Posts Tagged ‘Donald Tusk’

NIE MACIE WRAŻENIE, ŻE MEGA EKSPRESOWO WYWOŁANA AFERA Z IZRAELEM PRZYKRYŁA TEMAT UDZIAŁU PiS W PRYWATYZACJI WARSZAWSKICH KAMIENIC?

W efekcie głośnego reportażu „Superwizjera” TVN o polskich neonazistach, aresztowano już pięć osób, uczestniczących m.in. w obchodach urodzin Adolfa Hitler, w lesie pod Wodzisławiem Śląskim. 23 stycznia, Prokuratura Rejonowa w Radomsku rozpoczęła śledztwo, w sprawie publicznego propagowania nazizmu, podczas festiwalu Orle Gniazdo.

Po publikacji reportażu dowiedzieliśmy się, że z bezpośredniej relacji usunięto najbardziej drastyczną scenę, w której nawoływano do zamordowania byłego polskiego premiera szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska. Autorzy materiału po prostu uznali, że była ona zbyt szokująca, by ją upublicznić. Zdanie jednak zmienili i postanowili ujawnić szczegóły…

Słowa wzywające do morderstwa przewodniczącego Rady Europejskiej padły z ust wokalistki grupy Gan ze sceny podczas festiwalu Orle Gniazdo. Podobno prywatnie jest pracownicą jednego z sądów okręgowych.

Współtwórca reportażu Bertold Kittel zapewnił w „Wyborczej”, że nieopublikowany materiał zostanie przekazany prokuraturze. Wokalistka odpowiadałaby za przestępstwo nawoływania do popełnienia zbrodni z art. 255§2, za co grozi kara do 3 lat pozbawienia wolności.

PAMIĘTACIE AFERĘ RYWINA? No więc w ustawie o IPN mamy przemyconą podobną furtkę do karania wedle uznania. TO JEST KOLEJNY BUBEL PRAWNY PiS.

Dwa teksty Waldemara Mystkowskiego.

Prezes i jego pachołki

Jarosław Kaczyński bierze na klatę wojenkę o nowelizację ustawy o IPN. Pisowska wojenka – na razie dyplomatyczna – ma swój początek na Nowogrodzkiej, gdzie niejeden raz poległ rozum, ale tym razem dowiedział się o tym świat.

Zauważmy, jaka jest siła rażenia Izraela, nawet Bruksela uruchomieniem procedur związanych z artykułem 7 Traktatu UE nie spowodowała takiego upadku wizerunku Polski. W polityce za wizerunkiem idzie znaczenie kraju – słowo Polska zostało ośmieszone, za co odpowiada w pierwszym rzędzie prezes PiS.

Pokrętność Kaczyńskiego jest banalna, jak zło, którego macki świetnie zostały opisane przez Hannah Arendt. Kaczyński za wywołaną przez siebie wojenkę odpowiedzialnymi czyni innych, dopatruje się spisku mrocznych sił, spisku złych mocy przeciwko Polsce: – „Nasi przeciwnicy są bardzo mocni, ale też wiemy, jakie mechanizmy tutaj funkcjonują. Mówię tutaj zarówno o mechanizmach społecznych, politycznych, jak i takich mechanizmach technicznych, jak na przykład w internecie, gdzie np. można za jednym razem skupić 100 tys. wpisów. Za jednym pociągnięciem”.

Pomijam znawstwo internetu przez Kaczyńskiego, PiS walczy ze wszystkimi na świecie i w kraju. Świat Kaczyńskim raczej się nie przejmuje, bo zgniecie go jak chitynę nieprzyjemnego owada: był Kaczyński, nie będzie Kaczyńskiego. A że to on sprawuje władzę, możemy orzec, iż Polska zostanie potraktowana jak insekt.

Uruchomiony został w kraju antysemityzm, a raz uwolniona nienawiść rasowa nie jest do opanowania, będzie się ona przepoczwarzać w antyislamizm i podobne przemysły pogardy. Polakom zatem przyprawiana zostanie zbiorowa gęba wykrzywiona z nienawiści, jak w sejmowym wystąpieniu prezesa, gdy wypowiadał słynne słowa o kanaliach i mordach zdradzieckich.

Taki mamy wizerunek. Podobnie, jak w przypadku walki pisowskiej z niezależnością sądów, do boju stają naprędce sklecone szwadrony, a to Polskiej Fundacji Narodowej czy Reduty Dobrego Imienia. Tym razem ta ostatnia – pożal się Boże – organizacja uruchamia nowy twór internetowy z funduszy resortu spraw zagranicznych – aplikację „Rycerz”.

Twórcy „Rycerza” spodziewają się milionów korespondentów i wolontariuszy, którzy mają bronić dobrego imienia Polski. W istocie chodzi o ściganie tych, którzy źle wyrażają się o rządzących. Co z tego wyniknie? Nic. Grube dziesiątki milionów zostaną zmarnowane, bo taki szef RDI Maciej Świrski jest sam w sobie groteskowy, ośmieszający postać Polaka.

Ściganie „dobrego imienia Polski” pewnie skupi się, jak w sprawach sądów, na donosach w kraju, jak to było w przypadku wywieszenia na banerach informacji o sędzim, który ukradł z supermarketu pęto kiełbasy za 5 zł i niewdzięcznik umarł kilka lat wcześniej.

Będziemy mieli do czynienia z karykaturą dobrego imienia Polski. A że aplikacja nosi dumne odwołanie do polskiej rycerskości, można rzec, iż mamy do czynienia z pachołkami. Moi przodkowie nawet nie używali szabli do płazowania takich – pożal się Boże – groteskowych postaci.

Tak wygląda upadek wizerunku Polski w wydaniu „rycerza” Kaczyńskiego i jego pachołków. Waldemar Kuczyński we wpisie na Twitterze domaga się dla dobra Polski, aby zebrało się konsylium lekarzy i oceniło stan „rycerza”. – „Moim zdaniem, stan psychiczny Jarosława Kaczyńskiego powinien zostać oceniony przez miarodajne konsylium złożone z psychopatologów. Wymaga tego podstawowy interes Polski. Piszę poważnie”.

Jeden z internautów (Szurum Burum) radzi, aby nie zawracać sobie głowy psychiatrami, jest skuteczniejsza metoda: „tu tylko taczki rozwiążą problem”„Kaczyński osobiście wywołał światowe tornado przeciw Polsce. Jego stan psychiczny, zdolność do oceny rzeczywistości i podejmowania racjonalnych decyzji staje się podstawową kwestią racji stanu” – napisał także W. Kuczyński). I to jest problem Polski.

Szczucie wg Beaty Szydło wynika z tego, że kocha zwierzęta

Beata Szydło dała nową wykładnię szczucia wg PiS. Jeszcze niedawno była premierem, dzisiaj jest czytelnikiem swojej minionej „chwały”, która w podręcznikach politologii zostanie opisana rezultatem 1:27. Była premier przeczytała fragment artykułu Renaty Grochal w „Newsweeku” o sobie i pobieżała na Twitterze sprostować: „Pani Redaktor Szanowna, dziękuję za troskę o mnie i moją rodzinę. To doprawdy wzruszające. To, co Pani pisze pozostawiam bez komentarza, bo na komentarz nie zasługuje. Pozdrawiam i życzę dobrej niedzieli. A nasz pies swobodnie biega sobie po naszym podwórku, bo kochamy zwierzęta” (pisownia oryginalna).

Dziennikarka w leadzie pisze o tej „miłości do zwierząt” państwa Szydło. „Mąż Beaty Szydło nie chce rozmawiać z „Newsweekiem”. Gdy uznaje, że jestem zbyt namolna i zadaję za dużo pytań, otwiera bramę i wypuszcza owczarka niemieckiego. – Dalej chce pani wejść do domu? – pyta.”

Wypuścił na dziennikarkę owczarka, czyli poszczuł – i z pyszna zapytał się, czy chce wejść. Beata Szydło nazywa to „kochamy zwierzęta”. Gdy ta pani była premierem, niczego pozytywnego nie wniosła do życia publicznego, wręcz Polskę kompromitowała, dzisiaj za to niechcący nadaje nowe znaczenia pojęciom: szczucie to jest wg niej miłość do zwierząt. Dlaczego onegdaj nie podpowiedziała Mariuszowi Błaszczakowi, iż użycia paralizatora to miłość do elektryczności?

Lecz Szydło jest dzisiaj w politycznej ruinie. I jej sytuację opisuje Grochal. Była premier to pierwsza osoba po 1989 roku, która została zdegradowana z premiera do wicepremiera. I uwaga – kolejny syndrom dotyczący PiS – po rekonstrukcji rządu nie chciała wyprowadzić się z gabinetu premiera do wicepremiera. Podobnie, jak Antoni Macierewicz nie chce się wyprowadzić z gabinetu ministra na Klonowej, Mariusz Błaszczak musiał znaleźć sobie gabinet pod innym adresem. Tak im przyrosły cztery litery do stołków. Ten syndrom znakomicie opisuje Zbigniew Herbert w „Bajce ruskiej”, jak to pomazańcowi z bożej łaski ciało zrosło się z tronem (stołkiem).

Przypadkowo pani Szydło trafiło się ziarno, które sporo wyjaśnia z tego, co się dzieje wokół ustawy o IPN. A zatem mamy do czynienia w tym wypadku – odpowiednio – „kochamy prawdę”, aby nią poszczuć tych, którzy nie zgadzają się z pisowska wykładnią o Holocauście. Przy tej okazji „zaszczekał” antysemityzm w rodakach.

Miłość do prawdy była do obejrzenia w siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich przy Foksal, gdzie odbyła się projekcja dokumentu Jedwabne-Świadkowie-Świadectwa-Fakty” Elżbiety i Wacława Kujbidów, wymowę tego dzieła Prawdy” uzasadnia autor tego potworka: „W Jedwabnem nie mordowali Polacy. To żydowskie kłamstwo”.

Można zatem uznać ten dokument za obowiązujący wśród pisowskich braci dziennikarskiej. Tylko czekać, aż zostanie zakupiony przez Jacka Kurskiego dla TVP i wyemitowany w mediach narodowych. Przy okazji informuję, iż spotkałem się z nowym rzeczownikiem – bardzo celnym – charakteryzującym dziennikarzy mediów pisowskich – dziennikarły.

W „Newsweeku” o wiele ważniejszy tekst niż o Beacie Szydło wyszedł spod pióra Jana Tomasza Grossa, głównie z powodu jego znakomitej książki „Sąsiedzi” szyta jest ustawa o IPN. Jak zwykle PiS uzasadnia to tym, że „kochamy prawdę”. Tak wygląda ta miłość – poszczuć. Pan Szydło poszczuł Renatę Grochal owczarkiem niemieckim, ale niezbyt rasowo powszechnie ujadają antysemici niczym kundle. Jak to ujął swego czasu Melchior Wańkowicz – takie to skundlenie. Ustawa o IPN to jeden z przyczynków do narodowego kundlizmu.

MYŚLELIŚCIE, ŻE KIEDYŚ DOCZEKACIE TAKICH CZASÓW???

Reklamy

Uwaga ! Gośc przynosi pecha😜😎

Cztery teksty Waldemara Mystkowskiego.

Proroctwo Donalda Tuska spełniło się tego samego dnia

PiS jeszcze bardziej pogłębia mroki i ciemnotę Polaków

Prorokiem nie może zostać byle kto. Musi znać na wskroś przedmiot, do którego zastosuje przewidywanie – a tym materiałem jest partia PiS. Prorok musi znać rodaków lepiej niż najlepsi w narodzie. Przede wszystkim Tejrezjasz musi górować intelektualnie nad tymi, którym będzie przewidywał przyszłość.

Proroctwo jest wyrażaniem się o kierunku, w jakim potoczy się zło. Tusk przewidział rano, a zło sprawdziło się po południu. Gdyby prowadzono ranking proroków, to były premier – a obecny szef Rady Europejskiej – właśnie wysunąłby się na czoło.

Donald Tusk na Twitterze napisał: „Kto rozpowszechnia kłamliwe sformułowanie o „polskich obozach”, szkodzi dobremu imieniu i interesom Polski. Autorzy ustawy wypromowali to podłe oszczerstwo na cały świat, skutecznie jak nikt dotąd. A więc, zgodnie z ustawą…”

Jest to klasyka ironii. Np. z Jarosława Kaczyńskiego należy się śmiać poprzez cytowanie go in extenso, dosłownie, bez zmiany nawet przecinka. I wcale nie chodzi o słynne „nikt nam nie powie, że białe jest białe…” Kaczyński sam się obnaża. Jest kompromitujący w swoich prawdach, które są w istocie kłamstwami.

Tak samo jak z „polskimi obozami śmierci”, które stały się słynne na cały świat, bo politycy PiS sami się skompromitowali. W ustawie o IPN nie chodzi o prawdę, ani o język, ale chodzi o to, aby w imię mniemanej prawdy pisać historię na nowo, przekłamywać fakty historyczne.

„Polskie obozy śmierci” są pretekstem, bo PiS bierze się za cenzurę języka. Wszak żaden poważny historyk, bądź zainteresowany tematyką obozów śmierci przeczytawszy o „polskich obozach śmierci” nie pomyśli, że to Polacy są za nie odpowiedzialni. Taka jest zbitka językowa, która ma inne pole semantyczne niż wynikałoby z jej części składowych. Aby to jednak wiedzieć, trzeba mieć trochę oleju w łepetynie.

Wracam do naszych „baranów” (za Szekspirem: „baran” to rozpatrywany przedmiot). Tusk napisał rano na Twitterze, a po południu premier Mateusz Morawiecki wygłosił orędzie do… narodów świata. Orędzie wygłoszone po polsku zostało przetłumaczone na angielski, translację narody świata mogły czytać w postaci napisów pod wystąpieniem.

No i katastrofa, czyli przewidywanie Tuska sprawdziło się nim godzinowa wskazówka obiegła dookoła cyferblat w moim zegarku. Morawieckiemu w tłumaczeniu na angielski przypisano mianowicie frazę: „Camps where millions of Jews were murdered were Polish (czyli tłumaczenie z tłumaczenia: „obozy, w których wymordowano miliony Żydów były polskie”).

Walczą pisowcy z całym światem, iż obozy nie były polskie, a sami głoszą, że jednak polskie. To jest wpadka? Nie! Choć PiS będzie twierdził, że to wpadka. Oczywiście znaleźli winnych, zawiodło automatyczne tłumaczenie serwisu YouTube. Tak tłumaczą się patałachy, bo kto korzysta przy tak ważnym orędziu z jakiegoś automatu?

Morawiecki potwierdził więc proroctwo Tuska, iż „autorzy ustawy wypromowali to podłe oszczerstwo na cały świat…” I to sam premier wziął się za promowanie. Nawiasem, Morawiecki jest fatalnym mówcą, tak sztywny i nijaki, jakby był stworzony automatycznie. Obawiam się, że to może być prawdą: Morawiecki to martwa materia animowana na potrzeby telewizji i internetu.

Marek Kacprzak był wczoraj w Polsacie wydawcą anteny, poznał – pisze na Twitterze – „kulisy i wiedzę techniczną osób odpowiedzialnych za dostarczenie orędzia do stacji telewizyjnych”. Z niejakim sarkazmem ocenia potworkowate orędzie: „Nic mnie nie zdziwi”.

A do samej materii udziału Polaków w Holocauscie to zdanie Jana Karskiego, który pierwszy powiadomił świat o obozach śmierci na terenie Polski – jest dla nas jako całości kompromitujące: „W szerszych kręgach społeczeństwa stosunek do Żydów jest przeważnie bezwzględny, często bezlitosny. To zbliża je w pewnym sensie do Niemców „. Najlepsi Polacy nie mają zbyt dobrego zdania o narodzie polskim, a PiS jeszcze bardziej pogłębia mroki i ciemnotę Polaków. I do tego w gruncie rzeczy ma służyć ustawa o IPN.

WYOBRAŹCIE SOBIE JAK ONA SIĘ TERAZ CIESZY!

Prawo tworzone przez PiS stanęło pod latarnią

Władze pisowskie nie potrafią wybrnąć z pasztetu, który nam zgotowały. Nam, bo nie sobie. Jarosławowi Kaczyńskiemu dynda, czy Polska będzie szanowana. Jemu chodzi o to, aby naród go słuchał i przez wymuszenie szanował.

Pasztet ustawy o IPN pokazuje, gdzie stanęło prawo pisowskie. Mianowicie stanęło pod latarnią. Akurat Izrael i USA są zainteresowane ustawą o IPN. I tak zareagowały – z właściwą sobie mocą. Niestety, skuteczną, bo Polska zostanie jeszcze niżej zepchnięta w hierarchii ważnych państw.
I to będą restrykcje niezadekretowane wobec państwa polskiego, czyli nas, nie dojdzie też do żadnego oficjalnego nałożenia sankcji. Po prostu na słowo Polska coraz więcej państw i dużych zagranicznych przedsiębiorstw będzie reagowało negatywnie. Tak jak BMW, które nasze warunki prawne porównało do Trzeciego Świata.

Zauważmy, iż ustawa o IPN to logiczny ciąg rozpoczęty rozwałką Trybunału Konstytucyjnego, całego sądownictwa. O odstąpienie od tego trzeciego świata prawnego apelują unijne władze. Skutek będzie taki, że spadniemy ostatecznie do ligi Trzeciego Świata. Czy autokrata przejmuje się, że rządzi zdegradowanym państwem? Nie, bo gdyby się przejmował, to państwo nie byłoby w jego władaniu.

Z niejakim niesmakiem czytam, jak politycy i komentatorzy przystosowują swoje mierne charaktery i talenty do sytuacji degradacji. Jarosław Gowin zakrztusił się i orzekł, iż „sytuacja jest złożona”. Tak mu się złożyło, a to dlatego, że tak wybrał. A to nie jest sytuacja złożona, tylko przez takich konformistów, jak Gowin zawiniona. I dalej ten pożal się Boże intelektualista mówi („Jeden na Jeden” w TVN24): – „Mieliśmy podstawy do tego, by sądzić, że strona izraelska akceptuje brzmienie tych przepisów”.

Aby nie podpaść Kaczyńskiemu, Gowin tworzy symetryzm pisowski („oni też”): – „Zawsze tam, gdzie dochodzi do nieporozumienia dwóch stron, przyczyny są i po jednej, i po drugiej stronie”. Panie Gowin, nie ma takiej „reguły nieporozumienia”. Ktoś doprowadza do nieporozumienia, aby uzyskać swoje cele. Ustawę o IPN stworzyli pokraczni pisowscy politycy. Żaden przeciętny prawnik takiego zakalca jurydycznego by nie stworzył.

Podobnym „symetryzmem” językowym, iż szare komórki skręcają się, gdy czytam enuncjacje dziennikarza Michała Szułdrzyńskiego w „Rzeczpopospolitej”: – „Uniemożliwiając przeprowadzenie manifestacji organizacji radykalnie narodowych przed Ambasadą Izraela w Warszawie, rząd PiS udowodnił, że jeśli chce, potrafi sporo zaryzykować w imię obrony dobrego wizerunku Polski”.
Czym rząd PiS zaryzykował? Tym, że się postawił nacjonalistom? Tym, że Mateusz Morawiecki cyknął się, iż jego ojciec Kornel Morawiecki może przyjść na manifestację, jak podczas tzw. Marszu Niepodległości, na którym tupał wraz z nacjonalistami, bo „naród jest ponad prawem”? Takie fundują nam pokraczności politycy i dziennikarze – dwóch takich zacytowałem, Gowina i Szułdrzyńskiego.

Nie tylko prawo pisowskie stanęło pod latarnią, ale moralność i kompletne niezrozumienie polskiej tradycji. Nie będę pisał o tolerancji dawnych Polaków wobec innych nacji, bo to zostało zniszczone przez pokraczność nacjonalistów, ale powołam się na wybitną Zofię Nałkowską z „Medalionów” opublikowanych w 1946 roku, która tamże pisze o „polskich obozach śmierci”. Czy wówczas czytelnicy pomyśleli, iż obozy organizowali Polacy? Tak samo jest dzisiaj, żaden średniej jakości publicysta zajmujący się tą tematyka nie obarczy winą Polaków za obozy śmierci.

Ludzie ludziom zgotowali ten los, a dzisiaj pisowcy politycy i niektórzy żurnaliści budują nam degradowaną Polskę. Czego się nie dotkną – niszczą, ośmieszają i zwalają winę na innych. To jest pokraczność, która stanęła po latarnią.

Kapitalnie podsumował opisywaną przeze mnie pokraczność w jednym tweecie Donald Tusk: – „Kto rozpowszechnia kłamliwe sformułowanie o „polskich obozach”, szkodzi dobremu imieniu i interesom Polski. Autorzy ustawy wypromowali to podłe oszczerstwo na cały świat, skutecznie jak nikt dotąd. A więc, zgodnie z ustawą…”.

ŚWIETNY POMYSŁ. TO CO ROBI Z POLSKĄ WYMAGA PILNEJ KONSULTACJI LEKARZY SPECJALISTÓW. KTO JEST ZA?

Macierewicz jak gorący kartofel

Nigdzie na świecie – poza PiS-em – ktoś taki nie dostałby żadnych zadań do realizacji.

Antoni Macierewicz w PiS zawsze był gorącym kartoflem. Ze względu na ryzyko jego działań i związaną z tym medialną podwyższoną temperaturę, był przerzucany z rąk do rak. Niektórym zaś jego osoba służyła do ogrzania lichej przeszłości opozycyjnej. Tak Macierewicza na przykład wykorzystywali bracia Kaczyńscy. Jarosław zaspał w pierwszym dniu stanu wojennego, nie od razu ogarnął, co się stało w Polsce, tak był nieprzytomny. Macierewicz więc w tych okolicznościach został potraktowany niczym koksownik (przy którym milicja grzała się w grudniu 1981 i pierwszych miesiącach 82 roku). Grzanie się Macierewiczem widać w autobiografii Kaczyńskiego, w passusach dotyczących opozycyjności w PRL-u, Jarosław ciumka na temat Macierewicza, jak podobni nacjonaliści w „Transatlantyku” Gombrowicza (Baron, Pyckal i Ciumkała).

Macierewicz to przede wszystkim człowiek do specjalnych poruczeń, który nie kłania się rozsądkowi i rozumowi. Bracia Kaczyńscy chcieli przejąć służby specjalne, więc oddali je do zreformowania w ręce Macierewicza, który oczywiście zniszczył je w wyniku przekształceń (WSI).

Macierewicz trudno jest kojarzony – albo wcale – z normalnością. Gdy jego sylwetkę weźmie się pod rozważania, nasuwa się uwaga, że potrzebuje konsylium profesjonalistów, aby mogli go zakwalifikować do naprawy – do formy uzdrowienia – a nie posyłać do pełnienia służby publicznej. Macierewicz potrafi współpracować tylko z Misiewiczami i Kaczyńskimi.

Misiewiczami otaczał się w ministerstwie obrony narodowej, a Kaczyńskiemu stworzył religię smoleńską, która spersonifikowana może być tylko porównana do Frankensteina. To potwór naszego życia publicznego, który zdemolował wspólną przestrzeń Polaków, a następnie pozwolił Kaczyńskiemu niszczyć wszystko, co się da.

Jako gorący kartofel Macierewicz potwierdził się w kampanii wyborczej do parlamentu. Beata Szydło gwałtownie zareagowała na wieści, iż kartofel Kaczyńskiego może zostać ministrem. Przedstawiła Jarosława Gowina jako kandydata na przyszłego ministra. Szydło wówczas wg pisowskiego wzorca oszwabiła opinię publiczną. Szachrajstwa partii Kaczyńskiego są tak powszechne, iż gdyby ich nagle zaprzestali, nie wiedzielibyśmy się, jak zachować w normalnych warunkach. Kiedyś przyjdzie nam przystosować się do normalności.

Przez dwa lata minister Macierewicz niszczył polską obronność. Z deklaracji zakupów śmigłowców bojowych czy okrętów podwodnych się nie wywiązał. Przesuwał terminy przetargów, ogłaszał zakupy bez żadnego trybu, z których wychodziły tylko nici jego indolencji, iż stało się zasadne podejrzenie – jak w książce Tomasza Piątka – że niekoniecznie działa w polskim interesie. Ta sprawa prędzej czy później zostanie wyjaśniona przez normalne władze polskie.

No i Macierewicz znalazł się na bruku, został zdymisjonowany. Nawet Andrzej Duda – prezydent bez właściwości charakterologicznych – zauważył zniszczenie kadr Wojska Polskiego. Z takim ministrem nie da się współpracować i wcale nie jest to wina zapisów konstytucyjnych, na które prezydent lubi zwalać odpowiedzialność. Duda sobie nie radzi w trudniejszych warunkach, w których trzeba wykazać się intelektem i wolą, zaś Macierewicz nigdzie na świecie – poza PiS-em – nie dostałby żadnych zadań do realizacji, bo on normalnie nie potrafi.

Schizofrenicznie wygląda „odpowiedzialność” za wykopanie Macierewicza. Żaden z głównych aktorów PiS nie chce wziąć na klatę tego kartofla. Duda dla TVP Info powiedział, iż taka była wola większości parlamentarnej, którą wobec niego reprezentował Mateusz Morawiecki: – „Premier złożył do mnie, jako prezydenta, wniosek o dymisję i ja go przyjąłem. Rozumiem, że to był wniosek, który wynikał z tego, że taka była wola większości parlamentarnej”.

A ten który rzeczywiście odpowiada za swoje towarzystwo partyjne prezes Kaczyński dla „Gazety Polskiej” o naciskach prezydenta powiedział: – „Dla nikogo nie jest tajemnicą, iż one były i to bardzo intensywne. Naprawdę nie było innego wyjścia. Dla skutecznej realizacji naszego projektu politycznego tak trzeba było postąpić, choć dla nikogo z nas – mogę powiedzieć, że szczególnie dla mnie – ta decyzja nie była prosta”.

I taka jest jakość polityki PiS. Nie brać odpowiedzialności, zwalać winę na innych. Kartoflana polityka w sprawie gorącego kartofla.

TRZYMAMY KCIUKI. Jeszcze wiele okazji przed tym rządem.

Infantylna tożsamość Polaków wg PiS

PiS zafundował nam konflikt z Izraelem z powodu infantylności swych polityków, kiedyś twardo nazwanych przez Bartoszewskiego „dyplomatołkami”.

Konflikt z Izraelem został zafundowany z tego powodu, iż politycy PiS chcą budować infantylną tożsamość Polaków. Ustawa o IPN ma chronić naród i państwo polskie przed przypisywaniem zbrodni nazizmu, bo bohaterstwo nasze jest bez skazy. Ustawa ma dotyczyć jakoby twierdzeń, które są „wbrew faktom”,  a mówią to ci, którzy od 8 lat konsekwentnie utrzymują, że w Smoleńsku był zamach.

O prawdzie historycznej miałby decydować prokurator. To już nie polityka historyczna, ale polityka represyjna. Podobne rozwiązania praktykowane były w PRL w stosunku do tych, którzy przypisywali winę za Katyń władzom stalinowskim, jakoby twierdzili „wbrew faktom”.

„Jan Kowalski”, który podpalał stodołę w Jedwabnem, który doniósł na ukrywającego się Żyda z nadzieją na „szmal”, który uczestniczył w pogromie kieleckim, pozostaje Janem Kowalskim narodowości polskiej, który był sekowany bezpośrednio lub pośrednio. To samo dotyczy Hansa Schmidta, winę za Holocaust ponosi z powodu, iż był faszystą narodowości niemieckiej.

Naród jest pojęciem nieprecyzyjnym, a nawet kłamliwym, bo nie da się go opisać nawet antropologicznie. Jedyne pojęcie, które w tym wypadku da się zastosować dotyczy społeczeństwa, w ramach którego doszło do tego, że jeden jego członek został szmalcownikiem, a drugi ofiarą w ramach Zagłady. Do takich zbrodni dochodzi zwłaszcza wówczas, gdy dobrzy ludzie milczą i na to przyzwalają.

Infantylizm nie jest prawdą o narodzie, jest kłamstwem o mniemanym bohaterstwie. W tym miejscu mogę tylko stwierdzić, iż odpowiadający za nowelizację ustawy o IPN są infantylnymi ludźmi i politykami, a takim jest choćby wiceminister Patryk Jaki, czego daje dowód, gdy otworzy usta w mediach. Brak mu walorów, a mimo to lansuje się na celebrytę.

PiS zafundował nam konflikt z Izraelem z powodu infantylności swych polityków, kiedyś twardo nazwanych przez Władysława Bartoszewskiego „dyplomatołkami”. Czy potrafią się wycofać z tak uprawianej dyplomacji? Nie! Matołki tego nie potrafią, będą brnąć w coraz większe szkody. I będą zachęcani do infantylizmu takimi „komentatorami”, jak Rafał Ziemkiewicz i Marcin Wolski, którym antysemickie szambo wybiło pod sam sufit.

WSZYSCY CIĘ POPIERAMY. RÓŻA – DO BOJU ! :)))

NAJPIĘKNIEJSZE ŻYCZENIA DLA WSZYSTKICH POLAKÓW. Dołączamy całym sercem. Przekazujcie je dalej, niech nadzieja dotrze do wszystkich!

Igor Brejdygant przedstawia swoją kolejną rozmówkę na koduj24.pl.

Rozmówka polsko-polska między dziadkiem a wnuczkiem na Święta Bożego Narodzenia anno domini 2045

Osoby:

Dziadek – schetany życiem, 60-letni staruszek
Wnuczek – pełen nadziei, wygłodzony troszkę chłopiec, lat osiem

Miejsce: Polska, która powróciła na łono słowiańszczyzny wschodniej.

– Dziadku? – wnuczek siedzi na kolanach u dziadka, przed nimi na stole jedna pomarańczka, którą dziadkowi udało się wystać w kolejce po cokolwiek, w tle telewizor, a w nim przemawia smutny pan. – A dlaczego my obchodzimy święta kiedy indziej niż ci państwo na filmie?

– Bo tamci państwo obchodzą w Europie, a my nie jesteśmy w Europie – dziadek zaczyna obierać pomarańczkę, na którą ma ogromną ochotę, ale którą zaraz odda wnuczkowi.

– A opowiesz mi, jak kiedyś byliśmy w Europie, dziadku?

– Znowu? Przecież opowiadałem Ci ostatnio.

– Ale to moja ulubiona bajka, dziadku – malec nalega.

– No dobra – dziadek daje się przekonać, bo bardzo lubi tak naprawdę opowiadać tę bajkę; wspomnienia – to wszystko, co mu zostało. – Kiedy miałem tyle lat, co ty teraz, Polsce udało się wyzwolić z jarzma Rosji i wyjść do świata, to było w 89 roku, wielki czas dla kraju – dziadek zapada się w odmętach pamięci, na jego twarzy pojawia się delikatny uśmiech.

– Dziadku, a co to jest jarzmo?

– Jarzmo to takie coś, co zakłada się koniom, żeby można było prowadzić je tam, gdzie się chce.

– Biedne konie. A teraz też jesteśmy pod jarzmem Rosji?

– Tak, ale nigdzie i nikomu nie wolno Ci tego głośno powiedzieć. Rosja to nasz największy przyjaciel, któremu zawdzięczamy to, że mamy tę jedną pomarańczkę.

– Wiem dziadku, nic nikomu nie powiem. I co było dalej?

– Dalej przez dwadzieścia sześć lat Polska kwitła, szła do przodu, była już coraz bliżej tych krajów, w których wszyscy mają tyle pomarańczy, ile dusza zapragnie.

– Nie wierzę, że są takie kraje.

– Są, wszystkie te, w których święta obchodzi się wcześniej, a dzień zwycięstwa później.

– I co jeszcze było, dziadku? Co jeszcze?

– I można było w szkole mówić, co się chce o Rosji i o wszystkim.

– Na pewno tak nie było, nigdy – wnuczek trochę się rozsierdził. – Miałeś mi opowiadać prawdziwą bajkę, a nie zmyśloną.

– Ale co poradzę, skoro tak było i były gazety, które pisały, co chciały i o kim chciały oczywiście, jeśli nie kłamały. I mogliśmy jeździć tam, gdzie są pomarańcze, kiedy tylko mieliśmy ochotę.

– Czyli gdzie, do babci Janki?

– Babcia Janka nie ma zawsze pomarańczy, ale wtedy miała.

– Czyli dokąd po te pomarańcze?

– Do wszystkich tych krajów, które teraz znasz tylko z mapy, mogliśmy jeździć, gdzie chcieliśmy i kiedy chcieliśmy. Po prostu szło się na lotnisko i… Ech, co Ci będę mówił.

– I tak Ci nie wierzę w to jeżdżenie, zmyślasz.

– Może.

– No właśnie i co jeszcze było dziadku, co jeszcze?

– No i wszyscy mieli takie kolorowe ubrania i w ogóle dużo było wtedy kolorów. Nawet zimą, jak nachodziła szaruga, to świat był kolorowy, przyjeżdżali do nas wtedy też ludzie o innym kolorze skóry.

– No co ty dziadku, na pewno nie, nikt do nas nie przyjeżdżał, bo my nikogo nie lubimy.

– Oj nie, wtedy nawet zaczęliśmy już trochę lubić innych ludzi. No i były te wszystkie ogromne sklepy, do których chodziliśmy i w których wydawało nam się, że to już tak będzie zawsze pięknie.

– Ogromne sklepy pełne pomarańczy?

– Pomarańczy i w ogóle wszystkiego tego, co teraz widzisz na tych filmach, co to nie możesz mówić w szkole, że je oglądałeś. Nie mówisz, mam nadzieję?

– Pewno, że nie mówię, nikt nie mówi, pomyśleliby, że jestem nienormalny.

– No i można było śpiewać różne piosenki, a nie tylko religijne i o ojczyźnie.

– Czyli o czym śpiewaliście?

– O wszystkim, o czym tylko chcieliśmy. Były zespoły też takie kolorowe i wszędzie były restauracje i było sushi.

– Co to jest sushi?

– Takie japońskie jedzenie z ryżu i surowej ryby.

– Ryż to mamy przecież.

– Mamy – dziadek znów posmutniał.

– A opowiedz mi o tych pudełkach, do których wrzucało się karteczki…

– Karteczki? A tak to były wybory, na które szliśmy, a w każdym razie mogliśmy chodzić i tam wrzucaliśmy karteczki i wtedy zmieniał się rząd, który nam się nie podobał.

– Jak to się zmieniał, przecież rząd jest jeden? – zdziwił się mały. – To na co właściwie miał się zmieniać?

– Na inny, czasem na trochę inny, czasem na zupełnie inny, wszystko zależało od tych karteczek. No i jeszcze, jak ktoś mówił o Tobie coś złego albo coś ci zrobił, to szło się w takie miejsce, w którym pan w długiej sukmanie decydował, czy ten ktoś ma rację, czy może jednak Ty masz rację.

– Teraz zawsze ten ktoś ma rację – zauważył malec.

– No właśnie – dziadek wyglądał jakby w ciągu tej rozmowy posunął się o kolejne kilka lat. – I do pracy szło się takiej albo innej, to Ty decydowałeś, a nie ktoś za ciebie, co masz robić, gdzie i jak.

Przez chwilę siedzieli, mały trawił informację, dziadek trawił wspomnienia.

– I co było potem, co się stało dziadku, że teraz nie ma już tych pomarańczy, że nie mogę jeździć, gdzie chcę i mówić, co chcę w szkole i że nie ma już tych karteczek?

– Tego właśnie nie wiem zbyt dokładnie – dziadek się zamyślił. – Zdaje się, że przyszli jacyś ludzie, którzy wmówili tym, którym się nie podobało, jak jest, że będzie lepiej, okłamali ich i oni uwierzyli i wrzucili te karteczki ostatni raz i wybrali ich, żeby rządzili…

– A potem? – niecierpliwił się wnuczek.

– A potem Ci, dla których kopiemy teraz ten węgiel, budujemy te statki, dla których uczymy się tego języka, co ma inne literki, pomogli tamtym, żeby zostali tu już na zawsze i tylko… – dziadek na chwilę się zaciął.

– I tylko co, dziadku?

– I tylko wciąż nie wiem, dlaczego wtedy im na to pozwoliłem?

– Ty, dziadku?

– Ja i trzydzieści milionów takich ludzi jak ja – dziadek sprawiał wrażenie jakby utknął na dobre. – Dlaczego im pozwoliliśmy, żeby zmarnowali życie naszym wnukom?

„Tak kłamie partia Jarosława Kaczyńskiego. Internauci odkryli przepis na świąteczne Wiadomości TVP”.

Dwa zaległe felietony Waldemara Mystkowskiego.

Wierzymy w opowieści wigilijne

Wierzymy w opowieści wigilijne, bo wierzymy w dobro. W wypadku Polaków tym dobrem jest demokracja, jest wiara w prawo i sprawiedliwość, które niestety okazują się towarem deficytowym w naszym kraju.

Wierzymy, że Ebenezer Scrooge z Nowogrodzkiej zostanie nawiedzony przez ducha Jakuba Marleya, a ten namiesza w jego sumieniu, iż dobro stanie się dobrem, a nie: „nikt nam nie powie, że dobro jest dobre…”.

Duchem Marleya dla Scrooge’a mógłby być duch jego brata. Podobnie możemy wierzyć, że w noc wigilijną, w noc przesilenia, zwierzęta zaczną mówić ludzkim głosem. Szczególnie zwierzęta z „Folwarku…” pana Scrooge’a.

A gdy będziemy łamać i dzielić opłatkiem, to „połamiemy się, połamiemy”? To „podzielimy się, podzielimy”? Wszak nasza narodowa specjalność: dzielić i łamać, łamać i dzielić.

Potrzeba nam wiary w nas, w siebie, przede wszystkim potrzeba nam więcej dialogu z podzielonymi i połamanymi, z tego dialogu ma szansę powstać prawda o nas.

W internecie znalazłem wiersz (jestem niejako o niego zazdrosny) Marcina Świetlickiego, który podał dziennikarz „Rzeczpospolitej” Jacek Nizinkiewicz, opatrując komentarzem: „Idealny na dzisiaj”.

Marcin Świetlicki – Nikt w nas

„Nikt w nas nie wierzy, jesteśmy widmami w ich kraju, jesteśmy niejasnymi sylwetkami widzianymi kątem oka, w mrocznych przejściach. Natomiast my wierzymy we wszystko, w każdą ideę, wierzymy nawet w życzenia wigilijne pary prezydenckiej. To rodzaj zabawnego hazardu.”

Wiary nam jednak nikt nie odbierze. I tego się trzymajmy w święta.

Rozumienie katolicyzmu według

Przedświąteczne impresje o sepsie i perle

Dwie przedświąteczne impresje. Eurodeputowana PO Julia Pitera w internetowym programie  #RZECZoPOLITYCE dopatrzyła się niespójności przekazu polityków PiS, nazywając narzucany przez nich „postępowy” ustrój – „kroczącym autorytaryzmem”. Mianowicie kolesie Kaczyńskiego zmierzają na wschodnią stronę. Z Zachodu na Wschód.

Oczywiście, że polityka PiS musi tam wylądować, nie tylko z powodu geopolityki. Będziemy odrzuceni z organizmu UE po przeszczepie cywilizacyjnym w 2004 roku, gdy zostaliśmy jej członkami. Proces odrzucenia to uruchomienie po raz pierwszy w historii artykułu 7 Traktatu UE.

Infekcja objęła trzy filary demokracji, można nazwać to sepsą, która dotknęła całą Polskę. Jeszcze stara się ratować kraj społeczeństwo obywatelskie, ale już jest zmęczone i nieskuteczne, jak lekarze rezydenci, którzy w 30. godzinie dyżuru muszą dokonać skomplikowanej operacji.

Znajdujemy się w tym momencie historii. Julia Pitera przypomina wizytę marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego na Białorusi, który wrócił z niej zachwycony, nazywając tamtejszego satrapę „ciepłym człowiekiem”. A Łukaszenka swoją władzę przekaże synowi.

I w tej beczce dziegciu Pitera znajduje łyżkę miodu. Otóż Kaczyński nie ma dzieci, nie ma syna, więc nie ma komu przekazać władzy nad satrapią, którą zakłada. Jest w tym względzie jałowy, jak to nazywa jego posłanka Krystyna Pawłowicz.

Druga impresja dotyczy Klementyny Suchanow, autorki znakomitej dwutomowej biografii Gombrowicza. Suchanow opisuje na FB, jak naszli ją „byczkowi” z CBA, których zwierzchnicy (błaszczakopodobni) doznali jakichś asocjacji „intelektualnych”. Powiązali jej akcję rzucania jajami („jajogate”) w limuzyny polityków PiS z podpaleniem biura poselskiego Beaty Kempy.

To trzeba mieć źle funkcjonujące neurony, aby powiązać jaja z piromanią. Dla mnie szokującym jest, iż ktoś taki jak Klementyna Suchanow może być powiązany z takim Kononowiczem w spódnicy, jakim jest Kempa. To zresztą pokazuje, jak Polska za obecnej władzy nisko upadła.

Spostrzeżenie prof. Małgorzaty Gersdorf jest nadzwyczaj celne: PiS to okupant. Jak pisał Norwid, jak napisano w Ewangelii Mateusza o rzucaniu pereł przed wieprze, jak ciągnął tę samą metaforę Andrzejewski w „Popiele i diamencie”, ciągle używamy najlepszych spośród nas przeciw zaprzańcom. Klementyna Suchanow jest perłą, jest na szczęście diamentem.

Zaś PiS to beczka dziegciu, sepsa, która paraliżuje Polskę. Aby kraj ratować, musi nam się więcej chcieć!

PROSIMY O WIĘCEJ TAKICH KOSZULEK W TELEWIZJI :))) ZWŁASZCZA NA ŻYWO! Brawa dla !!!!!!!!!!!!!!!!

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o „reformach” Morawieckiego.

Łelkam tu de fjuczer!

Mateusz Morawiecki będzie Europie mydlił oczy rzeczywistymi i fikcyjnymi reformami.

Z rwącego potoku nadętych słów, które próbują uzasadnić równoczesną zmianę premiera i ustroju państwa, wyłowiłem liczne zwroty marynistyczne: nawa państwowa, zmiana kursu, stery kraju, wszystkie ręce na pokład… Paralela wydała mi się nadzwyczaj trafna. Rzeczywiście od dwóch lat płyniemy w nieznane okrętem, którego nowy właściciel wywraca do góry nogami plan naszej podróży.

Obecny armator nie jest człowiekiem z branży i nie odróżnia okrętu od statku. Wcześniej był kierownikiem szatni, gdzie po uważaniu wydawał płaszcze klientów każdemu, kto mu się spodobał – i nikt nie mógł mu nic zrobić. Dwa lata temu obiecując złote góry dostał na kredyt piękny statek, którego zazdrościła nam morska brać z całej Europy. Teraz już nie zazdrości, bo egzemplarz – do niedawna jak spod igły – w krótkim czasie zaczął przypominać odrapaną łajbę z burtami poobijanymi w licznych zamierzonych kolizjach z sąsiednimi jednostkami. Dzisiaj w obłokach trujących spalin z rosnącym trudem pokonuje wzburzone fale i co chwilę wpada w niebezpieczny dryf.

Armator, który podobno nawet do wanny nie wchodzi bez nadmuchiwanych rękawków, nie zna się na współczesnej światowej gospodarce morskiej i znać się nie zamierza. Wystarczy mu wiedza z epoki żaglowców, zdobyta podczas lektury książek marynistycznych. A jednak dostrzegł, że okręt traci stabilność i nie nadąża za armadą. Zauważył, że załodze coraz trudniej porozumieć się z sąsiednimi jednostkami, bo przestaliśmy uznawać powszechnie obowiązujący kod flagowy, złośliwie burząc sekwencje sygnałów poprzez dowieszanie między proporczyki upranych gaci i onuc. Armator zrozumiał w końcu, że łajba może wpaść w samotny, niebezpieczny dryf, chociaż nie zrozumiał, że to jego wina, bo sam przecież kazał wyrzucić za burtę łodzie ratunkowe, usunąć grodzie wodoszczelne, a książeczkę procedur awaryjnych powiesić na gwoździu w oficerskiej toalecie.

Dostrzegając zagrożenia, armator nie zdecydował się jednak zawinąć do bezpiecznej przystani, by tam dokonać przeglądu i gruntownych napraw. Przeciwnie. Zarządził „całą naprzód”. Uznał, że skoro wiatr jest coraz bardziej przeciwny, to kurs należy jeszcze bardziej wyostrzyć. I znalazł wśród załogi fachowca, który obiecał, że poradzi sobie z cieknącym kadłubem, uszczelniając go na bieżąco pakułami. Obiecał też, że prowincjonalne dotąd metody dowodzenia zastąpi bardziej nowoczesnymi, a przy okazji dogada się z innymi kapitanami naszej armady, by nieco odsunęli się od nas i nie przeszkadzali w coraz bardziej ryzykownych manewrach.

I tak dotychczasowa dowodząca, absolwentka Podkarpackiej Zasadniczej Szkoły Nawigacji, dostała oklaski, bukiecik namorzyn, dyplom oraz skierowanie pod pokład, gdzie ma poprawiać nastroje załogi, dbać o zaopatrzenie w czyste kalesony i organizować chóralne AHOJ! – na cześć armatora. Za sterem stanął zdolny nawigator – światowiec, który uprzednio oświadczył, że również dla niego polecenia armatora będą ważniejsze od postanowień Kodeksu Morskiego. Zobowiązał się również, podobnie jak jego poprzedniczka, że gdy obejmie stery, to w odpowiednim momencie zboczy znienacka ze szlaku armady i poprowadzi państwową nawę na z góry upatrzone rafy. Z tą jednak różnicą, że nowy kapitan zamierza te rafy pomalować w biało – czerwone pasy, a następnie zagospodarować, budując tam największy w okolicy port lotniczy, fabrykę produkującą milion aut elektrycznych, wytwórnię tysiąca dronów oraz kosmodrom.

Zabrakło tylko informacji, jak nowy dowódca polskiego okrętu zamierza przekonać sąd morski Międzynarodowej Izby Handlowej, że dowodzona przez niego jednostka nie jest statkiem pirackim i stosuje się do reguł Kodeksu Morskiego. Nie wiadomo też, czym przekona kapitanów sąsiednich okrętów, że jest bardziej odpowiedzialnym i godnym zaufania od poprzedniczki. I jak dowiedzie, że nasze głupie manewry zagrażające całej armadzie, to taka polska specyfika, wykwit naszej tysiącletniej kultury, specyfiki i obyczajów. Czym ich przekona, by posunęli się nieco i zrobili więcej miejsca dla tanecznych polskich zygzaków?

Podejrzewam, że premier Morawiecki postawi w tej sprawie na przeczekanie. Będzie Europie mydlił oczy rzeczywistymi i fikcyjnymi reformami i będzie opowiadał o planach, które spowodują, że Polska Jutra stanie się wzorem dla Europy. Równocześnie gorliwa część załogi ozdobi polski statek girlandami i świecidełkami, umai dziób świętymi obrazkami, a na burcie wywiesi ogromny transparent z zaproszeniem dla unijnych partnerów, w sobie znanym języku obcym: ŁELKAM TU DE FJUCZER! Premier będzie unijnym prominentom szeptał do ucha, że tak naprawdę to on tego i owego wcale nie popiera i że będzie to powolutku zmieniał… Stanie na głowie, by nie dopuścić do kar i odwlec unijne reprymendy – choćby tylko do najbliższych wyborów, po których Jarosław Kaczyński – właściciel premiera, rządu i Polski – planuje zmienić Konstytucję, zalegalizować dyktaturę i pokazać Unii środkowy palec.

Czy te najbliższe wybory okażą się bezpieczną przystanią, czy groźną rafą? A może mielizną, gdzie nikt nie osiągnie swoich celów i tylko nasz statek utknie na długie lata?

SZOK! TAKICH CZASÓW DOŻYLIŚMY. Ale kosa trafiła na kamień, nie odpuści. Będzie kolejny proces. Gmyz powinien dostać nauczkę. KLIKNIJ. Pokażmy, że nie zgadzamy się na takie szokujące zachowanie ani dziennikarzy TVP, ani żadnego innego Polaka!

Polska Policjo, pukacie już do drzwi tego łobuza, czy kolegów ministra Błaszczaka nie ruszacie? –

Waldemar Mystkowski zaś pisze o Tusku i Morawieckim, rzecz jasna.

Tusk a rekonkwista Morawieckiego

Coś się dzieje z umysłami polityków, którzy odwiedzają imperium medialne Tadeusza Rydzyka, iż ulegają swoistej fiksacji? Podjęcie decyzji, aby tam udzielić wywiadu bądź wdać się w rozmowy (niedokończone) świadczy o psychicznym „dyrdum”. Czy dlatego tak się dzieje, że osoba, naprzeciw której siadają, jest w sutannie (habicie)? Acz jestem w stanie zrozumieć polityków irańskich, którzy odwiedzają irańskie media, bo są immamami i teokratami. Dlaczego jednak w Polsce TV Trwam, która ma znikomą oglądalność ze względu na niski poziom – poziom gazetki ściennej, jest tak ostentacyjnie uprzywilejowana przez władze PiS?

Mateusz Morawiecki, nowy premier rządu polskiego, pierwszego wywiadu udzielił „gazetce ściennej” – TV Trwam, dostał tam intelektualnego „dyrdum”, mianowicie podzielił się swoim marzeniem: „rechrystianizować Europę”.

Ki diabeł znaczy ów termin w polityce, w socjologii, w naukach przyrodniczych i humanistycznych? Termin zrozumiały, ale zastosowanie jego na pewno – nie. Bo Morawiecki księdzem nie jest ani reprezentantem Watykanu. Podejrzewam nawet, że z taką gadką-szmatką papież Franciszek posłałby go do porządnej szkółki jezuickiej bądź dominikańskiej, aby podciągnął się w rozumieniu współczesności i nowoczesności.

Czyżby Morawiecki duchowo był taki znikomy, że stara się podlizać kapłanom? Czasy chrystianizowania mamy dawno za sobą. Skończyły się wraz z krucjatami i Inkwizycjami, a cezurą w polityce europejskiej jest Rewolucja Francuska (cokolwiek o niej myśleć). Nikt się potem nie odważył na rzeczywisty mariaż polityki z chrystianizacją. No, oprócz faszystowskiego premiera Słowacji ks. Jozefa Tiso. Partie chadeckie, jak np. niemiecka CDU odwołują się do aksjologii chrześcijańskiej, a to diametralnie inne niż doktorat z teologii Tadeusza Rydzyka.

Morawiecki co prawda szybko dodał, że „w wielu miejscach nie śpiewa się kolęd, kościoły są puste i są zamieniane na muzea”, ale pozostał po tym jego „rechrystianizowaniu” odór Pizarro, a dokładnie re-Pizarro. Mogę się rozpisywać i dociekać, co Pizarro Morawiecki ma na myśli i tak nie dojdę, bo tego dojść nie sposób, jak nie dojdziemy do głębszej konkluzji z jakimkolwiek podobnym dyrdum.

Zestawiam Morawieckiego z kimś na wskroś normalnym, jednym z nas, acz wielce wybijającym się – z Donaldem Tuskiem, który dostał doktorat honoris causa Uniwersytetu w węgierskim Pecs. Przy odbiorze doktoratu powołał się na tradycję europejską z bardzo szeroką paletą wartości kulturotwórczych, ale nie usłyszałem żadnego marzenia o wojowniczej rechrystianizacji, żadnych zachęt do zamierzchłych krucjat i zapędzeniu ludzi do kościołów, jak do stodół.

Tusk jednak przestrzegał przed tym, że „nie będzie Europy, jakiej pragniemy, jeśli od wewnątrz opanują ją nasi polityczni barbarzyńcy”. Tym dzisiaj jest rechrystianizacja – barbarzyństwem, cofnięciem się do pełnych kościołów.

Może Morawiecki nie miał tyle złego na myśli, to jednak świadczy, że nie potrafi formułować myśli, to źle świadczy o nim jako „trzcinie myślącej”, o jego marnym wnętrzu. Tusk był i jest człowiekiem oczytanym, to słychać w jego mowie i wyczytać można w eseistyce. W Pecs powoływał się na wybitną książkę Claudio Magrisa „Dunaj”, która jak ta europejska rzeka płynie narracją przez bogactwo Europy, a nie na wąsko pojętą rechrystianizację (niestety, historycznie można odczytać ją jako krwawe barbarzyństwo).

Morawiecki proponuje więc dzisiaj jakąś rekonkwistę, barbarzyństwo. Pobrzmiewają w nim nuty odwetowej endecji, pokłosia międzywojnia, sojuszu narodu i chrystianizacji, która zapłonęła stodołą w Jedwabnem. To jest wąsko pojęte zapełnianie pustych kościołów. Ale gdy jest się w niszowej TV Trwam, to dostaje się takiego dyrdum, jak Morawiecki. Niedobrze nam to wróży, oj, niedobrze…

Bierzcie i przekazujcie sobie tę pamiątkową fotografię. Zdjęcie sprzed Pałacu Prezydenta, podczas manifestacji w obronie wolnych sądów i wolnych wyborów. Policja i pisowski reżim tak zwracają się do suwerena. Metody rodem z Rosji i Białorusi. NIE CZARUJMY SIĘ. KOMUNA WRÓCIŁA.

NIEDZIELA – KOLEJNA MIESIĄCZKA PREZESA. Znów będzie uzdrawiał Europę i Polskę…

Nowy towarzysz miesięcznic, Morawiecki, specjalista od rechrystianizacji Europy.

TO DZIŚ NAJMOCNIEJSZE SŁOWA W SIECI. CAŁA EUROPA ZAREAGOWAŁA NA WPIS TUSKA. WSZYSCY WIDZĄ, JAK PiS WPYCHA POLSKĘ W ŁAPSKA ROSJI. Polacy, obudźcie się, zanim będzie za późno!

Tweet Donalda Tuska wzburzył polskie bajorko.

Katolickie pismo o Tusku: zapisał się do Wehrmachtu

Prawicowe media prześcigają się wręcz w napastliwym i zjadliwym komentowaniu wpisu Donalda Tuska. Zdaje się, że „Gość Niedzielny” postanowił „przebić” wszystkich. Na swojej stronie internetowej katolickie pismo umieściło artykuł z absurdalnym tytułem „Tusk zapisał się do Wehrmachtu”.

Tytuł tekstu co prawda szybko zmieniono, ale – o czym wielokrotnie mogliśmy się przekonać – w internecie nic nie ginie. Pierwsza wersja tytułu nie umknęła użytkownikom Twittera, którzy ironizowali na temat „Gościa Niedzielnego”: – „Katolicki głos w twoim domu”.

– „Gość Niedzielny” pisze, że Tusk zapisał się do Wehrmachtu. Nie będę przeklinał, więc nic więcej nie napiszę” – czytamy w kolejnym wpisie. My też nie chcemy, więc nie będziemy przytaczać treści artykułu. Materiał pozostał na stronie pod zmienionym tytułem: „Tusk wpisuje się w nagonkę”.

Celnie podsumowała go jedna z internautek: – „Gość Niedzielny”, czy zapisaliście się do KGB? Wychodzi na to, że Tusk miał rację…”.

CZAS NAJWYŻSZY ZACZĄĆ MÓWIĆ. I POWTARZAĆ AŻ POLACY ZROZUMIEJĄ. „PiS REALIZUJE INTERESY KREMLA”.

Renata Grochal z „Newsweeka” twierdzi, że dobrze, iż słowa Tuska wreszcie padły.

Ostre słowa Tuska na Twitterze nie są przesadzone

Wiele osób krytykuje szefa Rady Europejskiej za jego wpis na Twitterze o tym, że działania rządu PiS są zbyt podobne do planu Kremla, by można było spać spokojnie. Jednak moim zdaniem ostre słowa Tuska nie są przesadzone. Jeśli Donald Tusk ogłasza na Twitterze alarm w sprawie polityki polskiego rządu, to znaczy, że sytuacja robi się poważna, a taryfa ulgowa dla ekipy PiS w Unii Europejskiej się kończy. 

Odrzucam argument, że szef Rady Europejskiej nie powinienrecenzować działań polskiego rządu, że powinien być bezstronny i zachować równy dystans wobec wszystkich państw UE. Kto jak nie jeden z najwyższych unijnych urzędników, świetnie znający polskie uwarunkowania i widzący je w szerszym kontekście, powinien bić na alarm, gdy unijne wartościsą w Polsce deptane?

Tusk jest zbyt doświadczonym graczem, był premierem dwie kadencje, żeby pisać taki tweet pod wpływem emocji. Powiedział po prostu głośno to, o czym europejscy przywódcy mówią w kuluarach. Bo komu służy demolowanie rządów prawa i niezależności sądów w Polsce, zaostrzanie sporu z Ukrainą, atak na organizacje pozarządowe i na wolne media? Nie wiem, czy to jest działanie intencjonalne, czy nie, ale polski rząd realizuje scenariusz, który z powodzeniem mogliby napisać doradcy Putina. Z tego, że Polska odwraca się plecami do Unii Europejskiej Moskwa jest bardzo zadowolona. Jeśli Polska, która w ostatnich latach była adwokatem proeuropejskich dążeń Ukrainy, ostatecznie popsuje dwustronne relacje, Ukraina na lata zostanie w strefie wpływów Rosji.

Moment ostrej reakcji Tuska nie był przypadkowy. Kilka dni wcześniej ulicami Warszawy przeszli narodowcy z neonazistowskimi hasłami, na które władza przymyka oczy. W Parlamencie Europejskim odbyła się kolejna ostra debata na temat łamania praworządności w Polsce, która pokazała, że polski rząd nie zamierza się cofnąć. W tym tygodniu Sejm ma się zająć ustawami, które ostatecznie podporządkują sądownictwo władzy wykonawczej. „Kompromis”, który wynegocjował prezydent Andrzej Duda, nic tu nie zmienia. PiS wymieni sędziów Sądu Najwyższego i obsadzi większość sędziów w Krajowej Radzie Sądownictwa.

Jeśli partia rządząca przejmie sądy, a za chwilę wolne media i zmieni pod siebie ordynację wyborczą, Polska z modelu zachodniego przekształci się w model wschodni. Tusk bije na alarm, bo to jest ostatni moment, gdy Polska może się z tego wycofać. Mocne wejście Tuska w polską politykę, obnaża też słabość opozycji. Szef Rady Europejskiej zastępuje dzisiejszą opozycję, która bardziej zajęta jest wzajemną rywalizacją, niż walką z PiS.

Jednak nie sądzę, żeby to był sygnał, że Tusk rozpoczyna kampanię prezydencką. Dziś jest za wcześnie na taką decyzję. Wybory prezydenckie odbędą się dopiero w 2020 roku i do tego czasu wiele może się wydarzyć. Ale nerwowa reakcja PiS na te kilka zdań na Twitterze pokazuje, że obawa przez powrotem Tuska do kraju wciąż jest w partii Kaczyńskiego bardzo silna. Ciągle to Tusk, a nie Schetyna, czy Petru, pozostaje realnym zagrożeniem dla Jarosława Kaczyńskiego. Jeśli opozycja się nie pozbiera, Tusk może być zmuszony do tego, by pod swoim sztandarem budować nową opozycyjną siłę, która będzie bronić obecności Polski w Unii.

NIE MA TO JAK ZOBACZYĆ ANIOŁA W PONIEDZIAŁEK 🙂

Waldemar Mystkowski analizuje drobiazgowo Tuska.

W beznadzieję polskiej polityki wewnętrznej i zagranicznej Donald Tusk potrafi wkroczyć jednym tweetem. Nie tylko z powodu, iż jest rasowym politykiem, że liczy się w kraju, że boją się go pisowcy, jak diabli święconej wody, ale przede wszystkim, iż w krótkim komunikacie potrafi dotknąć rzeczy najważniejszych.

Tusk potrafi wsadzić palec w ropiejącą ranę, jaką zostawia nam PiS. I apeluje, alarmuje: obudźcie się! „Alarm! Ostry spór z Ukrainą, izolacja w Unii Europejskiej, odejście od rządów prawa i niezawiłości sądów, atak na sektor pozarządowy i wolne media – strategia PiS czy plan Kremla? Zbyt podobne, by spać spokojnie” – pisze Tusk.

To jest tweet, z powodu rangi Tuska, bardzo mocny, wszak przewodniczący Rady Europejskiej ze względu na swoją funkcję jest politykiem pięciogwiazdkowym. Tak ostro do tej pory Tusk nie pisał. W pierwszej kolejności zwrócił uwagę na spór pisowskiej dyplomacji z Ukrainą, który jest korzystny dla Rosji. Następnie wymienia wszystkie słabości obecnej władzy, zapytując – dyplomatycznie – czy ta strategia formułowana jest na Nowogrodzkiej, czy na Kremlu.

Jeżeli Tusk stawia znak zapytanie, to my możemy spokojnie go ominąć. Posądzenie o realizację polityki Kremla przez Nowogrodzką nie powstało w żadnej próżni, tylko w Brukseli i tuż po szczycie europejskim w Goeteborgu. Za Tuskiem – należy mniemać – stoją politycy europejscy i to najważniejsi.

Pierwsze słowo to „alarm”. Wszystkie znaki rozumu wskazują, iż sukcesywne wykluczenie Polski z UE jest celowe, można wskazywać na poszczególne punkty strategiczne, obecne w polityce wewnętrznej i zewnętrznej. A jeżeli wychodzimy z UE, to z automatu wpadamy w łapy przyjaciela Orbana, Putina, lokatora Kremla.

Wpływowy portal Politico.eu w tweecie Tuska zauważa „Kremlin’s plan”, porównanie polityki polskiego rządu PiS do „planu Kremla”. Nie trzeba zanadto dobrze znać historii Polski, aby dopatrzeć się w polityce uprawianej przez PiS Targowicy, nawet elementy ideowe są zbieżne. Tradycyjny sojusz z zacofanym klerem przeciw nowoczesności – wówczas przed nowoczesną Konstytucją 3 Maja, a dzisiaj przed demokratyczną Konstytucją III RP.

Głos swój opublikowała na Tweeterze Beata Szydło, głos do bólu pisowski: „@donaldtusk jako @eucopresident nic dla Polski nie zrobił. Dzisiaj, wykorzystując swoje stanowisko do ataku na polski rząd atakuje Polskę„.

Zwracam uwagę na charakter myślenia Szydło: „nic dla Polski nie zrobił”. To jest myślenie pisowskie, myślenie Misiewiczów. Obsadzić niekompetentnych ludzi na stanowiskach, aby dla PiS coś zrobili (dla niepoznaki piszą i mówią: dla Polski).

A czy Szydło nie zauważyła, jak Polska została doceniona poprzez wybór Polaka na tak wysokie stanowisko. To zrobiła Europa dla Polski, aby mój rodak został najważniejszym jej politykiem. To jest równe temu, iż Curie-Skłodowska dostała Nobla, że Sienkiewicz, Miłosz i Szymborska dostali literackiego Nobla.

To jest zrobienie dla Polski. To my wraz z nimi zostaliśmy wyniesieni tak wysoko. To jest zrobienie dla Polski, tak są wyniesieni najlepsi. A kto temu zaprzecza – szkaluje ich, mnie i świadomych Polaków, jaka praca stoi za wyniesieniem. Szkalowanie – ulubione słowo PiS, odwracanie ogonem. W PiS większość pojęć jest odwracana, zadek robi za twarz.

Najważniejszy z tweetu Tuska jest ten „plan Kremla”. Po czym Tusk pisze, że nie można spać spokojnie. Robi nam alarm w środku pisowskiej ciemnoty: obudźcie się. Tak jak niedawno w akcie samospalenia krzyczał Piotr Szczęsny.

SARYUSZ-WOLSKI NAPISAŁ NA TWITTERZE, ŻE BĘDZIE WALCZYŁ Z TUSKIEM O FOTEL PREZYDENTA. CZY KTOŚ WIE, SKĄD SIĘ BIORĄ TAKIE POMYSŁY U STETRYCZAŁYCH, NIESPEŁNIONYCH POLITYKÓW?

>>>

SZUMEŁDA BARDZO SŁUSZNIE. RZĄD PiS NIE JEST REPREZENTANTEM NARODU, ALE JEGO ZDECYDOWANEJ MNIEJSZOŚCI. Niech nie wypowiadają się w imieniu wszystkich Polaków!

Cztery zaległe teksty Waldemara Mystkowskiego.

Wymienić orła białego na pawia

Parlament Europejski podjął rezolucję, iż w kraju rządzonym przez pawie niszczona jest demokracja.

Zdziwiony jestem, że herbem Polski pod panowaniem PiS nie jest paw. Orzeł biały to taki sobie ptak, który zwykle starcie z jastrzębiem sromotnie przegrywa. A paw odpowiednio skrzeczy i nikt go w wielkości decybeli na najwyższych tonach nie przebije. Ilość pawi w PiS jest co najmniej równa ilości ministrów, tylu pawi nie ma żaden rząd na świecie. Dzisiaj pawie PiS wyszły przed mikrofony, nie wszyscy dziennikarze mogli zachować słuch, bębenki mogły im paść, a na pewno rozum. Także pawie ogony PiS przewyższają ilością kolorów klasycznej tęczy.

I wszystko byłoby w porządku. Pawie sobie poskrzeczały, zmniejszyła się wrażliwość słuchu dziennikarzy, gdyby nie Parlament Europejski, który podjął rezolucję, iż w kraju rządzonym przez pawie niszczona jest demokracja.

Nie wiem, jaki związek istnieje między pawiem a pawianem, na pewno onomatopeiczny. Mogliśmy zobaczyć, że niektórzy od razu przeistoczyli się w pawianów. Dostali małpiego rozumu po rezolucji PE. Beata Szydło nawet zapowiedziała, że na szczycie europejskim w Goeteborgu odniesie się do – jak napisała na Twitterze – „dzisiejszych skandalicznych wydarzeń w PE”.

Szczyt europejski gromadzi przywódców krajów europejskich pod godnym kierownictwem szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska i raczej – a w zasadzie na pewno – żaden z przywódców nie jest europarlamentarzystą. Więc komu zaskrzeczy premier Szydło o „skandalicznych wydarzeniach”, hę?

Za Juliuszem Słowackim optuję, iż nie wystarczy stwierdzenie: „pawiem narodów byłaś i papugą”. Należy w symbolice państwa coś zmienić, aby dorównał aspiracjom ministrów rządu PiS i samej Szydło. Paw to piękny ptak, choć paw pisowski jest nielotem, za to lepiej skrzeczy od innych.

Rząd jakby przewidział „skandal w PE” i wysłał „niezależnych” dziennikarzy na tournee europejskie. Trochę tego nie rozumiem, acz wydaje mi się, że od skrzeku pawi PiS nie padł mi rozum. Po co mają przekonywać „niezależni” dziennikarze prawicowi, iż w Polsce demokracja ma się dobrze. Mogę się założyć, że w Moskwie przyjęci zostaliby ze zrozumieniem i dostaliby zasłużoną porcję oklasków. A tak do Berlina pojechali m.in. Piotr Semka (publicysta tygodnika „Do Rzeczy”), Cezary Gmyz (korespondent TVP), Olga Doleśniak-Harczuk (zastępca redaktora naczelnego „Gazety Polskiej”) i Krzysztof Skowroński (prezes SDP).

Napisałem, że byli m.in. ci, a nie inni dziennikarze. Nie wiem, jacy inni byli, ale wiem, że na spotkanie „niezależnych” dziennikarzy prawicowych stawiło się 6 (słownie: sześciu) niemieckich dziennikarzy. Przy porządnej ławie w niemieckich piwiarniach znalazłoby się jeszcze niejedno miejsce dla „niezależnego” piwosza, acz zależnego od piwa.

Nie będę relacjonował, co wygadywali nasi koryfeusze dziennikarstwa. Przy całym szacunku dla nich jako ludzi, jest to niestety trzeci, a może nawet czwarty garnitur profesji, choć był przecież szef SDP Skowroński, to jego profesjonalizm jest nielotny, godny kuraka grzebiącego, bo do takiego rzędu ptactwa skrzeczącego należy paw.

PiS zmienia niezależność sądownictwa w zależność od autokraty, Trybunał Konstytucyjny w wydmuszkę, media publiczne w gadzinówki, to dlaczego nie zmieni symboliki orła białego na kuraka pawia? Hę?

ROZENEK OBNAŻYŁ KOLEJNE KŁAMSTWO MACIEREWICZA

Ordynacja wyborcza dla republiki bananowej

Państwowa Komisja Wyborcza ostrzega, że zawarte w projekcie PiS pomysły mogą się skończyć katastrofą.

Wprowadzenie ustroju republiki bananowej wcale nie jest takie proste. Wiąże się z wielokroć większymi kosztami niż w republice o standardzie stricte demokratycznym. Ponadto obniża kwalifikacje beneficjentów, czyli tych, którzy kształtują taką zdeformowaną republikę i czerpią z niej korzyści. Przeistoczenie wprowadza także chaos, co staje się zrozumiałe, bowiem nieposiadający kwalifikacji mają problemy z wprowadzeniem porządku i harmonią społeczno-prawną.

Republika bananowa wyziera wszystkimi akapitami z nowej ordynacji wyborczej, której procedowanie nastąpi już na najbliższym posiedzeniu Sejmu i ma być zakończone jeszcze w tym roku. Państwowa Komisja Wyborcza (PKW) właśnie zaopiniowała pisowski projekt noweli i nie zostawiła na nim suchej nitki, nazywając wprost: katastrofa.

Katastrofa w pierwszym rzędzie rzecz jasna jest dla obecnej PKW, bo wszystkim komisarzom z automatu wygasają kadencję. W ciągu dwóch miesięcy PKW musi powołać 16 wojewódzkich i 380 powiatowych komisarzy wyborczych w miejsce dotychczasowych 51.

Mają przyjść zupełnie nowi ludzie – bez żadnego doświadczenia. Skąd ich wziąć? No, właśnie! Można tę operację blitzkriegu przeprowadzić tylko siłami niewykwalifikowanymi („nie matura, a pisowska chęć szczera zrobi z ciebie beneficjenta”).

Dotychczas komisarzami byli po prostu sędziowie, czyli tacy, którzy przeszli przez szczeble zawodu prawniczego od samego dołu, aby stać się niekwestionowanymi fachowcami. W pisowskiej ordynacji wystarczy tylko wykształcenie prawnicze, a takich z cenzusem mgr prawa jest w kraju multum, choćby po studiach wieczorowych i pojęcie o prawie mają takie, jak uczniowie podstawówki o czytaniu książek.

Dotychczas komisarze winni być apolityczni, nie należeć do żadnej partii, teraz ten wymóg zostanie zniesiony. Zatem należy spodziewać się, iż działacze PiS mający wykształcenie prawnicze zasilą w pierwszym rzędzie PKW.

Tak zaordynowani komisarze będą mieli uprawnienia – dotychczas nie były znane – do zmiany kształtu okręgów wyborczych. Zestawmy to z czasem, a komisarze będą mieli na to dwa miesiące, to można być pewnym, iż słowo skandal nie jest nadużyciem. To skandalicznie mało czasu, aby ktoś mógł zapanować nad tym chaosem.

Chaos jest zły? Nie dla PiS, bo o to chodzi. Wszelkie skargi, manipulacje, oszustwa wyborcze utoną w tym chaosie. Nie warto nawet wspominać o takim drobiazgu, jak koszt przeprowadzenia najbliższych wyborów samorządowych – a są one najbardziej skomplikowane ze wszystkich. Będzie on przynajmniej dwukrotnie wyższy niż dotychczas. Poprzednie wybory kosztowały 300 mln zł, wg nowej ordynacji będą przynajmniej dwukrotnie wyższe – 600 mln zł.

Po przyszłych wyborach i zapanowaniu republiki bananowej nie będziemy zastawiali się nad krzywiznami bezprawia państwowego, lecz nad tym, dlaczego pozwoliliśmy, aby standardy wschodnie, a może nawet z Burkina Faso obowiązują w naszym dumnym kraju europejskim, w Polsce.

NA TYM TLE POWINNA WYSTĄPIĆ JAŚNIE PANI PREMIER W SPOCIE REKLAMUJĄCYM PiS. To jedyna poważna inwestycja, jaką zrobili samodzielnie. Mosty, autostrady, Stadion Narodowy, te z reklamy, to dzieło . MÓWCIE POLAKOM PRAWDĘ. NIECH WIDZĄ ROZMACH WASZYCH DZIAŁAŃ.

Szydło – złodziejka demokracji

Najpierw wypada zaordynować oczywistą oczywistość. Polacy mają problem z władzą PiS, nie mają problemów z Unią Europejską i jej instytucjami. Zaś Parlament Europejski, Komisja Europejska, Komisja Wenecka, Rada Europy mają problem z władzą PiS, a nie z narodem polskim.

Beata Szydło na spotkaniu z dziennikarzami po zakończonym szczycie UE w Goeteborgu powiedziała, „że nie może być takiej sytuacji, jak dwa dni temu w Parlamencie Europejskim, gdy jeden z narodów wielkiej rodziny europejskiej zostaje oszkalowany i obrażony”.

Powiedziała to do dziennikarzy, a co powiedziała do premierów rządów państw UE? – „Zaapelowałam o refleksję do kolegów premierów, żebyśmy wzajemnie się szanując, nigdy więcej do tego nie doprowadzili”. Co mają premierzy do europarlamentarzystów? Nie wiem.

Czy rezolucja Parlamentu Europejskiego jest szkalowaniem narodu polskiego? Na pewno – nie! Bo rezolucja została podjęta w trosce o praworządność w Polsce. Praworządność nie jest szkalowaniem. Szkalowaniem na przykład mogłoby być, gdyby w PE powiedziano, że Polacy to kanalie i mordy zdradzieckie.

Szydło może czuć się szkalowana. „Czuć” – to ważny bezokolicznik. Tak może powiedzieć osądzony złodziej, gdy zapadł na niego wyrok i czuje się szkalowany przez niezależny sąd. I takim złodziejem jest władza PiS, czują się szkalowani, bo są osądzeni przez instytucje europejskie wyznające bardzo konkretne – opisane w tysiącach książek – standardy demokratyczne.

W tym kontekście Szydło ma prawo czuć się szkalowana. Władza PiS została osądzona na razie w tej podstawowej instancji bez konsekwencji. Złodziej idzie do pierdla, a władza PiS może być pozbawiona głosu na kolejnych szczytach UE, mogą być wobec niej nałożone sankcje.

Pewnie, że my Polacy nie chcielibyśmy tych sankcji. Ponoć jest na agendzie w Komisji Europejskiej, aby unijne pieniądze omijały władze PiS i trafiały bezpośrednio do społeczeństwa polskiego. Czy jest to możliwe? Nie wiem.

Szydło swoje szkalowanie – a nie Polaków, zwracam tej kobiecie uwagę na podstawy logiki (logika to taka nauka wymyślona przez klasycznych Greków) – uzasadnia, iż władza PiS jest „rządem wybranym w demokratycznych wyborach, który realizuje program uzgodniony z Polakami”.

Nie słyszałem ani mru-mru w kampanii wyborczej, że zniszczony zostanie Trybunał Konstytucyjny, że jego wyroki nie będą publikowane przez rząd (a jest to zapisane w Konstytucji), nie słyszałem, że sądownictwo będzie zależne od partii, a nie jak standard wymaga opisany w tysiącach książek, iż jest niezależne. Nie słyszałem, aby media publiczne miały stać się gadzinówkami. Szydło się tak nie umawiała.

Jeżeli wcześniej wiedziała, że tak będzie, jak jest, to wówczas kłamała. A dzisiaj kłamie na pewno. Czy polityka musi być amoralna?

Nasuwa mi się taka oto metafora w związku z pisaniem. Jeżeli ktoś, kto za bardzo inspiruje się inną narracją bądź liryką jest plagiatorem, wówczas takiego kogoś można nazwać złodziejem fabuł, złodziejem liryki. A jak jest to kobieta – złodziejką.

A jak ktoś kradnie Polakom demokrację i sukcesywnie krok po kroku nakłada na naród (Polaków, szanowna pani premier) dyktaturę, autokrację, reżim partyjny, to wówczas kogoś takiego można nazwać złodziejem/złodziejką demokracji.

Właśnie Polakom zajumano demokrację. O tym jest rezolucja Parlamentu Europejskiego, o braku praworządności w Polsce. Logicznie pisząc: Szydło ma prawo się czuć szkalowana, bo jej rząd – a nade wszystko stojący nad nim prezes PiS – zajumali demokrację Polakom. Czy ja szkaluję Szydło, nazywając ją złodziejką demokracji? Hę?

NIE MA TO JAK GŁOS ANIOŁA W NIEDZIELĘ :))

Tusk: Polska nie ma innego miejsca niż Europa

Zanadto nie dziwię się Beacie Szydło, że zareagowała w Goeteborgu specyficzną dla niej histerią, twierdząc, że Polska jest szkalowana przez Parlament Europejski. Tak jej napisano, musiała więc tak powiedzieć. Nie dziwię się Karczewskim czy Błaszczakom, iż powtarzają podobne komunikaty o szkalowaniu „Patriotów” (koniecznie z dużej litery), posądzeniu o ksenofobię i faszyzm.

Retoryka PiS jest skonstruowana na emocjonalnej histerii. Dla Szydło nie jest charakterystyczna broszka ani kilka warstw makijażu na twarzy, lecz histeria – „8 lat rządów PO, moralne zwycięstwo 1:27”. Dotyczy to wszystkich ministrów rządu, którzy nie wyściubiają nosa w debatach poza swoje grono, a wypowiadają się przy pomocy dziennikarzy typu Holecka.

Cały świat inaczej widział Marsz Niepodległości, tylko nie PiS. Może perspektywa z Krakowa, gdzie Jarosław Kaczyński uciekł ze swoimi marionetkami, tak im spaczyła obraz największego święta państwowego – Niepodległości.

Unia Europejska na Polskę, gdzie rodzi się faszyzm, nie może sobie pozwolić

Ta histeria PiS może nas drogo kosztować. Nas – Polskę i obywateli tego kraju, bo marsz skrajnej prawicy i faszystów w Warszawie oraz we Wrocławiu tak sobie nie przeszedł i rozlazł się po domach. Ten marsz będzie tupał coraz głośniej, bo pozwolono mu na to, bo jest broniony przed „szkalowaniem”.

Zwracam uwagę na jednego z najbardziej zakłamanych członków rządu Szydło wicepremiera Mateusza Morawieckiego. On nazwał wprost: – „Marsz Niepodległości w całości był piękny”. Czy tylko dlatego, że ojczulek Kornel w nim wybijał nacjonalistyczny rytm? Zaś fraza o „własnych brudach, które trzeba prać w domu” – to komunał godny samego Mieczysława Moczara. Układa się niemal w oksymoron, który da się sklecić  z Morawieckiego – „piękne brudy”. Zakłamana prawda, mądry idiota – z wicepremiera wyszedł Kononowicz.

Podkreślam, Unia Europejska na Polskę, gdzie rodzi się faszyzm, nie może sobie pozwolić. Wspomniany Morawiecki nawet użył sfomułowania: – „Także w Niemczech są rasistowskie ekscesy”. Morawiecki to postać o wyjątkowo źle wytworzonej konsystencji moralnej i intelektualnej. Nikt z rządu Angeli Merkel nie nazywa ekscesów faszystowskich „pięknymi” ani nie broni ich przed szkalowaniem. W Niemczech państwowa telewizja ZDF nie relacjonuje pięknej manifestacji patriotów faszystów i nią się nie zachwyca jak TVP.

Słowa polityków PiS słyszą ci, którzy zorganizowali marsz w Święto Niepodległości. Oni przyjdą do Morawieckiego, do Szydło, a nawet pójdą do Krakowa za uciekającym Kaczyńskim, przyjdą do swoich, którzy tak ich bronią przed szkalowaniem. A jak dalej nie będą bronić, to przegonią. Policja ponadto przechodzi ostry trening mentalny, kogo chronić, a kogo wynosić. Policja zamienia się w policję Kulsonów.

Co się stanie z Polską, gdy PiS będzie bronił „takiej” Polskę przed szkalowaniem. Słowa Donalda Tuska po unijnym szczycie w Goeteborgu są apelem do władzy PiS: „Polska nie ma innego miejsca niż Europa. I nie powinna traktować Europy i Unii jako wroga, przeciwko któremu trzeba naprężać muskuły i wytaczać batalię”.

Unia Europejska to naturalne środowisko Polski, w której nie ma miejsca na tolerowanie nacjonalistów i faszystów. Coraz bardziej stresujące jest pytanie: Jak daleko zaszedł marsz nacjonalistów? Czy nie za daleko, czy da się go cofnąć? Na pewno nie stwierdzeniem, że mówienie i pisanie o nim jest szkalowaniem.

TO DZIŚ NAJMOCNIEJSZE SŁOWA W SIECI. CAŁA EUROPA ZAREAGOWAŁA NA WPIS TUSKA. WSZYSCY WIDZĄ, JAK PiS WPYCHA POLSKĘ W ŁAPSKA ROSJI. Polacy, obudźcie się, zanim będzie za późno!

>>>

>>>

3 lata temu został prezydentem UE.

Przeszłość Macierewicza coraz bardziej tajemnicza.

Historyk o niejasnej przeszłości szefa MON

Znany historyk, prof. Andrzej Friszke przypomina, że w 1968 roku Antoni Macierewicz w śledztwie zdradził kolegów. Sprawę tę opisał w książce „Anatomia buntu”, w której podaje fakty, sygnatury archiwalnych akt, które z całą pewnością są autentyczne. „Te dokumenty mówią same za siebie, wszystko jest czarno na białym, ja się z niczego, co napisałem w książce, nie wycofuję” – zastrzega w rozmowie z portalem naTemat. i podkreśla, że „Antoni Macierewicz nigdy nie powinien rozpoczynać wojny na teczki”. Dlaczego? Z dokumentów znajdujących się w archiwach IPN wynika bowiem, że w roku 1968 Macierewicz po aresztowaniu złożył tak obfite zeznania, że wystarczyło na akt oskarżenia dla niego i Wojciecha Onyszkiewicza.

Historyk jest zdziwiony, że media nie zainteresowały się dotychczas tą sprawą. Tymczasem w IPN znajduje się kilkadziesiąt stron protokołu ze śledztwa. Wynika z niego, że w swoich zeznaniach obecny szef MON wymienił aż kilkadziesiąt osób. Zdaniem historyka, to dużo. Dlaczego? „Zależy o jakiej epoce mówimy – przypomina Friszke. Jeśli o roku 1968, to należy pamiętać, że wszystko działo się w trakcie działań protestacyjnych. Każdy zatrzymany musiał liczyć się z tym, że jest to początek śledztwa i procesu. Zatrzymanych trzymano przeważnie na Rakowieckiej w Warszawie. Było otwierane śledztwo i wzywano podejrzanych o działalność wywrotową na przesłuchania”. Historyk wylicza: pierwsze zawsze było pytanie o życiorys, czyli kto, gdzie się urodził, do jakich szkół chodził. Przesłuchujących interesował też kalendarzyk. Zwykle przy zatrzymanych znajdowano bowiem jakiś kalendarzyk, a w nim numery telefonów i adresy do różnych osób. W ten sposób śledczy ustalali kontakty, adresy, siatka- opowiadał dziennikarzowi portalu prof. Friszke. Było jak w filmach szpiegowskich – śledczy pytali „kto to, skąd go znasz, kim jest, co robi”, a gdy w trakcie śledztwa natrafiali na jakąś sobie „znaną” osobę, to zaczynali dopytywać bardziej dokładnie.

Jak doszło do aresztowania Antoniego Macierewicza? Stało się tak w marcu 1968 roku, ponieważ był uczestnikiem strajków studenckich. A do tego w środowisku studenckim prominentną postacią: należał do rady wydziałowej Zrzeszenia Studentów Polskich, zaangażował się w działalność opozycyjną, był założycielem Ligi Niepodległościowej. Studiował historię. W areszcie siedział od 28 marca do 3 sierpnia 1968, a po wyjściu z aresztu został zawieszony w prawach studenta – przypomniał historyk. Z protokołu przesłuchania wynika, że śledczych bardziej od powiązań i znajomości Macierewicza interesowała studencka aktywność w trakcie protestów marcowych: kto jeszcze poza nim w nich uczestniczył, co się stało z powielaczem, i tak dalej.

Antoni Macierewicz – nie wnikając w powody – powiedział w śledztwie „wystarczająco dużo, żeby się dało ukręcić akt oskarżenia. Szczególnie na niego i Wojtka Onyszkiewicza” – powiedział Friszke. Na pytanie dziennikarza, jak zatem traktować opowieści obecnego ministra i jego przyjaciół, że „był świetlaną postacią”, czyli „niezłomnym bojownikiem o wolną i demokratyczną Polskę”, historyk wyjaśnił twierdząco. – „To prawda, tego nie można mu odmówić. W latach 70. rzeczywiście do jego postawy moralnej nie można mieć zastrzeżeń, podobnie jak nie podlega dyskusji jego determinacja. Złego słowa nie można powiedzieć, poza tym, że miał ogromne skłonności do kłótni. To wszystko”.Natomiast później – w latach 80. – wydawał „Głos”, ale generalnie był mało aktywny i w tamtym okresie znajdował się na marginesie ruchu opozycyjnego”. Jednak – podkreśla prof. Friszke – warto zwrócić uwagę na rzecz niespotykaną, i szczególnie zastanawiającą, jeśli chodzi o dokumentację SB (historyk przypomina, że takie właśnie dwa dokumenty opublikował w swojej książce o Macierewiczu Tomasz Piątek).

O co chodzi? Otóż „pierwszy raz w życiu widziałem, żeby oficer tak wysokiego szczebla wydawał dokument, w którym stwierdza, że taki a taki człowiek nie jest poszukiwany przez służby bezpieczeństwa. To był oficer wysokiego szczebla z departamentu wywiadu czy kontrwywiadu, nad nim praktycznie był już tylko wiceminister i minister. Dla mnie ten dokument to coś niespotykanego”– opowiada prof. Friszke. Przy czym, jak zaznacza, autentyczność tego dziwnego pisma została potwierdzona i nie budzi żadnych wątpliwości. Co na to minister Macierewicz?

NOWE LEGENDY SOLIDARNOŚCI WSPOMINAJĄ SWOJĄ HEROICZNĄ WALKĘ Z KOMUNĄ

Szydło dostała zajadów kłamliwości.

Szydło o lipcowych protestach: wyreżyserowane i opłacone

„Ostatnie protesty to wyreżyserowana, opłacona akcja mająca uderzyć w rząd” – takie słowa padły w wywiadzie Beaty Szydło dla „Gazety Polskiej”. Dodała, że trudno zaakceptować tezę, że ostatnie protesty były spontaniczne.

Nie wiadomo na razie, kto – według niej – był reżyserem i kto opłacił wielkie lipcowe protesty społeczne przeciw pisowskim zmianom w sądownictwie. Całość tego wywiadu ukaże się jutro.

Szydło porównała masowy sprzeciw społeczny w lipcu do – jak się wyraziła –„puczu w Sejmie w grudniu ubiegłego roku”. Musiała jednak w końcu przyznać, ze na ulice wyszło mnóstwo ludzi. – „Nie zmienia to faktu, że sporo osób protestowało, bo ma inne zdanie niż my”.

Później już włączyła do swojej wypowiedzi typowy przekaz dnia PiS, mówiąc: – „Politycy opozycji zamiast toczyć spór i dyskusję w pokojowej atmosferze, eskalują agresję”. Bo przecież PiS to samo dobro i umiłowanie bliźniego…

A TYMCZASEM W ZWIĄZKU PEŁNA GOTOWOŚĆ

Waldemar Mystkowski pisze o szantażu PiS.

Władze PiS na gzymsie straszą, że skoczą

A może o to chodzi Kaczyńskiemu, aby roztrzaskać Polskę w drobiazgi?

Witold Waszczykowski na odczepnego wysłał do Komisji Europejskiej odpowiedź MSZ dotyczącą sytuacji praworządności w Polsce, formułując w poniedziałek retoryczny załącznik: – „Tu nie ma o czym dialogować”. Szef dyplomacji niemal prychnął: „Liczę na, to że Komisja Europejska zaprzestanie przesyłać nam zalecenia, krytykować i wytykać”. Zaś pod adresem wiceszefa Komisji Europejskiej Fransa Timmermansa wysłał groźbę niemal taką, jaką formułuje Mariusz Błaszczak do szefa Obywateli RP Pawła Kasprzaka: „Przestanie występować pan Timmermans na konferencjach prasowych, przestanie mówić, że monitoring Polski to jest jego misja personalna, przestanie przyjeżdżać do Polski na manifestacje polityczne”.

Następnego dnia, czyli dzisiaj Komisja Europejska odrzuciła stanowisko Polski, iż Bruksela nie ma prawa ingerować w polski system sądownictwa. Bruksela ma prawo przynajmniej się interesować, a jak prawo jest niezgodne z praworządnością, do której obowiązują traktaty unijne podpisane przez Polskę, Komisja Europejska ma prawo ingerować.

I taki mamy przypadek: praworządność w Polsce jest zagrożona. Procedury praworządności uruchomione przez Komisję Europejską ulegają wyczerpaniu, w Parlamencie Europejskim dojdzie do kolejnej debaty, a po niej mogą być podjęte działania z art. 7 Traktatu o UE ,nazywane „opcją nuklearną” – czyli krótko pisząc: zagrożenie Polski sankcjami. Takie działanie nie zostały jeszcze nigdy podjęte przez Komisję Europejską, a żaden kraj unijny nie dotarł do sytuacji, z jaką mamy w tej chwili do czynienia.

Głos w tej sprawie zajęła kanclerz Niemiec Angela Merkel i jej słowa wcale nie są dla władz PiS przyjemne: – „Jedność Unii za cenę rezygnacji z praworządności to nie byłaby już Unia Europejska”. Merkel więc dołączyła do Emmanuela Macrona, nie zgodzi się na taryfę ulgową, na „trochę”niepraworządności w Polsce. Merkel w środę będzie wyczerpująco rozmawiać na ten temat z szefem KE Jean-Claude’em Junckerem.

Waszczykowski jako dyplomata jest neptkiem, jest ustami prezesa Jarosława Kaczyńskiego. W zastepstwie prezesa szef dyplomacji staje na gzymsie wieżowca unijnego i mówi, że nie chce „dialogować”. Musicie się zgodzić na niepraworządność w Polsce, bo jak nie – to skoczę.

„Opcja nuklearna” to będzie powiedzenie władz unijnych: „a skaczcie”, strażacy nie przyjadą z dmuchanym zabezpieczeniem na dole, a jedyną liną tego bungee jest elektorat PiS. Ta dramatyczna scenka charakteryzuje sytuację, do jakiej PiS doprowadził Polskę w Unii Europejskiej.

Czy Kaczyński pozwoli władzom PiS cofnąć się z gzymsu i powrócić do obowiazujących na Zachodzie standardów demokratycznych? A może o to chodzi Kaczyńskiemu, aby roztrzaskać Polskę w drobiazgi?

Polsko, daj odetchnąć.

>>>

TO ON PORWIE NAS DO WALKI Z POPULIZMEM. TO ON WYGRA WYBORY. TO ON BĘDZIE PREZYDENTEM.

TAK BĘDZIE JUŻ ZA 2,5 ROKU 🙂

Sławomir Sierakowski pisze o Polsce, ktora

WSTAJE Z GŁOWY

Polska jest krajem, który udowadnia reszcie świata, że państwo demokratyczne może być tutaj wyłącznie sezonowe.

Przesączony patriotyzmem to kraj, w którym jedni kibice pokazują światu zło nazistowskiej przemocy, a drudzy zasadzają się na drużynę piłkarzy z Izraela, żeby ich pobić po zakończonym meczu. Oba sygnały, które idą w świat, z pewnością pomogą naszej ojczyźnie wstać nie tylko z kolan, ale i z głowy.

Pierwszy sygnał to: Polacy, którzy nie są ofiarami, bo urodzili się po wojnie, domagają się uznania od Niemców, którzy nie są ich prześladowcami, bo także urodzili się po wojnie.

I drugi: Polacy, w odróżnieniu od Niemców, świadomie nawiązują do nazistowskiej przemocy, prześladując Żydów.

Tym się dziś Polska od Niemiec różni, że jest krajem, który sam na własne życzenie udowadnia reszcie świata, że państwo demokratyczne może być tutaj wyłącznie sezonowe. Robi to, zamykając oczy na tę najoczywistszą prawdę historyczną, że jeśli demokracja potrwa w Polsce tylko sezon, to i samo państwo tyle potrwa, bo nie będzie zdolne do istnienia wojując jednocześnie z Zachodem i Wschodem.

Kibice udowadniają za jednym zamachem, że są jedną z najbardziej antypolskich i bezmyślnych grup społecznych w kraju. Bardziej antypolska i bezmyślna jest jedynie partia rządząca Polską, która oczywiście z potępieniem nienawiści i przemocy wobec Żydów nie spieszy. (skreślić „bezmyślnie”, gdyby na jaw wyszły powiązania nie tylko otoczenia Ministra Obrony, ale także reszty tego patriotycznego obozu z Kremlem).

MA MISIEWICZ I MA JANNIGER… CZY KTOŚ TO MOŻE SKOMENTOWAĆ?

ANTONI CZEKA NA ŻYCZENIA. SPÓŹNILIŚCIE SIĘ? JEST JESZCZE SZANSA 🙂 WPISUJCIE

Ireneusz Sudak w „Wyborczej” pisze, jak PiS – Kaczyński – chce się dobrać do mediów prywatnych, zagranicznych. Na 20 proc. ma ustalić pułap zagranicznych inwestycji w spółkach medialnych ustawa „dekoncentracyjna” – dowiedziała się „Wyborcza”. Ofiarą może być TVN.

Rząd chce się dobrać do skóry mediom zagranicznym. Planuje „dekoncentrację” i „polonizację”

To pierwszy konkret planu PiS dotyczący przyszłości polskiego rynku medialnego. Napisał już o tym wczoraj „Super Express”. Ministerstwo Kultury pracuje nad ustawą w tajemnicy. Projekt ma zostać opublikowany w połowie września.

To dużo bardziej radykalna propozycja niż ta, którą w marcu tego roku przedstawiła Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji. KRRiT proponowała wprowadzić pojęcie „medium o znaczącej pozycji”, czyli takiej, w której dana grupa kapitałowa ma 30 proc. udziałów w rynku pod względem przychodów reklamowych czy widowni telewizyjnej. Ale takie przepisy byłyby strzałem kulą w płot, bo jak mówi nam Joanna Nowakowska z firmy analitycznej MEC, żadna grupa telewizyjna w Polsce nie ma takiej przewagi.

PiS chce „zrepolonizować” media (dziś częściej mówi o dekoncentracji), które zdaniem władzy nie reprezentują polskich interesów, tylko właścicieli, głównie Niemców. – To też będzie załatwione, choć będzie wielki opór – zapowiedział tydzień temu w TV Trwam Jarosław Kaczyński. Dodał, że „dekoncentracja mediów” jest najważniejszą sprawą po przejęciu przez PiS sądów.

– Po wakacjach weźmiemy się za was – usłyszał niedawno dziennikarz Onetu od Krystyny Pawłowicz. Posłanka twierdziła później, że żartowała.

Media na wzór Rosji?

20-proc. próg dla inwestorów zagranicznych wprowadził Kreml w 2014 r. po rozpoczęciu wojny na Ukrainie i nałożeniu na Rosję sankcji przez UE i USA. Z rosyjskiego rynku wycofał się wtedy m.in. niemiecki koncern Axel Springer, który wydawał tam miesięcznik „Forbes”, czy CNN. Ich interesy przejęli związani z Putinem oligarchowie.

W Polsce limit ten mógłby dotyczyć np. należącego do niemieckiej grupy Passau wydawnictwa Polska Press, które ma 20 dzienników regionalnych w 15 województwach oraz popularne lokalne portale internetowe. „Wyborcza” rok temu pisała o przymiarkach PiS, by jeden z polskich banków odkupił te dzienniki. Byłyby cennym dla partii wsparciem propagandowym przed wyborami samorządowymi w 2018 r.

Jeśli ktoś ma więcej, będzie musiał znaleźć polskiego kupca (np. jakiś fundusz inwestycyjny związany z kontrolowanym przez skarb państwa PZU) i odsprzedać mu swoje udziały. Poproszone przez nas o komentarz Ministerstwo Kultury nie zdementowało tych informacji.

 Unia chroni rynek medialny

Jednak niemieckie koncerny w Polsce – i wszelkie europejskie – chroni prawo unijne. – Dla mnie jest jasne, że UE nie dopuści do wprowadzenia ustaw, które godzą w europejskie firmy – mówi medioznawca prof. Maciej Mrozowski z UW i Uniwersytetu SWPS. – Unijne traktaty gwarantują swobodę przepływu kapitału, która podlega bardzo silnej ochronie – dodaje Marcin Maciejak, prawnik w kancelarii Gessel. – Ale jak zwykle są wyjątki, przede wszystkim w sytuacji, gdy w rachubę wchodzą kwestie porządku i bezpieczeństwa publicznego. Wtedy kraj członkowski UE może zablokować daną transakcję lub pewien ich szczególny rodzaj, co nie jest niespotykane – dodaje.

Tyle tylko, że przypadek mediów trudno zakwalifikował do „porządku publicznego”.

Politycy PiS argumentują, że podobne limity dla zagranicznych inwestorów w mediach ma Francja. Tyle że francuskie prawo pochodzi z 1986 r., siedem lat przed powstaniem Unii Europejskiej. Dziś chroni francuskie media przed inwestorami… z USA.

– PiS tak na prawdę jest mało skuteczny i nie jest w stanie przeforsować ustaw, które mogą zagrozić wolnej konkurencji. W obawie przed Brukselą rząd porzucił pomysł przekształcenia spółek TVP czy Polskiego Radia w instytucje mediów narodowych,  doliczania abonamentu do rachunków za prąd, że o sądzie najwyższym nie wspomnę. Ale Bruksela nie będzie bronić firm spoza Unii – mówi Mrozowski. Dlatego jego zdaniem nowa ustawa jest wymierzona w konkretną firmę.

Ustawa uderzy w TVN?

Na polskim rynku jest tylko jedna firma, którą wprost ugodzi planowana „dekoncentracja”. To grupa TVN należąca do amerykańskiego koncernu Scripps Networks Interactive. Ma go wkrótce przejąć również amerykański gigant medialny Discovery. Formalnie – poprzez spółkę brytyjską.

Polityków PiS od dawna irytuje telewizja informacyjna TVN 24, uważają ją za „antyrządową”. Jarosław Kaczyński zżymał się niegdyś nawet na „Szkło kontaktowe”, satyryczny program, do którego dzwonią widzowie na ogół mu nieprzychylni. Ostatnio TVN 24 obszernie relacjonowała masowe protesty przeciwko przejęciu sądów.

„Newsweek” pisał w styczniu, że PiS proponował odkupienie stacji, w 2015 r. publicyści związani z partią wysłali do Scripps list, w którym zarzucali TVN „negatywny wpływ na polskie życie polityczne”.

Jednak atak na TVN zaszkodziłby stosunkom z USA. Obrona amerykańskich interesów ekonomicznych to priorytet prezydenta Donalda Trumpa. Czy PiS jest gotów na takie zwarcie?

A może szykuje kolejny konflikt z Unią Europejską. Skoro dziś łamie nakaz Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości wstrzymania wycinki w Puszczy Białowieskiej, może też zignorować prawo UE dotyczące przepływu kapitału.

– Pojęcie repolonizacji jest nie tylko oburzające ale i obraźliwe dla wszystkich Polaków pracujących w mediach, które mają zagranicznych właścicieli. Nie sądzę, żeby ci dziennikarze reprezentowali niemiecki czy amerykański punkt widzenia. Gdyby powiązane z państwem spółki miały przejmować udziały w mediach, byłby to powrót do PRL, a w przypadku prasy lokalnej – jej finansowy upadek – mówi nam prof. Tadeusz Kowalski z UW, były członek rady nadzorczej TVP.

20% – oto pułap zagranicznych inwestycji w spółkach medialnych wg ustawy „dekoncentracyjnej”. Ofiarą może być TVN.

Magdalena Środa pisze o prawicowym ścieku.

„Bóg, honor, ojczyzna” w prawicowym ścieku

Są pisma, których nie sposób tolerować, a które dziś wyłażą z jakiś swoich nor, w których powinny być raz na zawsze zamknięte. Coś jak twarda, obrzydliwa pornografia. Wiemy, że gdzieś istnieje, ale nie chcielibyśmy nic o niej wiedzieć i na pewno nie widzieć jej w każdym kiosku.

Tymczasem coś na kształt owej pornografii pojawia się dziś na widoku publicznym z szyldem, który wstrząsa. Oto mamy pismo „Polska niepodległa” z orłem w koronie i hasłem – uwaga! – „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Nie wiem, co jest w środku i nie chcę wiedzieć, dokładnie z tych samych powodów, dla których nie interesuje mnie twarda pornografia czy grzebanie po śmietnikach. Ale widzę (każdy kto przechodzi ulicą widzi) okładkę, z której dosłownie wypływa ściek. Bo nie wiem, jak to inaczej nazwać? Mamy zdjęcie czterech polskich aktorek i jednego aktora z podpisem „szajka wytwornych pind na kupę”. Tytuł wiodącego artykuły jest napisany równie wielkimi literami jak nazwa pisma „Polska niepodległa” i nieco większymi niż „Bóg, Honor, Ojczyzna”.

Powiedzieć, że to znajduje się poza jakimikolwiek cywilizacyjnymi standardami, że to niesmaczne i obrzydliwe – to tak jak nic nie powiedzieć. Nie mam innego słowa, jak – ściek. Wydawca widać lubi się w nim tarzać i go produkować. Może taki ma charakter, może takie potrzeby, może znajduje nabywców o podobnych do swoich gustach. Może w ogóle istnieje w Polsce jakaś grupa ściekobiorców i ściekodawców. Może. Mnie jednak chodzi o coś innego. Co do tego ma „Polska”? Co do tego ma „niepodległość”? Co do tego ma „Bóg, honor, ojczyzna”? Dlaczego takie wartości, jak moja ojczyzna, nasza niepodległość, Bóg, a do tego jeszcze „honor” stowarzyszone są z treściami i z formą, która im uwłacza?

Wiem, że to wołanie na puszczy. Mamy dziś taki czas, gdy „polskość” okraja się do nienawiści wobec inaczej myślących, a honor i pana Boga spotwarza małością i brudem. Biedny ten orzeł, głupio w tym ścieku wygląda jego korona.

Z OKAZJI 69 URODZIN ANTONIEGO… LIST OWSIAKA DO MACIEREWICZA

WYOBRAŻACIE SOBIE PODOBNĄ SCENĘ Z JK? SZACUNEK DLA i DLA MŁODYCH LUDZI, KTÓRZY MAJĄ JUŻ DOŚĆ POLITYKI PiS-U

TO IDZIE MŁODOŚĆ :)))) NORMALNOŚĆ I WOLNOŚĆ. &

Waldemar Mystkowski pisze o Przystanku Woodstock i Tusku.

Na Woodstock młodzież pozdrowiła ministra „wiemy którego”

Kto łączy ONR i Przystanek Woodstock? Mariusz Błaszczak, bardziej znany jako Mariusz z „Ucha Prezesa”. Gdy faszyzująca młodzież ONR 1 sierpnia podczas rocznicy Powstania Warszawskiego plamiła pamięć powstańców, policja zarządzana przez Błaszczaka chroniła ich, a protestujący przeciw tej hańbie byli przez policję legitymowani i izolowani, kilka osób zaś przez neofaszystów została poturbowana.

Należy mniemać, że neofaszyści z ONR „godnie” uczcili pamięć faszystów niemieckich, którzy wymordowali ludność Warszawy i na dokładkę zrównali z ziemią stolicę.

Tak odwrócona została na nice historia Polski. Dwa dni po tych obchodach w Kostrzynie nad Odrą otwarty został Przystanek Woodstock. I znowu Błaszczak został pozdrowiony i to słowami godnymi kabaretu „Ucho prezesa”, mianowicie nie został wymieniony z nazwiska przez Jurka Owsiaka: „Pozdrawiamy pana ministra, wiemy którego!”

Młodzież – choć nie tylko – odpowiedziała głośno wesołą owacją. Owsiak podsumował ceremonię otwarcia hasłem tegorocznego Woodstocku: „Co nie zabije, to wzmocni. Psy szczekają, karawana jedzie dalej!”

To ci młodzi są spadkobiercami młodzieży, która oddała krew i życie w 1944 roku, a ONR zaś spadkobiercą mordu na nich i na mieście. W Woodstock jest obecny także Mirosław Różański, generał broni w stanie spoczynku i do niedawna najwyższy dowódca w Wojsku Polskim, który w rozkwicie kariery podał się do dymisji, bo ministrem obrony jest niejaki Antoni Macierewicz, który raczej jest przedstawicielem tych sił, które stanęły w 1944 roku na praskim brzegu Warszawy i nie kiwnęły palcem, aby pomóc wykrwawiającym się powstańcom (tylko tak należy interpretować książkę Tomasza Piątka). Warto byłoby Różańskiego zapytać, czy posłałby w beznadziejny bój tę wspaniałą młodzież z Przystanku Woodstock.

Polska symbolika nie podlega jakimś większym przewartościowaniom. Niestety, obecnie u władzy mamy tych, którzy ojczyźnie przynosili hańbę i za nich inni musieli odzyskiwać honor, a nawet niepodległość. Obecna Polska pisowska straciła honor i twarz w Europie, a dzisiaj dał dowód braku polskiego oblicza i honoru główny specjalista od „kanalii” i „mord zdradzieckich” prezes Kaczyński, który w TV Trwam pogroził Donaldowi Tuskowi: „Ma się czego obawiać. Jest jedna sprawa, są inne.”Tusk był przesłuchiwany w prokuraturze na okoliczność jakichś wydumanych spraw okołosmoleńskich.

Tusk, który w całej polskiej historii odniósł największy sukces polityczny, jest nękany przez tego zawistnika z taboretu na Krakowskim Przedmieściu. Wynika z tego, że to nie koniec nękania, bo wg prezesa są sprawy „inne”. W naszej historii to żadna nowość, iż mali, zakompleksiali, niszczą innych większych od siebie, niszczą naszą polską wielkość. Z niektórych rodaków wychodzi kurdupel.

Ale się nie damy. Nie daliśmy się faszystom, nie damy się ONR, ani Błaszczakowi, czy Kaczyńskiemu, świadczy o tym ta młodzież na Woodstock.

Aby zakończyć w tej poetyce, a Błaszczak jest tutaj figurą łączącą wątki mojego felietonu, więc porównam zachowanie ministra „wiemy którego” do stanu Joe Cockera na oryginalnym Woodstock na farmie M. Yasgura w 1969 roku. Cocker podczas wykonania utworu Beatlesów „With A Little Help From My Friends” był tak nawalony „wiadomo czym”, iż przez cały 7 minutowy utwór chwiał się na brzegu sceny, wyginał się w paragraf  i nie spadł z niej. Błaszczak nie jest żadnym wirtuozem, ale spadnie ze sceny, bo tak się dzieje z tymi, którzy są nawaleni władzą, a nie mają żadnych predyspozycji, aby ją sprawować, są po prostu mali, żadni.

NAJPIĘKNIEJSZY FESTIWAL ŚWIATA :)) WOODSTOCK BLOODSTOCK

SZACUNEK DLA CAŁEJ RODZINY :))))) ———–

CZY TO JEST OSTATNI PRZYSTANEK WOODSTOCK?

>>>

Spacer z Tuskiem.

Jan Hartman pisze o PiS, który domaga się reparacji wojennych od Niemców (fragmenty).

Kto pamięta PRL, temu w uszach dźwięczą jeszcze brutalne słowa antyniemieckiej propagandy. Gadanie o „rewizjonistach z NRF” wychodziło nam już bokiem, a działacze ziomkostw niemieckich, panowie Czaja i Hubka, znani byli każdemu polskiemu dziecku. I chyba tylko dzieci się tych strasznych Niemców bały. Ale wtedy, w latach 60., nawet jeszcze 70., jakiś sens w tym był. Faktycznie żyli jeszcze w Niemczech ludzie bezpośrednio lub pośrednio winni zbrodniom hitleryzmu, a wielu Niemców miało jeszcze jakąś cichą nadzieję na powrót Wrocławia i Szczecina do Rzeszy. Dlatego na propagandę antyniemiecką reagowało się z pewną wyrozumiałością.

Jednakże to, co wyprawia dziś neoendecki reżim w Warszawie, trudno uznać nawet za powrót do propagandowych tradycji PRL, którym tak wielorako i wielostronnie Kaczyński i jego ludzie są zafascynowani i zainfekowani. To coś więcej niż recydywa języka Gomułki – to dzikie hucpiarstwo, wywracanie kopniakiem dyplomatycznego stolika i całkowita rujnacja stosunków Polski z najpotężniejszym sąsiadem.

(…)

Niemcy utracili znaczne terytorium na rzecz Polski i na tym polegała ich rekompensata za wojnę. Nie była ona zapewne wystarczająca, jednak polskie roszczenia padły ofiarą polityki Rosji, która nie zamierzała dzielić się z Polską tym, co udało im się na Niemcach uzyskać. Nie ma dziś żadnych możliwości prawnych, aby dochodzić reparacji za wojnę zakończoną ponad 70 lat temu, no chyba że za cenę podważenia przynależności do RP Dolnego Śląska i Pomorza Zachodniego. Wiedzą o tym Macierewicz, Kaczyński, Mularczyk i każdy z pisowskich notabli mających choćby maturę. Chodzi wyłącznie o poniżanie i prowokowanie Niemców, granie na niemalże wygasłych już antyniemieckich fobiach w niższych warstwach społeczeństwa polskiego. Są to działania tyleż moralnie odrażające, co politycznie niebezpieczne i skrajnie nieodpowiedzialne.

(…)

Jeśli zaś chodzi o moralną odpowiedzialność wnuków za czyny swoich dziadków, to jest ona nikła. Współczesna etyczność nader sceptycznie odnosi się do dziedziczenia win i odpowiedzialności moralnej – każdy odpowiada dziś przede wszystkim za swoje własne czyny, a co najwyżej w niewielkim stopniu za czyny swoich najbliższych. Oczekiwanie, że będziemy płacić za winy swoich dziadków, uchodzi za niesprawiedliwe. Wolno nam żądać zwrotu zagrabionych dzieł sztuki, wolno spodziewać się od Niemców owej cierpliwości w relacjach z łamiącą zasady Polską, ale nie możemy spodziewać się, że współcześni Niemcy uznają winy swoich przodków za własne.

Tym bardziej że od dziedzictwa nazizmu odżegnują się w sposób jednoznaczny i konsekwentny. Największą reparacją wojenną Niemiec w stosunku do państw i społeczeństw, które tak potwornie niegdyś skrzywdziły, jest właśnie to, że są dziś najsilniejszą ostoją praworządności, demokracji i pacyfizmu w Europie. Z tego dobrodziejstwa, jakim jest trwałe nawrócenie Niemiec na pokój i demokrację, korzystamy każdego dnia. Nie wolno budzić upiorów przeszłości. Rewanżyzm i poniżanie narodu niemieckiego może się dla nas bardzo źle skończyć. Jeśli chcemy wiecznego pokoju z Niemcami, które są i będą nieporównanie od nas silniejsze pod każdym względem, zachowujmy się przynajmniej spokojnie i przyzwoicie. Wymachiwanie drewnianą szabelką i plucie Niemcom na buty może się skończyć wystawieniem posterunków granicznych wzdłuż Odry, a w przyszłości… wolę nawet nie myśleć, jak.

Prof. Jadwiga Staniszkis w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”. „Prezydent Duda zrobił minimum, które powinien był zrobić. On dryfuje w polityce i deklamuje, a na jego decyzję musiały wpłynąć protesty uliczne oraz otoczenie” – mówi prof. Staniszkis w „Rzeczpospolitej”.

W ocenie socjolożki jest zdecydowanie za wcześnie, by można było mówić o sporze między rządzącym PiS a prezydentem Andrzejem Dudą. „Czy mamy do czynienia ze sporem, zobaczymy, kiedy prezydent przedstawi swoje projekty ustaw dotyczące Sądu Najwyższego i KRS. Niewykluczone, że prezydenckie ustawy nie będą odbiegały znacznie od ustaw pisowskich” – podkreśla w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” prof. Staniszkis.

Prezydent ze słabym charakterem jest dla PiS skarbem

Prof. Staniszkis zwraca uwagę, że prezydent był i jest bardzo użyteczny dla PiS i to dzięki niemu sparaliżowano Trybunał Konstytucyjny: „Prezydent ze słabym charakterem jest dla PiS skarbem”.

Socjolożka przekonuje, że dopiero propozycje ustaw o SN i KRS dadzą prawdziwy obraz prezydenckiej niezależności i siły charakteru.

„Teraz mamy do czynienia tylko z bardzo ostrożnym krokiem prezydenta, który powinien był pójść dalej. Duda powinien zawetować również ustawę o sądach powszechnych, a wcześniej nie pozwolić na zniszczenie Trybunału Konstytucyjnego. Prezes Julia Przyłębska i sędziowie ‚dublerzy’ w Trybunale Konstytucyjnym to wina Dudy. Nie reagowali z urzędu na niekonstytucyjne posunięcia rządzących niszczące niezależność sądów. Skutki tego są odczuwalne. Nie zapominajmy o tym” – przypomina prof. Staniszkis.

Duda zrobił minimum. On dryfuje w polityce i deklamuje

Jak zauważa profesor, ani PiS, ani Ziobro nie proponują usprawnienia funkcjonowania sądów, a dążą do upartyjnienia i ograniczenia niezależnych władz.

Zarzuty Ziobry pod adresem Dudy są ambicjonalne. To potyczka mająca zwiększyć kompetencje ministra sprawiedliwości kosztem prezydenta. Prezydent Duda zrobił minimum, które powinien był zrobić. On dryfuje w polityce i deklamuje, a na jego decyzję musiały wpłynąć protesty uliczne oraz otoczenie. Znam prof. Krzysztofa Szczerskiego, którego cenię, i jego otoczenie. Obóz prezydenta nie mógł pozwolić Andrzejowi Dudzie na dalsze łamanie konstytucji, żeby zachować twarz i móc dalej dla niego pracować. Te dwa weta to minimum, które Duda powinien był zrobić. Nie może pozwolić na upartyjnienie sądów, które miałyby w przyszłości chronić łamanie prawa przez PiS

– mówi prof. Staniszkis i dodaje, że teraz prezydent albo pokaże, że jest „niezależnym wolnym podmiotem, albo instrumentem PiS”.

Tak działał stalinizm i faszyzm

„Pamiętajmy też, że SN analizuje wyniki wyborów i wyłania Trybunał Stanu, który może osądzać polityków. Rządzący, zawłaszczając i wpływając na sądy, chcą zminimalizować odpowiedzialność indywidualną. Tak działał stalinizm i faszyzm oraz inne systemy opresyjne. PiS chce zrzucić z siebie wszelką odpowiedzialność, podporządkowując sobie niezależne dotychczas instytucje” – zwraca uwagę socjolożka w rozmowie z „Rz”.

Wzrośnie cena wody i prądu! Polacy zostali kolejny raz oszukani przez ❗

Waldemar Mystkowski pisze o Dudzie.

Duda – brylant prezesa w szkatułce Pałacu Prezydenckiego

Andrzej Duda przesłał do Sejmu dwa wnioski o ponowne rozpatrzenie ustaw o Krajowej Radzie Sądownictwa i o Sądzie Najwyższym. Tak pokrętnie w języku prawnym nazywane są zawetowane ustawy, które „rozpatrzone” mogą być tylko poprzez odrzucenie weta, czyli trzech piątych głosów w obecności przynajmniej połowy ustawowej liczby posłów.

Zatem czekamy na przedstawienie przez Dudę w ciągu dwóch miesięcy – jak zapowiedział – swoich dwóch ustaw. We wnioskach Dudy zawarte jest uzasadnienie wet, zatem możemy odczytywać z nich, co będzie w ustawach, które opracowane zostaną w Kancelarii Prezydenta.

I możemy już dzisiaj otworzyć buzię z wrażenia. Dudzie nie przeszkadzała w ustawach niezgodność ich z Konstytucją, ale zbyt duża władza w rękach ministra sprawiedliwości oraz to, że jedna partia wybierze swoich sędziów zarówno do KRS i SN.

Duda jest za tym, aby sędziowie do KRS byli wybrani trzema piątymi głosami posłów i pochodzili z różnych grup sędziowskich. Spełniony jest warunek dogadany przez Dudę z Pawłem Kukizem, którego klub wraz z PiSem i małymi kołami poselskimi mógłby przepchać swoich kandydatów.

W uzasadnieniu Dudy nie ma mowy o tym, co zostało zapisane w Konstytucji, iż na 15 członków KRS  czterech wybiera Sejm, a reszta – jedenastu – zgromadzenia sędziowskie. Duda nie widzi łamania Konstytucji w przerwaniu kadencji sędziów, która trwa 4 lata, nie może więc jej przerwać zwykła ustawa sejmowa. W Konstytucji nie ma także mowy o dwóch zgromadzeniach KRS, które proponowała pisowska ustawa.

Dudzie więc nie wadzi łamanie Konstytucji, ale zbyt duża władza Zbigniewa Ziobry. Także uzasadnienie weta ustawy o Sądzie Najwyższym dotyczy zbyt dużej władzy ministra sprawiedliwości, a nie złamania konkretnych artykułów Konstytucji, w tym nieusuwalności sędziów, 6-letniej kadencji I prezes, etc.
Dudzie nie przeszkadza złamanie Konstytucji w zawetowanych ustawach, ale to, że jeden człowiek będzie miał władzę większą od niego.

Można mniemać, iż dwa weta były spowodowane protestami społecznymi, które zostały w ten sposób spacyfikowane. Rodzi to silne podejrzenia, iż Duda nie tylko dogadał się z niektórymi hierarchami Kościoła katolickiego – o czym od razu pisałem – ale z wysłannikami prezesa Kaczyńskiego.

Ten ostatni idzie na zderzenie czołowe z Polakami, którzy nie zgodzą się na zniszczenie trójpodziału władzy, czyli demokracji. Kaczyński nie tyle wyprowadza w pole opozycję parlamentarną, co polskie społeczeństwo. Duda w tej rozgrywce mimowolnie został wpędzony w rolę dobrego policjanta („ach, dwa weta, dwa weta, ach”).

Jadwiga Staniszkis, która otrzeźwiała z silnej dawki kaczyzmu, uważa, że „prezydent ze słabym charakterem jest dla PiS skarbem” (w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”). Duda jest brylantem dla prezesa Kaczyńskiego, trzyma go w szkatułce, która nazywa się Kancelarią Prezydenta.

I na tym polega ta gra, chcą nas oszwabić grą polityczną, która jest planowana tylko w jednym miejscu – w gabinecie prezesa, w gmachu przy Nowogrodzkiej. Chcą nam pokazać nie tyle „ucho prezesa”, co „ucho od śledzia”. Taki jest ich va banque.

SUWEREN ODREAGOWAŁ :)))

>>>

SZACUNEK DLA PUBLICZNOŚCI ATLAS ARENY W ŁODZI. DODAJEMY MACIEREWICZA DO NASZEJ GALERII WYGWIZDANYCH.

Ta osoba ma wychowywać młodzież. Tfu… Jak ona się nazywa? Anna Zalewska. Pisze o tym Jacek Harłukowicz w „Wyborczej”. Kolejny świadek opowiada „Wyborczej”, że z pieniędzy wyprowadzanych z dolnośląskiego oddziału PCK mogły być finansowane kampanie polityków PiS. Śledztwo w tej sprawie trafiło właśnie szczebel wyżej – z prokuratury rejonowej do okręgowej.

Jak Polski Czerwony Krzyż finansował kampanię PiS. Kolejne relacje świadka

O aferze w dolnośląskim PCK pisaliśmy dwa tygodnie temu. Szeregowi pracownicy PCK (jak twierdzą, za radą swojego szefa, dolnośląskiego radnego PiS Jerzego G., oskarżonego w sprawie wyprowadzenia 13 mln zł z Południowo-Zachodniej SKOK) założyli firmę, która odbierała używaną odzież z kontenerów Polskiego Czerwonego Krzyża. Następnie sprzedawali ją na lewo. W ten sposób mieli wyprowadzić z PCK nawet milion złotych.

50 tys. zł z PCK na kampanię Anny Zalewskiej i innych polityków PiS?

Jak mówi Bartłomiej Łoś-Tynowski, były już pracownik Czerwonego Krzyża, przynajmniej część z tych pieniędzy zasiliła później kampanie wyborcze dolnośląskich polityków Prawa i Sprawiedliwości. 7 tys. zł Łoś-Tynowski wpłacił na kampanię Anny Zalewskiej, dzisiejszej minister edukacji w rządzie Beaty Szydło. Twierdzi, że zrobił tak na polecenie Jerzego G., do niedawna jednego z najbliższych współpracowników Zalewskiej.

– O źródle finansowana kampanii wyborczej Anny Zalewskiej w PCK było głośno. Wiosną ubiegłego roku Bartek mówił mi, że na nią i na innych kandydatów poszło co najmniej 50 tys. zł. Z tego powodu była w siedzibie PCK nawet wielka awantura z udziałem dyrektora Jerzego G. Jedna z pracownic wyrzucała mu, że powinien zwrócić te pieniądze – mówi nam Joanna Freza, była pracownica dolnośląskiego PCK (nazwisko zostało zmienione, dysponujemy jednak deklaracją kobiety, że swoją relację jest gotowa powtórzyć w prokuraturze i przed sądem).

O 50 tys. słyszał również Marek Brodzki, członek Zarządu Głównego PCK w Warszawie i – według naszych źródeł – księgowa dolnośląskiego oddziału PCK. Kobieta mimo wielu nalegań nie chciała jednak rozmawiać o tym z „Wyborczą”. Miesiąc temu została zwolniona z pracy.

Śledztwo przeniesione do prokuratury okręgowej

Śledztwo w sprawie nadużyć w Polskim Czerwonym Krzyżu od miesiąca prowadzi wrocławska prokuratura, która bada również wątek nielegalnego finansowania kampanii polityków PiS. W ubiegłym tygodniu śledczy zabezpieczyli telefony Łosia-Tynowskiego i Jerzego G., a samo postępowanie zostało przeniesione z prokuratury rejonowej do okręgowej.

– Ze względu na wartość szkody oraz wagę i charakter sprawy – mówi „Wyborczej” Małgorzata Klaus z Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu.

Jak słyszymy nieoficjalnie, śledczych interesuje nie tylko mechanizm wyprowadzania pieniędzy z PCK, ale również wątek ewentualnego finansowania kampanii polityków PiS: – Pytano mnie, czy jest mi wiadome, by jakieś kwoty z tych pieniędzy były później przekazywane na kampanię Anny Zalewskiej – relacjonuje jedna z zeznających w prokuraturze osób.

Pod lupą też kampania samorządowa dyrektora PCK

Do osobnego postępowania został wyłączony wątek nielegalnego finansowania kampanii samorządowej z 2014 r. samego dyrektora PCK Jerzego G. Jak pisała „Gazeta Wrocławska”, część materiałów wyborczych opłacił on nie z funduszu wyborczego, ale z prywatnej kieszeni. Ulotki w jego imieniu odbierał wówczas z drukarni Łoś-Tynowski. Jerzy G. wielokrotnie korzystał z jego usług w kampanii, choć mężczyzna formalnie nie był członkiem sztabu, a prace na rzecz kandydata wykonywał w ramach swoich obowiązków w PCK.

– Organizowałem spotkania, ludzi do roznoszenia ulotek i rozklejania plakatów. Dyrektora nie interesowało, skąd na to wszystko pieniądze – mówił „Wyborczej” Łoś-Tynowski. Jak twierdzi, za wszystko płacił z pieniędzy PCK.

Jerzy G. odmawia rozmowy z naszą gazetą. Gdy spotkaliśmy go w sądzie na rozprawie ws. wyprowadzenia pieniędzy ze SKOK, obiecał, że się z nami skontaktuje. Nie zrobił tego. Na pytania „Wyborczej” nie odpowiedziała również minister Anna Zalewska.

DROBNA RÓŻNICA POMIĘDZY FRASYNIUKIEM A KACZYŃSKIM. Jeden z nich siedział w domu z kotem..

DISNEY CHANNEL I EUROSPORT – MISTRZOWIE :))))

Waldemar Mystkowski pisze o Tusku.

Tweety Tuska jak haiku albo limeryki

PiS ma w sobie coś z masochisty. Dobiera się do Donalda Tuska, wzywa go na wszelkie śledztwa, jakie wymyśli i nieodmiennie przegrywa. Tak było ostatnio, gdy szef Rady Europejskiej wysiadł na Dworcu Centralnym i pod prokuraturę odprowadził go wielotysięczny tłum.

PiS-owi po tym zdarzeniu opadł słupek poparcia, po prostu zwiądł.

No i znowu wzywają Tuska, i to w środku wakacji na 3 sierpnia, przesłuchanie ma dotyczyć katastrofy smoleńskiej. Ciągle w toku tworzenia znajduje się Ewangelia Smoleńska z Mesjaszem zbawcą Lechem Kaczyńskim i Jarosławem K. – raz jako odźwiernym Piotrem, innym razem doznającym epifanii Szawłem zamienionym jasnym szlagiem w Piotra.

Tusk nieodmiennie informuje o swoich przesłuchaniach na Twitterze i nieodmiennie jego tweet jest perełką językową, brylantem komunikatu, a niektóre tweety już weszły do klasyki i będą w podręcznikach komunikacji i zręczności politycznej.

Tweety Tuska można porównać do trudnej formy lakonicznej poezji z Kraju Kwitnącej Wiśni, do haiku, a czasami są tak prześmiewcze, jak irlandzkie limeryki.

Niewielu potrafi tak pisać, ale też niewielu wśród polityków jest tak udanymi retorami, język jest Tuskowi posłuszny i nie potrzebuje do zwalenia z nóg przeciwnika żadnych ciosów poniżej honoru, nie musi nazywać interlokutorów kanaliami, zdradzieckimi mordami, gorszym sortem.

Tweet dla najlepszych to jest haiku i takim jest dla Tuska, oto treść ostatniego: „Dzięki za wsparcie, ale Wielki Spacer będzie długi. Jesteście przyszłością – nie bierzcie na siebie ciężarów przeszłości”.

Tweet bogaty w treści i ma konkretnych adresatów. Analiza jego zasługuje na większy esej. Nie należę do piewców Tuska, ale uważam go za najlepszego w XXI wieku polityka polskiego, a po 1989 roku mieszczącego się w naszej Wielkiej Trójce.

Tusk ma świadomość, że w tej chwili najbardziej liczy się głos młodego pokolenia, które nagle dało o sobie znać przy okazji trzech ustaw dotyczących sądownictwa, to młode pokolenie Łańcucha Światła wymusiło na Dudzie dwa weta. I Tusk nie chce ich obarczać winą zaszłości polskiej polityki, „nie bierzcie na siebie ciężarów przeszłości”. Zatem nie zmagajcie się z grzechami poprzedników, one tylko hamują Polskę i wasze życie.

Znamienny jest odzew internautów, wielu należałoby cytować, bo Tusk powoduje w narodzie kreacyjne inspiracje. Jeden zacytuję – blogera podpisującego się Phil Backensky:

„I choćby przyszło tysiąc Kaczyńskich

Z nimi stu Ziobrów oraz Brudzińskich

I każdy nie wiem, jak się wytężył

To wolność w PL zawsze zwycięży!”

Tak trzymać!

„Pokora i umiar” według PiS.Rok temu chcieli przeforsować dla siebie podwyżki. Sprzeciw ich zatrzymał więc znaleźli sposób na „dojną zmianę”

A CI DWOJE TO QRWA KTO?

>>>