszczą naszą polską wielkość. Z niektórych rodaków wychodzi kurdupel.

Ale się nie damy. Nie daliśmy się faszystom, nie damy się ONR, ani Błaszczakowi, czy Kaczyńskiemu, świadczy o tym ta młodzież na Woodstock.

Aby zakończyć w tej poetyce, a Błaszczak jest tutaj figurą łączącą wątki mojego felietonu, więc porównam zachowanie ministra „wiemy którego” do stanu Joe Cockera na oryginalnym Woodstock na farmie M. Yasgura w 1969 roku. Cocker podczas wykonania utworu Beatlesów „With A Little Help From My Friends” był tak nawalony „wiadomo czym”, iż przez cały 7 minutowy utwór chwiał się na brzegu sceny, wyginał się w paragraf  i nie spadł z niej. Błaszczak nie jest żadnym wirtuozem, ale spadnie ze sceny, bo tak się dzieje z tymi, którzy są nawaleni władzą, a nie mają żadnych predyspozycji, aby ją sprawować, są po prostu mali, żadni.

NAJPIĘKNIEJSZY FESTIWAL ŚWIATA :)) WOODSTOCK BLOODSTOCK

SZACUNEK DLA CAŁEJ RODZINY :))))) ———–

CZY TO JEST OSTATNI PRZYSTANEK WOODSTOCK?

>>>